Komentarze 2009 (VII-IX)

    Z czym do sądu? (2 lipca 2009)
    2 lipca 2009 dziennik "Fakt" publikuje kopię pisma otrzymanego z Biura Prasowego Kancelarii Sejmu, w którym czytamy - "Z przykrością muszę poinformować Pana Redaktora o złamaniu przez fotoreportera [...] rozporządzenia [...]. Rozporządzenie to [...] jednoznacznie stwierdza, że 'fotografowanie i filmowanie osób przebywających w restauracjach i innych punktach gastronomicznych znajdujących się w budynkach Sejmu jest zabronione' (w przeciwieństwie do napiętnowanego w artykule spożywania przez posłów kieliszka wina do obiadu, która to konsumpcja w restauracji zabroniona nie jest). Tymczasem takie właśnie zdjęcie zostało zrobione w restauracji sejmowej [...] i opublikowane w Państwa gazecie".
    W dalszym ciągu poproszono o zwrócenie pracownikom uwagi na konieczność przestrzegania prawa a nawet zagrożono - "Nie respektowanie [jednak powinno być "Nierespektowanie" - przyp. MN] tych przepisów może spowodować brak zgody na wejście do budynków pozostających w zarządzie Kancelarii Sejmu".
    Sprawa dotyczy akcji gazety, która ma szczytny cel - czytelnik wie, że każdy pracownik pijący w pracy może tę pracę stracić, ale są wyjątkowi Polacy (tu posłowie), którzy w pracy podczas obiadku mogą sobie wypić legalnie kieliszeczek alkoholu, zaś potem mogą podejmować ważne decyzje dla Ojczyzny, choćby poprzez głosowanie.
    Jednak mamy do czynienia z zarzutem nieznajomości prawa - czy dziennikarze znają przepisy i czy nieznajomość przepisów jest usprawiedliwieniem? Czy osoby przedstawione na zdjęciu mogą czuć się urażone albo nawet uznać, że prasa ujawniając ich dane oraz wizerunek, jednocześnie godzi w ich dobre imię?
I dlaczego ani posłowie, ani Kancelaria Sejmu nie grozi procesem, skoro jednak wielokrotnie złamano prawo?
    Pytania są o tyle zasadne, jako że zanosi się na proces, w którym żąda się przeprosin i sporego zadośćuczynienia za znacznie mniej widowiskowe przestępstwo (a może "przestępstwo"?). Otóż pewien pełnomocnik trójmiejskiej pisarki (ta pani kształci i kształtuje naszą młodzież na uczelni i podaje się za ważną postać świata księgowości i informatyki) uznał, że omówienie jej obszernych wypowiedzi na pewnym portalu i przeniesienie rozważań na inny portal jest niezgodne z przepisami - stąd proces zapowiadany na wrzesień br.
    Z jednej strony mamy nieprzepisowe (nielegalne?) wykonanie zdjęcia oraz jego zamieszczenie (z ujawnieniem danych) i jedyna sankcja, to zaledwie pogrożenie palcem, że dziennikarze krnąbrnej gazety mogą nie zostać wpuszczeni do budynków Sejmu.
    Z drugiej strony mamy żądania przeprosin i niezłej kasy (za zgodne z prawem omówienie różnych problemów na internetowych forach) i to bez żadnych wstępnych pertraktacji oraz z natychmiastowym powiadomieniem Policji. Wg prawnika - jego klientka ma ważną pracę i nie można jej ani cytować bez zgody, ani denerwować, bowiem aktualnie pisze książkę. No to posłowie i inni obśmiewani politycy mają znacznie ważniejsze sprawy do załatwienia dla Ojczyzny i jeśli przekazują podobne sprawy w tryby Temidy, to jednak znacznie ważniejsze...
    Także 2 lipca, prezydent Zielonej Góry przeprosił za zachowanie radnej PiS Eleonory Szymkowiak na czerwcowym festiwalu "Rock Nocą". Podczas imprezy, radna miała obrazić białoruskich muzyków krzycząc: "Wypier... z tymi Ruskimi do lasu". Miała czy nie miała (ona sama zaprzecza), choć prezydent wymienił sporą grupę świadków - "Jest nam niezmiernie przykro, że goście z Niemiec, Białorusi, Szkocji oraz przedstawiciele polskich miast: Poznania, Wałbrzycha, Bełchatowa, Żagania i Szprotawy, byli świadkami takiego zachowania".
    Tegoż dnia media również poinformowały o nagim zdjęciu 20-letniej Madonny, którą sfotografował 30 lat temu pewien amerykański fotograf - za sesję "bez tajemnic" przyszła sława dostała od niego... 30 dolarów. Teraz fotka jeździ z wystawą po Europie i prawdopodobnie Madonna nie ma wpływu na to kto, kiedy i za ile ogląda ją w niemal pełnej krasie.
    20 czerwca 2009 podczas programu "gadających głów", red. Wołek nazwał Napieralskiego "prymitywnym osobnikiem" w obecności setek tysięcy widzów, czym publicznie poniżył jego oraz jego rodzinę. Co na to prawnicy i komisja etyki dziennikarskiej? Na takie ekscesy pozwalają sobie osoby publiczne, zaś w ich ślady idą kolejne pokolenia, sądząc, że to właściwa i nowoczesna droga wymiany poglądów...
    Zatem cóż się dzieje na tym świecie? Ludziska chlapią rozmaite teksty na lewo i prawo, ujawniają zdjęcia bez zgody zainteresowanych osób i nikt nikogo nie pozywa przed oblicze sądu? A jeśli już ktoś podaje, to w marginalnej sprawie, gdzie są dowody przeciwko pisarce i będzie mielona oczywista sprawa, bo ktoś ważny dla państwa poczuł się urażony, choć sam zaczął niebezpieczne latanie wzorem ćmy wokół płomienia świecy. Najbardziej zdumiewa stanowisko prawnika, który zachowuje się, jakby nie znał masy przykładów bardziej oczywistych, a jednak nie ruszanych przez Temidę.
    Owszem, profesor Miodek wygrał sprawę o zniesławienie, ale ani kasy, ani przeprosin się podobno nie doczekał (dziennikarz nie chce uznać prawomocnego wyroku - "Nie będę nikogo przepraszał, bo powiedziałem prawdę"). Pozwany przegrał, bowiem nie potrafił ujawnić dowodów współpracy naukowca z bezpieką.

    Inaczej niż myślisz... (11 lipca 2009)
    Poszedł do banku po kasę. Wcisnął guzik i dostał numerek z informacją, że kilkunastu klientów jest przed nim. Skorzystał z okazji i poszedł do działu wydającego karty płatnicze (od maja już czekała, jak co roku). Ponieważ zdrapkowa karta do internetowych transakcji się pomału wykańczała, także dostał kolejną.
    Wyjątkowo nikogo nie było (same panie w okienkach - żadnego klienta), zatem załatwił owe sprawy od ręki, jednak kolejka przed kasami była dość długa... W końcu gong i tablica z numerem obwieściły, że pora na niego - poprosił o 2800 zł. Pani wzięła pliczek setek i wrzuciła na zliczarkę - czerwone diodowe "patyczki" pokazały liczbę 33. Pani odliczyła pięć banknotów i ponownie zatrudniła maszynkę, która - jak należało się spodziewać - pokazała żądaną liczbę, czyli 28.
    Formularze zostały wypełnione na drukarce, podpisane i ostemplowane. Pani ponownie zaprosiła go do sprawdzenia licznika i bankowy gość wziął bez liczenia plik banknotów, okutał go pokwitowaniem i schował do tylnej kieszeni spodni, gdzie już były dwa wartościowe papierki - 100 i 10 zł..
    Nad ranem - jak co (roboczego) dnia wbił się w spodnie tudzież inne odzienie, obuł się i już zamierzał wyjść do pracy, ale coś go tknęło. Sprawdził plik banknotów - w zawiniątku było tylko 26 banknotów a poza nim "poprzednie" 110 zł.
    Przeżył konsternację - czyżby go oszukano w banku? Ale w jaki sposób? Przecież widział, że od 33 banknotów odjęto 5 i wyraźnie widać było na czytniku 28. Czy mogło być 26 banknotów? Wprawdzie "patyczkowe" cyfry mają właściwości, że w razie uszkodzenia jednego z "patyczków" zamiast cyfry 8 widzimy 6, ale przecież niemożliwa jest sytuacja odwrotna, a przysiągłby, że widział 28! No niemożliwe, aby zliczarka była "ustawiona" pod kontem jelenia, bo prędzej czy później to by się wydało i to raczej prędzej...
    Po drodze z banku do domu mógłby go ktoś okraść, ale nie tak finezyjnie, wszak łatwiej byłoby cały plik wyciągnąć z kieszeni, niż tylko dwa banknoty i to omijając dwa "stare" - wariant bez sensu.
    Pojechał do pracy i po drodze zastanawiał się nad zgłoszeniem tego incydentu w banku - ale co miałby powiedzieć? Że widział liczby 33 i 28? I że mógł przecież przeliczyć dobytek, jeśli nie zaraz przy kasie, to chociaż przy wyjściu z banku? A może zanosiło się na wykrycie jakiejś afery - że niby zliczarki są umiejętnie "przekręcane" na niekorzyść klienta? Ale to bez sensu - przecież kasjerka nie wie, czy klient przeliczy wypłatę przy niej, a wystarczyłoby tylko jedno takie sprawdzenie i wykazanie, że maszynka zamiast szóstki pokazuje ósemkę i afera natychmiast wychodzi na jaw. Nie, to jednak nie podstęp uczciwej pracownicy banku. Ale co (w takim razie)?
    W pracy było sporo zajęć, zatem sprawa utraty dwóch stów wyleciała mu z głowy.
    Pod koniec dnia pracy zadzwoniła do niego żona. Od niechcenia zapytał - "kochanie, czy brałaś jakieś pieniążki z domu?". Z drugiej strony kabla usłyszał słodkie - "owszem, wzięłam dwieście złotych z kieszeni twoich spodni" (urocze podwójnie, bowiem kasa się... odnalazła!).
    "No nie!" - pomyślał - "a sądziłem, że padłem ofiarą wyrafinowanego spisku, wszak banki tylko czyhają na nasze walory".
    Sprawa zatem się wyjaśniła, ale problem szerszej natury pozostał, a nawet nie dawał mu spokoju - ileż to spraw jawi się nam jako oczywiste, a są w istocie całkiem inne?
    Ileż wyroków (w tym najwyższych) zapadło, bowiem świadkowie przysięgali (w dobrej wierze!), że widzieli coś, a dokładnie nie widzieli, lecz im rozum podpowiadał, że inaczej widzieć nie mogli?
    Iluż ludzi zginęło podczas wojny i okupacji tylko dlatego, że komuś się coś przywidziało - oskarżył niewinnego człowieka, partyzanci albo okupanci go zamordowali, zaś osoba wskazująca palcem na ofiarę (albo pisząca nań donos), po zabiciu tego człowieka uświadamiała sobie, że popełniła straszliwy błąd, którego się nie da niczym odkupić? Jakie to musi być straszliwe uczucie, a można być pewnym, że takich przypadków były tysiące!
    Jest krótki a jakże pouczający film Hitchcocka... Otóż pani powiedziała mężowi, że właśnie została spostponowana. Oboje wsiedli do auta i rozpoczęli przeczesywać okolicę. W pewnym momencie żona pokazuje na przechodnia, który zaczyna uciekać przed nimi. Małżonek dogania go i zabija. Wracają do wozu i jadą do domu. Po paru przecznicach, żona reaguje identycznie, widząc idącego ulicą innego mężczyznę podobnego do zabitego - pokazuje mężowi, wołając: "to on!".
    Może się zdarzyć, że coś ocenisz całkiem inaczej, niż to początkowo wygląda. I może to być straszliwy a nieodwracalny błąd...

    Koty nami manipulują (16 lipca 2009)
    Brytyjscy naukowcy odkryli, że koty świadomie manipulują ludźmi; oczywiście obwieścili to całemu światu i to akurat podczas kolejnej ogólnonarodowej polskiej odsłony propagującej pewną aktorkę wspinającą się po śliskim gruncie swego talentu.
    Parę dni wcześniej w mediach znowu było głośno o Kotce, czyli o owej aktorce. Znowu stereotypy (o kotach) górą i zamiast zwalczać je, to utwierdzamy się w przekonaniu, że jednak w tych miłych ssakach jest coś fałszywego. Aktorzy,  komiwojażerowie i szpiedzy są tak wyszkoleni, że wariografy przy nich zwykle wariują (stąd pewnie nazwa tych urządzeń).
    Kotka kręci spot dla jednej partii, potem dla drugiej. Tylko aktorom (no i politykom...) takie wyczyny jakoś uchodzą, bo każdy inny lawirant kręcący spot byłby uznany w swoim środowisku za niewiarygodnego kontrahenta. W dawnych czasach aktorzy nie cieszyli się zbytnim poważaniem, a ponieważ zwykle byli bardziej inteligentni i bardziej przebiegli od większości możnych ówczesnego świata, to płacono im wprawdzie godnie, jednak trzymano się od nich z... daleka. Ich zawód (dzisiaj jeden z najlepiej płatnych) był ongiś uważany za nikczemny.
    Kotka nie tylko wystąpiła w spocie drugiej partii, ale także przyjęła zaproszenie na partyjne spotkanie z masami. Z jednej strony mówi "to moja inicjatywa", z drugiej strony - "była to niespodzianka"...
    Kotka doskonale zna poglądy przywódców tej partii na temat "in vitro", a jednak zataja (parokrotne!) zmagania w tej materii z Naturą wspomaganą medycyną. Gdyby pomysłodawcy spotu o tym wiedzieli... A gdyby sprawa wyszła podczas premiery spotu albo tuż przed eurowyborami? Zapewne otrzymane wynagrodzenie pomogło jej w tej walce, wszak nie są to zabiegi tanie. Za kilka lat aktorka wyda swoje pamiętniki, w których zapewne przyzna - tak, dzięki słynnemu spotowi miałam na kolejny zabieg "in vitro". Działacze wszystkich partii powinni być ostrożniejsi - przed podpisaniem kontraktu należy podsunąć umowę aktorowi, aby podpisał, że nie popiera takich czy innych zabiegów, także poglądów (pod rygorem sporego odszkodowania), dzięki czemu jest szansa, że nie zostaną skompromitowani w podobny sposób  - wszak teraz najwięksi etycy milczą na ten temat...
    Kotka po raz czwarty walczy o dziecko metodą zakazaną przez wodzów popieranej przezeń partii i wie z poprzednich zmagań, że początkowe tygodnie bywają krytyczne, ale idzie na długo wyczekiwaną (5 lat!) rozprawę po... spożyciu alkoholu (a to szampana, a to piwa) podczas (porannego!) obiadu. W sądzie testuje nasze antyterrorystyczne i antyalkoholowe służby, które uniemożliwiają jej złożenie zeznań (być może jest to główny powód zapaści sprawności polskiego sądownictwa, wszak i ten proces nie został przyspieszony przez procentowe wybryki największej polskiej aktorki tego lata). Kotka zarzuca ochronie sądu, że ją niewłaściwie potraktowano, choć przecież funkcjonariusze wykonywali swoje obowiązki przy świadkach i nie znając (może niestety!) dokładnie wizerunku skandalistki. Przeciętny Polak nie rozpoznaje jeszcze owej pani w sytuacjach niecodziennych, podczas sporego zaskoczenia i stresu, ale jeszcze parę występów przed kamerami a już będzie rozpoznawalna przez bodaj wszystkich rodaków...
    Kotka uważa, że wydarzenia z ostatnich paru tygodni wiele ją nauczyły, za co musi ciągle płacić. Mówi o kosztach z jednej strony, ale już nie mówi o swoich dochodach, czyli o kosztach, które poniosły obie partie ją zatrudniające (i płacące za jej występy z naszych podatków), a to byłoby uczciwym przyczynkiem do dyskusji w temacie "koszty". Co do tematu "lojalność" - prowokacyjni dziennikarze podszyli się pod trzecią partię i podobno propozycja nie została odrzucona...
    Parę tygodni wcześniej, Kotka twierdzi, że "została skopana w kolano". Raz kopnięta, czy jednak skopana? Parokrotnie kopnięta specjalnie a złośliwie i precyzyjnie w wybrane miejsce? Taka pięta Achillesa naszej nowej Modrzejewskiej, ale nieco inaczej (bo nieco wyżej)? Obdukcja jest przesuwana w czasie, także złożenie zeznań. Jedna niedopowiedziana historia może przemawiać na rzecz aktorki, ale kilka spraw wplecionych w siebie i w politykę, to już nie są przypadki - to jest walka o aktorskie zaistnienie na szerokiej scenie...
    Takich aktorów jest więcej - nie mają wprawdzie dyplomów, ale niejednego mogliby wprowadzić z błąd. A to facet, który poinformował nas o talibach w Klewkach (ostatnio podszywał się pod dziennikarza o identycznym nazwisku), a to posłanka z kurwikami w oczach i patriotycznymi łzami, ale z posadą uzyskaną dzięki fałszerstwu, a to dyrektorka biura partii już upadłej (jako i ona sama) - dla posady i gaży odgrywała rolę kurtyzany (seksaktorstwo), ale po utracie stanowiska, postanowiła wejść na scenę i przysporzyć większej sławy dwóm (już i bez niej) znanym dziennikarzom i... sobie. Oszuści i aktorzy - to znaczenia dość bliskie w sensie umiejętności; właśnie kolejny raz obejrzeliśmy film "Konsul" (świetny Piotr Fronczewski w roli superoszusta). Aktor może wykorzystać swój talent nie tylko w godny sposób, jak ludzkość może rozmaicie wykorzystać atom.
    Właściwie to każdy z nas jest na swój sposób aktorem, zaś życie jest sceną. Z małym błędem można zauważyć, że każdy chce być wielkim aktorem i mieć możliwie najliczniejszą publikę. Jednak każdy ma jakieś wewnętrzne granice, które jedynie w wyjątkowej sytuacji mogą być przesunięte. Jak daleko posunie się jeszcze Kotka?
    Pani Kotka pcha się na scenę mając wprawdzie dyplom, ale nie przydaje blasku polskiemu aktorstwu i to w czasach, kiedy wielcy nasi twórcy schodzą właśnie ze sceny.

    Nobel dla Grasia (17 lipca 2009)
    Każdy obywatel płacący podatki jest rozdarty pomiędzy niechęcią do ich płacenia a uznaniem konieczności do ich uiszczania. W skrajnych przypadkach mamy całkowity brak chęci albo brak uznania... Suma takich zachowań składa się na mniej lub bardziej pełny Skarb Państwa. Jeśli sami kombinujemy albo słyszymy, że czyni to osoba przez nas lubiana, to wówczas uznajemy taką inicjatywę za przejaw zaradności. Jeśli nie przepadamy za taka osobą, to ocena nasza jest znacznie surowsza - uważamy faceta za przestępcę a przynajmniej za dużego cwaniaka i głośno to wyrażamy.
    Dzisiejszy polski patriota powinien płacić podatki, choćby z bólem serca i choćby siląc się na miłe miny (na pokaz), zwłaszcza jeśli jest ważnym Polakiem. Im mniej ważny rodak a przy tym ubogi, to społeczeństwo najczęściej wspaniałomyślnie uważa, że nie ma co się drobiazgów czepiać, choć - jak praktyka pokazuje - fiskus właśnie wówczas wytacza ciężkie działa (a to przeciw inwalidzie, a to przeciw emerytce). Czasami jednak okazuje się, że ci głośno nawołujący do bezwzględnego stosowania prawa (wręcz do zerowej tolerancji), to hipokryci, bowiem sami cwaniaczą na potęgę, czepiając się innych o drobne kwoty.
    W ostatnich dniach wybuchł skandal - okazało się, że obecny minister naszego rządu, wip z Platformy Obywatelskiej, od kilkunastu lat pomieszkuje sobie (i z rodziną) w cudzym domu, pełniąc zaszczytny tytuł (to jednak złośliwie) ciecia lub (przyjaźniej) opiekuna powierzonego domostwa.
    Czy niepłacenie podatku za mieszkanie u obcej osoby w zamian za stróżowanie jest szwindlem? Zdania są podzielone, zaś linia podziału przebiega raczej nie pomiędzy racjami, ale zależy od sympatii lub od ich braku do danej osoby lub do partii.
    Uczciwiej byłoby zapytać obywateli (w tym posłów) o dany problem bez ujawniania nazwisk i przynależności partyjnej. Mielibyśmy obiektywne odpowiedzi, natomiast interpretacje prawne zwykłych rodaków, jak również wybranych posłów zależą od zamieszanej osoby i jej partii i jest to problem wszystkich skandali, w które zamieszani są wipi.
    Gdyby zaprząc do rozważań rachunek prawdopodobieństwa... Większość posłów z partii X popiera swego kolegę w wybranej kwestii prawnej, zaś większość posłów z partii Y gromi takiego "biedaka" wytykając, jeśli nie popełnienie przestępstwa, to przynajmniej wielce nieetyczną postawę, co ma prowadzić do jego ośmieszenia i dymisji a może nawet do uwięzienia (w co raczej niewielu posłów wierzy w tzw. państwie prawa, w którym pewien uczeń przesiedział w areszcie 3 miesiące za nielegalne korzystanie z ulgi komunikacyjnej).
    Ponieważ innym razem (bowiem skandale należą do pejzażu w polityce, jak bociany i wierzby w tradycyjnym krajobrazie starej Polski naszej) wip z partii X zostaje zastąpiony przez wipa z patii Y, przeto cyrk się powtarza ku uciesze dziennikarzy (afery i skandale to podstawowe pożywki dla tego dostojnego stanu). Ludek także ma o czym rozprawiać - jedni popierają, inni ganią i... jakoś ta nasza RP toczy się przez meandry historii: ludziska od pierwszego do pierwszego, zaś Polska od wyborów do wyborów...
    Parę dni temu pewien bezrobotny obywatel ujawnił, że sprzedał swój używany aparat fotograficzny za kwotę przekraczającą kilkusetzłotowy urzędowy limit i został z tego powodu ukarany wstrzymaniem pomocy socjalnej. Wcześniej pani (o rzadkim imieniu Zyta) popadła w niełaskę za to, iż zatrudniła w swoim poselskim biurze pewną pannę, która potem została jej synową. Ponieważ jej partia była (kiedyś; już nie jest) wielce etyczna, zatem spotkała ją przykładna kara - straciła funkcję i zdjęto ją z partyjnego stanu. Niestety, sprawa naszego ministra, zwłaszcza na tle wspomnianych "drobiazgów", jest dużo poważniejsza.
    Przeciętny Litwin, Białorusin, czy Ukrain nie akceptowałby sytuacji, w której jego minister byłby cieciem w domu należącym do zamożnego Polaka. Podobnie myśleliby Finowie wobec Szweda. No są pewne stereotypy historyczne, przy których politycy uważający się za wrażliwych patriotów, jednak nie majstrują. Dyskusja, czy zaistniała sytuacja jest (nie)legalna jest mało istotna - prawo ma przestrzegać każdy obywatel, zaś polityk ma kształtować etykę, nie zaś wykorzystywać ewentualne luki prawne i zawile przekonywać rodaków (ośmieszając się), że nie złamał prawa. Przecież można sobie wyobrazić, że żony naszych polityków wyjeżdżają na sekswakacje i dowodzą wraz z mężami, że nie łamią przepisów i - oczywiście - mają rację... Tyle, że co nam po takich racjach?!
    Są relacje (pomiędzy pewnymi narodami) szczególnie czułe w podobnych sytuacjach, co wynika z uwarunkowań historycznych. Obok już wspomnianych par, kolejne: Japonia - Korea, Irak - Kurdystan, Chiny - Tybet, Rosja - Czeczenia. Niewyobrażalne jest, aby minister rządu państwa, które jest uzależnione od sąsiada albo jest uważane za uboższe, pełnił mniej lub bardziej zaszczytną funkcje ciecia (oraz/albo hydraulika, mechanika samochodowego, nauczyciela muzyki lub języków) a miliony rodaków wiedzą o tym i zachowują spokój. Przecież to jest kolejny nasz skandal a nawet SKANDAL!
    Stereotypy są zwykle negatywną spuścizną historii. Bodaj każdy naród ma takie czułe punkty. I politycy, zamiast zwalczać utarte schematy, to oni je utwierdzają, wszak jeśli iluś Polaków uważało, że Niemcy są od nas lepsi, to właśnie minister naszego rządu przekonuje rodaków, że tak właśnie jest w istocie! Brzydkie (a prawdziwe, niestety) przekonanie jest w ten sposób utrwalane i jeśli ktoś chce pocieszyć sceptyków, że jest inaczej, to niech poda przykłady odwrotne - kiedy to niemiecki minister jest cieciem na dworku polskiego biznesmena w Berlinie, rządowy dostojnik Kraju Kwitnącej Wiśni dba o konie (mogą być mechaniczne) w stajni koreańskiego przedstawiciela handlowego w Tokio, zaś żona i dzieci włoskiego ministra koszą trawniki i strzygą żywopłoty etiopskiemu deweloperowi w Rzymie.
    Mamy wolność i demokrację, ale to znaczy, że można robić co się podoba, jednakże nikomu nie szkodzić. Cieć a minister polskiego rządu szkodzi swoim rodakom, bowiem ośmiesza ich i można jedynie spekulować, ileż to ostatnio żartów i uszczypliwych uwag o Polaczkach mają nasi zaodrzańscy przyjaciele. Można sobie wyobrazić knajpy pełne Niemców i ich pełne kufle oraz przyśpiewki na temat znanych już tam polskich dziewek i nowo poznawanych polskich ministerialnych służących. A cóż to jest sabotaż? Że robotnik sypnął piachem (za co groziła mu drakońska kara) w tryby nasmarowanego łożyska, zaś straty dotyczyły lokalnej fabryki i poza niewielką grupą nikt o tym nie wiedział? A jak minister jest cieciem u Niemca to nie jest to sabotaż? Przecież zakres problemu i straty moralne (choćby ośmieszenie) w społeczeństwie są znacznie większe z powodu miotły, niż z powodu piasku.
    Niech polski ministerialny cieć pilnuje lokalu niemieckiemu biznesmenowi, ale - w ramach równowagi parytetów - niech w tym samym czasie niemiecki ministerialny dozorca dogląda dobytku polskiemu fabrykantowi, który działa za Odrą, niejako w ramach opcji zerowej. W ten sposób istotnie będzie zanikać stereotyp wysysany z mlekiem matek mieszkających po obu stronach tej rzeki.
    Zamiast wprowadzać damsko-męski parytet 50/50, może pokusić się o parytet 100/0 na rzecz uczciwych, spokojnych i porządnych przedstawicieli naszej Ojczyzny? Bo jak do tej pory pośród najważniejszych kilkuset Polaków, to wielu jest uczciwych inaczej - balansują na granicy prawa i ośmieszają nas i tu, i przed światem.
    Tropem ministra, który sprawnie przetarł ścieżkę zawiłej procedury "świadczenia wzajemne", podążą teraz załogi zakładów pracy? Sypnijmy propozycjami... Niech pracownicy fabryki mebli podpiszą umowę o opiekę nad swym miejscem pracy (nadzór, utrzymanie w czystości, oszczędzanie energii oraz wymiana zużytych żarówek). Zamiast jednej pensji w ciągu roku, otrzymają zestawy meblowe w cenie zakładowej i oczywiście nie zapłacą podatku od tej pensji, wszak nie dostaną jej do ręki. Jeśli w kolejnym roku pracownik nie będzie chciał wziąć drugiego zestawu dla siebie, to z zaprzyjaźnionym zakładem dokona wymiany mebli na proszki do prania albo na cegły, bo mu stopa życiowa na tyle wzrośnie (w cudowny sposób), że zechce się budować. Po paroletnich doświadczeniach i przy udziale nowo powstałych firm doradczych (te to zawsze mają wzięcie, kiedy sprawy podatkowe są zawiłe) utworzy się niemal doskonały układ, w którym Polacy będą na konto otrzymywać od pracodawcy połowę wynagrodzenia (po opodatkowaniu) a pozostałą połowę będą otrzymywać w postaci dóbr doczesnych, dzięki wymianie opartej na świadczeniach wzajemnych (bez podatków) a system będzie znany i propagowany w świecie jako system Grasia, który będzie rozpatrywany przez Skandynawów jako kolejny Polak (wszak od pani Szymborskiej mamy posuchę) do nagrody Nobla.
    Może p. Graś wziął sprawy we własne ręce i realizuje swój życiowy plan wg hasła - "bogać się, a może ojczyzna przy tobie też sobie jakoś poradzi"?
    Jeśli premier Tusk nie widzi szkodliwego dla Polski działania swego ministra, to pewnie nie zaoponuje, kiedy miliony Polaków zawrą mniej lub bardziej finezyjne wieloletnie umowy o świadczeniach wzajemnych. Jeśli jednak dostrzeże wadę tego mechanizmu, to powinien wyraźnie oświadczyć, że działanie pana Grasia jest szkodliwe dla Skarbu Państwa i powinien zmobilizować posłów do ostatecznego zlikwidowania luki prawnej w tej materii.
    Osobną - i jakże wstydliwą - sprawą jest bycie ministrem polskiego rządu i jednocześnie konserwatorem na niemieckich (choćby i w Polsce) powierzchniach płaskich. Niby żadna praca nie hańbi (co przecież też nie jest prawdą), ale ujawnione świadczenia wzajemne z pewnością są żenujące i to nie dla Niemców...

    Hieny, czy takie jest życie? (19 lipca 2009)
    Kiedy zmarł król popu, Michael Jackson, media (także nasze) rozpętały nagonkę na wszystkich cwaniaków, którzy chcą zarobić na jego śmierci. Jeszcze chwila, a nie tylko uznamy, że to nieetyczne, ale zmienimy prawo w kierunku zakazu zarabiania na czyimś dramacie.
    A przecież od dawna wiadomo, że artysta malarz (a właściwie jego dzieła) ma większą wartość po swej śmierci, niż za życia. Wówczas znany jest jego dorobek, katalogi są ostateczne i nie podlegają zmianom - są dwie daty ostatecznie ograniczające życiorys twórcy, który niczego już nie stworzy, nie zmieni i nie wymyśli. Może w mniejszym stopniu, ale ta zasada jest prawdziwa dla wszystkich wielkich tego świata i to nie tylko dla malarzy i królów popu, ponieważ także i dla zwykłych królów i dla papieży. Zamykany jest okres twórczości i działalności, czynione są obrachunki, wydawane są monety, banknoty i znaczki pocztowe. Następuje gwałtowny wysyp ulic i placów z nazwami wielkich ludzi, jako że najczęściej radni z nazwami czekają na sygnał koronera i grabarza.
    Ale myślimy, że to cały świat jest zepsuty, zaś u nas mamy etykę na wyższym poziomie... Wczoraj pośród mojego tekstu zamieszczonego na jednym z forów znalazłem ramkę, zaś w niej -
Zbigniew Zapasiewicz
Odszedł wybitny polski aktor...
Przypomnij sobie Jego filmografię.
    Kliknąłem w obramowane pole naiwnie sądząc, że ktoś bezinteresownie chce zwrócić moją uwagę na dorobek artystyczny Aktora, a może także na Jego idee, wykłady i rozważania. Nic bardziej błędnego - link przedstawiał komercyjne konkrety, czyli zestaw filmowych dzieł z udziałem Mistrza z podaniem cen i sposobu płatności oraz odbioru!
    Zatem hieny, czy po prostu życie? A może hieny są na Zachodzie a u nas rozważni handlowcy?

    Kiedy 5 lat temu zginęli nasi wysłannicy na wojnę w Iraku, to jeden z tabloidów wyłamał się i pokazał wizerunek jednego z nich - zabity rodak siedział w aucie i to bez widocznych obrażeń. Jednak tysiące moralistów zabierało głos - nieetyczne! Redaktor naczelny tabloidu bronił się jak mógł, głównie przed zarzutem komercji i ujawniania obrzydliwości tego świata.
     A parę dni temu pokazano studenta zabitego w Hondurasie w aspekcie dwóch zdjęć - jedno bez retuszu (widać krwawe plamy oraz cieknącą krew), zaś drugie mniej szokujące, bo bez tych atrybutów. Gdyby to był Polak, zaś fotografie byłyby drukowane w polskich gazetach, to byłaby burza podobna do tej sprzed paru lat. Ale człowiek był cudzoziemcem, zatem dyskusja poszła w kierunku możliwości sztuki fotograficznej i manipulacji, nie zaś w kierunku tego niepowtarzalnego Człowieka, który miał jedno życie, stracił je dla jakiejś idei a Jego rodzina (podobnie jak polska parę lat temu) także była wstrząśnięta oglądając te zdjęcia. Specjaliści beznamiętnie wyjaśniali komputerowe możliwości dnia dzisiejszego na tle przaśnej archaicznej już czarno-białej fotografii, kiedy jednakowoż znane już były sztuczki realizowane poprzez majstrowanie przy ówczesnych fotkach.
    Czy obcy student był gorszy od naszego korespondenta?
    Inna sprawa - czy należy potępiać agencję, która "zmiękczyła" to słynne zdjęcie? Może tego typu manipulacje są do zaakceptowania, wszak dostęp do mediów (zwłaszcza internetowych) jest nieograniczony i mogą tam przypadkiem zajrzeć osoby niezupełnie przygotowane na drastyczne sceny (i to nie tylko dzieci i młodzież).
    Przy okazji - dlaczego media nie pokazują koszmarnych zdjęć po wypadkach drogowych, lotniczych lub po wybuchu cystern i składów amunicji? Już sam fakt pokazywania pewnych koszmarów (walka o władzę) a niepokazywanie innych (wypadki) jest także wielką manipulacją. Można pokazać zabitych po eksplozji na minie, ale już nie można pokazać ciał rozerwanych przez eksplozję zbiorników paliwa samolotu...
    Zatem hieny, czy po prostu życie? A może hieny są na Zachodzie a u nas rozważni dziennikarze?

    Zdobyć Europę (21 lipca 2009)
    Od lat obywatele Afryki szturmują wybrzeża bogatej Europy. Wielu z nich ginie podczas sztormów, niektórzy są wyrzucani za burtę po odkryciu, że są pasażerami na gapę. Szczęściarzom udaje się uzyskać miejsce w obozie dla uchodźców, gdzie mają znacznie lepiej niż u siebie na wolności.
    Okazuje się, że jest jeszcze jedna metoda przedostania się do lepszego świata (i to jeszcze za życia).
    Co pewien czas jest głośno o somalijskich piratach. Porywają statki z załogami, są ścigani przez marynarki wojenne bogatych państw, które zwykle kompromitują się swoją niezdarnością.
    W Zatoce Adeńskiej grupa Somalów zaatakowała statek "Samanyulo", chcąc go porwać dla okupu, jednak atak odparto w nieszczęśliwy (choć okazało się, że jednak szczęśliwy) sposób dla piratów. Otóż Duni płynący nieopodal wyłowili przestępców, a ponieważ zaatakowany statek płynął pod banderą Antyli Holenderskich, to przekazano ich Holendrom.
    Pięciu Somalów ujętych podczas dokonywania aktu piractwa, postawiono przed sądem w Rotterdamie a oni są... szczęśliwi! Zamierzają wystąpić o azyl, ponieważ nie wyobrażają sobie, że gdziekolwiek indziej mogłoby im być lepiej...
    Piraci mają swoje plany - "Poproszę władze, żeby nie odsyłano mnie z powrotem do Somalii. Tutaj szanuje się prawa człowieka i chcę tu zostać. Można pograć w piłkę i oglądać telewizję". Smakuje im więzienne jedzenie, toaletę w celi uważają za coś niesamowitego, zaś pobyt za kratami chcą wykorzystać do nauki zawodu i języka.
    Oskarżeni pochodzą z bardzo biednych rodzin. Mówią o wojnie w Somalii, braku pracy i o głodzie... Niestabilna sytuacja w Somalii w świetle praw człowieka zasadniczo wyklucza deportację oskarżonych.
    Być może i im się coś więcej od życia należy, ale ilu Europów (w tym Polaków) klepie biedę i może tylko pomarzyć o ciepłym przytulnym więzieniu w Holandii. Chociaż nie - pomarzyć mogli o nim ćwierć wieku temu, kiedy paszportów nie mieli. Teraz już dowód osobisty wystarcza, aby ziścić swoje małe marzenia o pracy i życiu na Zachodzie. Także mają w odwodzie wariant B (jak owi piraci) - zawsze można zameldować się na dłużej w tamtejszym... więzieniu.
    Holenderscy prawnicy ostrzegają, że przykład postawionych przed sądem piratów może znaleźć naśladowców - Somalowie (oraz inni Afrykanie) będą pozwalali się schwytać jako piraci (jak już im się nie uda tankowca zagarnąć), aby dostać się do Europy i to od razu do jej najlepszej części...
    Parę tygodni temu, rzecznik policji naszego nadmorskiego miasta szczerze przyznał - spadła przestępczość w naszym rejonie, bowiem większość znanych nam przestępców wyjechała... na Wyspy Brytyjskie.
    Kilkanaście lat temu odmówiono deportacji z Polski małżeństwa oskarżanego o wielkie malwersacje, ponieważ w Chinach groziła im kara śmierci. Chini także wygrali los na loterii, a podatnicy płacą za wszystkie dobrodziejstwa świadczone biednym przestępcom z całego świata. Gorzej, jeśli sami płatnicy przymierają głodem, a nie dostąpili zaszczytu bycia piratami, oszustami i innymi cwaniakami - są pod kreską i dopłacają do czyjegoś przestępczego nieszczęścia a niewiele mają z dobrodziejstw gwarantowanych przez prawa człowieka, które ktoś kiedyś podpisał a to w Helsinkach, czy Strasburgu.
    Nieco wcześniej strzelano do wschodnich Niemców, którzy chcieli zdobyć słynny mur a potem Zachodnią Europę, zestrzelono także polskiego lotnika, który także marzył o lepszym życiu. Teraz dla zaradnych (w tym niezbyt szlachetnych) nadeszły dużo lepsze czasy, ale za ich marzenia płacą wszyscy podatnicy, także biedacy.
    I jedną niesprawiedliwość zastąpiono inną...

    PS  Zbyt długie nazwy - Somalijczycy, Duńczycy, Chińczycy, Afrykańczycy, Europejczycy

    Czy zrezygnował(a)byś z części swej Wolności na rzecz Wspólnoty? (23 lipca 2009)
    Oto trudny tekst dla wysmakowanych zwolenników wolności osobistej ("ja jestem najważniejszy"), zatem wielu z nich nie oceni pozytywnie przedstawionych poniżej pomysłów.
    'Wolność' to prawa obywateli wyznaczone przez dobro powszechne, interes narodowy i porządek prawny. Tyle jedna z definicji hasła.
    Wolność jednostki jest ograniczona zakresem wolności obywatela-sąsiada. Czy jesteśmy skłonni zrezygnować z części swojej wolności na rzecz dobra innych ludzi, na rzecz większej społeczności, na rzecz RP?
    Zwykle nie chcemy sami dobrowolnie zrezygnować i za nas podejmuje decyzje Państwo, co może wywołać nie tylko niechęć i dyskusje, ale nawet zamieszki i... rewolucje - upadek rządów a nawet systemów społecznych.
    Zacznijmy od drobnych, obywatelskich spraw - zatem nie będzie tutaj o walkach z zaborcą, okupantem i komuną...
    Co pewien czas dowiadujemy się o kolejnych tragediach z udziałem psa rasy uznawanej za agresywną. Najczęściej masakrowane są dzieci, rzadziej dorośli i zdarzają się wypadki śmiertelne. Gdzie jest idea wolności pogryzionego dziecka, którego opiekun (albo całkiem obcy człowiek) naraził na kalectwo lub utratę życia, czyli ograniczył jego pole wolności?
    Wówczas opinia publiczna jest nawet przez kilkanaście godzin mocno zbulwersowana. Na dłużą chwilę zadumy nie ma co liczyć, bowiem mamy kolejne afery z politykami, biznesmenami, nieobyczajne wydarzenia z posłami i aktorkami, tragiczne wypadki lotnicze i zgony sławnych ludzi. I tak w koło...
    Nie ma tygodnia bez wieści o znalezieniu ukrytych pod folią upraw roślin z narkotykowej branży albo dziupli ze skradzionymi samochodami oraz z ukrytymi destylatorniami bimbru albo rozlewniami innych alkoholi, tudzież z kontenerami pełnymi wyrobów tytoniowych. Przestępcy uważają, że w ramach wolności mogą wzbogacać się kosztem zdrowia współobywateli, okradając ich oraz nie płacąc stosownych podatków na rzecz wspólnoty.
    Od czasu do czasu telestacje epatują widzów dziwakami, którzy w swoich mieszkaniach upychają zbierany złom, butelki i śmieci wszelakie (ale im akurat potrzebne "na wszelki wypadek"), co grozi pożarem lub skażeniem najbliższego otoczenia a ponadto jest zapachowo nie do zniesienia.
    Zdarzają się również ważniacy (nawet w kategorii 'senator'), którzy przez lata zanieczyszczają pola, wody, korumpują urzędników, a jednak nic nie można z takim cwaniactwem zrobić. Biedni a niezaradni obywatele oraz inteligentni kombinatorzy w ramach pojmowanej przez nich wolności, uważają, że mogą robić u siebie w domu lub w swojej firmie niemal wszystko, a reszta nie ma prawa wtrącać się do ich działalności.
    Rzadziej, tym niemniej dorzućmy to jako makabryczny podwątek omawianego problemu, dochodzi do ujawnienia porwanych lub uwięzionych a szantażowanych lub molestowanych ludzi, co kończy się tragicznie (polska rodzina Olewników) albo szczęśliwiej (austriacka rodzina Fritzlów). Obywatele a przestępcy z tego działu stawiają swoją wolność ponad wolność innych całkowicie im jej odmawiając.
    A wszystko to (i pewnie wiele innych podobnie szokujących spraw) powinniśmy zapakować do jednej teczki pod tytułem  "Coroczny przegląd nieruchomości", co - według wielu znawców prawa obywateli do wolności - jednak ją ograniczy.
    Mniej więcej co 12 miesięcy specjalny zespół z fachowcami z dziedzin pożarnictwa, energetyki, kynologii, psychologii dokładnie przeglądałby wszystkie lokale, posesje, domy, pałace, uczelnie, kliniki, restauracje, biura, garaże, zagrody, stodoły, fabryki ze szczególnym zwróceniem uwagi na piwnice, strychy, ziemianki i inne zakamarki. W ten sposób ujawniano by rozmaite nielegalne hodowle psów i innych zwierząt, także podejrzanych roślin, przemytnicze i złodziejskie magazyny oraz nielegalne wytwórnie dóbr wszelakich, także budowlane samowole. Sprawdzano by podłączenia energetyczne, wodociągowe, kanalizacyjne, telefoniczne itp. Odkrywano by miejsca hodowli i walk agresywnych zwierząt. Uwalniano by osoby przetrzymywane wbrew ich woli oraz osoby ukrywające się przed wymiarem sprawiedliwości i nielegalnie przebywające w Polsce. Podejrzane miejsca byłyby sprawdzane częściej.
    Przy okazji zapisywano by informacje, które zastąpiłyby narodowe spisy powszechne, które są organizowane z wielką pompą co ok. 10 lat - mielibyśmy ważne informacje odświeżane corocznie bez jednorazowego wydawania znacznych środków podczas specjalnej akcji a wyniki byłyby zamieszczane na bieżąco w internecie.
    Ponieważ Polska kiedyś będzie musiała wprowadzić podatek katastralny, przeto ów zespół opisywałby i uaktualniał dane dotyczące wszystkich nieruchomości. Powiększenie liczby tytułów podatkowych spowoduje zmniejszenie wysokości opłacanych już podatków z istoty bilansowania, chyba że administracja zostanie rozbudowana (mimo komputeryzacji!) do gigantycznych rozmiarów, co nie należy wiązać z proponowanymi pomysłami, bowiem niektóre rządy mają tendencję do gwałtownego wzrostu liczby urzędników, mimo przedwyborczych obietnic ich znakomitego uszczuplenia...
    Ujawniano by tysiące aferalnych spraw rocznie (kradzieże, w tym prądu i aut, narkotyki i inne używki, porwania, zabójstwa, ukrywanie przestępców, przemyt towarów i ludzi), ale czy na tym istotnie zależy przywódcom i naczelnym organom naszego Państwa?
    Czy sądy i więzienia podołałyby takiemu wyzwaniu? Niewykluczone, że wielu wipów jest zamieszanych w afery, które byłyby ujawniane podczas systematycznego przeglądania WSZYSTKICH nieruchomości, zatem wielu z nich będzie protestować przeciwko niniejszej propozycji. A czy nam, zwykłym obywatelom, na tym zależy, skoro już kamery na rogu każdej ulicy nas niepokoją? Jeśli to my kombinujemy, to oburzają nas kontrole, ale jeśli inni są "zaradniejsi" od nas, to krytykujemy odpowiedzialne organy, że dopuszczają do takich bezeceństw.
    Czy jest w Polsce partia, która by się zdobyła na taką walkę? Przecież zaraz zwolennicy wolności rzucą się jak sępy na tego typu metody, zapominając, że to w ich interesie jest zwalczanie przestępczości już przy zerowej tolerancji i na poziomie miejsca zamieszkania każdego wolnego obywatela RP.
    Każde zwiększenie poziomu bezpieczeństwa całego społeczeństwa wiąże się z koniecznością rezygnacji z fragmentu Wolności każdego z obywateli.
    Na początek, w ramach dyskusji nad Wolnością, należałoby zastanowić się - na ile każdy z nas mógłby zrezygnować z części omawianego dobra na rzecz ogółu i dla lepszej przyszłości naszych dzieci i wnuków? Na ile nasi urzędnicy i funkcjonariusze należycie by wypełniali swoje obowiązki, nie przekraczając ich i nie wchodząc w korupcyjne układy?
    Są narody, których obywatele są gotowi zrezygnować z części swej wolności na rzecz większego bezpieczeństwa, są narody (w tym my), którzy zanim pomyślą, to już budują barykady i wołają - to moje, nie dam i nie zrezygnuję z przywilejów!

    PS   Kiedy chciałem zilustrować ten artykuł, jakimś skanem, to okazało się, że hasło "wolność" dotyczy ważniejszego znaczenia dla ciemiężonych narodów (walka z zaborcą, kolonizatorem i okupantem) - wszystkie nazwy placów, skwerów, wzgórz i pomników (w tym słynna nowojorska Statua Wolności) dotyczą walki o wolność w górnolotnym znaczeniu (także ostatnie polskie przedwojenne znaczki pocztowe poświęcono 25. rocznicy wymarszu ku Wolności). W znaczeniu "wolność obywatela" można byłoby zeskanować okładkę Konstytucji, ale przecież w ustawie zasadniczej chodzi o zdobycie możliwie największego obszaru wolności dla siebie bez poświęcenia jej części dla ogółu.

    Co z wolnością bogacenia się? (26 lipca 2009)
    Kiedyś mieliśmy socjalizm, zwany przez niektórych komunizmem, potem zainstalowaliśmy jedynie słuszny kapitalizm rynkowy i wolność obywatela. Jeśli tylko ktoś zarabia 10 tysięcy, 100 tysięcy lub miliony złotych (albo dolarów, czy europów) miesięcznie, to odzywają się dwie główne grupy na forach internetowych - etycy, którzy ubolewają nad takimi kominami płacowymi (a nawet pomstują) oraz nonszalanccy komentatorzy (takie robocze określenie przyjęto na dyskutantów, którzy żyją od pierwszego do pierwszego, marzy im się jakiś nagły wielki spadek albo łudzą się, że ciężko a uczciwie pracując do czegoś dojdą, choć większość z nich liczy jednak na nagły, zwykle zakombinowany, przypływ gotówki), którzy uważają, że czasy równych żołądków i niezaradnych obywateli już minęły, zatem zarobki nie powinny być ograniczane przepisami a już na pewno nie jakąś ideologią charakterystyczną dla homo sovieticusa. Ponadto pierwsza grupa najwyraźniej dybie na wolność obywatela do bogacenia się, zaś druga uważa, że wolność daje prawo do nielimitowanych dochodów oraz do nieograniczonych majątków.
     Jakież było moje zdumienie, kiedy pewien Francuz (i to nie podczas jakiejś rewolucji francuskiej, kiedy to od góry skracano wielmożów i wyzyskiwaczy) poinformował, że "W ciągu dwóch lat zamierza wprowadzić zasady, które nie pozwolą na wydawanie gigantycznych pieniędzy na pozyskiwanych nowych pracowników do firm. Restrykcje mają też zahamować rozrastające się do granic absurdu zarobki czołowych specjalistów".
     A cóż to za socjalistyczne pomysły? Czyżby to nowy Lenin w jednak mniej krwawym (miejmy nadzieję!) wydaniu? Co na to zaprzysięgli zwolennicy wolności obywatela (burżuja i kapitalistycznego wyrobnika)? Wprawdzie na naszych forach przeważają ludzie niezamożni (choć nie całkiem biedni) oraz dość zamożni (choć nie krezusi), to zawsze omawiane dwie grupy mają sobie wiele do powiedzenia o przesadnych płacach i o prawie do nieograniczonego bogactwa.
     Panowie szlachta! Do szabel! Ktoś chce nam zabrać nienaruszalne prawo do nieograniczonych zarobków! Co na to ojcowie i najmłodsze dzieci kapitalizmu rynkowego? Co na to Rzecznik Praw Obywatelskich oraz komitety obrony praw człowieka i obywatela? No i co na to konstytucje najważniejszych burżuazyjnych państw?! Przecież to zdumiewający zamach na wolność obywatela! Naruszenie podstawowego prawa człowieka do bogacenia się!
     Ten Francuzik to pewnie jakiś nieudacznik i biedak, któremu przypomniały się w jakiejś malignie leninowskie idee? Może ma w swojej francuskiej krwi niewybite do końca socjalistyczne geny? I jeszcze ten facet ma nazwisko kojarzące się z platyną, czyli z jednym z najdroższych kruszców; może jednak sobie gościu żartuje?
     Zatem któż jest tym socjalistą, etykiem i wrogiem rynkowego kapitalizmu? Otóż to niejaki Michel Platini, ongiś legenda - jeden z najlepszych europejskich piłkarzy, a teraz prezydent UEFA! Człowiek zamożny i zawdzięczający swój majątek talentowi, pracowitości i... kapitalizmowi. I on mówi NIE temu znakomitemu systemowi? Oczywiście - jemu przyświeca inne podejście, niż wyznawcom prymitywnego komunizmu, ale cóż to za różnica dla piłkarzy i klubów - sportowcy zostaną ograbieni, zaś działaczom zostanie ograniczone pole decyzyjne.
     A cóż on takiego powiedział? Oto jego socjalistyczne wypowiedzi -
     "Nie wiem, jak można zapłacić ponad 90 milionów E za jednego piłkarza. To po prostu nie mieści się w głowie". "Nie do przyjęcia są zarobki Eto'o na poziomie ponad 11 milionów E za sezon". "Trzeba to ukrócić. Nie wiemy jeszcze jak, ale w ciągu najbliższych dwóch lat coś wymyślimy. Nie wyobrażam sobie, żeby to szaleństwo trwało dalej, bo w końcu ten balon tego nie wytrzyma i pęknie".
     Fale krytyki dotyczące zbyt wysokich zarobków przetoczyły się nad kierowcami formuły 1 i nad sławnymi światowymi modelkami.
     Co pan Platini ma do klubowych wydatków i do wysokości płac piłkarzy? Każdy ma niezbywalne prawo płacić ile chce i komu chce, nieprawdaż? Jeśli Francuz zazdrości, to niech sam pogra a może uda mu się zarobić jeszcze więcej - no przecież w ten sposób nasi dyskutanci na rozmaitych forach reagują na każdą wypowiedź, w której ktoś nieśmiało chce przekazać swe wątpliwości, że jednak omawiane dochody są cokolwiek przesadzone... Proszę sprawdzić i wpisać tego typu komentarz dotyczący nowego (kolejnego) artykułu informującego nas o niebotycznych czyichś zarobkach. Posypią się epitety oraz wyjaśnienia (że porzuciliśmy ideę jednakich żołądków) oraz porady (że jeśli zazdrościmy, to możemy robić to, co omawiane osoby).
     A może z wielkością majątku i wysokością wynagrodzeń powinno być podobnie jak z nośnością windy, mostu i statku - przekroczenie dopuszczalnej wartości grozi katastrofą? Skoro ograniczenia są w technice i w życiu, to dlaczego mamy uznać, że dyskusje o limitach dotyczących delikatnej materii posiadania, są niezgodne z rozsądkiem i konstytucją?

     PS   Nasz minister sportu uważa, że za dobrą pracę fachowcom należy się godna płaca rzędu 30 tys. zł miesięcznie oraz premie po ok. 110 tys. zł. To jakiego rzędu płace uznałby ten minister za godne dla fachowców, którzy ratują życie (przeszczepy, walka z rakiem, ratownictwo wypadkowe)? Wyższe czy niższe, niż za budowę obiektów sportowych?

    Wolność a bezpieczeństwo obywateli (28 lipca 2009)
    Jaka jest zależność pomiędzy wolnością obywateli a ich bezpieczeństwem?
    Dawniej hasło 'wolność' kojarzyło się z niepodległościowymi zrywami, zaś 'bezpieczeństwo' ze spokojnym międzynarodowym współistnieniem (ale także z bezpieką oraz występowało w aspekcie higieny pracy). Dla stosunkowo bezpiecznej Europy, problemy niepodległości Kurdystanu czy Czeczenii są zbyt odległe, natomiast coraz bogatsi Europejczycy myślą częściej nie tyle o wolności obywatela co o bezpieczeństwie obywatela, zwłaszcza że pierwszy termin jest dość abstrakcyjny i istotny dla etyków, filozofów i działaczy a ponadto przez lata został nadszarpnięty i nadmiernie wyeksploatowany, natomiast drugi termin jest konkretny i jakże ważny dla przeciętnego człowieka.
    Nie ma dnia, abyśmy nie byli informowani w programach interwencyjnych, że znowu przeciętnego rodaka urzędnicy lub funkcjonariusze zlekceważyli, a to całkiem łamiąc jego prawo do wolności, samookreślenia i godności, a to tak interpretując istniejące prawo, że obywatel czuje się wdeptany w glebę. Jednak jest to margines toczącego się życia, choć oczywiście ważny dla zainteresowanych osób i żenujący dla Polski, zwłaszcza że coraz częściej skargi kierujemy do Strasburga.
    Temat bezpieczeństwa obywatela jest ważniejszy dla większości Polaków, niż wolność obywatela. Być może to w końcu dostrzeże spora grupa rodaków oraz media, które będą naciskać decydentów na rozsądne i przemyślane rozwiązania.
    O wolność dbają dziennikarze, komitety praw człowieka, czasami posłowie i kolejne rządy. O bezpieczeństwo musimy dbać sami i możemy dawać znaki władzy, że teraz bezpieczeństwo obywatela ma coraz to wyższą rangę. Często wręcz rządy chcą kierować dyskusję na sprawy wolności obywatela i to w aspekcie konstytucji, natomiast w XXI wieku istotniejszą sprawą wydaje się bezpieczeństwo obywatela.
    Jaki jest związek wolności i bezpieczeństwa obywatela? Okazuje się, że poszerzenie zakresu wolności jakiegokolwiek obywatela powoduje zmniejszenie bezpieczeństwa innego obywatela i odwrotnie. Jako bogatsi możemy kupić sobie awionetkę i latać niemal do woli (dawniej to trudne z powodu przepisów oraz niewykonalne z powodu cen). Na świecie latają setki tysięcy wolnych obywateli i od czasu do czasu spadają cokolwiek gwałtownie i nie zawsze na lotnisko. To, że wolni ludzie giną lub zostają kalekami, to niejako ich prywatna sprawa (w ramach swej wolności dokonali wyboru), ale oni zabijają i ranią innych wolnych obywateli, którzy nie mają wyboru, których nie obroni żadna konstytucja ani inne przepisy czy wytyczne. Mamy konfrontację dwóch wolnych obywateli, z których pierwszy jest aktywnym podmiotem wydarzenia (narzuca rozwój sytuacji), zaś drugi tylko biernym przedmiotem (jest bezwolną ofiarą sytuacji). Drugi ginie, ponieważ pierwszy wywalczył sobie prawo do wolności. I cóż z tego, że uznamy winę tego pierwszego? W treści epitafium wyryjemy na marmurze zabitemu "Ofiara wolności współobywatela" i takie jedynie będzie zadośćuczynienie?
    Mamy coraz więcej młodych kawalerzystów, którzy ujeżdżają swe mechaniczne rumaki zwane ścigaczami. W letnim sezonie prawie codziennie ginie jeden z nich. W ramach wolności kupili wyczynowe motocykle, mają uprawnienia, zatem szaleją po szerokich drogach, jednak czynią to nazbyt energicznie i bywają niezauważalni przez innych - czasami nie tak błyskotliwych - użytkowników dróg. A jeśli giną jako wolni obywatele i zabierają ze sobą innych, równie wolnych, obywateli?
    Z obu omówionych przypadków wynika, że wskutek korzystania z dobrodziejstwa wolności obywatelskiej, cierpi wielu ludzi niekorzystających z tej wolności w tym samym zakresie. Wyższy poziom wolności i zamożności jednych jest okupiony obniżeniem poziomu bezpieczeństwa innych. Nawet jeśli nie dochodzi do opisanych wypadków (bo statystycznie jednak to rzadkie wydarzenia), to wielu ludzi z obawy rzadziej uczęszcza w okolice lotnisk i rzadziej korzysta z dróg rezygnując z wycieczkowych planów.
    W mediach pokazują pilotów awionetek, którzy nimi z powodzeniem latają, natomiast są zbyt młodzi na otrzymanie prawa jazdy... samochodem. Prawnicy dyskutują na temat podniesienie wieku do 24 lat dla użytkowników ścigaczy. Owe dwa przykłady są dowodem na poszerzanie albo zawężanie wolności wobec niektórych obywateli i z tego powodu nie będzie rewolucji. Kiedyś niewolnictwo było uznanym systemem społeczno-ekonomicznym i wydawało się ówczesnym wolnym obywatelom (oraz ich niewolnikom!), że ten stan rzeczy utrzymywać się będzie w nieskończoność.
    Teraz mamy reklamy nadawane podczas przerw w emisji filmów i także wszystkim się wydaje, że nigdy to się nie zmieni. A przecież kiedyś to jarzmo (podobnie jak z niewolnikami) zostanie zrzucone a najpierw poluzowane poprzez dodanie informacji - ile pozostało czasu do wznowienia emisji filmu. To kwestia świadomości telewidzów jako wolnych obywateli, ich stanowczych żądań oraz poparcia organizacji konsumenckich. A że z tego powodu mogą stracić finansowo i telestacje, i wolni obywatele? Przecież uwolnienie niewolników także pogorszyło sytuację finansową wolnych obywateli a wielu niewolników nie mogło odnaleźć się w nowej sytuacji.
    U nas panem życia i śmierci jest dyspozytor placówki zdrowia, który w ramach lepiej albo gorzej pojmowanych obowiązków oraz swego prawa do wolności, podejmuje decyzję (często na tle słabej finansowej kondycji placówki albo z powodu braku kadry lekarskiej), która kończy się śmiercią chorego, któremu akurat nic z wolności nie przyszło w krytycznym momencie życia (choćby dlatego, że nie był wipem albo dyspozytor nie był jego znajomym) a drugiej szansy na komfort zademonstrowania, że jest się wolnym człowiekiem już nie dostanie ani od Boga, ani od Państwa. Najczęściej procesy w Polsce przeciwko dyspozytorowi (albo przeciwko lekarzom popełniającym błędy) trwają latami a karalność jest znikoma (w przeciwieństwie do bardziej cywilizowanych państw). Wielu nieboszczyków wolałby mieć mniej wolności a więcej bezpieczeństwa.
    W Polsce jest moda na wszelkiego rodzaju sondaże, które kosztują krocie a niewiele społeczeństwu dają - to niektóre partie i media są zadowolone z ich wyników. A gdyby tak omówić szereg przykładów na ograniczenie wolności i wzrost bezpieczeństwa? Niech społeczeństwo (potencjalni wyborcy) wypowiedzą się, co dzisiaj wyżej stawiają. Czy są skłonni zaakceptować kamery przy bankomatach i przy kasach bankowych i w ważniejszych punktach miejscowości? Jeśli sprzedawca samochodu jest uczciwy, to w ramach dobrze pojętego interesu nabywcy, powinien zrozumieć i zgodzić się na sfotografowania swego oblicza. Akwizytor nie powinien się dziwić, jeśli nabywca zaproponuje wykonanie fotki. Więcej - uczciwy handlowiec powinien sam zaproponować nie tylko podpisanie umowy, ale wykonanie zdjęcia.
    A z drugiej strony - jeśli już jesteś oszustem, złodziejem, pedofilem, pijanym piratem drogowym lub innym obrzydliwym przestępcą, to wiedz, że właściwe organa zamieszczą twoje dane i wizerunek na internetowym portalu, gdzie dodatkowo będzie opisana twoja antyspołeczna działalność, wyroki oraz spodziewane wyjście na wolność a nawet terminy przepustek. W tym kierunku powinna przemieszczać się linia graniczna wolność-bezpieczeństwo państwa prawa!
    Właśnie czytamy - "Teraz policja będzie mogła sprawdzać na wewnętrznych drogach np. trzeźwość kierowców i rowerzystów, łapać za nieużywanie świateł i pasów czy jazdę niesprawnym samochodem. Będzie też mogła wlepiać mandaty za złe parkowanie i odholowywać auta, stojące w miejscach gdzie zatrzymywać się nie wolno. Nowe prawo pozwoli też uwolnić tzw. koperty dla osób niepełnosprawnych. Obecnie zasady prawa drogowego, poza nielicznymi wyjątkami, nie obowiązują na drogach polnych, ulicach osiedlowych, terenach prywatnych czy obiektach takich jak supermarkety lub dworce - czyli tzw. drogach wewnętrznych".
    Zatem - prawo (według propozycji) ograniczy wolność kierowców, ale zwiększy bezpieczeństwo innych użytkowników dróg i podniesie komfort życia inwalidom. Czy jesteśmy w stanie zaakceptować tego typu zamiany? I do tego nie jest potrzebna zmiana konstytucji!
    Co 4 Polak ginie na przydrożnych drzewach. Z własnej winy, z winy innych użytkowników dróg, z powodu przebiegających zwierząt, rozlanych cieczy. Także giną nasi rodacy na leżących już drzewach albo pod właśnie upadającymi konarami z powodu wichury. Tolerowane przez społeczeństwo jest natychmiastowe wykonywanie kary śmierci najczęściej za czyn niezawiniony i to w państwie funkcjonującym bez tej najwyższej kary i w państwie z przewagą chrześcijan. Drzewa w Polsce są więcej warte niż ludzie. Drzewa cieszą się większą wolnością niż ofiary. Wobec tych roślin obowiązuje jedynie zakaz poruszania się, ale to nie zasługa państwa prawa, lecz taka jest ich istota. Rosną przy drogach, często niezgodnie z polskimi przepisami a cóż dopiero z unijnymi. Każde drzewo stojące zbyt blisko drogi powinno być natychmiast ścięte przez zirytowanego obywatela i to bez czekania na zgodę urzędów! Wystarczyłoby sfotografowanie pnia oraz leżącej miary i wskazanie właściwych przepisów. Korzystnie byłoby posiadać podpis wiarygodnego świadka. Zresztą po ścięciu odległość pnia drzewa od krawędzi jezdni nie ulega zmianie...
    Kiedy w końcu Polacy wezmą swoje sprawy w swoje ręce i przerzedzą owych niemych zabójców? Na początek drzewa porastające zewnętrzne łuki szos. W zamian należy posadzić gęste krzewy tłumiące ruch pojazdu (winnego albo całkiem niewinnego kierowcy) wypadającego z trasy.
    Parę dni temu pod Elblągiem zginęły 3 osoby po zderzeniu auta na drzewie, które znajduje się mniej niż pół metra od jezdni i co? Wolność drzew polega na tym, że im wolno tam stać, zaś wolność zabitych rodaków (oraz żałobników) polega na możliwości uczestniczenia w uroczystym pogrzebie - ależ wspaniałomyślność państwa! Bezpieczeństwo drzew jest niezagrożone w przeciwieństwie do bezpieczeństwa podróżnych. Czy można to zmienić w źle zarządzanym państwie, w którym człowiek jest szanowany mniej niż drzewo?
    Tępogłowym urzędnikom wtóruje część nieodpowiedzialnych internautów, którzy "inteligentnie" konstatują, że to nie pnie najeżdżają na auta (ale dowcipni wobec nieszczęścia). Jeszcze chwila zacietrzewienia a zaproponują posadzenie drzew wzdłuż ciągłych linii w osi szosy, co udowodni ich tezę o coraz mniej uważnym prowadzeniu pojazdów i o winie ofiar, a jednocześnie ucieszy pseudoekologów, którzy odnotują zwiększenie obszaru drzewostanu tak potrzebnego nam do oddychania. Co zdumiewające - gdyby ludzie ci zginęli z ręki mordercy, to mielibyśmy próbę linczu, spektakularne protestacyjne marsze oraz procesy ciągnące się latami i programy telewizyjne ukazujące zło tego świata.
    W państwach totalitarnych obywatele mają mniej wolności, co przekłada się na większe poczucie bezpieczeństwa ze strony posiadaczy pojazdów (wyroki bywają drakońskie, zatem potencjalni zabójcy jeżdżą ostrożniej). Oczywiście, obywatele są ubożsi i nie dysponują aż takimi przedmiotami, którymi mogliby manifestować i realizować swoją wolność i którymi mogliby zagrażać współrodakom. Surowsze kary dotyczą również oszustw, kradzieży i poważniejszych przestępstw. Nikt rozsądny nie będzie przekonywać do modelu totalitarnego, jednak część wolnych obywateli demokratycznych państw powinna mocniej naciskać swoje rządy na zwiększenie bezpieczeństwa kosztem wolności innych obywateli jakże często wykorzystujących swoje (albo wypożyczone) drogocenne przedmioty do realizacji konstytucyjnie zapisanej wolności i to kosztem bezpieczeństwa pozostałych - także przecież wolnych - obywateli (często interesy jednych i drugich obywateli się przenikają; bywa, że grupy interesu nachodzą na siebie jako zbiory, w zależności od rozpatrywanej dziedziny, co komplikuje omawiane problemy).
    Istota wolności - "robię co mi się podoba, ale nie wchodzę w szkodę innemu obywatelowi" jest łamana i to w sposób często nieodwracalny.
    Parę miesięcy temu wydarzyła się katastrofa samolotu, który stał parę godzin na lotnisku, gdzie był przeglądany z powodu awarii. Część pasażerów (cały czas przebywali w mało przyjaznych warunkach wewnątrz kadłuba) uznała, że wobec znacznego opóźnienia ich odlot nie ma sensu i chciała zrezygnować z podróży, ale załoga (wolni obywatele powołujący się na swoje restrykcyjne przepisy) zabroniła wyjścia pasażerom (wolnym obywatelom, ale tylko na papierze). Wszyscy zginęli, zatem mamy przykład na skrajnie zniewalającą (i niszczącą!) wolność jednych obywateli kosztem wolności (i bezpieczeństwa!) innych obywateli.
    Co ciekawe, większość internautów nie dostrzega wcale tego i podobnych problemów - są jak niewolnicy, którzy w większości uważali, że "tak musi być!".
    Niemal codziennie media donoszą o konflikcie pomiędzy wolnością obywatela a utratą wolności (i to zwykle połączoną ze spadkiem poczucia bezpieczeństwa, a nawet z utratą życia!) innego obywatela. Codziennie można wydłużać listę dramatycznych par problemów pomiędzy aktywnie wolnymi obywatelami a biernie wolnymi (z definicji i tylko z definicji!).
    Jutro i pojutrze życie dopisze kolejne drastyczne przykłady wykorzystywania jednych wolnych przez innych wolnych obywateli...
    Kiedy wykorzystywani obywatele sami zgłoszą postulat, aby zmniejszyć zakres swej wolności i w zamian otrzymać zwiększone bezpieczeństwo...

    Moda na tolerancję - nowy koń trojański (1 sierpnia 2009)
    Parę dni temu światowe agencje podały, że 50-letni Rodell Vereen został oskarżony o zoofilię, po tym jak uprawiając w stajni seks z koniem, został złapany przez jego właścicielkę, czego nie mogły przecież przeoczyć media. Przez wieki konie i farmerzy uprawiali rolę i w końcu co poniektórzy zerwali z tym stereotypem i zachciało im się pouprawiać coś bardziej emocjonującego. Dlaczego współuprawa roli przez parę ssaków jest legalna, zaś współuprawianie przez nią seksu już nie?
    W naszych mediach dane polskiego podejrzanego to świętość, ale tym razem skwapliwie podano pełne dane owego zoofila i zamieszczono jego wizerunek, ponieważ to cudzoziemiec i nie podlega polskiemu prawu (albo dziennikarze błędnie interpretują przepis o ochronie danych; u nas tabloidy podają imię i tylko pierwszą literę nazwiska, co dotyczy nie tylko podejrzanych, ale nawet prawomocnie skazanych), ale to nie wszystko. Wyjawiono imię i nazwisko pani, jednak ukryto jej wiek (co w przypadku dojrzałych dam jest zrozumiałe i eleganckie). Dopuszczono się również podania imienia owego konia, a przecież ani właścicielce, ani jej koniowi, zapewne nie zależało aż na takim rozgłosie w tak delikatnym temacie. Dziennikarze nie rozmawiali z sympatycznym nieparzystokopytnym i nie uzyskali jego zgody, zatem ujawnienie jego danych (21 lat, Sugar - Cukier) jest bezprawne.
    Media nie ujawniły, czy to był pan koń, czy może pani konina i nie podano, czy igrce odbyły się za obopólną zgodą. Amerykańscy policjanci aresztowali biednego zoofila, który już był notowany nie tylko za taki sam niegodny czyn, ale okazało się, że ów dżentelmen jest stały w uczuciach - już wcześniej interesował się okołoogonowymi okolicami tego samego zwierzęcia. Cukierka zaś nie aresztowano, mimo recydywy, bowiem amerykańskie cele nie są zbyt przestronne, a obrońcy praw zwierząt już tylko czekali z kamerami, aby udokumentować niehumanitarne upychanie za kratami zakochanego zwierza.
    Właścicielka zauważyła wcześniej, że jej koń dziwnie się zachowuje i ma jakąś infekcję, co oznacza, że jeden stracił głowę, zaś drugi łeb i nie stosowali żadnych środków sprzedawanych w postępowych państwach (podobno już w automatach na szkolnych korytarzach).
    Przedmioty, które leżały w stajni, w dziwny sposób zmieniły swoje miejsce, np. bele siana zostały przeniesione bliżej konia i ułożono je w stertę, co oznacza ni mniej, ni więcej, że kochankowie pospołu chcieli sobie kulturalnie pościelić przed chędożeniem.
    Podejrzliwa pani założyła kamerę i po paronocnych czuwaniach przyłapała w końcu zoofila, którego przekazała policji wraz z nagraniami. Konia jednak nie zdała do depozytu, bowiem zauważyła niezdrowe zainteresowanie funkcjonariuszy owym zwierzakiem (nie bez kozery ma aż takie słodkie imię).
    Mężczyzna próbował właścicielkę przekonywać, że nie zrobili nic złego, ale gdy mu powiedziała, że ma wszystko nagrane, przeprosił ją, choć to konia przecież powinien przeprosić, gdyby faktycznie onże czuł się spostponowany. Jeśli nie, to obaj powinni rzucić się do nóg pani i przekonać ją, że niczego niewłaściwego nie uczynili (wszak jeszcze 40 lat temu amerykańscy policjanci potrafili wpaść z niezapowiedzianą wizytą do prywatnego domu i aresztować panów, którzy mieli się zbyt dosłownie ku sobie), zatem o co właściwie tutaj prawnikom chodzi a nawet galopuje?
    Po latach poglądy się zmieniły (w końcu ludzie i konie to nie krowy) - niektóre dewiacje skreślono z medycznej i policyjnej listy, co nie oznacza, że to ostateczny wykaz. Być może owa, coraz bardziej znana para, właśnie wytycza kolejne trendy i niebawem światowe organizacje poszerzą pole tolerancji o sprawy przez nas (czyli szczególnie przez konserwatywnych Polaków) dzisiaj wszakże całkowicie nieakceptowalne. Po nawoływaniu do tolerancji wobec panów mających się ku sobie (także pań wolących siebie), należy być równie przychylnym w stosunku do mieszanej pary ssaków (człowiek - zwierzę), jeśli skłonności są wzajemne a pieszczoty serwowane są za obopólną zgodą. Fachowcy twierdzą nawet, że człowiek także należy do świata zwierząt, zatem formalne przeszkody są już dawno zlikwidowane.
    Nieznana jest płeć konia, zatem trudno powiedzieć, czy oboje (albo obaj) byli hetero (czy jednak homo), zatem czy popełniali pojedynczy grzech, czy grzeszyli w dwójnasób. W przypadku zdwojonego występku, do wyjaśnienia pozostają relacje pomiędzy bohaterami historyjki - kto aktywnie dopuścił się (nazwijmy to umownie a dyskretnie) rękoczynów lub kopytoczynów, a kto był tylko biernym uczestnikiem sekscesów. Czworonóg milczy, zatem jest niewykluczone, że to on uwiódł dwunoga w swym obejściu, natomiast nie jest oczywiste - kto kogo dosiadał i zapewne to pozostanie ich słodką tajemnicą (to przecież ich prywatna sprawa!).
    Trudno zrozumieć dlaczego funkcjonariusze byli aż tak zasadniczy, wszak mogli przeprowadzić z ową parą kolejną rozmowę pouczającą i dyscyplinującą.
    W dobie powszechnego wy/uzda/nia, w naszym języku zapewne nieprzypadkowo mamy związek ludzkiej nieobyczajności z końską uzdą.
    Jeśli ktokolwiek jest oburzony albo obrażony związkiem opisanej pary, proszę przemóc się i przestrzegać modnej od paru lat postawy zwanej tolerancją. Że jeszcze świat aż takiej tolerancji od nas nie żąda? Spoko! Kiedyś sobie zażyczy, zatem w ramach intelektualnych ćwiczeń już można potrenować wyrozumiałość wobec innych, aby nam postępowe narody znowu zacofania nie zarzucały, niczym lasso na szyję konia i abyśmy nie byli zanadto spętani ciemnotą.
    Po zaangażowaniu mediów w sprawę, widać, że śledztwo pary mającej się ku sobie, lada dzień ostro ruszy z kopyta...
    Moda na sukces jest  raczej dla zamożnych obywateli, natomiast moda na tolerancję ma większy zasięg - nie zależy od zamożności, zatem wipi od wszystkich wymagają tolerancji, w przeciwieństwie do sukcesu.
    Cukier ma szansę zostać kolejnym koniem trojańskim. Miejmy także na uwadze powiedzenie popularne w stadninach: daj kopyto, to po całą nogę sięgnie.

    Dziennikarskie nadużycie (3 sierpnia 2009)
    Parę internetowych mediów jednocześnie pozyskało wiadomość i niezwłocznie zamieściło ją na swoich portalach i to na pierwszych miejscach (jako najnowsze wiadomości). Także tytuły były podobne i w dramatycznym tonie - "Porywacz Olewnika podciął sobie gardło w areszcie".
    Ponieważ w ostatnich latach wydarzyło się zbyt wiele (jak na przypadki) samobójstw związanych ze sprawą jednego z najgłośniejszych zabójstw w Polsce, przeto odruch tysięcy internautów a czytelników był oczywisty i przewidywalny przez owe media, zatem... zaplanowany. Niemal wszyscy klikają na taki elektryzujący tytuł i o jakiej to się rewelacji dowiadują?
    Ano, że jeden z porywaczy Krzysztofa Olewnika, rozciął sobie gardło i brzuch. Brzmi to makabrycznie, ale rzeczniczka Służby Więziennej bagatelizuje sprawę - "Witkowski za pomocą plastikowego nożyka, który jest rozdawany przy posiłkach, przeciął powłoki skórne na szyi. Odmówił zszycia ran, które były powierzchowne".
    Służba Więzienna uznała samookaleczenie za próbę "awansu" w więziennych strukturach, nie za próbę samobójczą. Miało to wykazać, że jest solidnym gościem w ramach podkultury grypsujących.
    O incydencie zawiadomiono wtedy sąd, który sądził porywaczy i morderców Olewnika, natomiast (zdaniem rzeczniczki) - o tak drobnych rzeczach nie informuje się ministra i mediów.
    Przeciętny Polak czytając o podcięciu sobie gardła, jest przekonany, że chodzi o samobójstwo, ale z tekstu wynika, że nie tylko skazaniec przeżył, ale że ma się dobrze, choć pociął sobie jeszcze inne części ciała i to za pomocą nożyka... z plastyku, co dodatkowo kojarzy się z infantylnym podejściem do zagadnienia przez więźnia, choć może niesłusznie, wszak znane są plastyki (raczej nie 'plastiki') o własnościach konkurujących ze stalą.
    Na pytanie, dlaczego opinia publiczna dowiedziała się o tym dopiero teraz, rzeczniczka stwierdziła, że nie widzi powodu, żeby informować o każdym wydarzeniu dziejącym się w wiezieniu i że o zdarzeniu zostały poinformowane odpowiednie służby. Tyż racja!
    A ze strony mediów mamy klasyczny przykład dziennikarskiego nadużycia, bowiem podano tę informację jako najważniejszą nowinkę (a nawet jako hit dnia!), podczas gdy do zdarzenia doszło w... kwietniu 2008 roku.
    Czy tego typu wprowadzanie w błąd czytelników portali jest etyczne? Czy komisja etyki powinna napiętnować manipulacje polegające na podawaniu tytułów sugerujących bardziej dramatyczny przebieg wydarzeń a ponadto wywołujące wrażenie ich zaistnienia w ostatnich godzinach, podczas gdy w istocie miały miejsce znacznie wcześniej?
    PS  Obecnie Witkowski odbywa wyrok 13 lat więzienia za udział w porwaniu i przetrzymywaniu p. Krzysztofa, którego uprowadzono jesienią 2001. Sprawcy więzili go przez wiele miesięcy i zabili, mimo otrzymanego okupu 300 tys. europów. Trzech współsprawców porwania i zabójstwa Olewnika popełniło samobójstwo w swoich celach, zaś kilkanaście dni temu powiesił się strażnik więzienny.

    Koszmarny wypadek w słonecznej Italii (8 sierpnia 2009)
    8 sierpnia 2008 to był dzień otwarcia XXIX Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, ale dla rodzin ofiar koszmaru (Google - 080808 Cessalto) sport tego dnia zupełnie się nie liczył.
    8 sierpnia 2009, mija rok od bodaj największej katastrofy drogowej zarejestrowanej przez kamery z udziałem Polaka, podczas której w płomieniach zginęli wszyscy uczestnicy poniżej opisanego zbiorowego zderzenia.
    Masakra wydarzyła się w piątek tuż po godzinie 15:00 (na niemal godzinę przed zamknięciem ruchu dla ciężarówek), jednak polskie (i nie tylko) internetowe media podały informację dopiero w poniedziałek, 11 sierpnia.
    Nasz rodak (mieszkający we Włoszech), jechał ciężarówką po autostradzie Wenecja - Triest, gdy w okolicach miejscowości Cessalto (w pobliżu Treviso) wydarzyło się coś całkowicie nieracjonalnego, bowiem trudno to rozsądnie wyjaśnić oglądając nagranie. Otóż jego tir jadący dotąd prawidłowo i stabilnie, gwałtownie skręcił w lewo, zahaczając wyprzedzającego go kampera, a następnie przebił się przez bariery rozdzielające oba kierunki ruchu, zmiażdżył dwa samochody osobowe i wpadł na kolejną ciężarówkę. Aż wydaje się to nieprawdopodobne, aby kolos o tak wielkiej masie mógł tak nagle skręcić...
    Media polskie sugerowały, że Polak o imieniu Roman (niektóre media podawały także nazwisko) mógł być pijany (imieniny 9 sierpnia, wówczas sobota), natomiast włoska policja nie wykluczała usterki technicznej.
    Po katastrofie wypowiadały się setki forumowiczów na temat jej przyczyn. Sugerowano wspomniany stan upojenia kierowcy i usterkę oraz atak serca, zaśnięcie, samobójstwo a nawet zamach (na wiadukcie widać błysk tuż przed katastrofą), jednak nikt nie potrafił rozsądnie wyjaśnić możliwości aż tak nagłego skrętu w lewo, który przy znacznej prędkości i przy wielkiej masie pojazdu wydaje się niewykonalny. Gdyby nie zarejestrowano tej tragedii, to nie tylko laicy, ale i specjaliści, nie uznaliby takiej trajektorii za możliwą do zaistnienia. Niewykluczone, że doszło do awarii układu kierowniczego, ale po katastrofie, podczas której doszło do wybuchu i pożaru, zarówno ciał nie można było zbadać i zidentyfikować (wszystkie zwłoki były zupełnie spalone), jak również przegląd wraków był utrudniony.
    Komentatorzy zwracali uwagę, że dla koncernu samochodowego wykrycie usterki technicznej byłoby kompromitujące i bardzo kosztowne, zatem mogła zwyciężyć wersja oparta na powszechnym stereotypie (pijany Słowianin, koniec tygodnia, imieniny), przy czym to sami polscy dziennikarze rozważali, że Polak mógł być pijany, ale cóż to znaczy? Że mógł być pijany, jak również trzeźwy, czyli spekulacje bez dowodów. A przecież zapis pokazuje, że  włoska ciężarówka prowadzona przez naszego kierowcę przed wypadkiem jedzie równo i nie ma problemów z utrzymaniem się na swoim pasie ruchu. Gdyby wypadek został spowodowany przez Norwega, to wątek pijaństwa nie byłby eksponowany, a jeśli byłby jednak wymieniany, to jako ostatnia z możliwości, ale cóż - wiekowe stereotypy zbierają żniwo.
    Fachowcy po obejrzeniu zapisu twierdzą, że kierowca musiałby wykonać pełny obrót kierownicą w ciągu około sekundy, a to praktycznie wyklucza przypadkowy manewr i winę Polaka, zatem raczej wskazują na usterkę techniczną (wybuch opony albo rozłączenie cięgieł układu kierowniczego).
    Niezależnie od powodów, dla włoskiej opinii publicznej pozostanie na długo utrwalona w pamięci informacja, że do tej wielkiej katastrofy doszło za sprawą polskiego kierowcy, co może zwiększyć ich niechęć do naszych rodaków, którzy od wejścia Polski do UE negatywnie zaprzątają uwagę tamtejszych mediów (zabójstwa, obozy pracy, kradzieże, żebractwo, bezdomność), zwłaszcza że 12 dni wcześniej pod Mediolanem rozbił się polski autokar (w obu przypadkach Włosi uważali, że obaj polscy kierowcy mogli także zasnąć). Ot, biedakom wszędzie wiatr w oczy, nawet w tym pięknym kraju. Zresztą w ten sposób właśnie powstają i utrwalają się stereotypy.
    Szokujące jest nagranie z kamery ustawionej przy drodze, bowiem nie tylko jest wstrząsające, ale można je wielokrotnie analizować. Wiemy, co zaraz się wydarzy i można zastanawiać się, o czy myśleli owi ginący ludzie. Inaczej bowiem odbieramy tragedię, w której ginie sprawca wypadku a także osoby z nim podróżujące, nawet jeśli wina nie jest oczywista (zasłabnięcie, awaria pojazdu lub wtargnięcie zwierzęcia na szosę), a inaczej, jeśli giną całkiem niewinni ludzie. W takich przypadkach załamuje się nasza wiara w sprawiedliwość (w Boską i w jakąkolwiek inną). A ci ludzie, jadący w stronę Wenecji (po prawej stronie monitora), płynęli swymi pojazdami podczas pięknej wakacyjnej pogody i po świetnej włoskiej jezdni, zapewne uśmiechnięci i bez większych trosk, jednym słowem "żyć a nie umierać w słonecznej Italii".
    Tuż przed wypadkiem jakieś auto wyprzedzało czerwoną ciężarówkę i ten kierowca miał szczęście - on był ostatnim, któremu udało się umknąć śmierci, bowiem tuż za nim kostucha przemknęła jadąc na tirze prowadzonym przez naszego kierowcę, i ona staranowała ten czerwony pojazd prowadzony przez Marokańczyka, ale tuż przed tym zderzeniem, niejako mimochodem, zagarnęła pod swego tira dwa samochody osobowe, które z paroma osobami w ułamku sekundy przepadły w śmiertelnej czeluści, jakby przekraczały wrota piekła, choć nieco wcześniej wydawało im się, że są w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Kierowca pierwszego z tych aut tuż przed śmiercią odruchowo skręcił w prawo, co oczywiście nie zmieniło decyzji bezlitosnego Losu, zaś drugi kierowca jechał zbyt blisko poprzednika, zatem widoczność miał ograniczoną i nie zdołał wykonać żadnego manewru (gdyby jechał kilkanaście metrów dalej, to Los dałby mu szansę - może zdołałby się uratować hamowaniem i skrętem w lewo). Na moment przez zderzeniem obaj kierowcy zdążyli nacisnąć hamulce - widać włączone światła hamowania i to jest ich ostatnie rozpaczliwie wołanie do Boga o ocalenie. Podczas wyprzedzania, tuż przed unicestwieniem ludzi i maszyn, sylwetki obu aut odbiły się od zadbanej i lśniącej czerwonej karoserii ciężarówki, niczym od lustra, aby za chwilę zgorzeć, sczeznąć, przepaść. Takie pożegnanie ze światem żywych...
    Można cofać wydarzenie i obserwować, jak ruchome samochodziki poruszają się po ekranie, niczym zabawki w jakiejś niewinnej grze, a tam, wewnątrz istnieje (jeszcze!) kilku żywych ludzi, którzy jadą ku przeznaczeniu. Nawet nie zdążyli zareagować a nawet pomyśleć; nawet ich życie nie zdążyło się im przesunąć tuż przed śmiercią. Pogodne uśmiechy zamarły w sekundę i zdrowe ciała w jednej chwili zamieniły się w bezkształtną i obrzydliwą spopielałą masę. Byli i nie ma. I jakie ma znaczenie, że pojazd początkujący katastrofę był niesprawny albo kierowca niedysponowany? Zginęli, choć nie mieli ŻADNEJ winy. Żaden sąd nie uzna ich niewinności przywracając do życia. A jak mają się czuć rodziny oglądające to nagranie?
    Co mogą powiedzieć Austriacy jadący kamperem, który zaraz na początku koszmarnego manewru został zahaczony przez tira rozpoczynającego ów katastrofalny spektakl? Wytrącił ich z równowagi, którą próbowali odzyskać, jednak po kilku nieporadnych a naprzemiennych skrętach, ich auto w końcu przewróciło się. Z pewnością sklęli nieuważnego kierowcę, ale nim ich pojazd przewrócił się i zatrzymał po dziwacznym tańcu na szosie, już widzieli, że nieopodal wybuchła bomba przyrządzona przez Los, który zmieszał paliwa z rozpyloną mąką oraz z innych palnymi towarami, które wiozły obie ciężarówki na zgubę swych pechowych kierowców oraz nieszczęśników zmiażdżonych w dwóch blaszanych puszkach palących się aut. Turyści mogli podziękować Losowi, że był dla nich łaskawszy, niż dla jeszcze żywych ludzi, kiedy oni zaczęli walczyć o utrzymanie się na jezdni, a już spalonych, kiedy oni wydostawali się ze swojego wozu...
    Pozostali użytkownicy tej feralnej autostrady? No cóż, zdołali się zatrzymać i wyjść z opresji bez jakichkolwiek obrażeń, ale z pewnością z wielkim urazem psychicznym. Jeszcze ofiary płonęły, kiedy inni kierowcy marudząc na zapowiadającą się znaczną przerwę w ruchu, chyłkiem przemykają i omijają unieruchomione pojazdy, jadąc do swego celu, nim policja rutynowo zamknie autostradę. Będą mieli co opowiadać, może nawet nagrali dramat na swych komórkach. Setki świadków tej tragedii egoistycznie skonstatowało, że "dzięki Bogu nie znaleźli się w tym piekielnym miejscu". Dzisiaj Los na nich nie wskazał - był łaskawszy, niż dla wylosowanej ósemki (niektóre źródła wspominają o siódemce).
    Ten wypadek jest także dowodem na to, że można być ostrożnym kierowcą, jednak podczas losowego a tragicznego splotu wydarzeń, nawet najlepsi mistrzowie kierownicy giną. Jakie jest prawdopodobieństwo uczestniczenia w koszmarnym wypadku na autostradzie, podczas pięknej pogody, kiedy to duży pojazd gwałtownie zjeżdża ze swojego pasa ruchu, przekracza oś autostrady i miażdży auta jadące w przeciwnym kierunku?
    Wielu internautów uważa, że w Polsce ludzie giną w wypadkach (zwłaszcza w zderzeniach z drzewami) przez własną głupotę, rutynę i nieostrożność - niech omawiane makabryczne nagranie uzmysłowi nam wszystkim, że można zginąć poruszając się po jezdni wręcz wzorowo i bez własnej, choćby minimalnej, winy.

    Po paromiesięcznym dochodzeniu uznano, że powodem katastrofy był defekt techniczny układu kierowniczego.

    PS  Cztery godziny przed omawianą tragedią, na pociąg EuroCity Comenius relacji Kraków - Praga zawalił się (już w Czechach) niedbale remontowany wiadukt. Zginęło 7 osób, w tym nasza rodaczka. W rejonie Kaukazu obie tragedie nikogo już nie zainteresowały - tam zaczęli ginąć ludzie w kolejnym konflikcie tego niespokojnego regionu.

    Błędne oznakowanie modernizowanych dróg (11 sierpnia 2009)
    To był udany urlop - czteroosobowa rodzina zadowolona z wczasów wracała znad morza do domu na Górnym Śląsku.
    Niemal u celu podróży, 36-letni kierowca swoją skodą octavią uderzył w betonowe bariery oddzielające budowany wiadukt autostrady A1. Zginęła 33-letnia żona kierowcy oraz jego 9-letnia córka i 13-letni syn, zaś on nie poniósł większego uszczerbku na zdrowiu a koszmarny dzień (niedziela, 9 sierpnia) zapamięta do końca życia.
    Rocznie ginie na naszych drogach kilkunastu kierowców i pasażerów w niecodziennych sytuacjach, w których ginąć nie powinni. Giną, bowiem podczas robót drogowych, remontów nawierzchni i przebudowy węzłów, zastosowano znaki i informacje, które bywają niejednoznaczne, niechlujne, nieczytelne, błędne, nieoświetlone, zasłonięte, ustawione w nielogiczny sposób i nieuwzględniający psychologii kierowców (zmęczenie, zaskoczenie, irytację, niezrozumienie).
    Zwykle omawiamy wypadki spowodowane przez pijaków, szalejących młodzieńców, rutyniarzy lub niedzielnych kierowców, także tragiczne zderzenia aut z drzewami rosnącymi wzdłuż jezdni, ale tutaj mamy osobną kategorię wypadków, która obejmuje częściowo wspomniane problemy.
    Remonty polskich dróg to osobny a przykry rozdział, natomiast za wszystkie wypadki odpowiedzialność ponoszą tak kierowcy, jak budowniczowie - pozostaje jedynie do uznania procentowy podział tej odpowiedzialności. Wina i kara są domeną użytkowników dróg - to oni ponoszą śmierć i odnoszą rany, natomiast nie jest poruszany problem winy osób odpowiedzialnych za remonty i kar dla nich. To również na nich spada odium za śmierć podróżujących osób na trasach często niefrasobliwie przebudowywanych oraz fatalnie oznakowanych. Każdy wypadek, zwłaszcza śmiertelny, który zdarzył się na remontowanych drogach, powinien być wszechstronnie zbadany przez prokuraturę oraz omówiony i przedyskutowany w mediach, aby kierowcy i budowniczowie wyciągali wnioski z tych wypadków i żeby śmierć tych osób nie szła na marne - aby wszystkie remontowane odcinki były oznakowane jednoznacznie, pewnie, logicznie, czyli aby nie budziły jakichkolwiek wątpliwości.
    W związku z częstymi wypadkami tego typu - media, służby drogowe, Policja i sami kierowcy powinni przejrzeć oznakowania obiektów remontowanych.
    PS Właśnie media podały, że wiadukt kolejowy w Świdnicy, w który w marcu uderzył autokar wiozący dzieci (35 zostało rannych), był źle oznakowany. Znak B-16 (zakaz wjazdu pojazdów wyższych niż opisano) był tylko jeden i to niemal 400 metrów przed wiaduktem, a powinno być ich kilka po drodze oraz tuż przed wiaduktem i na samym wiadukcie, który powinien mieć dolną krawędź pomalowaną w żółto-czarne pasy. Gdyby te znaki tam były, do wypadku mogłoby nie dojść, zaś wina kierowcy (w razie katastrofy) byłaby większa. Prokuratura nie wyklucza, że osobom odpowiedzialnym za niewłaściwe oznakowanie drogi, będą postawione zarzuty niedopełnienia swoich obowiązków.

    Gdzie w mediach przebiega granica ujawniania czynów bliźnich naszych? (12 sierpnia 2009)
    Na początku sierpnia, Trybunał w Strasburgu zapytał Polskę, czy zostało naruszone prawo do wolności wypowiedzi w sprawie dziennikarzy lokalnego tygodnika, skazanych za artykuły krytykujące wiceprzewodniczącego rady miejskiej Tarnowa.
    W roku 2004 opublikowano serię artykułów o radnym - "Marek C. w epizodach". Napisano m.in., że pan C. prowadził swą działalność na granicy prawa, a nawet z jego naruszeniem oraz nazywano go przestępcą.
    Radny złożył prywatny akt oskarżenia do sądu, który uznał, że dziennikarze dopuścili się zniesławienia i nakazał im zapłatę 500 zł na cele dobroczynne.
    Sąd wyższej instancji utrzymał wyrok, uznając, że jednak doszło do przekroczenia granicy krytyki osób publicznych, choć są one i tak szersze, niż dla osób prywatnych.
    Dziennikarze złożyli skargę do Strasburga, uznając, że został naruszony art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, gwarantujący prawo do swobody wypowiedzi. Polski rząd ma na odpowiedź 6 tygodni. Po zapoznaniu się z odpowiedzią, Trybunał wyda wyrok w tej sprawie.
    Trudno przewidywać, co postanowi Trybunał w Strasburgu, ale wg naszego polskiego pojmowania odpowiedzialności za słowo i za prawdę, jednak publiczne nazywanie (bez dowodów) przestępcą (choćby tylko lokalnie) znanej osoby, nie należy uznać za uzasadnione i za godne naśladowania. Całkowite uniewinnienie dziennikarzy będzie wskazówką dla innych obywateli, że bezkarnie można mówić i pisać o każdej osobie bez opierania swych tez na prawdzie.
    Być może przez ostatnie lata politycy oraz dziennikarze (i wszystkie media, zwłaszcza - a może przede wszystkim -  internetowe portale), zbyt luźno zaczęli traktować pojęcia 'prawda - kłamstwo', powołując się na wolność słowa? Kiedyś jednak bardziej ważono swe słowa, zaś od kilkunastu lat obserwujemy wysyp wypowiedzi niepotwierdzonych, wręcz kłamliwych, przy czym autorzy szukają oparcia w sądach, a nawet w Strasburgu.

    Oto bowiem szykuje się kolejny a podobny proces. Pewien pisarz i wykładowca (w jednej osobie), poczuł się znieważony, kiedy to internetowy dziennikarz skrytykował go za pomówienie, fałszerstwo danych i za zbyt frywolne uczestniczenie w pikantnym forum. Sprawą zajął się młody i obiecujący adwokat, który zaproponował (i to bez jakichkolwiek wstępnych a polubownych dyskusji!) dziennikarzowi gotowy tekst przeprosin, aby zamieścił go na rozmaitych forach, a ponadto szkodę pisarza wycenił nie na 500 zł, ale na poziomie 40 razy wyższym! I nie na cele społeczne, ale wprost - dla niego.
    Nazwisko pisarza było zawoalowane inicjałami (nie jak w Tarnowie), ale uznano, że łatwo można rozszyfrować pełne dane, zatem jego straty moralne są właściwie wycenione. Dziennikarz nie wiedział, że to wzięty pisarz - myślał, że jest to jeden ze zwykłych użytkowników "portalu z klasą" i nieświadomie wdepnął na taką intelektualną minę.
    Okazuje się, że osoba, której nadepnięto na przerośnięte ego (co wyartykułował jego mecenas) -
"Jest absolwentem UG, z wykształcenia ekonomistą i informatykiem, posiada wieloletnią praktykę z zakresu serwisu, wdrażania i szkoleń z zakresu systemów SIERP, zajmuje się konsultacjami przy wdrożeniach norweskich, niemieckich i polskich systemów SIERP w obszarze finansowo-księgowym a jest to zajęcie bardzo stresujące, polegające na ciągłym rozwiązywaniu problemów, umiejętności pracy z ludźmi przy zachowaniu stoickiego spokoju. Ponadto jest autorem książki o jednym z najpopularniejszych w Polsce programów do ewidencji oraz jest twórcą strony wielce pomocnej przy nauce języka norweskiego".
    Trudno ocenić fachowość adwokata, który przecież doskonale wie, że innego pisarza i to bardziej znanego (naszego noblistę, Czesława Miłosza) krytykowano na znacznie większą skalę (choćby tylko podczas dyskutowania o miejscu pochówku, ale także za jego życia), niż jego klienta, a jednak (mimo że krytyków noblisty nie ciągano po sądach) zdecydował się na zaangażowanie sądu w opisanej sprawie.
    W załączonych do pozwu materiałach są kopie emajli skierowanych przez powoda do admina znanego portalu oraz do redaktora naczelnego znakomitego portalu www.aferyprawa.com, w których pisarz szkaluje (i to w sprawie o szkalowanie!) pozwanego dziennikarza, informując, że
    "wszystkie teksty, jakie pozwany publikuje na mój temat są kłamstwami" i zarzucając, że "w dalszym ciągu publikuje kłamliwe teksty" a ponadto oryginalnie stawia różne kwestie:
- nie potraktował moich dowcipnie, tylko przypisał mi wypowiedzi, których nigdy nie powiedziałem;
- pisze o moich pikantnych dowcipach, których NIGDY nie było;
- jakoś prawnik nie miał wątpliwości, że jest to pomówienie i znieważenie, jakoś policja przyjęła moje zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa;
- proszę go poprosić, aby przedstawił jako dowód na to co pisze na mój temat chociaż jeden mój wulgarny dowcip lub tekst, chociaż jedną moją wypowiedź pochwalającą wulgarne wypowiedzi innych osób;
- według mojego prawnika, który zna wszystkie materiały w sprawie jest to klasyczne pomówienie i znieważenie, a co za tym idzie przestępstwo zniesławienia;
- proszę poprosić, aby przedstawił jakikolwiek dowód na swoje stwierdzenia, jestem pewny, że nie będzie w stanie;
- jestem w pewnym sensie osobą publiczną: jestem autorem książki wydanej przez PWN, zna mnie wiele osób...

    Ponadto pisarz uznał za stosowne poinformować, że zgłosił sprawę policji i że sprawa jest tamże ciągle rozpatrywana, co ma w oczach czytelników i sądu podnieść wiarygodność słów powoda i ważność jego sprawy.

    Dziennikarz zaskoczony postawą pary pisarz - mecenas, która kroczy po niepewnym gruncie, prosi sąd o oddalenie pozwu, prosząc jednocześnie a nieśmiało o:
- zasugerowanie powodowi przeprosin za pomówienia na forum oraz za sfałszowanie tam jego danych osobowych;
- wyjaśnienie przyczyny tych postępków, które nie licują z pozycją pisarza a wykładowcy w społeczeństwie, w którym - jako intelektualista - powinien być wzorem dla kształconej przez siebie młodzieży.
    Ponadto pozwany poprosił sąd o wezwanie (jako świadków) wszystkich użytkowników portalu, którzy zarzucali mu kłamstwa, którzy mu grozili, obrażali, obrzucali wulgariami, aby wyjaśnili motywy swojego postępowania i aby sąd ich  pouczył, że w taki sposób nie postępuje się na internetowych forach - w szczególności na "portalu z klasą", który nie jest przeznaczony dla chuliganów, nawet jeśli są studentami i absolwentami polskich uczelni.
    Dziennikarz oświadczył, że wzorując się na pracach Kolberga (stworzył monumentalne dzieło "Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce") i Zyzaka (na zamówienie części społeczeństwa napisał książkę opartą także na przekazach ustnych, w której rzekomo obiektywnie poniżył Lecha Wałęsę) rozważy opracowanie monografii, w której zamieszczone będą wszystkie wątki ukazujące naszych studentów i absolwentów wyższych uczelni w jakże żartobliwym i luzackim świetle, co może być prawdziwą ucztą dla rektorów, dziekanów i studenckich działaczy uczelni, jednocześnie gwarantując udział w apanażach osobom, które zgodzą się ujawnić swoje dane i wizerunek.

    9 sierpnia 2009 media donoszą o kolejnej ciekawej sprawie. Otóż 2 lata temu sympatyczna Bułgarka, Liła Georgijewa, zamieściła w internecie swoje erotyczne zdjęcia, co jednak nie przeszkodziło jej w dyplomatycznej karierze - właśnie 30-latka została nominowana konsulem Bułgarii w Chicago. Emigracyjna prasa w Chicago jest oburzona, tymczasem bułgarski rząd twierdzi, że jest ona dobrze wykształcona, zna cztery języki i jest fachowcem, zaś sama "goła Liła" (jak ją określono) swoje zachowanie zrzuca na karb młodości i braku doświadczenia życiowego i że jest to jej prywatna sprawa.
    Media (w tym polskie oraz niżej podpisany) powinny mieć sprawę w sądzie, gdyby powołać się na argumenty adwokata reprezentującego omawianego pisarza, bowiem ujawniono pełne dane osobowe (nie inicjały!) oraz prywatną inicjatywę w internecie osoby niewątpliwie wrażliwej oraz ongiś erotycznie zagubionej i to bez jej zgody! Bułgarka ma prawo czuć się obrażona, zniesławiona i poniżona; może stracić wiarygodność oraz intratną pracę. Ponieważ bułgarskie prawo w omawianych sprawach jest z pewnością podobne do polskiego, przeto należałoby pani konsul polecić naszego znakomitego adwokata - gdyby wygrała sprawę ze wszystkimi pomawiającymi ją mediami, to byłaby bogatą osobą!
    Gdzie w mediach leży granica wypowiedzi - krytyki i oceny współobywateli? Czy można pisać prawdę, choćby niemiłą? A jak ocenić fakty, które są interpretowane przez obie strony konfliktu jako całkiem przeciwstawne (prawda - fałsz)?

    Memento mori a NaszaKlasa (13 sierpnia 2009)
    Rok temu zginął na antypodach sympatyczny programista, który opisany jest (oczywiście jeszcze za życia) przez Jego mamę jako 26-letni kawaler do wzięcia, bez przydziału. W tej chwili portalowy automat pokazuje już wiek 28 lat (pewne dane nieco zmieniono, bowiem to też delikatna sprawa, jak zresztą cały ten temat). Mama i rodzina informują wirtualnych obywateli o rocznicy śmierci i wyliczają miejsca i godziny mszy w Jego intencji, tak w Polsce, jak i poza granicami kraju, zaś znajomi godnie wspominają św.p. Użytkownika.
    Na portalu NaszaKlasa dochodzi do sytuacji, których nie wzięto pod uwagę w regulaminie. Życie (i nie tylko) pisze zaskakujące scenariusze i przerosło regulaminowe zakazy, procedury i zwyczaje, choć można było to, choćby tylko częściowo, przewidzieć w aspekcie poruszanego tematu. Okazuje się, na przykład, że automat rozsyła informacje o kolejnych urodzinach z sugestią przesłania prezentu, choć użytkowników już nie ma pośród nas. Oczywiście ich wiek jest corocznie podnoszony o jedynkę i tak w... nieskończoność. Jest możliwe również dodawanie znajomych osób już, niestety, nieżyjących.
    Za 100 lat na NK będzie więcej użytkowników, niż żyjących (w roku 2109) na świecie Polaków i ciekawe, czy NK sobie do tego czasu poradzi z tym problemem. Średnia wieku użytkowników będzie zbliżać się do setki, zaś wielu będzie miało wiek 150 lat i dłużej będą przebywać już poza zmysłami, niż na tym padole, a ponadto od 100 lat będzie tam masa wpisów (głównie z kondolencjami i wspominkami) autorstwa również od dawna nieżyjących... wnuków, którym będą składać wyrazy głębokiego żalu... prawnukowie oraz ich znajomi, czyli kolejne pokolenia przemieszczające się po osi czasu o różnych indywidualnych długościach, ale i tak odpadających od nich w końcu, niczym pechowi alpiniści od ścian niezdobywalnych szczytów. Obecni szefowie NK będą w niebie, czyśćcu, piekle, zaświatach, w krainie wiecznych łowów, w kolejnym wcieleniu albo w niebycie (niepotrzebne skreślić), a ich następcy będą mieli nowe wyzwania i coraz lepsze pomysły. Nim to nastąpi, ci dzisiejsi powinni jednak coś wymyślić w tej sprawie.
    Podczas hucznie obchodzonego dwutysiąclecia chrztu Polski (w roku 2966) lub z okazji jeszcze głośniejszego wejścia w rok 3000, NK będzie mieć co najmniej miliard użytkowników, z czego tylko mały ułamek z nich będzie niestety na chodzie; będą w użyciu skomplikowane drzewa klasowe (na wzór genealogicznych), bowiem nikt nie obejmie swoim przeciętnym rozumem wszystkich praznajomych stosując dzisiejsze metody przeglądania NK...
    Są także konta usunięte i skasowane, czyli bez danych i fotek, ale z tekstami, w tym wspomnieniowymi, co nie jest eleganckie. Jeszcze bardziej przykre są fotki (osób składający kondolencje), które nie licują z żalem, bowiem portal automatycznie aktualizuje zdjęcia użytkownika widoczne przy wszystkich komentarzach, zatem kiedy je zmienia właściciel konta, to często okazują się one zbyt kolorowe, zbyt wesołe i (jakże często!) zbyt frywolne, jak na sąsiedztwo ze smutnymi (a nawet dramatycznymi!) tekstami. Należałoby przewidzieć żałobną opcję (kilka wzorów powinna zaproponować NK albo dopuścić do stosowania wyłącznie swoje propozycje, co pozwoli uniknąć rozmaitych niegodnych zachowań), która raz dodana przy kondolencjach, byłaby niezmienna i likwidowalna jedynie w przypadku kasowania konta. Niektórzy zakładają konta poświęcone swoim rodzicom, kolegom, znajomym, choć Ich już nie ma pośrod nas. Jeśli NK pragnie dopuścić taką pośmiertną opcję, to należy opracować procedurę wpisywania obu (zamiast tylko daty urodzenia) krańcowych dat ograniczających bytność Użytkownika na Ziemi, czy na innym niebieskim ciele, skoro NK ma ekspansywnie wejść w kolejne wieki, dalsze planety a nawet napatoczyć się w orbitę zainteresowań obcych cywilizacji...
    Najbardziej przykre są wpisy "na pograniczu życia i śmierci" - optymistyczne z datą sprzed tej granicy oraz pełne bólu po tej dacie, a już całkiem dramatyczne są w sytuacji zaginięcia, poszukiwań z nadzieją i - niestety - wielkiego nieszczęścia.
    W omawianej sytuacji należałoby zatrzymywać automatyczny zegar, który nalicza wiek św.p. Użytkownika. Ale trudno wymyślić dobrą, pewną i jednoznaczną procedurę w tej delikatnej sprawie, zwłaszcza że należy wziąć pod uwagę pomyłkowe (żeby nie napisać - złośliwe) informacje dotyczące zejść z naszego padołu. Niewątpliwie, problem będzie narastać i NK będzie musiała w końcu jakieś kroki przedsięwziąć, co może spowodować lawinę protestów oraz wysyp wielu propozycji dotyczących tej delikatnej materii.
    Sytuacja internetowego portalu jest całkowicie odmienna od prasy, radia i telewizji, gdzie informacja o zakończeniu życia jest podawana określonego dnia (nota, nekrolog, życiorys), ale osoby zainteresowane mają głównie tę osobę w pamięci i ewentualnie wycinki prasowe na pamiątkę. Czasami co rok (i to coraz rzadziej, a ponadto w przypadku raczej znanych osób) ukazują się wspomnienia, jednak wpisów nie dokonuje się w dowolnym czasie. Internet w warstwie technicznej zapewnia nieskończenie pojemną pamięć - niejako "do końca świata" (nawet po zniknięciu ludzkości!), co jest całkiem nowym zjawiskiem, które będzie miało coraz większy wpływ na obecnych oraz na wspomnienia o byłych użytkowników tego typu portali.
    Ciekawe, w jaki sposób rozwiązano te problemy w innych krajach?
    PS   21 lipca napisałem do NK w powyższej sprawie, ale z racji wielce skomplikowanego problemu (w wymiarze prawa i etyki), do chwili obecnej nie otrzymałem odpowiedzi, czemu zresztą się nie dziwię, bowiem to istotnie niezwykle delikatna materia, której należy się dłuższa chwila zadumy.

    Po prywatnej imprezie cudu nie było (17 sierpnia 2009)
    Jeśli ktoś myślał, że przydarzy się kolejny cud, tym razem komunikacyjny, to srodze się zawiódł. 16 sierpnia 2009 portal tvn24.pl w dziale "Najważniejsze informacje" zamieścił reklamę ryb w puszce, czyli opisał klientów nabitych w tramwajową karoserię, a konkretnie o numerze '924'. I z konkretem nie miało to wiele wspólnego, bowiem pojazdy z tym numerem były podobno widmami. Tytuł niusa - "Tramwaj widmo woził szproty w puszce".
     Fanom królowej popmuzycznych serc nie było ciężko jechać na koncert 15 sierpnia 2009, wystawać godzinami przed bramą i słuchać jej przez dwie godziny, ale kiedy ich bogini już leciała na następne spotkanie z kolejną publicznością, nagle fanom zrobiło się jakoś ciężko (głównie w nogi) i zaczęli narzekać na tramwaje, które im podobno obiecano, a z powodu ich braku aż parę godzin halsowali na miejsca zasłużonego spoczynku. Od lat kolejne rządy różne rzeczy nam obiecują i pora w końcu wyrosnąć ze ślepej wiary w obietnice. Nie wybierajmy z koszyka tylko takich cudów, które nam się podobają...
     Dzielni fani doskonale sobie radzili ze wszystkimi trudnościami, oponentów koncertowania w charakterystycznym dniu mieli już od paru miesięcy w różnych częściach ciała, z których nos był najelegantszym organem, ale w końcu nie wytrzymali i wylali swoje gorzkie żale na tvn.24.pl.
     Gdyby fani podzielili stan swej ławicy przez maksymalną liczbę szprotek mieszczących się w jednej puszce oraz przez liczbę przewidywanych toczeń konserw po szynach w kierunku nocnych żerowisk, to przyznaliby, że kulturalne dostanie się do domu graniczy jednak z cudem.
     Świadkowie piszą, że brnęli 90 minut do zaparkowanych aut. Może następnym razem dojadą na miejsce koncertu rowerami? Jakieś superskładaki (trzeba opracować tani a funkcjonalny model) by się przydały, a i byłoby na czym posiedzieć i można byłoby z bidonu a to popijać i schładzać się w gorącej atmosferze, a to podzwonić na aplauz.
     Dowcipni fani mają nawet pomysły (patrz
     http://www.tvn24.pl/-1,1614906,0,1,tramwaj-widmo-wozil-szproty-w-puszce,wiadomosc.html) - a to ustanowienie Dnia Tramwaju nr 924, a to założenie Klubu Pokrzywdzonych przez ZTM. Tysiące fanów Madonny (amerykańskiej piosenkarki) wracało pieszo, zaś Urząd Miasta i ZTM milczą w tej sprawie.
     Krytyk muzyczny, Robert Leszczyński, dowodził nazajutrz, że jeśli grupa płaci za bilety, to niejako tworzy swój prywatny krąg na prywatnej imprezie i nikt nie powinien fanom dyktować w wolnej Polsce (już bez cenzury), co wypada, a czego nie wypada, nawet jeśli jest to rocznica Cudu nad Wisłą. Jednak nie zauważył podczas dyskusji w studiu, że takie samo prawo mieli organizatorzy wystawy antyaborcyjnej, którą rozwłóczono w tej samej (podobno bezcenzuralnej) Polsce, w okolicach ostatniego Przystanku Woodstock.
     Idąc tropem rozumowania krytyka, tabor miejski niekoniecznie musi uczestniczyć w prywatnych imprezach, natomiast można było dać chętnym (z uprawnieniami i za kaucją) kluczyki do wozów - mogliby tak dobrze rozpoczętą prywatną zabawę kontynuować ostrą jazdą po żelaznych drogach.
     Czyżby tramwajarze uznali, że skoro królowa była z fanami na prywatnej imprezie, to konsekwentnie nie należy im się wtrącać do prywatnego wydarzenia? Byłoby hipokryzją, gdyby fani lekceważący czyjeś uczucia i naśmiewający się z czyichś poglądów pod hasłami wolności wyboru, mieli pretensje - tu do motorniczych - o nieodwiezienie na zasłużony odpoczynek. Jedni (ci co mają bardzo nowoczesne poglądy na świat, wiarę, historię) woleli głośną muzykę, drudzy (ci bardziej tradycyjni) bardziej woleli przebywać w gronie rodziny, niż bujać się pomiędzy szynami po prywatnych doznaniach muzycznych tych pierwszych.
    Znamy powiedzenia o Kubie i Bogu? A o Tomku na swoim lotnisku i w swoim tramwaju? Fani mieli swój wolny wybór na wieczór w święto (i wiele o tym mówili), zatem zrozumieją innych rodaków, którzy mając dokładnie takie samo prawo wyboru, wybrali wypoczynek przed telewizorem...
   Jeśli ktoś myślał, że przydarzy się kolejny cud, tym razem komunikacyjny, to srodze się zawiódł. Ten sławny, sprzed 89 lat, dotyczył całej Rzeczypospolitej, ten oczekiwany po koncercie - tylko prywatnego kręgu miłośników dobrej muzyki.

    Nie żyją z powodu drzew (19 sierpnia 2009)
    Dwa tygodnie temu ukazał się w Interii list o zaskakującym tytule - "Mój chłopak żyje dzięki drzewom" . Tego typu tytuły zawsze elektryzują, zwłaszcza kiedy ktoś oznajmia (albo udowadnia), że przeżyto dzięki zwierzęciu albo roślinie. Autorka (narzeczona kierowcy tira) pisze - "Dzięki drzewom przy drodze, żyje mój chłopak. Jest on zawodowym kierowcą, jechał zgodnie z przepisami, ale w wyniku zmęczenia i osłabienia z powodu choroby, stracił przytomność. Jego TIR zjechał z drogi i przewrócił się na bok, i zatrzymał się na drzewach. Miał rozbitą głowę, i wstrząs mózgu, ale dzięki tym drzewom zawdzięcza życie. Gdyby ich nie było, on razem z samochodem stoczyłby się w przepaść i nie wiadomo jakby się to skończyło".
    I już nie wiadomo - czy śmiać się, czy płakać, ale ponieważ rzecz dotyczy ok. tysiąca Polaków zabijających się corocznie na drzewach, to można jedynie uśmiechać się gorzko i przez łzy.
    Otóż kierowca jechał zgodnie z przepisami, ale był chory i stracił przytomność. A co nam po wzorowych kierowcach, jednak z ułomnościami, wszak oni w ogóle nie powinni siadać za kierownicą, zwłaszcza wielotonowych maszyn, które mogą zmiażdżyć auto jadące na wczasy wypełnione szczęśliwą rodziną! Dobrze, że żona pilota nie informuje w terminalu na Okęciu, że jej mąż jest mistrzem wolantu, który ma zaniki wzroku oraz padaczkę, zaś słuchacze właśnie oczekują na przylot samolotu pilotowanego przez tego wspaniałego inwalidę. Porażająca szczerość narzeczonej!
    Drzewa uratowały go, bo spadłby w przepaść? To co byłoby, gdyby kierowca jechał drogami górskimi Chorwacji czy Grecji, gdzie zwykle nie ma drzew od strony przepaści? A teraz, nie dość, że miał stały defekt przed wypadkiem, to będzie mieć dodatkowe powypadkowe urazy i oczywiście zaraz po zwolnieniu chorobowym dosiądzie tirowego rumaka, aby szarżować po naszych (i pewnie zagranicznych) drogach, tudzież bezdrożach... A co byłoby, gdyby chorowity narzeczony wjechał ciężarówką w kilka osobówek?
    Oczywiście, że bywają sytuacje, w których drzewa ratują życie, choćby wspomniane przepaście, ale także brzegi rzek oraz inne, nietypowe obiekty towarzyszące kierowcom wzdłuż ich tras. Przecież pośród zwolenników wycinania drzew są rozsądni ludzie, którzy potrafią docenić obecność tych roślin w pewnych sytuacjach, czego nie można powiedzieć o przeciwnikach wycinek, którzy zwykle są fanatykami wyzywającymi ginących kierowców od debili, powołując się przy tym na dobór ewolucyjny Darwina, zapominając, że wielu ginie zupełnie nie ze swojej winy.
    Jeśli zatem w wyjątkowych sytuacjach należy hołubić drzewa, bowiem akurat nam sprzyjają, to nawet dosadzajmy je tam, jeśli mogą nas uratować, choć zawsze można zastanowić się nad krzewami albo siatkami stawianymi przy przepaściach albo wzdłuż rzek, które przecież w razie wypadku, łagodniej traktują karoserie i ludzi, niż solidne pnie drzew. Są nowoczesne państwa, w których drzewa rosną dalej od szosy (w skupiskach zwanych lasami), zaś wzdłuż traktów zamontowane są siatki chroniące zwierzynę przed autami (i odwrotnie) oraz łagodzące skutki wypadnięcia samochodów w kierunku drzew.
    "Jeśli ktoś, nieprzestrzegający przepisów drogowych i przekraczający prędkość, wpada na drzewo, to jest sam sobie winien. Gdyby stosował się do przepisów, nie byłoby wypadku. A potem obwinia się drzewa".
    I to jest nierozsądna a wielce cyniczna opinia ciągle powtarzana przez przeciwników wycinek. Owszem, jeśli ktoś istotnie bezmyślnie szarżuje wzdłuż szpaleru drzew, które w końcu go zabijają, to jest on sobie winien. Jednak co autorka napisałaby, gdyby jej mąż jechał z nią i dziećmi i wszyscy (oprócz niej) zginęliby, zaś wina leżałaby po stronie kierowcy? Także pisałaby o drzewach jak o sprawiedliwych sędziach skazujących ludzi na śmierć i to bez procesu i bez możliwości odwołania się od wyroku? Czy jednak by zmierzyła odległości drzewa od jezdni oraz przejrzałaby unijne przepisy i tamtejsze statystyki i czy by nie miała zamiaru wyć do ludzi odpowiedzialnych za jej krzywdę, w tym do zwolenników przydrożnych drzew? A jako bardziej wygadana niewiasta, czy by nie złożyła pozwu do Skarbu Państwa o przyznanie wysokiego odszkodowania, na które my, czyli zwolennicy i przeciwnicy tych drzew, byśmy się społem składali?
    A gwoli uczciwości - przecież giną także całkiem niewinne osoby (i to całe rodziny!), których samochody mogą być zepchnięte na drzewa przez pijanych kierowców, którzy - o dziwo - często wychodzą żywi z katastrofy i są leczeni za nasze pieniądze, potem sądzeni i przetrzymywani w celach także za nasze podatki. A wszystko dlatego, że wielu ludzi uważa, że to nie wina drzew, że to przecież nie one wbiegają pod samochody; mało tego - fakt wyjątkowego a szczęśliwie zakończonego wypadku rozciągają (jak autorka) na potrzebę istnienia wszystkich drzew i dają wielce sugestywny a uogólniający tytuł i jakże wprowadzający w błąd - "Drzewa ratują życie".
    To i chuligana można pochwalić za dotkliwe pobicie pasażera w drodze na lotnisko, przez co wylądował w szpitalu, zaś jego samolot nie wylądował na lotnisku. Także znane są zgony spowodowane przez poduchy i pasy bezpieczeństwa. Kierowcy wpadają do stawów i toną, bowiem nie mogą otworzyć okien z powodu awarii układu elektrycznego, podczas gdy okna na zwykłą korbkę mogłyby być zbawienne...
    "Może zamiast ankiety dotyczącej drzew, trzeba by było zrobić ankietę na temat czy jesteś za tym, aby piratów drogowych wysyłać na leczenie do psychiatry? Przecież oni są niebezpieczeństwem nie tylko dla drzew, ale również dla nas i naszych rodzin! Przez ich głupotę możemy stracić bliskich, tych których kochamy!".
    A cóż stoi na przeszkodzie zamieszczać dowolne ankiety, które zbadają różnorakie poglądy Polaków, ale skoro w nich mają brać udział tacy ludzie, jak autorka listu do Interii, to ręce opadają... Im więcej rozumnych Polaków, w tym urzędników, tym mniej ludzi będzie ginąć na drogach. Może także zaproponować ankietę - czy należy karać  chorych kierowców oraz osoby wiedzące o ich chorobach i pozwalające im jeździć? Albo - czy zabierać prawo jazdy kierowcom tracącym przytomność? A może - czy kierować do psychiatry miłośników przydrożnych drzew? Powie ktoś - przecież zwolenników wycinek także można kierować do specjalisty. Owszem, można wszystkich badać, jednak jest zasadnicza różnica pomiędzy nimi - upór jednych powoduje śmierć tysiąca rodaków rocznie, zaś upór drugich ma uratować im życie, zatem to różnica, jak pomiędzy katem a lekarzem. Mało tego - kat (w tym porównaniu) nie wyklucza swojej śmierci oraz swoich bliskich na drzewie, zaś lekarz walczy o życie nie tylko swoje i rodziny, ale również o życie kata i jego rodziny, zatem kto powinien niezwłocznie udać się do poradni? Który z nich bardziej szanuje życie ludzkie, a który bardziej życie roślinne? W Polsce kara śmierci jest zniesiona, ale nawet jeśli obowiązywałaby, trzeba byłoby być skrajnie nieprzyjaznym człowiekiem, aby dopuszczać utratę życia na drzewie nie tylko z własnej winy, ale nawet w przypadku całkowitego braku winy!
    Oczywiście, że budowa wygodniejszych autostrad (jak pokazują statystyki) oraz coraz bezpieczniejsze i wygodniejsze auta, podnoszą poziom ryzyka podejmowanego przez współczesnych kierowców (w porównaniu do ich ojców) i nadal jest sporo wypadków, jednak jest to cena nowoczesności - przecież nikt z tego powodu nie powróci do poprzednich rozwiązań technicznych. Zawsze znajdą się ryzykanci i, niestety, zawsze będą przez nich ginąć także osoby postronne a niewinne. Zapewne wycięcie drzew spowoduje szereg tragicznych wypadków, do których nie doszłoby, gdyby te drzewa stały, ale tak jest z każdym pomysłem, czy wynalazkiem (nóż, laser, reaktor atomowy, internet; także w motoryzacji - poduchy i pasy). Gdyby nie było samochodów, z pewnością nie ginęłoby rocznie aż pięć tysięcy naszych rodaków na drogach, z czego tysiąc na drzewach, zaś autorka listu nie chwaliłaby drzew, że uratowały życie, bowiem jej chorowity narzeczony nie byłby wówczas kierowcą tira, ale mógłby być stajennym, który musiałby mieć baczenie na kopyta podopiecznych, aby mu nie pogorszyły stanu zdrowia. Ale i wówczas, powożąc jedynie bryczką, mógłby (z autorką) zabić się na przydrożnych drzewach po spłoszeniu napędu.
    Może szczególnie zawzięci przeciwnicy wycinki drzew powinni przymusowo oglądać policyjne zdjęcia z wypadków spowodowanych przez ludzi, którzy na nich zginęli, tak ze swojej winy, jak i z winy innych użytkowników dróg oraz wysłuchać rodzin ofiar, które rozpaczają i pomstują nie tyle na drzewa, ale na (nie)odpowiedzialnych urzędników. Zapewne jest wielu poszkodowanych, którzy zmieniają poglądy na temat drzew rosnących przy drogach. Zastanówmy się (tak na logikę) - czy więcej jest osób, które po przeżytym wypadku zmieniłyby pogląd, uznając, że jednak nie powinno być drzew przy jezdniach, czy może więcej osób zmieniłoby swe przekonania w kierunku dalszego sadzenia drzew według odwiecznego polskiego zwyczaju?
    Istnienie przydrożnych drzew (poza paroma wyjątkami) zagraża ludziom, zatem należy je wyciąć, w pierwszej kolejności na łukach oraz rosnących przy skraju szosy. W zamian posadźmy dwa drzewa z dala od traktów za każde utracone przy drodze. Jeśli przekonamy o tym przeciwników wycinek, to więcej z nas będzie dłużej żyć. Możliwe, że już jutro zginie na drzewach mniej użytkowników naszych dróg.
    "Przecież piraci drogowi są niebezpieczeństwem nie tylko dla drzew, ale również dla nas i naszych rodzin! Przez ich głupotę możemy stracić bliskich, tych których kochamy!".
    Tak, może jeszcze powinniśmy opłakiwać okaleczone drzewa? Do piachu z piratami, ale dbajmy o przydrożne drzewa? Przycinajmy je, podlewajmy - całkiem możliwe, że jeszcze ktoś na nich zginie! I zaznaczajmy na nich kolejne trafienia (po stronie strat) oraz ilość wydzielanego tlenu (po stronie zysków). Tysiące rodzin rocznie traci bliskich po uderzeniu w drzewa, z których wielu najechało na nie po wichurze albo przygniotły ich łamane konary. Nie życzyłbym autorce, aby musiała zmienić swój pogląd, kiedy jej narzeczony zasłabnie i zepchnie na zabójcze drzewo niewinną rodzinę wracającą z wczasów - to jednak zbyt surowe doświadczenie życiowe.
    "Jeśli ktoś jest na tyle nierozsądny, że szaleje na drodze i nie dba ani o swoje życie, ani o innych ludzi a nawet o swoją własną rodzinę, to moim zdaniem jest nienormalny i należy mu odebrać prawo jazdy, albo wysłać na pranie mózgu, żeby nie stwarzał niebezpieczeństwa".
    O, to jest słuszne oburzenie a nawet zrozumiały apel godny poparcia! Jednak to z drzewami niewiele ma wspólnego - to jest uniwersalna uwaga! Jednakże bycie nierozsądnym kierowcą nie jest stałą cechą człowieka. Zwykle bywa się lekkomyślnym. I to ma usprawiedliwiać śmierć na drzewie, które broni interesu rozsądnych ludzi, zaś każe niemądrych? I żeby te rośliny były choć sprawiedliwymi wyroczniami, ale przecież wśród kierowców są ludzi całkiem rozsądni, jednak zamyśleni, zmartwieni, a nawet jadący nazbyt ostrożnie. Zdarza się, że najadą na olej, błoto, grad, żwir, zwierzę. Nie szaleją, ale także giną na drzewach! Giną razem z innymi niewinnymi ludźmi, także z dziećmi. Ilu jeszcze ludzi zostanie skrzywdzonych przez skądinąd sympatyczne drzewa, które rosną w złym miejscu i czasie?
    Autorko! Opracuj symbol kierowcy, który w każdej chwili może zasłabnąć i naklej go na ciężarówce swego wybranka! Uratujesz komuś życie! A do obrońców drzew - dla ofiar ginących na drzewach potrzeba tysiąc trumien rocznie wykonanych z tychże roślin. Nie szkoda wam tego cennego budulca dla niepotrzebnych już ludzi, którzy byli nierozsądni lub nieuważni, a najczęściej mieli po prostu pecha?
    Pod artykułem zamieszczono ankietę, z której wynika, że 60% czytelników Interii jest za wycięciem przydrożnych drzew, czyli zwolenników radykalnego uporządkowania problemu jest o połowę więcej, niż przeciwników. Czy rozsądek zwycięży?
    Jeśli bohatersko ginie nasz żołnierz w Azji, to przez pół miesiąca mamy bardzo przejęte media, zaś głos zabierają najważniejsi politycy i wojskowi, w tym premier i generałowie. Jeśli rocznie ginie na drzewach tysiąc naszych obywateli, to nikt publicznie nie zajmuje się tą rzezią! Gdzie właściwe proporcje?!
    2 maja 1994 wydarzyła się potworna katastrofa autobusu pod Gdańskiem, w której zginęło 32 ludzi. Po uszkodzeniu koła pojazd zjechał wówczas na pobocze i uderzył w przydrożne drzewo. Prawdopodobnie była to największa na świecie tragedia z udziałem autobusu i drzewa. Gdyby nie było tej przeszkody, większość z tych ludzi by żyła...

    PS  Pan Edward Woźniak jest inicjatorem ogólnopolskiego ruchu w sprawie wycinki przydrożnych drzew.

    Kiedy kropla paliwa zabija człowieka? (21 sierpnia 2009)
    Przyjmijmy, że przeciętny samochód osobowy zużywa 10 litrów paliwa na 100 km. Jeśli to paliwo potrafilibyśmy zamienić w linkę (pręcik) o długości owych stu kilometrów, to miałaby tylko 0,36 mm średnicy, czyli ok. jednej trzeciej milimetra. Auto można sobie przedstawić jako pojazd postawiony na drodze, podobnie jak prom rzeczny, który nawija linę i w ten sposób przemieszcza się ku przeciwnemu brzegowi. Zatem podczepiamy silnik do tego pręcika o całkiem niewielkiej średnicy i auto przetacza się do celu zostawiając za sobą gazowy obłok o znacznie większej średnicy.
    Jeśli nasze autko ma inne zużycie (oznaczmy je jako V), to średnicę wspomnianego pręcika otrzymamy mnożąc 0,36 mm przez pierwiastek kwadratowy z ilorazu V/10, zatem przy dwukrotnie większym zużyciu (V=20 l/100 km) mamy pręcik o średnicy zwiększonej o ok. 40%, czyli niemal pół milimetra, zaś przy dwukrotnie mniejszym zużyciu (V=5 l/100 km) mamy pręcik o średnicy zmniejszonej o ok. 30%, czyli niemal ćwierć milimetra.
    Skądinąd wiadomo, że kropla jest określana na rozmaite sposoby, ale przyjmijmy, że jest to jedna dziesiąta mililitra sześciennego, czyli w jednym litrze paliwa znajduje się 10 000 kropli, a to oznacza, że przykładowe auto spala sto tysięcy kropli na stu tysiącach metrów, czyli samochód pokonuje drogę jednego metra na jednej kropli. Sprawdźmy: 0,36 mm do kwadratu, podzielić przez 4 i pomnożyć przez 1000 mm oraz liczbę pi daje... 100 milimetrów sześciennych, czyli jedną dziesiątą centymetra sześciennego, który odpowiada jednej kropli. Wprawdzie kropla nie ma kształtu kuli, ale policzmy jakiej wielkości byłaby taka kuleczkowa kropelka. Jest to całkiem spora kulka o promieniu ok. 2,9 mm, czyli "perełka" o średnicy prawie 6 mm. Przy obecnej cenie ok. 5 zł za litr, czyli 500 groszy za 10 000 kropli można policzyć, że jedna kropla paliwa kosztuje 0,05 grosza, czyli za jeden grosz można kupić 20 kropli i przejechać 20 m, a to oznacza, że koszt przejazdu jednego kilometra wynosi 50 gr, zaś stu kilometrów to 50 zł, co się zgadza, bowiem kupiliśmy na tę drogę 10 litrów paliwa po 5 zł/l...
    Przy upraszczającym założeniu, że w zderzeniu ze ścianą człowiek przemieszcza się jeden metr i na tej drodze traci życie, można przyjąć, w jakże w symboliczny sposób, iż podczas wypadku samochodowego człowieka zabija kropla paliwa o wartości jednej dwudziestej grosza. Jeśli w wypadku ginie więcej osób, to...
    Na jaką wysokość może podnieść wspomniane auto (o masie 1000 kg, czyli o ciężarze ok. 10000 N) energia zawarta w jednej kropli paliwa? Wiedząc, że energia zawarta w litrze paliwa wynosi 40 MJ a litr ma 10000 kropli obliczymy, że z jednej kropli paliwa otrzymamy energię 400 J i tę wielkość przyrównajmy do wzoru na energię potencjalną - ta wysokość to 0,04 m. Nie zapominajmy, że dla drogi poziomej przyjęliśmy pewne dane katalogowe, które uwzględniają sprawność układu napędowego auta (w tym tarcie i opór powietrza), natomiast dla ruchu pionowego przyjęliśmy stuprocentową sprawność układu. Ustalając sprawność silnika spalinowego na ok. 1/3, teoretyczna wysokość 40 mm zostaje zmniejszona do realnej, czyli do ok. 13 mm. Poprzednio zauważyliśmy, że na jednej kropli można przejechać 1000 mm poziomo, zatem w pionie na jednej kropli można byłoby przemieścić nasze auto na drodze 75 razy krótszej, gdyby było w stanie poruszać się w ten niecodzienny sposób.
    Ile kropli zużyjemy na trasie Gdynia - Rysy? Na przemieszczenie poziome (ok. 730 km) silnik zużyje 73 l paliwa (730 000 kropli), zaś na pokonanie wysokości (ok. 2,5 km) silnik zużyje 18,75 l paliwa (187 500 kropli), czyli w sumie 91,75 litrów (917 500 kropli); oczywiście przy założeniu, że podróż odbywa się w warunkach katalogowych podanych przez producenta samochodu. Niestety, w drodze powrotnej nie odzyskamy całej energii potencjalnej zgromadzonej na wtoczenie się na Rysy (w pionie 2500 m), choć są pewne osiągnięcia w dziedzinie odzyskiwania energii traconej podczas hamowania, zatem kiedyś...
    Reasumując - przybliżone zużycie paliwa uzyskamy dodając do siebie odległość poziomą i 75 odległości pionowych (w kilometrach). Sumę dzielimy przez 10 i otrzymujemy zużycie paliwa (w litrach) przy założeniu przykładowego katalogowego zużycia (tu 10 l/100 km). Jeśli nasz samochód ma inne zużycie paliwa V, to wynik odpowiednio mnożymy przez iloraz V/10.

    Zbrodnia i kara dla seryjnych morderców (25 sierpnia 2009)
    Portal www.tvn24.pl ma zwyczaj umieszczania w obramowaniu kilku uszeregowanych tytułów, które mają wspólny mianownik. Dzisiaj można dostrzec dwa takie artykuły, które opisują wydarzenia wprawdzie sprzed paru tygodni, ale rzeczywiście mają ze sobą wiele wspólnego.
    Mamy zatem tytuł "Seryjny morderca zabity podczas włamania" (7 lipca 2009) - otóż niejaki Burris (burro - osioł, burr - osełka; zatem taki pan Osiełko) jest podejrzewany o popełnienie serii 5 morderstw w ciągu zaledwie sześciu dni i został zabity przez policjanta, którego wcześniej zranił. Prokuratura zbada teraz, dlaczego morderca został wypuszczony w tym roku z więzienia, choć był wielokrotnym recydywistą (zapis jego zbrodni i wykroczeń zajmuje 25 stron) i Amerykanie zastanawiają się nad swoim błędem. Jest to dla nas, Polaków, szczególnie zaskakujące, bowiem podczas rozpatrywania naszych polskich dramatów, jakże często powołujemy się na ostre amerykańskie prawo (u nas tylko 10 lat a w USA to miałby krzesełko!).
    Drugi tytuł jest wyjaśniający niemal wszystko - "Ginekolog od późnych aborcji zastrzelony w kościele" (1 czerwca 2009), zaś nazwisko prawdopodobnie zasugerowało temu lekarzowi jego życiową pasję i zbrodnicze działania. Wzbudzający kontrowersje w Ameryce lekarz zajmujący się dokonywaniem późnych aborcji, dr Tiller, został w niedzielę zastrzelony w kościele. Chodził zatem do kościółka, modlił się, przekazywał znak pokoju, ale przecież wszyscy wiedzieli, czym się zajmował. I co - żaden kapłan, żaden współwierny, żaden etyk lub prawnik nie mógł wpłynąć na takiego typa, który zabijał ludzi w brzuszku na przełomie drugiego i trzeciego trymestru? Jego praktyka lekarska (cóż za elegancka nazwa - przecież to morderca!) wielokrotnie spotykała się z protestami obrońców życia, którzy próbowali wysadzić jego klinikę.
    Ciekawe, że w Stanach, gdzie wysokie kary za przestępstwa bywają niejako niedościgłym wzorcem (pomińmy Chiny i Iran) dla Unii  Europejskiej (zwłaszcza dla Polski, co widać na dyskusyjnych forach), to facet przez lata dokonywał zabójstw ukształtowanych dzieci i czynił to zapewne nie ze względów ideologicznych, ale dla pieniędzy i sławy, a ponadto od lat prowokował Los. Ponieważ amerykańska Temida była szczególnie niemrawa (postawiono mu łącznie kilkanaście zarzutów nielegalnej aborcji i na postawieniu się skończyło), przeto w końcu jakiś desperat przejął tę sprawę we własną dłoń i wymierzył karę w imieniu zabitych dzieci.
    No cóż, źli ludzie często kończą swe życie na podobieństwo swoich zbrodni, co zdarza się jednak zdecydowanie zbyt rzadko. Lekarz miast ratować ludzi, zabijał ich, zatem niejednokrotnie dokonywał aktu zdrady wobec przysięgi i wobec zespołu cech zwanych człowieczeństwem. Podczas okupacji na zdrajcach także wykonywano wyroki śmierci w identyczny sposób.
    Oczywiście, kulturalne media pierwszego łajdaka nazywają mordercą, drugiego zaś jedynie kontrowersyjnym lekarzem, bowiem jakoś nieelegancko doktora nazywać aż tak paskudnie, choć jego czyny były ze wszech miar takowe (widać, że każda epoka ma swego dra Mengele). Jeśli jeszcze przy wczesnych aborcjach można mieć pewien margines na dyskusję (i tutaj nie jest to rozważane), to jednak (jak określono w tytule) późne ćwiartowanie niemowlęcych ciałek należy uznać za zbrodnię!
    W tym wydarzeniu jest jedno jasne światełko - dobrze, że nie wydarzyło się to w Polsce, bowiem w całym nowoczesnym świecie wszyscy by podkreślali (według ustalonych stereotypów), że gdzie jak gdzie, ale taki zamach (no, może bez użycia broni palnej) możliwy jest tylko w ciemnej, zaściankowej Polsce...
    Jest jednak różnica pomiędzy oboma zabójstwami - pierwsze zostało dokonane w glorii prawa przez zawodowego państwowego funkcjonariusza, drugie zaś przez amatora nieposiadającego pisemnego upoważnienia na zabijanie. Wydaje się jednak, że obaj wykonali dobrze swoją robotę. Oczywiście, drugi przypadek jest bardziej kontrowersyjny (jak zresztą ów zabity lekarz), ale któż z nas nie oglądał z satysfakcją filmów typu "Życzenie śmierci"? W Stanach musieli widzieć je opisani seryjni mordercy oraz ich zabójcy.
    I jak to możliwe, aby w USA, w państwie stawianym jako wzór walki ze złem, jednak zdarzają się takie spore luki i przeoczenia sądowe?
    Czy opisane przypadki tragicznych zgonów wpłyną na wybór drogi życiowej kolejnych osobników spod ciemnej gwiazdy? Oczywiście, że nie!

    Nawiedzone czy genialne? (27 sierpnia 2009)
    Na rocznicę (już 70.!) wybuchu II w.św. niejaka Natalia (nomen omen) Narocznicka, rosyjska profesor z komisji ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii na szkodę Rosji, obarczyła Niemców współodpowiedzialnością za mord na polskich oficerach w Katyniu w 1940 roku. Pani ta zakwestionowała też datę 1 września jako początek II wojny światowej i zarzuciła Polsce, że od marca do końca sierpnia 1939 roku prowadziła rozmowy z Hitlerem, aby zostać jego sojusznikiem. Narocznicka oskarżyła Polskę również o zamorzenie głodem 100 tys. Rosjan wziętych do niewoli w 1920 roku na ziemiach okupowanych przez Piłsudskiego (twierdzi, że świadomie ich nie karmiono, przyglądano się jak umierają i że był to pierwowzór faszystowskiego obozu koncentracyjnego, ale "o tym Polacy nie chcą mówić, choć od nas stale żądają przeprosin"). Ponadto zastanawia się dlaczego rozbioru Ukrainy i Białorusi dokonanego przez Piłsudskiego nie uważa się za przestępstwo, zaś ponowne włączenie tych ziem do historycznych granic rosyjskiego państwa jest jednak potępiane jako czyn karalny? Konstatuje również, że w wyniku II wojny światowej ZSRR przekazał Polsce jedną trzecią jej obecnych ziem, zatem Polacy mogliby być bardziej powściągliwi i nie ubliżać Rosjanom. Profesor jest specjalistką także od starszych rocznic, bowiem Polska powinna (wg niej) przeprosić Rosję także za... 1612 rok.
    No i co z taką panią zrobić? Wyzwać od głupich babsztyli? Nie można, bo praworządne Polki zaprotestują, że to seksizm i będą mieć rację! Zresztą człowieka nie należy nazywać głupcem, bo to nieładnie (i poniżej godności) oraz nie może być to prawdą, wszak ta pani jest po studiach, zatem nie jest głupia. Ona - z rosyjskiego punktu widzenia - jest patriotką. Dla nas wypowiedzi Narocznickiej wydają się szokujące, ale większość z nas (gdybyśmy byli Rosjanami) myślałaby podobnie.
    Mam nadzieję, że z jej historycznymi poglądami rozprawią się polscy specjaliści w naszych mediach, choć wolałbym, aby zebrała się polsko-rosyjska komisja, która w spokoju omówiłaby wszystkie wspólne drażliwe tematy, potem zaś opublikowałaby jednomyślne stanowisko. Ale czy to jest możliwe, skoro od niemowlęctwa oba narody są kształtowane w pewnych stereotypach, przy czym każdy naród uważa, że to on właśnie ma rację?
    Inną skandalizującą bohaterką mediów jest Polka, sędzia Jadwiga Smołucha, która orzekła, że TVN nie znieważyła symbolu narodowego poprzez wkładanie miniatur polskich flag w atrapy psich kup i uchyliła decyzję KRRiT o karze 470 tys. zł.
    W ocenie sądu samo umieszczenie miniatur flagi w ekskrementach nie jest równoważne ze znieważeniem (prowadzący, zwany przez niektórych pies/cotliwie Kupą Wojewódzką, już niejednokrotnie balansował na granicy dobrego smaku; można powiedzieć - nie jest już odlotowym gościem, ale odchodowym, choć nadal dochodowym). Oczywiście, również nie można i nie godzi się nazywać tej sędzi epitetami rozważanymi przy rosyjskiej pani profesor. W końcu jeśli historyk albo prawnik studiuje latami i pnie się w swej karierze pod okiem uczciwych, etycznych i prawych zwierzchników, to przecież musi mieć solidne podstawy etyki oraz resztki rozsądku, zatem wrodzony lub nabyty idiotyzm jest absolutnie wykluczony niejako z definicji tych nobliwych zawodów. Można oczywiście zastanawiać się - kto i dlaczego skierował tę osobę (a nie inną) do tej sprawy; może żaden z mężczyzn nie chciał stąpać po niepewnym gruncie albo zgłoszono ją za karę, a może w nagrodę, czy akurat plan urlopowy się tak niefortunnie ułożył albo zapałki ciągnięto, a może jest to superspecjalistka od znieważań flag, hymnów, świąt, symboli i godeł wszelakich? Czy w swym orzecznictwie oparła się na znanych światowych precedensach? Czy powołała biegłych etyków (ale zawsze będzie problem, czy taki etyk jest patriotą, czy nihilistą).
    Sądy są niby niezawisłe, ale przecież ocen nie dokonuje komputerowy superumysł akceptowany przez większość Polaków, lecz konkretna osoba, która swoją robotę traktuje, powiedzmy, nieco lepiej, niż przeciętny rodak swoją pracę, zatem nie mamy żadnej gwarancji, że wyrok jest słuszny a nawet słusznawy... Wybierając sędziego do sprawy wymagającej wielkiego taktu, zawsze gramy w loterię i zwykle wyrok w pierwszej instancji bywa kompromitacją prawników, którzy zapomnieli o fundamentalnych zasadach, na których powinno opierać się społeczeństwo. Czasami można zapytać retorycznie - a skąd oni takich sędziów biorą, do jasnej cholery?! Jeśli będzie kiedyś w idiotycznej telewizji gwiazda Dawida podobnie unurzana lub będą drzeć Biblię lub Koran albo pokażą kolejne "duńskie karykatury", to mamy już specjalistkę od nowoczesnych orzeczeń - diabła nie poślemy (bo się nie da), ale Babę Jagę na mietle, która gorącą smołuchę tak wymiesza, że nam wszystkim etyczne aksjomaty roztopią się w kotle nazbyt nowoczesnej Temidy.
    Ale skoro oni (tu - one) są tacy odważni, to powstaje zasadnicze pytanie w obu przypadkach - a może to właśnie one są ponadprzeciętnie inteligentne, uzdolnione i Los we właściwe ręce złożył obie sprawy? Może to one za parę lat zostaną okrzyknięte genialnymi interpretatorkami historii i prawa, zaś ludzie uważający inaczej, to najzwyklejsze miernoty umysłowe i obywatele ciemnogrodu? Może z historykami i sędziami jest jak z artystami - co pewien czas objawia się geniusz w rodzaju Picassa, którego początkowo nikt nie rozumie, lecz w końcu społeczeństwo pojmie, że tacy geniusze zdarzają się nam na tyle rzadko, że należy szczególnie ich hołubić, a nie wyśmiewać, a tym bardziej obrażać?
    A czy wiecie, że nie wolno publicznie obrażać owej Rosjanki i Polki oraz innych obywateli świata? Okazuje się, że
    "Prawo do swobody wypowiedzi nie jest prawem absolutnym i podlega ograniczeniu, m.in. ze względu na cześć i godność drugiego człowieka. Osoba formułująca treści zniesławiające lub znieważające nie może powoływać się na istnienie prawa do krytyki. Twórczość nie ma i nie może mieć charakteru absolutnego, nie może mieć postaci nieskrępowanej niczym swobody działania, a tym bardziej nie sposób jej traktować jako samoistnego źródła wartości".
    Jest to (skądinąd słuszny, a co więcej - szlachetny!) pogląd mecenasa Łokietkowskiego, który walczy o prawo do czci i godności osobistej dla swej mandantki, która zapomniała jednakowoż o swej czci i godności, kiedy to sobie poużywała pisarsko na pewnym forum, gdzie dopuściła się pomówień i fałszerstwa, a kiedy pewien krytyk zajął się sprawą tej pani (a okazała się ona wziętą pisarką i wykładowczynią na trójmiejskiej uczelni, co jest jednak niezłym dziennikarskim kąskiem) i omówił jej "dorobek" na innym portalu, to nagle skasowała swoje konto (jednak można zapoznać się z jej komentarzami, bowiem po fotce pozostał nr 224435, który jedynie maskuje teksty, których pisarka się wyparła), po czym udała się na Policję oraz namówiła swego prawnika (onego mecenasa) na wytoczenie sprawy, żądając przeprosin na kilku portalach i 5 tysięcy europów, mimo że upubliczniono jedynie inicjały. Doprawdy, ludziska czasami na własne życzenie ośmieszają się i dają dziwaczne zlecenia utrudzonym ponad miarę sądom, ale to często wynika z dobrobytu (pisarka ma własnego prawnika) i przesadnego poczucia własnego ego (jestem aż tak ważna, że mogę pomawiać i obrażać zwykłego obywatela, bo przecież sąd uzna, że jako wip mam większe prawo do poniżania innych).
    Zatem drodzy internetowi krytykanci - zanim bezlitośnie ocenicie kogoś na publicznych forach, to uważajcie - internet nie jest anonimowy, zaś tykane przez Was panie mogą Was ścigać latami i po całym świecie. Więcej - jeśli w najbliższych dniach usłyszycie obraźliwe komentarze na temat tych pań, to wiedźcie, że każdy dziennikarz, który nie będzie przebierać w słowach, może zostać pociągnięty do odpowiedzialności, wszak coraz więcej mamy wysoko kształconych prawników typu mec. Łokietkowski, których to życiową pasją jest procesowanie się z krytykantami wyciągającymi z mediów rozmaite a bulwersujące sprawy, godne napiętnowania.
    Zawsze trwała walka dobra ze złem i w mediach (teraz także w internecie) jest podobnie. Szkoda, że ludzie opowiadający się za złem (w odczuciu większości obywateli) mają poważne stanowiska, funkcje, możliwości, poprzez które (i w imieniu społeczeństwa oraz za jego środki!) kształtują rzeczywistość w taki sposób, że obywatele tracą odwieczne wzorce patriotyzmu, godności i słuszności swoich racji, co może spowodować, że społeczeństwo (jako zbiór obywateli) podąży niezupełnie we właściwą stronę...

    Indyjska konopia a spore gąszcza (29 sierpnia 2009)
    Dość częsty błąd... Tym razem wpadkę zaliczył portal www.tvn24.pl - artykuł (26 sierpnia 2009) o tytule "Rezerwat - przyrody czy konopii?" ma zbyt wiele i na końcu ostatniego wyrazu. Po wrzuceniu tytułu do Googli błąd mamy tylko w kopiach, bowiem już poprawiono usterkę, choć w tekście w dalszym ciągu jest knot (czyżby wykonany z tychże konopii?) - " Szukali plantacji konopii indyjskich, które miały znajdować się w tej okolicy".
    I dalej - "To była akcja rodem z Indiany Jones'a: policjanci przedzierali się przez mokradła, skakali przez pnie drzew, grzęźli po pas w bagnie - wszystko po to, by dotrzeć do plantacji konopii indyjskich w lasach pod Białobrzegami (woj. mazowieckie). Konopie znaleźli - i to wyjątkowo dorodne. Nic dziwnego - krzaki rosły w rezerwacie przyrody". Istotnie - wartka akcja, choć grzęźli w bagnie i niepotrzebnie dali apostrof w nazwisku pana Indiany...
    "Musieli pokonywać pnie zwalonych drzew i bobrowe tamy, często grzęznąc po pas w błocie. W końcu wydostali się z gąszczy na leśną polanę. Ich oczom ukazało się kilkaset niezwykle dorodnych krzewów konopii. Krzewy były niespotykanie wybujałe - rosły w idealnych warunkach - na terenie rezerwatu przyrody". No cóż, epika wybujała (i dobrze - całkiem ciekawy opis!), grzeszne krzaki także wybujałe, zaś podwójne i całkowicie nas... wybujało.
    Stróże prawa byli konsekwentni i poszukiwali nadal, zaś dziennikarz równie konsekwentnie kontynuuje błędne pisanie - "Ale funkcjonariusze nie poprzestali na tym. Wiedzieli, że w pobliżu może znajdować się jeszcze jedna plantacja. Po kilku kilometrach drogi przez gąszcza dotarli do kolejnej leśnej polany, gdzie również ujrzeli plantację konopii - i to dużo większą od poprzedniej".
    Potem to już efekt inercji - "Po zatrzymaniu podejrzewanych o uprawianie konopii mężczyzn, policjanci przeszukali też posesję jednego z nich. Znaleźli i zabezpieczyli tam 3 kg suszu konopii oraz wiatrówkę z lunetą, przerobioną na broń ostrą".
    Dowiadujemy się, że "zatrzymani w środę staną przed Prokuraturą Rejonową w Grójcu, gdzie usłyszą zarzuty", ale nic nam nie wiadomo o karach dla osób odpowiedzialnych za tę notkę, choć z uwagi na ciekawie fabularyzowany opis, proponuję odstąpić od srogiej kary, zwłaszcza że ukazano piękne leśne widoki w rozlewisku Pilicy w okolicach Białobrzegów.
    Podano także, że spalono kilkaset krzaków owych (jednak) konopi, zatem jeśli powiało bukietem dymnym a wonnym w stronę policjantów... Na pewno powiało w stronę felietonisty - stąd wielokrotne błędy reklamujące w oryginalny sposób te rośliny. Przy okazji - czy redakcja nie ma programu sprawdzającego ortografię (wszak Word wykazuje błąd)?
    W dyskusji pod artykułem jest ponad ćwierć tysiąca komentarzy - nikt nie zauważył błędu, a wielu również pisało konopii... Może przyjmiemy, że jeśli większość pisze błędnie, to uznamy, że nie jest to już błąd? Czy uzus (zwyczaj) powinien mieć wpływ na słownik?
    Co ciekawe, słowniki nie notują wyrazu konopia (w liczbie pojedynczej), choć wydawać by się mogło, że to całkiem naturalna forma (w przeciwieństwie do wyrazów typu nożyczki, sanie, spodnie, które nie są łatwe do zaproponowania w liczbie pojedynczej). Trudno powiedzieć, dlaczego ustalono jedynie liczbę mnogą. Niby proste słowo, a tyle z nim kłopotów - są te konopie, ale nie ma ta konopia, jest susz z konopi, nie zaś z konopii a ponadto - jeśli ktoś się ośmieszająco wyrwie podczas dysputy - to nie jak Filip z konopi, lecz jak filip z konopi, bowiem filip to... zając (z języka białoruskiego).
    Zapewne nazwisko Konopka pochodzi od konopia (a raczej od konopie, bowiem nie ma liczby pojedynczej). Czy może być zdrobnienie konopka od nieistniejącego wyrazu konopia? A co do nieistnienia słowa... Niektórzy poloniści, kiedy ich pytają forumowicze - czy istnieje wyraz abc, odpowiadają - istnieje, skoro taki wyraz ktoś choć raz napisał, zatem wyraz konopia istnieje, ale jest (wg słowników) "ortograficznie niewłaściwy" (słowniki powinny zawierać formy błędne, lecz powszechnie znane i stosowane, ale zapisane w odmienny sposób, aby wyraźnie sygnalizować błąd).
    Google rejestrują: konopia - ponad 25 tys., konopie - ok. 133 tys., konopi - ok. 182 tys., konopii - ok. 53 tys. oraz kilkaset z ponad dwoma i...
    Jedno ze zdjęć ma opis - "Policjanci w drodze przez gąszcza". Pewnie sam bym tak powiedział, ale w słownikach mamy - gąszcz, w gąszczu, te gąszcze, bez gąszczy (albo gąszczów) i nie ma tam wyrazu gąszcza! Pisanie po polsku, to prawdziwa droga przez liter gąszcze! Trudna nasza język!
    Pod artykułem podano także link do mapki - "okolice zdarzenia w Zumi.pl" i dobrze, że nie Zumii.pl...

    Do RPO - zły kierunek (14 września 2009)
    RPO zaskarżył to Trybunału Konstytucyjnego przepis Prawa prasowego, który nie daje możliwości odwołania się do sądu od decyzji prokuratury co do ujawniania w mediach danych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie. RPO zarzuca przepisowi zbyt dużą uznaniowość dla prokuratury.
    Niestety, działalność Rzecznika w tej problematyce idzie całkiem w złą stronę! Zamiast zarzucać uznaniowość prokuratury (co jest prawdą, wszak jeśli przyznajemy komuś prawo uznaniowe, to jest oczywiste, że będziemy mieli przykłady na dowolność - przecież wszelkie przydziały, promesy, nagrody w dowolnych dziedzinach są obciążone ryzykiem uznaniowości), należałoby po prostu iść najuczciwszą drogą - zlikwidować ochronę danych osobowych wszystkich przestępców a nawet podejrzanych!
    Większość cywilizowanych państw nie ma takiej ochrony! Wystarczy sobie przypomnieć aferę austriackiego pedofila Fritzla, aby zauważyć, że jego dane były nam znane nazajutrz po aresztowaniu, czyli na długo przed zapadnięciem wyroku. U nas jest to niemożliwe, bowiem prawo podejrzanego (nawet o dobrze udokumentowanej przestępczej przeszłości) jest ważniejsze od dobra skrzywdzonych ofiar i od dobra potencjalnych ofiar, których ani zdrowie, ani życie dla polskiego prawa nie przedstawia zbyt dużej wartości. A co z odstraszaniem przestępców? Przecież zamieszczanie danych osobowych jest dolegliwością, którą przyszli szubrawcy zawsze biorą pod uwagę - im więcej danych o nich, tym mniej przestępców!
    "Istota tego problemu sprowadza się do braku sądowej kontroli takich rozstrzygnięć, pomimo że w sposób bezpośredni dotyczą one sfery chronionego konstytucyjnie prawa do życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia" - czytamy w uzasadnieniu wniosku RPO.
    Jakiego i czyjego dobrego imienia? Umówmy się, że obywatel schodząc na drogę przestępstwa dobrowolnie rezygnuje ze swojego dobrego imienia. Jeśli okazałoby się, że aresztowano go niesłusznie, to należałoby publicznie ten fakt obwieścić światu, przeprosić go i ewentualnie wypłacić stosowne odszkodowanie. Każdy Polak, kiedy odbiera dowód osobisty, powinien podpisać oświadczenie, że został zapoznany z dolegliwością polegającą na upublicznieniu jego wizerunku i danych osobowych w przypadku uzyskania statusu podejrzanego lub poszukiwanego. W szkołach należy przeznaczyć kilkanaście godzin na uzmysłowienie młodzieży, że wszelkie przestępstwa będą karane z całą surowością prawa, ich dane będą publikowane i wstydzić się będzie cała rodzina, zaś straty materialne będą pokrywane przez ich opiekunów. Czy ktokolwiek to wyjaśnia młodzieży? Czy programy szkolne zawierają tego typu informacje i przestrogi?
    "Przepis art. 13 ust. obowiązującego Prawa prasowego z 1984 r. mówi, że mediom nie wolno publikować danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe. Mówi też, że właściwy prokurator lub sąd może zezwolić ze względu na ważny interes społeczny na ujawnienie takich danych".
    O czym mowa?! Proszę zajrzeć na przykładowy amerykański portal dotyczący przestępców - http://www.pascosheriff.com/webapps/ims100r.pgm, na którym mamy kartotekę aresztowanych przestępców, a właściwie podejrzanych, bowiem ostatnie dane są sprzed kilku godzin, zatem dotyczą osób formalnie niewinnych, wszak jeszcze nieosądzonych! U nas dopiero po paru latach (po ostatecznym werdykcie) można publikować tego typu dane w mediach i to po uzyskaniu zgody w sądzie.
    Panie Rzeczniku - niech Pan więcej czyni dobra dla ofiar, zaś mniej się przejmuje losem podejrzanych. Niech za Pana kadencji powstaną takie portale. Niech Pan również zlikwiduje niekonstytucyjny podział na osoby publiczne i niepubliczne, bowiem istnieje grupa osób, których dane są publikowane bez przeszkód i to z powodu drobnej przestępczości, a na drugim biegunie mamy grupę uprzywilejowaną, której dane są nieujawnialne, choć bywają tam oszuści, pedofile i mordercy, zaś ujawnienie ich danych pomogłoby w przeprowadzeniu szybszego, sprawniejszego, odpowiedniejszego i tańszego śledztwa, natomiast informacje o przestępcach jeszcze nieujętych znakomicie podniosłoby autentyczny poziom bezpieczeństwa w Polsce, jak również zwiększyłyby komfort bycia obywatelem RP.
    29 sierpnia 2009 pewien młody kierowca doprowadził do zderzenia z innym autem, w którym zginęło trzech braci. Sprawca nie miał prawa jazdy (zdawał kilkakrotnie), znacznie przekroczył dopuszczalną prędkość w mieście, uciekł z miejsca wypadku nie udzielając pomocy ofiarom, złożył fałszywe zeznania (o rzekomej kradzieży swego auta) i był pod wpływem alkoholu! Właściwe organy odmawiają podania danych podejrzanego do publicznej wiadomości, choć wstrząśnięte społeczeństwo zna te informacje, a wszelkie próby ujawnienia w internetowych mediach kończą się "szlachetnym" przestrzeganiem prawa, czyli kasowaniem danych przez adminów.
    Jeśli Panu istotnie zależy na sprawiedliwości i na walce o prawa obywatelskie, to niech Pan zajmie się raczej niezrozumiałym postępowaniem organów ścigania, które to w niektórych miastach publikują dane pijanych kierowców, zaś w innych miastach taka inicjatywa nie jest znana. Niech Pan oceni - jak to możliwe, aby w na obszarze państwa o jednolitym prawie, stosowano jakże różne formy postępowania zmierzające do walki z pijaństwem na drogach? Oczywiście, jak widać po Pańskich wysiłkach, to raczej Pan zajmie się, niestety, prawem pijanych kierowców do ochrony swoich danych, nie zaś prawem obywateli RP do posiadania informacji o przestępcach zagrażających ich zdrowiu i życiu.
    Z czego to wynika, że cały cywilizowany świat idzie w kierunku ujawniania danych, zaś Polska (i może jeszcze parę dziwnych państw) utajnia możliwie długo takie informacje? Kto pierwszy wpadł na takie "szlachetne" podejście do przestępców? Przydałyby się jakieś nazwiska i daty, bowiem to jest kuriozalny i temidowy skandal!
    Media mają przekazywać prawdziwe informacje społeczeństwu. Nie zawsze mamy dobre wieści do przekazania, zatem nie zawsze podawane są nazwiska w aspekcie noblowskich nagród, osiągnięć sportowych, czy wielkich wynalazków. Nasze życie bywa przaśne i mamy do czynienia z informacjami negatywnymi, w tym tragicznymi, również o przestępcach. Dlaczego media mogą podawać nazwiska w ujęciu pozytywnym, zaś nie mogą w ujęciu negatywnym? Przecież w życiu jest jak w księgowości - są plusy i minusy. Może zatem zakaże Pan publikowania liczb ujemnych, bo są zbyt negatywne i godzą w godność rozmaitych osób?
    Dziennikarz ma obowiązek informowania społeczeństwa o wszystkich problemach. Jeśli za zbrodnią, oszustwem, pedofilią stoją konkretne nazwiska, to społeczeństwo ma prawo do tej wiedzy, zaś media mają obowiązek informowania także w nieprzyjemnych sprawach. Na tym polega bezstronne dziennikarstwo. Jeśli komuś udowodnimy nieuczciwość dziennikarską, to są odpowiednie narzędzia do walki z takim zjawiskiem.
    Niech Pan zwróci uwagę na hipokryzję naszego prawa oraz mediów, które podają dane podejrzanych i przestępców zagranicznych (nazwisko i wizerunek nijakiego Fritzla był nam znany tuż po aresztowaniu). Podawane są także pełne dane Polaków popełniających przestępstwa poza Polską. Całkowicie nie są zrozumiałe procedury, które umożliwiają publikowanie danych wybranych osób, zatajanie innych i to pod obowiązującą Konstytucją 1997, która (czyżby?) umożliwia rozmaite podejście do osób w zależności od ich zameldowania, obywatelstwa, stopnia publicznej znajomości... Czy rzeczywiście o to chodziło twórcom Konstytucji RP?
    Mamy do czynienia z komicznym efektem interpretacji dziwacznego polskiego prawa - otóż można podawać, że zarzuty postawiono Janowi K., który jest synem ministra Kowalskiego... O, choćby podano pełne dane dziewczyny będącej ofiarą swego ojca pedofila, przy czym podano jedynie imię i pierwszą literę zboczeńca. Pierwsza litera B (w obu przypadkach) ujawniała dane przestępcy, ale wszyscy (w tym zapewne Rzecznik dr Janusz Kochanowski oraz inni wielkoduszni obrońcy danych osobowych wyrzutków społeczeństwa) byli usatysfakcjonowani, choć takie idiotyzmy to chyba tylko są w Polsce! Nieuczciwe wobec innych narodów jest ukuwanie tytyłów typu "Ujęto polskiego Fritzla", bowiem tacy na przykład Austriacy mogą jedynie napisać "Mamy autriackiego B.".
    Innym dowodem na dewiację naszego prawa jest i to, że polskie media podają jedynie inicjały, zaś zagraniczne portale podają pełne dane naszych łotrów - częstokroć wystarczy w innym języku podać charakterystyczne słowa i uzyskać wszystkie dane skrzętnie ukrywane w Polsce. Kabaret ma się dobrze także po upadku komuny!
    Żenujący jest brak odwagi naszych mediów - nie jest znany przypadek (nie licząc jakichś osobistych pyskówek i porachunków dziennikarza), kiedy to odważny potomek naszych rycerzy (lub powstańców warszawskich albo stoczniowców Wybrzeża) podał pełne dane domniemanego lub prawdziwego sprawcy i został ukarany. Nawet nie wiadomo, w jaki sposób Temida to sobie wyobraża - utrata pracy, dotkliwa kara finansowa? Jako syn odważnego narodu, ciągle czekam na pierwszego bohatera takiej sprawy, szkoda że bezskutecznie...
    Przykłady niesprawiedliwego (niekonstytucyjnego) podejścia do podejrzanych mamy niemal codziennie. Oto 13 września media donoszą -
"Zatrzymano w Ostródzie 50-letniego mężczyznę, który przyznał się do zamordowania 25-letniego sąsiada. Zmasakrowane zwłoki ofiary w sobotę odnalazł wędkarz. Zatrzymany mężczyzna przyznał się do winy i wyjaśnił, jak doszło do zabójstwa - ofiara i sprawca, mieszkańcy jednego osiedla, wdali się w sprzeczkę. Obaj byli pod wpływem alkoholu. Sprawca twierdzi, że okładał ofiarę drewnianym kołkiem. Bił po plecach i po brzuchu tak, że ofierze pękła wątroba - to było raną śmiertelną. Następnie sprawca zadał ciosy nożem w głowę. Na koniec zmasakrowane zwłoki zostały wrzucone do jeziora, w którym odnalazł je wędkarz. Śledczy przyznali, że tak brutalnego zabójstwa od lat nie notowano w tej okolicy".
    I przykład zza oceanu (z tego samego dnia) -
"Szok w Pensylwanii: zgwałcił mężczyznę na wózku. Policja w USA aresztowała w przytułku dla bezdomnych 54-latniego Briana Parksa, który dokonał przestępstwa, które amerykańskie media zgodnie nazywają 'odrażającym'. Przykuty do wózka mężczyzna przebywał w łazience dla inwalidów w centrum handlowym. Parks, znany policji z powodu także innych wykroczeń, zamknął się z nim w łazience i zgwałcił go".
    Czy widzi Pan różnicę w traktowaniu obywateli w zależności od geografii? Nie czuje Pan dyskomfortu prawnego? Nazwiska Polaka nie podano, choć przyznał się, zaś dane Amerykanina ujawniono, choć popełnił przestępstwo cokolwiek niższej rangi i to na drugim końcu świata oraz nie wyraził zgody na publikację swoich danych. Jak Pan sądzi - czy dane Amerykanina są dla nas ważniejsze od danych rodaka - tu i teraz? Ujawnienie czyich danych zwiększyłoby poziom naszego bezpieczeństwa i ułatwiłoby śledztwo? Czyżby tych amerykańskich?
    Na pewnym amerykańskim filmie, występne dziewczę pyta swego adwokata, czy w mediach zostaną ujawnione jej dane, zaś on ją informuje - nie, ponieważ jest niepełnoletnia. Niech to będzie dla Pana wskazówką podczas rozpatrywania zakresu udzielania przez polskie media informacji dotyczących podejrzanych, poszukiwanych i osądzonych osób. Niech Pan nie rozważa dowolności ujawniania danych, ale niech Pan dąży do likwidacji bezsensownych przepisów przesadnie dbających o dobro podejrzanych i przestępców oraz niech Pan zajmie się prawem społeczeństwa do posiadania możliwie szerokich informacji na temat konkretnych podejrzanych i przestępców: kiedy ich aresztowano i za co oraz okresy przebywania na przepustkach i datę wyjścia z więzienia.
    Jeśli Pan tego nie dokona podczas swojej kadencji, to nadzieją społeczeństwa polskiego będzie kolejny RPO, który zajmie się poważnym traktowaniem bezpieczeństwa obywateli RP oraz nie będzie zajmował się mało istotnymi działaniami i to nie na korzyść społeczeństwa.
    PS  Informacja sprzed chwili (14 września) -
"Policjanci z Zambrowa musieli użyć broni, aby zatrzymać po pościgu i obezwładnić 26-letniego kierowcę poloneza. Jak się okazało, mężczyzna był pijany (w wydychanym powietrzu miał 2,6 promila alkoholu), a ponadto miał także sądowy zakaz prowadzenia pojazdów właśnie za jazdę pod wpływem alkoholu".
    Nie sądzi Pan, że ów obywatel powinien mieć ujawnione dane podczas poprzedniej jazdy po pijanemu, zaś w powyższej notatce bezwzględnie powinny pojawić się jego dane? Bez czekania na zgodę sądu - po prostu na odpowiedzialność rozumnych policjantów. No i może Pan swój cenny czas i wrodzoną uczciwość poświęci raczej na opracowanie spójnej a sprawiedliwej procedury dotyczącej dotkliwej finansowej kary oraz sposobu uniemożliwiającego (lub choćby znacznie utrudniającego) kierowanie pojazdem przez pijaną osobę, w szczególności ujętą już wcześniej na takim przestępstwie.

    Czy głaskanie jest dobrym pomysłem? (15 września 2009)
    Dzisiejsza "Gazeta Wyborcza" opisuje 16-letnią pannę, która w centrum handlowym wybrała sobie ubranek za 670 zł i nie uiściła należności w zręcznie ominiętej kasie. Kilka tygodni wcześniej zatrzymano ją za podobną kradzież (także ponad 600 zł). O losie złodziejki zadecyduje sąd dla nieletnich.
     Obok nadmieniono o 17-letnim kawalerze, który w wakacje ukradł dwa skutery warte ponad 2 tys. zł, które policjanci znaleźli na parkingu przed domem złodzieja.
     Co pewien czas media podają, że drobni i nieletni złodzieje są wyłapywani, przy czym wielu kradnie przedmioty o  wartości poniżej 200 zł, co - dzięki ustawodawcy - nie upoważnia stróżów prawa do stosowania poważniejszych kar (znikoma szkodliwość czynu).
     Wczoraj NIK przedstawiła raport na temat poprawczaków. Oszacowano koszty utrzymania naszych  milusińskich na 8 tys. zł miesięcznie (średnio od zbłąkanej każdej osóbki), przy czym w Nowem koszta były rekordowe, bowiem aż 18 tys. zł, przy czym - jak wyjaśniał dyrektor placówki - na tę znaczną wysokość wpłynęły ostatnie remonty (m.in. instalacji grzewczej spełniającej wszelkie unijne normy) oraz indywidualny tok nauki dla tej trudnej młodzieży. Tysiące ludzi kształci się i pracuje w tym kłopotliwym segmencie, płacimy za tę naukę, za ich płace i za ich składki emerytalno-zdrowotne, ale czy rodzice odpowiedzialni za ich wychowanie też dokładają jakieś środki? Czy to tylko obowiązek całkiem obcych ludzi? A sprawność systemu wychowawczego oceniana jest na ok. 50%, czyli mniej więcej połowa młodzieży po wyjściu z poprawczaków, trafia ponownie do więzień i to często z poważniejszymi zarzutami i na dłużej.
     Dzisiejszy "Fakt" opisuje młodzieńca, który od lat odwiedzał starsze małżeństwo, ale ostatnio poznał dziewczynę i zapragnął zaimponować jej samochodem. Ponieważ nie miał środków na to dość powszechne dobro na kółkach, przeto przyszedł do ponad 80-letnich staruszków, postawił sprawę jasno, zaś nie doczekawszy się "pożyczki", zabił starszego pana, zabrał kasę i pojechał na zakupy.
     Kiedy to prawo polskie zostało tak zdeformowane, że za najmniejsze kradzieże nie ponosi się kary? Od kiedy to rodzice nie współuczestniczą finansowo w ulepszaniu (choć dość wątpliwym) swoich latorośli? Dlaczego nazwiska złodziei i morderców nie są ujawniane ogółowi społeczeństwa? Owszem, nieletni mogą korzystać z taryfy ulgowej, ale szkoła i osiedle powinny być poinformowane o przestępstwach, zaś po ponownym złamaniu prawa wszyscy przestępcy powinni być umieszczani w internecie, na portalu typu NaszaKlasa (lecz obligatoryjnie, nie zaś fakultatywnie) i prowadzonym przez funkcjonariuszy. Jedną z kar powinno być skasowanie ich kont na wszelkich społecznościowych portalach, ponieważ tam zrobiliby z siebie męczenników i bohaterów dla okreslonej grupy młodych Polaków.
    Ostatnio jednak rzecznik praw obywatelskich zakwestionował procedurę ujawniania danych osobowych, bowiem zauważył niesprawiedliwość polegającą na tym, iż panuje duże widzimisię organów ścigania - media nie otrzymują pozwolenia na ujawnienie niektórych przestępców, na innych otrzymują, ale jeśli przestępcy nie chcą się zgodzić z decyzją, to nie ma właściwej drogi odwoławczej (jak twierdzi RPO) od zmiany decyzji. Widać, że szlachetny RPO bardzo dba o dobre samopoczucie przestępców i walczy o ich prawa. Szkoda, że nie popiera rozwiązań znanych cywilizowanemu światu, w którym podaje się dane osobowe nie tylko przestępców, ale jeszcze podejrzanych (jedynie wobec nieletnich stosują tam taryfę ulgową).
     Właściwie, to humanitarni prawnicy mają rację z tym opiekuńczym systemem dla młodocianych przestępców. Pomyślmy logicznie - tacy dziadkowie swoje przepracowali i bez jakiegokolwiek ekonomicznego sensu biorą teraz latami emerytury albo renty i jeszcze pewnie marzy im się bezpłatna służba zdrowia. Jeśli giną, to pozostałym jest nieco lepiej, bowiem wydatki Państwa są mniejsze (nawet w szpitalach robi się luźniej). Życia emerytom nie zwrócimy, nawet jeśli będziemy szastać dożywociami, a ileż to kosztuje nas, podatników? Koszmarne pieniądze. Podmiotem są ci przestępcy - oni jeszcze mogą coś dobrego uczynić dla naszej Ojczyzny, zaś zabici to tylko przedmioty, takie tylko liczby w rubrykach "zamordowani" (przypomnijmy sobie filmy typu "Parszywa dwunastka"). Powinniśmy zatem dbać o zdrowie i wykształcenie przestępców, bowiem oni z pewnością jeszcze pójdą na pola, do fabryk, kopalń i biur, zatem przysłużą się naszej kochanej Polsce na swoich stanowiskach pracy w dorosłym życiu. Dajmy im najlepszych nauczycieli, piękne pokoje do nauki i snu, baseny i sale gimnastyczne, aby rozwijali się prawidłowo (jako rachitycy będą nas kosztować zbyt wiele w szpitalach i sanatoriach). Do tego oczywiście łącza internetowe, aby nawiązywali kontakty z młodzieżą całego świata, czytali najciekawsze książki i oglądali najlepsze filmy - z pewnością zostaną zaszczepieni uczciwością, prawością i braterstwem, a to opłaci się nam wszystkim. Po ich przejściu na emeryturę, w podobny sposób przymknijmy oko na przyszłych młodocianych zabójców, którzy z właściwą sobie fantazją ich potraktują, ponownie ratując nasz zusowski (może pod inną nazwą?) budżet.
     PS "Dziennik Wschodni" (10 sierpnia 2009) w artykule "Zamiast się resocjalizować, obrobili muzeum" informuje nas o dokonaniach tego typu młodzieży -
     "Grupa tzw. trudnej młodzieży odwiedziła muzeum w Sobiborze. Młodych ludzi skusiły pieniądze, eksponaty, a nawet marker i odświeżacz powietrza. Swój łup ukryli w autokarze, w kanapkach, skarpetkach, a nawet w założonym gipsie jednego z wycieczkowiczów. Młodzi uczestnicy wycieczki ukradli pieniądze i uszkodzili eksponaty. Gdy większość wycieczkowiczów zwiedzała obiekt, kilku pod pretekstem skorzystania z toalety weszło do pomieszczeń służbowych muzeum. Ukradli stamtąd m.in. bloczki biletowe, 1,2 tys. zł w bilonie i 50-złotowy banknot. Przesłuchanie i przeszukanie pół setki osób zajęło policjantom ponad 12 godzin. Części łupów sprawcy próbowali się pozbyć już na komendzie, spuszczając je w toalecie. Ta sama wycieczka odwiedziła wcześniej synagogę we Włodawie. Młodzi ludzie zniszczyli tam tradycyjną zasłonę szafy ołtarzowej oraz powyrywali kartki z modlitewnika".
     Ponieważ nie przysporzyłem naszemu Państwu większych problemów wychowawczych, przeto nikt nie zaproponował mi tak ciekawej a darmowej wycieczki, z której mógłbym coś interesującego wynieść (w mniej dosłownym znaczeniu; pewnie im wychowawca nadmienił coś o wyniesieniu, ale zrozumiano go opacznie...). Za powyższe straty i koszty śledztwa i procesu oraz dalszego wypoczynku, Państwo zapłaci z naszych podatków, ale wstydzić się, to już musi każdy z nas za takich współrodaków.

    Nurzyć, nużyć i nóżyć (17 września 2009)
    "Angorka" nr 37 zamieszcza notkę "Magiczny basen" informując, że "W Niemczech jest basen, w którym pod wodą słychać muzykę. Można zachwycać się gamą barw i muzyką. Co śmieszniejsze, słychać ją tylko wtedy, kiedy zanuży się głowę pod wodę. Z atrakcji korzystają dzieci i dorośli, jednak ze względów zdrowotnych nie można kąpać się dłużej niż 20 minut".
    Teraz wiadomo, dlaczego głowę zanużono pod wodą, nie zaś zanurzono - po 20 minutach barwne i foniczne atrakcje zaczynają jednak nużyć i to w tak znacznym stopniu, że głowa jest tylko trochę zanurzona, ale za to jest totalnie zanużona od tej całej kakofonii, co powoduje utratę ortograficznego związku głowy z nurzaniem na rzecz coraz silniejszego nużenia... Na drugim końcu człowieka mamy nogi i fonetycznie podobny problem - pozbawianie kończyn dolnych to odnóżanie, stąd pewnie powiedzonko dotyczące dbałości o te kończyny: "lecz się na nogi, bo na głowę jest za późno". Oczywiście nie dotyczy to artykułu, bowiem notka jest ciekawa a i usterka przecież sympatyczna.
    Podano tamże listę zwycięzców konkursów "Angorki" przeznaczonych dla młodzieży i dzieci - jednym z tryumfatorów został Ł. Osesek z Piły, który na społecznościowym portalu ma fotkę (zmaga się z urządzeniem piwnym typu dystrybutor, nawiązującym do rodzinnego miasta; jednak brzeszczot to zły trop).
    Przy okazji sugestywnych nazwisk - dzisiaj w akcji ratunkowej (po zderzeniu dwóch tirów) brał udział strażak p. Iskierka, zaś parę dni temu na wizji przemknął redaktor p. Bełkot. Sportowe Trójmiasto żyje informacją, że piłkarz Ława zagra swój 150. mecz, zatem raczej nie zwykł grzać ławy podczas meczów. Niektórzy pozytywnie reagują na widok kominiarza, ale są i tacy, co polepszają swoje samopoczucie sympatycznym związkiem osób z ich zawodami, funkcjami albo z oryginalnymi sytuacjami.

    Szlachetne matki (18 września 2009)
    Aktor Keanu Reeves (bohater "Matrixa") podda sie testom DNA, aby udowodnić, że nie jest ojcem młodych Kanadów. 46-letnia Karen Sala wniosła na salę rozpraw sprawę o uznanie, że choć jedno jej dziecko ma za tatusia pana Keanu. Za oceanem nie bawią się w jakieś drobne alimenty - pani dla swych dzieci chce być prawdziwą matką, bowiem żądana kwota to 150 tys. dolarów (nawet jeśli tylko kanadyjskich) miesięcznie liczonych od 1988 roku, czyli od ponad 20 lat. Za taką sumkę, to gdyby tylko jedno dziecię było trafionym "szczęśliwym losem", pozwoliłoby na utrzymanie wysokiego poziomu życia całej tej matczyno-dziecięcej spółdzielni (choć latorośle są już cokolwiek wyrośnięte).
    U nas mamy z kolei przypadek, że surogatka (matka zastępcza), nie bacząc na warunki umowy i "zapominając" o pobranych należnościach (niezgłoszonych do skarbówki) oraz mająca kłopoty z ustaleniem ojcostwa innych dzieci (także ich dokładnej liczby), postanowiła wystąpić w mediach oraz do sądu, aby to jej przyznano prawo do najmłodszego dziecka. W domu bieda piszczy, warunki bytowe i mieszkaniowe niczym w slamsie, niektóre dzieci są po rodzinach zastępczych, ale pani już sobie planuje życie z tak liczną gromadką (jednak bez choćby jednego tatusia) bazując na marzeniach: sąd jej przyzna dziecko oraz wysokie alimenty od biologicznego a bogatego taty, co pozwoli jej na godne życie z całą rodzinką, bowiem w życiu nigdy nie pracowała zawodowo.
    Niejako macierzyństwo stało się nagle jej powołaniem, wręcz nakazem od Boga lub Natury, kiedy zorientowała się w zamożności wykolegowanego małżeństwa. Ponieważ media sprawę odpowiednio nagłośniły, przeto mama liczy także (a dlaczego nie?) na uzyskanie ładnego mieszkania o godnej powierzchni, na bieżącą pomoc opieki społecznej i na liczne paczki dosyłane przez wzruszonych telewidzów.
    Wiele wielodzietnych matek ma ogromne serca, które każą walczyć im o szczęście swych dzieci stosując zasady loterii - obstawiaj przynajmniej jednego tatusia, a cała rodzina może się wyżywi. I nie zależy to od geografii - tak jest w Polsce, Kanadzie i na całym świecie. Właściwie to nie wiadomo, czy się oburzać, czy fascynować zaradnością a może prawdziwą miłością do swych dzieci?
    Z pewnością część społeczeństwa popiera takie matki (wierząc w ich macierzyńską miłość), ale bodaj większa część uważa je za kobiety (najoględniej określając) zaradne, które chcą wykorzystać naiwność sądu, już widząc sporą mamonę w zasięgu niezaradnych matczynych rączek.
    PS  Hrabiemu powinęła się jedna z kończyn podczas zażyłej znajomości. Przyjeżdża do niezamożnych rodziców panny (tej od powinięcia) i oznajmia, że jako dżentelmen przekaże dziecku pokaźny majątek. Zadowolony rodzic frywolnej córki, zaniepokojony teoretyczną możliwością innego rozwiązania, pyta za drzwiami -  Panie hrabio! A jeśli córka poroni, czy pan da nam jeszcze jedną szansę?
    O szczęście trzeba walczyć w każdym miejscu, zwłaszcza na stanowisku matki.

    Ploteczki "Faktu" (18 września 2009)
    "Gwiazdy" (dodatek "Faktu") na str. 16 informuje nas, że pewna aktorka ma majteczki w paseczki oraz że (układ wersów wg czasopisma) -
"Gwiazda serialu '39 i pół' najwyraźniej nie ma nic do
ukrycia. Magda Lamparska (21 l.) postanowiła pochwa-
lić się światu, że nosi nie tylko kolorowe
młodzieżowe ubrania, ale również
bieliznę. Ale czy jej mateczki w pa-
seczki są aż tak niezwykłe, by pre-
zentować je w całej okazałości?".
    Na zdjęciu widoczna jest sympatyczna aktorka z widocznymi dwoma kolorowymi szmatkami połączonymi ze sobą u góry barwnymi sznurowadełkami, które niedyskretnie rzucają się nam w oczy w okolicy bioder, jednak nie widać całych tych nowoczesnych niewymownych, jedynie ich top, a po polsku szczyt, co może ewentualnie jakiemuś panu skojarzyć się z innym podobnym a ekscytującym słowem. Tak czy owak - prasa kłamie, bo jednak nie zaprezentowano ich w całej okazałości!
    Natomiast - czy aktorka "najwyraźniej nie ma nic do ukrycia"? Także to nieprawda, bowiem wiele spraw jest całkowicie zakrytych, a z pewnością nie można uświadczyć elementów nawiązujących do pierwszego podzielonego słowa w drugim wersecie.
    Aby nie było niedomówień, tuż poniżej zamieszczono wielce odkrywczą (jednak coś tam odkryto!) sentencję pani Megan Fox -
"Kobiety rządzą światem, ponieważ mają waginę". Ciekawe, czy to przypadek, czy świadome przeniesienie wyrazu i nawiązanie do śmiałej sentencji?

    Na następnej stronie porażono nas niemal elektryczną wiadomością pod wysokim napięciem, że wśród kochanek Farella nie mogło zabraknąć seksbomby o elektryzujących danych - Carmen Electra. Elektryczną, bowiem oba nazwiska nawiązują do elektrycznego urządzenia grzewczego zwanego farelką.
    Na str. 38 zaanonsowano film - "Owen Wilson po rozstaniu z aktorką Kate Hudson próbował popełnić samobójstwo. W piątek zobaczymy go w filmie "Kowboj z Szanghaju", gdzie gra nieudolnego rabusia". Czyli nie wychodzi mu na całego - tak w filmie, jak i w realu.
    Za kółkiem (kierownicą) pokazano naszą eksportową gwiazdkę, a jakże - z wybujałymi akcesoriami  (jednak bez pełnej krasy) w równie wybujałym a szybkim aucie, czyli pannę Igę Wyrwał. I któż by tego kompletu snadnie nie wyrwał?

Kiedy jakiś pan wyma-
chuje swoim argumentem,
to normalni faceci pochwa-
lają Naturę za dar istnienia pań.

    Amerykanie mają kłopoty z datami (19 września 2009)
    Amerykanie słyną z doskonałych procedur, ale ostatnio mają szereg wpadek i to na delikatnym polu, bo na swoim specjalnym - wykonywanie ostatecznej kary.
    Oto media informują, że kat powstrzymał egzekucję, bowiem nie mógł u skazańca (Romell Broom) znaleźć żyły. W koszmarnej sytuacji lepiej znalazł się ów Broom, ponieważ to on pomagał (jednak bezskutecznie) w poszukiwaniu miejsca na odpowiednie wkłucie. Za tydzień ponowne zmagania z igłą.
    Amerykanie mają kłopoty także z ustalaniem daty wykonania kary śmierci. Datę egzekucji snajpera (John Allen Muhammad), który siedem lat temu sterroryzował Waszyngton i okolice (od strzałów zginęło wówczas 10 osób), określono na 9 listopada. Termin został jednak zmieniony, ponieważ skazany chce odwołać się do Sądu Najwyższego i prosić gubernatora o prawo łaski, zaś 9 listopada to poniedziałek. Jak wyjaśniono - w niedzielę nieczynne są urzędy i pisemna decyzja mogłaby nie dotrzeć do chwili wykonania egzekucji. Dlatego termin przesunięto o jeden dzień, by nie poprzedzał go weekend. Jakże to? Mają taką wprawę w tych sprawach, mordercy latami oczekują na wykonanie wyroku, a urzędasy nie potrafią fachowo ustalić przyzwoitej daty? Nie wiedzą, że poniedziałki są martwymi (sic!) dniami dla tego typu spraw, a ponadto... nie są lubiane w większości państw?
    Jeśli myślimy, że Amerykanie tylko u siebie mają kłopoty z ustalaniem dat, to jesteśmy w błędzie. Oni zachowują się jak słonie w składzie porcelany także poza granicami USA. Wszyscy pamiętamy, że ich najsłynniejsza piosenkarka prowokacyjnie ustaliła termin swego koncertu w Warszawie na nasze wielkie święto 15 sierpnia br.? Niedługo trzeba było czekać! Oto Amerykanie zaskoczyli nas wycofaniem się z projektu instalowania systemu tarczy. Mogli to uczynić dowolnego beznamiętnego dnia, ale uczynili to kiedy? Dokładnie trafili nas 17 września, czyli w 70. rocznicę napaści ZSRR na Polskę. Czy ci ludzie nie mają doradców, którzy mają jakieś choć mizerne pojęcie o naszej historii, nie mają inteligentnych dyplomatów, którzy wiedzą, co to wrażliwość i etykieta? Skandal!
    Przecież w podobnej sytuacji, żaden inny rząd nie dostarczyłby Amerykanom zaskakujących decyzji dotyczących terroryzmu akurat dokładnie 11 września.
Kiedy znowu ważniacy tego dzielnego narodu wykażą się ponownie całkowitym brakiem rozumu?

                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna