Komentarze 2009 (X-XII)
Czy to jest w porządku? (5 października 2009)
"Angora" (nr 41) informuje, że "Super Express" dotarł do skrywanej rodzinnej tajemnicy posła Pawła Kowala (PiS). Otóż jego brat, Grzegorz K., wyszedł był z więzienia po odbyciu trzyletniego wyroku za pedofilię.
Nie przepadam za tym posłem, ale czy ujawnienie tego faktu nie przekracza zasad etyki dziennikarskiej? Być może "SE" ma obniżone standardy, ale "Angora"? A każdy, kto omawia ten temat w ramach dyskusji (w tym niżej podpisany) - czyż dodatkowo nie rozpowszechnia informacji, choć uważa, że to nieeleganckie? A gdyby tak przejrzeć rodziny wszystkich polskich dziennikarzy, to ileż niemoralnych lub przestępczych spraw wyszłoby na jaw?
Ale co tam dziennikarskie rodziny - większość polskich rodzin (gdyby dobrze pogrzebać) ma coś do ukrycia (rozwody, aborcje, szwindle...). Czy odpowiadamy za swoich braci i kuzynów?
Córka prawicowego prezydenta RP rozwiodła się i wyszła ponownie za mąż, ale za pana, którego ojciec należy do lewicowej partii, choć jej rodzice przywiązują (zwłaszcza podczas kampanii wyborczych) wielkie znaczenie dla tradycyjnego katolickiego wychowania i tu można byłoby uznać wpływ rodziców na swe dziecko - wprawdzie dorosłe, jednak zawsze. Ale brat najczęściej bywa poza zasięgiem wpływu rodzeństwa...
No i mamy stałą sztuczkę z inicjałem nazwiska (znaną bodaj tylko polskiemu prawodawstwu) - niby wszystko zgodnie z prawem, jednak przecież ujawniono za jednym zamachem nie tylko dane przestępcy, ale również jego brata. Jak zatem ma się to do problemu ochrony danych osobowych p. GK oraz do naruszenia dobrego imienia posła Pawła Kowala? Czy polscy prawnicy potrafią wycenić owo wykroczenie w złotych? A co na to rzecznik praw obywatelskich, który parę tygodni temu uznał, że przepisy chroniące dane są - najoględniej pisząc - niefortunne?
Można także wspomnieć, że na Wybrzeżu pewna niezbyt znana pisarka została skrytykowana w internecie przez równie nieznanego pismaka, który jedynie napomknął jej inicjały i to wystarczyło, aby owa pani zażyczyła sobie przeprosin i 20 tysięcy zł odszkodowania oraz aby gdański sąd wszczął całą procedurę przewidzianą zapewne prawem nowej RP, jednak pozostaje pytanie - dlaczego media nagminnie łamią prawo i nic im złego z tego powodu się nie dzieje (a przecież kształtują w ten sposób pewne moralne zwyczaje przejmowane przez społeczeństwo), zaś w przypadku lokalnych drobnych spraw wytaczane są wielkie działa i zatrudniani są prawnicy, którzy swój czas powinni pożytkować na ściganiu prawdziwych przestępców grasujących po Polsce?
Informacja zza oceanu - redakcja "Wprost" ma wypłacić odszkodowanie 5 mln dolarów, ponieważ kłamała w sprawie córki p. W. Cimoszewicza. Inna sprawa - w jaki sposób można wyegzekwować ową sumę (przecież redakcja z pewnością nie pali się do przelania dość astronomicznej kwoty zasądzonej przez amerykański sąd). Znane są zasądzone odszkodowania znacznie większe, jednak bywają pośród nich niespłacone lub nawet niespłacalne.
PS 5 października 2009 rozpoczęto proces w sprawie posłanki Sawickiej. Pierwszy raz chyba transmitowano taki spektakl i dlatego sąd zachował się dość niefrasobliwie - otóż po wyrażeniu zgody na to nowatorskie przedsięwzięcie, osoby podejrzane opowiadały szczegółowo o swoim wykształceniu, o przebiegu pracy zawodowej oraz podały dokładne adresy zamieszkania! A to już jednak skandal, ponieważ ujawniono zbyt wiele danych osobowych opinii publicznej! Dziwię się sądowi oraz mecenasom wysokiej klasy, że znając procedury nie zaingerowali we właściwym momencie w przebieg składanych oświadczeń...Logika mile widziana (6 października 2009)
"Fakt" (25 września 2009) zamieszcza dramatyczne zdjęcie, na którym widać dwóch chłopaków przytulonych do końcowej ściany tramwaju i ryzykownie uwieszonych na dachu wagonu.
Notka grzmi (słusznie!) - "Takie zabawy mogą skończyć się śmiercią! Małolaci z Gdańska wynaleźli sobie nową rozrywkę - jeżdżą na tylnych zderzakach tramwajów. Wystarczy chwila nieuwagi i tragedia gotowa!"
"Wariackie wyczyny nastolatków" (taki jest też tytuł notki) niewątpliwie zasługują na najsurowszą krytykę, jednak czy dziennikarz nie powinien być bardziej krytyczny wobec praw logiki? Pisze bowiem - "Zeskoczyli po kilkuset metrach. Wystarczył jeden fałszywy ruch, a dzieciaki wpadłyby pod koła".
Otóż na zdjęciu widać, że najbliższe koła znajdują się parę metrów przed chłopcami i nie jest możliwe wpaść pod nie! Gdyby spadli, to mogłoby oczywiście dojść do tragedii, jednak nie wpadliby pod koła tego tramwaju z oczywistych powodów (gdyby to była przednia ściana pojazdu, to zmieniłaby się całkowicie ocena sytuacji, ale też z nich musieliby być samobójcy, zaś motorniczy z pewnością by jednak nie kontynuował jazdy mając ich przed szybą swej kabiny). Zatem - popierajmy słuszną krytykę zawartą w prasie, jednak niech przekaz medialny nie zawiera błędów logicznych...
PS Gdyby jednak autor notki miał na myśli koła pojazdów jadących obok tramwaju, to powinien o tym napisać, bowiem każdy element wymieniony w tekście (ściana, zderzak, szyba, koła) łączymy logicznie z tramwajem, chyba że sprecyzowano by, że chodzi o element motocykla, koparki, auta lub o walca drogowego...Superdokładność (7 października 2009)
"Angora" (nr 41) informuje (a dokładniej - "Angorka"), że wenezuelski astronom Orlando Naranjo zainicjował Światowy Rok Astronomii, w ramach którego prosi młodzież z różnych krajów, aby nadawała nazwy małym ciałom niebieskim odkrywanym przez niego.
Ostatnio zadanie powierzył polskiej młodzieży, która ma nazwać asteroidę o numerze 66189. Zwycięska nazwa zostanie wpisana do atlasów nieba, zaś jej autor otrzyma solidny teleskop.
Całkiem sympatyczny pan i o przyjaznym nastawieniu do świata, w tym do najmłodszych jego mieszkańców.
Ale zaskakująca jest informacja zawarta w ostatnim akapicie - "Nr 66189 krąży w odległości ok. 491279407,34 km od Ziemi". A to ci dokładność! Nie dość, że "około", to jeszcze podano z dokładnością do 10 metrów - 491 milionów 279 tysięcy 407 km oraz 340 metrów! A nie wystarczyłoby podać (skoro w przybliżeniu; tu ok. 2%) - ok. 500 mln km?
Czarowi tej "precyzyjnej" liczby uległo wielu dziennikarzy - w internecie można znaleźć całą masę mediów bezkrytycznie powołujących się na tę superdokładną liczbę.
A przy okazji - skoro wiadomo, że Księżyc i Słońce nie krążą w stałej odległości od Ziemi, to dlaczego podano tak dokładną (i stałą) odległość owej asteroidy od Ziemi? I od jej środka, czy od powierzchni (a to już parę tysięcy kilometrów różnicy)? Czy od średniego poziomu morza, czy od średniego poziomu lądów (a to kilkaset metrów dodatkowej różnicy)?
Wikipedia podaje, że ów astronom odkrył już około 500 asteroid, zaś ta "nasza" okrąża Słońce w ciągu 3 lat i 190 dni w średniej odległości 2,31 j.a. (jednostka astronomiczna to średnia odległość Ziemi od Słońca, czyli 149 597 870 691 km). Po przemnożeniu 2,31przez 150 otrzymamy liczbę, której brakuje ok. 150 mln km do podanych 491 mln km! A skoro Wikipedia twierdzi, że asteroida porusza się po elipsie i to wokół Słońca (nie Ziemi!), to jakie znaczenie dla nas ma podawanie aż tak dokładnej jej odległości od naszej planety?
Ponieważ Ziemia oraz asteroida nr 66189 poruszają się z zawrotnymi prędkościami wokół Słońca a do tego w różnych kierunkach i płaszczyznach, zatem kto mógł wpaść na pomysł podania konkretnej odległości bez sprecyzowania momentu pomiaru, pomijając już nawet tę groteskową dokładność?PS Dowcip o przewodniku, który oprowadza grupę po górach:
- Widzicie tamtą górę, o tam?
- Widzimy. Jakaś szczególna?
- Ma ona 3 000 000 044 lat!
- A skąd Pan wie tak dokładnie?
- Kiedy byłem uczniem, to nauczyciel opowiadał mi, że góra ma 3 miliardy lat...Wspomnienie o Justynce i Kamilce (8 października 2009)
1 października 2009 w "Dzienniku Bałtyckim" ukazał się okolicznościowy nekrolog ku pamięci dwóch dziewczyn, które ponad rok temu zostały zmasakrowane na szosie przez Ich pijanego zmotoryzowanego sąsiada.Odeszłyście z naszych oczu, ale z serca nigdy. 8 sierpnia 2009 r. - to rok, jak nie ma wśród nas naszych kochanych córek
Justyny Kasjaniuk i Kamili Gołub.
"Niech świat o nas nie zapomina
Niech ziemia nadal czuje nasze ślady
Powietrze obok wciąż połyka wspólne oddechy
Wiatr całuje nam dłonie splecione..."
Cytat z wiersza Kamili Gołub.
Justynko i Kamilko, kochamy Was i tęsknimy bardzo. Rodzice(Pośmiertnie wydano tomik wierszy młodych poetek zabitych przez lokalnego pijaczynę).
Sięgnijmy do archiwów sprzed roku - Dwie 16-letnie dziewczyny (znakomite uczennice Zespołu Szkół w Cedrach Małych na Żuławach) zginęły w wypadku skutera prawidłowo jadącego w kierunku Sobieszewa, który został najechany przez opla prowadzonego przez pijanego kierowcę. Do tragedii doszło w Wiślince koło Gdańska. Po uderzeniu pasażerka skutera wypadła z niego i potoczyła się na przeciwległy pas ruchu. Tam została śmiertelnie potrącona przez inne auto nadjeżdżające z przeciwnego kierunku. Opel przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów pchając przed sobą zakleszczony skuter, wraz z kierującą nim dziewczyną, która także zginęła na miejscu.
Zabójcą okazał się pijany (w wydychanym powietrzu miał 2,4 promila alkoholu) 40-letni mężczyzna, któremu grozi do 12 lat pozbawienia wolności. Emerytowany wojskowy przyznał się do winy.
Czego brakuje w tego typu nekrologach? Prawo polskie powinno umożliwiać dopisywanie nazwiska zabójcy i to jeszcze przed zapadnięciem ostatecznego wyroku, wszak już po paru godzinach wiedziano, że zostało popełnione poważne przestępstwo z udziałem pijanego kierowcy. I w tej materii społeczeństwo, policja, sądownictwo nie tylko pozostawiają rodziny w osamotnieniu, ale nie wykazują zainteresowania nagłośnieniem sprawy, aby przestrzec kolejnych podobnych pijaków.
Trudno zrozumieć, dlaczego w ogłoszeniach każdy może wyrazić wdzięczność i podziękować dowolnemu obywatelowi za uratowanie życia, ale nie może wyrazić swego bólu i wpisać nazwiska kata pijanicy. To poważny sądowo-medialny błąd w orzecznictwie. Oczywiście, wszelkiej maści prawnicy będą dbać raczej o "dobre imię" przestępcy i jego rodziny, bowiem cóż to jest dobre imię zabitych? Nic nieznaczące określenie, a na pewno mniej znaczące, niż winnego kierowcy.
Każde opisanie tragedii z ujawnieniem danych osobowych zabójcy, spowoduje w przyszłości zmniejszenie liczby podobnych wypadków, bowiem większość ludzi jednak obawia się publicznego osądu, niemal wręcz medialnego linczu. Zmniejszyłaby się przychylność osób postronnych (często rodzin i znajomych) dla takich kierowców siadających po spożyciu alkoholu, bowiem potencjalna kara więzienia byłaby zwiększona o karę napiętnowania w środowisku. Do tego należałoby dodać poważne dolegliwości finansowe dla sprawcy, który powinien pokryć wszelkie straty spowodowane wypadkiem oraz koszty leczenia i pochówku, a także zasądzane wieloletnie renty dla poszkodowanych rodzin.
W rocznicę tragedii odbyła się msza św. i spotkanie na cmentarzu przy grobach Justyny i Kamili. W internecie upubliczniono stanowisko Ich rodzin -
"Czekamy na sprawiedliwy i surowy wyrok dla sprawcy tragedii. Z niepokojem słuchamy o kolejnych wnioskach o zwolnienie go z aresztu i tracimy nadzieję, że pozostanie w więzieniu na długie lata, jak na to zasłużył. Nigdy już nie będzie tak, jak przedtem, ale może surowe osądzenie sprawcy wypadku stanie się przestrogą dla innych kierowców, którzy wciąż nie myślą, że siadając za kierownica po wypiciu alkoholu niosą śmierć i cierpienie".
Oczywiście, że przestrogą nie będzie, bowiem w naszym demokratycznym państwie pijani kierowcy nic sobie nie robią ani z beznadziejnych przepisów, ani z ich interpretacji, ani z wyroków, ani ze statystyk. Albo nam, obywatelom i rządowi, zależy na poważnej i zdecydowanej walce z pijanymi kierowcami, albo nie zależy. Wszyscy wiedzą, że ustawodawcom nie zależy! Skandal! To należy bojkotować wybory albo domagać się zaostrzenia kar, w tym natychmiastowego ujawniania danych pijanych morderców szalejących w swych pojazdach. Co ciekawe - niektóre komendy policji prowadzą internetowe wykazy takich łotrów, jednak są one w mniejszości. Ponadto - każde ogłoszenie musi być zatwierdzone przez sąd.
Należy to zmienić - wszyscy zmotoryzowani pijacy powinni być zamieszczani w internecie natychmiast po stwierdzeniu alkoholu w organizmie, w szczególności należy podawać nazwiska morderców z opisem tragedii i adnotacją o ich miejscu przebywania. Inaczej nie zwalczymy tej plagi!
Dlaczego Los jest bezlitosny dla potrzebnych Polsce obywateli, zaś chroni zmotoryzowanych meneli?Nowa tradycja - obamanobel (10 października 2009)
Świat zdumiony, ale liczący na wielkiego amerykańskiego gołąbka pokoju.
10 października 2009 roku świat obiegła tyleż niespodziewana co zdumiewająca wieść z norweskiego Ośla, że sympatyczny (i lubiany przez niemal cały świat) prezydent USA, Barack Obama, otrzymał zasłużoną (a jakąż inną mógłby dostać?) pokojową nagrodę Nobla.
Świat do tej pory znał nagrody (roz)dawane za osiągnięcia, nie zaś za plany. Być może utrwali się ta najnowsza (rodem z Norwegii) tradycja (naukowo zwana procedurą) nadawania nagród, zatem należy wymyślić dla niej stosowną nazwę. Na początek proponuję atrakcyjną formę (raczkującą dopiero w polszczyźnie) 'ObamaNobel' albo znaną bardziej, jednak mniej atrakcyjną - 'Obama-Nobel'.
Wikipedia podaje obszerną listę eponimów (nazwy rzeczowników przejętych od znanych osób, rzadziej od zwierząt lub przedmiotów). Jeśli nazwa dotyczy nazwy własnej, to eponim taki piszemy od wielkiej litery (Ameryka, Boliwia, Disneyland). Jeśli nazywamy rzeczownik pospolity, to piszemy od małej litery (brajl, kałasznikow, rentgen). Z upływem czasu takich nagród pewnie będzie coraz więcej, zatem można skłonić się ku małoliterowej pisowni 'obamanobel'. Można poszperać w historii i znaleźć dawniej przyznane nagrody spełniające dzisiejsze "norweskie standardy" (na zachętę, na kredyt zaufania, na zmianę swoich zapatrywań w szlachetniejszym kierunku).
Zastanówmy się, kiedy Oślo mogłoby dawniej nadać takie obamanoble (a nie dało, choć może zmieniłoby to losy świata?)? Otóż kanclerz III Rzeszy, którego jakże twórczy i kulturalny naród wybrał na swego wodza w demokratycznych wyborach, mógłby otrzymać obamanobla za podpisanie układu w Monachium w 1938 r. Pokojowa nagroda obamanobla byłaby kolektywnie przyznana całej grupie mężów stanu, którzy na rok przed wybuchem II w.św. podpisali ten jakże pokojowy układ.
Niewykluczone, że p. Adolf zostałby zawstydzony i nawróciłby się na pokojową drogę oszczędzając ok. 50 mln istnień ludzkich i od dawna byłby uznawany za szlachetnego Niemca? Kolejnym laureatem mógłby zostać drugi wielki światowy wódz (z przeciwnej strony Polski), który po 22 czerwca 1941 r. zrozumiał, że zdradziecki Adolf jakże rychło zapomniał o wielowiekowej przyjaźni niemiecko-radzieckiej i na czas poparł właściwe światowe siły, które nie tylko zaczęły mu pomagać, ale również wybaczyły inwazję na Polskę 17 września 1939 oraz puściły w niepamięć wymordowanie i wywózki przyszłych swoich sojuszników.
Gdyby p. Józef otrzymał obamanobla, to może godnie wycofałby się z Niemiec Wschodnich (podobnie jak z Austrii w 1955 r.), wszak nie wypadałoby mu - jako udekorowanemu gołąbkowi pokoju - gnębić połowy Europy, że działań na jego terenach już mu nie wypominajmy.
Nagrody nowego typu mile będą widziane w szkołach, gdzie uczniowie nie powinni otrzymywać wyróżnień za swe prawdziwe dokonania, ale za same starania i plany. Jak sięgniemy pamięcią w nasze szkolne czasy, to z pewnością nieraz nauczyciel chwalił ucznia - wprawdzie słabo ci to wyszło, ale starałeś się, więc należy ci się pochwała lub lepsza ocena na zachętę; zresztą sami uczniowie przyłapani na swej niewiedzy masowo wyjaśniali - ależ uczyłem się całymi godzinami, tyle że... wyleciało mi to z głowy. Zatem obamanoble, to nagrody często rozdawane (nie tylko w szkołach, ale na uczeniach oraz w zakładach pracy), tyle że do tej pory chyba nie miały konkretnej nazwy... Ale na tak wysokim szczeblu, to jednak wielka siurpryza.Pochylanie nad pochylniami (13 października 2009)
Media pochylają się z rozmaitych powodów...
"Dziennik Bałtycki" (13 października 2009) pochyla się na losem przemysłu stoczniowego upadającego od paru lat, a to z pomocą Polaków (niejasne sprawy sprzed kilku lat w Stoczni Gdynia), a to bez pomocy Katarów (czy i oni będą wzywani przed naszą kolejną komisję sejmową?).
Od pewnego czasu furorę robią słowa "wpisywać się" oraz "pochylać się", zatem ostatnie artykuły prasowe wpisują się w ogólną polityczną atmosferę Polski. Można również wpisywać się (w tym znaczeniu znane od dawna) w księgę kondolencyjną przemysłu okrętowego.
Ale wracając do pochylania - gazeta cytuje gdyńskiego związkowca: "Hipokryzja wszystkich polityków PO, PiS i SLD jest tak ogromna, że nie zauważają oni, iż przez te wszystkie lata to oni właśnie powoli kopali grób stoczniowcom. Teraz pochylają się nad nimi, ale wtedy, kiedy im to pasuje".
Istotnie, słuszne spostrzeżenie - nie po raz pierwszy partie grają losami i na losach ludzi borykających się z mizernymi płacami albo z tracącymi pracę. Jednak to nie koniec pochylania - tuż niżej czytamy: " 'Aferę stoczniową' zbada także Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Śledczy pochylą się nad materiałem zebranym przez CBA".
Jeśli w pierwszym przypadku mamy do czynienia z przenośniami ('kopanie grobu' oraz 'pochylanie się'), to już w drugim przypadku owo 'pochylanie się' można rozumieć nawet dosłownie - oficerowie poukładają materiały z podsłuchu na wielkim stole i pochylą się nad nimi w skupieniu...
Prawdopodobnie nikt nie pójdzie do pudła, bowiem gdyby tam zamknięto wypachnionych przystojniaków (w tym Katarów, Kuwejtów, czy innych Arabów), to - jak ukazują głównie amerykańskie filmy - musieliby uważać, gdyby przyszło im pochylać się po mydło. Ale Katarzy, Kuwejci i inni Arabi zapewne nie przybędą do naszego pięknego kraju i nie złożą zeznań, zatem nie muszą pochylać się ani nad swoim zakatarzonym losem, ani nad losem bezrobotnych stoczniowców.
Stocznia to zakład pracy, w którym powstają statki. Wprawdzie niektóre mają doki (i nie mają pochylni), ale nazwa takiego zakładu pracy pochodzi od stoczenia się kadłuba po pochylni. Któż za PRL by pomyślał, że kiedyś w wolnej Polsce, to same stocznie zamienią się w stacznie (od ekonomicznego staczania się po równi pochyłej, czyli po... pochylni)? Pochylnie to urządzenia służące do (jak wspomniano) zsuwania wielkich, zwykle stalowych, budów wznoszonych w pocie i znoju przez naszych stoczniowców, którzy muszą szukać pracy poza Polską. Pochylmy się zatem nad losem i martwych już pochylni, i nad losem pochylonych od pracy, ciągle żywych, naszych Stoczniowców!Internet załatwiłby sprawę (13 października 2009)
Ile są warte orzeczenia izb lekarskich? Kto je respektuje?
"Dziennik Bałtycki" (13 października 2009) informuje o skandalicznej sprawie. Lekarz Marek L. pracował w zawodzie wbrew zakazowi orzeczonemu przez jedną z 24 izb lekarskich. Lekarz pracował kolejno w kilku miastach Pomorza i dopiero podczas pracy w szpitalu w Kartuzach "wyszło na jaw, że za nadużywanie alkoholu ma niejeden zakaz wykonywania zawodu". Prokurator wyjawia ponadto, że "sformułowaliśmy zarzuty wobec lekarza, ale nie można ustalić miejsca jego pobytu".
Prawdopodobnie "zakazany" lekarz udał się do kolejnego miasta w Polsce i tam spróbuje znaleźć miejsce pracy, w którym będzie walczył o życie współrodaków zgodnie z przysięgą. A może wyjedzie do innego państwa i tam będzie świadczył swe usługi, bowiem jeśli orzeczenie wydane przez polską izbę lekarską nie było respektowane przez lata w Polsce, to dlaczegóż miałoby być przeszkodą w świecie?
Gazeta wspomina - "Trudno powiedzieć, dlaczego lekarz z zakazem był zatrudniany w kolejnych placówkach. Prowadzimy centralny rejestr lekarzy, gdzie odnotowywane są czasowe i dożywotnie zakazy wykonywania zawodu orzekane przez sąd lekarski. Między izbami następuje przepływ informacji".
Jak to "trudno powiedzieć"? - dyrektor zatrudnia lekarza, bo dostaje w łapę (co jest jednak mało prawdopodobne) lub chce pomóc lekarzowi w trudnej sytuacji bytowo-zawodowej (co jest wielce prawdopodobne, wszak to szlachetny powód), zwłaszcza że może mieć kadrowe niedobory spowodowane wyjazdami z Polski.
Nie wspomniano, co grozi szefowi zatrudniającemu "zakazanego" lekarza, ale pewnie nic. I okazuje się, że nie dość, że izby lekarskie w bardzo nikłym zakresie zawieszają lekarzy w ich prawie wykonywania zawodu (nie to, co w bardziej cywilizowanych państwach), to jeszcze ich wyroki są nierespektowane! Oczywiście, jeśli lekarz jest słowiańskim pijakiem, to należy mu pomóc jak Słowianin Słowianinowi, ale może w inny sposób. Może niech pracuje jako siostra (a raczej brat)? Albo uznać, że polski pijący lekarz nie podlega polskiej jurysdykcji i będzie spokój - nikt nie będzie szukać taniej sensacji w mediach, że lekarz z zakazem pracuje sobie w paru miastach bez jakiejkolwiek kontroli.
A co na to unijne procedury, wszak od paru lat należymy do superpaństwa, gdzie poszanowanie wobec prawa stoi na wyższym poziomie niż u nas? No i po co wydawać miliony złotych na utrzymywanie izb lekarskich i całego systemu kontrolnego, skoro jest on niewiele wart? Sprawę można byłoby zracjonalizować - po prostu wszystkie dane dotyczące zawieszonych lekarzy byłyby zamieszczane w internecie, gdzie każdy obywatel (w tym dyrektor nie tylko polskiej kliniki) mógłby sprawdzić rozpatrywanego lekarza, ale Polska to kraj, gdzie najprostsze rozwiązania nie są do przyjęcia - zaraz RPO uzna, że to zbyt surowa kara dla poniewieranych doktorów, zaś poprą go (po cichu) lekarze z samych... izb lekarskich, bowiem istnieje coś takiego jak solidarność zawodowa, szczególnie w Polsce. I dlatego będziemy mieli nadal takie kuriozalne sytuacje, kiedy to lekarz po wieloletnich perturbacjach będzie w końcu zawieszany ku satysfakcji paru poszkodowanych pacjentów, ale niczego z tego sobie robić nie będzie (czego dowodzi opisany przykład), bowiem znajdzie pracę w innym mieście u życzliwego i wyrozumiałego kolegi po fachu. A my, społeczeństwo, możemy im skoczyć na pukiel.Wysiedlenia w polskim Gdańsku i w niemieckiej Gdyni (13 października 2009)
Eksmisyjny skandal w polskim Gdańsku i to w rocznicę totalnej eksmisji w niemieckiej Gdyni.
"Dziennik Bałtycki" (13 października 2009) opisuje skandaliczną sprawę w obszernym artykule (już dzień wcześniej zasygnalizowano sprawę, ale obecnie to wybuchła prawdziwa medialna awantura). Otóż urzędnicy biura obsługi mieszkańców na gdańskich Aniołkach (sic!) wyrzucili na bruk rodzinę, która od paru lat opłacała czynsz i remontowała domostwo ze swoich skromnych przychodów.
Czytamy - "Poprzewracali meble, wyłamali drzwi, wybili okna, wyrwali kable".
Podobno mieli prawo eksmitować rodzinę, ale oburzenie wywołała niezwykle dewastacyjna forma wysiedlenia.
Otóż - "W piątek rano zjawiła się ekipa i asystujący policjanci. Lokator usłyszał, że ma 15 minut na zabranie swoich rzeczy. Zanim do niego dotarło, co się dzieje, już robotnicy młotami rozbijali okna, ściany, zrywali podłogę i burzyli kaflowy piec. Wszystkiemu przyglądał się inspektor nadzoru".
Terenowy RPO ma szereg zarzutów - naruszenie godności lokatorów i niszczenie ich mienia. "Jego zdumienie budzi sposób, w jaki lokatorom kazano opuścić dom. Z ludzkiego punktu widzenia takie traktowanie jest niedopuszczalne i nie możemy na nie przyzwalać".
Co na to dyrektor ds. Gospodarki Zasobami (ale pewnie nie ludzkimi, wręcz nieludzkimi)? On uważa, że "praca została wykonana zgodnie z przepisami". To może tę "pracę" i przepisy opiszemy za granicą, w cywilizowanych państwach naszej Unii? Niech poczytają, w jaki sposób polscy, ale już unijni, urzędnicy obchodzą się z ludźmi drugiej kategorii! Jedna z urzędniczek drzewa i bramę wjazdową sprzed domu wywiozła do siebie na działkę, ale ów szefuńcio i na to ma odpowiedź - "Nie wierzę, że to zrobiła, bo to jak strzał we własne kolano. Może po prostu wzięła te rzeczy na przechowanie".
Szok i skandal! I to w mieście będącym kolebką "Solidarności", w Gdańsku! To na 7. stronie, ale już dwie strony dalej czytamy - "Równo 70 lat temu niemieckie wojska rozpoczęły wysiedlanie mieszkańców Gdyni. Domy i dobytek straciło wówczas blisko 70 tys. gdynian. Dziś odbędą się uroczystości upamiętniające tę bolesną rocznicę".
Cóż można tu dodać? W rocznicę wypędzenia (eksmisji, podczas nazistowskiego terroru) gdynian wypędzono (eksmitowano, w wolnej III a nawet IV RP!) starszych gdańszczan. Także zgodnie z prawem! Również strzelano, tyle że nie w kolano i nie w przenośni. Hańba!
PS Po czterech dniach ta sama gazeta cytuje Macieja Lisickiego, wiceprezydenta Gdańska - "Pracę swoich urzędników oceniam wysoko. Ci ludzie od początku byli tam nielegalnie, przestańcie się litować nad przestępcami". Co za człowiek! Skandal! I to w mieście, w którym wielu stoczniowców było ongiś przestępcami, a którzy zmieniali Polskę w kraj, w którym ów pan został (chyba jednak omyłkowo) wiceprezydentem.Mądry Polak po szkodzie? Nie! (14 października 2009)
Media podają - tysiące gospodarstw pozbawionych energii elektrycznej, dziesiątki aut zniszczonych przez upadające drzewa albo ich konary, a bywają także ofiary śmiertelne. Opisywane nawałnice zdarzają się zwykle jesienią i wiosną. Co parę miesięcy rozważamy te same problemy! Linie energetyczne są przerywane przez porywiste wiatry, zwłaszcza na niestarannie wykonanych złączach oraz pod obciążeniem mokrego śniegu albo pod upadającymi drzewami lub ich fragmentami. Bywa, że przerwany przewód zabija przechodnia, który w ciemnościach nie widzi wijącego się po ziemi zabójcy.
Wielu z tych wypadków i awarii można byłoby uniknąć - wystarczyłoby co rok przeglądać linie energetyczne pod względem ewentualnych kolizji z drzewami. Jeśli wysokość drzewa (w myślach) przewrócimy wokół posadowienia w ziemi, to zauważymy, które z nich stanowią potencjalne zagrożenie i takie drzewa należy wyciąć albo jedynie obciąć konary od strony przewodów.
Podobnie jest z drzewami rosnącymi przy parkingach i jezdniach. Za uszkodzenia mienia i utratę życia lub zdrowia powinny odpowiadać struktury naszego państwa, które powinny w ramach 'przyjaznego państwa' mieć pieczę nad swoimi obywatelami, nawet w przypadku, jeśli upadające drzewa i przerywane przewody nie należą do państwa. Należy wprowadzić przepisy chroniące obywateli w omawianym zakresie (podobnie jak na drogach mamy ochronę Policji).
Dzisiaj pewna telestacja ukazała naszego rodaka, który przyjechał do Polski z Niemiec i pokazywał widzom swój (były) piękny samochód (stojący na osiedlowym parkingu), na który przewróciło się drzewo. Dowiedział się, czy spółdzielnia mieszkaniowa jest ubezpieczona od takich wypadków - okazuje się, że nie jest. Dzwonił do niemieckiego ubezpieczyciela z pytaniem o odszkodowanie - nie obejmuje, ale za rozbite... szyby dostanie ekwiwalent. Zdumiewający jest tutaj wątek owej spółdzielni - jak to jest? Mamy dwie spółdzielnie, z których jedna jest ubezpieczona w przeciwieństwie do drugiej. I jak? Ta zapobiegliwsza zapewnia (poprzez ubezpieczyciela) odszkodowanie dla właściciela wozu, zaś ta druga, mniej roztropna (ale tańsza w funkcjonowaniu) nie zapewnia?
Oczywiście, pozostaje żmudna droga sądowa, ale przecież przepisy ogólnopolskie powinny zmusić spółdzielnie do ubezpieczania się. A jeśli już dojdzie do uszkodzenia auta albo zranienia przechodnia, to prezes powinien być ukarany za nieubezpieczenie, zaś sama sądowa sprawa powinna trwać parę dni, nie zaś latami! W czym problem - jedno posiedzenie i natychmiastowy wyrok! I to powinien zapewnić nam Sejm oraz rząd RP!
Parę lat temu słynny był przypadek ciężkiego zranienia, którego doznała dziewczynka przebywająca na przykościelnym cmentarzu (spadł na nią konar). Proces ciągnął się latami, zaś odszkodowanie i renta miała być zapewniona poprzez... licytację kościółka i plebanii. Niestety, nie pamiętam zakończenia tej sprawy (władze kościelne proponowały 100 tys. zł, zaś matka żądała 400 tys. zł).
Czy ustawodawca po owej skandalizującej nauczce opracował nowe przepisy w tej materii, czy podobne przypadki będziemy rozważać co parę miesięcy? O, takimi sprawami powinien zajmować się w pierwszej kolejności nasz Sejm i rząd, nie zaś aferami!
Dzisiaj, ok. godz. 14, 7-letnia dziewczynka (pewnie tuż po szkole) wyszła z nieco starszym bratem pojeździć na łyżworolkach i została ciężko ranna przez spadającą gałąź. Wichury przewracają całą niemal Polskę, dorośli przemykają wyłącznie na najkrótszych trasach, ale dzieci idą w takie piekło jeździć na wrotkach... Gdzie rozum?
Kilka pociągów stanęło (chyba nie z wrażenia), kiedy przewrócone drzewa zatarasowały tory. Czyżby musiał ktoś zginąć, aby w końcu mądrzy Polacy powycinali drzewa w odpowiedniej odległości od szlaków kolejowych oraz skrócili je w zależności od ich odległości od torów?
O drzewach rosnących przy drogach (zabijających nie tylko z powodu zbyt małej odległości od jezdni, ale także wskutek wichrowych złamań) nie ma co pisać, bowiem "wylano hektolitry atramentu" w tej sprawie i niemal nikogo nie obchodzi niebezpieczna odległość od jezdni rosnących drzew.
Na koniec nie tyle drzewo, ale drewno, a dokładniej - odeskowanie sopockiego mola. Także dzisiaj pokazano sztormowe zniszczenia sporych fragmentów tej słynnej konstrukcji. Widać, że fale o wielkiej sile od dołu powybijały drewniane konstrukcje i powyrywały je, bowiem wykonawcy przybijali je gwoździami od góry. To szybka i tania metoda, ale grozi stosunkowo łatwym i niezamierzonym demontażem z powodów (nazwijmy to) przyrodniczych. Gdyby te elementy były łączone śrubami i nakrętkami, to nie doszłoby do widocznych w przekazach zniszczeń (jednak to droższe rozwiązanie).
Zatem - co ze szkodą w aspekcie Polaka?Pomyłka pilota przyczyną korka (15 października 2009)
Tym sensacyjnym tytułem zwiastuje "Interia" (14 października) swoje nietypowe wieści. Jeśli ktoś myślał, że pilot zabłądził nad plantacją drzewa korkowego i z powodu hałasu stwierdzono nagły przyrost (lub zanik) korka na pniu, to jest w błędzie. Okazuje się, że "Trzy samochody o ponadnormatywnej wysokości całkowicie zablokowały w środę rano drogę krajową nr 5 Poznań - Wrocław przed wjazdem do Leszna". Policja zorganizowała objazdy od strony Poznania, zaś kłopoty na trasie mogą potrwać nawet kilka godzin. Okazało się, że do zdarzenia doszło w wyniku pomyłki pilota, bowiem pojazdy powinny jechać wyznaczoną trasą, lecz zostały skierowane pod wiadukt i tam utknęły, zaś teraz trwa ich wycofywanie. Ciekawe, kto i ile zapłaci za pomyłkę pilota...
W połowie lat 60. mój św.p. wujek mógł kupić w Stanach (był tam na stypendium) małe autko za 100 dolarów, ale jego atrakcyjna cena byłaby unicestwiona kosztami transoceanicznego przewozu. Skończyło się na kupnie ładniejszego auta w kraju marki Ford Taunus 12M, co wówczas było sporym wydarzeniem, zwłaszcza w rodzinie (był to pierwszy 'samojezd' w naszej szeroko rozumianej familii). Taki samochód (także używany) widziałem w 1972 roku przed Pałacem Kultury i Nauki z ceną na szybie - 70 tys. zł (wówczas średnia płaca wynosiła 2,5 tys. zł).
Lubił tym wozem jeździć, a i - pewnie przy okazji - nieco poszpanować.
Do czasu. Kiedyś jechał nocą po pomorskiej szosie ze swoją żoną oraz dziećmi i nagle zalawirował. Ledwo udało się Mu szczęśliwie wyhamować wóz. Podbiegł do niego przejęty milicjant wołając - "Panie, życie panu niemiłe? Chcesz pan rodzinę wyprawić na drugi świat?". Okazało się, że na owej szosie wylądował pilot wespół z samolotem wojskowym i właśnie holowano ten powietrzny pojazd w inne miejsce. Albo to był on źle oznakowany i oświetlony, albo po prostu nikomu w aucie nie przyszło do głowy wypatrywać takiego dziwadła na swej drodze i to nocą, dość że nikt w aucie go nie zauważył w porę.
Wujek, wkrótce po tym wydarzeniu, odbił korek szampana i sprzedał to zamorskie cacko podczas ówczesnej przaśnej motoryzacyjnej naszej rzeczywistości, twierdząc, że jazda pociągiem jest wiele przyjemniejsza - można porozmawiać z ludźmi, poczytać książkę i przeanalizować problemy naukowe (był profesorem), a co najważniejsze, że nie trzeba godzinami wpatrywać się w monotonny szosowy pejzaż i odpowiadać za bezpieczeństwo swoje i innych ludzi. Już nigdy nie widziałem Go za kierownicą auta.
Takie to mogą być dziwne przypadki związane z pilotami i korkami na naszych drogach...
Pytanie do polonistów - czy 'korek' w dopełniaczu powinien być 'korku' (zator na drodze, nie 'korka') podobnie jak rozróżniamy 'tłok' ('tłoku', 'tłoka')? Jedno znaczenie - zjawisko, drugie - przedmiot pospolity.Od kiedy krycie jest przestępstwem? (17 października 2009)
Portal "Interia" (15 października 2009) zaskoczył swoich czytelników niecodziennym tytułem (niecodziennym, bowiem tytuł sugeruje raczej nocne zmagania) - "Cichocki popełnił przestępstwo kryjąc Schetynę?". Zdaniem zaprzyjaźnionego weterynarza, afera hazardowa wymaga, i owszem, dogłębnego zbadania, jednak czy aż tak dogłębnego?
Media to już się chyba obyczajowo pogubiły - z jednej strony wchodzą (zwłaszcza w kolorowych pisemkach) gwiazdom filmowym i estradowym z butami do serca, ale z drugiej strony większość (przynajmniej oficjalnie, czyli na pokaz) nie roztrząsa seksualnych preferencji, nawet jeśli zahaczają o zboczenie (jak twierdzą złośliwi).
A tutaj taka siurpryza! I co na to pp. Cichocki i Schetyna oraz ich rodziny, w tym żony? Jeśli dadzą sprawę do sądu, to tylko nagłośnią sprawę i już wszyscy będą wiedzieć, że podwładny krył szefa. A w sądzie, jak to w sądzie, prawnicy zarzucą ich kolejnymi delikatnymi pytaniami - jak często, czy zmieniano konfigurację, czy tacy się urodzili, czy przejęli modne zwyczaje kojarzące się raczej ze światem artystów? Czego nie uczynią, będzie źle.
Zawiadomienie o kryciu złożył do prokuratury poseł Antoni Macierewicz z PiS (no jasne! ta partia jakoś nie może się przestawić na właściwe a postępowe tory, choć PO, a zwłaszcza SLD, już dawno postawiły na właściwego konia pozyskując członków niedostępnych PiS-owi). Zdaniem Macierewicza (często mylonego z Maciarewiczem) Cichocki napisał nieprawdę w kalendarium prac premiera nad projektem zmian w ustawie o grach i zakładach wzajemnych. Także nie wyjaśnił, czy krycie było wzajemne, czy tylko zakłady były takowe. Może to ujawni, kiedy sprawa będzie przysychać i wówczas ją rozrusza?
Oczywiście, nas już nic nie zdziwi, bowiem wielu rodaków jawnie i śmiało obnosi się ze swoim (nie)szczęściem, organizowane są parady i porady dla gejów (nawet szkoły przygotowują się nie tylko do edukacji, ale i - podobno - do propagandy), zaś na drzewcach umieszczane są bodaj najładniejsze flagi (w kolorach ślicznej tęczy), jednak może cicho należałoby ujawniać manipulacje p. Cichockiego wobec okolic schabów p. Schetyny, wszak i dzieci to czytają, i co delikatniejsze damy, że o księżach jedynie wspomnimy (na koniec). Nie godzi się! Przecież to ich prywatne sprawy!
Ponieważ rzecz dotyczy kalendarium spotkań, jedno jest pewne (i to jest wyższość takich kontaktów ponad klasycznymi) - po trzech kwartałach nie grozi uczestnikom ukrytych spotkań niespodziewane powiększenie populacji, nie muszą myśleć o zabezpieczeniach na tę okoliczność, nie muszą kupować testerów, nie muszą rozważać cesarskiego cięcia, aby zachować urodę brzucha i dzięki temu mogą skupić się na cięciach budżetowych. I tak trzymać! Przynajmniej w przyjaźni męskiej a szorstkiej nie ma hazardu, nie to, co w przyjaźni mieszanej a niepewnej - tu mamy więcej dramatów brzemiennych w skutki z powodu niechcianej brzemienności.
Skoro ów dzielny poseł wszedł w delikatną materię krycia, to może w przyszłości ujawni coś z podobnie subtelnej dziedziny - kto komu kręcił lody (w branży chłodniczej) lub ciągnął druty (w branży hutniczej)?
W archiwum można znaleźć artykuł "Gazety Wyborczej" (czerwiec 2003), nawiązujący do powyższych problemów, które także są, niestety, udziałem najbardziej uduchowionej części społeczeństwa (całe szczęście, że zagranicznego) -
"Do dziesięciu lat grozi biskupowi w Arizonie, który prowadząc samochód, zabił przechodnia i zbiegł. Papież przyjął jego dymisję. Biskup oskarżany jest o krycie księży podejrzanych o pedofilię".
Stany to ciekawe państwo; mało kto wie, że jałowa inseminacja jest tam karalna. A nam, tu w Polsce, wmawiają, że jesteśmy homofobami...Znacjonalizować automaty! (20 października 2009)
19 października media podały, że są pierwsze zarzuty i to wobec... naukowców. Postawiono je dwóm politechnicznym uczonym i biznesmenowi w głośnym śledztwie dotyczącym afery hazardowej.
Obaj mają (a może raczej już "mieli") uprawnienia Ministerstwa Finansów do certyfikowania automatów do tzw. niskich wygranych. Obaj są dowodem, że w każdej grupie społecznej znajdą się łasuchy na kasę, byle tylko mieć dostęp do złotej żyły. Zaufanie powinno być ograniczone i kontrole takich ludzi częstsze, co z pewnością przysporzyłoby większych środków w budżecie państwa i zmniejszyłoby koszty wyłączania naszych obywateli ze społecznej współegzystencji (pobyt za kratami).
W Polsce są tysiące kontrolerów w rodzaju celników, policjantów i opisanych naukowców, którzy biorąc w łapę stosunkowo niewielkie pieniądze, rujnują skarb państwa na całe miliardy. Fakt, że latami owe automaty funkcjonują "z usterkami" i nikt za to się nie wziął jest świadectwem słabości państwa, jego kiepskiej jakości i skorumpowania wielu Polaków (w tej sferze, ale nie tylko), zatem jest to skandal sam w sobie, a gdyby nie afera z podsłuchem, to nadal byśmy żyli w błogiej nieświadomości!
Media nawet lansują pogląd, że wszystkie jednorękie bandyty są przekonstruowane i ich właściciele okradają państwo. Dlaczego służby uwikłane w prowokacyjne namawianie do złego znanych obywateli (co kompromituje te służby, plami dobre opinie tych obywatelach i sieje zamęt w kraju) nie zabierają się za cwaniaków od automatów? Tu dopiero jest kopalnia złotówek - przestawiony automat powinien być skonfiskowany. Właściciel powinien dostać domiar (a może nawet aresztowany), zaś na poczet powinien być zajęty jego majątek.
Ale my, Polacy, obserwujemy jakieś prowokacje na uczciwych lub w miarę uczciwych obywateli oraz widzimy w interwencyjnych programach hece z komornikami, którzy po chuligańsku eksmitują mniej lub bardziej winnych, jednak nieszczęśliwych i biednych ludzi, którzy tracą swój skromny majątek i cały świat im się wali, zaś milionowi cwaniacy mają się dobrze i jakoś nikt nie pamięta ich eksmisji z pałacowych posiadłości. Więc gdzie osławiona konstytucyjna sprawiedliwość? Gdzie państwo prawa? Mamy marionetkowe i głupkowate państwo! Wstyd!
Jeśli ustalono, że niemal wszystkie automaty są konstrukcyjnie fałszywe, czyli oszukują grających i skarb państwa, że wszyscy niemal działający w tej branży to oszuści, to winnych należy aresztować i rozliczyć, zaś sektor automatów należy upaństwowić. Państwo od paru lat tworzy przepisy, w tym ustala wielkości ryczałtów za pozwolenie funkcjonowania automatów i za przynoszenie bogactwa właścicielom. Trwa nieustanna walka pomiędzy właścicielami a państwem, jednak zawsze inteligencja tych pierwszych pozwoli na oszukanie tego drugiego.
Po znacjonalizowaniu zbędne będą przepisy typu "w jakiej należy wysokości ustalić ryczałt od automatu", właścicielem będziemy my wszyscy, w naszym imieniu będą kontrolować te urządzenia powołani urzędnicy, którym na ręce będą patrzeć powołane służby i może w końcu będzie to pierwszy bodaj przykład na to, że państwowe jest lepsze od prywatnego.
Oczywiście nie łudźmy się, kombinatorzy będą nadal, ale znacznie łatwiej będzie podejrzeć i usidlić drobnego cwaniaka, niż bogatego "biznesmena", bo ten ma całe zaplecze prawników gotowych wybronić go za jego kasę uzyskaną kosztem grających i nas, podatników.
Chyba nie jest znany przypadek biznesmena, który kombinował i stracił po procesach więcej niż nakradł. Pierwsze takie przypadki będą oznaczać, że Polska staje się państwem prawa i że nadchodzą czasy IV RP.Logika językowa (20 października 2009)
Tragiczny wypadek we Francji - 17 października 2009 zderzyły się dwa samoloty. Media podają - "Cztery osoby zginęły w zderzeniu dwóch samolotów turystycznych w pobliżu miasta La Rochelle. W katastrofie zginęło dwoje pilotów, w tym kobieta sterująca jedną z maszyn, oraz dwoje pasażerów".
"W katastrofie zginęło dwoje pilotów", czyli jedna kobieta i jeden mężczyzna, zatem zbędne jest dodawanie "w tym kobieta" i to "sterująca jednym z samolotów", wszak fragment zdania dotyczy pilotów i - jeśli nie chodzi o pilotów lecących w charakterze pasażerów, a takie domniemanie zawsze obowiązuje - ta uwaga również jest zbędna. Co ciekawe - pisano także o dwojgu pasażerów, jednak tutaj nie pokuszono się o dokładne wyjaśnienie składu pod względem płci. I słusznie, bowiem w naszym języku wyrazy "dwoje, oboje" oznaczają parę, czyli dwie różnopłciowe osoby. Dość łatwo można dojść do wniosku, że cztery osoby to dwie panie i dwóch panów.
Prawdopodobnie w każdym z samolotów leciała jedna para, choć możliwy jest inny układ - w jednej awionetce (tu będą protestować lotniczy fachowcy) leciały dwie panie, zaś w drugiej - dwóch panów albo w jednym samolocie jedna pani, w drugim trzy osoby, w tym jedna kobieta (i tak było - patrz PS, choć niektóre źródła podają, że w większym samolocie zginęło trzech mężczyzn, co jedynie potwierdza, że dokładne określanie składu pod względem płci jest nie tylko zbędne, ale i błędotwórcze).
Po umieszczeniu w Googlach krytykowanej frazy, pojawia się sporo mediów, które skopiowały sensację (chyba jednak bezkrytycznie) od "głównego dostawcy" wieści.
Oczywiście, jest to krótka notka, zatem pewnie redakcje nie chciały ująć nazbyt krótko tematu, gdyż wówczas cała informacja sprowadziłaby się do niepokojąco skromnego materiału...
Dla polskiego czytelnika istotna jest informacja, że "we Francji zderzyły się dwa niewielkie samoloty i że zginęły cztery osoby", zaś skład (struktura, przekrój) płciowy, wiekowy, narodowościowy, religijny, polityczny osób znajdujących się na pokładzie jest przecież drugorzędny (owszem, byłoby dla nas istotne, gdyby tamże zginął co najmniej jeden Polak albo jakiś światowy wip).
Doprawdy, czy jest ważne, że pilotem była pani albo pan? No, chyba że chciano wzbudzić seksistowskie nastroje pośród forumowiczów, co chyba się udało, sądząc po komentarzach...
Poza sprawami języka mamy także politykę. Otóż na miejsce wypadku udał się niezwłocznie (czyli natychmiast...) francuski wiceminister ds. transportu. A niby po co? Pewnie także w ramach budowania swego i rządowego imażu... Tam potrzebni są specjaliści - ratownicy, strażacy i zwykle lekarze. Politycy do polityki!PS
Ok. 10:50 4-miejscowy dolnopłat Océanair TC160 zderzył się na wysokości ok. 400 m z samolotem ultralekkim, który pilotowała 20-latka z aeroklubu koło Rochefort, wykonująca swój pierwszy samodzielny lot. Jej lot nadzorował instruktor z wieży kontroli lotu na rodzimym lotnisku aeroklubu.
Wątek seksistowski jest jednak trochę na miejscu (młoda, lotniczo niedoświadczona panna, samotnie walcząca ze sterem i to po raz pierwszy)... Gdyby instruktor leciał z ową pilotką, to albo ofiar byłoby więcej, albo nie doszłoby do wypadku, jednak nie było dla niego miejsca w tak małym samolocie. A co ze spadochronami?Seks w szkole, ale za zgodą rodziców (25 października 2009)
Śmiały powyższy tytuł artykułu ("Gazeta Wyborcza", 2 października 2009) oraz zamieszczone pod nim dane autora (pani A. Pezda) mogły być zanętą na przeciętnego czytelnika, przeto i tenże uznał, że warto zapoznać się z - jak sądził - odważnym tekstem.
Tytuł bowiem jasno sugeruje, że nowoczesna szkoła (średnia, wyższa) śmiało wychodzi naprzeciw oczekiwaniom nowoczesnego społeczeństwa i - wzorem niedawno opisywanego akademika, w którym uruchomiono agencję - wyodrębni jakąś nieczynną klasę (z powodu spadku demograficznego) na salkę spotkań towarzysko-praktycznych, aby choć nieco podnieść parę spraw, w tym ów statystyczny słupek kiepskiej demografii, a przynajmniej ustawi na korytarzach seksautomaty (cokolwiek by to nie znaczyło).
Jednak nie wiadomo, czy chodzi o seks ciała pedagogicznego (czyżby potrzebna była jakaś zgoda niemal emerytowanych rodziców ochoczych belfrów?), czy ciał cokolwiek gibszych a młodszych o przynajmniej jedno pokolenie, a może rozważane są związki delikatnej natury pomiędzy nauczycielami a uczniami?
Już pierwszy akapit wyjaśnił, że nie chodzi jednak o seks, lecz o edukację seksualną, co oznacza, że to kolejna dziennikarska sztuczka - coraz częściej tytuły są nadawane w mediach w formule bardziej atrakcyjnej, niżby to wynikało z tekstu.
Takie chwyty są często stosowane w internecie (kliknij na tytuł i irytuj się, że treść jemu nie odpowiada, zaś my mamy jedno zaliczenie więcej). Oczywiście (gdyby zapytać) - przecież tytuł nie może być zbyt rozwlekły (to spodziewany komentarz redakcji).
Skoro jednak zajrzano do artykułu, to można go podsumować potocznymi słowy:
- co czwarty rodak uważa, że seksedukacja (a nawet sekskoedukacja) w budzie powinna być obowiązkowa,
- nauczanie może prowadzić także katecheta,
- na zajęciach powinna być omawiana ochrona latorośli przed niechcianym potomstwem i przed wstydliwymi choróbskami oraz ma być wpajany szacun dla płci przeciwnej,
- młodzież powinna być instruowana, w jaki sposób budować trwały związek (minimum typu Związek Radziecki - 69 lat).
Nauka zwykle młodzieży kojarzy się z wkuwaniem, kuciem, stukaniem, pukaniem i... zaliczaniem.
Obserwując poziom edukacji młodzieży zachodniej Europy nie można nie dostrzec, że im więcej seksnauki w szkołach, tym więcej niechcianych ciąż u nastolatek (ale możliwe, że gdyby nie zajęcia, to byłoby ich jeszcze więcej). To jakby u nas ponownie wprowadzić karę śmierci i poszerzać dziedziny przestępczości zagrożone tą karą a jednocześnie obserwować wzrost przestępczości... Wielu fachowców uważa, że nie ma związku pomiędzy istnieniem najwyższej kary a liczbą zabójstw, zatem w omawianej sferze może również uznać, że seksnauka nie ma większego sensu, bowiem i tak nie wpłynie na (nie)ostrożne umizgi w płynie.PS 25 października 2009 media informują - "13-latek będzie ojcem. Jego dziewczyna ma 14 lat". Uczniowie będą jednymi z najmłodszych rodziców na Wyspach. Wyliczono kilka innych par podając pełne nazwiska i niepełny (niepełnoletni) wiek (u nas to jednak większą mamy dyskrecję). Wielka Brytania od lat jest europejskim liderem pod względem liczby nastolatek zachodzących w ciążę. W 2007 roku niemal 43 tys. panienek zaszło w ciążę przed ukończeniem 18 lat i jest to jeden z najpoważniejszych problemów społecznych Brytów, zwłaszcza Brytyjek.
Przewidział własną śmierć i napisał o tym (1 listopada 2009)
Pod tym absorbującym tytułem o wojskowej sprawie informuje nas Onet (źródło CNN). Brytyjski płk.Thorneloe, który zginął latem w Afganistanie, ostrzegał na miesiąc przed swą śmiercią, że zbyt skromna flota helikopterów naraża bezpieczeństwo jego żołnierzy, którzy zamiast przemieszczać się ponad ziemią, muszą jeździć drogami ryzykując najechanie na miny. I w taki sposób zginął pułkownik, którego właśnie notatkę z proroctwem ujawniono.
W demokratycznych państwach panuje prawdziwe szaleństwo - już niemal nie obowiązuje tam tajemnica wojskowa; owszem, takie informacje można ujawniać parę lat po zakończeniu wojny. Bryci także mają przecieki (skąd my to znamy?) na swojej nieszczelnej wyspie - notatka pułkownika w niewyjaśnionych okolicznościach wyciekła do deputowanego Hollowaya (przed Helloween), który oburzył się na swoich wodzów i wyjawił powód ujawnienia notatki - "W chwili gdy okazało się, że ministerstwo obrony miało ofertę zakupu kolejnych helikopterów i wysłania ich do prowincji Helmand, lecz ją odrzuciło, uznałem, że miarka się przebrała". To nieco wyjaśnia nasze polskie niedomagania, które tak nas irytują w Iraku i w Afganistanie - skoro Bryci mają kłopoty finansowe w dziedzinie nowocześniejszego wyposażenia wojskowego, to cóż mamy my powiedzieć, biedne żuczki?
Ale opisana sprawa w aspekcie przydrożnych min sprzyja powstaniu pytania - a ilu z nas może przewidzieć swoją śmierć na naszych (pokojowych przecież!) drogach? Codziennie piętnastu z nas może napisać proroczą notatkę, która się ziści! Oczywiście - nikomu nie życzymy takiego końca, zwłaszcza w tak charakterystycznym dniu (1 listopada), jednak dzisiaj (jak co dnia) zginie nas ok. piętnastu. Właśnie media podały - "wczoraj zginęło 15 użytkowników dróg". A iluż (nie) miało zginąć? Przecież ta liczba podlega bezlitosnej statystyce. Owszem, danego dnia może zginąć tylko 10 osób, ale innego zginie 20, bowiem statystycznie zginie nas w tym roku ok. 5500.
Na początku wieku rządy Unii Europejskie, zaskoczone gwałtownie rosnącą liczbą śmiertelnych ofiar wypadków drogowych, zobowiązały się, że do 2010 liczba ofiar wypadków drogowych zostanie zmniejszona o połowę. Przykładowo Francja w 2001 miała równie fatalny wskaźnik co Polska - 134 zabitych na milion mieszkańców, obecnie zaś zeszła poniżej unijnej średniej i ma tylko 69 zabitych na milion mieszkańców. Na rok przed upływem terminu już wiadomo, że Polska nie zrealizuje tego celu - 8 lat temu na każdy milion mieszkańców Polski ginęło 145 osób, zaś w zeszłym roku - 143, zatem postęp jest, ale gdzie nam do Francji?!
A rodacy giną z wielu powodów - nieprzestrzeganie przepisów, kiepski stan pojazdów, brak autostrad, zniszczone drogi, przydrożne drzewa, alkohol towarzyszem kierowców. Zatem nie bądźmy prorokami i nie piszmy pamiętników, że możemy zginąć w wypadkach drogowych. Lepiej nie zapeszać, choć i tak wiadomo, że kilkunastu z nas to dzisiaj uczyni.Dać cepeliny nad dziurawą granicę! (2 listopada 2009)
Cała Polska została poruszona informacją na kilka godzin przed 1 listopada - wieczorem zaginął helikopter Straży Granicznej z trzema funkcjonariuszami podczas rutynowego patrolu. Przez kilkanaście godzin nie można było go zlokalizować, choć ciężarówki (i lepsze osobówki) posiadają systemy namierzające, zaś taki śmigłowiec kosztuje parę milionów złotych a ludzie są (jak to się mawia) bezcenni.
Okoliczni mieszkańcy słyszeli odgłosy katastrofy, zatem obszar poszukiwań był ściśle określony. Granica polsko-białoruska jest bodaj najbardziej strzeżoną granicą w tym rejonie Europy (NATO - postradzieccy sojusznicy) i oba państwa się skompromitowały, wszak można (jak widać) taką granicę traktować jak stary durszlak. Każdy śmigłowiec z obu stron może przelecieć tuż za granicę z przemytem, z nielegalnymi emigrantami a nawet rozbić się i... nic!
Oczywiście, ten śmigłowiec, gdyby wybuchły mu zbiorniki z paliwem, byłby wzrokowo namierzony natychmiast, ale Los był bezlitosny i obnażył kiepską ochronę wspólnej granicy przez oba państwa (w końcu wrak zlokalizowano na... węch - po zapachu paliwa lotniczego, jak podano). Z drugiej strony Los dał szansę załodze, skoro obyło się bez pożaru, jednak przez kilkanaście godzin poszukiwań, istniało znaczne prawdopodobieństwo zamarznięcia rannych a nieprzytomnych ludzi. Uprzedzając wszelkie tego typu spekulacje, poinformowano nasze społeczeństwo, że maszyna runęła wybijając metrowy lej i wyjaśniono, że załoga nie miała szans na przeżycie upadku, zatem zbyt długotrwała akcja ratunkowa rzekomo nie miała wpływu na jej ocalenie.
Nie wiem, czy nasza Straż Graniczna ma 5 czy 50 takich śmigłowców (pewnie dolne registry owego szacunku). Domyślam się, że przemytnicy słyszą nadlatujący helikopter a może nawet znają zwyczajowe godziny przelotów, zatem prawdziwych "fachowców" szmuglerskiego stanu takie loty zapewne zbytnio nie trwożą. Największe przestępstwa dokonywane są pewnie podczas wichrów i zamieci a wówczas latające cacuszka i tak nie latają.
Ciekawe, ile wynosi roczny koszt utrzymania naszej wschodniej powietrznej floty pogranicznej? Czy zastanawiano się nad innymi sposobami ochrony granic? Zamiast śmigłowca sterowiec? Nieruchome utrzymanie w powietrzu cepelina praktycznie nic nie kosztuje. W razie awarii z pewnością nie wbije się paroma tonami złomu tworząc metrowy lej i załoga ma większe szanse na przeżycie, zwłaszcza jeśli wewnątrz balonu wygospodarować komorę ratunkową - spadaliby na ziemię znacznie wolniej, niż w śmigłowcu i to wewnątrz elastycznej czaszy. Podczas upadku możliwe byłoby wcześniejsze odrzucenie zbiornika z paliwem i uniknięcie wybuchu pożaru po kolizji z ziemią.
Można także rozważyć zastosowanie bezzałogowych samolotów zdalnie sterowanych (z kamerami i noktowizorami) oraz takichże sterowców. Można zastanowić się nad postawieniem masztów z balonami przymocowanymi linkami i z odpowiednim wyposażeniem. Wzdłuż granicy można zbudować trakcję, po której przemieszczałyby się kamery na wózkach. Śmigłowce, ich remonty, obsługa (płace i odszkodowania w razie wypadku) oraz paliwo są coraz droższe, zaś kamery i elektronika wspomagająca jest coraz tańsza. Owe pomysły można realizować wespół z białoruską stroną, która przecież także posiada flotę śmigłowców i pewnie jest równie zainteresowana ochroną swej granicy przy możliwie niskich kosztach kontroli. A może powołać jedną a wspólną straż ochrony pogranicza? Z uwagi na rangę tej granicy, z pewnością uzyskano by unijne dofinansowanie.Dwaj szwajcarscy Polacy (3 listopada 2009)
Ostatnio w mediach głośno o dwóch naszych rodakach, których życiowe losy zagnały do (zwykle) cichej alpejskiej republiki.
Jeden wyjechał z PRL, bo dusił go gorset zniewolenia władzy ludowej, choć wielu innych reżyserów stworzyło jednak szereg polskich arcydzieł na naszej przaśnej ziemi. W dojrzałym wieku, jako sławny twórca i mieszkaniec Stanów Zjednoczonych, dopuścił się przestępstwa kryminalnego na tle seksualnym, za co w każdym cywilizowanym państwie grozi wysoki wyrok.
Drugi, z dość zamożnej rodziny, w 1970 roku napadł na staruszkę rabując sporą sumę pieniędzy, zabił ją i podpalił, kiedy jeszcze żyła. Gdyby miał ukończone 18 lat, to otrzymałby zapewne karę śmierci. Skazano go na 25 lat więzienia, jednak dzięki komuszym układom wyjechał z Polski w 1983 roku, podczas stanu wojennego, kiedy otrzymanie paszportu graniczyło z cudem. Po upadku komuny często bywał w Polsce i to na salonach, a nawet w sejmowych kuluarach. Ujęty po wielu latach na podstawie listu gończego, przywieziony do starej ojczyzny, w ekspresowym i zagadkowym tempie uzyskał ułaskawienie prezydenta A. Kwaśniewskiego.
Pierwszy przyjął nowe (typowo polskie) nazwisko (zmienione jeszcze przez ojca) nawiązujące do nazwy naszej krainy, drugi zaś zrezygnował z polskiego nazwiska po ojcu i przyjął (typowo niemieckie) po matce.
Pierwszy osiągnął sukces dzięki sobie, drugi zaś głównie dzięki koneksjom i poparciu, na jakie nie może liczyć znakomita większość z nas, choć nasza konstytucja formalnie wyklucza aż tak skrajne nierówności.
Pierwszy popełnił dużo mniejsze przestępstwo (w niektórych kręgach nieoficjalnie uznawane raczej za zboczenie lub za niemoralny czyn), niż drugi (w każdych kręgach uznawane za ciężką zbrodnię), ale świat domaga się od pierwszego znacznie większej kary, niż od drugiego, co przecież nie jest sprawiedliwe.
Ofiara pierwszego już dawno wybaczyła i apelowała do swego systemu prawnego o zapomnienie, natomiast ofiara drugiego nie miała takiej możliwości z oczywistych powodów, zaś jej rodzina była potraktowana przedmiotowo, wszak nikt nie rozmawiał w sprawie zgody na wydanie paszportu i o ułaskawieniu.
Obaj nasi (chyba już byli) rodacy mają kłopoty w Szwajcarii, która miłuje wolność i sprawiedliwość; ciekawe, w jaki sposób do obu przypadków odnoszą się władze tego państwa oraz jego społeczeństwo, zwłaszcza znajomi i przyjaciele...
Obaj dzięki swej inteligencji zrobili karierę i osiągnęli wysoki poziom zamożności, czego raczej nie zdobyliby w ojczyźnie, ale pierwszy uczynił wiele dobrego dzięki swej twórczości i w encyklopediach będzie mieć poczesne miejsce, zaś drugi dla świata nie uczynił niczego dobrego, nie jest wzorcem do naśladowania i prawdopodobnie nasz kraj (my, podatnicy) przez niego utracił znaczne środki finansowe.
Sienkiewicz w "Trylogii" omówił nietuzinkową postać w dwóch odsłonach. Kmicic to (z dzisiejszego punktu widzenia) chuligan a nawet bandyta oraz pedofil, zaś Babinicz to bohater, patriota i prawy człowiek. Gdyby Kmicica usiekano za młodu albo wtrącono do lochu, to nie byłoby Babinicza. Popełnienie życiowego błędu (albo pasma błędów) oraz zrehabilitowanie się, można byłoby określić jako zespół Kmicica-Babinicza i taki syndrom w pozytywnym sensie jest widoczny jedynie u jednej z omawianych "szwajcarskich" postaci.
Im więcej byłoby na świecie Polańskich oraz im mniej Voglów, tym świat byłby jednak lepszy. Każde z nas może sobie we własnym sumieniu odpowiedzieć - czy chciał(a)byś mieć pierwszego czy drugiego w rodzinie albo jako przyjaciela lub choć tylko jako znajomego? Z którego z nich możemy być bardziej dumni jako Polacy?Odpowiednia kara dla drogowego chuligana? (5 listopada 2009)
Pewien 23-letni młodzian został ujęty w połowie 2009 roku po szaleńczej ucieczce swoim autem przed policyjnym patrolem, który oddał w jego kierunku kilkanaście strzałów. Kierowca złamał po drodze wiele przepisów (jechał po chodniku, przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle i nie zatrzymał się przed znakiem "stop"). Próbował także parokrotnie zepchnąć ścigający go radiowóz pod inne pojazdy. Ostatni odcinek jego auto przejechało na felgach z przestrzelonymi oponami. W końcu został otoczony przez policjantów, ale nie chciał wyjść z pojazdu i wczepił się w kierownicę. Kawaler naszych szos był trzeźwy, nie był też pod wpływem środków odurzających, ale podróżował bez prawa jazdy, które odebrano mu kilka lat wcześniej, co jednak nie przeszkadzało mu pracować jako zawodowy kierowca tira w śląskiej firmie!
Ale to nie wszystko! Młodzieniec w ciągu ostatnich trzech lat był już ośmiokrotnie zatrzymywany za jazdę bez uprawnień. Po opisanej ucieczce trafił do aresztu i został oskarżony o powyższe wykroczenia i o sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym.
Jaką zatem nasz rodak otrzymał karę za swoje kawalerskie wyczyny? Kto zgadnie? Kto obstawia? Otóż otrzymał dwa lata więzienia i to w zawieszeniu na pięć lat oraz 10-letni zakaz prowadzenia pojazdów i dwutysiączłotową grzywnę z dozorem kuratora sądowego. Wystarczająco jak na nasze gusta?
Parę miesięcy temu, pewien polski kierowca znalazł zatrudnienie w Szwecji. Tuż przed wielkanocnymi świętami zaszarżował z iście polską fantazją po tamtejszej szosie i podczas wyprzedzania spowodował zjechanie na prawo auta z przeciwka. Nie doszło do czołówki, nie było nawet rannych, jedynie pokiereszowany tubylczy samochód. A nasz rodak nadal szalał na trasie, jednak do czasu - tamtejsi obywatele zameldowali wyczyn policji, która ujęła sprawcę wypadku.
Jakiż był lament w naszej prasie, że za taki drobiazg posadzono gościa do aresztu i grozi mu paromiesięczny wyrok, a tu święta idą i jego kochająca rodzina w Polsce czeka na swego jedynego żywiciela, którego niedobrzy Szwedzi zamknęli w podniosłym świątecznym czasie...
Oba opisane wypadki odzwierciedlają jakże różne podejścia organów ścigania obu państw w stosunku do kierowców nieszanujących swego życia i innych użytkowników dróg. Może Szwedów zapytamy - czy chcą polski model karania przestępców drogowych, zaś Polaków - czy chcą szwedzki?
Bo jak na razie to znamy szwedzki stół, który po swojemu radzi byśmy zmodyfikowali (mniejsze opłaty i powszechniejszy), zaś może zapoznamy się (i sprowadzimy) szwedzką Temidę na nasze sądowe sale...Czy w Polsce można publicznie krytykować? (22 listopada 2009)
Pewien zirytowany dłużnik Eurobanku przekazał nagrane rozmowy z windykatorem, który w kontrowersyjny sposób domagał się spłaty zobowiązań. Bank obiecał zmienić procedury i wyciągnąć konsekwencje wobec nieeleganckiego pracownika. Bankierzy w pokorze przełykają codzienne raporty informujące, że spadek zainteresowania zaciąganiem kredytów przekłada się na spore finansowe straty ich banku.
Z prawnego punktu widzenia rozmowy odbywały się w cztery uszy, zatem media ujawniając je na cały kraj (bez zgody podsłuchanego windykatora!) przyczyniły się do utraty dobrego imienia pracownika i Eurobanku. Czy zostanie wytoczony proces przeciwko dłużnikowi i mediom?
Na początku 2009 pewien zirytowany dziennikarz www.aferyprawa.pl na portalu Y omówił nieetyczne postępowanie i frywolny a seksistowski tekst zamieszczony na portalu X przez mało znanego trójmiejskiego pisarza. Wszystkie wypowiedzi pisarza były jawne i publiczne (w przeciwieństwie do wspomnianych telefonicznych nagrań). Nie pochodziły z podsłuchów i nie zostały uzyskane w podstępny sposób; więcej - podczas wymiany poglądów dziennikarz wręcz dawał do zrozumienia, że zbiera materiały, które opracuje i przekaże w inne miejsce. Ponadto każdy z milionów użytkowników internetu mógł zapoznać się z twórczością pisarza i ma prawo omówić ją na dowolnym portalu, w dowolnym języku i w dowolnym miejscu na naszym globie.
Pisarz, który nie przejmował się swoim dobrym imieniem, kiedy to zamieszczał swe wypowiedzi na portalu X, w końcu jednak poczuł się odarty z godności, kiedy to dostrzegł krytykę na portalu Y, i skorzystał z rady swego prawnika - sprawę przekazano do sądu w Gdańsku (miasto, w którym powstawały zręby idei wolności słowa!), zaś w pozwie zażyczono sobie skasowania krytycznych wobec pisarza wypowiedzi, przeprosin na wielu portalach oraz wysokiego finansowego zadośćuczynienia... Co zdumiewające i zagadkowe - pisarz skasował swoje konto na portalu X, zatem jego wypowiedzi widnieją tam, jednak bez podpisu. Są anonimowe! Pisarz zrezygnował ze swoich podstawowych pisarskich praw - praw autorskich! Porzucił swoje teksty, osierocił je i nie przyznaje się do nich! Wstydzi się ich? Czy w taki sposób postępuje pisarz?
Dwa podobne medialne incydenty i jakże różne dwa spojrzenia Temidy na nie...
PS Pisarz, któremu podczas przedprocesowych mediacji przesłano kilka konkretnych pytań, dotyczących jego niegodnego zachowania, po prostu obraził się i zerwał je!Czy minister zdrowia może iść do więzienia? (22 listopada 2009)
"Dziennik Bałtycki" (12 listopada 2009) informuje, że ujęto 38-letniego budowlańca (tak potocznie go określono), który bez medycznego wykształcenia doskonale orientował się w dawkowaniu zabójczych tabletek. Otóż ów pan pomógł (dość szokująco brzmi to słowo) kilkunastu kobietom przerwać ciążę, sprzedając im tabletki uzyskiwane na sfałszowane recepty. Za owe czyny grozi mu 5 lat więzienia, bowiem jest oskarżony o wielokrotny współudział w zabójstwie nienarodzonych dzieci, a posiedzi może rok (jak znamy polskie orzecznictwo sadowe), jeśli nie jest recydywistą.
Z drugiej strony mamy minister zdrowia, która chętnie by zakupiła szczepionki przeciwko świńskiej grypie za nasze wspólne (z podatków) pieniądze, jednak tego nie czyni, bowiem obawia się kary ze strony naszej groźnej Temidy, gdyby okazało się, że umarłby któryś z naszych rodaków z powodu powikłań z tytułu zastosowania niesprawdzonego medykamentu.
Jak to zatem jest? Z jednej strony można dać ogłoszenie prasowe (widzą je pracownicy gazety, policjanci przeglądający prasę oraz tysiące czytelników, w tym prawników!) zachęcające do zabijania dzieci i ponieść symboliczna karę, z drugiej zaś strony można nie podjąć decyzji o szczepieniu rodaków z obawy przed zabiciem paru osób (przy milionie zaszczepień i to w wyniku powikłań)? Pani minister nie weźmie odpowiedzialności za sprowadzenie zagrożenia na naszych obywateli i nie zakupi niesprawdzonych szczepionek (choć takie ryzyko wzięli na siebie ministrowie mądrzejszych od nas państw!), natomiast nie boi się odpowiedzialności, gdyby jednak w wyniku epidemii świńskiej grypy umarło tysiące Polaków?
Która kara byłaby wyższa - za nieszczęście kilku powikłań w wyniku zastosowania niesprawdzonej szczepionki, czy za śmierć wielu rodaków w wyniku jej niezastosowania? Które ryzyko jest groźniejsze dla naszego narodu i dla rządu? Co grozi pani Kopacz, jeśli jednak przegra w świńskiego pokera (a my wespół z nią)? Czy dla uspokojenia dość panicznej sytuacji w Polsce nie jest zasadne sprowadzenie kilkuset tysięcy szczepionek i to po okazyjnej cenie (odkupienie od rządów, które przeszacowały potrzeby swoich narodów)?
A przy okazji (skoro wielu polityków często bierze publicznie i jakże chętnie na siebie odpowiedzialność za swoje decyzje) - czy i jakie poważne kary poniósł w III RP jakikolwiek minister lub premier za podjęcie mniej albo bardziej odważnej a błędnej decyzji?Mumifikacja po polsku (22 listopada 2009)
Media często ukazują przypadki eksmisji albo poważnych kłopotów mieszkaniowych przeżywanych przez bezrobotnych albo schorowanych obywateli.
"Fakt" (10 listopada 2009) donosi o koszmarnym przypadku pana Gałązki z Żar. Lokator przez lata nie płacił rachunków za prąd (który w końcu odcięto) oraz za czynsz. Przez lata nie interesowali się nim ani sąsiedzi, ani rodzina, ani urzędnicy. Dopiero kiedy zaległości urosły do kilku tysięcy złotych, zainteresowano się starszym obywatelem Przyjaznej Polski.
Po komisyjnym otwarciu mieszkania "w kuchni na podłodze leżały zasuszone zwłoki lokatora, niczym mumia faraona". Wyjaśniono w notce, że cały czas było otwarte okno i dopływ powietrza zmumifikował zwłoki. Jeśli jest to istotnie właściwe wyjaśnienie, to dlaczego na "Discovery" pokazują długotrwały, żmudny i kosztowny proces mumifikacji dawnych Egipcjan? Wszak wystarczyłoby otworzyć okno i zadanie jest wykonane! Wręcz to podpowiedź dla rodaków, którzy nie chcą pochówku ani kremacji...
W mieszkaniu znaleziono gazety (najstarsze z czerwca 2005) i na tej podstawie został wystawiony akt zgonu z przybliżoną datą, jednak niedokładną. A gdyby nie było tam prasy? Mamy tu opisaną dodatkową a cenną społecznie rolę papierowych mediów...
Paradoks także polega na tym, że owym biedakiem nikt nie interesował się przez ponad 1500 dni, zaś żywymi lokatorami mającymi finansowe kłopoty (o perfidny Losie!) interesują się eksmitujący komornicy znacznie szybciej.
Jednak najpoważniejszy problem mają urzędnicy naszego drogiego ZUS - przez 4 lata wysyłali emerytalne przelewy na konto nieżyjącego lokatora i zastanawiają się, w jaki sposób odzyskać społeczne pieniądze...Minuta - min. czy min? (6 grudnia 2009)
Czy wiemy, że wyraz minuta powinniśmy skracać jako min (bez kropki)? Jedni mówią, że brak kropki uniemożliwia pomylenie minuty z ministrem (min.), co jest dość bezsensownym wyjaśnieniem, bowiem istnieją identyczne skróty i z kontekstu wynika, co one oznaczają (zresztą jest wiele homonimów, których znaczenie wynika właśnie z kontekstu).
Inni uważają, że skoro w języku angielskim oraz w innych językach skrót ten nie ma kropki, to i w naszym języku mieć nie powinien, ale przecież w naszym języku piszemy dr Oetker, choć wszyscy cudzoziemcy pisują bodaj dr. Oetker (a Niemcy nawet Dr., bowiem wszystkie rzeczowniki pisują od wielkiej litery). Po prostu my mamy inne zasady, może dziwne, ale dla nas logiczne.
W prasie ukazują się reklamy, na których widujemy skróty min., co jest niezgodne z naszymi słownikami, ale zgodne z przekonaniem większości Polaków, którzy ze zdumieniem reagują na zwrócenie im uwagi - przecież "skrócenie minuty" piszemy bez kropki! Kto o tym wie? Proszę zapytać swoich znajomych i ocenić stopień wiedzy w tym zakresie. Ani w szkole podstawowej, ani w liceum, ani na politechnice o tym nie wspominali. Ja dowiedziałem się kilka lat temu i... zamurowało mnie na parę min. (nie min), choć oczywiście błędem jest zastosowanie tutaj "parę min.", podobnie jak - "kilka tys. zł", "podałem tel. do znajomego", "ten rys. dokończ na jutro".
Przy okazji - po przyjęciu informacji facjata wykonała parę dziwnych min w parę min., kiedy zajrzałem, upewniając się, do słownika. Zatem, choć większość pisuje z błędem, to - jak sądzę - Polacy popierają ten błędny zapis (świadomie lub nieświadomie), z czasem zaś zapewne autorzy słowników pójdą wreszcie po rozum do głowy... Przecież mamy skróty z czasowej branży - sek. albo s, godz. albo h.
Nawet jeśli jacyś urzędnicy ulegli kiedyś międzynarodowym naciskom (przepisy), to nie widzę powodu, abyśmy pisywali min na swoich reklamach i bilbordach oraz w naszych książkach i podręcznikach (zadania) z fizyki, matematyki, czy chemii.
Autorzy reklam z pewnością nie chcieli zaprotestować - po prostu im się w głowie nie mieści, że można pisać bez kropki!Międzywojenna nacjonalizacja (6 grudnia 2009)
Z okazji 91. rocznicy odzyskania niepodległości media przedstawiły nie tylko historyczne wątki, ale również techniczne osiągnięcia okresu międzywojennego.
Z obszernego artykułu "II RP postawiła na high-tech" ("Dziennik Bałtycki", 10 listopada 2009) dowiadujemy się wielu ciekawostek, np. "w przedwojennej Polsce wyprodukowano 4 tysiące samolotów" (ile podobnych maszyn powstało po 1989?).
Kiedy do 1925 Politechnika Lwowska (jedyna nasza uczelnia z branżą lotniczą) wykształciła 15 inżynierów lotnictwa, we Francji i Wielkiej Brytanii uczelnie corocznie kształciły setki specjalistów lotnictwa.
Ale w artykule jest niezwykły i mało znany wątek, który zapewne zaciekawi zwolenników i przeciwników nacjonalizacji... Otóż - jak pisze autor Andrzej Krajewski - "Oprócz PZL powstało w Polsce 21 prywatnych wytwórni sprzętu lotniczego, których potencjał wydał się gen. Rayskiemu łakomym kąskiem".
I cóż czyni ów generał kapitalistycznej Polski? W 1935 rozpoczął akcję nacjonalizacyjną, aby państwo miało całkowitą kontrolę nad przemysłem lotniczym. Zakłady Škody przejęto wypłacając producentowi silników 7 mln zł odszkodowania.
"Na podobne rozwiązanie nie chcieli się zgodzić właściciele firmy Plage i Laśkiewicz. Rayski użył więc fortelu - zamówił u nich sprzęt na sumę 9 mln zł, po czym zadbał, by związek zawodowy zorganizował tam strajk okupacyjny. Gdy przedsiębiorstwo nie mogło wywiązać się z kontraktu, Rayski zażądał zwrotu pieniędzy z odsetkami. Kiedy okazało się to niemożliwie, akcje PiL przejął rząd".
Brawo! Generał noszący dumnie polski mundur puścił kapitalistów w skarpetkach, rujnując ich i ich rodziny oraz tworząc podwaliny socjalizmu i to na wiele lat przed 1944!
Autorowi to nie przeszkadza, wszak pisze "Sukcesy obrotnego generała zupełnie nie przełożyły się na zdolność bojową polskiego lotnictwa i we wrześniu 1939 Polska dysponowała nielicznym i przestarzałym lotnictwem myśliwskim oraz nowoczesnymi bombowcami, których nikt nie umiał sensownie użyć".
Tak więc czytając o międzywojennym lotnictwie można dowiedzieć się - kto i w jaki sposób rozprawiał się z burżujami, tworząc zręby władzy ludowej i doprowadzając do serii błędów polityków i wojskowych.
Kradzione nie tuczy? No i dlaczego skandaliczne postępowanie gen. Rayskiego autor ocenił pozytywnie ("obrotny generał")?
Może zatem jego sztuczki zastosować wobec dzisiejszych firm? Dać zlecenie, wywołać strajki i... upaństwowić?Obalono tysiącletnie solidne zasady! (6 grudnia 2009)
Pewien dżentelmen marzył o studiach, ale najpierw pojawiło się pierwsze dziecko, potem kolejne, zatem ojciec zrezygnował z wizyt na uczelni - nawet nie przystąpił do egzaminu wstępnego.
Pracował dorywczo, ponieważ dopadł go kryzys. Po piątym dziecku żona uznała, że życie w Polsce jej nie odpowiada i wyjechała na Wyspy wespół z licznym przychówkiem, jednak bez ambitnego męża.
Porzucony mąż załamał się oraz imał byle jakiej roboty. Poznał podejrzanych kompanów, z którymi zamieszkał. Pewnego dnia, z powodu jego finansowych kłopotów (nie miał z czego dorzucać się do czynszu), niedobrzy koledzy skopali go, połamali żebra, zadźgali i zakopali pod krzakiem. Ot, polska przaśna rzeczywistość nieszczęśliwych naszych rodaków.
Ale zwróćmy uwagę na całokształt sprawy.
Od tysięcy lat to panowie byli głowami rodzin, które utrzymywali w lepszej lub gorszej kondycji, ale mieli monopol na zarobkową pracę. Rodziny dzielnie trwały na dobre i na złe z ojcami a mężami. Poprzedni wiek, to najgorszy okres w historii świata - nie tylko w wojnach i podczas rewolucji poginęło najwięcej ludzi, ale również (także zamężne!) panie pokończyły szkoły i podejmowały pracę zawodową! Skandal!
A teraz, po upadku komuny i granicy, naszych mężczyzn odarto z godności i to do szczętu! Oto przesadnie zaradna żona wyjeżdża z pięciorgiem dzieciąt do Anglii i dobrze radzą sobie bez chłopa a męża? To skandal! Bezrobotny (ale pan!) i patriota trzymający się naszej ziemi (i to do samego końca!), stacza się, żyje w biedzie i zostaje zakłuty przez podobnych sobie nieszczęśników porzuconych przez ich żony i przez nasz rozkwit gospodarczy (i to w jedynym europejskim państwie, które odnotowało wzrost wszelkich wskaźników!), zaś jego rodzina wyjeżdża sobie za granicę, ma w nosie i jego, i ojczyznę, i coraz lepiej rządzących i posłujących? Skandal!
Gdzie tysiącletnia tradycja, która nakazuje biednym kobietom znosić swój podły los, kiedy to ich mężom kiepsko się wiedzie? Gdzie sprawiedliwość? Uboga niezaradna w Polsce rodzina ma lepiej poza ojczyzną bez męża i z pomocą jakże obcego rządu, niż z "opacznościowym" mężem tutaj i z wszechstronną pomocą naszych sympatycznych a opatrznościowych urzędników? Skandal!
Po tysiącach lat przewrócono wszelkie rodzinne wartości! Czy ktoś to w ogóle zauważył?!Policyjna kula dla kaleki o kulach (7 grudnia 2009)
"Dziennik Bałtycki" (30 października 2009) zapowiadając Ogólnopolskie Dyktando 2009 omawia (na str. 12) kilka lapsusów popełnionych przez znanych sportowych komentatorów, np. "Trener spojrzał na zegarek, aby dać podopiecznym ostatnie wskazówki", "Nogi piłkarzy są ciężkie jak z waty", jednak na str. 14 opisano (także z lapsusem) skandal w drezdeńskim sądzie, gdzie pewien Niemiec rosyjskiego pochodzenia zasztyletował ciężarną Arabkę, która składała zeznania przeciwko niemu.
"Pierwszy na pomoc [mordowanej żonie - przyp. mój] rzucił się Elwi Okaz. Chwycił go [owego Niemca] za ramię. Oskarżony wyrwał się i pchnął go 16 razy[nożem]. Po kilku minutach [w budynku sądu!] na miejsce [wreszcie] dotarł policjant. W trakcie chaotycznej awantury [ciekawe określenie] przypadkowo postrzelił Okaza [inne źródła podają, że stróż ładu publicznego za napastnika uznał... męża zamordowanej i strzelał do niego!]. Ten [czyli p. Okaz] zjawił się na sali sądowej o kulach. Kula policjanta rozszarpała mu ścięgno u nogi".
Takie oryginalne nazwisko Araba to prawdziwy okaz, zwłaszcza w naszym języku... Jednak nieładnie jest żartować i to w takich dramatycznych okolicznościach, choć słowna zbitka o kulach może (chyba tylko polskiego) czytelnika rozbawić - Egipcjanin był w sądzie o dwóch kulach u nóg, ale policjant miał ich zapewne więcej, jednak jedną z nich omyłkowo posłał ku nodze kaleki pogarszając jego stan psychiczny i powodując defekt fizyczny o rozerwane ścięgno u nogi (nie w niej?).
A cały koszmar zaczął się dość niewinnie - "na jednym z palców [literówka] zabaw w Dreźnie latem 2008 r. Niemiec pochodzący z Rosji, bujał się na huśtawce, paląc papierosa. Egipcjanka (farmaceutka) poprosiła go, aby ustąpił miejsca jej dwuletniemu dziecku, jednak Niemiec nazwał ją terrorystką, islamistką i prostytutką".
Sprawa znalazła swój finał w sądzie z opisaną tragedią i z komicznymi kulami. Oburzony świat (zwłaszcza w arabskiej części) uznał opisane chuligaństwo na placu oraz morderstwo w sądzie jako przejaw rasizmu.Z wiadrem dookoła Wojtek (7 grudnia 2009)
Media znowu nas zaskoczyły niecodzienna sprawą - po dłuższym namyśle opolski sąd umorzył sprawę polskiego wiadra, którą zajmował się sąd pierwszej instancji w (nomen omen) Namysłowie. Biegły otrzymał 229 zł za opinię opartą na rozmowie z producentem owego pojemnika, na własnej wiedzy oraz na publikacji "Wyroby z tworzyw sztucznych" i w pierwszym sądzie winny otrzymał karę 50 zł za zniszczenie wiadra wartego 10 zł, jednak złożył apelację i sprawa trafiła do wyższej instancji.
Obwiniony zapewniał, że nic nie wie o kuble i przypominał, że jest inwalidą, a sąsiadka złośliwie ustawiała przedmioty w przejściu. Pokazał filmik z komórki, który miał dowieść, że oskarżono go fałszywie, bo wciąż wiadro jest użytkowane, jednak powódka zarzuciła manipulację, że jakoby film nakręcono, kiedy cebrzyk był jeszcze sprawny.
Powołano biegłego z zakresu przestępczości komputerowej, który uznał, że obraz mógł być zmanipulowany, jeśli przed jego realizacją zmieniono datę w telefonie (koszt opinii biegłego - 90 zł). Ponieważ wiadro było u matki poszkodowanej, więc sąd nakazał policjantom, aby przy wszystkich zainteresowanych dokonali oględzin plastykowego wyrobu i sporządzili dokumentację fotograficzną...
Sędzia Jerzy Wojteczek (podwójne imieniny?) z opolskiego sądu wykazał się przytomnością umysłu i uznał, że taka błaha sprawa nie powinna w ogóle trafić przed oblicze Temidy.
Nie podano, ile podatników kosztowała półtoraroczna batalia odszkodowanie za spostponowanie plastykowego wiadra, które zostało "tak mocno kopnięte, że aż zawisło na gałęziach", ale brawo dla roztropnego sędziego! Domyślamy się również wielkiej wagi innych procesów, które skutecznie tworzą zator w przeciążonych pracą polskich i opolskich sądów... Może komuś należy się kubeł zimnej wody? A może cała Niagara?Pomówienia (7 grudnia 2009)
Gigantyczną karę (5 mln dolarów) na "Wprost" nałożył amerykański sąd. Za co? Otóż tygodnik sugerował, że rodzina Cimoszewiczów dokonała nielegalnej transakcji kupna i sprzedaży akcji PKN Orlen. Szef "Wprost" nie kwestionuje wyroku, ale uważa, że "wysokość odszkodowania jest nieuzasadniona i rażąco wygórowana".
Polscy prawnicy twierdzą, że amerykański sąd może sobie zasądzać kwoty jeszcze bardziej kosmiczne a polskie podmioty i tak będą ignorować wezwania do ich zapłaty.
Trójmiejski profesor na szkolnym portalu pomówił dziennikarza, że ma trzy konta, publicznie ogłosił go kłamcą, sfałszował podpis pod cudzym komentarzem, poszydził sobie z przysięgi studenckiej oraz zamieścił wulgarnawy a seksistowski dowcip.
Kiedy dziennikarz opisał, omówił i skrytykował owe nieetyczne postępki akademickiego nauczyciela, tenże natychmiast zlikwidował swoje konto i wizerunek (fotkę) z portalu, poinformował swoich popleczników, że idzie ze sprawą na policję i że przekazuje ją w ręce swego prawnika, który zainicjował proces w sądzie w Gdańsku (tak, to jest to miasto, w którym obalono monopol na informację). Ponadto zażyczył sobie, aby krytyk jego postawy skasował wszystkie krytyczne artykuły z internetowej przestrzeni, przeprosił go za naruszenie czci i godności osobistej na wszystkich portalach, na których zamieszczono krytykę oraz wpłacił mu na konto odszkodowanie w wysokości ok. 6 tys. dolarów.
Niby uczony człowiek, a jednak nie traktuje poważnie aforyzmu Ignacego Krasickiego - "Prawdziwa cnota krytyk się nie boi" (motto wielu materiałów satyrycznych na tematy aktualne).
Można się zastanowić, czy dla dziennikarza 6 tys. dolców jest mniejszym czy większym wydatkiem, niż 5 mln "zielonych" dla koncernu prasowego, jednak nie bez znaczenia pozostaje fakt, że "Wprost" nie opisał prawdy (i tego nie neguje; ma jedynie wątpliwości co do ogromu kary), natomiast dziennikarz na portalach opisał prawdziwe wydarzenia, choć bardzo niewygodne dla wykładowcy.
Ciekawe będzie porównanie obu spraw i wyroków niezawisłych sądów (w USA i w Polsce). Może bowiem dojść do kuriozalnej sytuacji, kiedy to winny koncern nie zapłaci ani dolara, zaś internetowy dziennikarz zapłaci tysiące dolarów, choć w sposób rzetelny opisał bezczelne postępowanie akademika.
PS Parę tygodni temu poinformowano, że 48-letni pijak podał się za swojego brata podczas wypisywania mandatu, za co grozi mu 5 lat więzienia. Ile lat grozi wykładowcy za fałszerstwo w internecie i za pomówienia? Czy tym również zajmie się nasz sąd?Polsko-amerykański skandal (8 grudnia 2009)
Pewni małżonkowie ze Starej Wsi (także niemłodzi - 65 i 72 l.) od dawna kłócili się z sąsiadem. Postanowili dogadać się z "człowiekiem zza Buga", który za 1500 zł zobowiązał się zlikwidować kłopotliwego tubylca (rozważano otrucie i przejechanie autem).
Jednak zlecenie zostało przyjęte przez podstawionego policjanta. Po potwierdzeniu zamówienia zatrzymano oboje krwiożerczych małżonków za podżeganie do zabójstwa, za co grozi dożywocie.
Dość nietypowa sprawa, zważywszy wiek zleceniodawców i sposób załatwienia kłopotu oraz miejsce zamieszkania (na filmach do złego namawiają zwykle młodsi ludzie, cudzoziemcy i mieszkańcy miast).
Ale najciekawsze przed nami - proces długo nie mógł się rozpocząć, bowiem mąż zasłaniał się zwolnieniami lekarskimi, co przecież nie jest odosobnione w naszych sądach, które nawet w sprawach o zabójstwo dają się nabierać na takie tanie sztuczki, ale to co uczyniła nasza Temida i ambasada USA w Warszawie w sprawie żony, to już prawdziwa perełka...
Otóż ta pani wyjechała sobie spokojnie z Polski do Stanów i powróciła dopiero po 6 latach, kiedy wydawało się jej, że wszyscy o niej tutaj zapomnieli.
Miliony Polaków marzą o choć jednym wyjeździe do Ameryki, wielu gorliwie wypełnia kwestionariusze, wiozą je do stolicy, wystają w kolejce w pokorze płacąc po 100 dolców niezależnie od efektu upokarzającej amerykańskiej procedury, a tu obywatelka z kryminalnymi zarzutami udaje się do ziemi obiecanej (choć to już nie eldorado) grając na polskich i amerykańskich nosach! Skandal!Oryginalna arytmetyka (8 grudnia 2009)
Czyli kiedy sumowanie pewnych składników nie ma sensu...
Redaktor JUW w dziwny sposób omawia ("Fakt", 6 listopada 2009) proponowaną reformę (odebranie prowizji funduszom) autorstwa Ministerstwa Pracy.
Oblicza, że 60-letnia kobieta po przejściu na emeryturę żyje przeciętnie jeszcze 247 miesięcy, zatem dzięki oszczędnościom na prowizjach zyska miesięcznie 18 zł, zaś 65-letni przeciętny mężczyzna spodziewa się jeszcze 204 miesięcy życia, podczas których otrzymywać będzie o 29 zł więcej.
Można dyskutować, czy to dużo, czy mało i sprawdzać, czy obliczenia te są prawidłowe, jednak nie można pisać, że "W rezultacie na konta emerytów ma wpływać ok. 47 zł miesięcznie więcej", bowiem nie można sumować kwot dotyczących obu płci i sugerować, że łączna kwota dotyczyć będzie przeciętnego emeryta! Równie dobrze można byłoby podawać spodziewane wzrosty dla emerytów podzielonych na kategorie "biały - kolorowy", "wierzący - ateista", "urodzony w Polsce - poza Polską" i wszystkie liczby... zsumować.
PS Natomiast błędu nie popełnił tenże " Fakt" (10 grudnia 2009), kiedy to pod zdjęciem rzecznika PZPN (A. Olejkowska, 25 l., ok. 20 tys. zł/mies.) i prezesa (G. Lato, 59 l., ok. 50 tys. zł/mies.) napisano "Oni mają 70 tys. zł". Tu sumowanie jest uzasadnione."Nie!" paparaczom i anonimowym gawroszom (8 grudnia 2009)
Na tytułowej stronie znanego tabloidu ("Fakt", 6 listopada 2009) zamieszczono zdjęcie lubianego aktora Tomasza Stockingera, który parę tygodni temu pozwolił sobie na jazdę na podwójnym gazie. Już wówczas media doszczętnie sponiewierały aktora, ale jest im mało i teraz kopią już leżącego, pisząc: "Piłeś, teraz chodź piechotą. Aktor po słynnym pijackim rajdzie stracił prawo jazdy i teraz zostało mu tylko kupować buty. Sprawił sobie jeszcze kask. Teraz nawet po największej balandze pewnym krokiem wróci do domu. A nawet jak się zachwieje - to przecież ma kask"
Autor notatki, niejaki Bwanga (czyżby dziennikarz pozyskany z Afryki?), nie przejdzie do historii w dziedzinie filmu i nie pozostawi w naszej pamięci rewelacyjnych ról. Wątpliwe także, że w dziennikarstwie zostanie zauważony, choć robi co może - nachodzi, podgląda i podgryza sławnego aktora pisząc wszelki możliwe głupoty.
Aktor kupił buty? Jego sprawa! Buty zwykle kupujemy niezależnie od stopnia zmotoryzowania, nawet to się zdarza posiadaczom najlepszych samochodów; nawet p. Bwanga (mam nadzieję), że kupuje od czasu do czasu obuwie i nikt (nawet na czarnym kontynencie) nie robi z tego sensacji (a może tam właśnie robią?).
Dalszy ciąg kopania (solidnym obuwiem) znajdujemy w tyle obszernym co zajadłym artykule na str. 1 4i 15, na których mamy dalsze niskolotne wypowiedzi owego Bwangi:
- Świeżo upieczony piechur zadbał o to, żeby móc bezpiecznie wracać po zakrapianych imprezach,
- Może balować do woli, właśnie zakupił niezbędne akcesoria wesołego imprezowicza,
- Ani chybi wygodne, solidne buty pomogą utrzymać równowagę na skutych lodem chodnikach,
- A i kask się przyda, gdyby "wesoły Tomek" przegrał jednak z grawitacją. Grunt to miękkie lądowanie,
- Dr Lubicz z "Klanu" urządził sobie pijacki rajd za kierownicą.Artykuł ilustrowany jest paroma podstępnie wykonanymi fotkami przez paparacza (fotograficznego gawrosza), które zostały zamieszczone bez zgody aktora, co jest (lub powinno być) przestępstwem! Anonimowe krytykowanie jest nieuczciwe, bowiem anonim może bezkarnie wylewać pomyje na znanego i wartościowego obywatela, on zaś nie może omówić krytykanta, bowiem nie zna go.
Bwanga - jakiś pismak, który wstydzi się podpisać swoim prawdziwym nazwiskiem, bo bałby się ośmieszenia i wytykania nawet przez własną rodzinę? Niech aktora solidnie (ale rozważnie i jawnie!) skrytykuje inna osoba o podobnym społecznym statusie biorąc pełną odpowiedzialność za krytykę. A może wprowadzić zapis, że dziennikarze mają obowiązek podpisywać się swoimi prawdziwymi danymi pod rygorem ukarania redakcji przez Federację Konsumentów?
Jeśli mamy budować uczciwą Polskę, to zacznijmy od dziennikarzy, w szczególności od dziennikarzyn! Każdy uczciwy polski dziennikarz występuje pod swoimi prawdziwymi danymi albo pod łatwo identyfikowalnym pseudonimem. Każdy zawodowy dziennikarz powinien podpisywać się danymi, pod którymi opłaca podatki. Skoro kelnerzy (i inni pracownicy obsługujący klientów) mają swoje dane przymocowane do garderoby, to dlaczego gazetowi intelektualiści podpisują się pseudonimami?Darwin w polskich szpitalach (8 grudnia 2009)
"Dziennik Bałtycki" (25 listopada 2009) opisuje skandaliczną sytuację panującą w Polsce - Ministerstwo Zdrowia wydało informację dla lekarzy "w sprawie postępowania w związku z przypadkami grypy A/H1N1", w której sugerowane jest bezwzględne leczenie lekiem tamiflu w przypadku dostrzeżenia wyliczonych tam objawów.
Większość lekarzy jest przekonana, że recepty na tamiflu zostaną wyrzucone, bowiem pacjentów zwykle nie stać na ten drogi lek, który jest coraz droższy, jak powiada pewna lekarka - "Jakiś czas temu kupiłam ten lek dla siebie. Zapłaciłam 107 zł. Tydzień później, gdy o tamiflu zrobiło się głośno, apteka zażądała już za takie same* opakowanie 170 zł".
W ostatnich dniach głośno było o pacjentce zmarłej na świńska grypę , którą przewożono pomiędzy szpitalami. Do innego pacjenta w ciężkim stanie dowieziono płucoserce** z innego szpitala.
Im biedniejsze państwo, tym więcej dowodów na prawdziwość teorii Darwina, która głosi, że w pierwszej kolejności giną najsłabsze osobniki (tu - ludzcy osobnicy). U nas giną rodacy niezamożni, nieznani, bez znajomości w kręgach biznesowych, politycznych i medycznych. Niejednokrotnie dziennikarze w placówkach medycznych udawali chorych a znanych z mediów ludzi lub podczas rozmów telefonicznych podszywali się pod znajomych polityków i byli załatwiani elegancko i bez kolejki.
I cóż z tego, że sąd po paru latach zmagań oceni, że pacjenta nie potraktowano godnie i zgodnie z unijnymi procedurami? Rodzina może dostanie odszkodowanie, zaś lekarz rok w zawieszeniu i cały nasz polski bajzel będzie toczył się po swojemu, czyli bez większych zmian.
Pecha ma nasz rząd - kiedy ogłoszono, że w gospodarce mamy najlepsze (procentowo) wyniki, to w tym samym czasie kompromitujemy się w dziedzinie ochrony społeczeństwa przed świńską grypą...
PS Właśnie media podały, że kurierzy życzą sobie (ale nie z powodu zbliżającego się Nowego Roku 2010) aż... dziesięciokrotnie więcej za przewiezienie próbek ze szpitali zakaźnych do laboratoriów. Test na grypę kosztuje ok. 300 zł, zaś przewóz może kosztować do... 400 zł. Już wcześniej niektóre szpitale zrezygnowały z prowadzenia statystyki w ujęciu "grypa sezonowa - grypa świńska" z uwagi na koszty testów, zatem Polska będzie miała zafałszowane dane!* - czy redakcja może poprawić błąd w cytacie? a może to błąd... redakcji?
** - jeśli nie stać nas na płucoserce (ok. 400 tys. zł) w każdym szpitalu, to może założyć międzynarodową spółkę, która będzie posiadać kilkadziesiąt tych urządzeń na wynajem i w razie potrzeby samolotem dostarczy do wybranego szpitala (kiedy komputery były kosztowne, to firmy wypożyczały je na określony czas)Lady GaGa i PaliKot (9 grudnia 2009)
Lady GaGa (właściwie Stefani Joanne Angelina Germanotta, ur. 28 marca 1986, ma teraz 23 lata) od dawna nie ma stałego pana, ale jest szczęśliwa, bowiem wystarczają jej jednonocne romanse - informuje "Fakt" 6 listopada 2009.
Lady sklepowe zatem nie będą przydatne do wyłożenia przydatków Lady GaGa, ani wygodniejsze kanapy, bowiem piosenkarka nie tylko woli jednorazowych dżentelmenów (może lepszy byłby pseudonim LadaCo albo LadaCznica?), ale przed(w)kłada ponad nich elektryczne cuda techniki - "mój wibrator potrafi zdziałać cuda, więc jest OK - rozbrajająco i szczerze wyznaje gwiazda".
Pozazdrościć takiemu gadżetowi owych cudów. Szkoda, że śliczna LaLa GaGa nie daje chłopcom i popiera antykoncepcyjną działalność - a to z niej niezły GaGaTek!
U nas poseł Palikot (z premierem Tuskiem) próbuje budować drugą szczęśliwą a zieloną wyspę przy udziale plastykowego wkładu (w rozwój naszej gospodarki) przy udziale mediów i... cudów. Ujawnione publicznie urządzenie przez pana Palikota mogłoby niejednego rozpalić kota - może producent wypuści na cześć posła wibratory o nazwie "PaliKot", reklamą zaś mogłaby się zająć (i to z wrodzonym zamiłowaniem) sama Lady (wespół z jej przyrodzeniem); wówczas owe plastykowe rękodzieła (sic!) byłyby sprzedawane spod lady...Czy panie są mniej warte od panów? (11 grudnia 2009)
Czy kobiety szanują się mniej niż mężczyźni? Czy można sobie kupić małżonkę w III tysiącleciu? Pewien Somal (a. Somalijczyk) ożenił się. Normalna sprawa, ale... On ma 112 lat, ona... 17. Pan młody (sic!) ma już 5 żon i 18 dzieci z nimi, ale już po wspomnianym ślubie upatrzył sobie... siódmą połowicę, jednak musi nieco poczekać, bo jest zbyt... młoda.
Somalia należy do najbiedniejszych państw. Prawdopodobnie wystarczy mieć większe stadko kóz, aby do woli wybierać sobie młódki za żony będąc nawet (w sensie nieekonomicznym) dziadem. Co może budzić zdziwienie albo protest (a może i zazdrość?) - somalijski bogacz to prawdziwy (w sensie ekonomicznym) dziad przy krezusach znanego nam kapitalistycznego świata, ale on może mieć nie tylko stado kóz, ale i żon, zaś burżuje, choć mogą wyzyskiwać tysiące ludzi, to żonę mogą mieć tylko jedną...
Nieznane są sytuacje odwrotne: aby stuletnia żona kilku dwudziestoletnich mężów rozglądała się za kolejnymi. O czym to świadczy? Że ani rządy, ani kobiety, ani ojcowie tych pań nie traktują płci pięknej na równi z brzydką. Co na to ONZ? A co na to feministki cywilizowanego świata? Przecież to rodzaj seksualnej dyskryminacji, wyzysku a nawet niewolnictwa!
Kto zrobi z tym porządek? Nie zapominajmy, że Somalowie są słynni w świecie także z... piractwa morskiego. W obu przypadkach świat udaje, że nie widzi obu problemów XXI wieku.
PS Tysiące kobiet w Europie (zwłaszcza wschodniej i środkowej) jest wykorzystywanych w burdelach, w szczególności najbogatszych państw Unii Europejskiej, o czym donoszą media. Nie ma miesiąca, aby nie ujawniano kolejnych skandali dotyczących handlu żywym a erotycznym towarem.
Za handel niewolnikami groziła kiedyś kara śmierci, natomiast wyroki, które zapadają na nielicznych pośredników i "opiekunów" to doprawdy żarty z Temidy - symboliczne wyroki, często w zawieszeniu, bez dolegliwości podatkowych, co z pewnością nie odstrasza kolejnych osób planujących związanie się z seksbiznesem.
Zwykle informowani jesteśmy o wysokich grożących karach, ale rzadko doczekujemy się ogłoszenia wyroku, który rozśmiesza i irytuje przeciętnego obywatela, a już bodaj nigdy nie podawane są rzeczywiste okresy przebywania w więzieniu. Jednocześnie zapoznając się z materiałami udostępnianymi w mediach nie można nie dostrzegać, że wyzyskiwane kobiety bywają tyle atrakcyjne, co... głupie - pewnie niewiele mądrzejsze od tych nieszczęsnych somalijskich dziewcząt wymienianych na kozy.Rekordowa kara dla pijanego kierowcy i co dalej? (11 grudnia 2009)
Wieczorem 8 sierpnia 2008 dwie sympatyczne nastolatki (Justyna i Kamila) wracały skuterem do domu z wakacyjnej pracy w Sobieszewie. Niestety doszło do tragedii - najechał na nie 40-letni pijany Zbigniew Gregorczyk (wojskowy emeryt; w wydychanym powietrzu ok. 2,5 promila alkoholu; sąd zezwolił na ujawnienie nazwiska i wizerunku skazanego).
Uderzenie przerzuciło pasażerkę skutera na przeciwny pas ruchu, gdzie zginęła po najechaniu autem przez innego, niewinnego, kierowcę. Samochód prowadzony przez pijaka przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów niszcząc skuter i śmiertelnie masakrując drugą dziewczynę. Winny przyznał w sądzie, że nie zauważył skutera oraz przeprosił rodziny zabitych uczennic, których życie zostało w tak okrutny i bezmyślny sposób przerwane.
Sąd Rejonowy w Gdańsku był dla pijaka bezwzględny (na miarę obowiązujących przepisów) i wymierzył mu trzy najwyższe przewidziane prawem kary - 12 lat więzienia, dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów oraz nawiązkę 100 tys. zł.Tyle suche fakty i pora na komentarz.
W miejscu tragedii zostało przebudowane skrzyżowanie, powstała autobusowa zatoczka i będzie ustawiona sygnalizacja świetlna. Można by stwierdzić złośliwie - "mądry Polak po szkodzie", ale przecież trudno wszystkie niebezpieczne węzły przebudowywać, za niemałe przecież kwoty, zatem często czyni się to po szczególnie drastycznych wypadkach.
Wyrok ogłosiła młoda sędzia, która wierzy w ideały i (szacun!) zasądziła najwyższe możliwe w Polsce kary, ale potrójny wyrok jest jeszcze nieprawomocny i - jak znam życie, choć liczę na utrzymanie! - zostanie obniżony w co najmniej jednej kategorii, zwłaszcza że już adwokat twierdzi, że jego klient nie miał uczciwego procesu.
Jeśli wyrok zostanie ostatecznie utrzymany w mocy, to gdańska sędzia przejdzie do historii jako najsurowsza w ferowaniu wyroków dotyczących ofiar śmiertelnych spowodowanych przez pijanych kierowców i - miejmy nadzieję! - pozostali sędziowie pójdą podobną drogą, skazując na długie lata pobytu w więziennych celach współczesnych morderców pędzących w nowoczesnych narzędziach zbrodni (choć w dalszym ciągu uznaje się te makabryczne zdarzenia za wypadki, nie za zbrodnie).
Wątpliwości budzi nawiązka w maksymalnej wysokości, którą zasądzono na rzecz... komendy Państwowej Straży Pożarnej w Gdyni. Zwykle nawiązki bywały symboliczne a tu maksymalna (obecnie) z możliwych. Owszem, niech będą jeszcze wyższe, ale dlaczego na rzecz państwowej instytucji, skoro wiemy, że z każdej złotówki wpłaconej na taką instytucję jedynie znikoma cześć jest autentycznie wykorzystana - reszta przepada podczas proceduralnych a urzędniczych zawirowań.
Jeśli już jakikolwiek winny ma stracić owe 100 tysięcy złotych (lub wielokrotnie więcej), co zwykle jest poważną dolegliwością i trudną do wypełnienia, to powinien przekazać na rzecz poszkodowanych rodzin i ta uwaga dotyczy wszystkich okaleczonych rodzin w nieszczęśliwych wypadkach (nie tylko drogowych).
Sąd, który prowadzi sprawę, jednocześnie (czyli podczas procesu karnego) powinien rozpatrywać kwestię odszkodowania dla rodzin, bowiem one zwykle nie mają ani odwagi, ani chęci, ani siły, aby wytaczać osobny proces z powództwa cywilnego i powtarzać cały sądowy koszmar. Ponadto zwiększony jest czasowy nakład pracy dwóch sądów oraz wyższe są koszty ponoszone przez winnego na rzecz Temidy a przecież każda złotówka wydobyta z jego zasobów powinna być przeznaczona na rzecz poszkodowanych, nie zaś na urzędników.
Jeśli ktoś utraci dziecko, to niemoralne jest zasądzanie nawiązki na rzecz Państwa, bowiem to nie nasze Państwo straciło osobę bliską! Nie Państwo powinno bogacić się na cudzej krzywdzie! Zresztą większość pijanych kierowców nie leży na pieniądzach i jeśli w pierwszej kolejności mają zapłacić Państwu (co może się wiązać i tak z długotrwałym oczekiwaniem na tę spłatę), to w drugiej kolejności już nie znajdą środków dla poszkodowanych rodzin. I cóż z tego, że rodziny będą miały wyrok na papierze, skoro będzie on niewykonalny?
Ten niewłaściwy precedens może spowodować w kolejnych procesach lawinę nawiązek na rzecz pogotowia ratunkowego, policji, bazy helikopterów, klubów anonimowych alkoholików itp. A przecież od utrzymywania takich instytucji jest Państwo i niech ono się właściwie wywiązuje ze swoich obowiązków, choćby poprzez odpowiednią politykę podatkową.
Jeśli jakaś rodzina straci żołnierza walczącego poza Polską albo podczas ćwiczeń w kraju, to rozsądek, uczciwość i logika każe wypłacić rodzinie uzyskane pieniądze, które zdołano by uzyskać od zamachowców lub winowajców. Przekazywanie kwot na rzecz wojska byłoby poważnym wizerunkowym uchybieniem, niezależnie od szczerych chęci (np. środki przeznaczone dla psychologów wojskowych, którzy pomagają inwalidom wojskowym, co jest jakże szczytnym zadaniem).
Gdybym był winny i miałbym zapłacić 100 tys. zł, to również wolałbym przeznaczyć je dla poszkodowanej przeze mnie rodziny, skoro bym musiał te pieniądze latami wypracowywać w więzieniu albo swoim dzieciom pomniejszyć jakość życia, bowiem miałbym świadomość, że Państwo tę kasę w parę dni zużyje na swoje szczytne cele i że ta kwota to jedynie kropla w morzu potrzeb wybranej państwowej instytucji. Jeśli miałbym ciężko pracować, to na rzecz jednak tej rodziny. Musiałbym mieć świadomość, że każda moja zarobiona złotówka ma być przekazana tej rodzinie, aby moje sumienie zaczęło wracać do normy.
Owszem, na rzecz firm można zasądzać symboliczne nawiązki, np. 1-5 tys. zł, ale nie setki tysięcy! Zresztą to słowo kojarzy się raczej z czymś niewielkim, pomijalnym (oczywiście dla firmy nawiązką mogą być miliony...). Wyższe zadośćuczynienia bezwzględnie powinny być przekazywane osieroconym rodzinom! Jeśli jakakolwiek rodzina nie zechce wykorzystać uzyskanych w ten sposób pieniędzy (co także może się zdarzyć, choćby ze względów moralnych), to może je przekazać na dowolny cel, choćby charytatywny, i w dowolnym czasie, ale jako dysponent tych pieniędzy!
Ponadto sąd powinien skazywać także osoby, które przyczyniają się do tego typu wypadków. Okazuje się, że ów kierowca często bywał zamroczony alkoholem i niejednokrotnie widywano go, kiedy w takim stanie prowadził auto. Krytycznego dnia odwoził równie zapitego kumpla na przystanek i ten facet bezwzględnie powinien był zostać właściwie osądzony za współudział w tragedii, choć wypadek wydarzył się już bez niego. Rodzina kierowcy również ponosi winę, zatem i wobec niej powinna być orzeczona kara.
Czytając o wypadku nasuwa się porada dla młodzieży - nie jeździjcie ruchliwymi szosami swoimi rowerami, motorowerami i skuterami, bowiem nasze polskie drogi są okupowane przez nieodpowiedzialnych ludzi igrających waszym życiem, bowiem Polska to nie Holandia! Jeżdżą po pijaku, ścigają się autami i ścigaczami, nieumiejętnie prowadzą ciężarówki i tiry (zwłaszcza młodzi) lub bywają przemęczeni (w tym starsi z problemami zdrowotnymi) i są poganiani przez pracodawców. A jak już ich dopadnie nasza kulawa Temida, to wyroki zwykle są skandaliczne. Nasze szosy nie nadają się na trakty do przejażdżek skuterkami!
Zastanówcie się, nim wydarzy się kolejna tragedia! Oczywiście, macie prawo do jazdy takimi jeździdełkami, ale w razie tragedii nic z waszego prawa wam nie przyjdzie, jak zabitej Justynie i Kamili. One z pewnością wolałyby nie mieć racji, ale żyć, nie zaś odwrotnie!
Zresztą opisywany kierowca przyznał, że nie zauważył skuterka i można mu wierzyć - w zamroczeniu snadniej dostrzegłby z trudem (ale jednak!) samochód i nie najechałby na niego, ale nie dwuślad. Nawet gdyby jednak hamując najechał na tył auta, to dziewczyny miałyby większe szanse na przeżycie.
W niektórych regionach Polski zamieszczane są pełne dane pijanych kierowców, ale dlaczego nie wszędzie? Co to jest? Jakieś regionalne folwarki, jak stany w USA, gdzie mamy różne prawa? Należy to zmienić - wszyscy zmotoryzowani pijacy powinni być zamieszczani w internecie natychmiast po stwierdzeniu alkoholu w organizmie, w szczególności należy podawać nazwiska morderców z opisem tragedii i adnotacją o ich miejscu przebywania oraz datą wyjścia z więzienia. Inaczej nie zwalczymy plagi pijanych kierowców!
Rokrocznie wykrywanych jest ponad 100 tysięcy takich przestępców. Parę lat temu zaostrzono kary, ale niewielu się tym przejmuje i surowsze prawo ponosi porażkę (udaje groźnego, ale nie ma chęci na poważne karanie, co oczywiście znakomicie obniża autorytet Temidy w Polsce). Po prostu - nasza Temida zablefowała licząc na właściwy skutek, a tu klapa - polscy pijacy rozszyfrowali kiepskiego pokerzystę i bełkotliwie powiedzieli "sprawdzamy!".
Należy rozważyć zmiany w przepisach dotyczących odszkodowań. Każdy kierowca powinien płacić podwójną stawkę ubezpieczenia obowiązkowego, która po roku jazdy bez podwójnego gazu byłaby zwracana. Odsetki od zamrożonego przez rok kapitału byłyby przekazywane do funduszu pomocy wszystkim (nie tylko z powodu alkoholu) ofiarom wypadków.
Jeśli kontrola wykazałaby jazdę "pod wpływem", to nadpłacona kwota natychmiast zostawałaby przelewana na ten fundusz a ponadto kierowca płaciłby mandat w wysokości od tysiąca do paru tysięcy złotych w zależności od zawartości alkoholu we krwi i od wartości auta lub od swego stanu majątkowego. Kryterium "wartość auta" byłoby podzielone na kilka kategorii, podobnie "stan majątkowy", przy czym o karze decydowałaby wyższa kategoria z obu kryteriów, zaś 90% z mandatowej opłaty byłoby przekazywane na wspomniany fundusz.
W razie kolejnej kontroli wskazującej na jazdę pod wpływem alkoholu, kierowca otrzymywałby mandat w wysokości podwójnej, potrójnej itd. (niezależnie od ewentualnej kary więzienia).
Samochód byłby zajmowany natychmiast po kontroli w celu zabezpieczenia należności, która powinna być wniesiona niezwłocznie po wytrzeźwieniu. Jeśli pojazd miałby znikomą wartość i byłby niesprawny technicznie, zostałby niezwłocznie złomowany na koszt kierowcy. Jeśli kierowca nie byłby właścicielem, to sprawy finansowe byłyby załatwiane pomiedzy nimi. Jeśli w szczególności kierowca byłby złodziejem, który zawłaszczył pojazd kwalifikujący się do złomowania, to kierowca płaciłby właścicielowi podwójną wartość pojazdu.
Pijany kierowca opłacałby również koszty transportu auta na parking oraz koszty ewentualnej licytacji. Gdyby spowodował tragedię, to należałoby przewidzieć poważne dolegliwości finansowe dla sprawcy, który powinien pokryć wszelkie straty spowodowane wypadkiem - akcja ratownicza, porządkowanie drogi oraz koszty leczenia i pochówku, a także zasądzane wieloletnie renty dla poszkodowanych rodzin, przy czym te dolegliwości powinny być rozstrzygane podczas jednego (głównego) procesu.
Kierowcy będący cudzoziemcami byliby osadzani w aresztach do momentu uregulowania płatności, chyba że gwarancji udzieliłaby właściwa ambasada.
Towarzystwa ubezpieczeniowe powinny podjąć decyzję, że odszkodowania za zniszczony pojazd prowadzony przez pijaka powinny być przeznaczone na rzecz rodziny i funduszu.
Treści wyroków, które mają być opublikowane w prasie, powinny być możliwie zwięzłe i traktowane jako informacje, zatem skazany nie powinien za nie płacić, bowiem wszelkie ponoszone przez niego koszty (a większość z przestępców nie leży na pieniądzach) powinny być przeznaczane dla poszkodowanych rodzin, ponieważ to im w pierwszej kolejności należą się wszelkie rekompensaty. Prasa nie powinna zarabiać na tego typu ogłoszeniach - wystarczy, że zamieszczone zostaną artykuły informujące czytelników o wypadku, wyroku i podające pełne dane przestępcy (jak w omawianym gdańskim przypadku). Wszelkie nakazy płatnego zamieszczania takich ogłoszeń w prasie należy uznać za bezsens, bowiem płatne ogłoszenia w kilku gazetach zmniejszają pulę przeznaczoną dla ofiar przestępcy.
Należy przejrzeć sądowniczą praktykę państw typu Holandia i Norwegia oraz przenieść ich rozwiązania na nasz polski grunt, ponieważ pewnie już znane są dobre pomysły i szkoda czasu na wyważanie otwartych drzwi...Oczywiście, możemy sobie dyskutować o europejskich standardach obowiązujących w walce z pijanymi kierowcami, ale mamy kolejny polski przypadek nonszalancji, bezczelności i usłużności - oto TVN24 (10 grudnia 2009) przybliża nam historię burmistrza Łaskarzewa pod Garwolinem...
Miał we krwi ponad 2 promile alkoholu. Wsiadł za kierownicę i staranował dwa samochody, ale nie trafił do aresztu, bowiem (jak ocenił lekarz) - "jego stan zdrowia na to nie pozwala". O alkoholowym problemie nie chce mówić żaden miejscowy urzędnik i rzecznik policji. Burmistrz został dowieziony do szpitala, ale tam lekarze nie wyrazili zgody na jego zatrzymanie, więc postanowił przeczekać - wybrał się na urlop i nie wiadomo gdzie jest. Burmistrz jest tu głównym pracodawcą i... wszyscy milczą. A zwierzchnik? Rzecznik wojewody mazowieckiego wyjaśnia, że ewentualne kroki można podjąć dopiero na podstawie prawomocnego wyroku sądu - wówczas wojewoda może wygasić mandat burmistrzowi, jeżeli miejscy radni nie będą chcieć się sami z tym problemem uporać.
Ten ostatni przykład dowodzi miejsca, w którym się znajdujemy (niby nadal jesteśmy w Europie...). I co my tu pomstujemy na jakiegoś emerytowanego pijanego wojskowego? W portalowych komentarzach pełno sugestii, co z takim zrobić, a mamy tu burmistrza, któremu możemy skoczyć na pukiel. Oto Polska właśnie! Nie o taką walczyliśmy! Co na to RPO?Zabawne nibyanonse (12 grudnia 2009)
Jaka pisownia - kakałko, kakaoko czy kakauko? Przecież nie kakałko!
Od paru miesięcy "Dziennik Bałtycki" zamieszcza swoje nibyanonse. Są to dowcipne a inteligentne krótkie spostrzeżenia, zamieszczane w ramkach o wymiarach typowych dla niewielkich ogłoszeń prasowych. Nawiązują do ogólnie znanych historyjek. Mają bawić i zachęcają do dawania ogłoszeń w tej gazecie. A wydawałoby się, że już wszystko w tej branży wymyślono... Brawo!Oto próbki pomysłowości Redakcji -
Zapuszczam korzenie
Bartek Dąb
czytaj drobne w dziale
zwierzęta/roślinyZainwestuję 30 srebrników
Judasz
czytaj drobne w dziale
finanse/biznesWłoszczyznę sprowadzę
Bona
czytaj drobne w dziale
handelKupię kota w worku
młynarczyk
czytaj drobne w dziale
handelWycieczki do Raju
Ewa
czytaj drobne w dziale
turystykaOrganizuję chrzciny
Mieszko Pierwszy
czytaj drobne w dziale
usługiWesela organizuję
Wyspiański
czytaj drobne w dziale
usługiPopiół od maku oddzielam
Kopciuszek
czytaj drobne w dziale
usługiLiny za dobre sumy wymienię
wędkarz
czytaj drobne w dziale
usługiProfesjonalny catering w czwartki
St. A. Poniatowski
czytaj drobne w dziale
usługiUpuszczanie krwi
Dr Drakula
czytaj drobne w dziale
zdrowieTrędowate przyjmuję
Ordynat(or) Michorowski
czytaj drobne w dziale
zdrowieUżywane cylindry
starszy pan
czytaj drobne w dziale
motoryzacjaRegulacja zapłonu
Inkwizycja
czytaj drobne w dziale
motoryzacjaWulkanizuję
Hefajstos
czytaj drobne w dziale
motoryzacjaNauczę gry na cymbałach
Jankiel
czytaj drobne w dziale
naukaDam nauczkę
korepetytor
czytaj drobne w dziale
nauka12 zleceń przyjmę
Herkules
czytaj drobne w dziale
pracaDom na wodzie wynajmę
Noe
czytaj drobne w dziale
nieruchomościWynajmę chatę za wsią
Kraszewski
czytaj drobne w dziale
nieruchomościProjektuję szklane domy
Baryka
czytaj drobne w dziale
nieruchomościŁatwo tracę głowę
Robespierre
czytaj drobne w dziale
towarzyskieW latach 60. w Hali Targowej w Gdyni było stoisko barowe, gdzie można było kupić kanapki, mleko i kakao w fajansowych kubkach (a właściwie kubasach) podawane przez damski personel w bieli.
Dzisiaj można by zaproponować ogłoszenie -
Zapraszamy na kakałko (kakaoko lub kakauko)*
Sympatyczne panienki z Baru Mlecznego
czytaj drobne w dziale
usługi/catering* - do ustalenia przez polonistów
Zdelegalizować chuligańskie media i paparaczy! (15 grudnia 2009)
Opublikowanie filmików z senatorem Piesiewiczem, to skandal, za który media powinny zostać ukarane wysokimi grzywnami!
Senator Piesiewicz został podstępnie nagrany przez szantażystki, które wyłudziły od niego spore pieniądze, ale było im mało, zatem chciały powtórzyć akcję. Zostały namierzone i przesłuchane. Prawdopodobnie to są zwykłe ludzkie zera, które niczego dla Polski nie uczyniły i chciały sobie pożerować na znanym człowieku. Kiedy już finansowo im się nie udało, to całkowicie zrujnowały jego wizerunek, zatem do historii nie przejdą jako zera, ale już jako "ktoś". Przykre, że im w tym pomogły media, tym bardziej, że uczyniły to dla sławy i pieniędzy - oczywiście pod sztandarem... prawa i uczciwości.
Sprzedajne media zamieściły kompromitujące zdjęcia, które zrujnowały życie senatorowi. Szantażystki przejdą do historii jako osoby, które nie tylko skrzywdziły senatora, ale także ujawniły obrzydliwość polskich mediów.
Któż bowiem nie ma na sumieniu różnych wybryków, mniej czy bardziej żenujących, wstydliwych tak dla siebie, jak dla otoczenia? Ale na szczęście nie było przy tym żadnych nagrywaczy, agentów, paparaczy i szantażystów.
Oczywiście, senator, generał, biskup, noblista to osoby z górnych półek, które powinny dbać o własny wizerunek, jednak czy można zaglądać im do sypialni, toalet, piwnicy, zwłaszcza jeśli nie popełniają przestępstwa albo ewentualne wykroczenie jest pomijalne wobec medialnej histerii?.
A tu przestępstwem jest posiadanie i zażywanie narkotyków? Jeśli nawet, to mamy na razie domniemanie, nawet jeśli bardzo prawdopodobne! A o winie decyduje sąd. Wyrok jeszcze nie zapadł, ale media już zlinczowały senatora.
Ale nawet po wyroku skazującym za te narkotyki, to skandaliczne byłoby ujawnianie w mediach zdjęć! Wystarczyłby wyrok - ilustracje dotyczące sprawy są nie na miejscu!
Jestem pewien, że wybrane media nie są obiektywne i uczciwe - nie zamieszczą przecież wipów z opcji, które wielbią naczelni redaktorzy, nie doniosą na swoich kolegów współredaktorów, takoż na swoje rodziny i serdecznych kolegów.
Są gotowi zamieścić fotki, które rujnują człowieka oraz zniesmaczają co bardziej wrażliwych Polaków (bo przecież meneli, w tym intelektualnych, tylko zagrzewają do plotek i wylewania pomyj), są gotowi skompromitować Polskę a wszystko to dla zwiększenia nakładu i zysków oraz dla sławy (już kiedyś zamieszczono zdjęcie zabitego korespondenta w Iraku i były podobne dyskusje - na temat etyki mediów).
Obecna technika podsłuchiwania i podglądania jest tak wysublimowana, że można nagrać dosłownie wszystko! Przez okno, przez dziurkę od klucza, przez pluskwy umieszczone w zegarach, guzikach i kwiatach.
Każdy z nas może być nagrany przez niemal każdego. Każdy z nas ma coś na sumieniu i przez jakiś czas zastanawia się, czy nie został z tego powodu nagrany. Po pewnym czasie uspokaja się, że chyba jednak nie, skoro szantażyści się nie zgłaszają.
Paparacze (wł. paparazzi) to hieny w ludzkiej skórze. Rację mają aktorzy i inni wipi, że z nimi walczą po sądach - to chuliganeria, gawrosze i szantażyści nowego typu. Oni biorą wielką kasę za obrzydliwą pracę. Jeśli uda im się zrobić wyjątkowo pikantne zdjęcia, to mogą szantażować wipów, aby uzyskać od nich większe kwoty, niż od mediów.
Paparaczy można podzielić na zawodowców i na amatorów oraz na zewnętrznych (klasycznych - działają na zewnątrz pomieszczeń) i na wewnętrznych (zwykle jako szantażyści, którzy dostali się do pomieszczeń podstępem).
Z wszelakimi popapranymi paparaczami należy walczyć bezwzględnie - prawo powinno zabraniać nagrywania wipów poza ich działalnością związaną z pełnionymi publicznymi funkcjami. Jeśli już ktoś dokonał nagrania, to żadne media nie powinny ujawniać takich materiałów. Jeśli media dokonają jednak tego przestępstwa, to kara powinna być dwukrotnie wyższa, niż oszacowane dochody, ale nie niższa od prawnie ustalonego minimum.
Przecież nawet obecne prawo zabrania zamieszczać fotki bez zgody obrażanej osoby. Zamieścić można byłoby po uzyskaniu zgody sądu, który mógłby wybrane materiały dopuścić do publikacji.
Wprawdzie senator jest politycznie skończony (przez nasze bezwzględne i chamskie media), ale mógłby wykonać jedną a ważną pracę - jego prawnicy powinni rozpocząć wielką batalię z intelektualnymi lumpami, zarówno z paparaczami, jak też (i przede wszystkim) z wydawcami. Powinni złożyć pozew przeciwko tym sprawcom oraz (zbiorowo) przeciwko sprawie i w tym przypadku powinni dołączyć do nich inni wipi (np. aktorzy), którzy od lat są obrażani na łamach tabloidów.
Wszelkie policyjne nagrania powinny być chronione przed nieetycznymi mediami i w razie przecieków winne osoby powinny być karane wysokimi grzywnami oraz bezwzględnym więzieniem.
W razie wątpliwości należy przedstawiać nagranie osobie zainteresowanej lub (jeśli to niemożliwie) rodzinie, zaś w przypadku niewyrażenia zgody na publikację, potencjalny wydawca powinien sądownie walczyć o prawo do publikacji.
Każde inne rozwiązanie powinno być traktowane jako medialny bandytyzm i bezlitośnie tępione!
Dość podglądania, dość szantażów, dość chamstwa w mediach! Wszyscy rozumni Polacy powinni opowiedzieć się po stronie prawa do prywatności. Oczywiście, im towarzycho mniej wykształcone i spragnione skandali (bo niczego innego nie są zwykle w stanie dokonać), tym większy nacisk na ujawnianie prywatnych stron życia wipów.
Ostatnio nawet brytyjska królowa uznała, że media zachowują się nieetycznie, wręcz skandalicznie!
Zwykle inteligencja zwycięża z prostactwem, ale nie w jakże nierównej walce pomiędzy wipem a wydawcą chuliganem wspomaganym przez szantażystę donosiciela.
W opisanej przez media sprawie, należałoby rzetelnie osądzić szantażystki, które przejęły spore pieniądze metodą przestępczą, zatem powinny zwrócić je z odsetkami i powinny zostać właściwie osądzone. Ponadto one oraz wszyscy paparacze i wydawcy powinni być prześwietleni przez urzędy skarbowe pod kątem legalności wpływów i wydatków, w szczególności powinny być przejrzane umowy o świadczenie omawianych nikczemnych usług w aspekcie podatków.
Coraz częściej w Polsce mamy do czynienia z przeciekami do mediów i to od strony urzędów i instytucji państwowych, także (o zgrozo!) najważniejszych w Państwie! Należy bezwzględnie karać urzędników i funkcjonariuszy, którzy - jak należy się domyślać - dla pieniędzy przekazują tajne i poufne materiały do mediów. Ich chciwość (oraz publikatorów) powinna być przykładnie karana!
Czy polska Temida stanie na wysokości zadania, aby skutecznie opracować prawo i stosować je w obronie osób krzywdzonych? Czy możemy skutecznie walczyć z bezczelnymi łobuzami liczącymi na wielkie pieniądze zdobywane nielegalnymi sposobami (paparacze, w tym szantażyści) oraz z nieetycznymi biznesmenami wydającymi nasze pieniądze uzyskiwane ze zwiększonych wpływów (wydawcy)?
Jak można publikować zdjęcia wykonane w prywatnym domu w celu szantażowania znanego człowieka? Nawet jeśli istnieją przesłanki popełnienia niskiej rangi przestępstwa - odwet mediów po wielokroć przekracza winę tego człowieka! I to bez sądowego wyroku. Przecież to jest zabronione prawem! Jaki jest tu interes społeczny? Tu jest finansowy interes mediów, a my padamy ofiarą, bo pędzimy do kiosków po gazety - jak szczury ciekawe pomyj. Przyzwoite media, szanujące zwykłego i niezwykłego obywatela, powinny przekazywać rzetelną nieilustrowaną informację o domniemanym przestępstwie, jeśli zdjęcia zostały uzyskane nielegalnym sposobem.
Interes publiczny wymaga, aby żaden sprzedajny paparacz nie był witany w progach sprzedajnego wydawcy, bowiem ta współpraca jest chuligaństwem i może dotknąć każdego z nas i zrujnować życie każdemu porządnemu (i mniej porządnemu) człowiekowi.
Jeśli mamy uczyć młodzież uczciwości, to nie możemy zapominać o mediach. Nie mogą one publikować informacji uzyskiwanych nielegalnymi lub niemoralnymi sposobami, bowiem na nic wszelkie nauki świeckie czy kościelne dotyczące uczciwości! Musimy mieć etycznych urzędników i funkcjonariuszy oraz media, aby wymagać uczciwości od zwykłych obywateli. Jakże bowiem przeciętni Polacy mają być etyczni, skoro osoby ze społecznych wyżyn (w tym politycy i dziennikarze) są coraz częściej kombinatorami, złodziejami, cwaniakami i zwykłymi chamami? Jak w takiej atmosferze wychowywać młodzież i budować Uczciwą Polskę?
Gdyby wszystkich wielkich ludzi znanych z historii oceniać przez pryzmat czynów senatora (i to przecież bez dzisiejszej techniki inwigilacyjnej, ale tylko na podstawie historycznych przekazów), to znakomitą większość pomników należałoby zburzyć i pozmieniać nazwy ulic noszących imiona naszych sławnych rodaków.PS Właśnie głośno o italskim paparaczym chuliganie i skandaliście, o niekoronowanym (nomen omen) królu włoskich paparaczy (wł./nibypol. paparazzich), o nazwisku Fabrizio Corona, który swoją karierę ukoronował występem na żywo w programie "Matrix" (telestacja Canale 5) - przeklinał i ruszył ku wyjściu, rozrabiając po drodze i odnosząc kontuzję (po programie zoperowano mu złamaną rękę i zagipsowano). Ta medialna łachudra została skazana na niemal cztery lata "za szantażowanie celebrytów przy pomocy kompromitujących zdjęć i wyłudzanie od nich pieniędzy za rezygnację z ich publikacji". I takich ludzi zapraszają do telewizji - skandal! Taki cwaniak żyje (jak przystało na noszone imię) z fabrykowania zmyślnych sesji zdjęciowych i przedstawiania ich w mediach lub wprost do "finansowej" oceny osobom krzywdzonym. Śmieć!
Znany profesor językowym penetratorem lalki (18 grudnia 2009)
"Dziennik Bałtycki" (23 października 2009) zamieszcza kolejną, jakże zajmującą, pogadankę o języku pt. "Dopełniacze w 'Lalce' Bolesława Prusa" mistrza prof. Jana Miodka, który zagaja i to jak zagaja - "W dalszym ciągu penetruję językowo 'Lalkę', powieść z końca XIX wieku, i wyławiam* dziś z niej dopełniacze liczby mnogiej".
(Słusznie Profesor nawołuje do wysiłku umysłowego w swej książce - "Rozmyślajcie nad mową!"!).
Upewniłem się, że nie jest to wykład dla starszych chłopców (reklama plastykowej lali dmuchanej z zapałem - oczywiście... płucami) i dałem się uwieść dalszym wywodom.
Zatem - "Zacznijmy od postaci rodzaju żeńskiego".
A jakże, wszak każdy dorosły (i dorastający) pan, niezależnie od tytułów naukowych, lubi zaczynać od takich postaci. Nikt nie chce być biernikiem, ale sobie marzy, aby zostać... dopełniaczem.
Po omówieniu paru kwestyj i teoryj (już archaiczne słowa) w aspekcie sympatyj i po nawiązaniu do kobiet i dziewczyn, autor dowodzi, że owe wyrazy miały uzasadnienie morfologiczne, nim zmieniły swoje zakończenia - "Dzisiejsze brzmienia to - oczywiście - owacja, pretensja, poezja, lekcja itd. W takiej sytuacji fonetycznej musiało dojść do zlania się dopełniaczy liczby pojedynczej i mnogiej: jednej lekcji - kilku lekcji itd.".
No tak, dopełniacze mogą zlewać się z tłumem (w jednolitą masę) wprawdzie w liczbie pojedynczej, ale o mnogiej liczbie elementów zawartych w nim; mogą także w lalkę lub do lalki, aby czuć się bardziej dopełnionymi (już po udzieleniu paru lekcyj z wychowania w rodzinie), mogą zlewać się ze sobą (w jedną całość, co jednak nie jest mile widziane we wszystkich kręgach).
Co do innych panów w aspekcie przypadków tyle gramatycznych, co dramatycznych: mianownicy - faceci stale pod kreską (finansową, nie ułamkową), celownicy - mają kłopoty z trafieniem (np. nocą do domu), biernicy - tumiwisiści, narzędnicy - zawsze mają narzędzia w pełnej gotowości np. (złotoręcy fachowcy), miejscownicy - osiadli leniuszkowie (np. godzinami przed komputerem), wołacze - wzywają kumpli na pomoc.* - jak widać, Profesor jest nie tylko penetratorem, ale i łowczym; mam nadzieję, że przesympatyczny Mistrz uzna powyższe wymądrzania za kolejną zabawę językiem polskim...
PS Gdyby ktoś pytał o znaczenia innych rzeczowników o zakończeniach -cz (niczym owi dopełniacze), to:
badacze - amatorscy penetratorzy,
działacze - dużo pomysłów, mało czynów,
krzykacze - zachwalają swoje zalety,
miotacze - mają poważne kłopoty z wyborem żon,
naciągacze - zwolennicy antykoncepcji,
oracze - klasycy,
partacze - wiadomo!,
poławiacze - wybierają dyskotekowe talentki,
posiadacze - stać takich na harem,
pożeracze - niewieścich (oczywiście) serc,
poganiacze - niecierpliwi kochankowie,
przedłużacze - długodystansowcy,
rozpruwacze - miłośnicy fundamentalnych niewiast,
siepacze - damscy bokserzy,
siłacze - zabrakło takim cierpliwości,
słuchacze - pantoflarze,
spychacze - ważne decyzje scedują na żony,
skraplacze - bimbrownicy,
spowalniacze - latami obiecują małżeństwo, ale...,
szperacze - poszukiwacze G,
torbacze - chwalipięci,
trębacze - ogłaszają zwycięstwo i... przepadają,
tryskacze - panowie tryskający zdrowiem,
tułacze - knajpowe łaziki,
uzdrawiacze - wmawiają paniom swe cudotwórcze właściwości,
wahacze - mają kłopot z ustaleniem daty ślubu,
wspinacze - mikrzy zawadiacy zmagający się z fest kobitami,
wybielacze - niewiniątka,
wyjadacze - oraliści,
wywabiacze - dawniej: grajki spod balkonów,
wyzwalacze - rozwodnicy,
zraszacze - falstarciarze.Przedświąteczny groch z kapustą (19 grudnia 2009)
60-letnia pani już dawno usidliła swego rówieśnego męża, ale postanowiła nadplanowo zorganizować odnowienie sideł, bowiem oto połowica wbiła mu nóż w okolice serca i to nie czekając na zdjęcie kurtki po wejściu do domu i ta właśnie kurtka uratowała życie połowcowi. Pani została usidlona przez Temidę i grozi jej dożywocie. Dramat tej pary rozegrał się we wsi... Sidłowo.
Pewien palacz (ale nie tytoniu) taszczył dwa kradzione worki z węglem, kiedy to niespodziewanie, zza węgła, przez policyjny patrol został przywitany w... Witosławiu. Sława stróżom ładu publicznego!
Warszawski sąd skazał kierowniczkę domu opieki za wieloletnie bicie i poniżanie swoich podopiecznych. Wyrok jest śmieszny i dla przestępczyni radosny - 2 lata w zawieszeniu za maltretowanie w... Radości pod stolicą.
Mieszkanka Bogatyni w okolicach wsi Skąpe dostrzegła suczkę kręcącą się w borsuczej norze. Dzielni strażacy uratowali bogactwo tej ziemi - dziewięcioro szczeniąt, choć ziemna powała mogła się zapaść na nich i pogrzebać. Szczęścia jednak nie poskąpiono ludziom i zwierzakom.
Na przejeździe kolejowym kierowca postanowił lewą stroną ominąć szlabany automatycznie zamykające jezdnię tylko po prawych stronach. Nie zdążył - pociąg staranował jego nowe dobra (auto) zmieniając je w okamgnieniu w stare dobra. Przejazd kolejowy znajduje się w miejscowości... Nowe Dobra.
Pewien mieszkaniec wrócił do domu i zastał w kuchni wielki bałagan - ktoś obrobił mu lodówkę i bezczelnie zjadł śniadanko, moszcząc sobie wygodne gniazdko tamże. Niczego nie ukradł (oprócz jadła) i nie pozmywał po sobie naczyń! Głodomora szybko ujęto, zaś wydarzenie miało miejsce we wsi... Moszczanka.
Adrian Brody (36 lat) zupełnie nie dba o swój image (po polsku "imaż") - podają media. Faktycznie, paparacze (tak chyba bardziej po polsku) uchwycili go w kiepskim stanie, kiedy to spaceruje po Londynie w stroju dresiarza zarośnięty w trzy d..., sorki, w trzy brody.
Polscy gwałciciele to pikusie. Niejaki Derloy Grant opiekował się chorą żoną, ale w wolnych chwilach, a dokładniej - w nocy, okradał i gwałcił staruszki i starców (albo niewłaściwy przekład, albo biseksualista). Przez 20 lat dokonał ponad 200 napadów. W międzyczasie spłodził... siedmioro dzieci z własną żoną, którą za dnia opiekował się wzorowo (jest chora na stwardnienie rozsiane i od pięciu lat porusza się na wózku inwalidzkim). Teraz nie będzie jej pomagał przez wiele lat, zaś sam będzie - zarówno w dni, jak i w noce - spacerował jedynie po niewielkich powierzchniach płaskich.
Od wielu lat w Unii zakazane są ogłoszenia prasowe wybierające pracownika wg płciowego kryterium. W Unii, ale nie w Polsce... Oto w "Dzienniku Bałtyckim" (30 października 2009) czytamy - "Dziewczyny - 130 zł/h. Zarobki od 7 tys." oraz "Ekspedientkę do cukierni", " Hostessy z zakwaterowaniem, "Barmankę z j. angielskim".
Niemka, niejaka Agnes TRAWNY, opuściła ongiś piękny mazurski TRAWNY trawnik z przyległościami i przeniosła się do Niemiec Zachodnich, w których otrzymała 10 tys. marek na zagospodarowanie (wówczas w Polsce zarabiano ok. 50 marek miesięcznie). Po obaleniu komuny uznała, że i u nas jej się coś od życia należy. Złożyła zatem pozew i otrzymała satysfakcję - wyrokiem polskiego sądu dwie rodziny z Nart zostały wyślizgane (i to jeszcze przed narciarskim sezonem) przez naszych wyTRAWNYch prawników z powodu głupoty naszych marnoTRAWNYch urzędasów, którzy przespali sprawę wiele lat wcześniej. Teraz była Polka walczy o kolejny łup - o milion złotych, z których chce wyślizgać nasz Skarb Państwa.
Koło im się nie przysłużyło... (19 grudnia 2009)
Trzech mieszkańców wsi o nazwie Koło Szlichtyngowej (Lubuskie) doraźnie założyło kółko zainteresowań (trzy osoby to minimalna obsada, aby utworzyć takie kółko). Otóż nawiązali oni do nazwy swej miejscowości i napadli na starą szafę, jednak nie prostokątną, lecz na okrągłą (kołową) i to... grającą, o czym informuje "Fakt" (6 listopada 2009).
Oczywiście nie uczynili tego z miłości do muzyki, ale do okrągłych (kołowych) monet, których było tam na dość okrągłą sumę (coś koło) tysiąca złotych. Panowie dostrzegli okrągłą (kołową) pokrywę owej okrągłej (kołowej) maszyny i odkręcili ją okrężnymi (kołowymi) ruchami.
W celi (jednak nie kołowej) mogą teraz spędzić parę okrągłych latek, oglądając "Koło Fortuny" oraz wychodząc na okołoświąteczne przepustki. Dobrze, że było ich trzech, nie pięciu, bowiem ostatni mógłby się czuć jak piąte koło u wozu. Sąsiedzi kreślą kółka na czole wspominając swoich współmieszkańców ze wsi Koło Szlichtyngowej.
Czy jeszcze jakieś panny zakręcą się wokół tych dżentelmenów, którym fortuna mizernie kołem się zatoczyła? Zapewne przez lata skołowanym złodziejaszkom koło będzie kojarzyć się z najgorszą (geometryczną) figurą.Niekoronowany italski fabrykant afer (19 grudnia 2009)
Właśnie głośno o italskim paparaczym chuliganie i skandaliście, o niekoronowanym (nomen omen) królu włoskich paparaczy (wł./nibypol. "paparazzich"), o nazwisku Fabrizio Corona, który swoją karierę ukoronował występem na żywo w programie "Matrix" (telestacja Canale 5) - przeklinał i ruszył ku wyjściu, rozrabiając po drodze i odnosząc kontuzję (po programie zoperowano mu złamaną rękę i zagipsowano). Ta medialna łachudra została skazana na niemal cztery lata "za szantażowanie celebrytów przy pomocy kompromitujących zdjęć i wyłudzanie od nich pieniędzy za rezygnację z ich publikacji". I takich ludzi zapraszają do telewizji - skandal! Taki cwaniak żyje (jak przystało na noszone imię) z fabrykowania zmyślnych sesji zdjęciowych i przedstawiania ich w mediach lub wprost do "finansowej" oceny osobom krzywdzonym.Drozdowe kino jak te orlikowe boiska (19 grudnia 2009)
Nieco zapomniany (a szkoda, bo nadal świetny) Tadeusz Drozda (nasz orzeł pośród satyryków) został wreszcie doceniony.
Na twórcę programu "Śmiechu warte" nie pogniewano się w Gniewinie. W tej niewielkiej wsi, na jego cześć, nazwano ornitologicznym nazwiskiem salkę kinową wielkości solidnego drozdowego gniazda, za co sympatyczny komik jest niezmiernie wdzięczny tamtejszym mieszkańcom - "nikt nie kwapił się zorganizować mi uroczystości z okazji 40 lat mojej pracy artystycznej" ("Fakt", 6 listopada 2009).
Kilka dni temu pokazano sępie boisko (zbudowane "na sępa"), które kosztowało parę razy mniej, niż orlikowe place do gier budowane wg rządowych standardów finansowania.Prawo w wolnej Polsce, czyli brak właściwych procedur (21 grudnia 2009)
19 grudnia 2009 media radośnie obwieściły, że bilbordy nie mogą zasłaniać mieszkalnych okien.
Okazuje się, że "Naszych okien nie będą już zakrywać wielkie reklamy" (obwieszcza www.tvn24.pl). Ależ osiągnięcie - wręcz na miarę epoki! Cieszmy się i radujmy, że kozę (wprowadzoną do mieszkania wg znanego dowcipu) wygoniono w końcu precz i wszyscy poczuli się nareszcie szczęśliwi.
"Natomiast te już powieszone muszą zniknąć w półtora roku". Dobre i to, ale co zrobimy, jeśli jakiś mieszkaniec nie zechce czekać i wytnie sobie okno w plandece?
"W sobotę weszło w życie prawo, według którego reklamy umieszczane na budynkach wielorodzinnych nie mogą ograniczać dziennego światła". No jakież to mądre! Mamy być oczywiście pełni podziwu dla polskiej Temidy miłującej przyjazne prawo...
"Nowe przepisy zezwalają na reklamy na fasadach domów mieszkalnych, ale pod warunkiem nieograniczania dziennego oświetlenia mieszkań". Jedno takie genialne zdanie i aż dziwne, że tego żaden mędrzec nie wymyślił parę lat wcześniej... Ale lepiej późno, niż wcale!
"Reklamy można by zatem umieszczać np. na ścianach szczytowych, na oknach klatek schodowych i lokali użytkowych albo też między oknami mieszkań". Nie, no aż jestem dumny, że takie oczywiste odkrycia zostały dokonane w naszej Polsce - z pewnością zasługujemy na miano prawdziwych Europejczyków (krócej - Europów), przecież jesteśmy w centrum tego kontynentu i takimi prawniczymi przebojami torujemy sobie drogę do intelektualnego a słusznego przewodnictwa tej części świata.
Ale dlaczego możemy być teraz szanowani przez ludzkość i komu zawdzięczamy ten skok cywilizacyjny w dziedzinie prawa? Otóż naszej świetnie wykształconej elicie, bowiem to - "Prawnicy zwracali uwagę, że okna służą wyłącznie do użytku właścicieli lokali i dlatego nie stanowią one części wspólnej nieruchomości, co do której wspólnota mieszkaniowa może podejmować decyzje większością głosów lub udziałów". No jestem ogromnie wzruszony, że potrafiono tak zgrabnie w końcu zapisać oczywistość spędzającą sen z powiek praworządnym obywatelom, którzy intuicyjnie czuli, że mają rację, ale nie wiedzieli, jak to literkami ułożyć...
Od paru lat obserwowaliśmy zmagania poszczególnych obywateli walczących ze swoimi zarządcami nieruchomości albo wprost z bilbordami, w których wycinali swoje okna... na świat. Reszta narodu polskiego obserwowała ich zmagania, zwykle z sympatią, ciesząc się, że to nie ich dotknęło.
Latem w mieszkaniach panowała duchota (cała ściana była zasłonięta grubą winylową siatką), nocami reflektory oświetlały wnętrza pomieszczeń utrudniając spokojny sen. Mieszkańcy przedstawiali swoje racje, właściciele mieszkań swoje, swoją pieczeń zaś piekli bilbordowi wywieszacze reklam. Zwykle granica poparcia przebiegała pomiędzy lokatorami, którzy byli zasłonięci, a tymi, co jeszcze nie byli osaczeni przez kapitalistyczną inicjatywę reklamową, co jest jeszcze jednym dowodem na słuszność tezy o zależności punktu widzenia od miejsca siedzenia, przy czym widzenie istotnie było przytłumione ową nieszczęsna siateczką...
I kiedy przebrzmiały najbardziej bulwersujące przykłady walki mieszkańców o swoją wolność, właśnie - tuż przed świętami - ogłoszono, że... zawieszanie wielkich reklam jest już nielegalne.
Jak to możliwe, aby przez parę lat zniewalano mieszkańców pod różnymi paragrafami dowodząc legalności, zaś obecnie stwierdzono nielegalność działań?!
To nie dziwmy się mieszkańcom okupowanej Europy albo obywatelom w demoludach, że niektóre kuriozalne przepisy ustalane przez panujące ongiś reżymy, uznawali jednak za prawo obowiązujące, które oceniono (w czasach pokoju i w wolnych państwach) za barbarzyńskie i niedorzeczne, skoro w III tysiącleciu można było przez kilka lat (czas porównywalny z okresem II w.św.) skazać pechowe grupy naszych rodaków na oddziaływanie dyskryminacyjnego prawa - a niech się same szamoczą z cwaniakami, bo co to nas obchodzi?
Kto jest za to odpowiedzialny? Kto poniesie karę? Oczywiście, komisja sejmowa nie powstanie w tej sprawie, ale mechanizm tego konfliktu warto byłoby zbadać, aby w przyszłości nie powtarzać podobnych skandali.
A może są jeszcze inne przepisy, które naruszają wolności obywatelskie i które są w trakcie obalania albo właśnie rodzą się w głowach wszelakiej maści kombinatorów? Jaki jest mechanizm takich przepisów? Czy nie powinien powstać nadrzędny przepis mówiący o zastosowaniu proponowanego rozwiązania dopiero po rozpatrzeniu przez najwyższe trybunały naszego państwa?
Może - nim ktokolwiek przedstawi jakąś korzystną dla niego inicjatywę - najpierw niech skieruje swój pomysł do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten w trybie przyspieszonym ocenił jego legalność? Dzięki takiej procedurze unikniemy wieloletnich zmagań, protestów, żenujących incydentów ukazywanych w mediach i kompromitacji naszej demokracji, co przecież zdecydowanie osłabia wizerunek - jednak niezbyt mocnego - państwa prawa.
Niech przykład z bilbordami zasłaniającymi okna mieszkań będzie ilustracją, w jaki sposób rozmija się deklaratywne prawo oparte na Konstytucji z faktycznymi zdarzeniami dnia codziennego, niech będzie ostrzeżeniem przed groźbą powstawania prawa nieobywatelskiego w demokracji i niech utoruje drogę właściwym procedurom uniemożliwiającym w przyszłości bezprawne, a jednak wieloletnie, działania!
Kiedyś intrygowała nas walka o ogień, obecnie walczymy o... światło.Kto w święta puszcza wulgarną szmirę? (22 grudnia 2009)
11 listopada 2009 - Narodowe Święto Niepodległości, czyli pamięć historyczna, podniosły nastrój, zwłaszcza w mediach. Dzień ma się ku końcowi (zbliża się północ) i większość Polaków, jeśli nie ma jakiejś imprezy albo nie śpi, chce obejrzeć wartościowy film jako ukoronowanie patetycznego a patriotycznego dnia.
A któryż z programów, jak nie TVP1, ma i powinien dopełnić ten dzień w godziwej atmosferze?
Zatem zasiadamy i oglądamy. Propozycją jest film "Gniew" (premiera - luty 1998). Jeśli ktoś nie jest znawcą filmu polskiego, nawet mógł pomyśleć, że to - sądząc po tytule - ciekawy obraz osadzony w realiach 1918 roku.
Nic z tych rzeczy! Film osadzono we współczesnych czasach i w żadnej mierze nie nawiązuje do historii, chyba że za akt historyczny można uznać wydziwione dziedziczenie przez dwóch braci rozpadającej się późnofeudalnej budowli.
Film - na mój gust - jest wielkim chłamem i aż dziw bierze, że ktoś wyasygnował na to swoją (albo i publiczną) kasę. Przede wszystkim - denna fabuła. Dwóch braci, którzy nie widzieli się od lat, spotykają się w pustym domu (dom to jednak zbyt skromnie - jakieś zamczysko, czy raczej pałac, choć to określenie kojarzy się z przepychem, a tam to jednak popałacowa ruina), odziedziczonym po protoplastach. Starszy z braci robi karierę, młodszy ponownie uciekł z poprawczaka; iskrzy pomiędzy nimi i to nieprzyjemnie a nawet żenująco wrogo.
Tak po prawdzie, to nie wiadomo o co chodzi. Dialogi koszmarne. Przeplatane dziesiątkami wulgaryzmów - rzucane w przeważających przypadkach całkowicie bez sensu! Aż dziwne, że dwoje dobrych aktorów, Dancewicz i Żmijewski, dało się namówić na taki gniotowaty film; także Żak przewija się w dość mętnej scenerii...
To co wyprawia Żmijewski, obrzydliwie bluzgając na lewo i prawo, także przy swej partnerce (nie licząc widzów nastawionych jednak odświętnie), to prawdziwy okaz bezsensu i braku smaku! Być może, że ich życiowe, w tym mieszkaniowe albo motoryzacyjne, potrzeby były w rozkwicie, skoro dali się namówić na takie badziewie... Ale kto i czyim sypnął groszem?
Pod koniec filmu, na moczarach, bezsensownie tonie postać grana przez wspomnianą aktorkę, która wpada do topieli, zmaga się z nią i każdy łudzi się (skoro to czołowa i najsympatyczniejsza postać filmu), że się w końcu wykaraska i będzie choć dla niej szczęśliwe zakończenie filmu - a tu takie rozczarowanie.
Pierwszy raz oglądałem ten film i myślałem, że śnię (zresztą pora była po temu, a ta bryndza tylko przysługiwała się stanowi zaniemówienia). Półtorej godziny męki intelektualno-językowej było "ukoronowaniem" Dnia Niepodległości. Nie wiem, ilu rodaków dało się nabrać na tak nietrafioną propozycję podupadającej TVP1. Kto podejmuje takie denne decyzje?! Może ktoś zna konkretne nazwiska układające programy telewizyjne? Czy wynagrodzenia przekazywane twórcom filmowym zależą od rangi dnia emisji na srebrnym ekranie?
Owszem, wprawdzie niezbyt systematycznie dokonuję wpłat na firmę zarządzaną w skandaliczny sposób, ale ostatnio uregulowałem należności za zaległe drugie półrocze 2009 i za przyszłe, czyli do połowy 2010 roku, zatem nie powinny dręczyć mnie finansowe wyrzuty sumienia, chyba że będę oglądać podobnie szmirowate dzieła, ale wówczas będę żałować tej wpłaty...
Gdyby jednak abonament wliczono w cenę prądu albo uwzględniono w rozliczeniach PIT lub po prostu by go całkowicie zniesiono, zaś dobrze kontrolowane wydatki byłyby pokrywane z naszych podatków, które byłyby podniesione o ułamek procenta, to skończyłaby się era wystawania w kolejkach, aby uiścić, byłby koniec z kosztami drukowania blankietów i wykazów, systemów komputerowych, z kosztami gromadzenia danych, nadzoru, sprawozdawczości i ponaglania niesfornych współobywateli, co byłoby wielkim ekologicznym osiągnięciem, biorąc pod uwagę zużywaną energię, w tym ludzką, i papier.
Czy ktoś policzył roczne koszty utrzymywania tego systemu? Ponadto czulibyśmy się bardziej komfortowo, bowiem nie mielibyśmy wyrzutów sumienia przed kontrolami, nie byłoby wymądrzania się, że kontrolerzy to mogą nam na pukiel naskoczyć, nie byłoby spraw sądowych w tej materii i artykułów prasowych, czyli tego całego bezproduktywnego mielenia wody. Nie byłoby kolejnego dowodu na nieuczciwość naszych rodaków, bowiem przestałby istnieć problem. A ileż drzew byśmy ocalili, ileż farby drukarskiej zaoszczędzili, a ile milionów godzin traconych na zajmowanie się sprawą abonamentu (wypełnianie kwitków, kolejki, wyjaśnianie reklamacji). Zapewne likwidacja abonamentu spowodowałaby skasowanie wielu etatów i to jedyny negatywny problem, bowiem wzrosłoby niestety bezrobocie, ale od setek lat racjonalizacja powoduje spadek zatrudnienia, zaś rozwój cywilizacji rodzi nowe zajęcia i profesje.
Ponieważ zbliża się Boże Narodzenie, przeto mam nadzieję, że państwowa telewizja nie uraczy mnie kolejną półpornograficzną tandetą w same święta...
PS W internecie odnotowano - Filmy 1997 z dofinansowaniem z budżetu państwa; na liście pod nr. 14 - "Gniew", reż. Marcin Ziębiński, prod. FIGARO FILM PRODUCTION i wiemy kto zapłacił, ale nie wiemy dlaczego to znowu... my."Arbeit macht frei" oraz "Kradzież czyni więźniem" (26 grudnia 2009)
Gdyby przed kradzieżą najsławniejszego napisu w Polsce zapytać rodaków, czy konstrukcja z rur i blach ułożonych w napis "Arbeit macht frei" oraz druty kolczaste zainstalowane wokół obozu Auschwitz-Birkenau są oryginalne, czyli że liczą sobie 70 lat, to po namyśle większość odpowiedziałaby - ależ skąd, przecież cienkie stalowe elementy, nawet malowane, nie przetrwałyby siedemdziesięciu wiosen i zim, podczas których były narażone na deszcze, mrozy i upały, a ponadto w kraju, w którym złodzieje biorą wszystko (co metalowe) jak leci, nawet przewody linii energetycznych i trakcyjnych (także szyny!) oraz pokrywy studzienek ściekowych, to nikt przy zdrowych zmysłach nie pozostawia na pastwę rodaków takich symboli!
Ile Polska zaoszczędziłaby wydatków, gdyby napis "Arbeit macht frei" był kopią? Nie byłoby tego całego rozgłosu, który w świecie nas skompromitował jako strażników muzeum i jako złodziei. Jeśli nawet kradzież na zamówienie zorganizował cudzoziemiec, to również jest to dla nas ujma, bowiem plasuje nas w roli zwykłych prostolinijnych biednych złodziejaszków na końcu "łańcucha pokarmowego półświatka".
Spore kwoty poszły na poszukiwania oryginału - praca policji, spotkania z mediami, nagrody dla rodaków za pomoc w ujęciu złodziei, ich konwojowanie przez całą Polskę, teraz przesłuchania, śledztwo, prokuratura, prawnicy, w tym adwokaci, całe procedury sądowe, no i wreszcie kosztowne wieloletnie więzienie dla sprawców. Do tego morze farby drukarskiej wylanej (także wirtualnie) na artykuły rozmaitych mediów. Miliony złotych? A po kradzieży poinformowano, że polepszenie ochrony Muzeum, to dodatkowe 5 mln zł! I to da większą gwarancję, że podobna kradzież się nie wydarzy, ale przecież teraz mogą powstać grupy, które założą się o to, komu uda się zdjąć ów symbol - nie dla jakiegoś kolekcjonera, nie dla wartości metalu w punkcie skupu, ale dla adrenaliny obstawiania zakładów. I jeśli zostaną ujęci, to nie za grabież, nie za zniszczenie, ale za... czasowy zabór mienia.
Tych wszystkich wydatków oraz kompromitacji nieprzeliczalnej wszakże na pieniądze, ale pewnie dotkliwszej dla Polski (oburzenie z powodu kradzieży wyrazili m.in. byli więźniowie obozu, prezydent, premier i środowiska żydowskie, w tym rząd Izraela), można było uniknąć w prosty sposób... Otóż już wiele lat temu należało wykonać kopię i zamontować nad obozową bramą, zaś oryginał umieścić na poczesnym miejscu wewnątrz muzeum, w godnych warunkach, z fotografiami oraz z odpowiednimi opisami. Wszyscy wiedzieliby, gdzie jest oryginał i że nad bramą wisi kopia. Gdyby jednak ktoś ukradł kopię, to dyskretnie zostałaby zawieszona kolejna kopia i nikt nie dowiedziałby się o tym kompromitującym nas fakcie, a nawet jeśli złe wieści by się w końcu rozeszły, to o znacznie mniejszym emocjonalnym ładunku i zasięgu - wręcz media nie miałyby o co kruszyć kopii z powodu kradzieży kopii!
Chętni (kolekcjonerzy, może światowe muzea) mogliby zamawiać w Muzeum kopie napisu z kolejnymi numerami i z certyfikatami, co generowałoby nie wydatki, jak obecnie, ale choć symboliczne dochody przeznaczane na konserwację Muzeum. Należałoby jednak rozstrzygnąć, czy nabywca może taki symbol postawić w ogrodzie; zapewne należałoby opracować regulamin, który powinien być przestrzegany przez właściciela pod groźbą zwrotu eksponatu. Muzeum oraz kolekcje są coraz starsze, zatem coraz droższe w utrzymaniu. Może powołać międzynarodową komisję (Polska, Izrael, Niemcy), która opiekowałaby się tym miejscem z godnością i byłaby wzorem współpracy pomiędzy narodami?
Nic dziwnego, że strażnicy nie od razu zauważyli braku konstrukcji, bowiem rzeczy oczywiste są najtrudniejsze do dostrzeżenia. Komu przyszłoby do głowy, aby przez półwiecze sprawdzać co kilkanaście minut, czy napis ciągle jest na swoim miejscu... Teraz to całkiem inna sprawa - teraz wszyscy będą wypatrywać głównie napisu, zaniedbując innych ważnych elementów Muzeum... A wystarczyło skierować jedną kamerę na główną bramę z owym ironiczno-zbrodniczym hasłem (znanym już kilkadziesiąt lat przed Holokaustem). Mało tego - można było metalowy napis podłączyć do systemu sygnalizacji i gdyby ktoś przerwał obwód demontując metalowy napis, automatycznie wszcząłby się alarm! Ile taki system może kosztować? Kilkaset złotych? A mamy milionowe straty!
Akurat spadł wielki (jak na nasze warunki) śnieg, ochroniarze zapewne musieli się ogrzać swoimi sposobami i złodzieje mogli urządzać sobie do woli lustracje rzeczonej bramy. Po stwierdzeniu, że nie można po prostu zdjąć napisu, udali się do sklepu po narzędzia, powrócili i zdemontowali przedmiot swego pożądania. Każdy mógł długość konstrukcji ustalić choćby krokami, mierząc nimi bramę, ale nie nasi złodziejscy artyści - samochód był zbyt krótki, pocięli napis na trzy elementy i upchali go w aucie... Proste jak dwie rury dostarczone 70 lat temu do Auschwitz-Birkenau, które polscy więźniowie wygięli w obozowym warsztacie.
Gdyby wydarzenie to nie było aż tak poważne, to można by sądzić, że jest to jeden z ciekawszych fragmentów skandynawskiego (konkretnie duńskiego) filmu "Gang Olsena"... Zresztą Skandynawi* (jednak Szwedzi, nie Duni*) podobno maczali w tym swe palce.* - skrócone nazwy
PS Nad polskimi ulicami należy montować napisy o treści "Kradzież czyni więźniem" - może na nas wywarłyby one jakieś właściwe wrażenia i może nie byłyby... "demontowane".
Mirosław Naleziński, Gdynia
www.mirnal.neostrada.pl
mirnal1402
Strona główna