Komentarze 2010 (I-III)

    Naruszanie dobrego imienia (4 stycznia 2010)
    Dwa lata temu, niejaki Leszczyński (dziennikarz muzyczny), w artykule pt. "Zemsta za Kosowo" ("Wprost") napisał o reprezentantce Polski na konkurs Eurowizji w Belgradzie. Nawiązując do amerykańskich bombardowań tego miasta (1999), oznajmił, że na ten konkurs Polska wysłała Amerykankę oraz (stosując całkiem niemuzyczne wywody) zasunął z grubej rury - "Nie zbombardowaliśmy wprawdzie tym samym telewizyjnej wieży, lecz wprowadziliśmy tam agenta prowokatora. Mowa o tyleż kontrowersyjnej, co nijakiej artystycznie Isis Gee. Przeszłość tej 36-latki z Seattle zaczyna się w roku 2004, kiedy przeprowadza się do Warszawy. Choć od dzieciństwa ponoć udzielała się artystycznie, jej historia jest jak biała karta - nikt nigdy nie słyszał w USA o takiej wokalistce. Jak głosi plotka, czy już raczej tajemnica poliszynela - przyczyną może być fakt, iż takiej kobiety nigdy wcześniej nie było".
    Okazuje się, że zmyślonymi historyjkami można ludziom wyrządzać krzywdę (i tak ocenił to sąd). Ów muzyczny dziennikarz dołożył zresztą nie tylko pani Gee, ale (przy okazji) także Polsce i Eurowizji - "Jak głoszą plotki, a potwierdzają to oczy i intuicja, Polska, uważana na Zachodzie za kraj homofobów, wysyła na Eurowizję transseksualistkę. Mając na uwadze sukces izraelskiego transseksualisty sprzed dziesięciu lat, mamy wreszcie szansę zaistnieć na tym festynie kiczu".
    Na mocy wyroku wydawca "Wprost" oraz p. Leszczyński mają na swój koszt zamieścić w tygodniku przeprosiny pani Gee za podanie nieprawdziwych informacji o rzekomej zmianie płci. Mają też zapłacić jej 100 tys. zł zadośćuczynienia wraz z odsetkami oraz zwrócić jej 9 tys. zł kosztów procesu.
    Pani sędzia Krystyna Gromek słusznie zgromiła Leszczyńskiego i "Wprost" akcentując, że prawo do prywatności jest chronione, w szczególności delikatne sprawy dotyczące płci (a to było przedmiotem powszechnych kpin). Rozpowszechniając plotkę, pozwani powinni się liczyć z konsekwencjami i nic ich nie usprawiedliwia, bo nie działali w interesie społecznym, lecz z chęci zwiększenia nakładu tygodnika.
    Co ciekawe, już po wyroku (i w pierwszych dniach stycznia 2010) ów Leszczyński, udzielał się w telewizji jakby nigdy nic... Jak to się dzieje, że telestacje zapraszają plotkarzy (w tym przestępców) na wizję? Czy to ma być model do naśladownictwa dla młodzieży? Gdyby ktoś myślał, że facet po zasądzeniu (wprawdzie wespół z "Wprost") 100 tys. zł zadośćuczynienia będzie się zachowywał jednak pokorniej albo będzie wręcz załamany... Nic podobnego! A może tygodnik ponoszący przezeń konkretne straty zwolni go z roboty? Wątpliwe, wszak dzięki tym obraźliwym plotom osiągnął wyższy wskaźnik sprzedaży, zatem nie pozbędzie się kury znoszącej złocone jaja, choćby były one zbukami.
    W trójmieście dojdzie do podobnego procesu - pisarka Chomiczek-Patelka* pomówiła dziennikarza Należyńskiego*, użytkownika portalu NaszaKlasa, że posiada dwa dodatkowe a nielegalne konta, z których rzekomo prowadzi w niewybredny sposób dyskusje, obrażając także pisarkę. Ponadto sfałszowała wypowiedź na jednym z tych kont, podpisując cudzy komentarz nazwiskiem owego użytkownika (popełniła błąd ortograficzny w jego nazwisku!). Dodatkowo (i na wesoło) zamieściła seksistowski dowcip oraz poinformowała w kilku miejscach, że ten użytkownik jest kłamcą. "Na deser" ośmieszyła przysięgę studencką, co nie jest bez znaczenia, bowiem pisarka jest ponadto... wykładowczynią na uczelni.
    Kiedy zirytowany użytkownik opisał powyższe wybryki pisarki w internecie, owa pani skasowała (sic!) swoje konto w NaszaKlasa i skierowała pozew do sądu przez swojego prawnika - otóż pozwany ma publicznie przeprosić pisarkę za naruszanie jej dobrego imienia i czci, wycofać rzekomo nieprawdziwe artykuły z internetowej przestrzeni oraz zadośćuczynić (ok. 5 tys. europów).
    Proces zatem podobny, choć widać różnice - rodak z tygodnika "Wprost" zmyślił i opublikował plotki kompromitujące piosenkarkę przed milionową publiką, natomiast użytkownik NaszaKlasa przekazał prawdziwe wyczyny pisarki na lokalnych forach. Mimo skasowania konta, twórczość pisarki jest nadal do podziwiania na NK (profil nr 224435). To kto i komu powinien zadośćuczynić w tym drugim przypadku?

    * - nazwiska nieco przeinaczone

    Byk w Lokfabyk (11 stycznia 2010)
    Autor poniżej omawianej informacji ma niesamowity talent - wykazał się dużymi osiągami przy niskich naciskach na inwestowanie w słowniki, bowiem można znaleźć tu niemal 50 błędów...

    Jesienna i zimowa pogoda nie sprzyja zwiedzaniu muzeów pod chmurkami, czyli na otwartych przestrzeniach, ale będąc w Szymbarku nie można sobie odmówić wejścia do sławnego kompleksu muzealnego, w którym znajduje się m.in. dom na kominie, najdłuższa deska na świecie, stół noblisty, ćwierćtysiącletni dom polskiego Sybiraka oraz pociąg (parowóz i kilka wagonów, w których przedstawiono wstrząsające informacje na temat wywozu Polaków w głąb ZSRR) z czasów najstraszliwszej wojny.
    Przy całym szacunku dla zgromadzonych cennych pamiątek, które są dla nas znaczącymi symbolami, nie można nie zauważyć szeregu błędów, które zostały rozsypane przez, ujmijmy to dyplomatycznie, chochlika na tabliczce informacyjnej dotyczącej lokomotywy ustawionej w szymbarskim muzeum.
    Parowóz serii T3 - 175 wyprodukowany był w 1943 roku, przez WIENER LOKFABYK (Wiedeń). Oznaczenie niemieckie 52 , nr fabr. 16628. Przeznaczony był do działań wojennych przez III Rzeszę. Parowozy te były uniwersalne, posiadały duże osiągi przy jednocześnie niskich naciskach na oś.
    Nawet nie znając języka niemieckiego, ale mając dostęp do internetu, można skonstatować, że powinno być LOKFABRIK, nie zaś LOKFABYK (dwa błędy w jednowyrazowej nazwie firmy!). Zbędny jest przecinek po roku i wzmianka o niemieckim oznaczeniu - wystarczyłoby podanie owych liczb. A cóż to znaczy do działań wojennych przez III Rzeszę? Czyżby samoloty "Łoś" były przeznaczone do działań wojennych przez Polskę?
    Większość zwiedzających to laicy, zatem powinno być wyjaśnienie - cóż to jest parowóz uniwersalny albo nie powinno być tego przymiotnika. Uniwersalny, czyli jeździ nie tylko do przodu? Albo może jeździć nie tylko po torach normalnych, ale i szerszych? Może ciągnąć wagony osobowe (pierwszej, drugiej i trzeciej klasy) i towarowe (ze zbożem, węglem i trzodą)? Z ładunkami również wojennymi (działa, czołgi)? Może być prowadzony nie tylko przez Niemców, ale i przez Polaków oraz Rosjan? Zatem - na czym polega uniwersalność tej lokomotywy?
    Poniżej, w przesadnie wielkim obramowaniu, zamknięto napis:
    T3 - 7175 normalnotorowy 1435 mm i to jest pewnie najważniejsza informacja, bowiem pozostałe - i równie ciekawe - dane nie zostały w ten sposób wyróżnione. Jednak widać różnicę - u góry plakiety umieszczono krótszy symbol: T3 - 175, zatem nie wiadomo, jak te obie informacje należy interpretować (czy pierwsza siódemka w liczbie 7175 oznacza coś szczególnie ważnego?).
    Pod ramką zgromadzono szereg pozostałych ważnych informacji. I tak...
    Data oddania do eksploatacji - 1943 rok. Jednak nie podano daty, lecz tylko rok. Ponadto wcześniej podano ten sam rok produkcji, zatem niepotrzebnie zdublowano tę informację (wszak odróżnianie momentu wyprodukowania od czasu wejścia do eksploatacji jest nieistotne z perspektywy zwiedzających, zwłaszcza że to jest ten sam rok).
    Zbudowany: LOKFABRYK VIENER. Przecież o tym już wcześniej nas poinformowano! I to z bykiem, i to nie byle jakim, bo z... LOKFABYKiem. Tutaj również błędnie, wszak powinno być LOKFABRIK WIENER (dwa błędy w dwuwyrazowej nazwie wiedeńskiej fabryki!). Ponadto zastosowano dwukropek, choć w dalszym wykazie wstawiano myślniki.
    Największa dopuszczalna naprężoność pary - 16kg/cmm2. Ponieważ chodzi o ciśnienie (kilogram-siła na centymetr kwadratowy; paskale w układzie SI), to powinno być 16 kG/cm2 (ze spacją po liczbie oraz z dwójką w potędze - indeks górny; a cóż to jest cmm?). Można mieć ponadto wątpliwości co do pierwszych dwóch terminów, bowiem zwykle jeśli omawiamy dopuszczalny parametr, to jest on największy. Wszak nie informujemy "Największa dopuszczalna liczba osób w windzie - 10".
    Największa dopuszczalna prędkość - 80km/h. Podobnie - albo największa, albo dopuszczalna; także spacja po liczbie.
    Całkowity ciężar parowozu w stanie służbowym - 85.550 kg. Ponieważ informacje dotyczą właśnie parowozu, zatem słowo to jest do pominięcia, zwłaszcza że przy pozostałych danych nie wspomniano o lokomotywie (z oczywistych powodów). Jeśli podajemy ciężar, to w kG (albo w kN), jeśli jednak podajemy masę (i tak jest poprawniej), to w kg. Oczywiście, kropek w liczbach nie stawiamy, zatem - 85 550 kg.
    Całkowity ciężar w stanie próżnym - 77.550 kg. Podobnie - nie ciężar, ale masa, skoro stan podano w kilogramach (kg, nie kG); także "kropkowa" usterka.
    Zawartość wody w tendrze - 32m3. Prawdopodobnie teraz wody w tendrze nie ma, chyba że z deszczówki albo ze śniegu, zatem zapewne chodzi o maksymalną (lecz tu akurat pominięto to określenie) zawartość wody tamże podczas eksploatacji pojazdu. Również zapomniano o spacji po liczbie oraz o trójce w indeksie górnym. Ponieważ poprzednie dane były w kilogramach, przeto i tu powinno być 32 000 kg.
    Zawartość węgla w tendrze - 10 ton. Węgla oczywiście nie uświadczymy w parowozie, zatem powinna być wzmianka o maksymalnej zawartości, choć zamiast o zawartości, właściwiej byłoby wspomnieć o zapasie (z wodą podobnie). Poprzednio dane opisywano w kilogramach a teraz w tonach (i to bez symbolu t), zatem powinno być 10 000 kg.
    Laik mógłby także zastanawiać się nad zależnością pomiędzy masą parowozu w stanie służbowym i w stanie próżnym oraz podanymi masami węgla i wody, ale pewnie nie dojdzie do żadnych wiążących wniosków...
    Całkowita długość parowozu - 22.975 mm. Średnica kół napędowych - 1.400 mm. Także zbędne określenie pojazdu, wszak to właśnie parowóz jest podmiotem całej informacji; zbędne kropki w liczbach.
    Następnie omówiono Przebieg służby:. Jest to tytuł kolejnej części informacji, zatem zbędny jest dwukropek. Warto przeanalizować ten fragment opisu, bowiem jest to prawdziwa "perełka" naszego języka...
    Od 1943 r. drogi na front wschodni, po wojnie w Rosji, w 1985 roku pracował jeszcze w obwodzie kalinirgradzkim, w roku 1990 trafił do Polski, na Stacje Malbork, od roku 2003 - Sansen Kościerzyna. Fragment służby opracowano na podstawie wydawnictwa "FRANK STENVALLS FORLHOK RAPORT" (Krótka historia lokomotyw wojennych serii 52 i ich losy na wschodzie i zachodzie).
    Jeśli po roku napisano r., to konsekwentnie ta forma powinna być stosowana w dalszym ciągu notki. Co to są drogi na front wschodni? Drogi żelazne? A może drogi w utrzymaniu? Na front wschodni, ale już nie z powrotem? W Rosji? Jednak wówczas w ZSRR. Pracował? Lokomotywy, statki i samoloty nie pracują (zwłaszcza w notkach historycznych i technicznych). Trafił? A to się biedny parowóz nabłąkał po świecie i w końcu trafił do Polski? Podarowano go nam, czy okazyjnie go kupiliśmy? Podana cena byłaby bardziej interesująca, niż błędna nazwa producenta. Kaliningrad ma literę n przed g i zapewne chodzi o Stację (ę) oraz o Skansen (k).
    Fragment służby opracowano? Fragment to te wzmianki o drogach na front wschodni, o Rosji po wojnie oraz o pracy w obwodzie kaliningradzkim? Opracowano? Ależ się napracowano... Wpisując dane Frank Stenvalls, internet podpowiada, że to raczej chodzi o Förlag, niźli o Forlhok... Raczej losy na wschodzie i zachodzie Europy albo losy na Wschodzie i Zachodzie. A w ogóle byłoby zgrabniej całkowicie pominąć owo źródło i to z dwóch powodów - popełniono tu kolejne błędy oraz opis źródła jest zbyt obszerny (jest wręcz porównywalny z opisem przebiegu służby).
    Z danych wynika, że ów muzealny okaz jest normalnotorowy (1435 mm), zatem w jaki sposób toczył się na wschodni front (i z powrotem), skoro na bezkresnej ziemi leżą szersze tory (1524 mm)? Na lokomotywie są czerwone radzieckie gwiazdy, zatem jeździła ona po ZSRR i ma normalny rozstaw kół?
    Ciekawe, kto opracował i wykonał omawianą a trefną plakietę? I jak długo będzie ona jeszcze straszyła zwiedzających? Niniejsza tabliczka jest ilustracją totalnego językowego błądzenia - styl, jednostki, liczby, ortografia... Ile błędów można tu naliczyć? Prawie 50!
    Każdemu Polakowi zdarza się strzelić (pisemnego) byka, ale tutaj nie skończyło się na jednym lokfabyku; tutaj mamy cały pociąg do byków i żadnego pociągu do staranności...

    Ortograficzne zrzędzenie i radulenie o Narwii (15 stycznia 2010)
 


 

    14 stycznia 2010 wyłowiono auto dwóch geologów, którzy parę dni wcześniej zaginęli podczas podróży po zaśnieżonych drogach. W wozie znajdowało się ciało jednego z nich, drugi zapewne próbował się ratować i zginął już po wydobyciu się z podwodnej pułapki. Tragedia przypomina podobne wydarzenie z grudnia 2006, kiedy to dwoje policjantów powracało do stolicy (odwozili policyjnego notabla do domu po zabawie) i także utonęli w przydrożnym rozlewisku.
    W zamieszczonej notce pt. "Akcja ratownicza na Narwii" czytamy - Podczas akcji wyciągania wraku samochodu na Narwi między Rzędzianami i Radulami (podlaskie) nurkowie odnaleźli ciało jednego z geologów. Ponieważ wypadek wydarzył się między Rzędzianami i Radulami (podlaskie) i choćby z racji obu tych nazw miejscowości, należałoby redaktorom portalu nieco pozrzędzić oraz tarką utrzeć nosa (radula - tarka), czyli poradulić. Otóż skoro pomiędzy, to jednak a zamiast i. W nawiasie podano nazwę regionu (województwo podlaskie), które zapisujemy jednak jako Podlaskie. Gdyby zmieniono zasady opisywania województw z mało- na wielkoliterowe (jak Morze Bałtyckie), to zapewne nie popełniano by błędów sugerowanych tą dziwaczną zasadą i rzadziej widywalibyśmy błędne podlaskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie.... Ale jeśli polscy fachowcy uparli się pisać niektóre geograficzne nazwy własne od małych liter, to niech się nie dziwią, że Polacy pisują małoliterowo także inne geograficzne nazwy, choć powinni pisać je akurat od wielkich liter... Województwa są zamieszkiwane przez miliony ludzi, mają herby i stolice oraz władze i opisywane są małymi literami, zaś morza są zwykle bezludne, ale piszemy ich nazwy od wielkich liter...
    Wracając do tytułu... Błędem jest oczywiście na Narwii, bowiem polskie wyrazy w odmianie pisujemy z jednym i po literze w: brwi, chorągwi, jątrwi, Karwi, krwi, marchwi, panwi, pawi, Płyćwi, stągwi, trzewi...
    Ale to byłoby zbyt proste; sprawa jest bardziej skomplikowana, bowiem jeśli mamy wyrazy polskie (także spolszczone) będące nazwami obiektów geograficznych leżących poza Polską, to w deklinacji mamy jednak -wii, np.: Boliwii, Batawii, Gawii, Jugosławii, Mołdawii, Monrowii, Segowii, Turgowii. Z rzeczowników pospolitych mamy także: gawii, glewii, relikwii, rewii, szałwii.
    Po kilku godzinach tytuł poprawiono, jednak opis przy zdjęciu już nie i to przynajmniej do wieczora 16 stycznia. Co ciekawe, w zacytowanej jednozdaniowej notce, nazwa Narwi jest poprawnie napisana od samego początku...
    Powyższe kłopoty są dowodem, że nasz język należy to trudniejszych, że zasad mamy bez liku i z tego powodu są one często ignorowane i że nie tylko - jak codziennie donoszą media - mylą się politycy, piloci i kierowcy, ale także... redaktorzy.
    PS1  Pod każdą informacją z działu Foto podobno można podyskutować, bowiem zachęcają do tego informacje - "Podyskutuj", "Dodaj komentarz". Podobno, ponieważ można sobie pisać do woli, jednak niczym na Berdyczów - wszystkie komentarze przepadają i stąd informacja przy wszystkich notatkach "brak komentarzy".
    PS2  Teleestacja TVN24 u dołu ekranu, na planszy, podaje wieczorem 15 stycznia 2010 - Poszukiwania 2 geologa. Powinna być kropka po dwójce.
    PS3  15 stycznia 2010 tuż pod informacją tvn24.pl o geologach, mamy astronomiczną sensację - Zaćmienie słońca. W piątek doszłoe do jednego z najdłuższych zaćmień obrączkowych Słońca w tym tysiącleciu. Pomijając literówkę w doszło, z jednej strony mamy zaćmienie słońca, z drugiej zaś obrączkowe zaćmienie Słońca. Która wersja jest właściwsza - słońca czy Słońca? Przy pierwszym zdjęciu jest komentarz - Tajlandczycy obserwują zaćmienie. Bardziej elegancko byłoby Tajlandzi (jak Szwedzi, wszak nie Szwedczycy).
 


 

    Tylko Polak może odebrać nagrodę; wpadka MON (16 stycznia 2010)
    Pod takim tytułem media podały, że Ministerstwo Obrony Narodowej wycofa z regulaminu wojskowych aukcji na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zapis o konieczności posiadania narodowości polskiej (po interwencji Radia TOK FM). Czytamy, że "ministerstwo uznało, po przeanalizowaniu sytuacji, kryterium narodowości za nieistotne oraz chce chronić swój wizerunek i zapewnia, że w przyszłości ten zapis zniknie ze wszystkich wojskowych aukcji na rzecz WOŚP".
    Z tekstu wynika, że ministerstwo raczej kieruje się dbałością o swój imaż (wizerunek), a nie swoim głębokim przekonaniem, ale dobre i to. Może także zlikwiduje zakaz fotografowania, który obowiązuje w okolicach budynku Dowództwa Marynarki Wojennej w centrum Gdyni, niedaleko basenu żeglugi białej, gdzie przewijają się miliony turystów (stoi tam m.in. okręt muzeum "Błyskawica")? Rejon ten jest już dokładnie sfotografowany w czasach zimnej wojny a teraz z kosmosu i czepianie się turystów pozujących przy ścianach budynku jest w dzisiejszej Europie jednak kuriozalne. Pod koniec 2006 min. Sikorski rozpoczął demontaż tabliczek z symbolem i napisem "Zakaz fotografowania" - http://www.wp.mil.pl/pl/galeria/604 .

    W latach 80. koleżanka (jako żeglarka) odwiedziła Hamburg i spacerowała (z innymi turystami) po niemieckim okręcie wojennym robiąc zdjęcia i nikt się jej nie czepiał, choć była spoza żelaznej kurtyny - mogła być nawet szpiegiem!
    Wojsko, tak dziwnie się składa, zawsze miewało inklinacje do podważania zasad demokracji... Dawniej był przepis, wg którego małżonkowie pracowników wojska mieli prawo do kolejowych zniżek, ale prawo to przysługiwało żonom pracowników, jednak już nie mężom pracowniczek! Kiedy zgłosiłem, że owa interpretacja jest niezgodna z ówczesną konstytucją, to była wielka konsternacja i w końcu zmieniono interpretacyjne obyczaje (prawo nie zostało zmienione - nie było takiej potrzeby) - ulgi zaczęły przysługiwać także mężom pań pracujących w naszym ówczesnym Ludowym Wojsku.
    Zatem - "zapewnia, że w przyszłości ten zapis zniknie ze wszystkich wojskowych aukcji na rzecz WOŚP"? A co ze sprawami niezwiązanymi z WOŚP? Trzeba również je przejrzeć, aby mieć przepisy zgodne z obowiązującymi w innych państwach Unii, aby w przyszłości nie było podobnych wpadek (jak to nazwały media).
    No i dzięki Orkiestrze zanosi się na zmianę przepisów i to nie byle jakich, bo wojskowych - aukcja okazała się testem armijnego prawa. Kto by to pomyślał - cywilna orkiestra zagrała na wojskowym nosku...

    To władze miasta powinny odpowiadać za strącanie sopli! (16 stycznia 2010)
    No i stało się - na obywatelkę RP spadły sople i inne zbrylone frakcje wody. Podobno straż miejska zawiadomiła właściciela kamienicy o konieczności strącenia owego dachowego lodu, ale przez kilkadziesiąt godzin nie zareagował on na monity, zatem postanowiono wlepić mu mandat. Podczas wykonywania tej godnej a urzędowej czynności doszło do opisanego nieszczęścia.
    Jeśli jest taka sytuacja, że kataklizm padł na całą Polskę (ba, Europę!), to nie można szukać właściciela, bowiem on może być za granicą, w szpitalu albo w pracy lub na urlopie. Społeczeństwo to nie plemienna banda - przez setki lat powinna budować się społeczna solidarność i odpowiedzialność.
    W takiej sytuacji odpowiednie służby powinny podążać wzdłuż ulicy (zwłaszcza w centrach miast, gdzie jest długi szpaler budynków) i w zorganizowany sposób strącać wszystkie sople, odpowiednio zabezpieczając pas chodnika, zwłaszcza miejsca przy oknach wystawowych i wejściach do sklepów oraz na klatki schodowe i chroniąc także pojazdy przed uszkodzeniem. A potem ewentualnie pobierać opłaty od właścicieli albo wcześniej corocznie ryczałtem lub uznać, że jest to obowiązek miasta w ramach płaconych podatków przez nas wszystkich (mieszkańców, w tym właścicieli oraz turystów).
    Tu mamy przykład na czuwanie straży przy wypisywaniu mandatu, na olewanie swego obowiązku przez właściciela, który przecież mógł stracić kontrolę nad problemem sopli, ponieważ nie każdy wie, co i jak robić w sytuacji krytycznej, natomiast zamawianie specjalnych firm przez każdego z najemców z osobna jest nieekonomicznym działaniem, bowiem jeśli każdy ma załatwiać to z osobna, to koszt takiej usługi zawsze będzie wyższy (ceny usługi nagle zwyżkują oraz każda firma doliczy opłatę za dojazd do klienta), niż w przypadku wzorowo zorganizowanego zdejmowania wiszących zabójczych igieł. Jeśli jest pożar, to straż najpierw gasi a potem wlepia mandaty i ewentualnie pobiera opłaty (patrz przedwojenne zwyczaje na filmie "Vabank II, czyli riposta"), nie zaś odwrotnie!
    Zatem - jeśli pacholęta bawią się na torach kolejowych, to funkcjonariusze nie powinni szukać rodziców i pouczać, ale zająć się ową gromadką a potem wypisywać mandaty i zapraszać opiekunów na pogadanki.
    Opisany wypadek, to niestety przykład na brak organizacji polskiego społeczeństwa! Jeśli władze miejskie potrafią wydawać setki tysięcy złotych, aby zorganizować ciekawego sylwestra w mieście opłacając go m.in. z podatków mieszkańców, to dlaczego nie mogą zorganizować strącania groźnych sopli? Przecież takie zaniedbanie grozi kalectwem lub śmiercią oraz poważnymi stratami materialnymi. Podczas takiego kataklizmu, który nie zdarza się przecież każdej zimy i na taką skalę, trudno oczekiwać, aby wszyscy właściciele budynków właściwie zareagowali na zaistniałą sytuację, bowiem ich są tysiące i każdy z nich jest w pracy, na urlopie, leży obłożnie chory w domu albo w szpitalu, jest sam lub z dzieckiem u lekarza, ma setki innych spraw do załatwienia. A władza miejska jest jedna i ona powinna ogłosić alert oraz przejąć walkę z soplami! Oczywiście za podatki, które właściciele i inni mieszkańcy wnoszą do wspólnej kasy.
    Jeśli ktoś zaginie w górach, to przecież nie rodzina ofiary organizuje pomoc ratunkową, ale odpowiednie specjalistyczne służby (i nie ma znaczenia, czy ofiara jest ubezpieczona), bo na tym polega solidarność społeczna - wszyscy składamy się na pomoc jednostkom w niecodziennych sytuacjach albo organizujemy system ubezpieczeń i tym różni się cywilizowane społeczeństwo od wspólnoty plemiennej.
    To władze miasta powinny kontrolować narastanie sopli, oceniać zagrożenie oraz organizować ich bezpieczne i fachowe strącanie. Władze miasta nie tylko mają być widoczne podczas wyborów, podczas sylwestra i festynów oraz podczas przecinania kolejnej wstęgi w tunelu lub na moście.
    Właścicieli oczywiście można gonić i ganić, karać i pouczać, ale cóż z tego - sople spadły i raniły człowieka. I co? Właściciela posadzimy na parę lat? Ukarzemy tysiącem złotych? A wszyscy inni nerwowo zaczną na własną rękę porządkować krawędzie dachów? Z pewnością w takiej panicznej atmosferze będzie więcej ofiar (kiedy zawaliła się pamiętna hala wystawy gołębi, to parę osób spadło z oczyszczanych dachów), zaś koszty będą znacznie większe, niż gdyby całą akcję przeprowadzono pod nadzorem miasta z udziałem specjalistycznych firm. A jeśli już sytuacja jest katastrofalna i nie do opanowania, to władze miejskie powinny zorganizować odgradzanie chodników wzdłuż witryn sklepowych, zaś nad wejściami do sklepów i klatek instalowanie tymczasowych daszków.
    Społeczeństwo powinno popierać każdą tańszą formę swego funkcjonowania; proponowana procedura strącania sopli jest tańsza i bardziej ekologiczna (mniej paliwa, mniej wypisywanych rachunków, mniej kontroli i mandatów).
    Jeśli paliwa zamarzają w niskich temperaturach, to można temu przeciwdziałać dzięki dolewaniu do medium specjalnego płynu zapobiegającemu niekorzystnemu zjawisku na dwa sposoby - każdy kierowca kupuje pojemnik w sklepie i sam nalewa, miesza i pilnuje sprawy albo czyni to dostawca paliwa korzystając z fachowców i hurtowych zakupów bez jednorazowych nieekologicznych opakowań. Który sposób jest wygodniejszy i tańszy?
    PS  Albo machnijmy ręką na to całe niebezpieczeństwo i pogódźmy się z utratą paru ludzi rocznie, bowiem matematycznie będzie to i tak tańsze, niż całe to obtłukiwanie sopli, nawet jeśli spore odszkodowania uwzględnimy w kalkulacjach.

    Blaszane budynki podczas trzęsienia ziemi (18 stycznia 2010)
    Świat jest wstrząśnięty ogromem zniszczeń po trzęsieniu ziemi w Haiti (państwie); na Haiti (wyspie, dawniej Hispaniola). Zginęło ok. 150 tysięcy ludzi, ulice są zasłane trupami i rannymi czekającymi na pomoc a bojącymi się leżeć w budynkach, zwłaszcza że po trzęsieniu o sile ok. 7 richterów nastąpiły wtórne wstrząsy o 3 richtery słabsze. Pod względem strat ludzkich jest to druga katastrofa w tym tysiącleciu (ok. 300 tys. zabitych w Azji podczas wstrząsu i tsunami w 2004 roku).
    W Kalifornii oświadczono, przy okazji trzęsienia ziemi we włoskiej Abruzji (6 kwietnia 2009), że gdyby u nich było trzęsienie ziemi o podobnych parametrach (ponad 6 richterów), to nikt by nie zginął. Amerykańska niska zabudowa jest zwykle drewniana i podczas trzęsienia ziemi niewiele rzeczy może spaść na mieszkańca (pamiętamy rozdmuchane miasteczka po przejściach tornad; gdyby nie uliczki, to geodeci mieliby problemy z ustaleniem lokalizacji poszczególnych działek; budynki odpowiednie dla trzęsienia ziemi, nie są właściwe dla wichrów).
    Po wspomnianej katastrofie we Włoszech stwierdzono, że zbudowano tam wiele domów niespełniających norm w aspekcie ruchów tektonicznych, w tym nawet budynki policyjne i szpitalne, zatem należy przypuszczać, że w znacznie biedniejszym Haiti budynki nie były dostosowane do przetrwania takiego kataklizmu, zwłaszcza że od ponad dwustu lat nie było powodów, aby wdrażać kosztowne technologie.
    Żeromski wymyślił szklane domy, co spotkało się z pozytywnym przyjęciem ze strony naszych bogaczy budujących (po 1989) przeszkolone apartamenty a ponadto pomysł naszego pisarza wszedł (przed 1989) na stałe do kanonów kabaretów ciągnących łacha z jego szczytnej idei, natomiast teraz wypadałoby pomyśleć o domach... blaszanych!
    Huty, stocznie oraz inne montownie konstrukcji metalowych przechodzą poważny kryzys - starają się, ale upadają, wręcz toną (nawet stocznie budujące jednostki wszak pływające!) a przecież zgodnie z nazwą tworzyw, jakimi się zajmują (głównie stal), powinny się zestalić w robocie (przejść z lotnej fazy dyskusji na stały grunt i na... stalowe konkrety) oraz ustalić jeszcze wyższy poziom produkcji a ponadto ustalić (czyli usztywnić) wznoszone budynki.
    W jaki sposób to uzyskać? Otóż dzięki zamianie klasycznych tworzyw (beton, cegła, pustak) na stal - blachy i kształtowniki. Z nich składać (na podobieństwo okrętowych nadbudówek) domy mieszkalne i budynki użyteczności publicznej. Ponieważ efektywność izolacji (przed nadmiarem ciepła oraz jego niedoborem) jest lepsza w przypadku otulenia całej konstrukcji, zatem stalowy budynek powinien być zaizolowany od zewnątrz, czyli usztywnienia powinny być również od zewnątrz. Oczywiście, w ciepłej strefie klimatycznej, sprawa izolacji termicznej nie jest najważniejsza, natomiast ściany wystawione na działanie promieni słonecznych mogłyby zawierać ekologiczne instalacje wspomagające podgrzewanie wody, które jednocześnie chłodziłyby "stalowe" mieszkania.
    Stocznie mogłyby w swoich halach i na placach wykonywać całe moduły jedno-, dwukondygnacyjne, które - niczym klocki - byłyby ustawiane na placach budów. Gdyby okazało się, że taka technologia byłaby droższa od tradycyjnej, to świat mógłby opracować zasady wspomagania biedniejszych państw, co z kolei zwiększyłoby zamówienia na produkcję stali oraz na wyroby, a to zmniejszyłoby kryzys przemysłu stoczniowego i hutniczego.
    Nie byłoby przymusu w stosowaniu omawianego systemu, zwłaszcza że istnieją - i z pewnością powstaną -  inne sposoby zwiększania bezpieczeństwa mieszkańców w rejonach sejsmicznych.
    W ostatniej haitańskiej tragedii runęły tysiące domów, w tym budynki rządowe, wojska (sił ONZ), szpitale. Gdyby były wykonane z blach i usztywnień stalowych, to co najwyżej by się zatrzęsły i nieco przemieściły; może nawet przekrzywiły. Z pewnością by nie runęły! O ruinach nie byłoby wcale mowy, wszak one kojarzą się wyłącznie z gruzowiskiem powstałym po zniszczeniu budowli betonowych i murowanych. Osoby przebywające w blaszanych budynkach mogłyby odnieść lżejsze rany, ale z pewnością by nie ginęły na tak masową skalę!
    Należałoby sprawdzić, czy w obszarze dotkniętym katastrofą byli mieszkańcy, którzy użytkowali metalowe budynki (np. typu kontenerowego) i ocenić słuszność tezy stawianej w artykule, że mieszkania w budownictwie stalowym są znacznie bezpieczniejsze, niż w tradycyjne.
    Wyraz "blaszany" zrobił karierę po wydaniu książki "Blaszany bębenek" oraz po zrealizowaniu filmu pod tym tytułem. Czy jest szansa na to, że blaszane domy pozwolą ocalić tysiące istnień ludzkich? Może nazwisko pisarza (Grass) będzie się kojarzyć nie tylko z trawnikami czasu zniszczeń, ale przede wszystkim z soczystą zielenią wokół domów zbudowanych z blachy, które ocaleją nawet po największym trzęsieniu ziemi.

    Dominikana i Haiti leżą na... Haiti! (20 stycznia 2010)
    Portal tvn24.pl informuje nas tytułem, że "Ratownicy wylądowali na Dominikanie. Na Haiti nie mogli" - http://www.tvn24.pl/-1,1638463,0,1,ratownicy-wyladowali-na-dominikanie--bo-nie-mogli-na-haiti,wiadomosc.html (16 stycznia 2010).
    Nasze geograficzne nazewnictwo przekonuje, że nasi ratownicy nie mogli wylądować w państwach - ani na Dominikanie, ani na Haiti, bowiem poza państwami kontynentalnymi (typu Litwa, Węgry...) oraz państwami wyspiarskimi (typu Kuba, Madagaskar...), to można wylądować w Dominikanie i w Haiti (nie na). W języku polskim mamy niejednoznaczność - Haiti to zarówno nazwa państwa, jak i wyspy, zatem w drugim znaczeniu można wylądować na Haiti, ale w omawianym tytule nie chodzi o wyspę, bowiem w takim przypadku, to oni właśnie wylądowali na Haiti (wyspie), jednak nie w Haiti, ponieważ udało im się wylądować w sąsiednim państwie - w Dominikanie.
    W niemal wszystkich językach mamy terminologię - państwa Haiti i Dominikana (zbyt często określana jako Republika Dominikańska, co irytuje w tekstach nieoficjalnych; podobnie jak Republika Czeska, zamiast po prostu Czechy) leżą na wyspie Hispaniola. Ale nie w języku polskim - nam, Polakom, jakoś to przeszkadzało i ogólnoświatową nazwę wyspy Hispaniola zmieniliśmy na Haiti. Podobny nazewniczy rozgardiasz sprokurowaliśmy sobie z nazwą Włochy zamiast Italia (wbrew całemu niemal światu). W innych językach, takich jak - angielski, baskijski, bośniacki, chorwacki, czeski, duński, fiński, francuski, holenderski, indonezyjski, islandzki, łaciński, niemiecki, norweski, rumuński, słoweński, szwedzki, walijski, węgierski, wietnamski, włoski, wyspa Haiti (w polskim znaczeniu) określana jest nadal jako Hispaniola; w innych językach podobnie - esperanto: Hispaniolo, turecki: Hispanyola, galicyjski oraz hiszpański: Espańola, irlandzki: Easpáinneoil. Wyspa ta, przez niektóre narody, zamiennie nazywana jest San Domingo albo Santo Domingo, przy czym ta druga nazwa dotyczy również... stolicy Dominikany.
    Zatem u nas mamy dziwoląg terminologiczny, bowiem na wyspie Haiti (dawniej Hispaniola) leżą dwa państwa - Dominikana (na wschodzie) oraz... Haiti (na zachodzie). Matematycznie (obszarowo) to jest również dziwactwo, wszak H (Haiti, wyspa) = H (Haiti, państwo) + D (Dominikana, państwo). Z powodu owej terminologicznej usterki mamy nieporozumienie - lądowanie na Haiti (wyspie, bo w państwie - lądujemy w Haiti) jest niejednoznaczne, gdyż nie wiemy, czy wylądujemy w Haiti, czy w Dominikanie. Nasi ratownicy dostali się wprawdzie na Haiti, ale nie o to im chodziło! Oni chcieli pomagać rannym w Haiti! Jeśli pilot ma lecieć w tamte strony, to inaczej może zrozumieć informację na Haiti, i inaczej w Haiti!
    Jeśli ktoś powie, że mieszka na Haiti, to znaczy, że jest mieszkańcem Dominikany albo... Haiti. To przypomina nieco logikę zdania - "Mieszkam na Kubie, zatem jestem Amerykaninem" - obie wypowiedzi są prawdziwe, choć dziwne.
    Omawiany tytuł - "Ratownicy wylądowali na Dominikanie. Na Haiti nie mogli" nie jest ani językowo poprawny, ani nie jest logiczny - skoro wylądowali w Dominikanie, zatem jednak wylądowali na Haiti! Mało tego - nie jest prawdą, że nie mogli na Haiti, bowiem właśnie wylądowali na... Haiti i to szczęśliwie!
    Poprawny tytuł brzmiałby - "Ratownicy wylądowali w Dominikanie, bo w Haiti nie mogli". Gdybyśmy jednak mieli nazwę Hispaniola (jak dawniej), to tytuł mógłby mieć (długą) postać - "Ratownicy wylądowali wprawdzie na Hispanioli, ale w Dominikanie, nie zaś w Haiti" i w ten sposób należy rozumieć krytykowany tytuł.
    We wstępie artykułu czytamy - "Polscy ratownicy wylądowali już na Dominikanie. Stamtąd przemieszczą się 300 km lądem w kierunku Haiti. Nie mogli tam dostać się bezpośrednio, bo w powietrzu panuje duży ruch, a lotnisko w Haiti nie jest w stanie przyjąć tak wielkiej ilości samolotów, jaka obecnie tam ląduje". Zatem przemieszczą się ku Haiti będąc na... Haiti. Zwykle nie mówimy o lotnisku w państwie, ale w mieście, zatem "lotnisko w stolicy Haiti". No i mamy ponownie  "ratownicy mieli nadzieję, że dostaną się bezpośrednio na Haiti, jednak musieli wylądować na Dominikanie". Przecież dostali się na Haiti! Podpis pod fotografią - "Polacy w drodze na Haiti". Nie, oni są właśnie na Haiti, bowiem przybyli na Haiti (są w stolicy Dominikany), natomiast będąc na Haiti, są ponadto w drodze do Haiti (i to jest zaskakująca konstatacja!).
    W innej notce czytamy - "Najgorsza rzecz jaką widziałem to ludzie, którzy od dwóch dni leżą na ulicach, a my nie możemy ich przenieść do szpitali - tak sytuację na Haiti, po największym od blisko 200 lat trzęsieniu ziemi w regionie, opisuje prezydent kraju Rene Garcia Preval w wywiadzie dla telewizji CNN". Ponieważ prezydent mówił po francusku, zatem na pewno nie mówił o Haiti w znaczeniu Hispaniola (wyspa), ale w znaczeniu Haiti (państwo), zwłaszcza że w Dominikanie nie było trzęsienia ziemi, zatem tłumaczenie powinno brzmieć - "tak sytuację w Haiti...", choć oczywiście przyimek na nie czyni zdania nieprawdziwym, ale niepotrzebnie poszerza rozpatrywany rejon katastrofy o sąsiedni kraj.

    PS  W artykule podano także siłę tektonicznego wstrząsu - "We wtorek Haiti nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 7 lub 7,3 st. (agencje podają różne informacje). To najsilniejszy wstrząs w tym regionie od ponad 200 lat". Nie podano skali (a zawsze jest podawana!); oczywiście chodzi o skalę Richtera. Najłatwiej byłoby podawać siły kataklizmu w richterach, czyli "nawiedziło trzęsienie ziemi o sile ponad 7 richterów" (a woda zwykle wrze w temperaturze stu celsjuszy - zamiast w 100 stopniach Celsjusza).

    Począł i kłamał a taki pan (22 stycznia 2010)
    Onet donosi - "Seksualny skandal na szczytach władzy w USA". Cóż czytelników może bardziej rajcować, niż amerykański polityk, milioner, przystojniak, który zapewne całe życie pouczał naród (tu - amerykański), co jest etyczne, a co nie jest; no i facet po miesiącach zaprzeczeń przyznał się, że to on jest ojcem dziecka, które miał począć (ale nie tylko miał począć, bo ostatecznie był to uczynił) ze swoją kochanką Rielle Hunter (tu Amerykanie bezlitośnie sypią nazwiskami). Pikanterii dodaje fakt, że owa szlachetna a zaradna lub nieostrożna niewiasta była szefową kampanii wyborczej Edwardsa w 2008 roku. Gdyby nie format amerykańskiej pary, to ta historia przypomina polski skandal w jednej z upadłych naszych partii oraz jednej z szefowych filii tej partii. I jak przystało na wyższy format - Amerykanie nie szarpali się po sądach, czego nie można powiedzieć o polskiej sprawie, która do dzisiaj nie jest całkowicie wyjaśniona.
    Senator długo zaprzeczał, ale teraz się kaja - "To, że wielokrotnie zaprzeczałem, iż to nie moja córka, było złem. Mam nadzieję, że ona to zrozumie i mi wybaczy". Jednak nie jest do przewidzenia jego postawa, gdyby nie znana już technika DNA...
    John Edwards wyraził żal i przyznał, że "zdaje sobie sprawę, z tego, iż zranił wiele osób". Ponieważ akurat Onet http://wiadomosci.onet.pl/2115587,441,seksualny_skandal_na_szczytach_wladzy_w_usa,item.html wyjawił to wyznanie umieszczając pośród tekstu reklamę broni (przecena z 499 na 259 zł), nie sposób nie zauważyć, że pani Hunter (Myśliwa, Łowczyni) namyśliła się i złowiła sobie polityka, który przyznał się do zranienia gromadki ludzi. Córka ma na imię Quinn (jak filmowe nazwisko Jane Seymour w serialu o pani doktor oraz jak Anthony Quinn z filmu "Grek Zorba"), co brzmi prawie jak Queen, czyli jest to młoda 'królowa pośród łowczyń'.
    W 2008 roku Edwards ubiegał się w prawyborach o urząd prezydenta USA, zaś 4 lata wcześniej był kandydatem na wiceprezydenta. Teraz przeprasza rodzinę, jednak żona w podzięce szykuje... rozwód, czyli wzięła go wprawdzie na muszkę, ale od... strzelby. Gdyby senator zastosował operetkowo-cygaretkową metodę przetestowaną przez prez. Clintona na pannie ze słowiańskim korzeniem, to może również jemu żona puściłaby wyskok w niepamięć.
    PS  Polityk urodził się i ożenił w tych samych latach, co autor powyższej notatki; były senator oświadczył - "Zapewniam wsparcie finansowe mojej córce i będę to robił w przyszłości" i tu dopiero są małe różnice - ja nie zapewniłem wsparcia swojej córce, bowiem mam dwóch synów.

    Zastrzelił kierowcę pługa! - jak manipuluje się tytułem (24 stycznia 2010)
    Pod takim tytułem 14 stycznia czytamy w naszych mediach - "Zastrzelił kierowcę pługa!". Następne zdanie mówi nam wszystko - Komitet Śledczy przy Prokuraturze Moskwy oskarżył podpułkownika milicji o zastrzelenie na ulicy kierowcy pługa śnieżnego po zderzeniu auta z pługiem śnieżnym; po zabójstwie milicjant uciekł z miejsca przestępstwa": jasne, przecież to były Związek Radziecki (a nawet Sowiecki), właściwie Azja, no to oni tak się strzelają na ulicach prawie jak w Stanach.
    Ciekawostką jest i to, że nasze media (w ślad za rosyjskimi) podały nazwisko tego milicjanta, co u nas - w podobnej sytuacji - jest jednak niewyobrażalne; u nas na podanie danych musi być specjalna zgoda sądu i to po ostatecznym wyroku, czyli po paru latach (a i wówczas zwykle sądy nie wyrażają zgody); czasami zakaz nie obejmuje wipów.
    Rosyjskie media niemal codziennie informują o faktach przemocy ze strony milicjantów - pobicia, tortury, gwałty, zabójstwa. A tu znowu milicjant, który zabił bezbronnego obywatela. Gdyby dalej nie czytać (a nie każdy czytał albo rzucił okiem jedynie pobieżnie), to wszystko wydaje się jasne - przedstawiciel władzy (a tamci są be, nawet nazwy "milicja" nie zmienili na "policja") bez powodu lub z byle powodu (przecież to jest tam oczywiste) strzelił Bogu ducha winnemu ciężko pracującemu (walczącemu z ostrą tamtejszą zimą) kierowcy w głowę albo w serce i spowodował natychmiastową śmierć. Jeśli to mało, to strzał padł w Boże Narodzenie (wprawdzie wg naszego obrządku i kalendarza, ale na tamtej ziemi to też jakiś sygnał).
    Z dalszej części artykułu wynika jednak inny obraz wydarzeń (jak z kradzieżą samochodów i rowerów w dość znanym dowcipie), wprawdzie nie całkiem inny, jednak na tyle różny od pierwszej nasuwającej się refleksji, że jednak wart dostrzeżenia.
    Okazuje się, że milicjant ze złości wystrzelił z pistoletu, ale... na plastykowe kule. Pocisk trafił mężczyznę w kolano, pechowo uszkadzając arterię i poszkodowany zmarł po kilku minutach wskutek utraty krwi. Nikt nie rozgrzesza tego milicjanta, ale jest różnica pomiędzy strzałem z broni ostrej w głowę człowieka a strzałem z innej broni w kolano. To są całkiem dwie różne sporawy, tak w świetle prawa, jak i etyki.
    28 września 2008 media podały - "Pijany pirat drogowy uciekał przez całe miasto pędząc na oślep swoim bmw; zatrzymał się dopiero wtedy, kiedy rozbił auto. Kierowca cały czas był agresywny i nagle sięgnął pod kurtkę. Wtedy padł strzał: policjant trafił drogowego pirata w głowę, jednak ranny przeżył".
    To wydarzyło się w Polsce i gdyby oceniać sposób strzelania do człowieka, to jednak - może nie wszyscy - dostrzegą różnicę pomiędzy strzałem z bliskiej odległości z ołowiu w głowę a strzałem z plastyku w kolano. To, że ranny ołowiem przeżył, w przeciwieństwie do rannego od plastyku jest osobliwym zrządzeniem losu, jednak kwalifikacja czynów jest całkowicie inna, nawet jeśli ów ranny Polak był zwykłym pijakiem i piratem, zaś zabity Rosjanin szczególnie sympatycznym obywatelem. Przeciętny człowiek raczej nie wyobraża sobie, aby mógł komuś strzelić z bliska z prawdziwej broni w głowę, natomiast raczej dopuszcza myśl, że mógłby strzelić (jednak w tym porównaniu) z nibybroni i to w kończynę.
    Bardziej znaną tragedią w Polsce jest zastrzelenie przez policjantów dwóch osób podczas juwenaliów w nocy 8/9 maja 2004 (funkcjonariusze na akcję pomyłkowo otrzymali ostre naboje zamiast gumowych).
    Jeszcze głośniejszym (bo w wielkim świecie) wypadkiem (zabójstwem?) był dramat 14 października 2007 na lotnisku w Wankuwerze w Kanadzie (Vancouver in Canada), gdzie zmęczony podróżą Polak został osaczony przez policjantów (bardzo demokratycznego państwa!), którzy zabili go (śmiertelnie porazili) nowoczesnym taserem wynalezionym w celu wyeliminowania klasycznej broni. Co ciekawe, gdyby zamiast tego "cudownego" a zawodnego (zanotowano szereg podobnych wypadków/zabójstw) wynalazku użyto zwykłej broni palnej, to najprawdopodobniej Polak przeżyłby, ponieważ - należy domniemywać - tamtejsi policjanci jednak by nie strzelali w ważne życiowo narządy (mamy tu dowód na to, że rozwój techniki nie zawsze sprzyja przeżyciu).
    Dzięki innemu wynalazkowi (telefon komórkowy) świat ujrzał dowód, który pogrążył owych policjantów, którzy pod przysięgą przedstawili całkiem odmienny (i nieprawdziwy!) przebieg wydarzenia. To jest z kolei dowód na to, że funkcjonariusze policji (kanadyjskiej, ale także - i jednak tym bardziej - polskiej i rosyjskiej) wobec braku bezstronnego nagrania, są w stanie przedstawić swój przebieg wydarzeń, który może być całkowicie zmanipulowany, jak ów tytuł, który został powyżej omówiony.

    Nadobywatele z Polski? (26 stycznia 2010)
    Parę dni temu przeczytałem o wielce bulwersującej sprawie - polskie media podają: "Polka winna śmierci 13-latki. Matka wybaczyła".
    Do tragicznego w skutkach wypadku doszło 10 listopada 2009 pod Oksfordem w Wielkiej Brytanii. Jak podaje Onet - "Magdalena O. pędząc 70 mp/h uderzyła w tył Forda Ka - samochodem wraz z matką jechała 13-letnia Charlotte Hill, dziewczynka odniosła liczne obrażenia i zmarła w szpitalu".
    Nawiasem pisząc - można było przeliczyć owe angielskie mile na godziny (myślę, że nasze km/godz. Anglicy jednak przetłumaczyliby i najprawdopodobniej przeliczyli) oraz nazwy aut pisujemy od małych liter.
    "31-letnia Polka została aresztowana, kobieta przyznała się do spowodowania śmiertelnego wypadku przez swoją nieuważną jazdę". Przypadkiem sprawczyni oraz ofiara dożyły 31 i 13 lat, przy czym gdyby dziewczyna nie znalazła się w złym miejscu o złym czasie, to mogłaby dożyć sędziwego wieku (ale to komunał).
    Wirtualna Polska (10 grudnia 2009) podaje, że toyota prowadzona przez Magdalenę O. jechała prawie 130 km/h! 13-letnia Charlotte Hill siedziała na tylnym siedzeniu forda. Jej matka prowadziła auto, ale w chwili wypadku samochód stał w miejscu z powodu korka. Auto Polki najechało z ogromną siłą i od uderzenia tylne siedzenia przesunęły się do przednich foteli zgniatając córkę. Jednak wówczas (w grudniu) WP podkreśliła, że "Magdalena O. nie przyznaje się do zarzutu spowodowania śmierci w wyniku niebezpiecznej jazdy samochodem".
    Dostrzec można parę bulwersjanów. Pierwszy bulwersjan... Jeśli Polak jest gościem w obcej krainie, to powinien szczególnie starać się przestrzegać prawa, tak drogowego, jak jakiegokolwiek innego, bowiem to buduje imaż Polski i Polaków na świecie. Podobnie my jesteśmy zirytowani, jeśli obcokrajowcy popełniają wykroczenia na naszej ziemi (w tym przypadku chodzi o polskie drogi); przypomnijmy sobie wszelkie dyskusje po wypadkach, w których zginęli Polacy, a które zostały spowodowane przez obcych, w szczególności z niezachodniego kierunku. Zatem musimy przełknąć kolejny problem - nasz obywatel zagapił się i niechcąco zabił mieszkańca innego państwa, w którym bawił turystycznie albo pracował, jednak powinien tam być wyjątkowo ostrożny, jak każdy z nas, kiedy przebywa u kogoś w gościnie.
    Oczywiście - ten wypadek to obiektywna tragedia spowodowana subiektywnym zachowaniem się człowieka, który (jak tutaj) spowodował nieszczęście wskutek własnej nieuwagi, sam wyszedł cało z opresji, ale zabił innego człowieka. To koszmar, który będzie się naszej rodaczce śnił bez końca. To także jej dramat, wszak nie chciała nikogo zabić - pewnie się zamyśliła, spieszyła i... Takich wypadków jest pewnie setki dziennie. Czasu nikt nie cofnie.
    Drugi bulwersjan... Czytamy - "Polka, sprawczyni wypadku w którym zginęła 13-letnia dziewczynka, wolna opuściła sąd. Matka ofiary wybaczyła winowajczyni. Sędzia oszczędził Polce więzienia i pochwalił matkę ofiary za wspaniałomyślną gotowość przebaczenia winnej". Ilu ludzi by postąpiło jak owa matka, która utraciła jedyne swoje dziecko? Ilu kierowców zadusiłoby się nawzajem na skrzyżowaniu albo na parkingu za całkiem błahe przewinki? Słowa matki, pani Kent - "Budzę się każdego ranka i czuję ciągle to samo. Wiem, że Magda ma tak samo, jest zrozpaczona. Przed rozprawą nienawidziłam jej, ale proces to zmienił, pozwolił dojść do siebie. To był tragiczny wypadek".
    Sąd skazał Magdalenę O. na karę 3 miesięcy więzienia w zawieszeniu (wzięto pod uwagę, iż Polka pomagała ratować ofiarę zaraz po wypadku). Po wyjściu z sądu doszło do niecodziennego wydarzenia - matka ofiary uścisnęła Magdalenę O. i ucieszyła się, że nie pójdzie do więzienia. Coś nieprawdopodobnego! Nikomu nie  życzę takiego doświadczenia życiowego, nikomu nie chciałbym gratulować takiej postawy.
    Polka? No cóż mogła dodać? Przyznała, że ogromnie żałuje swojego czynu i że jest jej naprawdę przykro. Że nie wie, jak mogłaby przeprosić jej rodzinę za to co się stało. Nawet, że gdyby tylko byłaby taka możliwość, zamieniłaby swoje życie za jej. Też w sumie komunały.
    Natomiast jest jeszcze trzeci bulwersjan (wprawdzie marginalny wobec omówionego wątku, który jest najbardziej wzruszający i trudno tu cokolwiek dodać) - sprawa podania pełnego nazwiska owej Magdaleny O. Po orzeczeniu wyroku w Polsce, nasi dziennikarze nie podają danych, bowiem albo nikt nie zwraca się do sądu z prośbą o zgodę na podanie nazwiska, albo sąd nie zgadza się (i czyni to zbyt często!). W opisanej sprawie jednak mamy inną sytuację - oto bowiem wyrok wydał sąd poza granicami Polski. Mało tego - wystarczy wpisać do Googli imię Polki oraz dane dziewczynki, aby otrzymać link http://www.dailymail.co.uk/news/article-1245863/Woman-motorist-killed-13-year-old-girl-crash-walks-free-mother-forgives-her.html,
wiodący nas do artykułu z podanym nazwiskiem Polki oraz nawet z jej wizerunkiem.
    Powstaje więc pytanie - jeśli dane Polaków są ujawniane poza Polską, to co stoi na przeszkodzie, aby je ujawniać w kraju, skoro uznajemy w większości, że prawo zachodniej Europy stoi na wyższym poziomie od polskiego oraz że tamtejsza praktyka informacyjna jest także lepsza od polskiej. Czy polskie sądy mogą zakazać przekazywania informacji (w tym pełnych danych osobowych) opartych na zagranicznych źródłach? Czy zatem dziennikarze znają polskie prawo prasowe? Nie, oni nie znają prawa (szczególnej interpretacji) i nie są pewni, czy można podawać dane, wobec czego "na wszelki wypadek" ich... nie podają. A niemal cały świat podaje nazwiska nie tylko przestępców, ale nawet podejrzanych, nie bacząc, czy to zwykli obywatele, czy nadobywatele z Polski, czyli osoby pod specjalną ochroną danych osobowych.
    PS Po napisaniu owych rozważań uznałem, że czas wypadku (listopad 2009) został błędnie zapisany, wszak normalny sąd nie może wydać wyroku już po 2-3 miesiącach! Okazuje się jednak, że ten wypadek istotnie wydarzył się kilkadziesiąt dni temu, zaś wyspiarskie sądownictwo jest sprawniejsze od polskiego i to parokrotnie! Zatem to już czwarty bulwersjan.

    Roztargnienie czy lekceważenie? (1 lutego 2010)
    Aby oglądać TV1000 na stałe zamów Pakiet Max Telewizji Cyfrowej UPC na stronie www.upc.pl lub zadzwoń... TV1000 zaprasza na film "Joanna d'Arc" 16 stycznia o godz. 20:00. W pierwszej połowie miesiąca napis ten był całkowicie zrozumiały, bowiem planowana emisja była zapowiedziana na dość bliską przyszłość, ale dzisiaj mamy... 1 lutego 2010 i można się zastanowić, czy aby film miał być emitowany w 2010 (i czy był?), czy jednak w przyszłym roku (niemal za cały rok) albo i w obecnym, i w 2011... Zapewne prawda jest prozaiczna - po prostu ktoś "odpowiedzialny" za informowanie widzów zapomniał o tekście puszczonym w ruch przesuwny u dołu ekranu i swoim "zaangażowaniem" daje przykład troski wobec swoich (także potencjalnych) klientów. Ale to lekceważenie klientów trwa już dwa tygodnie!
    Podobne uchybienia możemy zaobserwować podczas emisji świetnego cyklu Ewy Drzyzgi - "Rozmowy w toku", kiedy to na zakończenie kolejnego odcinka, jesteśmy zachęcani przez tekst na planszy do oglądania kolejnego programu - podawany jest interesujący tytuł (prawdopodobnie wznowienia) odcinka oraz czas emisji, zaś proponowany czas (a mamy styczeń 2010) sugeruje spotkanie... jesienią (podany jest miesiąc bez roku), przy czym trudno orzec, czy jest to czas emisji, która już się odbyła (i był to termin pierwszej edycji), czy emisji, która się dopiero odbędzie u schyłku 2010 (i jest to termin wznowienia)...
    "Klub  dla Ciebie" co miesiąc dostarcza katalog z wieloma interesującymi produktami. Pod koniec stycznia dostarczono oferty na luty. Na skrzydełku zachwalane są produkty tygodnia, jednak zaznaczono "oferta ważna od 25 do 31 stycznia 2010 r." a przecież wielu adresatów otrzymało ów katalog pod koniec promocji albo nawet już po niej.
    Czym kierowano się podczas tworzenia internetowego Słownika języka polskiego www.sjp.pl? Owszem, umożliwiono wprowadzanie komentarzy przez dyskutantów, ale system przyjmie nową uwagę po wpisaniu podanego kodu wspak. Pomysł jest logiczny i sprytny, ale...  Ale dlaczego jest to aż dwunastocyfrowa liczba kontrolna (np. 245294245294), przecież wystarczyłyby 4 cyfry. Prawdopodobnie chodziło o zniechęcenie użytkowników do dopisywania komentarzy, bo to i sporo czasu, i łatwo się można pomylić, zatem to chyba nie roztargnienie twórców zabezpieczenia, ale ich... złośliwość? Może jestem niesprawiedliwy? Może jakiś "pomysłodawca" sugerował wpisanie wspak 24 cyfr, ale zwyciężyli zdroworozsądkowcy (tego wyrazu jeszcze nie ma w tym słowniku)?
    A (podobno) mamy tworzyć Przyjazne Państwo... Nawet drobne sprawy należy starannie przygotowywać.
    PS  Do 8 lutego 2010 owo zaproszenie na 16 stycznia pracowicie krążyło i w końcu przestało...

    Mopsi kalendarz (2 lutego 2010)
    Niektórzy współcześni gawrosze sami nagrywają swoje uliczne wyczyny - a to skopią przechodnia, a to wybiją okno wystawowe, a to zdemolują wiatę. Wielu z nich policja nigdy by nie namierzyła, ale kiedy funkcjonariusze jakimś sposobem trafią na takie nagranie, może być wstyd w rodzinie, na osiedlu a nawet sądowy wyrok.
    Podobną wpadkę zaliczono w naddrwęckim mieście, tyle że nie o zniszczenie poszło, chyba że... wizerunku urzędu. Tam dyrektor zasłużonego (dla lokalnej społeczności) Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, osobiście zredagował biurowe materiały do użytku wewnętrznego. Materiały te przyobleczono w formę praktycznego kalendarza i nie byłoby w tym nic szczególnego i zdrożnego, gdyby nie tematy uwiecznionych wydarzeń. Otóż - jak podaje TVN24 - "wydawnictwo przedstawia m.in. zakrapiane imprezy pracowników opieki społecznej oraz ich samych, nierzadko w bardzo odważnych pozach".
    Co znaczy "odważne pozy"? Przecież pracownicy MOPS-u muszą być bojowi podczas wykonywania swoich czynności zawodowych, niczym rasowy czworonożny mops. Jednak nie wyjaśniono czym zakrapiano - a szkoda! - bo jeśli czyniono to octem, to przecież oczywistym się wydaje, że imprezowiczów w końcu musiało mocno pogiąć - stąd pogłoski o ich rzekomo odważnych pozach.
    Inna sprawa, że na świecie jest moda na śmiałe ujęcia, a to w wykonaniu sportsmenek, a to polityczek, to niby dlaczego nie mogłyby śmielszymi się okazać również urzędniczki realizujące trudne zadania na coraz bardziej wymagającym polu lokalnego społeczeństwa?
    Kalendarz wydano z okazji 20-lecia omawianego MOPS-u i był przeznaczony tylko dla pracowników, jednak wskutek donosu (jak uważają jedni) lub obywatelskiej postawy (jak twierdzą inni) zawartość wyciekła nie tylko do mieszkańców tego urokliwego regionu, ale rozlała się na całą Polskę i już żartownisie wszelakiej maści ciągną sobie łacha z MOPSiska maści przecież jakże szlachetnej. Także i z tego, że ciężko pracujący urzędnicy potrafią z otrzymywanych budżetowych pieniążków wygospodarować sobie na wycieczki (mówi się o Paryżu i Hawajach). Jacy zatem oni zaradni - nie dość, że pomagają bliźnim w utrzymaniu się na przyzwoicie minimalnym poziomie, to jeszcze im samym udało się na cokolwiek wyższym szczeblu osiąść - a do tego i świat szeroki pozwiedzają przy okazji równie szerokiego wachlarza swych świadczeń... A może powinni być wzorem dla innych budżetowych urzędników?
    Ale jak znamy życie - w Polsce zaraz zawistna NIK zrobi kontrolę u wszystkich polskich urzędowych pomocników społecznych... Pan Janusz Korwin-Mikke zapewne zaraz chciałby zestawiać kwoty pomocy ubogim z wydatkami na utrzymanie całej ogólnopolskiej machiny pod szyldem MOPS, jednak - jak zwykle przy takich okazjach - przeoczyłby, ileż to miejsc pracy daje ta firma Polakom i o ile wskaźnik bezrobocia wzrósłby, gdyby nie twórczy działacze i pracowici urzędnicy tej firmy.

    Mapa Googli (4 lutego 2010)
    Każdy z nas niejednokrotnie popatrywał sobie na mapę edytowaną przez Google - http://mapy.google.pl, także http://mapy.google.pl. Supermapy, supersprawa - cud techniki. W pewnym momencie zaintrygowała mnie mapa części Europy - patrz załącznik.

    Zwróćmy uwagę na kilka intrygujących informacji, choć niewykluczone, że uważny obserwator zauważy na tej mapce jeszcze inne ciekawostki.
    Na mapie wymieniono nazwy państw w języku angielskim oraz w językach narodowych (jeśli w obu przypadkach nazwy są identyczne, to podano tylko jedną).
    I tak... Czechy opisano po angielsku oficjalną nazwą - Czech Republik, choć żadne inne państwo nie zostało uhonorowane w ten sposób. Mamy zatem Poland, Germany, France itp. oraz... Czech Republik. Także w lokalnych językach wszystkie państwa są opisane na nieoficjalną modłę, ale nie wspomniane Czechy, bowiem widzimy napis - Česká Republika. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że zarówno Anglicy oraz Czesi mają problemy z ustaleniem nazwy nieoficjalnej; podobno właściwą nazwą jest Czechia., ale jakoś większość woli Czech Republik, zaś podczas zawodów sportowych na koszulkach przeważają napisy Czech team. Wracając do oficjalnej nazwy - po czesku to jednak Česká republika (drugie słowo od małej litery i tu mamy błąd Googli).
    W nazwach nieoficjalnych nie ma znaczenia, czy Norwegia jest królestwem, czy republiką, ale w przypadku naszych południowych sąsiadów, musielibyśmy zmienić na mapach Republika Czeska na Królestwo Czeskie, gdyby doszło u nich do zmiany ustroju.
    Należy uznać, że na mapach powinny być nazwy oficjalne albo nieoficjalne lub w obu wersjach. Mieszanie rodzajów nazw należy uznać za błąd.
    W 1993 Czechosłowacja została podzielona na dwa państwa - na Słowację oraz na... Republikę Czeską, co jest dość irytujące... Oczywiście, większość obywateli świata ma to w "głębokim poważaniu", jednak są osoby, które z tym nie potrafią sobie poradzić (mamy wszak rozmaite zboczenia).
    Czeska Wikipedia podaje jednowyrazową nazwę państwa - Česko, ale sami Czesi oraz świat anglojęzyczny jakoś sobie z tego niewiele robi. W innych językach Czechy mogą mieć całkiem inną postać (co nie jest czymś niezwykłym, wszak Deutschland to po naszemu Niemcy), choć fonetycznie jednak brzmią podobnie, np. po kaszubsku Czeskô, chorwacku Češka, litewsku Čekija, maltańsku Cekkja, hiszpańsku Chequia, włosku Cechia, białorusku, ukraińsku, rosyjsku Czechija, rumuńsku Cehia, węgiersku Csehország, niemiecku Tschechien, francusku Tchéquie, fryzyjsku Tsjechje, niderlandzku Tsjechië, norwesku Tsjekkia, szwedzku Tjeckien, duńsku Tjekkiet, estońsku Tšehhi, fińsku Tšekki, katalońsku Txequia, baskijsku Txekia, islandzku Tékkland, farersku Kekkia.
    Czechia? Dlaczegóż by nie? Nawet po polsku jest do zaakceptowania, jednak Google mają przytłaczającą przewagę Czech Republik...
    Niemcy to po angielsku Germany i taką nazwę już skądś my znamy, wszak na naszych zachodnich sąsiadów mawialiśmy ongiś Germanie albo właśnie (mniej elegancko) Germany. Choć formalnie nazwa ta kojarzy się ze znacznie większym obszarem Europy, jednak Anglikom to jakoś nie przeszkadzało podczas ustalania tej nazwy.
    Co do elegancji, to można mieć wątpliwości zastanawiając się nad nazwą Francja - w języku francuskim i angielskim to (dwie) France, co w naszym języku ma parę pejoratywnych znaczeń, ale jest to również (tym razem sympatyczna) forma deklinacji nazwiska Franko oraz żeńskiego imienia Franka. Wzorem Czech, również Francję można byłoby zapisać bardziej oficjalnie jako République française, ale tutaj jest odwrotnie - rzeczownik od wielkiej litery, zaś przymiotnik od małej.
    Zagadkowe jest niemieckie miasto Oldenburg nieopodal Bremy, bowiem na mapie opisano je (jedyny taki przypadek!) dwukrotnie (raz w nawiasie). Trochę (skąpego) światła rzuca Wikipedia, która podaje - Oldenburg (Oldb), w statystyce Oldenburg (Oldenburg). A inne miasta w statystyce jak się prezentują? I co ma statystyka do omawianej mapy? Już mniej zagadkowo opisano miasto Halle (Saale) , które jest położone nad rzeką (o nazwie w nawiasie; po polsku Soława), choć także nieznany jest sens podania tej nazwy (wiele miast leży nad rzekami, ale ich nazw nie podano w nawiasach). Przecież nie piszemy na naszych mapach Olsztyn (Łyna), aby odróżnić od drugiego, mniej znanego Olsztyna. W tekstach i owszem, ale nie na mapach, na których umieszczamy wyłącznie oficjalne nazwy geograficzne, bez dodatkowych informacji. Natomiast poprawnie napisano Ústí nad Labem oraz Frankfurt am Main, ponieważ są to oficjalne nazwy.
    Na mapie jest także widoczna północna część państwa zwanego niemal przez wszystkich Italia (Italy lub podobnie), ale przez nas Włochy, co tematycznie grawituje ku... fryzjerstwu, ale i tak jest to pikuś (pan Pikuś) - aby już zakończyć to podgryzanie niczym gryzoń, należy wspomnieć o szwajcarskim kantonie Gryzonia, który w herbie nie ma ani jednego... gryzonia.
    A skoro już o tym neutralnym państwie - zaskakuje niekonsekwencja spolszczenia nazwy jego największego miasta, bowiem Zürich to po polsku... Zurych i mamy dziwoląg, ponieważ zakończenie nazwy jest poprawnie spolszczone, ale początek, niestety, fatalnie! Powinno być... Curych (i tak jest po czesku). Podobne błędy (połowicznego spolszczenia) popełniliśmy podczas przyjmowania wyrazów bizneswoman oraz casanowa.

    Nie przesadzajmy z tragediami (6 lutego 2010)
    Nie ma dnia, abyśmy nie dowiadywali się o tragediach. A to o jednostkowych, a to o wielkich i niewyobrażalnych, np. w Haiti. Ale termin "tragedia" jednak powinien odzwierciedlać tragedię, a to oznacza jednak nagłe rozstanie się z życiem, zwykle podczas wypadku.
    TVN24 informuje 5 lutego 2010 - "Tragedia na dworcu kolejowym w Warszawie. Na stacji Olszynka Grochowska pod pociąg wpadły dwie kobiety. Obie trafiły do szpitala". Ponieważ tytuł brzmi - "Dwie kobiety wpadły pod pociąg", przeto po jego przeczytaniu oraz zacytowanego wstępu, ale bez ostatniego zdania (o szpitalu), każdy był pewien, że co najmniej jedna z pań zginęła. Okazuje się, że żadna. Mało tego - nawet nie wiadomo, czy ofiary są ciężko ranne.
    Przy okazji - często media (nawet telewizyjne dzienniki w głównych wydaniach!) informują, że "ofiara trafiła do szpitala". Słowo "trafić" w tym znaczeniu nie jest zbyt fortunne, bowiem trafić to można śnieżką w bałwana, rakietą w cel i kulą w płot; można również trafić w sedno sprawy, ale w jaki sposób ranny może trafić do szpitala? To już "szybciej" kierowca karetki mógłby trafić, byle do właściwego, co przecież nie zawsze się im (właśnie)... (przy)trafia. Jeszcze potoczniej (i chyba komiczniej) brzmi informacja - "ofiara wylądowała w szpitalu". Owszem, np. w rozmowach prywatnych, jednak w wiadomościach dziennikarze nie powinni posługiwać się językiem potocznym. Gdyby istotnie ranni zostali wystrzeleni w kierunku szpitala i udałoby się im trafić w ów budynek albo wylądowaliby śmigłowcem obok szpitala, to wówczas taki język byłby właściwy.
    5 lutego 2010 "Dziennik Bałtycki" informuje, że "Tragicznie dla dwóch dziewczynek z Kołczygłów zakończyła się droga  ze szkoły do domu". Po dość szczegółowym opisie wypadku, dowiadujemy się, że jedna uczennica ma złamaną kość podudzia, druga zaś ma złamaną kość udową, zatem redaktor powinien napisać "Tragicznie mogła się zakończyć...". Natomiast tuż poniżej poprawnie ujęto wydarzenie, bowiem - "Do tragicznego wypadku doszło tuż za rogatkami Redy" i, rzeczywiście, kierowca zjechał na przeciwny pas jezdni zderzając się czołowo z tirem i, niestety, zginął .
    Tego samego dnia "Fakt" podaje, że pewna turecka rodzina ratowała swój honor - "16-letnia dziewczyna została żywcem pogrzebana przez swoją rodzinę". O, to jest tragedia, choć słowo to, niestety, tu nie padło. Natomiast gazeta właściwie opisała wypadek pięciu maturzystów ("Nikt nie spodziewał się takiej tragedii"), którzy zjechali na przeciwny pas i wpadli pod tira (ponownie wypadek z wielkim autem, ale wina znowu nie leży po stronie kierowcy ciężarówki) na Podkarpaciu - zginęło trzech z nich.
    W innym miejscu opisano problem, z którym zmaga się znany dziennikarz TVP - obniżają mu pensję z ok. 50 tys. zł do 30 tys. zł. Z pewnością to jest prawdziwa tragedia dla tego pana, ale jednak tego nieszczęścia nie nazwano wprost tragedią, choć nadmieniono o dramacie - "telewizja nie ma pieniędzy, bo dramatycznie zmalały wpływy z abonamentu".
    Oczywiście, tragedią (i to narodową) byłoby złamanie palca przez Chopina, jednak powszechnie przyjęto, że o tragicznych wypadkach piszemy, jeśli jest co najmniej jedna ofiara śmiertelna. Mało tego - rodziny czytają w prasie o tragicznych wypadkach, co może je zszokować i na całe szczęście dowiadują się od lekarzy, że to jednak nie są tragiczne (w powszechnym rozumieniu) wydarzenia.
    Błąd polega na stosowaniu wyrazu "tragedia" w przypadku, kiedy nie było tragedii oraz na niezastosowaniu tego słowa, kiedy jednak dochodzi do niej.
    Nie przesadzajmy zatem z tragediami, bowiem zabraknie nam słownictwa, kiedy wydarzy się prawdziwy koszmar.

    Błąd czy złośliwość... (7 lutego 2010)
    Ładną i śnieżną zimę mamy tego roku. Podczas spaceru z pieskiem, natknąłem się na dość rzadki znak B-41 (zakaz ruchu pieszych).

    Jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić... Wg mnie, mogę dojść do znaku i dalej ani kroku. A ja z pieskiem poszedłem wydeptaną ścieżką (raczej przez ludzi, wszak nie przez dziki), czyli już przed nami ktoś ustawicznie łamał omawiany zakaz. Wielu zapewne przechodzi tamtędy nie zauważając tego znaku albo nie wiedząc, co oznacza, jednak nieznajomość przepisów...
    Ulica wprawdzie się kończy i na wszelki wypadek (aby autka nie przejeżdżały) wkopano 4 pionowe słupki, ale dlaczego zabroniono przechodzenia ludziom? Za słupkami jest chodnik służący mieszkańcom sąsiedniego osiedla, zatem przejście jest całkowicie uzasadnione, choć zabronione! No i dlaczego takiego znaku nie ma od drugiej strony? Mamy zatem taką "komunikacyjną diodę" - ruch jest legalny w jedną stronę, zaś pod prąd jest już nielegalny... Rano ludziska spiesząc do pracy nie łamią przepisów, ale dostojnie powracając z roboty, już je łamią... Czy to logiczne?
    Czy zamiast zakazu ruchu pieszych nie powinien tam stać znak B-2 (zakaz wjazdu)? Czy pieszo nie można tamtędy przechodzić, ale można przejeżdżać rowerem?
    Pewna telestacja pokazała obywatela, który szedł do domku około północy przez bezludne a zaśnieżone okolice i otrzymał mandat (500 zł!!!) za rzucanie mięsem. Bo czynił to w miejscu... publicznym. Może przy omawianym znaku zainstalować kamery (wzorem programu "Mamy cię") i złożyć autodonos na policję, że ktoś ustawicznie łazi godzinami w te i wewte ostentacyjnie (i jednostronnie!) łamiąc przepisy kodeksu drogowego Najjaśniejszej? Ale by wkręcono stróżów prawa, i to podczas wypisywania mandatu; a może nawet udałoby się sfilmować pętanie kajdanami dyskutującego obywatela?
    PS  Urząd Miejski w Gdyni zdemontował 15 marca 2010 ów znak po zapoznaniu się ze sprawą

    Psa spisano na straty - a procedury, a serce? (8 lutego 2010)
    Wszyscy słyszeli o piesku, który został uratowany przez polski statek naukowo-badawczy "Baltica" (współarmatorzy - Morski Instytut Rybacki oraz Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej; zbudowany w Stoczni Remontowej NAUTA w Gdyni w 1993). Nawet głośno było o nim w świecie. Wielu z nas dowiedziało się również, że "płynącego Wisłą na krze pieska widziano w okolicach Grudziądza".
    Ostatnio wpadła mi w oczy gazeta, w której napisano, że nie tylko widziano psa płynącego na krze w okolicach tego miasta, ale nawet że służby ratownicze podjęły się ratowania tego biednego zwierzęcia. I dopiero ta informacja mnie zdruzgotała, bowiem pierwszą (sprzed wielu dni) uznałem za nieoficjalną informację jakiegoś świadka spacerującego wzdłuż Wisły.
    Okazuje się, że już 23 stycznia widziano pieska, ratowano go, jednak bezskutecznie. I co??? Wiedziały o tym służby ratunkowe, ojcowie miasta, dziennikarze, miłośnicy zwierząt i co? - pytam ponownie! Nikt nie zainteresował się dalszym losem zmarzniętego ssaka, skazanego na zamarznięcie? W kraju miłującym zwierzęta, w szczególności psy?!
    Postanowiłem przejrzeć internet w tej sprawie i znalazłem opis na stronie - http://www.se.pl/wydarzenia/kronika-kryminalna/kra-porwaa-miska_127625.html, gdzie dopiero 25 stycznia zaalarmowano czytelników - "Niech ktoś pomoże temu nieszczęsnemu psu! Wielki kundel Misiek jest uwięziony na lodowej krze dryfującej w dół Wisły. Jest głodny, zziębnięty i przerażony. I nie może się wydostać. Próbowali ściągnąć go na brzeg strażacy z Grudziądza (woj. kujawsko-pomorskie), ale przegrali walkę z żywiołem. Nikt nie wie, gdzie teraz jest Misiek i co się z nim stało".
    W dalszym ciągu dramatycznej fabuły czytamy, że "Strażacy od razu rzucili się na ratunek Miśka. Mieli cały profesjonalny sprzęt, jaki na co dzień używają do ratowania ludzi. Liczyli, że uda im się dopłynąć łodzią do psiska i wyciągnąć go na brzeg. Niestety, kry na Wiśle było tyle, że nie dało się odbić od brzegu! Zdruzgotani strażacy stali bezradnie na brzegu i patrzyli, jak dryfujący pies znika gdzieś za horyzontem".
    No dobrze, że to nie był człowiek, choć z pewnością naszego dwunożnego ziomala nie zostawiono by samemu sobie. Ale psa zostawiono, choć jest on przecież nazywany (przez nas) przyjacielem człowieka. Pewnie tak jest, ale to my tak uważamy na pokaz, bowiem prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Może uznano, że piesek nie jest jeszcze w prawdziwej biedzie i dano mu szansę, aby sam się ratował? Miał przecież jeszcze do morza 120 km mroźnej nadziei, nieprawdaż?
    Rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Grudziądzu przyznał - "Poddaliśmy się, bo akcja ratownicza niosła za sobą groźbę utraty życia przez strażaka".
    Zgoda, nasi dzielni strażacy zrobili zapewne wszystko, co w ich mocy (jak na walkę o życie jednak tylko zwierzaka), natomiast dlaczego nie podjęto szerszych działań? Czy powiadomiono wszystkie właściwe instytucje, które w swoich dumnych a fundamentalnych preambułach mają zajmować się takimi wypadkami? Jakże to - dzielne ratownicze zastępy uznały, że nie dadzą rady i udały się do domów oglądać telewizję w ciepłych kapciach (jako i ja teraz, kiedy opisuję tę sytuację)? Po prostu my, Polacy, machnęliśmy ręką na dalszy los psiaka? A niech go pies trąca?! A gdyby tam płynął zając, koń, niedźwiedź, szympans? Gdzie przebiega linia walki o życie i kto ją ustala?
    Oczywiście, łatwo teraz sobie krytykować, ale po tym wypadku należy przejrzeć procedury - jak to możliwe, aby czterdziestomilionowy naród nie miał właściwego wyposażenia do ratowania zwierząt i ludzi porwanych przez krę? Przecież to prawdziwy wstyd! Należy zapoznać się z procedurami państw, których służby ratunkowe może już mają gotowe wskazówki, państw, które może mniej mówią o miłości do zwierząt, ale więcej czynią dla nich?
    Nazajutrz SE informuje na swej stronie - http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/kra-porwala-psa-zobacz-dramatyczna-akcje-ratunkowa_127994.html, że "Misiek jest cały i zdrowy. W ostatniej chwili wyłowili go spece od pogody z IMGW z Gdyni, którzy przez czysty przypadek natknęli się na ledwo żywe zwierzę podczas rejsu badawczego".
    Istotnie, jak opisywała załoga statku "Baltica", tuż przed zmierzchem postanowiono poszukać fok w celach badawczych, ale natknięto się na ssaka, którego naukowcy nijak nie mogli zakwalifikować jako fokę - miał... ogon i uszy. Tym bardziej było to groteskowe spotkanie, gdyż wydarzyło się to ok. 30 km od brzegu, zaś psiak bujał się na małej białej kierce pośród tysięcy innych, podobnych. I gdyby statek szedł nieco innym kursem albo nieco później, to kudłatego Baltika (bo tak w końcu nazwano Miśka) żywego nie ujrzałby nawet pies z kulawą nogą!
    Czy załodze należą się brawa? Oczywiście, że tak! Natomiast trudno tu mówić o bohaterstwie; jeśli już, to raczej o odwadze, ale był to po prostu zwykły ludzki odruch serca. Jednak skoro mamy tak mało bohaterskich aktów, to może dlatego media ów czyn stawiają aż tak wysoko...
    Najważniejsze, że Baltik przeżył, ma się dobrze, został przyjęty do załogi, otrzymał stopień oraz przydziałową michę i niejeden pies mógłby mu teraz pozazdrościć, gdyby... czytał albo słyszał o nim.
    Nadal jednak otwartą sprawą jest zbadanie całości akcji ratunkowej, która nie została pomyślnie zakończona na Wiśle, a która jakimś cudem zakończyła się daleko od ujścia naszej królowej rzek. Może zamiast szumu wokół komisji sejmowych, które - jak widać - zwiększają jedynie popularność kłócących się posłów, zbierze się komisja rządowa i omówi przykład uratowanego psiaka w aspekcie ratowania nieszczęśników porwanych przez lodowe tafle i to już na rzekach, zanim biedacy wypłyną na bałtyckie wody, bowiem następnym razem szczęście może nie dopisać... Niech Baltik przetestuje niewydolne procedury dla dobra nas wszystkich! Zanim będą nas ratować na Bałtyku statki obcych bander, bowiem to już byłby nie tylko skandal, ale i kompromitacja...
    PS
1. Strażacy udali się do domów, aby w bamboszach śledzić dalsze losy pieska w... okienku telewizyjnym.
2. Piesek płynął 120 km do Bałtyku i po drodze mijał mosty, z których można było przeprowadzić akcję ratowniczą.
3. TVN24 ma helikopter "Błękitny", którego załoga mogłaby zlokalizować pieska, nagłośnić sprawę i medialnie zmusić całą Polskę do ratowania czworonoga.
4. Pieska mogły ratować zarówno lodołamacze rzeczne, jak i morskie, kiedy ssaczy zuch pokonywał 120 km Wisłą i 30 km po Zatoce Gdańskiej.
5. Psisko płynęło kilkadziesiąt godzin bez jedzenia, w kilkunastostopniowym mrozie, leżąc na lodowej i lodowatej tafli, bez wsparcia, także ciemną nocą - jakże musiało to być traumatyczne przeżycie dla tej kudłatej istoty, a na brzegach szwendały się dwunogie ciekawskie stworzenia określające (w swoich patetycznych powiedzonkach) nieszczęśnika "swoim przyjacielem". W tej historii to nie ludzie okazali się bohaterami, ale ten pies!

    Dziwna oferta na Allegro (9 lutego 2010)
    Parę miesięcy temu spore grono Allegrowiczów licytowało telewizorek na aukcji numer 794206641. Ja zaproponowałem cenę 130 zł, ale inni podbili cenę do ok. 200 zł (taką cenę widziałem ok. północy przed wyłączeniem komputera).
    Jakież było moje zdziwienie, kiedy nazajutrz otrzymałem informację - "Twoja oferta została odwołana przez Sprzedającego" oraz wyjaśnienie "Powód odwołania podany przez Sprzedającego: za mała cena".
    Po wejściu na stronę widzę, że było 9 licytantów i wszystkie kolejne ceny zostały skasowane, zatem trudno powiedzieć, jaka była maksymalna cena.
    Ja wprawdzie sobie odpuściłem ten telewizorek o północy, jednak inni licytowali wyżej. Czy postępowanie sprzedającego jest rzetelne i czy jest zgodne z regulaminem? Pierwszy raz spotykam się z takim zdarzeniem - odwołanie licytacji z powodu zbyt niskiej ceny. Nie było wszak informacji o cenie minimalnej, natomiast podczas licytacji sprzedający dopisał "Dodano 2009-10-26 22:11 Zastrzegam sobie prawo do zakończenia aukcji przed czasem, jeżeli cena nie będzie mnie satysfakcjonować". To przecież każdy podczas licytacji może sobie takie zastrzeżenie dopisać...
    Na przykład - daję na licytację znaczek, za który chcę otrzymać co najmniej 10 zł (i tymi planami nie dzielę się z nikim), wielu licytantów podbija cenę przez dwa tygodnie (tracąc swój drogocenny czas), cena końcowa sięga 9 zł, a ja odwołuję licytację...
    Czy to jest w porządku? Czy ustalając cały system licytacji istotnie twórcom chodziło o dopuszczenie do opisanego przypadku? Jeśli sprzedający chce osiągnąć ustaloną przez siebie cenę transakcji, to niech to wyraźnie napisze albo da w opcji "kup teraz".
    Powyższy tekst (w nieco zmienionej postaci) wysłałem do szefostwa Allegro, ale nie otrzymałem odpowiedzi.
    PS Należy usprawnić szukanie archiwalnych transakcji. Ot, choćby ta omawiana - każdy użytkownik Allegro, który chce zapoznać się z losami transakcji o danym numerze, powinien otrzymać pełne informacje już po wpisaniu tego numeru, bez odsyłania i kombinowania tudzież składania podań... Po cóż robić jakiekolwiek trudności i tajemnice?

    Propozycje dla handlowych platform w internecie (10 lutego 2010)
    Allegro jest największym polskim internetowym sklepem - można przeanalizować pewne zmiany na handlowych stronach; do zastosowania także w innych handlowych platformach. Otóż na stronach ukazujących listę przedmiotów, można byłoby dodać kolumny - z oznaczeniem n (nowe), u (używane), p (powystawowe), zaś po nich mogłaby być dodana litera g (na gwarancji).
    Znaczki pocztowe mogłyby mieć oznaczenia w proponowanej kolumnie - c (czyste), k (kasowane), s (skopiowane); podobnie pocztówki i widokówki (litera k oznaczałaby skasowane i/lub zapisane).
    Monety miałyby oznaczenia I, II, III w zależności od menniczego stanu.
    W  innej kolumnie proponuję umieszczać liczbę licytowanych przedmiotów (w opcji licytowanej) lub liczbę przedmiotów do nabycia (w opcji "kup teraz"), wszak wielu osobom zbędna wydaje się informacja - ile złożono ofert (a przecież cześć z nich opiewa na więcej niż jeden przedmiot), natomiast bardziej interesująca jest liczba przedmiotów jeszcze niekupionych, czyli możliwych do nabycia.
    Ponieważ niektórzy nabywcy preferują niektóre państwa jako producentów poszukiwanych artykułów albo nie są zainteresowani pewnymi państwami, przeto korzystnie dla kupujących byłoby dodać jeszcze jedną kolumnę, w której zamieszczano by dwu- lub trzyliterowe skróty nazw państw. Jeśli nazwa państwa nie byłaby znana i trudna do ustalenia, to wpisywano by np. 0 (zero). Gdyby w opisie przedmiotu była nazwa państwa, wówczas można byłoby zrezygnować ze skrótu w nowej kolumnie.
    Powinien być bezwzględny wymóg informowania o państwie producenta w przypadku artykułów technicznych oraz taki wymóg przy podawaniu lokalizacji sprzedającego, bowiem wielu dokonuje niezbyt jasnych wpisów (np. "cała Polska").
    Powyższe propozycje ułatwiłyby kupno kontrahentom poszukującym artykułów spełniających opisane kryteria. Gdyby okazało się, że jest zbyt mało miejsca na dodatkowe kolumny, to można byłoby przewidzieć opcje do wyboru, np. odpowiednio klikając, zainteresowany kupiec rezygnowałby z kolumny "cena z dostawą" lub "liczba ofert" otrzymując podgląd na proponowane kolumny; po prostu potencjalny nabywca sam konstruowałby sobie kolumny, które go interesują.

    Kto jest ch...? Sobiesiak: Nie pamiętam (11 lutego 2010)
    Artykuł pod tym tytułem zamieszcza TVN24.pl (15:34, 11.02.2010). Jednak po odświeżeniu (16:16, 11.02.2010) nieco artykuł został zmodyfikowany, no i tytuł został całkiem zmieniony na "Sobiesiak wygrał z komisją, kamery wyproszono" (zapewne uznano, że był zbyt śmiały - poprzedni tytuł po zmianie został tylko podtytułem).
    Pierwsze półtorej godziny należało do piłkarza i biznesmena Ryszarda Sobiesiaka. Tuż przed przesłuchaniem przed obliczem słynnej komisji o roboczej nazwie "Hazardowa", znany dziennikarz powiedział, że nie zna p. Sobiesiaka i zastanawia się - jak on wygląda. Parę milionów Polaków czekało wraz z nim. Po dwóch godzinach, piłkarz Sobiesiak był najsłynniejszym polskim piłkarzem, przyćmiewając sławę Lubańskiego, Dejny i Bońka, którzy latami ciężko pracowali na swoją pozycję. Był reprezentantem nie tyle naszej piłki nożnej, ale wszystkich biznesmenów pokrzywdzonych przez "głupawych urzędasów" (jak się wyraził). Setki tysięcy obywateli ma podobną opinię o urzędnikach, ale zwykle swymi przekonaniami dzielili się podczas prywatnych spotkań towarzyskich. Na tak wielką skalę, p. Sobiesiak chyba jest pierwszym Polakiem, który totalnie obraził urzędników i zapewne w wielu akapitach swej wypowiedzi miał rację, zatem został w pewnym sensie bohaterem sponiewieranych biznesmenów.
    Ponadto - jak też sam zauważył - z mało znanych budowli wzniesionych w celach komercyjnych, parę milionów rodaków już wie, w których kurortach wypoczywać, wszak za darmo media zrobiły jego rodzinnej firmie wielką reklamę wartą zapewne setki tysięcy złotych...
    Niestety, po wygłoszeniu swej przemowy, którą porwał za sobą wielu telewidzów i słuchaczy, jednak patetyczna wena i chęć do szczerych wypowiedzi wyraźnie go opuściły - "proszę o uchylenie pytania" i "odmawiam odpowiedzi", a potem - "nie wiem", "nie pamiętam", "już wcześniej powiedziałem".
    Podczas wyjaśnień specjalistów, dowiedzieliśmy się, że za uporczywe uchylanie się od odpowiedzi, przesłuchiwanemu grozi maksymalna grzywna 10 tys. zł oraz miesiąc odsiadki. Zakładając, że drugie rozwiązanie jest tylko straszakiem (wszak mamy demokratyczną Polskę), aż dziwne, że p. Sobiesiak nie położył tej kwoty na stole i nie wyszedł ze swoim pełnomocnikiem "na miasto".
    W końcu poseł Arłukowicz zadał pytanie z kropkami - "Stwierdza pan, że ten ch... nie chce dobrze dla państwa. Kto jest ch...?". I tutaj mamy ciekawą językowo-psychologiczną zagadkę. Skoro poseł wymawiał (dziennikarze nie mieli podglądu) "ch" (albo "h"), które przecież w naszym języku brzmi dokładnie jak "h" (albo "ch") i tylko niewielu z nas potrafi wymawiać na dwa sposoby, to skąd wiadomo, w jaki sposób zasłyszane "ch/h" zapisać? Dziennikarze zapisali  jako "ch", bowiem widzieli, że wahania "ch/h" są dawno rozstrzygnięte i przecież doskonale wiedzą, co posiadają (i w jaki sposób onego się opisuje), zaś dziennikarki mamy równie nowoczesne, wyzwolone i językowo obyte (sic!), zatem obie płcie doskonale wiedzą o co chodzi i jak się to pisze (albo po prostu przedstawicielki i przedstawiciele mediów świetnie znali zapisy z podsłuchów i taka będzie oficjalna wersja).
    Jeśli można było mieć wątpliwości co do znaczenia (czy jednak nie "h", bo może jednak: harpagoni, hieny, hipokryci, homosie, hucuły, hulajdusze, hultaje, hycle), to już w następnym zdaniu nie było już żadnych wątpliwości  - "Albo oni ze mną w ch... grają, albo się z mną umówili", bowiem to powiedzenie jest tak ogólnie znane, że nawet pacholę wie, o co chodzi, zaś ludzie po studiach muszą wiedzieć - jak to się pisze... Ponieważ komisja badała sprawę gier hazardowych, to nawet zdanie to mogłoby być dowodem na to, że zainteresowane firmy mają zamiar nie tylko grać z zastosowaniem jednorękich bandytów, ale także grać w ch., czyli może w tzw. dwuręki kieszonkowy bilard. I tej linii oraz gry powinien się trzymać oburącz piłkarz o nazwisku nawiązującym do naszego zwycięskiego króla spod Wiednia, pod którym to miastem obaj odnosili swe życiowe sukcesy w odstępie równych czterystu lat.
    Internetowy słownik www.sjp.pl nie tylko akceptuje obie formy ("ch" i "h"), co wzbudza tam żywą dyskusję zwolenników obu opcji, ale także (ponieważ jest przeznaczony do użytku językowych graczy - skrabliści, literacy* i krzyżówkowicze) ma adnotację "dopuszczalne w grach", co powinno zaciekawić... komisję sejmową, bo to może być świeży i nieodkryty jeszcze trop?
    Dyskusje na forum owego słownika były na tyle żywe i obfite, że w obu wariantach je zablokowano uczciwie uprzedzając ewentualnych nowych a energicznych dyskutantów - "Dopisywanie komentarzy dla tego słowa zostało zablokowane". W końcu wolność słowa to piękna sprawa, ale czcza gadanina musiała tak się skończyć (pewnie jakiś nowy - tym razem językowy - Piłsudski tamże się objawił).
    Inny słownik - www.so.pwn.pl ma jedynie dłuższą postać (sic!) i nie ma żadnych możliwości dyskutowania... Tamże http://poradnia.pwn.pl/lista.php?kat=16&szukaj=etymologii jest zamieszczona opinia - "Etymologicznie uzasadniona jest pisownia przez ch, ale ponieważ od osób używających tego słowa w piśmie trudno oczekiwać znajomości etymologii, słowniki (te, które w ogóle to słowo odnotowały) aprobują także pisownię przez h".
    Niestety, zdanie to dowodzi, że poloniści dali d. (a przecież ciągle nie dają jej w przypadku dopuszczenia "szłem"). Oczywiście, ludzie z nizin (nie chodzi o ukształtowanie terenu) zwykle nie wiedzą, w jaki sposób pisać, to wina raczej nauczycieli, bowiem nie przypominam sobie, aby nam wyjaśniali ten problem w szkołach. Zresztą, wcale nie trzeba wiedzieć, co oznacza termin "etymologia"; wystarczy znać pisownię (wielu z nas przecież mówi prozą, jednak nie wiedząc o tym). Po sprawdzeniu autorstwa - opinię wydał mężczyzna, jak mniemam całkiem normalny (zatem zarzut dawstwa tu raczej odpada), który w komentarzu żartobliwie przyznaje się do winy...
    Słynne ongiś koszulki z czteroliterowym napisem "H.W.D.P." mają ów błąd ortograficzny i czy w związku z ustawą o języku polskim nie powinniśmy spodziewać się w końcu poważniejszych mandatów?
    Jest bardzo prawdopodobne, że jedyną sprawą, która zostanie zapamiętana z tej afery, to prawidłowa pisownia męskiego atrybutu i choć za to komisji cześć i ch/wała!

     * - gracze w literaki

    Ile wody będzie z tego śniegu? (12 lutego 2010)
    Powierzchnia całego Trójmiasta to (wg Wikipedii) 417 km kw. Załóżmy, że w aglomeracji zalega śnieg o średniej grubości 30 cm. Mamy więc objętość śniegu 0,1251 km, który po stopieniu (zakładając, że woda zajmuje 5 razy mniejszą objętość niż śnieg) zamieni się w 0,0250 km sześc. wody, czyli w 25 mln metrów sześc. i to jest 25 mld litrów wody, czyli 60 litrów z każdego trójmiejskiego metra kwadratowego! Tę ostatnią liczbę (kopę) można otrzymać szybciej - 30 cm śniegu na metrze kw. to 300 litrów śniegu, czyli 60 litrów wody. Kopa pewnie tu się pojawia całkiem zasadnie, wszak mamy kopny śnieg i sytuacja jest na tyle dramatyczna, że jeśli osoba odpowiedzialna za kataklizm okaże się nieodpowiedzialnym urzędnikiem, to może zaliczyć...
    Gdybyśmy chcieli wywieźć ów śnieg (jeszcze przed stopieniem), to przeliczając na kontenery 20-stopowe o objętości 33 m sześc. i uwzględniając dwukrotne zagęszczenie śniegu, to byłoby do zebrania prawie dwa miliony takich pojemników. Takie obliczenia w zasadzie nie mają sensu, bowiem nie ma możliwości wywozu w krótkim czasie tej ilości śniegu. Gdyby policzyć samo paliwo spalone do wywozu białego puchu, to byłoby to koszmarne obciążenie dla budżetu naszych trzech nadmorskich miast, zatrucie środowiska spalinami oraz zakorkowanie szlaków komunikacyjnych. A przecież w podobnej sytuacji są chyba wszystkie polskie miasta, zatem walka ze śniegiem polegająca na całkowitym jego wywiezieniu nad morze, do dolin i na nisko położone nieużytki byłaby zabójcza dla chwiejącego się budżetu Państwa.
    Znacznie prościej, taniej i logiczniej jest skupić się na zwiększeniu drożności studzienek drogowych i ich kanalizacji oraz wszystkich strumyków, potoków i rowów melioracyjnych, jak również rozbicie wszelkich zatorów lodowych na rzekach. Przed spodziewanym stopnieniem śniegu należy przejrzeć wszystkie krytyczne miejsca, które przecież znają specjaliści od spraw katastrof naturalnych, w tym pogodowych - za to mają etaty i pensje. Jeśli są nieprzewidywalne ulewy, to trudno ich obwiniać, ale zalegający od tygodni śnieg nie można uznać za niespodziankę, jeśli ruszy on grawitacyjnie wraz z roztopami. Jeśli Gdynia zostanie zalana w najniżej położonych dzielnicach z powodu zatkania ulicznych studzienek, to wina będzie po stronie opiekunów tych drenażowych systemów.
    "Fakt" (11 lutego 2010, w artykule "Będzie powódź"; autor nomen omen p. Osuch) przestrzega mieszkańców Trójmiasta przed zbliżającym się kataklizmem. Aglomerację ma zalać 6 mld litrów pochodzących ze zleżałego śniegu, co jest wartością czterokrotnie mniejszą od uprzednio obliczonej; być może przyjęto mniejszą grubość kołdry śnieżnej, mniejszą wydajność wody ze śniegu i mniejszą powierzchnię obsypaną śniegiem, którą uznajemy za groźną dla powodziowego stanu (część pośniegowej wody spłynie wprost i bezszkodowo do Zatoki Gdańskiej). Chochlik zapewne spowodował, że napisano "6 mln litrów wody będzie ze śniegu w Trójmieście!". Oczywiście, powinno być tysiąc razy więcej, czyli aż 6 mld, choć spoglądając na pierwszy akapit - aż 25 mld litrów (i to jest poprawniejsze obliczenie), a to jest jednak całkiem sporo!
    Natomiast eFakt.pl (3 lutego 2010, w artykule "W Polsce leży już miliard wywrotek śniegu") podaje, że ilość śniegu zalegającego całą Polskę (przy powierzchni ok. 312 tys. km kw.), to ponad 93 mld metrów sześciennych śniegu, czyli niemal 20 mld m sześc. wody (i te obliczenia są proporcjonalne do danych z pierwszego akapitu), więc do uprzątnięcia lodowego puchu należałoby uruchomić miliard kursów wywrotek (licząc 20 ton na sztukę, choć przy puszystości towaru może być z tym kłopot). Dowiadujemy się tam, również, że Wisła rocznie odprowadza do Bałtyku 33 km sześc. wody, czyli o 65% więcej, niż zawiera omawiana śnieżna powłoka.
    Trochę dziwne i niefortunne są rozważania w tej notce - "A ile w tym śniegu jest wody?", bowiem przypomina to problem zawartości cukru w cukrze w słynnym polskim filmie. Odpowiedziano - "W świeżo spadłym śniegu jest 10 procent wody. Kiedy mamy okres wiosenny, gdy słońce już przygrzewa i jeszcze spadnie deszcz, może być i 50 procent". Zapewne chodzi o to, że z metrowej pokrywy śniegu świeżego otrzymamy tylko stumilimetrowy słup wody, zaś w drugim przypadku aż 500 mm. Przecież w śniegu - nie licząc zanieczyszczeń - jest... 100% wody.
    Pamiętam, że w latach 60. wywrotki marki "Star" uwijały się po Gdyni wyrzucając nadmiar śniegu do zatoki. Tak czy owak - media nas nastraszyły i należy przygotować się na powodzie po, zwłaszcza gwałtownym, ociepleniu.

    Koszmarny błąd organizatorów igrzysk w Wankuwerze (13 lutego 2010)
    Tuż przed oficjalnym otwarciem XXI Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Wankuwerze, wydarzył się tragiczny wypadek na torze saneczkowym. Takich wypadków było w historii sportu już wiele i można byłoby przejść nad tym ostatnim dramatem również do porządku - a co nas w końcu to obchodzi? Skoro ktoś młody i nieuważny, to niech sobie ginie (tak zresztą wielu internautów rozumuje we wszystkich rozważaniach po wypadkach, w których giną rodacy na przydrożnych drzewach).
    Analizując zdjęcie z wypadku, widać, że 21-letni Gruzin, Nodar Kumaritaszwili wyleciał z toru tuż nad poręczą ograniczającą saneczkową rynnę (przy prędkości około 140 km/h). Gdyby burta rynny była wyższa o pół metra, sportowiec miałby tylko nieprzyjemną przygodę i mógłby dożyć sędziwego wieku. Drugim, poważniejszym błędem, jest ustawienie podpór, na których roztrzaskał się ten młody człowiek. Jak można było dopuścić do realizacji i eksploatacji projekt, który zagraża życiu i kompromituje twórców oraz organizatorów igrzysk? I to w państwie będącym szczytem marzeń niejednego mieszkańca Ziemi, gdzie bezpieczeństwo socjalne i dbałość o życie są na najwyższym poziomie?
    Jeśli projektantom zależało na estetycznych walorach i koniecznie chcieli mieć niżej poręcz oraz podpory i większy prześwit, aby podziwiano piękną kanadyjską przyrodę, to mogli zastosować przezroczyste tafle znane z hokejowych zawodów.
    Zwykle mawia się - dobrze, wydarzyła się tragedia ("Titanic", katastrofa samolotu itp.), to zaraz konstruktorzy i projektanci dopracują szczegóły i świat wyda się lepszy, ale przecież nie musiało dojść do tego koszmaru, bowiem przeciętnie uzdolniony inżynier lub specjalista od spraw bezpieczeństwa, powinien natychmiast wychwycić ten błąd przed tragedią!
    Identyczny błąd popełniono podczas budowy tunelu de l'Alma w Paryżu, w którym zginęła księżna Diana! Jej samochód wpadł na 13. międzyjezdniowy filar i gwałtownie się zatrzymał, co przy znacznej prędkości musiało skończyć się masakrą. A wystarczyło na podporach wzdłuż jezdni zamontować odbojnice, czyli odpowiednio wyprofilowane arkusze blach, które umożliwiłyby płynne wytracenie prędkości i energii kinetycznej. Twierdzę, że saneczkarz Nodar oraz księżna Diana przeżyliby swoje wypadki, gdyby podpory były chronione przez płozy bezpieczeństwa. Niestety, indolencja osób (nie)odpowiedzialnych za stan bezpieczeństwa olimpijskiego toru oraz tunelów jest porażająca! Kiedy umierała Diana, Nodar miał osiem lat i czy mógłby się spodziewać, że za 13 lat zginie w podobny sposób, bo francuskojęzyczni inżynierowie (w obu przypadkach) nie wykazali się inteligencją?

    Kanadzi ponownie mataczą (13 lutego 2010)
    Po parogodzinnym śledztwie Międzynarodowa Federacja Saneczkarska (FIL) i kanadyjski koroner ogłosili, że śmierć gruzińskiego saneczkarza była spowodowana błędem sportowca, a nie wadliwym zabezpieczeniem toru. Skandal, po prostu skandal! I to w wykonaniu Kanadów miłujących rzetelność i fachowość.
    Ale podobnie pokrętne oświadczenie wydała wankuwerska policja po tragedii 14 października 2007, kiedy to paralizatorem zabito Polaka Roberta Dziekańskiego. Gdyby nie amatorskie nagranie, nigdy byśmy nie poznali prawdy. Kłamstwom i mataczeniom nie było końca i słynna kanadyjska policja kompromitowała się na każdym etapie śledztwa.
    Dzisiaj również możemy obejrzeć wypadek Gruzina i dokładnie widać, że zginął z powodu konstrukcyjnych niedoskonałości olimpijskiego obiektu. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której jakikolwiek saneczkarz (zawodowiec lub amator, początkujący albo doświadczony) wypada z toru i ginie. Nawet gdyby tam jechał przypadkowy kibic, który dla żartu wdarł się na obiekt i jechał; nawet on nie powinien zginąć, bowiem nowoczesny tor saneczkowy w państwie o wysokich technicznych standardach, powinien mieć nadzwyczajny zapas bezpieczeństwa. Im bogatsze państwo, im życie jest tam cenione wyżej, tym współczynnik bezpieczeństwa powinien być wyższy, bowiem cena życia (liczona przez towarzystwa ubezpieczeniowe) jest znacznie wyższa, niż w krajach trzeciego świata, jak również w Polsce.
    Kanada to nie Polska, zaś infantylne wyjaśnienia tak policji (sprawa Dziekańskiego), jak organizatorów (sprawa Kumaritaszwiliego), przypominają krętactwa znane nam z codziennych łgarstw polskich funkcjonariuszy i urzędników oraz lekarzy, którzy popełniają błędy i latami nikt nie może im tego udowodnić, choć wszyscy mają całkiem odmienne opinie.
    Jednak w omawianym przypadku, każdy (z wyjątkiem niewidomego) może ocenić powód śmierci gruzińskiego młodzieńca, który otrzymał zaszczytne wyróżnienie w swojej ojczyźnie, pojechał ją reprezentować na drugim końcu świata, ufał wysokiemu poziomowi bezpieczeństwa w Kanadzie, czyli w państwie o doskonałej technicznej reputacji, i śmiertelnie się na tym zawiódł; mało tego - teraz organizatorzy po prostu kłamią!
    Mam nadzieję, że w końcu Kanadzi przyznają się do błędu i wypłacą ogromne odszkodowanie oraz przebudują swoje wszystkie zimowe tory w taki sposób, że już nigdy nie usłyszymy o tak kompromitującym ich wypadku. Ameryka Północna to kontynent, na którym zapadają dziwne wyroki - nie tylko milionowe, ale miliardowe odszkodowania (w dolarach), obszar, na którym można dostać odszkodowanie z powodu instrukcji zawierającej małą usterkę, gdzie można otrzymać zadośćuczynienie z takich powodów, które u nas, w światłej Polsce, byłyby uznane za całkiem kuriozalne - u nas sądy wyśmiałyby petenta albo zasądziły parę tysięcy złotych (np. przypadek polskiego robotnika, który po wypadku samochodowym w Wielkiej Brytanii otrzymał tam ponad 30 mln zł odszkodowania).

    Głupota lubi Polaków? (15 lutego 2010)
    Właśnie podano, że od marca wzrosną opłaty za "przejazd płatnymi* odcinkami autostrady A2". Od razu rozgorzała dyskusja, że w innych państwach za takie opłaty można jechać na dłuższych trasach, choć kierowcy zarabiają tam znaczenie więcej, niż w Polsce. Zwracano uwagę także na Niemcy, gdzie autostrady są bezpłatne, zaś duże pretensje mają tamtejsi obywatele, że oni nam u siebie fundują przejazdy, a u nas muszą płacić i to za gorszą jakość. Gdyby policzyć, to zapewne Polacy jeżdżąc po Niemczech pokonują więcej kilometrów, niż Niemcy w Polsce, zatem na pewno nasi zachodni sąsiedzi są na poważnym minusie.
    Ponad 20 lat po obaleniu komuny mamy mizerny zasób autostradowych kilometrów. Pewnie wielu z nas, podczas euforii wydzierania władzy proradzieckim i ekonomicznie nieefektywnym działaczom, nie zastanawiało się, co z autostradami, bo były ważniejsze sprawy. A biedna - i niezbyt mądrze zarządzana - nasza ojczyzna straciła kontrolę nad nowoczesnymi drogami, które zaczęli budować kapitaliści i to bardziej pazerni, niż na "imperialistycznym Zachodzie", jak to kiedyś określano złych a chciwych burżujów.
    I na nic tu frazesy o solidarności Polaków, na nic konstytucyjne rozważania; zresztą codziennie mamy interwencyjne programy telewizyjne, w których politycy i biznesmeni całkowicie odeszli od pracy na rzecz przyjaznej Rzeczypospolitej; dla nich liczy się wolny rynek i prawo, które z racji nieprecyzyjności naginają na własną korzyść. Wielu Polaków zginęło za lepszą Polskę, mają pomniki, ulice i place, a na Ich krwi bezlitośnie zarabiają biznesowi cwaniacy, którzy zajęli się przejmowaniem Polski wydartej spod dominacji ZSRR i niemal otwarcie zdają się nam mówić - a teraz to możesz nam naskoczyć, hołoto!
    Nie mam i nigdy nie miałem motocykla, nie przepadam za tymi pojazdami i nie podobają mi się ich szarże po naszych drogach. W sezonie ginie codziennie jeden polski motocyklista - a to z własnej winy, a to przez nieuwagę automobilistów. Jednak popieram ich w protestach dotyczących opłat za autostrady. Przecież nawet dziecko dostrzeże rzecz oczywistą - opłaty za korzystanie z nowoczesnych (u nas często brzmi to jak ironia) tras, nie mogą (i nie powinny) być jednakowe dla motocykli i osobówek**. To jest skandal i powinien tym problemem zająć się ktoś i to na poważnie! Przecież to przeczy ekonomii, logice i rozsądkowi! Jeśli pewne rozważania osadzone są na tych trzech podstawach, jeśli władza i społeczeństwo ma współbudować nowoczesne państwo, w którym przepisy tworzone oparte są (lub powinny być) na rozumie, to właśnie jest doskonała okazja, aby problem ten rozwiązać.
    Dziwię się głupocie, pazerności i bezczelności właścicieli autostrad, wszak doskonale wiedzą, że Polacy to naród, który jest czuły na wszelkie niesprawiedliwości i prędzej czy później zróżnicują opłaty dla jednośladów i osobówek. Przegrają podobnie jak wschodni Niemcy stracili Mur Berliński***. Po co zatem im ta walka? Aby pokazać, kto tu rządzi? I będziemy świadkami kolejnych awantur przy kasach na autostradach? Ale przegrana będzie dla nich tym bardziej żenująca. Jednak ich upór i porażka położy się poważnym cieniem na naszej Polsce, zatem nie jest to wyłącznie ich sprawa. A po zeszłorocznych protestach, w ramach ustalania nowej taryfy, mieli doskonałą okazję, aby opłaty były rozsądniejsze, przy - jednocześnie - zachowanym wizerunku przyjaznego kapitalisty. Ale nie, zaprzepaścili tę okazję!
    Nie sądzę, aby komukolwiek zależało na takim zamęcie, raczej ktoś upiera się przy swoich nielogicznych argumentach tylko dla pokazania "kto tu rządzi", zatem władza (rząd, sądy, parlament) powinna zająć stanowisko mediatora i to niezwłocznie. Cenniki powinny być opracowywane z głową, wespół z przedstawicielami konsumentów i natychmiast korygowane, jeśli użytkownicy wysuwają rozsądne żądania. Ignorowanie społecznego niezadowolenia zawsze dawało beznadziejne efekty. Czyżby autostradowi zarządcy nie mogli wyciągnąć wniosków z historii PRL? Zamiast upartych komunistycznych mędrców mamy teraz nieustępliwych wymądrzałych burżujów?!

* - choć dobrze, że nie wzrosły opłaty za odcinki bezpłatne
** - skoro wyraz "ciężarówka" (samochód ciężarowy) funkcjonuje w naszym języku, to dlaczego samochód osobowy nie ma analogicznego odpowiednika...
*** - słowniki zalecają pisownię... "mur berliński"

    Baby, ach te baby, czym by bez nich był ten świat... (17 lutego 2010)
    Klub dla Ciebie ma wielką poświąteczną wyprzedaż. Skoro przepisy i poradniki kulinarne "w tematach" jak wykonywać torty, ciasta i baby przydadzą się dopiero w kolejne święta, przeto wydawcy i KDC podjęli słuszną marketingową decyzję obniżając cenę m.in. naściennej pozycji "Kalendarz 2010 Baby".

    Jednak bardziej radykalne cenowe cięcia dotyczą innych wydawnictw, choćby przedstawionej książki o prywatnych skandalach pani Nory Roberts (zapewne skandale dotyczą jednak innych osób, nie pisarki). Norkę wykonuje również śliczne pacholę w bodaj równie słodkim serniczku z galaretką ze wspomnianego kalendarza o babach. Jeśli jednak firma nie chce wpaść w finansowe tarapaty, to - a mamy już luty 2010 - należałoby zaproponować większy opust cenowy na kalendarz "Baby", chyba że magazynowy nakład przyda się za parę lat, kiedy będzie podobny układ kalendarza (co w 2010), ale taki układ powtórzy się dopiero w 2021 roku...
    Zapewne przepisy na dobre desery będą ciągle aktualne, bowiem do końca świata będziemy je sławić i chwalić - baby, ach te baby, człek by je łyżkami jadł... Zatem - smacznego!

    Wpadka Kanadów i TVN24 (18 lutego 2010)
    18 lutego 13:30 TVN24.pl w notce "Ochrona zaspała na otwarciu" http://www.tvn24.pl/-1,1643859,0,1,ochrona-zaspala-na-otwarciu,wiadomosc.html nabija się z Kanadów, a dokładniej - z organizatorów igrzysk w Wankuwerze:
    "Lista wpadek organizatorów igrzysk w Vancouver rośnie lawinowo. Amerykańskie media dotarły do kolejnej, która miała miejsce podczas ceremonii otwarcia. Okazuje się, że na jednej z trybun w pobliżu wiceprezydenta USA Joe Bidena znalazł się niezrównoważony psychicznie mężczyzna, który zmylił ochronę".
    Zgoda, znacznie łatwiej krytykować cudze wpadki, niż swoje, zatem teraz parę słów o językowej wpadce stacji TVN24, do której doszło godzinę wcześniej. Otóż, bardzo sympatyczna prezenterka podała najświeższą informację o tragedii, do której doszło "w Ludwikszafen". Pomyślałem - no cóż, może faktycznie wydarzyło się to w Ludwigschafen, choć czułem, że jednak w Ludwigshafen. Po kilkunastu minutach, w oficjalnych wiadomościach, jej kolega już poprawnie przeczytał nazwę tego miasta. To istotnie było w Ludwigshafen.
    To prawda, że teraz uczymy się głównie angielskiego i o niemieckim mamy coraz mniejsze pojęcie, jednak są podstawowe zasady wymawiania niemieckich nazw, które powinny być znane, jeśli nie wszystkim dziennikarzom, to przynajmniej jednemu, który by wyjaśniał swoim kolegom, dzięki czemu nie zaliczaliby takich wpadek.
    Pani popełniła błąd, ponieważ połączenie "sh" w nazwie niemieckiego miasta wymówiła... po angielsku, a ponadto nie podzieliła tego wyrazu. Jest to błąd, który może wystąpić w naszym wyrazie "nadzór", kiedy wymówimy "dz" jak w słowie "dzban", zaś powinniśmy wymówić [nad-zór], podobnież [ludwigs-hafen]. W komisji hazardowej wielu posłów błędnie wymawia nazwisko "Drzewiecki", bowiem mawiają [drze] zamiast [d-rze]...
    Na kolejną wpadkę nie trzeba było długo czekać, bowiem o 14:12 w notce - "Zasztyletowano 15-latkę" http://www.tvn24.pl/0,1643864,0,1,zasztyletowali-15_latke,wiadomosc.html czytamy:
    "Makabryczne odkrycie w miejscowości Nowy Konik pod Sulejówkiem (mazowieckie). W śniegu odnaleziono ciężko ranną 15-letnią dziewczynę. Mimo wysiłków lekarzy nastolatka zmarła". Nazwa w nawiasie powinna być od wielkiej litery. Ale to początek błędów...
    "Jak relacjonuje Daniel Niezdrow z zespołu prasowego KSP, 15-latka leżała porzucona w śniegu, przy przystanku autobusowym. Była wyziębiona i wykrwawiona". Dziennikarz zapewne zasugerował się fatalnym stanem zdrowia dziewczyny i z nazwiska Niezdropa (z przejęcia) uczynił... Niezdrow.
    "Rany były na tyle poważne, że niestety nie dało się go uratować. Mimo szybkiej operacji dziewczynka zmarła około godziny 2:30". Skoro to dziewczynka, to jednak "nie udało się jej uratować".
    "O tym, ze rana kobieta leży na przystanku policja została powiadomiona telefonicznie w środę około 22". Literówki - "że ranna", a ponadto kobieta, czy dziewczyn(k)a, skoro jednak miała 15 lat? Jeśli dziennikarze nie mogą tego ustalić, to jak ma przeciętny satyr stwierdzić, czy spotyka się z panienką, czy już z panią, co ma jednak zasadnicze znaczenie w sądzie.
    "Z nieoficjalnych informacji portalu tvn24.pl wynika, że widziała ona [osoba zgłaszająca] z pewnej odległości osobę, która zadawania rany 15-latce". Jednak "która zadawała rany" albo "podczas zadawania ran".
    Niewielkim usprawiedliwieniem może być bezkrytyczne skopiowanie informacji z http://www.tvnwarszawa.pl, dokąd zresztą portal odsyła, zapraszając "czytaj więcej", jednak nie dowiemy się niczego nowego a istotnego, poza tym, że ofiarę określono tam jako dziewczynkę i jako dziecko, zaś tvn.24.pl uznał ją za kobietę.
    PS  Panienki i kobiety z podwarszawskiej miejscowości Nowy Konik (oraz damy przejeżdżające przez te tereny) powinny być szczególnie czujne na przestępczość o naturze sugerowanej przez tę nazwę. No i przejazd jest przez Nowy Konik, nie zaś przez Nowego Konika (oj, ten trudny biernik...).

    Żenujący gol (19 lutego 2010)
    17 lutego 2010 odbył się mecz 1/8 finałów Ligi Mistrzów Arsenal Londyn - FC Porto (1:2). Agencje informują, że "Obie bramki padły po fatalnych błędach polskiego bramkarza Fabiańskiego".
    Sposób zdobycia gola był szokujący i potwierdza, że albo przepisy gry w piłkę nożną nie są dopracowane, albo sędzia okazał się wyjątkowo nieprzyjazny. Do tego dochodzi całkiem niesportowe zachowanie Portugalów.
    Cóż się stało? Otóż zawodnik Arsenalu przedłużył toczenie się piłki w kierunku Fabiańskiego, który zgodnie z przepisami nie powinien jej chwytać. Niestety, uczynił to, zatem sędzia odgwizdał przewinienie. Ponieważ dotknięcie obrońcy było nieznaczne (albo nawet go nie było lub bramkarz tego nie zauważył), zatem sędzia nie powinien przerywać gry, zwłaszcza że przepis stanowi, iż zabronione jest przejęcie piłki przez bramkarza w oczywistej i niebudzącej wątpliwości sytuacji, kiedy można uznać, że zawodnicy grają na czas (właśnie dlatego ongiś ustalono tę zmianę przepisów; jedynie odbicie głową do bramkarza nie powoduje przerwania gry).
    Polski bramkarz przekazał piłkę sędziemu, ten zaś niezwłocznie ją ustawił w polu karnym i tu zaczęła się komedia niegodna piłkarskiego meczu na (podobno) światowym poziomie - portugalski napastnik wznowił grę podając piłkę partnerowi, który strzelił gola totalnie zaskoczonej drużynie Arsenalu, która nie przygotowała się jeszcze do obrony; zapewne planowali ustawić mur i bramkarza, co zwykle trwa kilkanaście sekund. Zresztą istnieje niepisana zasada - im bliżej bramki ma być wznowiona gra, tym więcej czasu przeznaczają obie drużyny na ustawienie swoich zawodników; to już niemal rytuał!
    Na portalach rozgorzały dyskusje, czy opisana scena była zgodna z przepisami. Niektórzy uważali, że jeśli sędzia wznawia grę na polu karnym, to powinien odgwizdać wznowienie gry po uznaniu, że ustawienie obrony jest przepisowe, zwłaszcza że odległość od bramki była parometrowa, zagrożenie duże, zatem - kiedy, jak kiedy - ale właśnie w takiej sytuacji, strzał w kierunku bramki powinien być oddany po umożliwieniu ustawienia obrony. Przecież na tym polega gra - na poprawnym ustawieniu obrony w przypadku bezpośredniego zagrożenia bramki przy wznowieniu gry przez sędziego!
    Niestety, sędzia (Skandynaw; a zawsze uważałem ludy północnej Europy za rozsądne i nienawykłe do sztuczek) zignorował powagę sytuacji, pozwolił na natychmiastowe zagranie i na zdobycie bramki. Szokujące to wydarzenie przypominało raczej wyczyny podwórkowych gawroszy, którzy sobie amatorsko pląsają z piłką po wytartych trawnikach pomiędzy blokami, niż uczciwą grę zawodowców, na których patrzą miliony kibiców.
    Niehonorowy gol w wykonaniu Portugalów dowodzi, że w sporcie jest coraz mniej miejsca na fair play, ponadto - co może zabrzmi nieładnie - są nacje, które stosują sztuczki charakterystyczne dla pewnych narodów, wszak trudno sobie wyobrazić, aby tego typu cwaniactwo było udziałem ludów, które nie kojarzą się nam z kuglarstwem (przepraszam za to nieco rasistowskie stwierdzenie, ale przychodzą mi na myśl narody, które - jak mniemam - w opisanej sytuacji nie zrobiłyby cyrku z piłki nożnej).
    Oczywiście, ten przypadek powinien być wyjaśniony telewidzom przez znawców przepisów, ale nawet jeśli odbyło się to w ich zgodzie (a tak wyjaśniono w telewizji tuż przed północą 18 lutego), to (tym bardziej!) należy te przepisy zmienić!
    Fabiański mógł rzucić piłkę w głąb pola gry albo w inny sposób przedłużyć czas przekazywania piłki, ale zachował się przyzwoicie (czyli po sportowemu) i po prostu ją oddał. Mógł także wykopać ją poza boisko ryzykując otrzymanie żółtej kartki, ale cóż to za sport, kiedy to trzeba łamać przepisy, aby zachować się właściwie i aby być lojalnym wobec kolegów z drużyny? Natomiast napastnicy postąpili niegodnie i nie po sportowemu! Ale to oni zdobyli gola, zaś Fabiańskiego obsobaczono i obśmiano! Czy na tym ma polegać nowoczesny sport?! Na popieraniu cwaniactwa? A jeśli jest ono zgodne z przepisami, no to już jest prawdziwy skandal!
    Sędzia powinien stać na straży przepisów, popierając jednak sportowe przyjazne zachowania. Niestety, nie zdał tu egzaminu, zaś portugalscy piłkarze kontynuowali niewłaściwą postawę sędziego. Na powtórkach widać to niecodzienne zdarzenie - niech będzie ono przykładem, w jaki sposób nie należy sędziować, bowiem gdyby nie niestosowne podejście skandynawskiego arbitra, to przecież piłkarze Porto nie zagraliby w cwaniacki sposób. Taka gra przypomina szkolne zmagania młodocianych dyletantów, nie zaś zawodowców, z których młodzież ma brać przykład!
    Niewykluczone, że zawodnicy sądzili, iż sędzia planuje podyktowanie rzutu karnego albo że ustawi piłkę, poczeka na ustawienie muru, którego odległość sprawdzi swoim "krokomierzem", czyli zachowa się rutynowo, jak w dziesiątkach podobnych sytuacji. Któż mógł przypuszczać, że można w taki sposób wykonać rzut pośredni? Teraz wielu udaje mądrych, ale czy takie gole już widzieliśmy?
    Jak to możliwe, że sędzia korzysta z gwizdka w znacznie mniej dramatycznych sytuacjach, natomiast rezygnuje z tego sprzętu w najbardziej krytycznym momencie i miejscu, czyli kilka metrów od bramki i to wówczas, kiedy bramkarz nie jest jeszcze w niej ustawiony? Gdzie jak gdzie, ale to właśnie w takiej sytuacji sędzia powinien postawić piłkę na ziemi, ocenić ustawienie zawodników oraz gwizdkiem dać sygnał do rozpoczęcia gry!
    Zamiast szlachetnej rywalizacji ujrzeliśmy absurd, bowiem ten gol to prawdziwie nonsensowny gol - powinien otrzymać nawet taki tytuł w futbolowym konkursie na antygol roku!
    Z punktu widzenia uczciwości, która powinna być najważniejsza w sporcie - czy kara, jaką drużyna poniosła za tak niewielkie przewinienie, jest właściwa? Przecież rzuty karne zwykle są orzekane za rzeczywiście ciężkie przewinienia i są mniej "bramkostrzelne", niż opisana sytuacja! O paradoksie - w takiej sytuacji korzystniejsze (choć nieprzepisowe) dla Arsenalu byłoby podyktowanie rzutu karnego! Ale właśnie ten fakt dowodzi, że gra nie powinna być wznowiona w zaistniały sposób, bowiem natychmiastowe kontynuowanie gry było większą karą, niż decyzja o karniaku.
    Jeśli gola zdobyto zgodnie z przepisami, to tym gorzej dla przepisów - niezwłocznie należy je zmienić! Po takiej decyzji arbitra to można tylko płakać lub śmiać się do łez; równie dobrze mógł sędzia (lub bramkarz) wrzucić piłkę do siatki - byłoby ciekawiej, weselej i komiczniej... A tak (dla idei sportu) wyszło żenująco!
    Ciekawe, gdyby zamieścić ankietę w tej sprawie, to czy większość internautów popierałaby kuglarstwo (nawet zgodne z przepisami), czy dla większości ważniejsze byłoby sportowe i rycerskie zachowanie?
    Przepis zakazujący podania piłki do bramkarza jest przykładem na pozornie dobre rozwiązanie w sytuacji, kiedy dawniej bezczelnie grano na czas. Pozornie dobre, bowiem po wprowadzeniu tego przepisu było wiele kuriozalnych sytuacji; np. piłka odbiła się rykoszetem od obrońcy w kierunku bramkarza, ten zaś - nie będąc pewnym reakcji sędziego - na wszelki wypadek wybijał ją zwykle bez większego sensu (czasami pod nogi przeciwnika i...).
    Należałoby zlikwidować ten przepis przy okazji wprowadzenia pomiaru czasu netto (np. dwie połowy po 30 minut) i wówczas czas przebywania piłki w gestii bramkarza (od pochwycenia do wyrzutu) nie byłby wliczany do czasu gry, zatem problem gry na czas upadłby definitywnie i nie dochodziłoby do niesportowego zachowania, jak to opisano powyżej.
    Piłka nożna należy do dyscyplin, które są odporne na nowinki techniczne i zmiany regulaminowe, co powoduje, że gra ta traci na atrakcyjności w porównaniu z innymi sportami. Upór przy niewprowadzaniu dodatkowych sędziów oraz zakaz podejmowania decyzji z zastosowaniem wideozapisów, to tylko dwa przykłady na zacofanie instytucji odpowiedzialnych za piłkę nożną.
    Czy jeszcze istnieją jakieś inne dziwne interpretacje przepisów, którymi mogą nas zaskoczyć nawiedzeni sędziowie oraz sprytni piłkarze? Może kilka takich sztuczek omówić w telewizyjnym programie sportowym i zainscenizować na murawie - przynajmniej ustrzeże nas to przed rozdziawieniem naszych zdumionych jam ustnych, kiedy to jakiś komediant w stroju sędziego zaserwuje nam kolejną nieprawdopodobną zabawę pod bramką i to na mistrzostwach lub podczas igrzysk olimpijskich...
    Nie mam żadnego poglądu na temat całego meczu, bowiem przypadkiem (akurat kliknąłem palcem w ten a nie w inny guzik pilota) obejrzałem wyłącznie kuriozalną drugą bramkę dla Porto. Nie jestem kibicem żadnej z omawianych drużyn. Zależy mi na wyeliminowaniu idiotycznych sytuacji z każdej dyscypliny sportowej, bowiem ośmieszają one ideę szlachetnej rywalizacji i pomniejszają wagę zmagań sportowców.
    Z całego meczu, jak wspomniałem, obejrzałem tylko ten fragment i zaraz przełączyłem na inny program - nie będę oglądać kuglarstwa i sportowców, którzy nie grają fair. Nie dość, że piłka nożna oferuje tylko parę (góra!) goli podczas półtoragodzinnych zmagań, to jeszcze takie skandale nam serwują pseudosportowcy wespół z sędzią.

    Amerykański Dyzma (20 lutego 2010)
    19 lutego 2010 światowe media donoszą - "Bohater z 11 września posiedzi 4 lata". Okazuje się, że Bernard Kerik, były komisarz nowojorskiej policji, został skazany na 4 lata więzienia za korupcję i przestępstwa podatkowe. Po sądowych pertraktacjach - tak charakterystycznych dla amerykańskiej sprawiedliwości, co niejednokrotnie widzieliśmy w fabularnych filmach realizowanych przez naszych zamorskich (a nawet zaoceanicznych) przyjaciół - pan Kerik przyznał się do winy i oczekiwał na wytargowany wyrok 2,5 roku do spędzenia za ogrylowanym oknem. Niestety (dla niego), sędzia prowadzący sprawę zachował się nieelegancko, ale populistycznie - zaostrzył wyrok do 4 lat, wskazując na znaczną szkodliwość czynu.
    Kimże jest ów Kerik? Otóż był protegowanym burmistrza Nowego Jorku, słynnego Giulianiego, dla którego pracował jako... kierowca i ochroniarz. Szybciutko awansował z szeregowego policjanta na wyższego urzędnika wydziału karnego, a potem na komisarza policji nowojorskiej. A my się dziwimy, że niektórzy nasi urzędnicy robią zaskakująco szybkie kariery i że podobno jest to niemożliwe w państwach o ustabilizowanej a długotrwałej demokracji... Jedyna widoczna różnica, to dość wysoki wyrok, który u nas jest raczej nie do pomyślenia.
    Za zasługi po ataku 11 września 2001, ówczesny prezydent George W. Bush mianował Kerika ministrem bezpieczeństwa państwa, jednak tuż przed jego zatwierdzeniem ujawniono, że jakaś firma budowlana (podejrzana o związki z mafią) wyremontowała mu dom, licząc na duże kontrakty z miastem. Ponadto, co w USA jest szczególnie boleśnie karane (nie jak u nas) okazało się też, że niedoszły minister dwukrotnie sfałszował dane dotyczące jego należności podatkowych. Tutaj znacznie przegiął i, mając na względzie fakt, że nawet takiego Ala Capone skazano głównie za podatkowe hece, w  ostatnim swym słowie całkiem skruszał - prosił o wybaczenie i ewentualne złagodzenie wyroku.
    Zatem o mało co, a byłby amerykańskim ministrem (i to od bezpieczeństwa narodowego!) siedzącym w pudle. Gdyby Amerykanie chcieli zrealizować film "Kariera Bernarda Kerika" na podobieństwo naszego Nikodema Dyzmy, to mają własny materiał i nie muszą płacić za prawa autorskie. Kerik nie ukończył Uniwersytetu Jagiellońskiego, podobnie jak Dyzma nie widział na oczy Oksfordu. Pierwszy zna język polski podobnie jak drugi znał angielski. Obaj kombinowali i obaj zostali zarekomendowani na wysokie stanowiska rządowe przez swoich ustawionych przyjaciół.
    Wielu rodaków uważa, że gdyby nasi urzędnicy więcej zarabiali, to byliby mniej podatni na korupcyjne przygody. Otóż magazyn "Forbes" opisuje miasto Cleveland (stan Ohio), które "zwyciężyło" w dorocznym rankingu najbardziej przygnębiających amerykańskich miast. Jakie czynniki zaważyły na losach miasta? Mianowicie - kiepscy sportowcy, kapryśna pogoda, wysokie podatki i (właśnie!)... korupcja. Okazuje się, że przez ostatnie 10 lat skazano tam ponad 300 urzędników, czyli co 12 dni (i to w jednym amerykańskim mieście) mieliśmy dowód na to, że wyższe zarobki nie idą w parze z uczciwością (być może, że byłoby ich kilka razy więcej, gdyby mieli... polskie płace).
    PS  Jakie mogą być losy pracowitego programisty, który nie cwaniaczy i nie ma znajomości w urzędach, ma zaś kłopoty z pracą i z wypełnianiem pitów oraz ze zrozumieniem podatkowych przepisów? Amerykańska  skarbówka zrobiła dokładną kontrolę panu A.J. Stackowi, co kosztowało go 10 000 dolarów w zaległych podatkach i karach. Ponadto kłopoty finansowe przyczyniły się do kryzysu jego małżeństwa i zniweczyły plany emerytalne, co u nas jest  raczej niemożliwe. Cóż uczynił załamany p. Stack? Ponieważ miał na stanie mały samolocik, przeto nie poszedł w ślady naszego wczesnokapitalistycznego biznesmena, p. Wokulskiego, który z braku własnego samolotu postanowił skorzystać z cudzego pociągu. Pan Stack podpalił swój dom i ramach obywatelskiego protestu wbił się awionetką we właściwy (swoim problemom) urząd skarbowy, któremu podesłał pożegnalny list z zestawem antyrządowych obelg. Zapewne przejdzie do legendy i kiedyś zostanie uznany za fiskusowego męczennika a może nawet za narodowego bohatera, zwłaszcza że kapitalizm uznał za "system polegający na manipulacji naiwnymi i oszukiwaniu słabych". Media wyjaśniają, że "Przepis wprowadzono w celu łatwiejszego ściągania podatków od osób z tej kategorii zawodowej" a to oznacza, że Amerykanin padł ofiarą rządowego wygodnictwa...

    Płynność ruchu na skrzyżowaniu (21 lutego 2010)
    1 lutego 2010 Interia.pl w artykule "Liczniki świateł na drogi!" opisuje system odliczający czas do zmiany sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniach, który jest testowany w kilkunastu newralgicznych miejscach na ulicach Torunia.
    Dowiadujemy się z notki - "Przy złych warunkach atmosferycznych, jak deszcz czy śnieg, znajomość czasu wyświetlenia światła zielonego umożliwia wcześniejsze przygotowanie się do manewru zatrzymania. Pozwala to uniknąć gwałtownego hamowania. Ponadto urządzenie ogranicza blokowanie skrzyżowania przez pojazdy nie mogące go opuścić. Jeśli kierujący widzi, że zjazd ze skrzyżowania jest niemożliwy a czasu światła zielonego jest mało, to najczęściej powstrzymuje się od wjazdu w obszar skrzyżowania".
    Rozwiązanie chwalą też użytkownicy dróg, w tym jeden z taksówkarzy  - "Już dawno powinni byli to wprowadzić. Bardzo dobra rzecz, pieniądze na to muszą się znaleźć".
    Poza Toruniem system jest testowany w Warszawie, Wrocławiu i Opolu oraz będzie w Bydgoszczy. Podobno jeden omawiany wyświetlacz kosztuje 3 tysiące złotych.
    W burzliwej dyskusji (pod artykułem) internauci przywołują ze swojej pamięci podobne rozwiązania widziane przez nich podczas podróży po innych krajach, które są uznawane za biedniejsze, mniej rozgarnięte (gorzej zarządzane) i które mają niższy poziom zmotoryzowania.
    Przy okazji uprzejmie informuję, że 19 października 2005 napisałem artykuł "Oszczędzajmy nerwy i paliwo!", który przesłałem do kilkudziesięciu redakcji i instytucji i który został wydrukowany przez "Gazetę Krakowską".
    Oto obszerny fragment -
    To może podpowiemy urzędnikom bardziej świetlisty/świetlany pomysł na oszczędności w branży oświetleniowej na skrzyżowaniach? Wszyscy kierowcy, kiedy zbliżają się do krzyżówki uzbrojonej w trójkolorowe sygnalizatory, obstawiają (niczym w loterii) czas włączenia się koloru żółtego. Oni nie wiedzą, kiedy się włączy owo światło, oni właśnie... obstawiają. Niektórzy kierowcy, zwłaszcza autobusowi i trolejbusowi, z racji kursowania po stałych trasach, niemal na pamięć znają cykle zmian świateł. Ale często jest i tak, że przeliczają się o parę sekund. I wówczas... Rozpędzony wóz załadowany pasażerami zbliża się do skrzyżowania. Kierowca błędnie ocenia, że żółte światło włączy się za 7 sekund i zwiększa prędkość pojazdu (ponad dozwoloną), aby zdążyć przed zmianą świateł. A tu zmiana następuje po 4 sekundach i rozpędzony kilkunastotonowy bolid nie hamuje (bo groziłoby to przewróceniem stojących pasażerów) i przejeżdża przez zebry już po zmianie na światło czerwone. Zdarza się, że kierowca właśnie rozpędza pojazd, ale po zmianie światła na żółte, gwałtownie hamuje przed pasami, co irytuje klientów wozu, no i oczywiście podraża koszty eksploatacji taboru. Przecież paliwo zostało bezpowrotnie utracone, środowisko niefrasobliwie zadymione, zaś układ hamulcowy, opony oraz nawierzchnia jezdni - niepotrzebnie a dodatkowo zużyte.
    Gdyby wśród pasażerów jeździli policjanci i kontrolerzy - specjaliści od ruchu drogowego i ekonomicznej jazdy, to potwierdziliby, że co dziesiąty manewr wykonywany na podstawie decyzji podjętej przed skrzyżowaniem, jest błędny. Błędny, to znaczy - niebezpieczny (potencjalnie groźny dla ludzi, zwłaszcza przechodniów) oraz kosztowny (wymienione koszty popełnienia błędu można oszacować na kilka złotych). O niepoliczalnych kosztach (frustracja, irytacja, zdenerwowanie przewożonej masy) można wspomnieć raczej jedynie dla porządku...
    Im większy samochód (autobus, ciężarówka) tym trudniej go zatrzymać przed przejściem dla pieszych. Ustaliła się pewna zasada - kierowcy wielkich wozów wiedzą, że rozpędzony pojazd "ma prawo" przejechać na styku światła żółtego i czerwonego, bowiem i oni, i przechodnie, z doświadczenia wiedzą, że nagłe hamowanie nie wchodzi w rachubę. Przechodnie często korzystają ze swoich uprawnień i wchodzą na zebrę zaraz po włączeniu zielonego (dla nich) światła. Ale ryzykują raczej przed samochodami osobowymi, bowiem liczą na sprawne zatrzymanie pojazdu. W przypadku większych bolidów, o ryzykanta jednak trudniej, choć przecież wykroczenie drogowe kierowcy jednak istnieje. A co będzie, jeśli zagapione dziecko albo zamyślony emeryt wejdzie na pasy po ujrzeniu zielonego światła, zaś kierowca tira - korzystając z niepisanego "odwiecznego" prawa do przejazdu przez skrzyżowanie na styku żółci i czerwieni - nie zdejmie stopy z pedału "gaz"?
    Wracając do pomysłu - końcowa faza trwania światła zielonego powinna być zamieniona w potrójne pulsowanie tego światła, które z daleka przygotuje kierowców na zwalnianie ruchu, a nie zachęci (jak obecnie) do podejmowania ryzyka polegającego na przyspieszaniu tuż przed nieoczekiwaną zmianą świateł. Po trzykrotnym mignięciu zielonego światła, pojazd nie powinien wjeżdżać na skrzyżowanie (byłoby to wykroczenie), ale o ten okres powinno być skrócone "świecenie" światła żółtego i czerwonego (w sumie). Inny wariant pomysłu - zamiast pulsowania zielonego światła, dodatkowo włączane jest światło żółte, zatem świecą one oba jednocześnie do momentu wyłączenia się światła zielonego (jak obecnie - pozostanie jedynie światło żółte).
    Nieco droższy sposób - na 9 sekund przed planowaną zmianą światła zielonego na żółte, na jednocyfrowym wyświetlaczu  (umieszczonym nad sygnalizatorem, korzystnie na wysięgniku ponad jezdnią), pokazywałaby się kolejna cyfra (od 9 do 1), zaś przy zerze następowałaby zmiana światła z zielonego na żółte. Kierowcy z odległości 100-200 metrów znaliby (na bieżąco) pozostały czas do zmiany świateł.
    Opisany pomysł (przy niewielkich nakładach finansowych) przynosiłby codziennie wymierne oszczędności  (mniejsze zużycie paliwa i innych materiałów) oraz niewymierne korzyści (spokojniejsze nerwy kierowców i pasażerów wszelkich pojazdów). [koniec cytatu]
    Niestety, my, Polacy, nie potrafimy korzystać ani z już znanych w świecie rozwiązań, ani nie bierzemy pod uwagę propozycji nadsyłanych przez zwykłych obywateli, zatem - biorąc choćby tylko moją propozycję - mamy 5 lat straty. Już 5 lat temu Trójmiasto mogło być na etapie wdrażania, ale obecnie już inne miasta zostawiły je daleko w polu. Jeszcze nic straconego, bowiem można byłoby rozważyć tańszy system - opisany w trzecim, od końca, akapicie cytatu.
    To o uprzedzeniu kierowcy o spodziewanej zmianie koloru światła zielonego na żółte, ale w podobny sposób można byłoby przygotować kierowcę na zmianę czerwonego światła na zielone (np. przez ostatnie trzy sekundy emitowania światła czerwonego, byłoby ono pulsujące; choć w Polsce do światła zielonego przygotowuje żółte). Szkoda, że wynalazcy sygnalizacji świetlnej nie opracowali tego wariantu podczas wdrażania systemu do użytku, bowiem od lat już ona istniałaby w proponowanej postaci, co byłoby mniej kosztowne i mniej irytujące, no i wszyscy bylibyśmy już dawno przygotowani do postulowanych zmian. Niestety, szanowni wynalazcy, jeśli czegoś nie wymyślicie "od razu", to - jak widać - jakiekolwiek zmiany idą strasznie opieszale (tzw. opór materii).

    Wyważane listy (24 lutego 2010)
    Prezydent Białorusi wystosował 20 lutego 2010 wyważoną odpowiedź na skierowany do niego list prez. Lecha Kaczyńskiego. Wysłany 16 lutego list polskiego prezydenta dotyczył represji wobec Polaków na Białorusi. A. Łukaszenka odpowiedział na pytania i "wyraził nadzieję na wyważony i pełny szacunku dialog pomiędzy Białorusią a Polską na rzecz dalszego rozwoju przyjaznych i dobrosąsiedzkich stosunków między naszymi państwami".
    Podobnych wypowiedzi udzielał pewien kanclerz pod koniec lat 30., w szczególności w 1939, i właściwie miał rację, bowiem (przecież!) wyważył, ale... wszystkie nasze graniczne szlabany. To typowe wodolejstwo i zasadniczo trudno odróżnić wrogość od przyjaźni, bowiem w dyplomacji hipokryzja i fałsz sięgają szczytów mistrzostwa w tych dziedzinach.
    Nasz prezydent w równie wyważony sposób "wskazał na konieczność przestrzegania praw człowieka, będących fundamentem funkcjonowania współczesnych społeczeństw europejskich", ale nie słyszano, aby wskazał na konieczność stosowania wyważonej logiki przy ustalaniu płac dla doświadczonych lekarzy i dla początkujących (obecnie młodzież ma wyższe płace od nestorów i to także bulwersuje nie tylko środowiska medyczne, ale wielu obywateli, którzy obserwują dziwne siatki płacowe obowiązujące w Polsce).
    Ale najciekawsze - list z naszej stolicy do białoruskiej jechał 4 dni i to góra, bowiem po tym czasie, to już wystosowano odpowiedź. Cóż za tempo jazdy i pisania!
    Do zwykłego obywatela RP napisano wyważony list w Gdańsku (ważna urzędowa sprawa) 10 lutego prosząc o stawiennictwo 24 lutego (wczesnym rankiem). Stempel na kopercie jest z 12 lutego, ale do adresata w Gdyni dotarł dopiero 22 lutego. Szedł (a raczej człapał) 10 dni na trasie ok. 20 km, czyli ok. 80 m/godz. (a zatem właściwe pełzł był). Gdyby czołgał się dwa dni dłużej (a to tylko o 20% więcej), to obywatel nie miałby możliwości zdążyć na wyznaczone miejsce i miałby problemy z wyjaśnieniem nieobecności, natomiast urzędnik był święcie przekonany, że sporządzenie pisma na dwa tygodnie przed spotkaniem jest szczytem urzędniczej elegancji (i nie dane mu było się dowiedzieć o jego błędnym mniemaniu).
    Biorąc przykład z prezydentów, obywatel mógłby w wyważony sposób zwrócić się do Poczty Polskiej, aby w środku Europy starała się być szybsza od gorliwego żółwia oraz aby - na wszelki wypadek - urzędnicy wysyłali swoje pisma z miesięcznym wyprzedzeniem. Aż dziwne, że listy z Ameryki potrafią dojść w parę dni nad Bałtyk, zaś wzdłuż linii brzegowej utykają w (zapewne) zmarzniętych a nadtopniałych zaspach.
    Bardzo pouczające są noty dyplomatyczne sporządzane w "wyważonym" tonie, w których głowy państw "wskazują" na coś oraz "wyrażają" najczęściej nadzieję. Proponuję w tym stylu pisać skargi i reklamacje - o ile podniesię się nam kultura pisania listów... Kilka utartych zwrotów i jakie efekty! Może na lekcjach języka polskiego młodzież powinna ćwiczyć dyplomatyczny wdzięk i elegancję?

    PS  Z przesyłkami z Gdańska do Gdyni mają także problemy inni dostawcy - 18 grudnia 2007 pewna firma (sprzedawca) przeemajlowała - "Pragniemy poinformować, że przesyłka została nadana za pośrednictwem firmy kurierskiej [...] i zgodnie z ich standardem powinna zostać dostarczona w ciągu dwóch dni roboczych. Uprzejmie prosimy o obecność pod wskazanym adresem odbioru i jednocześnie prosimy o monitorowanie statusu przesyłki na stronie". Po wejściu w internetowy system śledzenia paczki widać, że prezenty nadane 18 grudnia w stolicy już od 19 grudnia są w Gdańsku i dopiero po 9 dniach (sic!) dotarły do Gdyni - oczywiście po Wigilii. I nie pomogły wyważone doniesienia sprzedawcy, że "Jesteśmy w stałym kontakcie z [...]. Wszystkie paczki wysłaliśmy ekspresem z gwarancją doręczenia. [...] nas zapewnia, że pracują w sobotę, niedzielę i w poniedziałek oraz że dostarczą wszystkie paczki". W końcu - jak przystało na dyplomatów - obiecali, że wszystkie przesyłki dostarczą i... (przecież) dostarczyli! Co ciekawe - przed wojną pomiędzy tymi miastami przebiegała granica państwowa i złośliwi twierdzą, że przesyłki docierały wówczas znacznie szybciej.

    Czy Kasina Wielka zmieni nazwę? (1 marca 2010)
    Czy ktoś wie, gdzie leży Kasina Wielka? Jeszcze kilkanaście dni temu niemal nikt nie wiedział. Ale od czego jest Wikipedia. Czytamy: "Kasina Wielka - wieś znajdująca się w powiecie limanowskim, gminie Mszana Dolna. Z Kasiny Wielkiej pochodzi kilka wielkich postaci sportów zimowych, m.in. Justyna Kowalczyk, Halina Nowak, Jan Ziemianin i Wiesław Ziemianin". Zatem wszyscy sławni Polacy tamże urodzeni, to sportowcy! A na załączonej mapie widać, że rzut beretem na południe i wielka Justyna (o mało co) reprezentowałaby... Słowację.
    Przez Kasinę Wielką przechodzi najwyżej położona w Polsce linia kolejowa, czyli również koleje biją tam rekordy i miejmy nadzieję, że linii tej nie zamkną, jak setki kilometrów torów leżących (pechowo jednak) poniżej. Jeśli pod dużą stromiznę wspina się tam jakaś ciuchcia, to od zaraz musi to być "Justysia" (inne nazwy, typu "Chopin" i "Sobieski", już nam się opatrzyły!).
    Od 27 lutego 2010 Kasina Wielka jest oczywiście znacznie większa, ale dociekliwy rodak mógłby złośliwie zapytać - a kimże to była ta pani Kasina, że jej imię uwieczniono na mapie? Może mieszkańcy zmienią nazwę na "Justyna Wielka"? Z pewnością będzie miała tam nasza wielka rodaczka swój plac (i nie tylko tam!).
    A w całej Polsce? Zapewne od 1 marca (pierwszy dzień roboczy po sukcesie) urzędy stanu cywilnego zanotują wysyp imion Justyna i Justyn (byle nie Dżastin!). No i producenci programu "Taniec z Gwiazdami" (12. edycji, bo 11. ma już ustaloną obsadę) będą usilnie namawiać naszą Królową Śniegu na występy bez desek i kijków. Może także p. Justynę będą kusić wydawcy "Playboya", którzy zasugerują pozbycie się nie tylko nart, ale paru dodatkowych elementów osobistego wyposażenia naszej mistrzyni, zwłaszcza kombinezonu?
    W polityce trwają intensywne próby ustalenia parytetu, natomiast wraz z drugim złotym zimowym medalem, pani Justyna - niejako przy okazji - ustaliła idealny parytet (czyli 50/50) w olimpijskich sportach zimowych obowiązujący przez następne 4 lata: do igrzysk w Soczi (czy będzie tam również aż tak medalowo socziście?).
    Ludność Kasiny to prawie 3000 mieszkańców. I dzisiaj, w swej masie, to najszczęśliwsi ludzie w Polsce. Znaczna część Kasinian przybyła na Okęcie, aby godnie witać najsłynniejszą polską Królową Śniegu. Na p. Justynę czekały także miliony telewidzów, ale ceremonia uroczystego powitania była równie długa jak złoty bieg na 30 km. Nawet mówiono, że celnicy mieli kłopot z ocleniem aż tak wielu medali (na blankietach jest miejsce tylko na dwa medale), a ponadto nikt na lotnisku nie widział aż tak wielkiego złotego krążka (i to wwożonego całkiem legalnie!). Celnicy, którzy w 1972 roku widzieli złoto Fortuny, w najlepszym razie są na emeryturze. Nasza mistrzyni przyznała, że ewentualne opłaty celne nie będą dla niej problemem, bo całkiem pokaźna kasa za osiągnięcia w Wankuwerze właśnie jest przelewana na jej konto. Może na cześć tej kasy ("kasa" to zdrobniale "kasina"), nazwa najsłynniejszej dzisiaj miejscowości w Polsce, zostanie jednak zachowana...

    Astma - złota Justyna ma rację! (2 marca 2010)
    Ile procent kibiców wiedziało przed igrzyskami, że w sportowej czołówce są astmatycy, którzy biją rekordy zażywając specyfiki zawierające substancje zakazane zdrowym sportowcom?

    Ta pani z lewej to Marit Bjoergen - narciarka, która zdobyła 3 złote medale w Wankuwerze, zaś w tym biegu (na 30 km) o 1/3 sekundy przegrała tylko z naszą Złotą Justyną (z prawej). Pani Justyna jest wyjątkowo zdrową osobą, zaś pani Marit coraz bardziej zapada na astmę i bez lekarstw (zakazanych dla zdrowych sportowców!) nie byłaby w stanie uprawiać wyczynowego sportu! Wielki szacun dla p. Marit, jako osoby dzielnie walczącej z chorobą, ale przy obecnych, niesprawiedliwych przepisach, Norweżka powinna startować jedynie w paraigrzyskach.
    Pani Marit mieszka i trenuje w Norwegii, w supersocjalnym państwie, o które wszechstronnie zadbał Stwórca - nieopodal zawarł był ropę naftową, zaś klimat zapewnił tak koszmarny dla zdrowia, że aż... zbawienny dla tamtejszych wyczynowców, bowiem jest tam coraz więcej astmatycznych... rekordzistów, startujących w wielkich światowych zawodach. Pani Justyna mieszka w Polsce, w której węgiel przynosi deficyt i gdzie klimat zupełnie nie sprzyja sportowcom, bowiem za cholerę nie można zarazić się tu astmą. Zatem - już jest 2:0 dla naszych Przyjaciół z Północy!

    Kto słyszał o astmie na igrzyskach?
    Gdyby ktoś powiedział, że światowa czołówka narciarskich biegaczek cierpi na astmę*, to bym uznał to za informacyjne przekłamanie, choćby błędny przekład z języka obcego (co często mediom się zdarzało). Gdyby ktoś powiedział, że panie zdobywające medale w ciężkich zimowych dyscyplinach mają zgodę międzynarodowej organizacji na zażywanie leków zawierających składniki, które nieastmatyczkom są zabronione, to uznałbym to za zamach na logikę i uczciwość w sporcie.
    A jednak to prawda! Tak właśnie jest i o tym powiedziała nasza najlepsza zawodniczka - Justyna Kowalczyk. Może powinien tę aferę wyciągnąć na światło dzienne jakiś znany dziennikarz, może działacz, ale skoro nikt z nich nie miał danych albo odwagi, no cóż, pozostało to na barkach p. Justyny, która jest w końcu najbardziej zainteresowaną osobą w tym skandalu, nie licząc nas, podatników, którzy miliony złotych dajemy na sport, liczymy na duże efekty, natomiast jacyś cwaniacy te osiągnięcia nam zabierają sprzed nosa.
    Polka uważa, że "Norweżka Marit Bjoergen nic by w Wankuwerze nie osiągnęła, gdyby nie przyjmowane przez nią leki na astmę". Ma prawo tak uważać, bo to ona od lat "robi w branży", nie my.
    W Polsce panuje przeświadczenie, że jeśli ktoś jest chory, to może pracować w biurze, na ciepłej (w dosłownym znaczeniu) posadce, nie zaś tyrać (to przecież praca w trudnym zawodzie zimowego sportowca) zmagając się z nartami i kijkami. Każdy z nas, kiedy złapie lekkie przeziębienie, idzie zwykle do lekarza; ba, medycy wręcz nakazują izolację i rekonwalescencję. Przecięty Polak (pracownik i pracodawca) uważa, że będąc chorym nie można świadczyć pracy, natomiast na igrzyskach pokazują stado zawodowych niemal paralityków na dozwolonym haju.

    Gdzie logika?
    Na logikę, to można byłoby sądzić, że albo chory sportowiec zajmuje końcowe miejsce z oczywistych względów (skoro poza sportem świata i innej kariery nie widzi), albo leczy się pomiędzy występami wszelkimi dozwolonymi sposobami, albo ryzykuje doping i gorzko tego żałuje w razie kontroli. Okazuje się, że prosta słowiańska logika ustępuje przed wyrafinowaną i skomplikowaną logiką międzynarodowych działaczy i lekarzy sportowych, bowiem zgodnie z nią można tuż przed zawodami zażyć środki ogółowi... zabronione.
    Ciekawe, ile jeszcze podobnych bezsensów istnieje (i nie zdajemy sobie z tego sprawy) albo niebawem zostanie zalegalizowanych przy aprobacie naukowców z bogatych państw lub koncernów...
    Wielu z nas interesuje się mniej lub bardziej sportem, ale ilu z nas było zdumionych danymi, że większość (wyczynowych!) biegaczy, chodziarzy, pływaków czy kolarzy to astmatycy?
    Normalny człowiek nie chce być astmatykiem, ale w zawodowym sporcie okazuje się, że zawodnik rozważa taką przypadłość jako "opcję do przyjęcia", wszak obserwuje czołówkę zawodników i umie wyciągać wnioski. Jeśli zachoruje, to statystyczne szanse wejścia na podium... wzrastają. Dostaje odpowiednie certyfikaty i pozwolenie na zażywanie leków (preparatów), które go nieco forują. Ile? Może tylko o promil, ale to wystarczy, aby wygrać z pechowymi konkurentami, którzy są zdumiewająco... zdrowi.
    "Bo to jest niesprawiedliwe!" twierdzi Justyna Kowalczyk i dodaje: "Norwegowie tak mocno wypowiadają się na temat dopingu w Rosji, który jest bardzo zły, ale sami jednocześnie świadomie przyjmują doping na choroby. To gdzie jest logika?".

    Ułomni na podia?
    Podobno leki na astmę (obojętnie jakie) nie polepszają wyników, zatem dlaczego nie mogą ich zażywać zdrowi sportowcy? Czy taki zdrowy (zwany dalej pechowcem albo frajerem) nie może brać leków na katar, skoro widzi, że inni zakatarzeni wygrywają zawody? Całe sztaby naukowców zatrudnionych w instytutach (o milionowych budżetach) próbują wszystkim udowodnić, że zażywanie leków na astmę nie faworyzuje rachityków. No to niech wszyscy chętni zażywają te leki! Sport nie jest dla słabeuszy, jednak widać, że organizacje sportowe mają coraz bardziej humanitarne przepisy.
    Jeszcze parę lat a chromi i platfusi zaczną wygrywać z frajerami, bo wywalczą sobie prawo do aplikowania specjalnych leków, które zakazane będą dla pechowców.
    Lekarze sportowi lansują socjalizm w sporcie (każdemu choremu wg potrzeb), co spowoduje, że przez kilka kolejnych pokoleń wytworzy się nowy homo sport sovieticus, bowiem do narodowych wyczynowych drużyn będą dobierani ludzie o ułomnych fizycznych profilach, które będą starannie selekcjonowane i pielęgnowane w instytutach, rodzice będą dobierać się według astmatycznych preferencji, ich potomstwo będzie genetycznie zainfekowane, ale będzie osiągać coraz lepsze wyniki sportowe, przy czym profesorowie z czołowych światowych instytutów będą zdobywać kolejne noble dowodząc, że chorym także coś od życia się należy i wmawiając całemu światu, że przyjmowanie lekarstw nie ma żadnego znaczenia dla osiągnięć w sporcie... A najgorsze jest i to, że my im uwierzymy!
    Jeszcze nie ma ogłoszeń prasowych poszukujących astmatyków o sportowym zacięciu do czołowych klubów? To poczekajmy a doczekamy się. Z dwóch kandydatów na mistrza, trener i lekarz kadry wybiorą astmatyka, bo rokuje lepsze wyniki od ideała. Całkowita paranoja!
    Kiedyś były hece z zawodnikami z NRD, ZSRR i Chin (że brali), teraz sobie lekarze ubzdurali, że astmatycy mogą brać w glorii prawa. Owszem, niech biorą, ale niech nie startują na igrzyskach! Bo to fałszerstwo! Albo niech wszyscy chętni biorą te leki, niezależnie od stopnia choroby!

    Paralitycy na paraigrzyska!
    Norwegów zapraszamy na paraigrzyska! Skończyć z fałszem! Nie po to obaliliśmy komunę, aby teraz właściciele pól naftowych układali sobie regulaminy zawodów. Jeśli Norweżki są chore na astmę, to podczas igrzysk powinny otrzymać skierowania do sanatoriów, tamże kurować się i przed telewizorami kibicować zdrowym sportowcom, nabierając ochoty do walki i zmagać się potem w paraigrzyskach! Jest wolność i każdy chory lub zinwalidziały sportowiec może sobie postartować i to do woli. I garbaci, i kulawi, i wzorcowi. Jeśli ci ostatni przegrywają z ułomnymi, to mamy groteskową sytuację - idea uczciwego wyczynowego sportu jest ośmieszana!
    Jeszcze chwila a sportowcy z bajpasami (na wielomiesięcznych zwolnieniach lekarskich) będą się parać biciem rekordów, bo znakomici lekarze opracują dla nich specjalne dawki podejrzanych a cudownych specyfików... Schorowani urzędnicy będą zwalniani z pracy i będą przechodzić pod rewelacyjną opiekę fachowców, zaś po solidnych treningach zmienią się w wyczynowców - motokrosowców, spadochroniarzy, bokserów, komandosów. Dobrze - niech są coraz lepsi, ale nie w poważnych wyczynowych zawodach sportowych!

    Parytet i Federacja Konsumentów
    Ostatnio jest moda na parytety. Ustalmy zatem - w pierwszej dziesiątce najlepszych zawodników danej dyscypliny, może być tylko połowa astmatyków; jeśli jest więcej, to nadwyżkowi tracą certyfikat na występy w zawodach i w ich miejsce wchodzą zawodnicy zdrowi. Oczywiście, w sytuacji odwrotnej, to nienagannie zdrowi ustępują placu rachitykom. Kuriozalne? Owszem, ale równie idiotycznie jest właśnie teraz!
    Jako konsument opłacający abonament, żądam, aby na liście startowej (obok imienia, nazwiska i nazwy państwa), zamieszczano wiek zawodnika oraz symbol (np. A, jeśli sportsmen jest chory na astmę). Kibice mają prawo do podstawowej informacji! Większość chce kibicować osobom niewdychającym, niełykającym i niewstrzykującym specyfików zalecanych im przez medyków.

    Górą astmatycy
    Wielu ma pretensje do p. Justyny, że nagłaśnia astmatyczną sprawę. A my? Cóż my myślelibyśmy, kiedy po latach ciężkich treningów, podczas wymarzonych zawodów, odrywamy się wreszcie od grupy maruderów i konstatujemy, że w czołówce większość stanowią... astmatycy, zaś my albo jesteśmy nienormalnie zdrowi, albo zabrakło nam paru punktów do uznania nas za niepełnosprawnych? Co ma robić zatem p. Justyna, skoro jest zdrowa, trenuje i walczy, zaś wygrywają z nią chorowite dziewczyny na lekach, których składniki znajdują się na liście dopingów?
    Kiedyś nie było dysleksji albo raczej nie była znana. Jak tylko ją odkryto, to nagle posypały się zaświadczenia o dysleksji. Są szkoły, w których niemal połowa dziatwy ma dysleksję. I oni mają ulgi na maturze i egzaminach. I ta astma to taki ciąg dalszy pewnej idei - jeśli ktoś chory, to mu pomóżmy. Owszem, to humanitarne, ale co to ma wspólnego ze szlachetnym, jednak twardym, współzawodnictwem?

    Płetwy dla bezstopych
    Jeśli ktoś nie ma stopy, to dajmy mu płetwę (o powierzchni obliczonej wg skomplikowanych matematycznych wzorów, które zostaną ustalane przez geniuszy pracujących w kosztownych instytutach utrzymywanych przez budżety szlachetnych państw) i wyrównajmy jego szanse, bo jesteśmy rycerscy. Wyczynowy sport to bicie rekordów, nie zaś działalność charytatywna! Dobroczynność (i owszem!) wskazana, ale na rehabilitacyjnych zajęciach. Bezmózdzy zapewne dostaną twarde dyski w miejsce szarych komórek i zaczną wygrywać z (obrzydliwie zwykłymi) arcymistrzami szachowymi. Pewnie za parę lat rosyjski bokser Wałujew pokona słynnych rosyjskich szachistów, Karpowa i Kasparowa (i to grających wespół oraz pokaże im wała), bo osiągnięcia instytutów medycyny sportowej będą sięgać szczytów techniki, medycyny i... hipokryzji.

    Astma, czyli kombinacja norweska
    Kombinacja norweska to dyscyplina sportowa, na którą składają się skoki i biegi narciarskie. Niestety, od paru dni hasło to można rozumieć całkiem opacznie - jako przepisy sportowe, umożliwiające legalne stosowanie środków zabronionych; medalistami tej konkurencji są zwykle astmatycy. W Norwegii to już niemal narodowa choroba zawodowa. Ten piękny, surowy i zasobny kraj ma teraz już dwa znane koła: podbiegunowe i... astmatyczne. Młodzi Norwedzy garną się do sportów zimowych, ale klimat mają na tyle niesympatyczny, że zapadają na astmę. Mogliby sobie ćwiczyć amatorsko (i tu koło zostałoby przerwane), ale mają wielkie ambicje i doskonałych lekarzy, którzy im zaproponowali rewelacyjne leki, zaś nam zmianę przepisów. Po zaaplikowaniu ostrych treningów i medykamentów, "dziwnym trafem" zajmują czołowe miejsca, wygrywając z dziwnie zdrowymi okazami ludów z południa. Każde takie zwycięstwo powoduje napływ kolejnej fali młodzieży chętnej do trenowania i leczenia, zatem dochód narodowy Norwegii jest tworzony przez ludzi wyjątkowo zdrowych, natomiast sławę dla tego państwa mają zdobywać astmatyczni potomkowie wikingów, którzy zasłynęli z dalekich (a łupieskich!) wypraw. Zdrowi są skazani na zwykle nieciekawą pracę o niewysokich zarobkach, zaś chorzy są leczeni i przeznaczani do celów najwyższych (niczym góry w Skandynawii) - mają ciekawsze i lepiej płatne zajęcia oraz mogą zdobyć trofea, medale i sławę. Powstają więc kolejne instytuty i miejsca pracy dla specjalistów zajmujących się "sportową astmą", zatem owo koło kręci się coraz śmielej i któż ośmieliłby się sypnąć piachem w łożyska?

    Poparcie dla Justyny!
    Obalono Mur Berliński (albo "mur berliński", jak dziwnie chcą słowniki), zlikwidowano granice w UE, wyrzucono do kosza zalecenia o dopuszczalnej krzywiźnie bananów i ogórków i teraz przychodzi pora na walkę z głupotami sportowych urzędasów!
    Justyna bierze się za sportowych działaczy niczym młodzież z Solidarności w 1980 za stetryczałych działaczy niereformowalnych peerelowskich związków zawodowych. Należy zbierać podpisy pod petycją skierowaną do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i żądać zmiany zdumiewająco niemądrych przepisów, aby zahamować powiększanie się grupy złotych astmedalistów.

    Fory dla wybranych
    Co o sprawie sądzi Marit Bjoergen (Norweżka, która w Wankuwerze zdobyła trzy złote medale)? Oto fragment wywiadu ("Przegląd Sportowy", 27 lutego 2010):
    "Nie rozumiem tego ataku Kowalczyk, bo przecież ja nic nie mówiłam o Justynie. Dotknęły mnie te wypowiedzi, czuję się urażona. To nie jest tak, że jestem jakoś bardzo chora. Ale mam astmę, a przez to o dwadzieścia procent mniejszą pojemność płuc. Światowa Agencja Antydopingowa to sprawdzała i badającym mnie lekarzom wyszło, że cierpię na tę przypadłość. Tyle. I mam trzeci złoty medal".
    A co ongiś sądzili studenci, którzy dostawali się na uczelnie w PRL dzięki dodatkowym punktom za pochodzenie społeczne, kiedy ich kolegom z rodzin inteligenckich brakowało paru punktów i dlatego nie kontynuowali nauki?
    "Nie rozumiemy tego ataku kilku inteligencików, bo przecież my nic o nich nie mówiliśmy. Dotknęły nas ich wypowiedzi, czujemy się urażeni. To nie jest tak, że jesteśmy mniej rozgarnięci. Ale mamy gorsze warunki życiowe i to przynajmniej o dwadzieścia procent. Komisja ds. Równych Szans to sprawdzała i badającym sprawę fachowcom wyszło, że cierpimy niesłusznie, zatem należą się nam jakieś małe fory. Tyle. I będziemy studiować na trzech kierunkach".

    A inni sportowcy i kibice?
    1 marca 2010 w programie telewizyjnym w sprawie astmatyczek wypowiedział się Sebastian Chmara (rekordzista Polski w dziesięcioboju). Nie zgadzał się z działaczami i popierał opinię naszej Królowej Śniegu. Uczciwi kibice i sportowcy domagają się rzeczowej dyskusji na poruszony temat!
    Czy my, jako polscy kibice, bylibyśmy szczęśliwi, gdyby złoto zdobywali nasi rodacy "norweska metodą"? A jeśli były takie przypadki, to czy o tym głośno a uczciwie wspominano? I czy uważamy za sprawiedliwe, że zdrowi sportowcy nie mogą zażywać preparatów dozwolonych chorowitym zawodnikom poszkodowanym przez los?

    Legalny doping
    19 grudnia 2009 na łamach www.sport.pl zamieszczono artykuł o legalnym dopingu. Niestety, do momentu ujawnienia sprawy przez naszą złotą medalistkę, wielu Polaków nie znało sprawy, bowiem może już wcześniej byłyby większe protesty a przynajmniej głośne dyskusje.
    "Norweska biegaczka narciarska Marit Bjoergen zażywa lekarstwa przeciw astmie, które znajdują się na liście środków dopingowych Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Norweżka uzyskała od Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) pozwolenie na ich stosowanie. Bjoergen od wielu lat cierpi na astmę i od 2001 roku regularnie używa środków medycznych. W tym sezonie jednak stosuje o wiele silniejsze lekarstwa, które w dodatku znajdują się na liście zabronionych środków".
    Więcej ujawnia lekarz norweskiej reprezentacji, Lars Petter Stokke: "U osób, które cierpią na astmę, uprawianie sportu wyczynowego jak biegi narciarskie jest porównywalne z jazdą samochodem z zaciągniętym hamulcem ręcznym. Dlatego też bez regularnie stosowanych lekarstw Marit nie jest w stanie uprawiać sportu". No nie! Doprawdy - to jest prawdziwy skandal!

    Czy świat jest normalny?
    Na Ziemi żyje kilka miliardów ludzi i najlepszą biegową narciarką na naszej planecie jest pani, która cierpi na postępującą astmę i musi brać coraz silniejsze leki, których składniki znajdują się na zakazanej liście, a gdyby tych leków nie brała, to nie mogłaby uprawiać tego sportu... Jeśli to nie jest kpina ze sportu i kibiców, to proszę o większy dowcip! A gdzie jest zadekretowane, że p. Marit musi zajmować się sportem i kompromitować szczytne idee współzawodnictwa? Bo kocha to co lubi? Jeśli już musi biegać na nartach, to niech sobie uprawia ukochaną dyscyplinę, byle z dala od igrzysk. A jeśli pilot jest przewlekle chorowity, to możemy go dopuścić do sterowania wielkim pasażerem, faszerując go kontrowersyjnymi lekami, bo "przecież on tak kocha latanie"? Przestańmy sobie w końcu kpić z ludzi (kibiców i pasażerów)!
    Szczerością zaskakuje trener reprezentacji Norwegii, Egil Kristiansen: "Marit, poza świetnym przygotowaniem oraz treningiem psychicznym, stosuje już od kilku miesięcy nowe lekarstwa i już widać efekty. Cztery starty i dwa razy podium, lecz to nie jest jak ktoś może sądzić bezpośredni efekt stosowania nowych środków, lecz efekt zaleczenia dzięki nim schorzenia i tym samym większej wydajności organizmu".
    Może trener zmieni zdanie, jeśli z Marit będą wygrywać jeszcze bardziej chore panie, które zaczną stosować jeszcze bardziej wyrafinowane medykamenty; przecież wyścig o pieniądze i sławę (także dla naukowców) trwa nie tylko w Skandynawii.

    Sport ma być sprawiedliwy, zatem skończmy z dwojakim podejściem do leków albo zabrońmy ich stosowania!

    *  - łac. Asthma; także dychawica - przewlekła, zapalna choroba dróg oddechowych, charakteryzująca się nadreaktywnością oskrzeli oraz ich skurczem, samoistnie lub farmakologicznie odwracalnym

    Gepardy i rekiny sukcesu (3 marca 2010)
    Na stronie poświęconej biznesowi www.gepardybiznesu.pl/content/view/891/382 zamieszczono listę pn. Najcenniejsze Firmy Województwa Śląskiego i tam, pod numerem 250, widnieją "Zakłady Mięsne mgr inż. Wojciech Dobija Żywiec". Pan Wojciech ma akurat to "szczęście", że nie tylko ma rzadkie nazwisko (i to w formie czasownika), ale również posiada mięsne zakłady w miejscowości, której nazwa nawiązuje do ostatniej fazy jeszcze ruchomego mienia a najważniejszego podmiotu przybywającego (wbrew swej woli) do tych zakładów.
    Aby panu Dobii zrekompensować niniejszą analizę, to należy życzliwie wspomnieć o jego zakładach. Otóż Zakłady Mięsne w Żywcu są jednymi z najnowocześniejszych przedsiębiorstw w swojej branży na południu Polski. Stanowią symbol połączenia tradycji i nowoczesności. Oferują w stałej sprzedaży ponad sto rodzajów wędlin, wędzonek oraz wyrobów podrobowych o niepowtarzalnym smaku i naturalnym wyglądzie. Wszystkie są produkowane wedle klasycznych receptur, docenianych zarówno na rynku polskim, jak i poza granicami kraju. W stałej ofercie mają ponad 100 rodzajów wędlin i kiełbas. Najbardziej znane spośród nich to: kiełbasa krakowska, żywiecka, jałowcowa, myśliwska, szynka królewska i żywiecka, kabanosy oraz frankfurterka (cienka, sucha kiełbaska).
    Stronę zajmującą się biznesem nazwano dość drapieżnie - "Gepardy Biznesu", ale pracownicy zakładów pana Dobii, na szczęście dla tych sympatycznych kotów, nie są zawodowo zainteresowani owymi, jakże rzadkimi w Polsce, zwierzętami. Pod logiem zakładów można ujrzeć słowo "śledź" (jednak jako czasownik, nie zaś rzeczownik), co nie konweniuje z zakresem produkcji (ryby nie znajdują się na liście dostaw), bowiem jest to po prostu miejsce na komentarze (po wczytaniu się dostrzegamy - "śledź komentarze"). Zresztą o konsumpcyjnych śledziach będzie jeszcze nieco dalej...
    Omawiana dana osobowa jest ciekawa nie tylko z powodu nawiązania do cyklu produkcyjnego, ale przede wszystkim z powodów językowych, bowiem większość Polaków ma kłopot z deklinacją tego zacnego nazwiska - w internecie można spotkać "gratulacje dla pana Dobiji", choć zgodnie z naszymi słownikowymi wytycznymi, powinno być "pana Dobii", co wygląda dość niezwykle, ale takie mamy ustalenia. Wikipedia podaje, że nasze ziemie zamieszkiwał ongiś (inny, z dość zrozumiałych względów) Wojciech Dobija (1859 - 1933), pułkownik, także urodzony w pow. żywieckim [1] (może z tej właśnie rodziny?), przy czym popełniono błąd w odmianie nazwiska - "pierwszy okres służby Wojciecha Dobija w C. i K. Armii trwał sześć lat" (błąd jakże często spotykany w dokumentach wojskowych oraz w... nekrologach). Podawanie nazwisk wyłącznie w mianowniku bywa usterką językową, ale dla prawników ma największą wartość, bowiem jednoznacznie określa dane obywatela, zatem jest to usterka językowa popełniana (mniej lub bardziej świadomie) w celu uniknięcia poważnego nieporozumienia.
    Inną kulinarną ciekawostką są zakłady przetwórstwa rybnego w woj. podkarpackim [1] (jakże daleko od naszego morza) "Rekin", które znajdują się w miejscowości o zaskakująco drapieżnej nazwie... Paszczyna; można powiedzieć, że inwestor trafił w dziesiątkę z tą lokalizacją Specjalne maszyny, o metalowych szczękach rekina, przetwarzają przybywające rybki, w tym śledziki. Sklep firmowy jest prowadzony (także internetowo) solidną ręką mgr. inż. Krystiana Cielaka. Korzystałem parokrotnie i jestem zadowolony - zachęcam więc do zakupów. Dzięki uprzejmości szefa, można nawet komponować (skoro to Rok Chopinowski [2]) sobie własne zestawy rybnych wiktuałów. Rekinów oczywiście w zakładach nie uświadczymy, zatem nazwa została ustalona sprawiedliwie, bowiem żadne z wodnych zwierząt (jakże chętnie tu przywożonych) nie jest pokrzywdzone, jeśli nie liczyć finalnego zapuszkowania przed rozwiezieniem po całej Polsce. Firma spokojnie mogłaby być sklasyfikowana na portalu pn. "Rekiny Biznesu".
    Tyle o znamienitych Polakach. Do miodu, dla równowagi, dodajmy trochę dziegciu. Czy komuś mówi coś nazwisko Marco (Max) Schmuklerski (Marek Szmuklerski)? To architekt polskiego pochodzenia urodzony w Zurychu [3]. Podczas II wojny światowej Szwajcaria była państwem neutralnym, zatem jej jeziora nie kryją wielkich tajemnic, ale... Z dna pewnego jeziora przy granicy z Italią [4] wydobyto prawdziwą historyczną legendę - samochód bugatti brescia typ 22. W jaki sposób tak cenny pojazd trafił do głębokiej wody? Wiąże się z tym bardzo ciekawa historia...
    Dom aukcyjny Bonhams (DobreSzynki - nazwa tematycznie nawiązuje do poprzednich tematów), który zajął się sprzedażą wydobytego auta, ustalił, że ostatnim właścicielem samochodu był niejaki Marco Szmuglerski (niektóre media zastąpiły literę "k" literą "g", zapewne sugerując się opisaną dalej historyjką).
    Oto bowiem nasz rodak kupił superauto w Paryżu, w którym w latach trzydziestych studiował architekturę. Później wyjechał swoim pojazdem do szwajcarskiego miasteczka Ascona, gdzie przebywał od 1933 roku. Ponieważ "zapomniał uregulować granicznej opłaty" (prościej - nie uiścił... cła), zaś grzywnę ustalono na wyjątkowo dotkliwym poziomie, przeto p. Marek po trzech latach opuścił piękny alpejski kraj... zostawiając (wbrew swej woli) tam swoje piękne auto.
    I tu dochodzi do prawdziwie szokującego wydarzenia - właściciel pewnej firmy, w której auto zostało porzucone, nie wykazał się ani zmysłem ekonomicznym (już wówczas jeździdło było warte fortunę), ani nie okazał szacunku dla marki wozu, bowiem zniszczył samochód poprzez... zatopienie [5] co dowodzi, że nie miał przodków ze słowiańską fantazją...
    Można znaleźć więcej ciekawych faktów i historyjek, w których bohaterami są osoby o jakże interesujących nazwiskach - dane osobowe albo nawiązują do rodzaju działalności nosicieli prowadzących swoje firmy lub odwrotnie - wydarzenia z ich udziałem powodują, że nazwiska bywają zmieniane pod wpływem sugestii nawiązującej do zdarzeń.

[1] - obecne nazwy "pow. żywiecki" oraz "woj. podkarpackie" powinny być zastąpione przez "Pow. Żywiecki" oraz "Woj. Podkarpackie", wszak nazwa własna "Zat. Gdańska" nie jest zapisywana jako "zat. gdańska"
[2] - "Rok Chopinowski" albo "Rok Szopenowski"
[3] - "Zurych" jest fatalnym spolszczeniem nazwy największego szwajcarskiego miasta (niem. Zürich, Zuerich, ang. i fr. Zurich, wł. Zurigo); niedbałe, bo połowiczne spolszczenie (jedynie drugiej części nazwy; po polsku powinno być "Curych" i tak jest po czesku)
[4] - obecna polska nazwa odstrasza turystów i sugeruje fryzjerskie zapędy mieszkańców półwyspu w kształcie obuwia
[5] - inna legenda mówi, że z powodu nieuregulowania należności celnych, lokalne władze podjęły decyzję o zniszczeniu auta, co jedynie dowodzi, że zarówno tamtejsi ówcześni urzędnicy, jak również dzisiejsi polscy, którzy każą palić szmuglowane papierosy oraz ciuchy z podrabianymi metkami, nie mieli i nie mają prawidłowo rozwiniętych opon (ale nie samochodowych)

    Szwindle i cyrki w sporcie (6 marca 2010)
    Co jeszcze FIS wymyśli? O czym jeszcze nie wiemy, a jeszcze nas zaszokuje, gdy ktoś odważnie to ujawni? Skandale w sporcie - to już cyrki są lepsze!

    Oburzające procedury
    Często media ujawniają nielegalne budowy - ktoś buduje bez zgody, okoliczni mieszkańcy protestują (okna mają zasłaniane przez nowe budynki stawiane poza miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego i wartość ich lokali spada), urzędnicy zakazują, inwestor odwołuje się, zaś... budowa toczy się "jakby nigdy nic". Nie ma odważnego, aby zrobić z tym porządek i pokazowo rozebrać budowlę na koszt winnego. Taka komedia psuje państwo, którego wizerunek cierpi i przeciętny obywatel coraz mniej szanuje swój rząd i urzędy, a pośrednio (niestety!) swoją ojczyznę, co przecież można dostrzec w anonimowych komentarzach większości portali.
    I podobny bałagan jest w FIS (Międzynarodowa Federacja Narciarska) - przedstawiciele znaczących i zamożnych państw robią sobie co chcą, bez większych obaw, ale gdyby to był reprezentant Polski...
    Nie znam się na sprzęcie narciarskim z górnej olimpijskiej półki. Kiedyś jednak zdyskwalifikowano Adama Małysza, bo narty miał zbyt długie... O centymetr? Jako laik, po takich kłopotach, to byłem pewny, że każda zmiana konstrukcji sprzętu musi być zatwierdzona przez FIS i tak chyba jest w sportach motorowych - tam bodaj każdy wymiar, pojemność silnika i baku podlega dokładnej kontroli i zatwierdzeniom.

    Metalowy bolec Ammanna a jego medalowe złoto
    Sympatyczny Szwajcar Simon Ammann wygrał skoki i narciarskie, pozostawiając konkurentów daleko za sobą. Oczywiście, zapewne zadecydował o tym jego talent, ale dlaczego akurat to on, jako jedyny z czołówki, miał jakieś specjalne wyposażenie? Zdaniem samych Szwajcarów, wiązania Ammanna, są lepsze od standardowych, ponieważ piętę skoczka z nartami łączą nie paski, a metalowe bolce.
    Austriacy rozważali złożenie protestu, ale ubiegła ich FIS, która przed konkursem olimpijskim uznała, że nowy typ wiązań jest dopuszczalny. Jasne, że musi być postęp w każdej dziedzinie życia, także w sporcie, ale wszelkie nowinki powinny być zgłaszane najpóźniej np. na rok przed igrzyskami i akceptowane (albo zakazane) np. na pół roku przed nimi, co umożliwiłoby zapoznanie się z nimi wszystkich zainteresowanych, czyli naukowców, hobbystów, krytyków, laików i, oczywiście, sportowców, którzy mogliby zakupić identyczne nowatorskie wyposażenie i przetestować a nawet zastosować podczas zawodów (a jeśli zrezygnować, to z pełną świadomością wyboru). Ale to moje zdanie, zdanie laika.
    Fakt, że FIS zajęła się sprawą dopiero podczas igrzysk, świadczy o całkowitym braku profesjonalizmu tej organizacji - jak można o takich sprawach dyskutować nie PRZED, ale PO zakończeniu konkurencji? No i czy FIS natychmiast nie oprotestowałaby jakiegoś nowego rozwiązania, gdyby zostało zastosowane przez nieznanego Hindusa (albo choćby znanego Polaka), który wszystkich daleko pozostawiłby za plecami?

    Czy sport jest... uczciwy?
    Przez kilkanaście godzin spekulowano, czy Ammann straci złoto na rzecz Małysza (tu honorowo zachowała się polska ekipa i nie uczestniczyła w sporze). Pomyślmy - gdyby była sytuacja odwrotna, to jak byśmy obstawiali? 50/50? Nie, szansa odebrania medalu Małyszowi byłaby znacznie większa, niż Ammannowi. A dlaczego? Bo p. Adam jest z Polski, zaś p. Szymon ze Szwajcarii!
    Sport jest coraz mniej uczciwy, choć powinno być odwrotnie! Mało tego - sportowcy z biedniejszych państw nie mają takich samych szans w pozasportowych zmaganiach, bowiem za regulaminami i instytutami medycznymi stoją działacze bardziej związani z bogatszymi stronami ewentualnych sporów...
    Naiwne pytanie? Tak, to prawdziwie infantylne rozważania, ale trzeba powrócić do źródeł i idei sportowych, aby uporać się z problemem, wszak nie wystarczy przejść obojętnie, gdy "poważni znawcy życia i sportu" skwitują sprawę - ależ to niektórzy są dziecinni i ciągle wierzą w szczytne ideały!

    Co na to kibice?
    Większość kibiców nie chce oglądać startów rekordzistów świata, którzy wygrywają dzięki jakimś dziwnym regulaminom opartym na medycynie oraz dzięki niesprawdzonym a powszechnie nieznanym rozwiązaniom technicznym, choć są i tacy kibice, którzy uważają, że wszystkie chwyty są dozwolone (jak w życiu, w którym coraz więcej kombinatorów i coraz jakby mniej walki z cwaniactwem). Która opcja zwycięży? Która powinna zwyciężyć? Przestańmy sobie robić żarty z poważnych igrzysk i z pięknych idei, które są szargane również, niestety, w sporcie! Oczywiście, jest wielu kibiców, którzy ocenę uzależniają od oryginalnego punktu widzenia - jeśli nasz zawodnik wygrywa w niezbyt uczciwy sposób, to jest znakomicie, ale jeśli obcy, to jest skandalicznie!

    Jaka jest prawda?
    Zaraz fachowcy od medycyny sportowej oraz od wiązań narciarskich wykażą mi całkowite braki w tych ważnych segmentach wiedzy. I będą mieli rację, wszak jestem tylko kibicem i to tylko od wielkiego olimpijskiego dzwonu, zatem nie znam się na wszystkich (medycznych) niuansach i (technicznych) detalach. Reaguję spontanicznie i oceniam wydarzenia na podstawie przekazów medialnych i jeśli żaden dziennikarz na bieżąco nie komentuje albo nie dementuje oskarżeń, to nie jestem w stanie szukać po internecie, kto ma rację albo dlaczego jej nie ma. Po prostu - szlag mnie trafia, kiedy oglądałem sport w ostatnim olimpijskim wydaniu! A jeśli zostałem zmanipulowany przez media (świadomie lub nieświadomie), tym gorzej dla nich i dla... mnie.

    Powinno być jak w cyrku!
    Jeśli występują odważni cyrkowcy, to konferansjer zapowiada z dumą i przejęciem, że pani X wykona salto mortale, choć miała przetrącony kręgosłup i jest na środkach znieczulających oraz że pan Y wytrzyma pod wodą pół godziny w beczce, choć cierpi na chroniczną hydroklaustrofobię z katarem włącznie (tu zasłużone oklaski publiki wzruszonej losem dwojga, dzielnych a poszkodowanych przez los, pupilów).
    Spiker zawodów i sprawozdawcy sportowi powinni informować szanownych kibiców, że p. MB wprawdzie cierpi na astmę i wygląda prawie jak śnięta ryba, ale jest w coraz lepszej formie, co nam zaraz tutaj na pewno kolejny raz wykaże, natomiast p. JK przypomina nadzwyczaj zdrową rybę, w związku z czym najprawdopodobniej zostanie znowu pokonana przez chronicznie chorowitą rywalkę (tu oklaski tłumów na trasie - dla MB za zmaganie się z chorobowym pechem i dla JK za zmaganie się ze zdrowotnym pechem, wszak wzorem plusa ujemnego i plusa dodatniego, należy wprowadzić do sportu pojęcia pecha ujemnego i pecha dodatniego).
    Podobnie powinni obwieścić wszem* wobec tuż przed skokiem znanego mistrza - za chwilę pan SA odda skok na unikalnym sprzęcie z interesująco obmyślonym bolcem (zainteresowanych odsyłamy na www...) i ciekawe, czy uda mu się znowu wygrać z panem AM, który w tym sezonie, niestety, nie zaprezentuje nam żadnych technicznych nowinek.

    Igrzyska rozczarowały w trzech punktach
    1. Źle zabezpieczono niektóre trasy, co było przyczyną śmierci gruzińskiego saneczkarza oraz połamania żeber słoweńskiej narciarki. Skandal!
    2. Pośród kilku najlepszych narciarek w świecie, niemal wszystkie chorują na astmę. I gdyby one chorowały, i z tego powodu byłyby lepsze (bo organizm sam produkowałby jakieś specyfiki, to jeszcze można byłoby to zaakceptować i może ktoś dostałby nobla za ważne odkrycie); nie - one mają prawo do zażywania leków zakazanych zdrowym rywalkom! Skandal!
    3. Szwajcarski superskoczek leci po złoto pozostawiając konkurentów daleko za sobą i okazuje się, że ma "nieco inną konstrukcję sprzętu latającego". Skandal!
    Pierwszy punkt dotyczy organizatorów, ale dwa pozostałe, to ciemne strony sportu wyczynowego, za które odpowiedzialna jest FIS. Z których państw pochodzi najwięcej i najważniejszych działaczy tej organizacji? Jakimi kwotami dysponują owi szlachetni strażnicy doglądający uczciwości w sporcie?

    PS1 - AMMANN   "Das Beste am Mann" to po niemiecku "Najlepszy Fragment** Mężczyzny", zatem AM/MANN jest takim superfacetem (już z racji samego nazwiska ma fory), jednak nasz orzeł, Adam Małysz, ma symboliczne inicjały AM***, co w języku niemieckim służy do tworzenia przymiotników w stopniu najwyższym (polskie NAJ). Obaj czołowi konkurenci są znakomici, choć polski orzeł nie stosuje wymyślnych wynalazków (ostatnio jednak straszono rywali, że polska ekipa szykuje jakąś niespodziankę) wprawiających w zakłopotanie FIS i kibiców.
    PS2 - Amański   Gdyby Simon Ammann ożenił się z Polką i przybył nad górną Wisłę i gdyby zaczął zdobywać złoto dla Polski jako Szymon Amański, to czy rzeczywiście radowałyby nas jego sukcesy? Najwięcej wzruszeń dostarczają nam przecież zwycięstwa rodaków, którzy byli z nami "od zawsze" i tu jest ich miejsce!

      * - większość mawia wszem i wobec
     ** - domyślnie
     *** - powinien zmienić na AW - Adam Wielkisz!

    Kopernik i... kopernik (9 marca 2010)

    Tylko od wielkiej?
    Kopernik - czy to hasło można pisać od małej litery? Przecież to nazwisko wielkiego polskiego astronoma i - niezależnie od jego wielkości w nauce - powinno być pisane od wielkiej litery.
    Okazuje się, że można od małej i nie będzie to dla Kopernika żadną ujmą; przeciwnie - kilkaset lat po śmierci wielkiego Polaka, pisownia kopernik przyniesie Mu kolejne wyrazy uznania a dla nas jest powodem do jeszcze większej dumy. 7 marca 2010 zostałem mile zaskoczony artykułem "Kopernik nowym pierwiastkiem chemicznym" na znanym portalu (www.wiadomosci24.pl/artykul/128254); otóż nazwiskiem naszego geniusza ochrzczono najcięższy pierwiastek układu okresowego (o liczbie atomowej 112).
    Dzięki temu dotarłem do źródła - portal "Nauka w Polsce"; tamże w artykule "Nowy pierwiastek oficjalnie nazwany na cześć Kopernika" (22 lutego 2010) dowiadujemy się, że metal o tymczasowej nazwie ununbium (Uub), oficjalnie nosi już nazwę Copernicium (zatwierdzoną przez Międzynarodową Unię Chemii Czystej i Stosowanej), która obowiązuje od 537. urodzin astronoma, czyli od 19 lutego 2010.

    Sympatyczny gest odkrywców
    Pierwiastek 112 został odkryty w 1996 r. przez międzynarodowy zespół naukowców z Niemiec, Finlandii, Rosji i Słowacji, pracujący na akceleratorze ciężkich jonów w Darmstadt (Niemcy). Odkrywcy nowego pierwiastka (pod kierownictwem prof. Sigurda Hofmanna) byli zarazem pomysłodawcami nadania mu nazwy nawiązującej do wielkiego astronoma.
    Wikipedia podaje (modyfikacja 9 marca 2010) - "Copernicium (Cn): pierwiastek chemiczny z grupy metali przejściowych w układzie okresowym. Nazwa pierwiastka została oficjalnie zatwierdzona przez IUPAC 19 lutego 2010 roku i pochodzi od nazwiska astronoma Mikołaja Kopernika".

    Narodowość to przeżytek?
    Wikipedia ma również, a jakże, notkę o wielkim człowieku - "Mikołaj Kopernik (łac. Nicolaus Copernicus Torinensis lub Thorunensis lub Torunensis; ur. 19 lutego 1473 w Toruniu, zm. 24 maja 1543 we Fromborku) - astronom, matematyk, prawnik, ekonomista, strateg, lekarz, astrolog, tłumacz, kanclerz kapituły warmińskiej od 1511, kanonik warmiński, scholastyk wrocławski.
    Niestety, nie nazwano Go polskim astronomem, ale pewnie zakładano, że wszyscy czytający po polsku to wiedzą. O, jednak przepraszam, oto 8 marca 2010 zmodyfikowano stronę o Koperniku, dopisując - "19 lutego 2010 roku, w 537 rocznicę narodzin polskie gowybitnego astronoma IUPAC nazwało pierwiastek 112 copernicium", czyli o polskości nadmieniono po ustaleniu chemicznej nazwy dla pierwiastka. Natomiast nadal nie ma oficjalnej polskiej nazwy kopernik...
    Powołano się na źródło IUPAC , które - choć Kopernika nie nazywa Polakiem - to miejsca związane z oboma skrajnymi datami, przypisuje Polsce (miasto Toruń uroczo zapisując z kreską nad "u" i nie wymieniając - a szkoda, z uwagi na kompletność danych - niemieckiej nazwy "Thorn", choć drugie miasto
zapisano w dwóch językach) - "Nicolaus Copernicus was born on 19 February 1473, in Torún, Poland and died on 24 May 1543, in Frombork/Frauenburg also in Poland".
    Być może nie jest istotna przynależność rozpatrywanej słynnej osoby do konkretnego narodu, jednak jeszcze dzisiaj przecież przywiązuje się dużą wagę do tego problemu, choćby podczas igrzysk i mistrzostw, kiedy to dopingowani są państwowi reprezentanci, odgrywane są hymny państwowe, drużyny idą pod państwowymi flagami i prowadzona jest klasyfikacja medalowa wg państw (także encyklopedie eksponują pochodzenie sportowców).

    Kopernik w innych językach
    Zajrzyjmy do Wikipedii w innych językach... Esperanto - pierwiastek kopernicio i polski astronom Koperniko*; łotewski - kopernikijs i Koperniks, czeski - kopernicium i Koperník, rumuński - coperniciu i Copernic, duński - kopernikium i Kopernikus, estoński - koperniitsium i Kopernik*, włoski - copernicio i Copernico, portugalski - copernício i Copérnico, hiszpański - copernicio i Copérnico.
    W innych językach nazwisko naszego astronoma to: Copernicus - angielski, szwedzki, niderlandzki, Copernic - francuski, Kopernikus - niemiecki, fiński, norweski, Kopernikas* - litewski, Kopernikusz - węgierski, Koperniko* - baskijski, Kopernik* - chorwacki, Kópernikus* - islandzki.

    Polskojęzyczne dylematy
    Co ciekawe, kopernik to pierwiastek stworzony w procesie fuzji jądrowej, który nie występuje w naturze. I jaka ironia losu - kopernik, element mikroświata, rozpada się już po ułamku sekundy, podczas gdy astronom Kopernik zajmował się makroświatem, w którym zwykle czas ma wymiar lat a nawet miliardów lat...
    I teraz zaczynają się kłopoty typowe dla Polaków - znowu mamy dość powszechny problem z rzeczownikiem rodzaju męskiego - co z deklinacją wyrazu kopernik? "Nie ma kopernika", czy "koperniku". Gdyby kopernik był jednostką (np. czasu albo długości), to dodatkowo mielibyśmy dualizm dopełniaczowy koperniku/kopernika opisany poniżej ...
    Większość substancji, w tym pierwiastków, ma zakończenie -u: boraksu, jodu, koksu, manganu, teflonu (ale... węgla). Kiur (od naszej sławnej noblistki, Marii Skłodowskiej-Curie) jako pierwiastek chemiczny (Cm) - "bez kiuru", ale jako jednostka (a to już nie substancja) aktywności promieniotwórczej (Ci) - "ani jednego kiura". Ile procent Polaków to wie? O, takie ciekawostki powinny być zamieszczane w dyktandach z języka polskiego, choć - oczywiście - trzeba byłoby zmienić formułę takiego sprawdzianu, co jest trudne, bowiem dyktando polega na... dyktowaniu i pisaniu ze słuchu.
    Przeglądając tablicę Mendelejewa, można sporządzić listę z dwojakim dopełniaczem w zależności od znaczenia hasła: ajnsztajnu/ajnsztajna (jednostka liczności fotonów) [1], arsenu/Arsena (imię), baru/bara (jednostka ciśnienia), cynku/cynka (donos), europu/europa (waluta, inaczej euro), galu/gala (jednostka przyspieszenia ziemskiego) oraz Gala (mieszkaniec Galii), germanu/Germana, hasu/Hasa (nazwisko polskiego reżysera), meitneru [2]/Meitnera[3], neonu/neona (ryba akwariowa; nazwa auta), neptunu/Neptuna (italski bóg; planeta), noblu/nobla (pot. Nagroda Nobla), plutonu/Plutona (grecki bóg; planeta karłowata), radu/rada (jednostka pochłoniętej dawki promieniowania jonizującego), rentgenu[4] /rentgena (jednostka promieniowania), renu/rena (zwierzę), rutherfordu/rutherforda[5] (jednostka aktywności ciała promieniotwórczego), tantalu/Tantala (syn Zeusa), toru/tora (jednostka ciśnienia), tytanu/tytana (siłacz), uranu/Urana (planeta ), wolframu/Wolframa (imię).

    Podjadać kopernik czy kopernika?
    Toruń słynie z pierników produkowanych w zakładach "Kopernik", zatem te pyszne toruńskie pierniki to... koperniki, przeto dopełniacz "nie mam już kopernika" oraz biernik "właśnie jem kopernika" (teoretycznie możliwe również "jem kopernik, pomidor, banan", ale kto tak mawia?). Niestety, nasze słowniki, jeśli nawet podają wszystkie deklinacyjne formy, to wg kolejności alfabetycznej (sic!) i zwykle nie wyszczególniają przypadków, zatem użytkownicy nie mogą zorientować się, czy biernik jest mianownikiem, czy dopełniaczem, a to już trąca klasycznym (polskim) bublem! Co na to Federacja Konsumentów?

    Komercja? A dlaczegóż by nie?
    "Kopernik" powinien poszerzyć asortyment o piernikowy model atomu koperniku, w szczególności zmyślne pierniczki rozmieścić wg położenia elektronów na powłokach w atomie omawianego Cn. Powinny trafić do klientów (a właściwie do ich obszernego obuwia) najpóźniej na mikołajki, czyli na Mikołaja - 6 grudnia 2010!
    Obok katarzynek, koperniki powinny być produkowane zarówno w Toruniu, jak również w innych naszych miastach związanych z astronomem. Może należałoby zastrzec nazwę kopernik (jako łakocie), także w innych państwach, aby zagraniczne miasta czujące sentyment do wielkiego Polaka, nie nabrały apetytu nie tylko na pierniczki koperniczki (oraz wzorem tangensa i kotangensa - pierniczki kopierniczki) ale i na opisany komercyjny pomysł...

Pierniczki kop(i)erniczki powinny kojarzyć się nam nie tylko z makrokosmosem (od wielu lat), ale i z mikrokosmosem (od niedawna)...

    Co na to RJP oraz TMJP?
    Łacińska nazwa Copernicium została przyjęta do słowników wielu języków, jednak należałoby przyjąć polską nazwę kopernik i wpisać ją do podręczników, encyklopedii i słowników. Słowniki www.sjp.pl oraz www.encyklopedia.pwn.pl nie mają jeszcze tego hasła (ani także łacińskiej nazwy). Należy zatem zmobilizować naszych słownikarzy, aby wpisali do swoich dzieł hasło kopernik z właściwą deklinacją.

      * - Kopernika określono jako polskiego astronoma (większość opracowań pomija jego narodowość)
     [1] - w nawiasie drugie znaczenie; pierwsze to nazwa pierwiastka
     [2] - pierwiastek meitner po polsku powinien nazywać się majtner (p. ajnsztajn oraz kiur - poprawne spolszczenia)
     [3] - ojciec pani Lise Meitner, austriackiej fizyk jądrowej; na jej cześć pierwiastek nazwano meitner
     [4] - niefortunnie przyjęto roentgen jako nazwę pierwiastka; powinno być rentgen (p. ajnsztajn oraz kiur - niezależnie od znaczenia)
     [5] - należy spolszczyć obie nazwy; może rut - rutu/ruta?

    PS  Koperniki (niem. Köppernig, Köppernick) - wieś w województwie opolskim (wg legendy wywodzą się stąd przodkowie Mikołaja Kopernika)

    Wyrwał duszę i werk zegarowi? Kto?! (10 marca 2010)
    Albo sesja była błyskawiczna, albo czas z wrażenia stanął w miejscu... Można uporczywie oglądać załączone ilustracje i, niestety, prawda jest okrutna - zegar wydaje się być zepsuty! Albo nikt nie miał głowy do jego nakręcenia, wszak zespół fotografujący miał inne sprawy w polu widzenia, nie jakiś tam budzik, choć z pewnością budziły się (ale nie z jego powodu) i nakręcały rozmaite demony, najprawdopodobniej seksu. Tak, zapewne tu o to chodzi...
 

Gwiazdki i strzałki grzecznościowo dodane przez www.ploty.com (Calgary)

    Dość powiedzieć, że nasza słynna Polka, Iga Wyrwał (to ta sympatyczna pani na pierwszym planie, jakże skromnie przyodziana - Polki to jednak skromne niewiasty), spędzająca - bardzo interesująco i pracowicie - czas na Wyspach, na kolana powaliła swym wyglądem nie tylko swoich sympatyków, ale i zegar, czyli mniejszego bohatera (drugiego planu) fotosesji, który przestał chodzić nie tylko w przenośni, bo to przecież tylko "tak się mówi, że zegar chodzi", ale i w istocie - on stanął po prostu dęba*! I to na kwadrans przed słynnym pociągiem do Yumy...
    A pociąg do słowiańskiej kuszącej powłoki to normalna sprawa, choć tutaj może być pospieszny a nawet ekspresowy (ale w marzeniach). Któż by się nie wyrwał tanimi liniami na drogie, naszym męskim zmysłom, TAKIE wyspy (choćby tylko brytyjskie)? Panna Iga wprawdzie nie jest branką, bowiem dobrowolnie udała się na wygnanie, ale gdyby ktoś chciał się skrzyknąć na akcję odbycia (sorki - jednak odbicia) i gdyby ją z powrotem** jednak wyrwał w naszym kierunku...
    Oczywiście, pewnie mało kto zwrócił uwagę na ten bezduszny przedmiot, jakże rozmazany i rozmamłany, podczas gdy na pierwszym planie mamy jakże bardziej wyrazistą rzeczywistość, jednak także... przemijającą (jak ów czas mierzony przez wspomniane urządzenie pomiędzy postojami).
    Tak czy owak, najważniejsze sprawy (w tym ten chromy chronometr) na fotkach są nadzwyczaj krągłe, choć pani Iga ma zdrowsze i jakby krąglejsze kształty a do tego pełen zestaw równie pełnych bliźniąt, jeśli nie liczyć okrągłych przyległości, służących zwykle jej do wysiadywania (w pracy - jak widać - dość rzadko to czyni).
    Licznik czasu - jako niemy świadek prezentowania wdzięków naszej Polki - co najwyżej od czasu do czasu (jednak bez jego mierzenia) mógł odbłysnąć się lampie błyskowej i to wszystko, co mógł w tej sprawie był uczynić. Taki z niego Zegar Światła Odbitego w stronę słowiańskiego zjawiska, że zabełtał niejednemu błękit w głowie i grechutkami wyrwał z przyziemnej szarości ku gotowej purpurze, zatem jeszcze raz popatrzmy, nim spłyną emocje przez nas na przestrzał i nim pójdziemy, nie wiedzieć dokąd, zapewne przed zinternetowany monitor, jeszcze jednak nie na zawsze.
    Portal, którego nazwa widnieje na fotkach nawiązuje do innego wyspiarskiego kraju, bowiem banzaj/banzai, to japońskie pozdrowienie w formie okrzyku, wyrażające entuzjazm albo triumf, (tu) niejako skowyt zachwytu (przechodzący w zawodzenie, choć p. Iga brytyjskich entuzjastów nie zawodzi - nas tylko internetowo), co jednomyślnie podzielamy, choć Polki, które pozostały w domach nad Wisłą są równie piękne i po prostu SĄ z nami, bowiem nie tylko spora kasa w życiu się liczy... I za to im dziękujemy!
    No i prośba na przyszłość do fotografów czasopisma "Playboy" - aby więcej żaden cholerny chronometr nie szwendał się po planie (niezależnie, czy jest na chodzie, czy stoi tam tylko dla picu), bo niemożebnie rozprasza nam pole dobrego widzenia! Nie można prawidłowo ocenić pierwszoplanowej postaci, bo zegar przypomina nam bezczelnie i naocznie o przemijaniu i trudno jednocześnie osiągnąć właściwą ogniskową obu ocznych soczewek ! I jeszcze te refleksy odbite od szkiełka; przecież nastrajają nas zbyt refleksyjnie a mają to być wszakże luzackie klimaty...

* - całkiem możliwe, że nie jest w tym osamotniony

** - w znaczeniu kierunku właściwsze wydaje się spowrotem

    Hoegstroem ekstradowany? A co z Michnikiem? (11 marca 2010)
    Państwowa hipokryzja? I nikomu to nie przeszkadza? A amerykańskie szkoły i autobusy osobne dla białych i czarnych jakoś nam wszystkim przeszkadzały...

    11 marca 2010 polskie media obiegła informacja - szwedzki sąd zdecydował, że podejrzany o podżeganie do kradzieży napisu z Auschwitz, Szwed Anders Hoegstroem, zostanie wydany Polsce.
    Portale podają nie tylko nazwisko z tą tryumfalną wiadomością, ale zamieszczają również wielki jego portret - jak gdyby co najmniej Szwed (o imieniu nawiązującym do nazwiska polskiego bohatera, co można uznać za ironię losu) był jakimś międzynarodowym terrorystą.
    Tym samym nasze media i cały ten nasz wymiar sprawiedliwości, dają kolejny raz przykład państwowej hipokryzji - wizerunki i dane osobowe naszych przestępców (nie tylko w tej sprawie) są oczywiście dobrem szczególnym starannie chronionym (pewnie naszym wielkim wspólnym dobrem narodowym) i nie podlegają upublicznieniu, natomiast obrzydliwe Szwedzisko (tak należy pogardliwie nazywać tego pana niższej kategorii, bowiem tak nisko go plasuje nasze prawo) nie podlega naszym przepisom wywyższającym rodaków i jest bezlitośnie włóczone ono (skoro Szwedzisko) przez wszystkie nasze media, niczym zbrodniarz za koniem po stepie.
    Ta niesymetria w traktowaniu ludzi z powodu podziału na "nasi" i "obcy" jest od lat obrzydliwa i nie ma nikogo mądrego w Polsce, aby temu idiotyzmowi postawić tamę. Mamy tysiące mądrali prawniczych (od najniższego szczebla po najwyższy) i nikt nie widzi tej (co najmniej) nierówności, jeśli nie dyskryminacji. Na miejscu szwedzkiego sądu zażądałbym, aby Szweda i Polaków traktowano jednakowo, czyli albo ujawniamy dane wszystkich zamieszanych w sprawę, albo żadnego! Ale tym szwedzkim sędziom pewnie w głowach się nie mieści***, że takie idiotyczne przepisy mógł wymyślić jakiś "mądry" Słowianin, jednak od czego mają tam szwedzkich obywateli pochodzenia polskiego? Co, żaden z nich nie zwrócił uwagi na ten "szczegół"?!
    Podobno ów Szwed był kiedyś neonazistą, ale się nawrócił; twierdzi również, że pomógł w odnalezieniu napisu*, przekazując ważne informacje. Jeśli tak było istotnie, to po co go ciągać na nasze ziemie, skoro można osądzić zaocznie, można przesłuchać przy pomocy nowoczesnych urządzeń, zaś (w razie "okratowanego" wyroku) i tak będzie odsiadywać go na terenie swojej ojczyzny. Właśnie teraz, kiedy jesteśmy w Unii, procedury w przypadku przestępstw mniejszego kalibru i przy współdziałaniu przestępcy, powinny być przyjaźniejsze dla niego. Na miejscu szwedzkiego sądu nie ekstradowałbym tego p. Andersa.
    Oczywiście w Polsce dojdzie do kolejnej dyskryminacji Szweda, bowiem będzie on pokazywany i określany po nazwisku, w przeciwieństwie do naszych paru obywateli, którzy będą łaskawiej traktowani przez sąd (a powinni wszyscy być jednakowo!) - już nasze media (w tych samych przekazach) podają jedynie - Radosław M., Łukasz M., Paweł S. i Andrzej S. To będzie jeden wielki skandal - co na to prawnicy? Czy tylko ja dostrzegam problem, którego dla większości Polaków (w tym znawców prawa), nie ma?

    Kilkanaście dni temu inny Szwed, ale naszego wczesnosocjalistycznego chowu, Stefan Michnik, uznał, że jako szwedzki obywatel nie może być ekstradowany do swej starej ojczyzny. Nie wiedział jeszcze o zielonym świetle dla wspomnianego wcześniej p. Andersa, zatem może jednak choć lekko się przejął? Procedura ścigania Michnika ma już kilka lat**. IPN od 2000 roku uważa, że Michnik parokrotnie dopuścił się zbrodni sądowej.

    Ważność obu spraw jest skrajnie różna i do Polski powinien przybyć właśnie ten Polak (nie zaś wspomniany Szwed), który wyrządził tu wiele zła. Tu powinien być rozliczony za powojenne lata, kiedy to budował system sprawiedliwości społecznej na trupach domniemanych wrogów ludu.

    PS To nie jest mój pierwszy artykuł na temat odmiennego traktowania Polaków i cudzoziemców przez nasze prawo, zatem muszę zapytać wyraźnie - a którzy to (imiennie) palanci są odpowiedzialni za taki stan rzeczy, jakie pełnią funkcje i ile zarabiają?

    * - tablica z historycznym napisem "Arbeit macht frei" znad bramy byłego niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau została skradziona 18 grudnia 2009; odnaleziona (po paru dniach w trzech kawałkach) powinna trafić do wnętrza muzeum, zaś nad bramą powinna być jej kopia

    ** - mieszkaniec Szwecji ma podobno nieco inną datę urodzenia (różnica jednego dnia) i praworządni Szwedzi*** nie mają pewności, czy to jest "ten sławny Michnik"...

    *** - z tą szwedzką praworządnością, to także można się przeliczyć...

    Piłkarskie propozycje Van Gaala i Nalezińskiego (13 marca 2010)
    Holenderski trener Van Gaal* ogłosił swoje pomysły na łamach piłkarskiego magazynu "Kicker" (elektryzująca okładka z napisem "Rewolucja van Gaala").
    Oto jego sugestie (niektóre już aprobowane przez innych działaczy)...
    1. W rozgrywkach zawodowych o spalonym powinny rozstrzygać kamery, wszak "dochodzi do tylu pomyłek, a przecież technika może być w przypadku spalonego bardzo pomocna".
    2. Będzie dwóch sędziów - po jednym na połowie (jak w koszykówce i w hokeju). Trzeci arbiter obserwowałby mecz na monitorze i on decydowałby o spalonym. Sędziowie boczni oraz zabramkowi byliby zbędni.
    3. Rzut z autu będzie zastąpiony kopnięciem piłki, co przyspieszy i uatrakcyjni grę.
    4. Po dogrywkach nie będzie rzutów karnych ("bo to loteria"). Zamiast nich byłby "wariant gladiatorski" - po każdych pięciu minutach dogrywki schodzi po jednym zawodniku z każdego zespołu. Dogrywka toczyłaby się aż do strzelenia "złotej bramki".
    Trener przypomina parę słynnych bramek, które nie powinny być uznane, bowiem nie były zdobyte zgodnie ze sportowymi zasadami i tu popiera wizyjną technikę wspomagającą sędziów .
    FIFA, jak przystało na (niemal carskiego) nobliwego konserwatywnego urzędnika, jest bardzo sceptyczna.

    Korzystając z okazji, załączam mój projekt liczący ponad dwadzieścia lat i rozesłany jeszcze za komuny w formie papierowej (oczywiście pocztą), kiedy mi się nawet nie śniło, że będę mógł ponownie go przekazać Państwu dzięki internetowi...

    * - trener ma 58 lat i jest dwa lata starszy od autora poniżej załączonych polskich propozycji

    Oralne muzyczne wyznania (13 marca 2010)
    13 marca 2010 Onet.pl Muzyka informuje nas, że niejaki "D'Angelo próbował skłonić [1] policjantkę w cywilu do seksu oralnego oferując jej... 40 dolarów". Jak na warunki amerykańskie, to niewygórowana suma (nieco ponad naszą stówę), zaś jak na możliwości owego soulowego wokalisty, to prawdziwa jałmużna, z tym że ta ostatnia zazwyczaj dotyczy kapelusza i to męskiego.
    Facet o pseudonimie, w wielu językach nawiązującym do Anioła, powinien mniej latać po ulicach za latawicami, a ten miał szczególnego pecha, bowiem nocną porą natknął się na nowojorską policjantkę (w cywilu; zapewne podczas akcji wyłapywania erotycznej klienteli), która - przy tak finansowo wątłej propozycji [2] - uznała, że pora wdrożyć postępowanie. Piosenkarz najadł się wstydu, zaś pani wręcz przeciwnie - niczego nie skonsumowała, dzięki swej godnej postawie.
    Amerykanin właściwie nazywa się Michael Eugene Archer [1] (ur. 1974 w Richmond, Wirginia) i można zauważyć, że nie tylko powinien mieć ksywkę Satan (nie zaś Angelo), ale również jego prawdziwe nazwisko (po polsku Strzelec - znak zodiaku - oraz łucznik) poniosło uszczerbek, bowiem tym razem nie udało mu się nic ustrzelić szatańskim harpunem z łuku Amora, choć miejsce urodzenia (w wolnym przekładzie: "zamożne światowe życie pośród panien") sugeruje jednak dużą dozę powodzenia. No aż za dobrze byłoby gostkowi, gdyby tak zawsze mu się  udawało...
    Agent gwiazdora stanął w jego obronie: "D'Angelo nie ma sobie nic do zarzucenia". Jasne - sobie nie, ale pani [3] i owszem miał.
    Ponieważ sensacja ukazała się w dziale "Muzyka", zaś "oral" w wielu językach nawiązuje do ust, przeto można było się spodziewać, że ów autor piosenek a kompozytor poszukuje raczej ust flecistki do zespołowej współpracy - na scenicznym, nie zaś na obscenicznym, polu.
    Policja nie komentuje sprawy, ale planuje wszczęcie postępowania [4].
    Notka kończy się spostrzeżeniem: "Dyskografię D'Angelo zamyka płyta Voodoo [5] z 2000 roku". Odpukać - aby tylko na dłużej nie zamknięto śpiewaka sam na sam z tą płytą...

     [1] - "arch" nawiązuje do architektury i ma więcej znaczeń w języku angielskim - "łuk, wygiąć (się) w łuk" oraz... "figlarny, łobuzerski", co wszak nadal krąży wokół jądra informacji
     [2] - jak złośliwie uznało wielu internetowych dyskutantów: "poczuła się urażona"
     [3] - chciał tylko sukienkę na policyjne loki
     [4] - aby kompresować informacje, należy stosować domyślne skracania; tu: "przeciwko muzykowi" (pod. "w stanie wskazującym", wszak po cóż pisać więcej?)
     [5] - także "vaudou, vaudoux, voudou", (pol.) "wudu" - rodzaj magii pochodzenia afrykańskiego opartej na kulcie przodków

    O nieco innym wyskoku, a właściwie o doskoku, informuje nas Onet.pl Film (nieco niżej) w notce o porażającym tytule - "Jessica Simpson nie myje zębów". Piosenkarka a aktorka zdradza nam technikę ciekawej pielęgnacji zawartości buzi - "Używam miętowego płynu do płukania ust, czasami przetrę zęby rąbkiem swetra, ale nie szczotkuję ich. Zdarza mi się to tylko z doskoku, bo mam naprawdę mocne zęby".
    Z dwojga złego, już lepiej dla Aniołka byłoby, gdyby spotkał panią Simpson, niż policjantkę. Incydent zostałby w muzycznej rodzinie i przy okazji przetarty swetrem, chociaż z drugiej strony... te mocne zęby mogą jednak odstraszać...

    Katastrofa lotnicza Okęcie 1980 - wina fasonu? (14 marca 2010)
    Czy polski rząd powinien zwrócić się do strony rosyjskiej w sprawie ponownego a dokładnego zbadania dwóch największych katastrof lotniczych w Polsce - "Mikołaj Kopernik" (1980) i "Tadeusz Kościuszko" (1987)? Przecież zginęło 270 osób!

    Anna Jantar zginęła z powodu żarówki
    14 marca 2010 minęła trzydziesta rocznica katastrofy lotniczej samolotu Ił-62 "Mikołaj Kopernik", w której zginęło 87 osób. Żaróweczka sygnalizująca wysunięcie podwozia (albo bezpiecznik)* była przepalona i nie pokazała, że podwozie jest prawidłowo ustawione do lądowania. Wówczas podjęto decyzję o ponownym wejściu na krąg. Gdyby lampka świeciła, nie doszłoby do tragedii, bowiem samolot zmniejszający moc silników przed lądowaniem, po prostu wylądowałby, jak już wiele razy wcześniej to był czynił.

    Zbyt ostre dodanie gazu?
    Dlaczego rozpadł się silnik nr 2? Podczas 9-godzinnej podróży, silniki pracowały miarowo pełną nominalną mocą. Pod koniec powietrznej przeprawy, tuż przed lądowaniem, silnikom "dano wytchnąć" - zmniejszono ciąg z oczywistych powodów. Elementy mechanizmów zaczęły stygnąć i niejako "rozpoczęły przygotowania do odstawienia w spoczynku". Nagle - a to z powodu opisanej awarii żaróweczki, a to z powodu nadmiernego podekscytowania i fasonu załogi (wszak samolotu wypatrywano na lotnisku ze szczególnym zainteresowaniem, bowiem przybywała do nas drużyna amerykańskich bokserów oraz powracała nasza słynna piosenkarka Anna Jantar) - niejako (tu spekulacja do wyjaśnienia i na potrzeby ewentualnego filmu fabularnego) z przesadną fantazją, zwiększono** moc silników, aby poderwać samolot do dodatkowego kręgu przed ponowną próbą lądowania.
    O ile przesadzono z nagłym dodaniem gazu? Może tylko o parę procent. A może wcale - tego aspektu pewnie nie zbadano. Wielu kierowców samochodów, jeśli ma stłuczkę albo wypadek, wie (choć nie chce się przyznać nawet przed samym sobą), że gdyby słabiej nadepnęli pedał gazu, to nie mieliby kolizji. Wielu ludzi ginie wskutek niewielkiego przesadzenia z mocą silnika (i prędkością pojazdu)***.  W autach jednak z tego powodu silniki się nie rozpadają, natomiast w samolotach, które konstruowane są przy ważnym kryterium minimalizowania ich masy "niemal za wszelką cenę", zdarza się, że nie tylko silnik ulega zniszczeniu, ale i elementy rozrzucone siłą bezwładności momentalnie niszczą po drodze ważne systemy, między innymi sterowania, natomiast podczas opisywanego zdarzenia, uszkodzeniu uległy także inne silniki samolotu, co niemal natychmiast doprowadziło do katastrofy.

    Student to wie, ale nie Rosjanie?
    Oficjalny komunikat stwierdza, że przyczyną pęknięcia była wada materiałowa (karb) wału silnika nr 2, co oznacza, iż gdyby nie wzbito nagle samolotu do drugiego kręgu, to nie doszłoby do tragedii - prawdopodobnie nastąpiłaby ona podczas kolejnego rejsu, chyba że wcześniej wymieniono by wadliwe części. Zatem i tu zawiódł fason (tym razem nie ludzki, ale materii - kształt, przekrój, forma, postać).
    Z materiałów dostępnych w internecie można dowiedzieć się szokujących wieści - otóż wał był toczony z karbem (bez zaokrąglenia, czyli na kąt prosty!), choć każdy mechanik wie, że w wyrobach ważnych dla bezpieczeństwa ludzi (zwłaszcza w lotnictwie!), uskok średnicy wału musi być wygubiony. Nie wiadomo, czy tokarz wykonał wał niezgodnie z rysunkiem, czy był po prostu niedysponowany po prywatnej imprezie... Jednak ktoś musiał tak istotne elementy dokładnie kontrolować przed montażem w silniku. Badania wykryły, że również materiał nie był zgodny z normami (niemetaliczne wtrącenia) - jednym słowem: bubel!

     Poszukajmy winnych!
    Kto odpowiada za tandetne wykonanie serca samolotu? Rosjanie! Ale ktoś te samoloty kupował i podpisywał odbiór. Podobno silniki były plombowane, czyli niedostępne dla polskiej strony, zatem ponowne pytanie - kto na to się godził z naszej strony? Przecież można dotrzeć do nazwisk ludzi, którzy tolerowali ten stan rzeczy - politycy, dyrektorzy i inżynierowie. Ktoś zlekceważył cudze życie, na które podpisał wówczas wyrok z odroczoną wykonalnością.
    Wprawdzie po latach sprawy się prawnie przedawniły, ale - aby poznać tamten kuriozalny mechanizm i system - należałoby powołać komisję (może jednak nie sejmową...) i zbadać tę lotniczą aferę. Krok po kroku. Może wespół z Rosjanami? W końcu ich te sprawy również dotyczą; jeszcze dotyczą, wszak oni i my jeszcze latamy takimi samolotami, choć nieco już zmodyfikowanymi!

    Dlaczego samolot wpuszczono w obszar USA?
    W obcym państwie, właściwe służby kontrolne mogą wejść na nasz statek i sprawdzić dowolny system powołując się na przepisy ekologiczne albo bezpieczeństwa, ale nie mogą sprawdzić samolotu - czy łożysko ma wszystkie wałeczki, czy wał turbiny jest prawidłowo wykonany, czy układ sterowniczy jest zdublowany? Jeśli właściciel samolotu nie wyraża zgody na sprawdzian, to nie jest wpuszczany w obszar powietrzny państwa kontrolującego. Proste?
    Jest tyle spiskowych teorii z Amerykanami w negatywnych rolach głównych, że nie zrobi im już żadnej różnicy i to podsumowanie - gdyby Amerykanie nie wpuszczali na swój obszar samolotów o (najłagodniej mówiąc) nietypowej konstrukcji, w szczególności z zaplombowanymi silnikami (co uniemożliwiało ich bezstronną kontrolę), to nie doszłoby do obu katastrof!

    Krwawa żarówkowa kpina
    Także bulwersujące jest i to, że załoga nie wie, czy podwozie się wysunęło kolosowi z wieloma życiami w swych trzewiach. To zakrawa na kpinę! Dziecko z lornetką obserwujące samolot wie, ale załoga nie wie... Gdyby znała prawdę, to by ponownie nie zatoczyła kręgu i by szczęśliwie wylądowała 30 lat temu...
    Sprawa jest o tyle zaskakująca, że podobno żyjemy (i wówczas także żyliśmy) w czasach, w których każdy samochód, żelazko i piec gazowy musi mieć wszechstronne badania i certyfikaty. A to przecież samolot! Z drugiej strony historia katastrof samolotów produkcji zachodniej również pokazuje, w jak bezmyślny sposób postępują tamtejsi piloci, mechanicy, producenci i kontrolerzy, co ujawniane jest dopiero po tragedii - koszmar!

    Nagły zryw niszczy silniki
    Do podobnej katastrofy doszło 7 lat później (9 maja 1987), z udziałem samolotu Ił-62M "Tadeusz Kościuszko". Po starcie z Okęcia, lot przebiegał na stosunkowo niewielkiej wysokości z powodu... ćwiczeń naszych samolotów wojskowych na trasie transatlantyku i po wyjściu z tego rejonu załoga samolotu otrzymała polecenie przyspieszonego wznoszenia na pułap przelotowy wynoszący 31 000 stóp - raptownie zwiększono obroty silników do pełnej mocy startową i... Tym razem zginęło 183 ludzi. Gdyby nie manewry, to żyliby oni jeszcze parę godzin (do lądowania w Nowym Jorku) albo nawet (ci młodsi) do... dzisiaj.

    Spekulacje
    Podobno nieładnie jest spekulować o wydarzeniach, których głównymi postaciami są ludzie uważani za bohaterów, zwłaszcza jeśli już nie żyją a do tego są Polakami. Jednak dzisiejsze media pełne są takich omówień, ukazują się książki i filmy oparte na domysłach dotyczących wielu wydarzeń.
    Gdyby załoga "Titanica" nie dostrzegła góry lodowej albo kapitan świadomie polecił skierować statek na tę trefną pływającą bryłę, to prawdopodobnie zginęłoby tylko kilkanaście osób (od samego zderzenia), natomiast nikogo nie pochłonęłaby lodowata kipiel. Kapitana zwolniono by ze służby i nikt nie wiedziałby (łącznie z dowódcą), że uratowano kilkanaście setek istnień ludzkich od zagłady. Nie powstałyby filmy (oglądane przez miliardy ludzi), na których zarobiono krocie (jednak na ludzkim nieszczęściu). Nie zmieniono by (wówczas) wielu przepisów dotyczących bezpieczeństwa na morzu. I to wszystko przez zbyt nerwową (jak się potem okazało, ale po ludzku uzasadnioną!) reakcję skrętu statku w lewo, aby ocalić ludzi - niestety, "niezatapialny" statek nie uderzył czołowo w przeszkodę, lecz rozpruł o nią prawą burtę poniżej poziomu wody i przez szczeliny o powierzchni około (tylko!) jednego metra kwadratowego wdarła się śmierć zabierając ok. 1500 istnień. Dochodzenie wskazało na szereg błędów konstrukcyjnych, technologicznych i organizacyjnych. Spekulowano nawet o zaplanowanym zatopieniu statku w celu wyłudzenia ogromnego odszkodowania.

    PS Na łamach www.tvnwarszawa.pl zamieszczono wspomnienie o tej największej (do wówczas) polskiej katastrofie lotniczej, jednak poniżej niefortunnie zamieszczono reklamę:
    Loty - Stany Zjednoczone
    Porównaj Ceny Biletów Lotniczych. Wybierz najtańsze Połączenie!
    I tak dość przyzwoicie, wszak mogli reklamować wycieczkowe loty "last minut"...

     * - drobiazgi techniczne niejednokrotnie były przyczyną katastrof lotniczych; np. w Ameryce Południowej zginęli wszyscy podróżujący samolotem, ponieważ podczas przeglądu zalepiono (przezroczystą!) taśmą otwór w kadłubie, który służył do pomiaru wysokości lotu
    ** - fragment z powypadkowego komunikatu komisji rządowej: "Podczas związanego z tym manewrem zwiększania ciągu silników nastąpiło zniszczenie turbiny..."
    *** - gdyby auta miały czarne skrzynki, to iluż to kierowców byłoby oskarżonych o spowodowanie wypadku, choć dzisiaj są całkowicie niewinni?

    Życie zaczyna się od pierwszego oddechu (18 marca 2010)

    Katar promuje nowy pogląd...
    Dzisiaj rano ze zdumieniem obejrzałem reklamę pewnego specyfiku (chyba) na katar. W tle reklamowej fabułki zbulwersował mnie tekst, ni mniej ni więcej - "Życie zaczyna się od pierwszego oddechu".
    Ponieważ reklama jest zamówiona przez sektor medyczny (ściślej - farmaceutyczny), przeto trudno podejrzewać, że twórcy scenariusza nie wiedzą, że ich małe dziełko głosi nieprawdę.  Zatem, jeśli ktoś głosi poglądy powszechnie uznawane za nieprawdziwe, to dlaczegóż to czyni? Chce przekonać widzów do swojego poglądu poprzez płatną reklamę? Chce wywołać protesty niektórych obywateli oraz instytucji broniących życia i  - poprzez swoją prowokację - zwiększyć obroty swej firmy? Oczywiście, na poważnie w rachubę wchodzi druga możliwość...

    Każdy chce być Znalskim?
    Jeśli mało znani artyści sięgają po prowokacje, aby zyskać sławę (wszyscy Nieznalscy, aby zostać Znalskimi), to obiektywnie trzeba im przyznać punkty za ich życiową zaradność, jednak czynią to kosztem wartości nadrzędnych i trudno zwalczać taki proceder, ponieważ walka - nawet jakże słuszna - powoduje coraz większy rozgłos wokół dzieła i artysty (dziełka i artyściny) i... o to przecież prowokatorom chodzi!

    Wszystko na sprzedaż
    Prawdopodobnie wszyscy uczestnicy tworzący omawiany spot wiedzą, że posłużono się nieprawdą dla osiągnięcia marketingowego celu, zatem - czy jest to etyczne? Oczywiście, ktoś powie - "panie, daj se pan spokój z etyką, kiedy chodzi o szmal!", ale z pewnością kilku współtwórców było zniesmaczonych do tego kontrowersyjnego stwierdzenia, a jednak poszli na ugodę ze swoim sumieniem i wzięli kasę za świadome rozpowszechnianie kłamstwa.
    No to teraz oczekujmy na reklamy zawierające powszechne prowokacyjne półprawdy i nieprawdy typu - "Koleje III Rzeszy bezratalnie fundowały dalekie podróże najbardziej kontrowersyjnemu ludowi, zatem już dziś skorzystaj z bardziej intrygujących ofert naszych kolei i to na raty". Albo "dopóki Słońce krąży wokół Ziemi, dopóty nasz bank będzie najlepszym bankiem pod słońcem".
    Nie tylko niektórzy współtwórcy sprzedali swoje poglądy za gratyfikacje, ale również osoby (nie)odpowiedzialne za przyjęcie i emisję reklamy przez swoją telestację. Całkiem możliwe, że sama wierchuszka, która przecież wiedziała (albo powinna wiedzieć!) o tej reklamie poparła scenariusz. Bulwersujące zdanie dotarło do szczytów władzy w firmie, chyba że niektórzy z pośrednich decydentów są po prostu niezbyt rozgarnięci i nie dostrzegli ani błędu, ani prowokacji, ani (jednak!) skandalu.

    A kontrola reklam?
    Przed emisją dowolnej reklamy, powinna być ona przedstawiana komisji etycznej, która będzie blokować tego typu twórczość i sugerować zmiany w fabule i tekście, które będą mniej bulwersujące dla odbiorców. Nie wiadomo bowiem, czy to totalna głupota czy kolejna przemyślana prowokacja...
 

Mirosław Naleziński, Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl
                                                                                                                                                                     mirnal1402
Strona główna