Komentarze 2008 (VII-IX)

    Czy Gdynia będzie pierwsza? (2 lipca 2008)
    Jadę trolejbusem *23* ulicą Świętojańską w kierunku Sopotu i na wysokości stacji SKM Wzgórze Świętego Maksymiliana konstatuję, że o tej porze powinien tędy jechać autobus *134*. I istotnie, ów wóz stoi w zatoczce i rusza, nim trajtek w niej stanął. Przy Harcerskiej kolejny pech, bowiem *134* zdążył przejechać zebrę, zaś mój *23* stanął na czerwonym. Ale wodzę łakomym wzrokiem za zadem *134*, który stanął na światłach przy Redłowskiej, aby skręcić tamże, czyli w lewo. I trolejbus dogonił go - stoimy społem na czerwonym świetle. Sytuacja jest niemal beznadziejna, ale teoretycznie jeszcze do wygrania. Po włączeniu zielonego oczka, mój *23* rusza i zaraz staje na przystanku, na który wysypuje się towarzystwo marzące o spokojnej przesiadce na stojący *134*, zaś onże ciągle stoi na skrzyżowaniu mrugając "w lewo" (zablokowany przez strumień pojazdów jadących od strony Sopotu ku centrum Gdyni). Jednocześnie przesiadkowi pasażerowie mają czerwone światło i niecierpliwie czekają na zielone, co umożliwiłoby przejście (a właściwie przebiegnięcie) i zdążenie na *134*.
    Przez moment kierowca obserwuje zaistniałą sytuację i widzi nerwowo przestępujących na obu kończynach potencjalnych swych klientów. Gdyby miał premię płaconą wg liczby przewiezionych pasażerów, albo gdyby tak owi ludkowie zdjęli kapelusze lub klęknęli... Niestety, ludek hardy, zaś zmiana świateł ciągnie się w nieskończoność, co skrupulatnie wykorzystuje obserwowany autobus skręcający w końcu w lewo, bowiem sznur aut z przeciwka, niestety (dla nas) się urwał. Wysypują się ludziska na przystanek, oczekujący wsiadają i wówczas dopiero włącza się zielona lampka dla zainteresowanych tymże autobusem. Cóż jednak z tego, skoro pojazd rusza z miejsca zostawiając w tyle zainteresowanych nim parę osób... Z powodu nieskoordynowanej akcji świateł i pojazdów, poczekają sobie parę minut na następny pojazd. Przecież to nie koniec świata, zwłaszcza że jest lato, jednak jesienią albo zimą sprawa bywa identyczna; ale pogoda jest wówczas cokolwiek paskudniejsza.
    Cóż można uczynić w III tysiącleciu, w dobie komputerów, internetu, lądowania na Marsie? Pytanie do grupy wysoko kształconych menadżerów zajmujących się problemami komunikacji miejskiej. ZKM Gdynia pewnie uważa, że niewiele można, a jeśli już, to stosuje podpatrzone pomysły rodem z Zachodu. Niżej podpisany już  pół roku temu pisał do owej szlachetnej instytucji i proponował pewne nowatorskie a tanie rozwiązanie. A na pewno przyjazne dla pasażerów - klientów kasujących bilety jednorazowe oraz posiadających od wielu lat bilety miesięczne. W interesach uważa się: "klient - nasz pan!". Czyż nie można liczyć na lepsze traktowanie przewożonej klienteli? A 'lepsze', to obecnie nie tylko kulturalniejsi kierowcy, nowocześniejsze pojazdy i kamery w nich zainstalowane. Za kilkaset złotych Gdynia ma szansę mieć pierwszy (może i w całej naszej galaktyce) przyjazny przystanek (choćby na opisanym skrzyżowaniu).
    Na czym polega pomysł? Otóż pasażerowie oczekujący na zielone światło umożliwiające przepisowe a spokojne przejście przez zebrę do przystanku znajdującego się parę metrów za owym pasiastym wynalazkiem, mieliby do dyspozycji przycisk zamontowany na słupku sygnalizacji świetlnej. Pasażer unieruchomiony przez czerwone światło a obserwujący skręcający "jego" autobus, nacisnąłby guziczek i na wiacie zapaliłoby się pulsujące światełko (np. w kolorze błękitnym). Byłby to znak dla kierowcy, że parę - równie sympatycznych, co on - osób oczekuje na jego miły gest, polegający na przedłużeniu postoju prowadzonego przez niego pojazdu, który powinien poczekać na osoby wypatrujące zmiany koloru świateł.
    Doprawdy, przedłużenie rejsu wozu komunikacji miejskiej trwałoby od kilkunastu sekund (jak w opisanym przykładzie) do może niecałej minuty (przy oczekiwaniu na zmianę pełnego cyklu sygnalizacji świetlnej), zatem średnio ok. pół minuty i nie dotyczy każdego przystanku. Czy ZKM jest w stanie zafundować taki rarytas swoim pasażerom? Przecież wydaje miliony złotych na nowe wiaty, kamery, monitory telewizji reklamowej. Dodam, że aby zainstalować proponowany system, nie trzeba ryć nawierzchni jezdni, ponieważ są dostępne tanie urządzenia (typu bezprzewodowy dzwonek: naciskasz klawisz u drzwi a gong gra głośne i światowe przeboje w mieszkaniu nachodzonym przez natręta*). Malkontenci wówczas malkontencili, że niedobrzy nasi rodacy będą złośliwie naciskać te guziczki. Jednak są już sygnalizatory świetlne uruchamiane przez przechodniów. Są także słupki alarmujące Policję. Mamy także przyciski do wind i do mieszkań. Czy z powodu nieodpowiedzialności niektórych obywateli demontowane są wymienione przyciski?
    W tej sprawie już pół roku temu (wówczas opisałem podobny problem - skręt w prawo od strony Sopotu; również na tym samym przejściu) zwróciłem się do ZKM Gdynia i nawet dostałem sympatyczną i obiecującą odpowiedź. Zatem - co dalej "w tym temacie", Szanowna Firmo?
    * - obawiam się, że właśnie w ten sposób traktowane są takie pomysły przez niemal wszystkie instytucje; oczywiście istnieje cała szkoła udzielania sympatycznych a spławiających odpowiedzi (flisacy mogliby się sporo nauczyć)

    Dziwolągi komunikacji potocznej (6 lipca 2008)
    Poradnia Językowa przypomina (5 lipca 2008), że od 1966 w Polsce obowiązuje międzynarodowy układ jednostek miar SI. Pamiętam, ponieważ wówczas w podręcznikach z fizyki zaczęto stosować ten układ. Jako absolwent liceum ogólnokształcącego oraz politechniki wiem, że dkg zarzucono na rzecz dag. Niejednokrotnie się czepiałem mediów (także na mojej witrynie), bowiem na ekranach telewizyjnych oraz w prasie, stosowano dawny skrót dkg. Sądzę, że każdy Polak, który kończy szkołę podstawową, musi wiedzieć, że skrótem jest jednak dag. A przecież dziennikarze i poloniści to osoby pobierające nauki przez co najmniej kilkanaście lat. Zresztą o poruszanej sprawie powinni wiedzieć niezależnie od przykładania się do nauki, bowiem jest to jest kwestia wiedzy ogólnej.
    Jakież było moje zaskoczenie, kiedy przeczytałem w wyjaśnieniu (fragment):
    Najważniejszy powód (i wystarczający) to potrzeba międzynarodowej normalizacji terminologii, ponieważ horyzont nauki jest globalny. Tam, gdzie tej potrzeby nie ma, skrót tradycyjny może bez przeszkód funkcjonować. Skrótu dkg można w takim razie używać w komunikacji potocznej, przecież nikt nie zamierza zabraniać sprzedawcom podawania cen w dekagramach skracanych jako dkg. Podsumowując: nic nie stoi na przeszkodzie, by - odpowiednio do okoliczności - używać obu skrótów.
    Przecież nie chodzi o zabranianie (a to kojarzy się z karaniem), ale o informację, że w ten sposób nie należy skracać. Każdy Polak (w tym dziennikarz, polonista i sprzedawca) powinien wiedzieć, że obowiązuje skrót dag. Wobec sprzedawców nie ma potrzeby stosować taryfy ulgowej, chyba że potraktujemy tę grupę... ulgowo. To są ludzie, którzy pokończyli szkoły i powinni wiedzieć, że od niemal półwiecza obwiązuje pisownia dag. Jeśli nie pamiętają, to należy im to przypominać. Także nie ma złp (jest ),  wielu pisuje błędnie tyś. (zamiast tys.). Jeśli handlowiec nie widzi błędów w omawianych skrótach, to zapewne miał kiepskich nauczycieli, którzy nie zwrócili mu uwagi na te wyrazy. Zresztą, jaki ma sens puszczanie oka do ludzi - oficjalnie piszcie dag, ale potocznie (na wydrukach, przepisach kulinarnych, w odręcznych zapiskach) piszcie sobie dkg? W raportach widuje dag, zaś na stoisku pisuje dkg? I dodatkowy kurs z zakresu odróżniania sytuacji górnej półki od niższej (słownictwo utrzymane w branży handlowej), czyli poruszanie się w dwóch standardach?
    Przecież to niczym nieuzasadnione dziwactwo. Podobnie zresztą, jak stanowisko polonistów - na podwórku możemy wołać "podaj tą piłkę", zaś przed kamerą mamy artykułować "podaj tę piłkę". A komu ma służyć ten dualizm?! Dzieci obcują z dwoma stanowiskami - oficjalnym oraz potocznym i uczą się od małego, że w niewielkim środowisku możemy mówić inaczej, niż w większej zbiorowości. Są ludzie, którzy w ścisłym gronie mawiają o pedałach, asfaltach, małpach w czerwonym i o zbędnych dziadach, ale doskonale wiedzą, że na szerszym forum należy wysławiać się całkiem inaczej, ponieważ nie wypada a nawet można mieć kłopoty. Kwitnie zatem partyzantka tematyczna, zaś Poradnia Językowa namawia nas do partyzantki językowej... Jeśli ta pierwsza ma jeszcze jakiś sens, to druga jest całkowicie bezsensowna. Niemal każdy obgaduje kolegów, szefów i polityków, natomiast tego w oczy raczej im się nie mówi, chyba że nie ma zbytnich zależności służbowych i wówczas wstępuje w nas demon odwagi... Jednak im mniej takich wpajanych nam dziwactw komunikacji potocznej, tym lepiej. Skrótem jednostki masy dekagram jest dag i nie ma żadnego usprawiedliwienia dla osób piszących dkg.
    Oczywiście, jest wielu ludzi, którzy nie uznają zastanej rzeczywistości a nawet chcą ją zmienić i piszą np. emajlować, grylować oraz Dublin (i tak wymawiają). Ale jeśli czynią to w ramach świadomej walki o zmiany w słowniku języka polskiego, to tolerancyjni rodacy powinni im wybaczyć tę zawziętość w demokratycznej Polsce (bywa, że mniejszość może mieć rację). Jeśli jednak coś czynimy z niewiedzy, to należy "dać po łapkach", nie zaś usprawiedliwiać. No bo według profesora udzielającego porady - dziennikarz, nauczyciel czy sprzedawca może sobie pisywać w notatkach, na tablicy lub na straganie dkg, natomiast "na szerszych wodach" jedynie dag. Cóż za bezsensowne stanowisko i jakże szkodliwe dla nauki, wychowania i etyki. Totalny bezsens! Jakże to - dla mądrali pisać dag, zaś dla inteligentnych inaczej - dkg? Z takim podejściem należy walczyć, nie zaś przymykać oko!
    Zamiast dziwacznego usprawiedliwiania pisowni dkg, może szanowni poloniści zmienią bezsensowną pisownię min (bez kropki) na min. (minuta; podobnie  minister, ministerstwo; konsekwentnie jak godz., tydz. itp.).
    Błąd popełniono już przy ustalaniu pierwszego skrótu, czyli dkg. Przecież d to 'decy', zatem ów skrót to... decykilogram i oznacza masę 100 gramów (1/10 kilograma) a przecież chodzi nam o 10 gramów (właśnie tenże 1 dag).
    Odwołajmy się do zasady przyjazności - jeśli ktoś pisze dkg, to zwróćmy mu uprzejmie uwagę, że to niewłaściwy skrót; jeśli ktoś tak pisze na znak protestu, to raczej szkoda dyskusji, ale (na Boga!) nie usprawiedliwiajmy niewiedzy konstatacją "nic nie stoi na przeszkodzie, by - odpowiednio do okoliczności - używać obu skrótów"!
    Czekamy teraz na wyjaśnienie następnej sprawy - czy decymetr możemy skracać jako dcm, czy jednak (poprawnie) dm. Który ze "światłych" polonistów podejmie się przekonać nas, że na szerszym forum należy pisać dm, ale pośród rozumnych inaczej, można (jak dawniej) - dcm. Przecież dcm to... decycentymetr, czyli jedna dziesiąta centymetra (jeden milimetr), podczas gdy myślimy o jednej dziesiątej metra (sto milimetrów). Mamy także decylitr (1/10 litra, czyli 100 centymetrów sześciennych) oraz inne "decyjednostki".
    Jeśli przyjąć jednostkę głupoty i nazwać ją przesympatycznie cymbał (w skrócie cb), to decycymbał (10 razy mniejszy cymbał) oznaczymy przez dcb, (nie dccb), natomiast dziesięciokrotnie większy cymbał (od przyjętej podstawowej jednostki 1 cb), to dacb (nie dkcb). A te nieporozumienia wynikły, ponieważ deka kiedyś niefortunnie skrócono jako dk (teraz da) oraz decy skrócono jako dc (teraz d). W języku funkcjonuje także potoczne deko (trochę) oraz deczko (troszeczkę).
    Nawiązując do ostatniego zdania omawianej porady - a jakież to okoliczności mogłyby usprawiedliwiać stosowanie dwóch omawianych skrótów? Suma podobnych usprawiedliwień w stosunku do zwykłych obywateli, jak również do biznesmenów i polityków, powoduje, że państwa należące do byłych demoludów a oceniane kiedyś jako gorzej rozwinięte od Polski, śmiało nas wyprzedzają (dobrobyt, cywilizacja, nauka, kultura).
    I przy okazji (w tymże zdaniu) - przecież nikt nie zamierza zabraniać sprzedawcom podawania cen w dekagramach skracanych jako dkg; istotnie, ciekawy skrót myślowy (owo podawanie cen w dekagramach; raczej podawania cen w złotówkach/złotych skracanych jako ). Fajne bywają wypowiedzi specjalistów od języka polskiego i nieźle prezentują się w... humorze zeszytów.

    Dodatkowy przystanek i nowa elektrownia? (9 lipca 2008)
    Uruchomienie przystanku "Korczaka" przy ul. Redłowskiej - ZKM Gdynia informuje o kolejnym przystanku "na żądanie",  który wywołał chwilę wspomnień, bowiem ok. 40 lat temu powstały linie 133 i 134 w naszym portowym mieście.
    Nieco dłużej niż owe 40 lat trwała PRL, zaś krócej mur berliński (wolałbym pisać "Mur Berliński"). Omawiany przystanek stoi obok byłej izdebki (wytrzeźwiałki).
    Ten przystanek ani mnie, ani większości okolicznych mieszkańców nie jest potrzebny. Większość jest co najmniej zirytowana, kiedy pnący się pod wspomnianą ulicę a zapakowany autobus, musi stanąć, ponieważ ktoś nacisnął przycisk "proszący" kierowcę o zatrzymanie. Czasami irytacja udziela się kierowcy - niedawno otworzył tylko tylne drzwi i paru pasażerów musiało przepychać się do tyłu wozu, aby wyjść, bowiem jak już kierownik pojazdu nie otworzył środkowego wyjścia, to postanowił, że nie otworzy. Taki honorowy i zawzięty. No i nie obyło się bez pohukiwań (z obu stron sporu przy dezaprobacie pasażerów w dusznym pojeździe) i wydłużeniu postoju na tym "grzecznościowym" (sic!) przystanku...
    Ale tu nie ma demokracji - z chwilą ustawienia przystanku, nawet jedna jedyna osoba ma prawo do wyjścia z wozu, kiedy jej to odpowiada. Reszta powinna przynajmniej udawać, że jej to nie denerwuje. W końcu każdy z nas mógłby mieszkać w rejonie "obsługiwanym" przez ten przystanek.
    Więcej - można się dziwić, a nawet zdumiewać, że aż 20 lat po obaleniu komuny, w końcu decydent zdecydował się wyjść ku potrzebom zainteresowanych pasażerów. Gdyby ten warunkowy przystanek funkcjonował od początku (przez 40 lat), to każdy pasażer dojeżdżający z pracy do domu w Redłowie (ok. 200 razy rocznie) i stojący średnio 10 sekund na tym przystanku, straciłby niemal całą dobę. A ile przez ten czas stracili mieszkańcy, którzy musieli jechać do najbliższego przystanku i pieszo wracać ku Alei Zwycięstwa? Licząc skromnie 5 minut (1 minutę jazdy i 4 minuty spaceru) i odejmując połowę na dojście wg nowej sytuacji oraz przy poprzednich założeniach, to mamy... pół miesiąca (pół biedy, kiedy sobie po drodze załatwiali sprawy typu zakupy albo poczta). A ile paliwa zaoszczędzono przez te 40 lat niezatrzymywania się (niehamowania i niestartowania) na tym przystanku (i to o dużym nachyleniu jezdni)? Ekolodzy mogą być zmartwieni kolejnym przystankiem, ale cóż - wygoda i cywilizacja odbija się na środowisku, niczym echo pijackiej czkawki w nieistniejącej nieopodal już gdyńskiej izdebce...
    Nie należy odczytywać powyższych przemyśleń jako krytyki uruchomienia przystanku (przecież ja również korzystam z innego warunkowego przystanku, choć istniejącego "od zawsze"). Jest to raczej spostrzeżenie - jak długo słuszne postulaty mniejszej części mieszkańców mogą być bagatelizowane przez czas porównywalny z istnieniem socjalizmu w Polsce oraz, jeśli już zostaną zrealizowane, to reszcie danej społeczności mogą się wydawać niepotrzebne, irytujące i kosztowne? Ilu z nas, gdyby zapytać - czy popierasz powstanie dodatkowych przystanków na trasie pokonywanej codziennie środkami masowej komunikacji, kierowałaby się tylko własnym interesem, ilu zaś przychyliłoby się ku tej idei ułatwiającej życie naszym (zwykle nieznanym) sąsiadom?
    Jeśli nawet większość rodaków uzna kiedyś, że w Polsce niezbędna jest elektrownia atomowa, to znakomita większość nie chciałaby mieć jej niedaleko domostwa... Czy to hipokryzja, czy tylko pragmatyzm? Nasz mniejszy lub większy komfort życia osiągamy bazując na pechu, przymusie i nieszczęściu obcych ludzi, ale wolimy o tym nie myśleć... Może mamy wyrzuty sumienia?

     Tragiczny finał wyjazdu rodziców za granicę (11 lipca 2008)
    Codziennie jesteśmy informowani o tragicznych wypadkach. A to zasypanie górników w kopalni, a to katastrofa autobusu albo samolotu, a to zadźganie, zastrzelenie, uduszenie. Znaczenie wyrazu "tragiczny" jest w naszym języku ugruntowane, także poprzez historię - tragiczny Wrzesień, tragiczne losy rodaków wywiezionych na Kresy. Także na świecie - kolejna tragedia w Iraku, tragiczne trzęsienie ziemi w Chinach.
    Cóż nam przychodzi do głowy, kiedy czytamy tytuł "Tragiczny finał wyjazdu rodziców za granicę"? Wszystko co najgorsze? Że podczas nieobecności opiekunów, latorośle śmiertelnie się zaczadziły, zaćpały, zapiły albo utonęły w sadzawce lub zostały zamordowane przez złodziei lub pedofilów?
    Nic podobnego; "Interia" oraz "Gazeta Wrocławska" donoszą (3 lipca 2008) -
    "Rodzice sześciorga dzieci przebywali za granicą, podczas gdy ich pociechy o mało nie umarły z głodu. Matka wyjechała do męża tylko na kilka dni. 14-letnia Iza przestała jeść z tęsknoty za rodzicami. Była wycieńczona, bo musiała się opiekować swoim rodzeństwem. Bliską głodowej śmierci dziewczynkę znalazł szkolny pedagog".
    Od lat narzekamy, że jedno koło jest zepsute, zamiast cieszyć się, że trzy prawidłowo się kręcą... Zamiast "Tragiczny finał wyjazdu rodziców za granicę", nie lepiej - "Szczęśliwy finał wyjazdu rodziców za granicę"? Albo  (przesadne nawiązanie do pozaziemskich sił) - "Cudem ocalałe dzieciaki!". Polacy, znajdujemy wszędzie dziury w całym! Przecież opisana historia nie zakończyła się tragedią. Czyżby znaczenie słów zmieniło sens?
    Wszak opisane wydarzenie (wyjazd matki z dzieckiem do ojca przebywającego z dala od domu) to typowe społeczne zjawisko. W USA to normalka, że rodzice wyjeżdżają w podróże zostawiając świadomie albo i nie (film "Kevin sam w domu") część rodziny. A przecież mama zostawiła ciocię i najstarszą córkę (14 lat!). Owszem, dzisiejsza młodzież jest nie tylko słabiej rozwinięta fizycznie (poza sterydowym chowem) od średniowiecznych dziewuch zdrowych niczym rzepy i od kawalerów, co to niedźwiedzie duszą, ale również w sferze emocjonalnej dziatwa jest delikatna - z przejęcia nie potrafi przygotować posiłku nawet z chińskiej zupkowej torebki. A skorzystać z telefonu potrafi? Może młodzież cały czas nie odchodziła od komputera?
    Żarty żartami; owszem opisany przypadek jest nietypowy, ale przecież jest faktem (jeśli tylko rzetelnie dziennikarz opisał sprawę), zatem nie ciągnijmy sobie łacha z mało samodzielnych dzieci, bo przecież nie wiadomo, w jaki sposób zachowałyby się miliony innych dzieci. Nie każdy przechodzi twardą przeżycia (choćby pana Pałkiewicza). Mamy surwiwal militarny (wojskowy), surwiwal zielony (na łonie przyrody) i właśnie surwiwal miejski (pośród budynków, w szczególności wśród czterech ścian). Może by się przydały szkolne kursy ze smażenia jajecznicy i duszenia kurczęcia (choćby tylko w sosie własnym)?
    Niezależnie od niniejszych uwag i pouczeń, błąd mediów jest ewidentny - nie ma mowy o tragedii, ani o tragicznym finale. Wręcz przeciwnie - cała sprawa zakończyła się szczęśliwie! Nie zmieniajmy znaczeń słów ogólnie znanych i prawidłowo rozumianych. Wystarczą nam kłopoty z obcymi wyrazami nowo przyjmowanymi do słownika naszego języka.
    "Wielka tragedia w Czechach" (internetowo donosi tvn24 - 8 lipca 2008). Otóż zawodnik 3-ligowego czeskiego klubu zginął na miejscu po uderzeniu w niego pioruna. To druga ofiara gwałtownych burz w Czechach w ciągu ostatnich tygodni, bowiem w czerwcu piorun zabił 30-letnią kobietę.
    Rozumiem, że dla owego trzecioligowego klubu i publiczności, a zwłaszcza dla rodziny piłkarza, to wielka tragedia, ale dziennikarz powinien umieć stopniować ekspresję znaczeń. Mimochodem wspomniał, że kilkanaście dni wcześniej piorun zabił inną osobę. I co, nie pisano wówczas o tragedii (choćby małej), bo zginął człowiek o nikomu nic nie mówiącym nazwisku? To jakich przymiotników (zamiast "wielka") użyłby kronikarz, gdyby piłkarz był z pierwszej ligi - zabrakłoby mu słów?
    Kilka dni temu agencje doniosły - "Boeing spadł na dom, zabił trzy osoby; cała załoga żyje". Podczas awaryjnego lądowania, samolot wiozący... kwiaty (z miasta... El Dorado) spadł na na dom, zabijając mężczyznę i dwoje dzieci. Katastrofę przeżyła cała ośmioosobowa załoga. Ironia losu - wbrew stereotypom ludzie z maszyny przeżyli, zaś zginęli pechowcy mieszkający w okolicach lotniska. Ani słowa o tragedii. Pewnie dlatego, że dla pierwszych (i ich rodzin) było niewyobrażalnym szczęściem przeżycie katastrofy (i to lotniczej!), jednak tragedia dotknęła aż trzy całkiem niewinne osoby na ziemi. I jak to wydarzenie ma się do opisanego wcześniej tragicznego wyjazdu rodziców?
    Dzisiaj (11 lipca 2008) nasza opinia publiczna została wstrząśnięta kolejną katastrofą autobusu poza granicami Polski - piętrowy pojazd wypadł z szosy, ponieważ ktoś oszczędny słusznie postanowił zwrócić uwagę kierowcy na zbędne już oświetlenie (był poranek). Ten ktoś oczywiście nie jest winien, ale gdyby nie jego uwaga... Złośliwi cudzoziemcy już konstatują - Polacy wyruszyli autobusami na wakacyjny podbój Europy...
    Czerwone napisy w telestacjach - "Polska tragedia w Serbii". Konieczny przymiotnik, wszak bez niego mielibyśmy tytuł dotyczący większej tragedii kilkanaście lat temu, jednak dzisiejszy dramat jest dla nas, Polaków, bardziej poruszający, niż bałkański. Pewien dziadek opowiadał, że córka z wnukami dzwonili przed powrotem, ciesząc się, że "byli w raju". Jakże innego znaczenia nabiera to krótkie zdanie wobec śmierci kilku osób...
    Przy okazji - kto dopuszcza piętrowe wozy do transportu poza miastami? Oraz - czy pasy bezpieczeństwa zmniejszyłyby rozmiar tragedii? Z pewnością, ale w przypadku pożaru byłaby większa (właśnie!) tragedia.
    Oczywiście, dla słynnego pianisty utrata palca jest większą tragedią niż pamiętne tsunami w Azji, jednak media w przekazie wiadomości nie powinny opisywać wydarzeń z punktu widzenia ofiar lub ich rodzin, ale z punktu widzenia ogółu społeczeństwa, chyba że tworzą program publicystyczny, w którym wyolbrzymiana jest tragedia poszkodowanej osoby, aby osiągnąć założony cel... Zapewne chodzi o zaglądanie na daną stronę, aby licznik wejść świadczył o dużej poczytności autora tekstu.
    Podobny cel postawił sobie inny autor (Onet, 8 lipca 2008) zamieszczając notkę pt. "Polacy najchętniej dają sąsiadom", który zapewne oficjalnie odetnie się od dwuznaczności tytułu. Tekst traktuje o używanych rzeczach chętnie oddawanym sąsiadom. Niewiele potrzeba naszym komentatorom, którzy bez logowania piszą na forum - wystarczy konstatacja, że sąsiedzi to już teraz także unijni cudzoziemcy, że używane rzeczy, to niekoniecznie stare futra oraz że połowa Polaków to Polki, które chętne dawanie mają (jak twierdzą owi mistrzowie pióra) niejako we krwi... I dyskusja gwałtownie nakręca się w określonym kierunku. Tu również z powodu nadania prowokacyjnego tytułu przez autora...
    Reasumując - dziennikarze błędnie stosują pewne określenia w swych tekstach, często zwyczajnie (i raczej nieetycznie) wabiąc potencjalnych czytelników do kliknięcia właśnie w ich artykuł. Niekiedy podczas tragicznych wydarzeń relacjonowanych na żywo padają określenia, które mogą zmrozić krew w żyłach swą dwuznacznością, jak wspomniane "byli/są/będą w raju".

    Onet daje kolejny przykład braku rozumienia omawianego słowa w artykule pt. "Rodzinna tragedia w Kołobrzegu" (14 lipca 2008). Dowiadujemy się, że
"Do rodzinnej tragedii doszło w mieszkaniu na jednym z kołobrzeskich osiedli.  W trakcie awantury kobieta kilkukrotnie ugodziła nożem swojego syna. Mężczyzna przebywa w szpitalu. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo". Może jakiś wykład dla dziennikarzy ze znaczenia pojęcia "tragedia"?

    Trzech kumpli i tyleż* spostrzeżeń (16 lipca 2008)
    W wyemitowanym dokumentalnym filmie "Trzech kumpli" rozważano wiele aspektów. Widziałem sesję powtórkową i zwróciłem uwagę na trzy ważne sprawy.
    Od dwóch tysięcy lat znakomita większość Polaków doskonale zna historię Judasza Is(z)kariota. Postać ta jest ukazywana jako zdrajca, który za pieniądze wydaje Jezusa. Jeśli Bóg wskazał na jednego z apostołów i wytypował go niejako na ochotnika, że będzie zdrajcą, to pewnie wiedział co czyni - aby przez kolejne tysiące lat etycy pokazywali ludziom wątpiącym w ideały, że nie godzi się przyjmować postawy Judasza. I przez dwa milenia zwrot "ty Judaszu" należy do najbardziej oszczerczych. Nawet wizjer drzwiowy zwany jest potocznie... judaszem. Nie wiem, ile  i czego mógł nabyć Judasz w owych czasach, wszak nie było aż tak wielu artykułów wzbudzających pożądanie konsumenta. Nie to, co dzisiaj. Zresztą niczego nie zdążył kupić, bo szybko dopadły go wyrzuty sumienia. Gdyby porównać Judasza z Maleszką pod względem okresem trwania w nieetycznym procederze oraz mierzyć przewinę wielkością otrzymanych  doczesnych dóbr, to Judasz wypada tu korzystniej, zaś kara poniesiona przez niego wydaje się znacznie przesadzona w tym porównaniu. Gdyby sądzono obu panów wg dzisiejszych standardów prawnych, to Polak byłby surowiej oceniony niż sprzedawczyk sprzed dwudziestu wieków, zwłaszcza że Maleszka dysponował znacznie większą wiedzą na temat zdrady (jednak dwa tysiące lat rozważań owej kwestii...) i jakie wnioski z tych zasobów on był wyciągnął?
    Film poświęcony jest Stanisławowi Pyjasowi, ale dowiadujemy się, że dwa miesiące po Jego śmierci, podczas kąpieli w jeziorze, w niewyjaśnionych (sic!) okolicznościach, utonął inny student, Stanisław Pietraszko, który sporządził portret pamięciowy człowieka "towarzyszącemu" Pyjasowi w ostatnich godzinach życia. Drugi przypadek jest dla większości Polaków nieznanym epizodem lat 80., a przecież świadek zdawał sobie sprawę z wielkiego ryzyka, kiedy składał zeznania milicji przeciw... milicji. Teraz, w znacznie błahszych sprawach, rodacy nie mają odwagi, aby pomagać policji demokratycznego kraju, choć również znane są skandaliczne przypadki powiązań funkcjonariuszy z gangsterami.
    Zaskakujące, ale wszystkie znaczące postacie występujące w filmie, które przyłożyły rękę do obalenia komuny, to absolwenci... polonistyki. Teraz rozumiem degrengoladę panującą w słownikach języka polskiego. Skoro najodważniejsi obrali bohaterską linię życia i zmieniali naszą historię, to kto pozostał w branży języka ojczystego? Średnia odwagi pozostałych "orłów" znakomicie spadła. Zamiast równie energicznie położyć się jak Rejtan u drzwi i bronić przed napływem obcych słów, to powołują się na uzus badany w wyszukiwarkach. Nawet dyktanda są organizowane z języka polskawego, bowiem wiele tam dostrzegamy wyrazów dosłownie przepisanych z języków obcych (najczęściej z angielskiego). Znając słowo grylaż, zaakceptowano grill, bo językowy uzus mas handlujących tym urządzeniem wymógł wśród profesorów przyjęcie tego trefnego wyrazu do zbioru języka polskiego. I mając takie błędne słowo, będą przyjmowane kolejne nieodpowiednie wyrazy, jak grillowanie (zamiast grylowanie), grillowanko (z. grylowanko), grillowany (z. grylowany), być na grillu (z. być na grylu), a przecież mamy bryle, dryle i kryle (nie brille, drille i krille). Takich wyrazów jest cała masa. Polonistom zapominającym o urodzie języka polskiego - dziękujemy!

* - tytuł z usterką; ilustruje jeden z problemów naszego języka, który nie występuje w większości języków...

    Sztuczna inteligencja już w Polsce! (17 lipca 2008)
    Nie wiem, dlaczego Bóg pokarał nas jednym z najtrudniejszych języków. Połączenie owej komplikacji z polską niesolidnością i lenistwem, skutkuje (najoględniej mówiąc) kłopotliwymi sytuacjami, kiedy to uczone osoby sprzedają swoje genialne zapisy (obleczone w okładki słowników), które powinny być bezbłędne, skoro są edytowane przez solidne wydawnictwa.
    Pewien polonista (amator!) nabył "Słownik gramatyczny języka polskiego" (Wiedza Powszechna, Warszawa 2007) i wykrył tam nie jakieś usterki, ale błędy! Pan Grzegorz Jagodziński z Libiąża dostrzega i poucza uczonych ze znanych w świecie ośrodków akademickich. A przecież nie tylko chodzi o popełnione błędy (choć to istotnie skandal), ale również o polskie podejście do osoby, która w precyzyjny sposób wytyka znakomitościom błędy i ujawnia (polskiemu konsumentowi z górnej półki) papierowo-plastykowy chłam sprzedawany jako towar "pierwsza klasa". Ile twórcy wzięli za wykonaną pracę i ile społeczeństwo wydało na tę tandetę? Może NIK zapozna nas z kontrolą w tej materii?
    Ich "dzieło" składa się z książeczki zawierającej podstawy teoretyczne i instrukcję użytkowania oraz z płyty CD z programem do obsługi dołączonej bazy danych, zawierającej informacje o ok. 245 tysiącach polskich leksemów.
Słownik zawiera wiele przymiotników pochodzących od nazw geograficznych, jednak nie zamieścił... właśnie tych nazw, które nie muszą być oczywiste dla każdego czytelnika. Jest przymiotnik libiąski a nawet wielce oryginalny rzeczownik libiąskość, jednak nie ma nazwy podstawowej Libiąż...
    Słownik ma wyraz dane, ale nie uznaje liczby pojedynczej (dana). A przecież już w piosence o nieżywym Macieju, mądrość ludowa zapoczątkowała karierę tego wyrazu (i to w aspekcie czasu) -
            Idzie Maciek, idzie,
            Z bijakiem za pasem,
            Przyśpiewuje sobie
            Dana, dana czasem.
    Jest odmiana bawół/bawołu, jednak w haśle gnu wyjaśniono, że głową przypomina... bawoła, czyli zastosowano błędną formę (nawiasem pisząc - powszechnie stosowaną... nielegalnie). Być może Polakom to wszystko jedno, ale mieszkańcy Trójmiasta (oraz autorzy SGJP) powinni wiedzieć, że Chylonia (dzielnica Gdyni; nie Gdynii) w deklinacji nie przyjmuje postaci Chylonii. Podobny błąd popełnili z odmianą nazwy rośliny konopia; można powiedzieć, że twórcy słownika niepoprawnie wyskoczyli z deklinacyjnych chaszczy, jak filipy z konopii (zamiast z konopi)...
    W haśle wypychacz, poloniści objaśniają nam, że to osoba, która "wypycha zwierzęta, ptaki", zapominając, że ptaki należą do świata zwierząt. Podobny błąd popełniono w "Słowniku wyrazów obcych" Kopalińskiego, w terminie filet
- 'płat mięsa albo ryby oczyszczony z kości albo ości', uznając, że konsumowane przez nas płaty są mięsne albo rybie; inaczej - ryba nie ma mięsa... Czując zapewne słabość do karpia w aspekcie okowity, oko autorzy puszczają do tej ryby, proponując rzadkie imię Polikarp odmieniać jako Polikarpia zamiast poprawnego Polikarpa... Zdaje się, że rodzi się nowe znaczenie słowa wypychacz. To księgarz wypychający nieudane dzieła (niewypały) w objęcia złaknionych wiedzy (jak się okazuje) naiwniaków.
    Ale to tylko najbardziej zrozumiałe rozważania (dla przeciętnego rodaka). Bardziej finezyjne działy (np. "Ryzykowne hipotezy" oraz "Niekonsekwencje") opracowanej recenzji, przeznaczone są dla bardziej rozsmakowanego odbiorcy, zatem podam jedynie link - http://www.aries.com.pl/grzegorzj/popraw/sgjp.html.
    Usterek jest kilkadziesiąt, co dyskwalifikuje tę pozycję jako przydatną Polakom i cudzoziemcom. Cóż czynią koncerny samochodowe, kiedy wykryte zostaną defekty w autach ich produkcji? Gratisowo wymieniają tysiące zespołów wraz z przeprosinami. Po wejściu do Unii, należałoby bezpłatnie przekazać wersję poprawioną właścicielom nabytego Słownika.
   Poza merytoryczną stroną "dzieła", mamy także typowo polską warstwę - niejako międzyludzką. Otóż wybitni a (potencjalnie) etyczni polscy naukowcy wyrazili swój stosunek do uwag p. Jagodzińskiego, zgłaszanych przez niego do instytutów istniejących dzięki polskim podatnikom oraz ku ich prawidłowemu rozwojowi intelektualnemu, sugerując oryginalną (chyba nie europejską?) metodę współpracy naukowej na linii uczony - obywatel:
"Ja już od jakiegoś czasu filtruję automatycznie listy od tego świra do kosza. W Outlooku to się też powinno dać zrobić". Twórca tej metody z powodzeniem zajmuje etat w Zakładzie Sztucznej Inteligencji należącym do PAN (zakończenie brzmi jednak dumniej, w przeciwieństwie do podejrzanego początku nazwy...). Oby w ostatniej minucie ukazał im się sam mistrz Polikarp z ostatnim szkolnym zadaniem - "powtarzaj do samego końca: witasz się z Polikarpem, nie z Polikarpiem!".
    Pewnie parę fatów wisi nad tą publikacją. Oto na http://wysylkowa.pl/ks840091.html oferowane jest wspomniane dzieło (za 26,90 zł) z podtytułem: "Podstawy teoretyczne, Instrukcja urzytkowania", co zapowiada, że będzie ono wielce uRZyteczne... W opisie czytamy: "Będzie także bardzo przydatny w nauce języka polskiego jako obcego" i trudno się z tym wieszczeniem nie zgodzić - istotnie, język polski będzie coraz bardziej nam obcy...
    Gdyby ktoś chciał uznać omawiany słownik za rupieć/rupiecia, to miałby poważny kłopot, bowiem wg autorów można go uznać jedynie za... rupcia.

    Kobieta tłem dla pana (20 lipca 2008)
    "Kiedyś, by zdobyć kapitał, człowiek przedsiębiorczy musiał poświęcić bardzo wiele".
    Od kilku dni emitowana jest reklama telewizyjna o dość kontrowersyjnej fabule ('dość', bowiem większość nie dostrzega poniżej wyłuszczonego problemu). Otóż widać zdumienie kapłana udzielającego ślubu młodej parze, składającej się z nieatrakcyjnej a posażnej panny młodej i z (właśnie) człowieka przedsiębiorczego. Jakże ów człowiek musiał nisko upaść, aby dzielić łoże (poza wyborem) oraz dorwać się (dzięki temu) do większego kapitału (w ten sposób przypomniano młodzieży dawny a sprawdzony sposób pozyskiwania kapitału na rozkręcenie interesu).
    Mamy zatem kolejną reklamę (tu banku) odwołującą się do stereotypów "zaradny pan i posażna panna jako biznesowa para", "pan podmiotem, pani przedmiotem w gospodarce rynkowej" oraz "mężczyzna ważniejszy od kobiety". Człowiek (dobrze, że złagodzono przymiotnikiem 'przedsiębiorczy') i kobieta (dostarczycielka kapitału). Relacja podmiot-przedmiot. Cała reklama jest zabarwiona dyskryminacją kobiet. Z filmiku zieje przekonanie, że mężczyzna, jak był dawniej panem i przedsiębiorcą, tak jest do dzisiaj, bowiem nawet wizyta w reklamowanym banku sprowadza się do kontaktu człowieka wolnego klasy A (mężczyzny), który prowadzi interesy i człowieka najemnego klasy B (kobiety), który uprzejmie załatwia klienta, umożliwiając otrzymanie poważnego kredytu na (zapewne) bardzo potrzebną misję dla ludzkości (albo przynajmniej ojczyzny; no dobrze -  pewnie tylko dla jego rodziny) w wykonaniu owego pana, zaś sama przedstawicielka banku najlepsze lata życia spędzi na usługiwaniu takim panom a władcom...
    Oczywiście wydawana za mąż córka, cały kapitał zawdzięcza swojemu ojcu (też mężczyzna!), który prawdopodobnie jej matkę poślubił wg panujących odwiecznych zasad (w stylu pokazanym w reklamie). A uciułany posag dla córki ma służyć jej, aby zaznała spokoju i szczęścia rodzinnego ze świeżo poślubionym mężem, wychowując dzieci i grając na pianinie i aby (broń Boże) nie myślała o zarobkowej pracy, bo to było zwyczajowo zastrzeżone dla pań niższego stanu. Po prostu - ojciec panny młodej dawał kasę zięciowi nie po to wszakże, aby córeczka tyrała w fabryce lub załatwiała petentów w urzędzie.
    Pewnie dla równowagi powstanie kiedyś reklama o odwrotnej fabule* - do banku przybędzie kobieta jako człowiek interesu, zaś obsługiwać ją będzie mężczyzna, jednak będą trudności z nakręceniem sceny ze ślubem (pan jako dostarczyciel posagu przeznaczonego na interes pani, a tym bardziej pani ksiądza/księdza udzielająca sakramentu). Albo ujęcie bardziej kabaretowe - przybędzie zamożna a emerytowana kobieta jako biznesa, zaś usługiwać jej będzie przystojny hostes. Nawet mamy trudności językowe, aby to przedstawić w miarę rozsądnie. Ot, stereotypy, z którymi trudno walczyć nawet w ojczystym języku...

    * - kiedyś reklamowano znaną markę samochodu: niemiecka solidność i hiszpański temperament; odwrotne ujęcie reklamy byłoby cokolwiek kuriozalne - hiszpańska... solidność i niemiecki... temperament (stereotypy tkwią głęboko w nas)

    Miał prawo zastrzelić, ale nie może oplakatować (27 lipca 2008)
    18 lipca 2008  TVN24 pokazała byłego właściciela pięknego motocykla - jednoślad został uprowadzony przez złodzieja, co zostało dokładnie zarejestrowane. Właściwie to nie był złodziej, bowiem za takie określenie można otrzymać wezwanie do stawienia się przed polskim a szlachetnym (dla przestępców!) sądem. Okazuje się, że sfotografowany motokrad (skoro "koniokrad") dosiadający metalowego dwukołowego rumaka, nie może być zamieszczony w mediach ani nawet rozplakatowany w okolicy przestępstwa. Jakiś prawnik skomentował nawet, że taki facet mógłby podać poszukiwacza swej własności do sądu z żądaniem wysokiego odszkodowania. Zatem - cała Polska zobaczyła przestępcę w charakterystycznej koszulce i dość wyraźnej twarzy i czekamy... na ujęcie (mimo braków w imażu - czarny pasek na złodziejskim licu).
    Tego samego dnia, ta sama telestacja pokazała wizerunek kangura, który uciekł od swej ciężarnej partnerki. Pewna dziewczynka żaliła się, że "samiczka jest sama" i rodzi się (ale jeszcze nie malutki kangurek) niesłuszne spostrzeżenie, że "samiczka/samczyk" pochodzi od "sama/sam"...
    I nie było tutaj żadnych ceregieli - żaden prawnik nie stanął w obronie torbacza, któremu małżonka i ludzie chcą ograniczyć swobodę w wolnej Polsce...  Pod tytułem felietonu podano nazwy miejscowości związane z tą sławną kangurzą ucieczką - Moszna, Opole, Łódź. Aluzja do pierwszej nazwy została wyjaśniona nieco wcześniej - stan samiczki. Druga nazwa sugeruje wędrówki - a to o las australijski torbacz był się otarł, a to o szuwary, a to (właśnie!) o pole. A jeśli żeglował wzdłuż strumienia lub rzeki, to i łódź przewija się jako trzecia nazwa w podpisie felietonu... Pokazano facjatę i pełne dane skoczka z antypodów, mając za nic nasze szlachetne przepisy o ochronie danych osobowych...
    Nazajutrz cała Polska zobaczyła w TVN24 (i nie tylko) twarz i dane faceta, który najprawdopodobniej dźgnął ciężarną żonę, jednocześnie raniąc również jej nienarodzone dziecko. Zapewne swój koszmarny czyn będzie wyjaśniać nagłym wstrząsem po wyjawieniu przez małżonkę, iż spodziewane dziecko nie jest jego. To żaden poważny argument, ale obrońca uchwyci się tego, jak pijany płotu, bowiem każdy by się na jego miejscu uczepił choćby jednej sztachety. Literatura i film dostarczają wielu przykładów, że nawet dżentelmeni na takie wieści rozmaicie reagują w szoku, zatem cóż dziwnego, że marginesowi frustraci tak czynią? Obrzydliwe jest, że zastosował broń kojarzona z nikczemnym podstępem. W ubiegłych wiekach, kiedy szlachetnie urodzony baron strzelał do swej żony albo do jej gacha, to społeczeństwo nie traktowało tego jako ciężki występek (to baronowa i gach byli na cenzurowanym!).
    Ale to inna sprawa. Nas interesuje dzisiejsza nierówność prawna - jednego dnia nie można murów oplakatować  fotką, na której uwidoczniono złodzieja na cudzym a drogim jednośladzie, następnego zaś dnia wszystkie media ujawniają zdjęcie i nazwisko poirytowanego zdradą nożownika. A dlaczego? Bowiem osoby pracujące w polskim wymiarze sprawiedliwości uznały, że w pierwszym przypadku nie tylko nielegalnie przekraczamy barierę danych osobowych, ale nawet nazywanie gościa złodziejem podlega karze! Jakże odmiennie potraktowano przestępcę w drugim przypadku i jakoś nie było słychać o prawnych pogróżkach skierowanych pod adresem redaktorów ukazujących wizerunek (przecież domniemanego!) złoczyńcy...
    Gdybym miał oceniać, to dla większości Polaków groźniejszym przestępcą jest ów przebiegły złodziej, bowiem tacy ludzie okradają nas z mniej lub bardziej luksusowych dóbr (często osiągniętych niemałym trudem), sami zaś nie pracują a bogacą się cudzym kosztem. Takich mamy dziesiątki tysięcy i są oni w swej masie znacznie bardziej szkodliwi i demoralizujący dla społeczeństwa. Drugi facet to nieudacznik, raczej menel i prawdopodobnie nadaje się (od dłuższego czasu) do zakładu zamkniętego, niźli do więzienia, co również przez lata nie zauważał nasz wymiar (podobno) sprawiedliwości. Z obu głośnych spraw - ujęto łachudrę, zaś luksusowy złodziej ma się dobrze. A Temida ma połowiczny sukces.
    Gdyby ktoś zapytał - kogo wolałbym spotkać na swojej drodze? Takiego złodzieja czy nożownika? Odpowiedź jest oczywista - złodzieja. Jednak zauważmy, że pierwszy jest "ogólnospołecznym" szkodnikiem, zaś drugi "rodzinnym" bandytą, ponadto pierwszy typ jest powszechniejszy, zatem prawdopodobieństwo spotkania drugiego typa jest znacznie mniejsze (niż pierwszego). Z wyrafinowanymi złodziejami trudniej walczyć, niż z marginesowymi prostaczkami; także straty liczone złotówkami są znacznie wyższe w wyniku zaplanowanego zaboru, niźli rozboju w afekcie. No i pierwsi przestępcy są coraz bogatsi (niezasłużenie!), drudzy zaś coraz biedniejsi (pewnie słusznie), zatem kogo powinien bardziej nękać system podatkowy i Stwórca?
    No i sprawa ofiar - były właściciel ścigacza pewnie jest wzorowym obywatelem, czego nie można powiedzieć o wiarołomnej niewieście, ale to jedynie wstępna ocena oparta na stereotypach (może się okazać, że raniona pani jest wzorową matką i żoną, zaś okradziony motocyklista jest kiepskim ojcem i mężem).
    O, paradoksie - gdyby właściciel zagrabionego mienia zastrzelił na miejscu złodzieja, to nie spotkałaby go żadna kara, natomiast za oplakatowanie miasta poszukiwaną facjatą, grożą mu sankcje! Mało tego - owego gościa mógł zastrzelić każdy inny przypadkowy obywatel i zostałby uniewinniony. Kiedyś były policjant zastrzelił uciekającego złodzieja, który okradł auto z radia. Samochód nie był funkcjonariusza, zaś obrońca cudzej własności nie poniósł kary. Wszyscy złodzieje mają jasny i potwierdzony przekaz - podczas kradzieży obywatele mają prawo cię zabić, ale po ucieczce nikt nie ma prawa rozklejać afiszów z twym złodziejskim imażem. Zdumiewające - można potraktować cię ołowiem, ale nie... papierem!
    PS 27 lipca 2008 nasze media opublikowały wizerunek domniemanej kochanki Radovana Karadzicia. Czy ktokolwiek (dziennikarz, prawnik, komisja etyki a może sam RPO) stanie w obronie tej pani, stosując polskie prawo, na które powołują się rzecznicy omawianego złodzieja?

    Transkontynentalny akwedukt (3 sierpnia 2008)
    Jeśli położymy kulisty przedmiot na gramofonowej płycie, to po włączeniu mechanizmu starodawnego odtwarzacza muzycznego, zauważymy, że owo obłe ciało snadnie spadnie z czarnej płyty. Dzisiejsza młodzież pewnie nie pamięta takich urządzeń, zatem powinna uwierzyć na słowo. Na karuzeli każdy chyba krążył i dzięki solidnym łańcuchom lub linom, nie odleciał zbyt daleko od osi obrotu - znakomita większość orbitujących bezpiecznie wraca na twardą ziemię po wyłączeniu urządzenia.
    Gdyby na dużej obracającej się płycie ułożyć odpowiednio ukształtowaną rurę (odchylającą się przeciwnie do ruchu obrotowego płyty), zaś początek rury zanurzyć w basenie umieszczonym w osi obrotu... Czy po napełnieniu rury cieczą, mielibyśmy urządzenie pompujące? Czy ciecz przemieszczałaby się od środka układu na zewnątrz?
    A gdyby na sporym globusie (o osi ustawionej pionowo) spiralnie rozłożyć rurociąg, także opozycyjnie odchylający się w stosunku do obrotowego kierunku bryły, przy czym początek rurociągu byłby zanurzony w zbiorniku z wodą na górnym biegunie owego modelu, zaś koniec byłby skierowany stycznie do równika? Czy po zalaniu wodą, ciecz ta wypływałaby z końca spiralnie ułożonego wodociągu? Płynęłaby samoistnie nawet w przypadku wyłączonego napędu obracającego globus - pod wpływem siły ciężkości, wszak urządzenie z globusem stałoby na ziemi naszej Ziemi. Po odwróceniu globusa (wlot rurociągu w położeniu bieguna dolnego), oczywiście woda nie płynęłaby przy wyłączonym napędzie wprawiającym globus w ruch. Po rozpędzeniu układu bryły z rurociągiem powyżej pewnej jednostajnej prędkości, woda zaczęłaby wypływać na równiku globusa. Gdyby oś kuli ustawić w położeniu poziomym, również obserwowalibyśmy wypływ wody.
    Gdybyśmy w tych trzech położeniach zmierzyli zużycie energii elektrycznej (po osiągnięciu jednakowej prędkości obrotowej) oraz masę wody (a przy okazji jej prędkość przepływu) w czasie jednej minuty, to z kilku równań moglibyśmy wyznaczyć energię zużytą przez silnik oraz przekładnię, energię tarcia łożysk, energię oporu powietrza oraz energię oporu cieczy wewnątrz rurociągu. W równaniu przy pierwszym położeniu, energia potencjalna masy wody przepływającej przez minutę, byłaby po przeciwnej stronie, niż w drugim położeniu, natomiast w trzecim - równałaby się zeru, ale w takim przypadku należałoby ułożyć wodociąg w kształcie spirali zataczającej kąt 360 stopni. Aby wypływająca woda nie zakłócała wyników, należałoby ją wewnątrz globusa pompować z wylotu do zbiornika przy wlocie (w układzie zamkniętym), ale poprzez układ pompowy zasilany z innego źródła. Dzięki temu masa układu byłaby stała, natomiast licznik zużycia energii elektrycznej układu obracającego globus nie uwzględniałby przetaczania wody wewnątrz globusa. Aby rurociąg nie stwarzał dodatkowego oporu powietrza, należałoby go ukryć wewnątrz modelu globu.
    Obliczenia można przeprowadzać dla wariantów - jednakowa prędkość obrotowa globusa lub jednakowa prędkość przepływu wody w rurociągu. Można także zmieniać średnicę rury oraz gładkość jej wewnętrznej powierzchni. Opisano problem do przemyślenia raczej przez studentów, aby pokazać pewien model, na którym można testować teorię. Można również przyjąć program komputerowy, który mógłby odwzorować model tego globusa, ale w większym wymiarze, na przykład naszej... planety.
    Dlaczego? Bowiem należałoby zastanowić się nad budową transkontynentalnego rurociągu (o parometrowej średnicy) z wodą słodką, która byłaby pobierana z dowolnej północnorosyjskiej rzeki. Linia wodociągu odchylałaby się w kierunku południowo-zachodnim, zaś zakończenie rurociągu znajdowałby się w Afryce, przy czym wzdłuż niego byłyby usytuowane pośrednie odbiory wody (na suchych obszarach).
    Ciekawe - jak długo płynęłaby woda od miejsca poboru do ostatniego ujścia oraz z jaką prędkością byłaby uprzejma to czynić? Raczej należałoby pomagać jej płynąć, czy przeciwnie - można byłoby ją zaprząc do wytwarzania energii elektrycznej? O ile zwolniłaby nasza poczciwa Ziemia swoją prędkość obrotową z powodu eksploatacji omówionego rurociągu?

    Śmiertelne pasje (3 sierpnia 2008)
    Na początku sierpnia 2008 doszło do największej tragedii w Himalajach - kilkunastu wspinaczy zginęło śmiercią pasjonata a bohatera. Fora (jak zwykle w takich przypadkach) podzieliły się na zwolenników i przeciwników zdobywców gór.
    Kolumba można uznać za bohatera, bowiem mimo przeciwności losu, jako pasjonat żeglarstwa i jako maniakalny odkrywca, był uprzejmy odkryć Amerykę dla starej Europy (niektórzy jednak nie uznają go za odkrywcę Nowego Świata). Gdyby zginął podczas pierwszej wyprawy, nikt dzisiaj o nim by nie pamiętał, zaś ówcześni władcy, którzy zainwestowali w jego podróż - dozgonnie wyrzucaliby sobie wyrzucenie pieniędzy.
    Od kilkunastu lat, kiedy tylko zbliża się lato, media apelują o rozwagę, aby towarzyszyła młodzieńcom skaczącym na główkę w niepewne akweny. Corocznie wielu wysportowanych i inteligentnych młodzieńców zostaje kalekami, ich życie (i rodzin) jest zrujnowane, część tonie. Dlaczego to czynią? Odwieczna chęć zaimponowania płci odmiennej oraz utwierdzenie słabszych kolegów w ich kompleksach. Taki współczesny dobór naturalny i taka pasja. Najlepiej wysportowani i najodważniejsi mają największe szanse u pań obserwujących ich starania. Dawniej organizowano walki rycerzy na zamkowych dziedzińcach.
    Także latem, na szosy wysypują się motocykle zwane ścigaczami, dosiadane przez współczesnych kawalerów a rycerzy, którzy zamiast ogierów i zbroi mają superszybkie pojazdy i stosowne kombinezony oraz kaski. Corocznie ginie cały zastęp takich odważnych pasjonatów, mimo ostrzeżeń, mimo policyjnych pościgów. Jeżdżą pojedynczo, grupami, na tylnym kole, przemykają pomiędzy samochodami, przekraczają dozwoloną prędkość i wpadają na inne pojazdy, których kierowcy się zagapili albo po prostu nie mogli ich zauważyć z powodu nadmiernej prędkości kawalerów naszych meandrycznych dróg.
    Parę dni temu, mimo pogodowych ostrzeżeń, z portów wypłynęły załogi małych jachtów i podczas sztormu zostały wezwane jednostki ratownictwa morskiego. Podano wysokie koszty akcji oraz skrytykowano kapitanów za mało profesjonalne zachowanie i lekceważenie pogodowych ostrzeżeń. Wodne wilki - "A co mi szczury lądowe będą psuć urlop" (kiedy na pokładzie koledzy oraz panie, którym trzeba przecież zaimponować). Wywyższanie się, rywalizacja. Dobór naturalny trwa od zawsze.
    No i wspomniani na początku himalaiści. Kiedy zdobywali jako pierwsi szczyty, byli bohaterami narodowymi. Nikt nie zważał na straty - liczyło się jedno: być pierwszym. Któż nie pamięta naszej Wandy Rutkiewicz, która jako pierwsza osoba z Polski weszła 23 czerwca 1986 roku na K2 a wcześniej, bo 16 października 1978, jako pierwszy Polak i Europejka zdobyła Mount Everest (tego dnia Karol Wojtyła został wybrany papieżem; zginęła po paru latach w wieku 49 lat podczas kolejnej a swej ostatniej wyprawy). Któż się nie wzruszał tymi niewątpliwymi osiągnięciami w ówczesnych szarych czasach? Ale z górami jest podobnie jak z nowymi lądami - wszystko zostało zdobyte, zatem sens bohaterstwa jest coraz mniejszy. Ponadto coraz więcej zdobywców wyrusza w góry bez starannego przygotowania i w celach komercyjnych, niemal jak na wycieczki. Na forach wręcz panuje przekonanie, że każdego (za pieniądze) można wnieść na wszystkie szczyty świata...
    Pierwsi omówieni skoczkowie, to najmłodsza i najuboższa grupa. Tym chętniej po niej wszyscy jeżdżą krytycznym piórem. Jeśli już ktoś szczęśliwie przebrnie przez skoki na głowę (nie zabije się, tudzież dożywotnio nie osiądzie na wózku), to przesiada się na motocykle albo jachty. Ściganie się po szosach powoduje jednak wyższy poziom adrenaliny, niż jachty. Większa mobilność, szybkość, częstość zmian sytuacji, w tym balansujących na krawędzi przepisów i życia. No i więcej obserwatorów - krytycznych a dzielnych kolegów, ślamazarnych a zbulwersowanych piechurów i kierowców oraz (jakże często) ośmieszanych policjantów, starających się okiełznać ten żywioł oraz spozierających niewiast na dzielnych motocyklistów. Im więcej zakazów, tym bardziej to rajcuje posiadaczy ścigaczy i zaprzyjaźnionych widzów.
    Najwyższa półka (także skalna), to jednak wspinacze wysokogórscy. Zwykle znani z nazwisk i to nie tylko wąskiej własnej grupie pasjonatów. Bodaj najstarsi spośród omawianych grup (no, podobnie wiekowo może z żeglarzami, jednak tymi bardziej doświadczonymi). Ponadto opanowani, spokojni, solidarni, często o dużym życiowym doświadczeniu (także zawodowym), niemal dostojni. Tam, wysoko w górach, ludzie o przeciwnych cechach nie mieliby szans. Idą w góry i... giną. Giną bezlitośnie tępieni przez żywioł nieczuły na ich sławę i dostojeństwo. Giną równie głupio, jak ćmy zmagające się z płomieniem.
    Z jednej strony, w ramach omawiania kolejnej rocznicy stanu wojennego, wyliczamy - ilu to rodaków zginęło podczas obalania komuny, co ma podkreślać jej barbarzyński charakter. Z drugiej zaś strony, (dobrowolne!) wyprawy w góry mają bodaj największy udział śmiertelnych wypadków w sferze wyczynowych sportów, czyli największe ryzyko utraty życia jest wśród tych pasjonatów! Kiedy tylko liczba ofiar pasjonatów przewyższy liczbę poległych bohaterów, proponowałbym uroczyście odsłonić pomnik z zaznaczeniem tego szokującego faktu.
    Pasja? A jakaż to pasja każe iść w góry z dużym prawdopodobieństwem utraty życia? To żołnierze wyjeżdżają do Azji na militarne akcje i mają większe szanse przeżycia! A słyszał ktoś, aby jechali tam z powodu pasji? Jednak ich śmierć ma rzeczywiste albo symboliczne znaczenie. Ich danina nie idzie na marne. A śmierć himalaisty?
    O paradoksie - żołnierze mają niejako wpisane wielkie ryzyko a jednak rządy wycofują swe kontyngenty z powodu strat i protestów społecznych. Czy ktoś słyszał, aby jakiś rząd zakazał swym obywatelom wspinania się po górach? W ostatnich latach zginęło w górach paru polskich księży, także pasjonatów. Mieli jedno życie (oprócz ważniejszego w zanadrzu) i mogli je złożyć w ofierze w godniejszej sprawie - choćby pomoc chorym w biedakrajach. Kilkanaście dni wcześniej, pewna holenderska alpinistka straciła podczas wyprawy trzech synów i męża. Z powodu pasji? Może przed wyjściem z domu, owi Holendrzy powinni podpisać w urzędzie różne oświadczenia, to może ostudzono by ich zapał, na tyle, że dzisiaj by żyli, choć w przeświadczeniu pozbawienia ich z wolności do decyzji. Najwyraźniej coraz bogatsze społeczeństwa wysyłają coraz liczniejsze zastępy pasjonatów w góry. Jeśli ktoś zginie, to przecież na swoje niejako życzenie, zaś postronnym ludkom nic złego się nie dzieje (bo ich tam nie ma!) w przeciwieństwie do gawroszy na motorach, którzy jednak mają kolizje z innymi uczestnikami ruchu drogowego. Zresztą właśnie dlatego państwo rękami policji próbuje walczyć z nimi, podczas gdy ze wspinaczami nikt nie walczy.
    Na forach sporo jest o pasji. Jeśli ktoś ujawnia, że jest krytycznie nastawiony do osób zdobywających szczyty, to zaraz jest wyzywany od leni, grubasów, nieudaczników i dyletantów. No i podkreślają całkowity brak uznania dla czyjejś pasji. A ja się pytam - jakaż to pasja każe swe żony i dzieci wtłaczać we wdowieństwo i sieroctwo? To egoizm stawiany na równi z  pasją? Przecież te bliskie osoby będą musiały borykać się z trudami znojnego życia i to ze świadomością, że mężowie nie zginęli za jakąś wielką sprawę. Proszę wyjaśnić dzieciom, że ich ojcowie (rzadziej matki) zginęli z powodu... pasji. Z powodu ich pasji często w góry idą ratownicy ryzykując swoje życie i także giną! Ktoś powie - zapłacili wysokie składki ubezpieczeniowe, to pomoc musi iść. Zatem przeliczenie pieniędzy ważnych pasjonatów na życie ratowników? A jeśli nie ubezpieczyli się?
    Przecież można by na drogach ustalić, że każdy może jechać z dowolną prędkością - w końcu to jego prywatna sprawa, czy przeżyje. Można kazać ryzykantom podpisywać oświadczenia i ustalać podniesione składki ubezpieczeniowe, wszak koszty leczenia i pokrywania strat materialnych rosną z kwadratem wyciskanej prędkości, zatem i te opłaty powinny lawinowo wzrastać. Oczywiście, podczas manewrowania na szosach, kiedy przemykają chyłkiem inni użytkownicy, owi potencjalni samobójcy powinni ściśle dostosowywać się do znaków drogowych.
    Dlaczego państwo zabrania jazdy bez założonych pasów bezpieczeństwa, ale nie zabrania wspinania się po górach? Brak konsekwencji? Przecież w obu przypadkach to wolny obywatel podejmuje decyzję i igra ze śmiercią! W obu przypadkach traci tylko ów obywatel i jego rodzina. A można urządzać zawody we wspinaniu się po wieżach energetycznych wysokiego napięcia? Czym to różni się od wspinaczki wysokogórskiej? Można by zorganizować program o wielkiej oglądalności - wysoko ponad rzeką przechodzą ochotnicy po przewodach elektrycznych, które są podłączane do  wysokiego napięcia. Impuls ze śmiertelną dawką byłby podawany losowo przez komputer. Przejście trwałoby 10 minut, zaś impulsy byłyby wysyłane co średnio np. 60 minut. Komu by się udało, to dostawałby milion złotych (z reklam i komórkowych przesyłek), w przypadku porażenia, ów milion otrzymywałaby ukochana rodzina, oczywiście natychmiast, podczas tego znakomitego programu. W ramach dysponowania swoim życiem, śmiałkom wolno byłoby wycofać się z konkursu podczas przeprawy, jednak za takie skrewienie, czyli zeskoczenie ze znacznej wysokości w nurt wzburzonej rzeki, otrzymywaliby jedynie nagrodę pocieszenia (w przypadku odratowania) lub rodzina dostałaby tylko pół miliona złotych (w przypadku nie tyle upadku, co zejścia).
    Rozejrzyjmy się... Dwa pylony energetyczne w Jiangyin (Chiny), które podtrzymują linię wysokiego napięcia nad rzeką Jangcy. Mają wysokość prawie 350 metrów i są najwyższymi słupami energetycznymi na świecie. Przewody zawieszone miedzy dwoma słupami mają 2300 metrów długości i przewodzą prąd o napięciu 500 kV. Może one? Prawdopodobieństwo porażenia byłoby ustalane na bieżąco podczas dokładnego monitorowania i prowadzenia statystyk wysokogórskich śmiertelnych wypadków.
    Kolumb Kolumbem, ale gdyby dzisiaj masowo pasjonaci przepływali oceany na średniowiecznych korabiach i co dziesiąty statek szedłby na dno z pasjonatami, to jakie komentarze byłyby zamieszczane na forach? A czym się to różni od wypraw w najwyższe góry?
    I jeszcze jedno - pośród najwyższych szczytów giną pierwszorzędni cudzoziemcy oraz drugorzędni tubylcy. Pierwsi podawani są z nazwisk i odnotowują ich czołówki gazet, czasami ich dane bywają nazwami ulic, drugich wspomina się tylko jako osoby towarzyszące. Pierwsi giną z nudów i w oparach pasji, drudzy giną, bo to jest dla nich często jedyna forma zarobkowania. Pierwsi za pasję płacą drugim za trud. Jest różnica pomiędzy kierowcą pasjonatem, który po swej pracy dla przyjemności szarżuje szosami odczuwając działanie adrenaliny a zawodowym kierowcą, który w znoju przewozi potrzebne społeczeństwu dobra. Jest także różnica pomiędzy ginącym pilotem doświadczalnym, strażakiem, ratownikiem, lekarzem walczącym z epidemią a śmiercią pasjonata, który nic nie dał światu a mógł i powinien.
    Dlaczego społeczeństwo powinno być przeciwne takim pasjom (skoki, pościgi, wyprawy i inne ekstremalne sporty)? Ponieważ owi bezsensownie ginący ludzi, są o wyższej wartości dla społeczeństwa niż przeciętna (jakkolwiek byśmy tę daną obliczali). To ludzie przedsiębiorczy, pomysłowi, rzetelni, odważni i najczęściej uczciwi, zatem przedstawiają większą wartość, niż przeciętni obywatele. Utrata takich rodaków, to często niepowetowana strata. Oni mogliby wiele jeszcze uczynić dla rodziny, ojczyzny i świata. Zbyt wcześnie odchodzą. To po prostu marnotrawstwo wartościowego życia i w ten sposób należy wszystkim "bohaterom" oraz ich rodzinom przedstawiać ich pasje i zniechęcać ich do śmiertelnego sposobu na życie!
    W internecie jest sporo filmików z wypadków drogowych z udziałem piratów drogowych. Nie ma nic o piratach górskich. Proponuję, aby prezydent RP odznaczał wdowy po wszystkich piratach i przeznaczał renty specjalne dla sierot, niezależnie od rodzaju "bohaterskiej" śmierci.
    Gdyby oszacować wszystkie osiągnięcia, których już nie dokonają rodacy, bowiem zginęli podczas zauroczenia pasją, to byłyby to wartości rzędu setek milionów złotych rocznie. Jeśli szacuje się - jakie straty ma społeczeństwo z powodu alkoholizmu, papierosów czy narkotyków, to dlaczego nie poruszać w dyskusjach innych uzależnień, na których tracimy? No i ten nieprzeliczalny ból i rozpacz rodzin. Pasja to często śmiertelny nałóg! Wyzywanie na pojedynek przez innego człowieka jest zakazane. Kiedy zakazane będzie wyzwanie przez żywioł i szafowanie swoim życiem oraz narażanie rodzin na cierpienie?

    Nasze święto a napoleon (15 sierpnia 2008)
    W połowie miesiąca czytamy dziennik.pl - u góry: piątek 15 sierpnia 2008 r. Imieniny: Marii, napoleona, Stelii. Dokładnie ten sam błąd ma kilka portali, zatem pod znakiem zapytania stoi mechanizm ustalania imion i ich pisowni oraz system kontroli w aspekcie "zarażania" tymi samymi usterkami innych portali...
    Stelia to bardzo rzadkie imię i nie należy mylić ze Stellą, natomiast w dniu, kiedy obchodzimy nasze wielkie święto nie sposób jest pisać Napoleon, wszak imię to (postrzegane zwłaszcza przez Francuzów jako wielkie) tego dnia niegodne jest dużej litery i prawidłowo zostało sprowadzone do parteru przez dziennik.pl oraz inne, zaprzyjaźnione redakcje... Miejmy nadzieję, że nasi nadsekwańscy przyjaciele z wyrozumiałością podejdą do spostponowania ich wodza. Zrozumiałbym - adolf, ale napoleon? Czyżby ktoś uznał, że bohater z Korsyki miał zbyt dużo krwi na rękach?
    W ten wielki świąteczny dzień, w kościołach poświęcono szczególną uwagę ziołom, owocom i warzywom, które zostały poświęcone przez kapłanów. Stosowanie kropidła nie jest takie proste - jeśli nie ma unijnego atestu albo kapłan jest zbyt energiczny, to po pierwszym święceniu większa porcja wody odrywa się i pozostaje za kropidłem oraz... leci na ministranta i na osoby nieopodal zgromadzone, przy czym ksiądz jest jedyną osobą w kościele, która tego nie widzi, bowiem jest zajęty kolejnym namierzaniem i rytualnym gestem, zaś z końca kropidła odrywa się coraz mniej cieczy, prawdopodobnie w postępie geometrycznym, zatem przy siódmym wymachu zgromadzony lud złakniony jest kropli bardziej niż kania dżdżu. Jeśli jego kolega albo ministrant nie zwrócą mu uwagi na ten problem lub nie przeczyta na tym forum, to następnym razem sytuacja się powtórzy...
    Kiedy u nas święto, to nie zapominajmy, że w innych miejscach na świecie trwa wojna, zwłaszcza że datą i istotą swą, dzień 15 sierpnia nawiązuje do czasu wojny. Wojny to bardzo poważne i tragiczne zjawiska i nie należy dworować sobie z nich, zwłaszcza z bieżących. Oto 12 sierpnia 2008 toczy się jeszcze wojna w Gruzji i na ekranie przesuwają się obrazy zniszczonych budynków i ulic, filmowane z jadącego auta. Komentator ze studia TVN24 zwraca się do Tomasza Kanika (odważnego korespondenta ryzykującego życiem na Kaukazie) - "Tomku, słyszę jakieś strzały i wybuchy. Co tam się u was dzieje?". Na to pan Tomasz ze stoickim spokojem i przesadną szczerością - "Nie, to tylko nasz stary rozklekotany moskwicz tak hałasuje po wybojach".

    Niepoprawny "Yacht Klub STAL Gdynia" (16 sierpnia 2008)
    Wybrałem się ze spanielem Karmelem na spacer po Gdyni i społem przypatrywaliśmy się wszelkim obwieszczeniom i banerom pod kątem ich poprawności językowej. Bodaj wszystkie materiały reklamujące wakacyjne wydarzenia kulturalne na Skwerze Kościuszki oraz na Bulwarze Nadmorskim były opisane w ten sposób, czyli w błędny! Większość portali poświęconych Gdyni oraz planów naszego pięknego miasta, również obfituje w błędy tego typu - Skwer Kościuszki oraz Bulwar Nadmorski (dwa lata temu chochlik niemiłosiernie pobuszował nawet po plakiecie upamiętniającej wizytę missek, które pomogły zasadzić setkę rajskich jabłoni). Ponieważ jestem zwolennikiem wspomnianej (jednak obecnie niepoprawnej) pisowni (patrz http://www.mirnal.neostrada.pl/ulstocz.html), przeto z sympatią fotografuję błędnie opisane afisze i zamieszczam na forach, aby przekonać Radę Języka Polskiego do zmiany reguł w omawianym zakresie.
    Na jakże ciężką próbę był narażony układ optyczno-elektroniczny fotograficznej aparatury, która zadrżała na widok napisu od lat "zdobiącego" budynek słynnego gdyńskiego jachtklubu nieopodal Skweru Kościuszki?! Otóż na elewacji widać nazwę Yacht Klub "Stal" Gdynia.
    5 sierpnia 2008 napisałem do klubu elektroniczny list (e-mail, mejl, emajl) -
    Proszę Państwa!
    Czy istnieje rozsądne wytłumaczenie, dlaczego fragment nazwy gdyńskiego jachtklubu ustalono na "Yacht Klub"? Pierwsze słowo wygląda na angielskie*, jednak drugie raczej na polskie*.
     Z poważaniem
     Mirosław Naleziński
     * - choć pewnie nie tylko

    Nie otrzymałem odpowiedzi (sezon żeglarski w pełni), natomiast może któryś z Czytelników zna wyjaśnienie opisanego problemu? Ponadto jestem zaniepokojony i rozczarowany - wszak tę dziwną nazwę przez lata widziały tysiące tubylców i turystów, w tym poloniści, prawnicy, tłumacze, wytrawni dyskutanci oraz maturzyści. I co? Dla mnie to po prostu niepojęte, aby nazwa składała się z mieszaniny wyrazów dwóch języków (np. Polish Telewizja). Kto wpadł na pomysł takiej nazwy i kto ją zaaprobował? No i dlaczego nikt skutecznie nie zaoponował?
    Innym takim dziwactwem jest słowo zamieszczane w naszych słownikach - bizneswomen. Także stewardesa jest dziwnym wyrazem, bowiem nie jest ani angielskim terminem, (choć każą nam wymawiać z angielska), ani polskim (wszak nie ma zgodności pisowni z wymową). Jeśli piszemy stewardesa, to powinniśmy wymawiać [stewardesa], jeśli natomiast chcemy wymawiać [stjuardesa], to powinniśmy pisać stiuardesa.
     Zgodnie z naszym wyczuciem językowym, popartym uchwałą o języku polskim, nazwa tego klubu powinna brzmieć Jachtklub "Stal" Gdynia, ewentualnie Jacht Klub "Stal" Gdynia (od biedy, bowiem poprawniej - Klub Jachtowy "Stal" Gdynia). Mógłby również zwać się Yacht Club "Stal" Gdynia lub nawet Yacht Club "Steel" Gdynia, jednak nie byłoby to ani po polsku, ani zgodne z ustawą o języku polskim (patrz http://www.mirnal.neostrada.pl/teleeksp.html), ale przynajmniej nie mielibyśmy językowego dysonansu. Jeśli Sejm w preambule ustawy patetycznie zapisał, że język polski stanowi podstawowy element narodowej tożsamości oraz uznał ochronę języka polskiego za obowiązek wszystkich organów i instytucji publicznych RP i powinność jej obywateli, to egzotyczna (atrakcyjniejsza?) nazwa powinna zostać zmieniona. W przeciwnym przypadku Ustawę o języku polskim można będzie uznać za czcze pisanie na modny temat ochrony naszego języka. Kolejny raz prawo rozmija się z życiem - czyżby ustawa była na pokaz i nic z niej praktycznego nie wynikało?
    Mam wrażenie, że piesek przy niektórych błędach miał większe parcie i tylna nóżka mu się jakby energiczniej zadzierała, ale może to dlatego, że dłużej (do znudzenia) debatowaliśmy nad niektórymi tekstami...

    Solidarność społeczna (17 sierpnia 2008)
    Od paru dni szaleją w Polsce trąby powietrzne, niespotykane u nas do niedawna. To efekt zmiany klimatu. I mamy rozpacz ludzi, którzy tracą swój majątek w parę minut. Ubezpieczenia to totolotek - albo ubezpieczyciel ma zyski, albo ma straty. W przypadku wielkich naturalnych i terrorystycznych katastrof to Państwo powinno być ubezpieczycielem i poręczycielem. Ze społecznego punktu widzenia jest wielką rozrzutnością ubezpieczanie wszystkich budynków, statków, samolotów od nieszczęść wszelakich. Czy ktoś policzył owe koszty (operacje finansowe, sprzęt komputerowy, zakup i eksploatacja lokali, płace pracowników oraz wszelkie składki)? Wszak owi pracownicy mogliby realizować się w sferze produkcji lub innych usługach. Chyba że uznamy tę formę zatrudnienia jako sposób na zmniejszenie zjawiska bezrobocia.
    A ilekroć zdarza się, że ubezpieczyliśmy się od 99 nieszczęść, zaś dopadła nas ta setna plaga i „szlachetny" ubezpieczyciel uzbrojony w wypasionych prawników daje nam figę z makiem, dowodząc braku zapisu "lub czasopisma".
    Składki ubezpieczeniowe byłyby pobierane jako odpowiednie dopłaty do cen towarów oraz jako nieznacznie powiększony podatek od dochodów. Po katastrofie budowlanej, lotniczej, morskiej, po powodzi, trzęsieniu ziemi, epidemii itd. oraz po terrorystycznym zamachu, odszkodowania byłyby wypłacane przez Państwo. Wysokość odszkodowań byłaby proporcjonalna do zgłaszanych opodatkowanych dochodów, przy zagwarantowaniu pewnego minimum. Tak bodaj należy rozumieć nowoczesną solidarność społeczną.
    Znacznie taniej (i bez zbędnych formalności) jest wypłacać odszkodowania za wykazaną stratę, niźli prowadzić miliony umów ubezpieczeniowych. Na szczeblu Sejmu należałoby to omówić, przeliczyć i podjąć społecznie mądre decyzje. Ale czy ubezpieczeniowe lobby przełknie tę żabę. Czy pogodzi się z utratą miliardów złotych?
    Społeczeństwo oczekuje na sprawnie funkcjonujący system ubezpieczeniowy dotyczący ogółu osób zamieszkujących Polskę. System powinien być zrozumiały, naturalny, przyjazny i prosty, a jednocześnie nie powinien zajmować tysięcy urzędników zawierających umowy, archiwizujących i... kombinujących.
    Rząd podawałby codziennie w internecie bieżący stan składek społecznych oraz kwoty wypłacane po klęskach i tragediach (wypadki, akty terrorystyczne). Po większych kataklizmach podatki byłyby podniesione o ułamek promila na pewien czas, zaś po uregulowaniu odszkodowań, obniżano by opodatkowanie. Zmiana systemu nie spowodowałaby likwidacji dotychczasowych instytucji ubezpieczeniowych. Niech sobie egzystują i zapisują obywateli chętnych do zakładania polis na dotychczasowych zasadach. Wprowadzony system byłby obligatoryjny, zaś istniejący - fakultatywny. W razie poniesienia szkody, ubezpieczenia byłyby wypłacane na podstawie wszystkich zawartych umów oraz na podstawie proponowanego niniejszego a bezumownego systemu.
    Gdyby nieco podnieść podatki (od płac lub cen), o mały promilek, to rocznie byłby do dyspozycji co najmniej miliard złotych na wypłaty odszkodowań za straty podczas wichrów, powodzi, pożarów, katastrof i ewentualnych aktów terrorystycznych.
    Obecnie w społeczeństwie panuje przeświadczenie, że rolnicy unikają ubezpieczeń, zaś po tragedii wyciągają ręce do Państwa. Gdyby wprowadzić omawiany system, to rolnicy byliby aktywnymi uczestnikami akcji nawet dokładnie... nie wiedząc o tym. A po katastrofie nikt by nie żebrał - odszkodowania należałyby się wszystkim uczestnikom dramatu i to obligatoryjnie. Wszyscy rodacy mieliby zagwarantowane minimum odszkodowania, zaś obecnie nazywa się to zapomogą, przy której medialne punkty zbierają państwowi notable. A może o to głównie chodzi?
    W mediach podano, że aby ubezpieczyć dom wartości 300 tys. zł, należy wpłacać 16 zł/mies. Przy powszechnym solidarnościowym systemie, bez zbędnych biurokratycznej infrastruktury, zapewne byłby to koszt 2-3 razy niższy oraz byłby... niezauważalny i nieodczuwalny.
    Gdyby uczestnikami solidarnościowego systemu były także firmy, to bez zbędnych a długotrwałych procesów byłyby wypłacane odszkodowania i renty rodzinom ofiar zatopionego promu "Heweliusz" (1993), zniszczonego bloku mieszkalnego w Gdańsku (1995), zawalonej hali wystawowej w Katowicach (2006), spalonego autobusu pod Grenoble (2007). A tak - obserwowaliśmy żenujące sceny zbiórek społecznych albo wieloletnie procesy, co nie przydawało Polsce przyjaznego imażu.

    Bezprawne przetrzymanie pasażera w samolocie (24 sierpnia 2008)
    Czy pasażer ma prawo opuścić samolot w przypadku znacznego opóźnienia lub z powodu obawy o swoje życie?
    Należy zmodyfikować przepisy zabraniające liniom lotniczym wypuszczania pasażerów z samolotów przebywających na płycie lotniska a nawet już na pasie startowym. Podobno to od łaski pilota zależy, czy pasażer zgłaszający chęć wyjścia z uskrzydlonej rury, może to uczynić. Oczywiście, nie każdy moment kołowania przed startem nadaje się do wyjścia. Grozi to zresztą paniką i ogólnym zniechęceniem klientów linii lotniczych do latania.
    Jednak bywają szczególne sytuacje, choćby wydarzenia poprzedzające katastrofę samolotu hiszpańskich linii lotniczych Spanair. Okazuje się bowiem, że przegląd trwał dość długo i cała podróż była znacznie opóźniona. Czy pasażer miał prawo wyjść z samolotu, ponieważ uznał, że umowa o przelot nie spełniła jego nadziei, że jest niebezpieczna sytuacja, że jego podróż jest zbytnio opóźniona, że odlot w rozważanym przypadku już nie ma sensu? A czy ma prawo być przesądny i z tego powodu chcieć wysiąść?
    Okazuje się, że na pokładzie był co najmniej jeden pasażer, który telefonicznie rozmawiał z żoną przed powtórnym startem. Uzgodnili, że postara się wysiąść. Jednak załoga mu na to nie pozwoliła. Pasażer zginął. Zginął, bowiem nie poszanowano jego woli! A media podają, że takich przypadków było kilka. Jeśli potwierdzi się ten wątek, to prawnicy będą mieć trudny orzech do zgryzienia.
    Ponieważ obywatele demokratycznych państw coraz bardziej do serca sobie biorą dosłowne pojęcie wolności (a nie wyimaginowane przez bojowników o wolność), przeto powstaje pytanie o swobodę dokonania wyboru podczas zaistniałej sytuacji.
    Dlaczego osoba awanturująca się i zakłócająca lot zostaje wysadzona z samolotu częstokroć podczas pozaplanowego przyziemienia na (zwykle) najbliższym lotnisku, zaś osoba spokojna (ale na przykład przesądna) - nie może? Pierwsza wbrew swej woli jest wydawana w ręce policji, druga wbrew swej woli jest wieziona i... więziona. Tak - więziona, bowiem przetrzymywanie obywatela wbrew jego woli jest karalnym uwięzieniem! A powód jest oczywisty - nieposłuszny pijak zapłacił i nie musimy mu oddawać wniesionej opłaty, nieposłuszny zaś przekora zapłacił i będzie ubiegać się o zwrot pieniędzy albo co gorsza - skorzysta z usług konkurencyjnego przewoźnika. Cóż to oznacza? Że pijak i chuligan mają większe prawa, niż spokojny obywatel, który słusznie zirytował się na przewoźnika i chce uznać umowę o przelot za nieważną z winy linii lotniczych?
    Czy pasażer ma prawo odmówić wejścia na pokład samolotu, jeśli się okaże, że podstawiono inny model, niż się spodziewał? Nie ten wiek, typ, linia lotnicza, marna opinia? Jakie prawa ma zatem pasażer po wykupieniu biletu?
    Można to sobie wyobrazić następująco... Opóźniony samolot stoi na płycie, mechanicy naprawiają usterki, pojazd ma opóźnienie co najmniej godzinne i załoga pyta (bo taki powinien być zapis w regulaminie) - "Czy ktoś z Państwa ma zamiar opuścić samolot z uwagi na nasze kłopoty? Odlatujemy za kwadrans".
    Jeśli ktoś się zgłasza, podjeżdżają schody. I nie dlatego, że ktoś się boi (nikt tego nie musi udowadniać, choć oczywiście i ten powód jest zasadny). Ale na przykład właściciel firmy miał lecieć na kontrolę do filii i chce zrezygnować, bowiem już tego dnia nie zdąży wykonać zadania a ma zamiar polecieć nazajutrz. Ma prawo? (Inna sprawa, że będzie kolejny problem, jeśli ten klient linii zginie właśnie nazajutrz, ale takie problemy to specjalność naszej cywilizacji...). Może być problem z bagażem, ale w końcu co jest nosem w ruchu lotniczym a co tabakierką?!
    Nie mogę się oprzeć konstatacji, że gdyby w Madrycie jakiś pasażer z furią rzucił się na stewardesę i zostałby wyniesiony z metalowej pułapki, to by dzisiaj żył... Los jednak wysłał ostrzeżenie - były problemy techniczne i chyba je niezupełnie wyeliminowano.
    A teraz, po tej tragicznej katastrofie? Osoby przesądne częściej będą chcieć opuścić samolot wspominając właśnie ten wypadek. Czy mają do tego prawo? Co na to RPO?
    Przy okazji chciałbym zasygnalizować, że kierowcy drogowych pojazdów transportu publicznego w podobny sposób łamią prawo obywatela do swobody. Otóż w przypadku długotrwałych korków drogowych nie wypuszczają pasażerów pomiędzy przystankami, powołując się na przepisy swoich firm. Na nic prośby i żądania, aby otworzyli drzwi, także podczas upałów. Musi dojść do zasłabnięcia lub większego nieszczęścia, aby zmieniono nieprzyjazne przepisy? Czy pasażer jest towarem, z którym się nie dyskutuje? Któremu można ograniczyć swobodę dokonywania wyboru?
    No i najważniejsza kwestia, do rozpatrzenia przez prawników (także przez Rzecznika Praw Obywatelskich) - czy czasowe przetrzymanie pasażerów w pojeździe wbrew ich woli jest zgodne z prawem? Nie wyobrażam sobie, aby kierowca w demokratycznym a przyjaznym państwie odmówił otwarcia drzwi podczas zablokowania ruchu autobusu, a jednak to nagminna praktyka!

    Art. 31.1. Wolność człowieka podlega ochronie prawnej.
    Art. 31.2. Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.
    Art. 31.3. Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.

    Czy na podstawie powyższych artykułów Konstytucji 1997 można żądać zmiany przepisów niższej rangi, a dotyczących przewozu pasażerów środkami transportu publicznego, w szczególności samolotami oraz autobusami? Obywatel nie może być przetrzymywany w jakimkolwiek miejscu bez jego zgody, chyba że jest to konieczne dla jego bezpieczeństwa (albo innych osób), jednak ograniczenia nie mogą naruszać istoty wolności.
    Szanowni pasażerowie! Jeśli sobie wywalczymy omawiane uprawnienia i będziemy z nich korzystać, to wprawdzie utrudnimy życie liniom lotniczym, jednak wpłynie to na zdecydowane polepszenie jakości usług linii lotniczych, bowiem rezygnujący z lotu pasażerowie zmobilizują przewoźnika do staranniejszej kontroli samolotów, aby nie zbankrutować z powodu zmniejszenia wpływów ze sprzedaży biletów. Tego czynnika postraszenia spedytora nie ma, niestety, w miejskich liniach autobusowych, bowiem najczęściej nie ma tu... konkurencji.
    Jeśli potwierdzą się doniesienia o niewypuszczeniu kilku pasażerów z samolotu pomiędzy dwoma nieudanym startami, to byłby to ewidentny przykład ograniczania praw obywatelskich, natomiast ich rodziny powinny otrzymać odszkodowania o podwyższonej kwocie z oczywistych a podanych powodów! Powyższy problem został wysłany także do Rzecznika Praw Obywatelskich, ponieważ opisane przykłady nagminnie zdarzają się na terenie Unii Europejskiej i korzystnie byłoby znać wykładnię w tej materii.
    PS Podobno dochodzi do bodaj bardziej absurdalnych przypadków - jeśli pasażer leci z punktu A do B, aby stamtąd dostać się do punktu C, natomiast z jakiegokolwiek powodu samolot awaryjnie ląduje w punkcie C, to zainteresowany tym miejscem pasażer nie jest wypuszczany, lecz musi odlecieć do punktu B, czyli do planowanego miejsca dolotu...

    Ekskluzywny wywiad dla polskiej TV (24 sierpnia 2008)
    29 sierpnia 2008, na czerwonym pasku monitora, przewijała się ważna informacja - "Saakaszwili udzielił ekskluzywnego wywiadu TNV24. Prezydent Gruzji udzielił 1. wywiadu polskiej TV" (zdanie to zmieniono na "1. wywiad Saakaszwilego po wybuchu wojny dla polskiej TV"). "Powtórka ekskluzywnego wywiadu po godzinie 9:00 w TVN24" (bez kropki na końcu wiadomości).
    Na początek omówienie owego zapisu - niefortunnie prezentuje się jedynka z kropką jako liczebnik "pierwszy"; byłoby właściwiej napisać "udzielił pierwszego wywiadu" oraz "Pierwszy wywiad". No i cóż to jest "polska TV"? Kiedyś ten skrót oznaczał firmę "Telewizja Polska", która po przełamaniu monopolu przyjęła skrót TVP. Ponieważ litery v* nie ma w polskim alfabecie, zatem omawiana firma powinna mieć skrót TP albo (aby nie mylić z Telekomunikacją Polską) - TWP. Jeśli jednak chodzi w tekście o jakąkolwiek telewizję (polską lub obcą), to należy opisywać bezskrótowo (gdyby wywiad był dla dowolnego polskiego radia, to nie napisano by - "udzielił pierwszego wywiadu dla polskiego R"). Zresztą w wyrazie "telewizja" nie ma litery v! Ponadto to słowo nie powinno być w takim zdaniu w ogóle skracane! Wyraz "telefon" skracamy jako "tel.", ale tylko przed numerem! Przecież nie piszemy - "Kupiłem nowy tel., jednak ma wadę".
    Inny słownik języka polskiego, wyd. 2000: ekskluzywny - dostępny tylko dla ludzi bogatych lub mających wysoką pozycję społeczną. Słownik wyrazów obcych Kopalińskiego: ekskluzywny - odgradzający się od otoczenia albo od osób spoza pewnego kręgu; elitarny.
   Dawniej ekskluzywne były wytworne, jednak konkretne i namacalne towary zwane obecnie modniej produktami (czyli przedmioty oraz usługi) -  zegarki, auta, jachty, hotele, sklepy, zestawy (np. kosmetyczne) i... panie oraz usługi na najwyższym poziomie w rozmaitych branżach. Ekskluzywni wyjątkowo (i wyjątkowi) bywają także... panowie - Google notują: ekskluzywni klienci**, striptizerzy, deweloperzy oraz producenci (a to oznacza, że już nie tylko produkty są w ten sposób określane, ale również ich wytwórcy). Mamy także Warszawskie Przedsiębiorstwo Geodezyjne S.A.*** (powinno być SA), które reklamują swoich pracowników - "ekskluzywni geodeci", sugerując... "miłe i dyskretne triangulacje także w mieszkaniu klientki". Nie wiadomo, dlaczego nie zachęcają rolników, górników, czy pilotów do swych geodezyjnych czynności zachętą "miłe i dyskretne triangulacje, także na polu, przodku, fotelu klienta"? Że "miłe", to oczywiste, ale "dyskretne"? Przecież to jawne sygnalizowanie, że obejdzie się bez faktur i fiskus znowu straci. Może jakaś kontrola, wszak budżet ciągle pustawy... Okazuje się, że to jacyś dowcipnisie zrobili tej firmie psikusa dopisując frywolne teksty (fotomontaż).
    Ekskluzywne produkty (w tym mieszczą się namacalne konkretne przedmioty wykonane ręką ludzką, przy zastosowaniu prostej lub skomplikowanej techniki i zwykle są one opodatkowalne, jednak również konkretne i macalne dzieła ludzkiej sztuki nieręcznej o działalności, niestety, nieopodatkowalnej. Od pewnego czasu słyszymy o ekskluzywnych magazynach (czasopisma) oraz (właśnie) o wywiadach (to w ramach usług, czyli niematerialnych produktów). A to z aktorką, a to z piosenkarzem, no i pora na polityka i to walczącego z molochem niezupełnie na glinianych nogach. Wywiad prowadzony był po angielsku, co już stawia go na ekskluzywnej półce (w krajach nieangielskojęzycznych), wszak wywiady po polsku z naszymi politykami trudno zaliczyć do ekskluzywnych (każde takie wytworne określenie spowodowałoby uśmieszki i niewybredne komentarze na forach).
    Jeśli wywiad był ekskluzywny (elitarny), to chyba w znaczeniu wyjątkowego i jedynego dostępu wspomnianej telestacji, wszak był przeznaczony dla możliwie największej widowni, co jednak przeczy (dawnemu już?) określeniu "ekskluzywny". Zapewne obserwujemy rozszerzenie znaczenia omawianego słowa, zatem w słownikach powinny znaleźć się kolejne przykłady. Ekskluzywne zegarki są dla wąskiej grupy społecznej, w przeciwieństwie do ekskluzywnych wywiadów a to oznacza, że w demokracji każdy znajdzie coś ekskluzywnego, choć ci "wężsi" mają i zegarki, i wywiady, zaś ci "szersi" tylko... wywiady. I demokracja chyba nigdy nie będzie ekskluzywna - pozostanie przaśna.
    I tak dobrze, że nie zatytułowano - "Exclusivna intervia dla Polish TV"...
    Istnieje sporo wyrazów obcych, które nie mają dobrych polskich odpowiedników. Jeśli jesteśmy nowoczesnymi  Polakami i patriotami, to dbajmy o język ojczysty... Jeśli znasz polski odpowiednik, pisz po polsku!!!
    Co do wywiadu - był prowadzony wszechstronnie i na pewno przybliżył Polakom sprawy Gruzji, która stała się nam bliższa.

    * - Rada Języka Polskiego zdecydowanie opowiada się przeciw nadaniu dziecku imienia Victoria. Jak bowiem wynika z "Zaleceń dla urzędów stanu cywilnego dotyczących nadawania imion dzieciom obywatelstwa polskiego i narodowości polskiej", imiona powinny zawierać litery należące do polskiego alfabetu. Tymczasem litera v nie należy do polskiego alfabetu, literze c, zaś w imieniu Victoria odpowiada głoska [k], a nie - jak w polskim systemie - [c]. Używanie w polszczyźnie imienia Victoria nie ma żadnego uzasadnienia, tym bardziej, że istnieje jego polski odpowiednik - Wiktoria.
    Co wynika z powyższej opinii? Że skoro mamy polskie słowo telewizja, to nie możemy stosować obcego wyrazu television (tv). Jeśli litery q, v, x nie należą do polskiego alfabetu, to nie ma polskich wyrazów zawierających te litery! I co na to Ustawa o języku polskim?
    ** - pewien uczynny rodak ogłasza się: "chcę dać pracę w Berlinie (znajomość języka niemieckiego nie jest wymagana) - szukam atrakcyjnych dziewczyn, dowolny czas pracy, miła atmosfera, pełna ochrona, ekskluzywni klienci, dobre zarobki 250 euro dziennie, możliwość zakwaterowania", jednak czyżby ów szlachetny młodzian nie wiedział, że popełnia wykroczenie, wszak w Unii nie można dyskryminować płci podczas naboru do warsztatów pracy?
    *** - na portalu firmy można znaleźć geograficzną perełkę - "W dniach 23.06. - 07.07.2008r. Warszawskie Przedsiębiorstwo Geodezyjne S.A. gościło 2-osobową delegację z Tadjikistanu". Czyżby nazwa "Tadżykistan" była niewłaściwa? I nie można było napisać "dwuosobową" (zyskano jeden znak!)?

    Piraci ośmieszają mocarzy tego świata (11 września 2008)
    Somalijscy piraci ponownie dali znać o sobie - właśnie porwali południowokoreański statek z załogą. Zatoka Adeńska jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie - w tym roku piraci porwali więcej niż 30 statków. Czekają na okupy, przetrzymując kilkanaście statków z zakładnikami.
    Jestem pełen podziwu dla indolencji najważniejszych państw na świecie, a dokładniej - dla ich przywódców. Mają do dyspozycji największe lotniskowce i supersamoloty. Mają także urządzenia optyczne, dzięki którym (podobno) można przeczytać gazetę z kosmosu. A ich obywatele są porywani i będą porywani dla okupu. Nie dość, że najwięksi wodzowie Zachodu odnoszą porażki z Rosją, to nawet nie potrafią sobie poradzić z... piratami. Z piratami, których my, Polacy, znamy jedynie z dawno napisanych książek i nieco później nakręconych filmów. Już kilkadziesiąt lat temu, kiedy czytaliśmy ulubione lektury o piratach, to wszyscy wiedzieli, że to już tylko bajki.
    A tu takie wiadomości... Czy to wielki problem dla lotnictwa USA, Wielkiej Brytanii, czy Francji, urządzić parominutowy nalot albo desant owym piratom? A może potomkowie z Niemiec i Japonii coś wymyśliliby dla dobra naszej planety, skoro kiedyś ich siły zbrojne okazały się zbyt drapieżne na znacznej części globu? A może wespół z Rosjanami by zrobili coś dobrego dla całego świata?
    Przecież można byłoby to zorganizować w ramach wspólnych antyterrorystycznych ćwiczeń wojskowych - po co pływać po morzach i oceanach (lub latać nad nimi) bez większego sensu? Czy nie można wykonać pożytecznej roboty? Za podobne pieniądze; zresztą czy sprzęt wojskowy stoi w portach lub w hangarach, to i tak się starzeje i kosztuje jego utrzymanie. A może by tak zapytać dzielnych marynarzy i pilotów, czy nie chcieliby zrobić coś ku chwale swoich narodów, a nie tylko trzymać świat w napięciu - czy będzie znowu wojna, czy jej nie będzie...
    Drugim znanym terenem działania jest wyspiarska Azja. Marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych nieśmiało zaproponowała pomoc, jednak Tajlandia i Malezja odmówiły współpracy na swoich wodach terytorialnych. Czyżby Amerykanie nie mieli wystarczająco doskonałej techniki, umożliwiającej samodzielne działania przeciw morskim terrorystom? Przecież potrafią sterowanym pociskiem trafić niewielki obiekt z dużej odległości, jednak trzeba go... znaleźć.
    PS  Już w kilka dni po napisaniu tego tekstu, agencje doniosły o dwóch akcjach współczesnych piratów u wybrzeży wschodniej Afryki - atak na amerykański okręt oraz uprowadzenie ukraińskiego statku z załogą i z wojskowym transportem (w tym czołgi).

    Zmienić Regulamin Sejmu RP! (26 września 2008)
    Ponieważ słynne już usprawiedliwienie posła Jarosława Kaczyńskiego zawiera przywołany przezeń przepis z Regulaminu Sejmu RP, przeto warto przyjrzeć się dokładniej owemu zapisowi.
    Za przyczyny usprawiedliwiające niemożność wzięcia przez posła udziału w posiedzeniu Sejmu lub komisji bądź w głosowaniu uważa się:
    1) chorobę albo konieczność opieki nad chorym,
    2) wyjazdy zagraniczne lub krajowe z polecenia Sejmu, Marszałka Sejmu lub komisji, akceptowane przez Prezydium Sejmu,
    3) zbieg posiedzeń komisji lub podkomisji, do których poseł należy, jeżeli brał udział w jednym z tych posiedzeń, a w razie zbiegu posiedzenia Sejmu oraz komisji lub podkomisji, z zastrzeżeniem art. 152 ust. 4 - wykonywanie funkcji posła sprawozdawcy lub zabieranie głosu na posiedzeniu Sejmu,
    4) urlop udzielony posłowi przez Marszałka Sejmu, z zastrzeżeniem ust. 10,
    5) inne ważne, niemożliwe do przewidzenia lub nieuchronne przeszkody.

    Z uwagi na enigmatyczność ostatniej przyczyny, należy po słowie "przeszkody" dodać: "(opisać rodzaj przeszkody)". Obecnie mamy kuriozalną sytuację, kiedy poseł może powołać się na ostatni omawiany punkt, jednak... nie wyjaśniając dokładniej powodu absencji! Ponieważ posłowie mają być wzorem dla społeczeństwa, przeto obecny zapis należy uznać za nielogiczny i bezsensowny. Wyobraźmy bowiem sobie, że uczniowie, studenci, lekarze, żołnierze, policjanci, urzędnicy, księża itd. będą w podobny sposób usprawiedliwiać swoją nieobecność w miejscach, w których z zasady powinni przebywać i... powołają się na sejmowy przykład... Przecież to komiczna i absurdalna sytuacja! Czy wysoka wygrana w totka, wizyta kolegi z wojska, ochlapanie (auto-kałuża), krach na giełdzie, poważne przemyślenia nad losem narodu, to wystarczające powody, aby nie dotrzeć do miejsca pracy, nauki, służby? Jeśli tak, to należy ten powód śmiało wpisać w formularz.
    Ponieważ w ślad za obecnymi usprawiedliwieniami idą stosowne wypłaty za każdy dzień usprawiedliwionej nieobecności, przeto należy zlikwidować ów mało honorowy punkt działalności naszych posłów (senatorowie mają zapewne podobny regulamin). Ich niejasne albo zabawne wyjaśnienia, aby otrzymać kilkaset złotych, są często żenujące i ośmieszające nie tylko ich, ale nas wszystkich. Po prostu należy zlikwidować wypłaty za każdy dzień nieobecności posła, niezależnie od pozazawodowego powodu i (nie)usprawiedliwienia. Poseł ma honorową funkcję do wypełnienia w społeczeństwie i ma wysokie wynagrodzenie. Jeśli jest nieobecny, nawet z powodu swojej choroby, opieki nad chorą osobą, urlopu czy "innych ważnych, niemożliwych do przewidzenia lub nieuchronnych przeszkód", to za te dni nie powinien otrzymywać jakiejkolwiek gratyfikacji.
    W przypadku opieki nad inną osobą może zorganizować pomoc osoby trzeciej. Wyjazd służbowy jest oczywiście (pod względem płacowym) traktowany jako świadczenie pracy i nieobecność powinna być usprawiedliwiona przez organ delegujący posła. Wszystkie dni urlopowe posła powinny być bezpłatne. Ich liczba może być zasadniczo nieograniczona, jednak wypoczynek nie powinien utrudniać służby dla narodu.
    Posłowie powinni ubezpieczać się w towarzystwach od nieszczęśliwych wypadków i długotrwałych chorób uniemożliwiających pełnienie zaszczytnej służby. Wówczas otrzymywaliby stosowne odszkodowanie, zaś na ich miejsce byliby powoływani inni posłowie - zdrowsi, bardziej chętni do pracy dla nas, czyli dla mas...
    Można również zastanowić się nad ograniczeniem liczby posłów (i senatorów) - były już śmiałe propozycje, z których nic nie wynika, wrócą zaś przed... kolejnymi wyborami.
    Co do samego słynnego usprawiedliwienia, które zamieszczono w internecie - oto ono...
    W odpowiedzi na pismo z dnia 21 sierpnia 2008 r. w sprawie nie usprawiedliwionej nieobecności lub nie wzięciem udziału w odpowiedniej liczbie głosowań na posiedzeniu Sejmu RP w dniach: 09.07.2008 r., 11.07.2008r., 24.07.2008 r.(łącznie trzy dni), uprzejmie informuję, że powodem absencji i brak podpisu na liście, spowodowane było niemożliwymi do przewidzenia przeszkodami, jakie miały miejsce w wyżej wskazanych dniach.
    Niepokoi fraza "odpowiednia liczba głosowań", jednak powala zakończenie - "powodem absencji i brak podpisu na liście, spowodowane było niemożliwymi do przewidzenia przeszkodami, jakie miały miejsce" (krócej i poprawniej - "absencja spowodowana była..."; ponadto nie ma sensu pisać o braku podpisu, który przecież wynika z nieobecności).
    Ktoś uczony w piśmie napisał prezesowi PiS dokument do podpisu. Prezes (w końcu również biegły w języku polskim, wszak patriota i humanista) nie dostrzegł szeregu błędów i gaf. Powinno być "nieusprawiedliwionej" oraz "niewzięciem". Ponadto - bez spacji zapisano jedną z dat oraz lewy nawias, czyli pismo jest niechlujne (w niejednej instytucji o niższej randze, owo pismo byłoby oddane do poprawienia).
    Informowano, że jest to rutynowy wzór pisma stosowany w podobnych sprawach przez prezesa PiS, co oznacza, że prawdopodobnie wszystkie takie usprawiedliwienia mają omówione błędy. Usprawiedliwienie typu "niemożliwymi do przewidzenia przeszkodami" nie jest żadnym wyjaśnieniem! To jest zwykły brak wyjaśnienia!
    Proponuje wydać wzorcowe "Usprawiedliwienie", które będzie można kupić w sklepach z dziwactwami. To gotowy pomysł dla ucznia, studenta, żony powracającej na łono rodziny, męża dopełzającego do domu z popijawy, pracownika zjeżdżającego wreszcie z przedłużonego urlopu! Doskonałe wyjaśnienie - "moja nieobecność wynika z przeszkód niemożliwych do przewidzenia"... Który nauczyciel lub szef potraktowałby je poważnie? Pomysł można przenieść także na pole działalności urzędów skarbowych - "moje zaległości płatnicze wynikają z przeszkód niemożliwych do przewidzenia". Może być przydatny dla linii obrony oskarżonego - "Wysoki Sądzie, moje patologiczne zamiłowania wynikają z przeszkód niemożliwych do przewidzenia". Co do (nie)przewidywalności - rozumiem, że uczeń czegoś nie przewidział, ale prezes a były premier?!
    Czekamy na zamieszczenie w internecie wszystkich usprawiedliwień omawianego posła... To byłaby prawdziwa gratka dla prof. Bralczyka i prof. Miodka oraz "wzorzec" dla rodaków, którzy chcą być okazami uczciwości w IV RP. A przecież PiS miało być partią, która miała nie tylko przestrzegać prawa, ale również zwyczajnie pojmowanej uczciwości. Tak obiecywano!
    Przy okazji - prezes PiS przyznał, że podpisuje pewne dokumenty w sposób bezwiedny. Ludziska od urodzenia wykonują rozmaite sprawy bezwiednie, jednak ludzie szerokiego formatu nie powinni tak czynić, bowiem ktoś zapyta - a jakie to inne dokumenty zostały w podobny sposób podpisane...
    Gwoli bezstronności - należy przejrzeć usprawiedliwienia innych posłów i sporządzić raport z kręcenia w naszym okrągłym budynku. Ponadto powołać sejmowego doradcę znającego w wystarczającym stopniu język ojczysty, który pomagałby wszystkim posłom klecić podania...

    Światła do jazdy w dzień? (30 września 2008)
    Komisja Europejska proponuje, by od 2011 roku wszystkie nowe samochody w UE były obowiązkowo wyposażane w światła do jazdy w dzień, aby zwiększyć bezpieczeństwo na drogach. Dodatkowe wyposażenie aut zwiększy ich cenę o ok. 150 europów oraz spowoduje wzrost zużycia paliwa, ale liczba wypadków drogowych ma spaść o 15 procent.
    Parę miesięcy temu opublikowano dane austriackie, z których wynika, że nakaz jazdy z włączonymi światłami mijania jednak nie dał spodziewanych efektów. O dziwo, wzrosła liczba wypadków, czego się zupełnie nie spodziewano oraz zwiększyła się emisja szkodliwych gazów i wzrosło zużycie paliwa, czego się (...wyjątkowo) spodziewano. Trwają tam dyskusje o likwidacji omawianego nakazu. Przy okazji - Austria jest przykładem rozsądnego państwa, w którym większość ładunków masowych przewożona jest kolejami (także ramach akcji tiry na tory) oraz rzekami.
    W Polsce powinniśmy wrócić do poprzednich przepisów nakazujących włączanie świateł mijania podczas niewystarczającego oświetlenia panującego na zewnątrz auta. Ponieważ wielu kierowców zapominałoby włączać owe światła, zwłaszcza podczas chwilowego pogorszenia widoczności, przeto wystarczyłoby wprowadzenie wymogu montowania w nowych autach czujników zmierzchowych, które są coraz lepszej jakości i są coraz tańsze (zwłaszcza w stosunku do średniej płacy i do cen paliwa).
    Komisja Europejska proponuje zmiany podnoszące cenę auta o ok. 500 zł (i wzrost zużycia paliwa, co w skali Unii będzie pokaźnym wydatkiem oraz ekologiczną dolegliwością), zaś powrót do starych czasów i montaż czujników (za ok. 50 zł) spowodowałby znaczne oszczędności finansowe. Czy w Polsce mamy wiarygodne dane dotyczące spadku liczby wypadków w związku z wprowadzeniem nakazu włączania świateł za dnia? Czy mamy informacje o wypadkach za dnia spowodowanych przestawieniem wzroku kierowcy na obiekty oświetlone i bagatelizowanie obiektów nieoświetlonych lub niewystarczająco oświetlonych albo po oślepieniu światłami? Może niech urzędnicy wprowadzą doświadczalnie swój wymóg na terenie wybranego (i raczej niewielkiego) państwa, aby przetestować ten pomysł. Najlepiej w ojczyźnie... pomysłodawcy. A podczas długiego pobytu w korkach już teraz znieść obowiązek włączania świateł (z wyjątkiem pierwszego wozu).
    Proponuję rozwiązanie przejściowe - światła byłyby włączane wg obecnych przepisów, jednak fakultatywnie (dobrowolnie), zaś w nowo produkowanych autach obligatoryjnie (nakazowo) byłyby montowane atestowane (o wysokiej jakości) czujniki zmierzchowe w(y)łączające omawiane oświetlenie.
    Istnieje jednak obawa, że po zniesieniu nakazu stosowania świateł mijania w porze dziennej albo po wprowadzeniu dobrowolności stosowania, nieprzyzwyczajeni lub zdezorientowani kierowcy będą popełniać więcej błędów. Ale już to dowodzi, że jakże łatwo jest wprowadzić nowy przepis, który nie został wszechstronnie przetestowany, a co gorsza - jak trudno go wycofać, jeśli nie okazuje się lepszy od poprzednio obowiązującego stanu prawnego. W większej skali przerabiano powrót z socjalizmu do kapitalizmu - jakie były koszty?
    PS  Może przy okazji omówić sprawę bezpieczeństwa na drogach w zależności od koloru karoserii? Może zatem stosować zniżki ubezpieczeniowe dla jaskrawych kolorów?

    Fotografowanie na granicy (30 września 2008)
    Co roku miliony rodaków przekraczają granicę - wycieczki, wyjazdy służbowe, parogodzinne przejścia spacerowe. Granic coraz mniej (w znaczeniu kłopotliwego stania w kolejkach i uciążliwych kontroli celnych oraz paszportowych), zwłaszcza w Europie. Bywają przejścia w szczerym polu, kiedy to podróżnym nie przychodzi do głowy fotografowanie (z okien wagonu, autobusu, czy samochodu) ciężkiej pracy pograniczników. Jakoś nie wypada. Może to jeszcze przekonania z czasów komuny, kiedy wystarczyło lekko narazić się celnikowi, aby skontrolował dokładnie wszystkie bagaże wybranej osoby i puścił ją w skarpetkach.
    Są jednak przejścia graniczne w miastach, gdzie budynki mieszkalne i parkujące auta mieszkańców stoją parę metrów od przejścia granicznego. I w takim przypadku wydawać by się  mogło, że można zrobić pamiątkową fotkę z granicy, zwłaszcza jeśli nie ma znaku zakazu fotografowania. Przecież takie przejście graniczne jest już dokładnie obfotografowane przez mieszkańców i służby wywiadowcze większości państw.
    Cóż stało się na chorwacko-słoweńskiej granicy w mieście Mursko Središće? Pewien wycieczkowicz poprosił żonę, aby stanęła przy znakach drogowych (i przy tablicy nazwy miasta) i chciał zrobić fotkę. W oddali z lewej strony kadru byłoby być może widać biurowy nowoczesny barak urzędu granicznego, jednak bez konkretnych osób, bowiem one przebywały wewnątrz biura. I stała się rzecz zaskakująca - podczas pozowania, wybiegł z pogranicznej budki oficer  niezrozumiale coś krzyczący (zresztą to było dość daleko) i machający rękami. Można było się domyśleć o co chodzi, zatem turyści grzecznie oddalili się od tego miejsca.
    Owszem, nikt nie lubi, kiedy go fotografują podczas pracy (i to bez pytania) - ludziska robią zdjęcia w szczególności pracującym poza pomieszczeniami (rolnikom, budowniczym, drogowcom), co nie wzbudza ich zachwytu; więcej - często spotyka się z agresywnym zachowaniem. Ale żeby mieć pretensje na europejskim śródmiejskim przejściu granicznym? Może dobierać w takich miejscach mniej nerwowych pracowników? Co na to europejskie procedury?
    Ponieważ sprzęt fotograficzny ma zdolności powiększania, przeto wykonałem kilka zdjęć z większej odległości zabronionego rejonu. Czytelnicy mogą się zapoznać z rodzajem przejścia, z budynkami chronionymi ustawą (a może złą wolą urzędnika). Pełne zaskoczenie, bowiem w telewizji widywaliśmy zdjęcia i filmy z dużo ważniejszych przejść granicznych i to wykonanych w czasach zimnowojennych (przejście Charlie na obrzeżach Berlina Zachodniego, przejście pomiędzy oboma Koreami), tutaj zaś uniemożliwiono wykonanie zdjęcia we wrześniu 2008! Wprawdzie Chorwacja nie należy do UE, jednak pracownicy graniczni powinni pomału się cywilizować, wszak niebawem wejdą.
    Niektórzy uznali, iż "ogólnie wiadomo, że na granicy nie wolno robić zdjęć", inni uważali, że "skoro nie ma zakazu fotografowania, to co nie jest zabronione jest dozwolone". Kto ma rację?
    Na początek walki z takimi dziwactwami w centrum Europy, proponuję odważnym studentom podjechać na takie przejście graniczne z tanimi aparatami, także z zepsutymi i bezwartościowymi atrapami, aby gremialnie obfotografować to "zakazane" miejsce. Ciekawe, co zrobiliby funkcjonariusze? Wezwaliby policję, czy sięgnęliby po broń? Mam nadzieję, że mają kolorowe kulki z farbą...
    Co zatem o tym pogranicznym incydencie sądzą prawnicy? A przy okazji - czy turyści mogą opuścić pojazd podczas długotrwałego postoju na granicy? Wszak przebywanie w dusznym a unieruchomionym autobusie nie należy do przyjemności, zaś czasy piętrzenia trudności wobec turystów minęły zapewne bezpowrotnie...
    PS  Na innym przejściu przetrzymano późnym wieczorem nasz autobus ponad pół godziny, choć to był jedyny taki pojazd, zaś obok (w kontenerze biurowym) oficer wcale nie krył się, publicznie czytając gazetę. Inny celnik, który przeglądał bagażniki samochodów osobowych... żuł gumę. Jednak chyba mundur i rodzaj służby zobowiązuje...

    Zreformować system karny! (30 września 2008)
    Media donoszą, że na Wyspach Brytyjskich dwóch Polaków więziło rodaka żądając okupu. Grozili mu śmiercią w razie niewypłacenia im kilkuset funtów w wyznaczonym terminie. Skazano ich na kary po 20 miesięcy więzienia. Po odbyciu kary skazani zapewne zostaną deportowani do Polski.
    I cóż w takich przypadkach uczynić? Czy nasze Państwo musi bezczynnie patrzeć, kiedy nasi obywatele nie tylko są przestępcami w ojczyźnie, ale również na obcej a gościnnej ziemi? Poza Polską działają polskie gangi, których działalność wymierzona jest również przeciw naszym rodakom tam przebywającym.
    Należy zmienić tekst Konstytucji 1997 - jeśli polski obywatel popełni przestępstwo poza granicami kraju przynosząc ujmę naszemu Narodowi, to po powrocie do Ojczyzny powinien mieć z urzędu proces o zniesławienie naszego Narodu. I nie tyle chodziłoby tu o wymierzanie jakichś wysokich kar, ale o napiętnowanie rodaka, który przynosi wstyd nam wszystkim.
    Powróćmy do zagadnienia przestępczości, zwłaszcza w Polsce. Dane osobowe oraz wizerunek każdego obywatela (przeciwko któremu toczy się proces) powinny być zamieszczone na portalu jeszcze przed zapadnięciem ostatecznego wyroku. Opisana byłaby cała historia przebiegu śledztwa i procesu. Także wyrok i miejsce przebywania w odosobnieniu z wyszczególnieniem wszystkich przepustek okolicznościowych, w tym zdrowotnych. Jest to szczególnie ważne w przypadku oszustów, pedofilów oraz zbrodniarzy. Wszyscy skazani powinni wnosić odpowiednie opłaty z tytułu ich utrzymania w aresztach i więzieniach. W przypadku braku środków, zadłużenie byłoby dopisywane na osobnych kontach i umarzane po ustawowym terminie.
    Prasa, radio i telewizja są mediami, które w sposób atrakcyjny podają informacje o przestępcach, jednak po pewnym czasie opinia publiczna traci kontakt z informacjami na ich temat, bowiem jest zaprzątnięta nowymi przestępstwami.  Internet to ważniejsze narzędzie w walce z przestępczością - można sprawdzać w bieżący sposób aktualne dane o złoczyńcach i do tego w mało kłopotliwy i w szybki sposób, zatem jest to lepsze narzędzie kontroli społecznej nad światem przestępczym.
    Należy skończyć z niemądrymi intelektualnymi wygibasami typu Jan K. - syn prezydenta, wnuk ministra albo mąż posłanki Kowalskiej; także - poszukiwany listem gończym Jan K. Cóż to za dziwaczne państwo? Zamiast gremialnie skrzyknąć się przeciwko przestępcom i ujawniać dane domniemanego złoczyńcy, co spowodowałoby liczniejsze zgłaszanie się świadków i sprawniejszy rozwój śledztwa i toczenie się procesu, to filozoficzni przedstawiciele narodu kombinują, w jaki sposób jak najmniej danych przekazać społeczeństwu. To dla kogo większe prawa - dla ofiar, czy dla przestępców?
    Sprawa rzetelności dziennikarza a ochrona danych osobowych. W którym miejscu media przekazują nieprawdę, jeśli podają pełne dane podejrzanego? Przecież nie informują, że Iksiński jest winien, lecz że jest podejrzewany. Dzięki takiej informacji zgłosi się mniej czy więcej osób mogących wnieść nowe dane do sprawy? Sytuacja jest kuriozalna, bowiem rodzina domniemanego przestępcy oraz jego znajomi i sąsiedzi i tak znają sprawę. Na etapie dochodzenia i procesu, plotki przemieszane z faktami rozprzestrzeniają się swoimi kanałami. Uczciwy a niewinny obywatel nie powinien obawiać się ujawnienia danych. Oczywiście, nie jest to komfortowa sytuacja dla takiego obywatela, ale przecież życie nie jest usłane różami. Dobro społeczeństwa wymaga możliwie najszerszej informacji. Zresztą bywają oskarżeni twierdzący, że są niewinni i nie mają pretensji, że media podają ich pełne dane.
    Nasze społeczeństwo przypomina nieświadome niebezpieczeństw zebry, które spacerują pośród czatujących lwów, tym zaś drapieżnikom helsińskie małpy pomagają ukryć się w trawach. Oczywiście w imię szlachetności... Głupota niespotykana wśród narodów, których przywódcy chcą zbudować uczciwe społeczeństwa! Owładnięci obłędną ideą ochrony danych, nawiedzeni polscy prawnicy, utrudniają walkę społeczeństwa z gangreną naszych czasów - z przestępczością chronioną przez pseudoetyków! Istotnie, można byłoby odnieść wrażenie, że lud polski nie jest zainteresowany sprawnym ściganiem przestępców, tyle że nie lud pisał kodeks a jacyś nawiedzeni politycy pod naciskiem filozofów z Helsinek.
    W ostatnich dniach doszły dwa dające do myślenia dowody na niski poziom inteligencji polskiej Temidy. Oto w mediach jest głośno o polskim Fritzlu (austriacki zwyrodnialec) i widzimy różnicę - u nas nie są ujawniane dane polskiego złoczyńcy, jednak zdradzane są dane innego nieosądzonego obywatela Unii. Nie widzimy różnicy, dysonansu, hipokryzji? Obcych możemy wymieniać z nazwiska, ale nie własnych obywateli? Drugim przykładem jest najsłynniejszy kardiolog - Mirosław Garlicki. Kilka tygodni temu, kiedy głośno było o procesie o zniesławienie przez byłego ministra, to podawano pełne dane, kiedy zaś ruszył proces z niemal połową setki zarzutów, to media informowały już jedynie o Mirosławie G. Przecież podanie pełnych danych umożliwi niektórym świadkom złożyć zeznania (może obciążające, może jednak korzystne). A w przyszłości wielu potencjalnych przestępców zastanowi się nad swym nieetycznym działaniem, choćby z uwagi na obawę przed upowszechnieniem danych. Jeśli w Polsce znajdzie się choć jeden potencjalny zabójca, oszust, złodziej, łapówkarz, który z obawy i wstydu z powodu ujawnienia swoich danych nie popełni przestępstwa, to już warto podawać pełne informacje o takiej osobie.
    Jeśli dorzucimy do tego liczbę spraw przegrywanych przed unijnym trybunałem w Strasburgu, "doskonałe przepisy" (cła za sprowadzane auta), które okazały się bublem prawnym (a pamiętamy, w jaki mądry sposób były bronione przez naszych prawniczych "fachowców"?), kompromitację z prywatyzacją przemysłu stoczniowego, postępem w budowie autostrad oraz remonty niedawno zbudowanych (a do tego konieczność płacenia za przejazd jak za pełnowartościowym traktem), ostatnie hece w piłce nożnej, to rodzi się pytanie - a jakież jest prawdopodobieństwo, że nasze przepisy dotyczące ochrony danych osobowych to kolejny polski prawniczy bubel?
    W Polsce mamy wielu mądrali - prawników, etyków, humanistów. Jeśli przeczytają powyższe propozycje, to wielu uśmieje się do rozpuku. Chciałbym przypomnieć, że parę wieków temu większość obywateli (w tym o szlachetnych rodowodach i starannym wykształceniu) uważało niewolnictwo za zupełnie naturalne społeczne zjawisko. Dzisiaj żaden rozsądny człowiek jednak nie poprze niewolnictwa. Czy mamy pewność, że przedstawione powyżej propozycje nie będą standardami za kilkadziesiąt lat (a dzisiaj są kontrowersyjne)?
    Rozumne społeczeństwo ma prawo do rozumnej walki z przestępczością, zatem należy umożliwić wszystkim obywatelom wgląd we wszystkie dane mogące uchronić ich przez złoczyńcami i to przy zastosowaniu całej dostępnej nowoczesnej techniki.
    W przypadku popełnienia przestępstwa przez naszego obywatela poza granicami, odpowiednie wpisy analogicznie byłyby prowadzone w porozumieniu z zagranicznym wymiarem sprawiedliwości i kontynuowane po powrocie do kraju, kiedy to przestępca otrzyma dodatkową karę. Przestępcy, zwłaszcza popełniający wykroczenia poza Polską, mieliby (jako dodatkową karę) zakaz opuszczania kraju przez zasądzony okres.
    Jeśli podsądny będzie prawomocnie uniewinniony, będzie adnotacja o wypłaconym odszkodowaniu oraz będzie wyjaśnienie - kto zawinił w postępowaniu sądowym oraz jakie dolegliwości spotkały winnego urzędnika lub funkcjonariusza.
    Ochronę danych osobowych w dzisiejszym polskim wykonaniu należy uznać za bezrozumną i szkodliwą dla uczciwych obywateli. Wystarczy wpisać do wyszukiwarki kilka danych dotyczących opisanej sprawy, aby dotrzeć do zagranicznych artykułów, w których zamieszczono dokładne dane omawianych przestępców i ich ofiary. Poza niemądrą polską Temidą, inne narody potrafią informować swe społeczeństwa o przestępcach, niezależnie od narodowości i stopnia zaawansowania procesu sądowego.
    Inne narody dawno się przekonały, że podawanie dokładnych danych pomaga zwalczać przestępczość w każdej dziedzinie. Dziennikarze powinni pisać o faktach, które mogą być szczytne albo wstydliwe. Dlaczegóż pierwsze mają być okraszone pełnymi danymi, drugie zaś tylko inicjałami? Przecież przekazywane informacje powinny być pełne. Być może, że w niektórych chwalebnych wieściach przesadnie wyróżniano pewne osoby, w negatywnych wieściach zaś przesadnie kogoś oskarżano, jednakże wszystkie informacje powinny być kompletne. A do wszechstronności informacji potrzebne są także dokładne dane osobowe i wizerunek, zwłaszcza w poważnych sprawach.
    Osoby pełniące w społeczeństwie szczególnie ważne role (funkcjonariusze publiczni) powinny podlegać surowszym osądom, zatem kary przewidziane w kodeksie powinny być podniesione wobec nich o 25-50%.
    Kasy fiskalne są niezbędne w sklepach i w taksówkach. Państwo musi wiedzieć o zakupie nawet tylko paru śrubek i ziemniaków oraz mieć dokładną statystykę przejazdów prywatnym transportem osobowo-bagażowym. Jednak nadal nie potrzebuje wglądu w największe kryminogennie funkcjonujące korporacje zawodowe prawników i lekarzy! Obie dziedziny (bodaj teraz najważniejsze dla społeczeństwa polskiego) są na skraju upadłości finansowej i niemal całkowicie są zdemoralizowane! Latami czekamy na sprawne (i zgodne z europejskimi standardami) zakończenie procesu i na przeprowadzenie leczenia, choć przekazujemy niemałe daniny w formie podatków. Jakość usług w tych dwóch dziedzinach nie idzie w parze z wysokością haraczu. Wielu rodaków płaci w dwójnasób za te usługi, uruchamiając dodatkowe a kosztowne i nie zawsze legalne procedury!
    W internecie zamieszczono wiele opisów kryminalnych przewin, w które zamieszani są sędziowie i prokuratorzy (także politycy i lekarze!). Już samo czytanie takich lektur może spowodować rozstrój nerwowy (u wrażliwszego czytelnika) lub przynajmniej oburzenie (u czytelnika znającego niektóre z haniebnych przestępstw popełnianych przez prawników. Konstytucyjnie należy pozbawić te grupy immunitetu! To poważne nadużycie zaufania społecznego i sprzeniewierzenie się ideom uczciwości! Zamiast immunitetu należy ich karać w dwójnasób - za przestępstwo oraz za kompromitację naszej Temidy, także z powodu podważenia zaufania społeczeństwa do tej nobliwej (z definicji i z obyczajów) grupy zawodowej i do idei sprawiedliwości w Polsce. W prawniczym gronie latami tuszowane są sprawy, zaś sprawiedliwe osądzenie przestępców w togach należy do wyjątków! Po kilkudziesięciu latach wypaczeń w polskim wymiarze sprawiedliwości, wielu młodych Polaków, którzy planują studia prawnicze, jest już zarażonych chorobą, która zwykle toczy półświatek - oni z góry planują współpracę z przestępcami, oni często już na studiach przechodzą na mroczną stronę!
    Jako obywatel RP jestem zdumiony, że w niemal dwudziestoletniej naszej demokracji, opisane sprawy są tak skandalicznie niedopracowane! Który rząd i która partia weźmie się wreszcie za rzeczywistą i niepozorowaną walkę z rakiem toczącym najważniejsze obszary naszego Państwa?
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna