Komentarze 2008 (I-III)

    Dlaczego media podtrzymują zawiść? (2 stycznia 2008)
    Może media zdradzą - ile zarabiają ich czołowi a pracowici działacze?
    Ostatniego dnia 2007 roku, w porannym omówieniu prasy w TVPinfo, sympatyczna komentatorka omówiła sylwestrowe zarobki naszych gwiazd powołując się na gazetę "Fakt". Pani  rozpoczęła omawiać stawki od Edyty Górniak, która "zgarnie za to aż 100 tys. zł" (wg gazety) i stosownie podgrzewała nastroje (chyba sylwestrowo-kulinarne, w ramach równych żołądków) - "dla przeciętnego Polaka to niewyobrażalne pieniądze".
    Owszem, większość z rodaków nie przepada za bogaczami i pewnie irytuje się na doniesienia, że ktoś w parę godzin weźmie kasę równą paroletniej pracy przeciętnego Polaka, czyli... "przeciętniaka".
    Co do niewyobrażalnych kwot, to wypadałoby przypomnieć, że za komuny, przy naszych średnich miesięcznych zarobkach rzędu 20-30 dolarów, nasze araby kupowali głównie Arabi (najczęściej z Arabii) za kwoty rzędu miliona dolarów i podobne pieniądze były przeznaczane na światowe gwiazdy zapraszane na sopockie festiwale. To były astronomiczne wynagrodzenia - zwykły rodak musiałby pracować ponad 3 tysiące lat na takiego konika albo na gażę dla nietuzinkowego śpiewaka. Z jednej strony mizerna moc pieniądza socjalistycznego nauczyciela czy lekarza, z drugiej strony zachciewajki burżuazyjnych (tak przecież ich w doktrynie przedstawiano) wyzyskiwaczy i kombinatorów. Jednak skąd dzisiaj bierze się ta niechęć i zawiść do utalentowanych ludzi (polskiego) sukcesu? I dlaczego media, miast zwalczać tę kilkudziesięcioletnią niechęć, podgrzewają antypatyczne nastroje?
    Dlaczego w równym stopniu (i w proporcji!) nie czepiają się złodziejstwa i oszustwa na wielką skalę? Właśnie zwolniono za kaucją faceta z firmy o nazwie nawiązującej do rzymskiej kolosalnej budowli, który okradł nas na kolosalne miliony i cóż to jest wobec talentu p. Edyty? Dzieci (wnuki, prawnuki...) tego cwaniaka mogą już nigdy nie pracować, bo mają byt zapewniony do końca świata, jeśli tylko nie będzie wojny, rewolucji albo rodzina nie przegra w kasynie. Ilu mamy takich "zaradnych" współobywateli śmiejących się tłuszczy w nos?
    Może media opiszą swą dziennikarkę, która w więzieniu zrobiła wywiad z jednym supercwanych rodaków, który w konia (polskiego, nie arabskiego!) zrobił lud wolnej RP w bodaj największej aferze (ArtB), a którą to panią tak zauroczył osobistym wdziękiem i zawoalowaną kasą (miliony baksików), że wyszła zań za mąż dając przykład ubogim, skromnym i ładnym dziennikarkom (z grzywkami i bez nich), w jaki sposób można urządzić się w życiu, zaś ich rozwód jedynie potwierdza, że kasa jest w życiu najważniejsza (poza zdrowiem, oczywiście).
    Nie tylko politycy są umoczeni w brudne biznesowe interesa, ale media wolą obsmarowywać polityków...
    "Fakt" w tymże numerze (jednak dopiero na 20. stronie) opisuje w dyskretniejszej formie podobna kwotę, ale... utraconą. Balangę z udziałem stu dziewczyn urządzili piłkarze Manchesteru United a ich selekcjoner "walnął ostro po kieszeniach" (tak to ujęto) - 30 piłkarzy straci łącznie milion funtów, w tym nasz polski bramkarz właśnie wypominane p. Edycie 100 tys. zł... Na pocieszenie można dodać, że to tylko jego tygodniówka (wg dziennika), zatem rodak szybko się pozbiera, najwyżej z panienkami będzie umawiał się dyskretniej i w mniejszym zestawie...
    Przy okazji teoria bilansowania znalazła swoje potwierdzenie - co Polka w kraju zarobi, to Polak za granicą utraci i "bilans wychodzi na zero"...
    Na ostatniej stronie "Faktu" zamieszczono notkę - niejakiemu Knutowi*, jedna z amerykańskich wytwórni zaproponowała (tak to ujęto...) 100 tys. dolarów.
    A na koniec miałbym sugestię - niech podadzą swe zarobki naczelni redaktorzy, którzy zaglądają w kieszenie uczciwie zarabiających artystów, aby podpuszczany lud miał szersze porównanie i nawet, jeśli gwiazda zarabia więcej niż naczelny, to w jakim stopniu obie porównywane osoby przejdą do encyklopedii...
    Media zresztą podają niecałą prawdę - powinny dodać, że część wróci do nas w postaci podatków; ile? - a to niech postarają się dowiedzieć...
    Każdy z nas może być sławny i bogaty. Ma do dyspozycji dwie najpopularniejsze drogi - może okraść współplemieńców albo zachwycić ich swym talentem. Wybierzmy właściwą drogę, aby nie przynieść wstydu swemu Narodowi. A pismacy z kolorowych gazet - zawsze będą plotkować, bo na tym zarabiają...

    * - ów Knut to... biały niedźwiedź z berlińskiego zoo (ciekawe - która łapą podpisał kontrakt?)
    A do tych stu tysięcy dolarów potem dojdą milionowe tantiemy (informuje "Fakt"), zatem w rynkowym świecie nie tylko ludzie, ale nawet zwierzaki tłuką kasę na występach, na które składają się zwykle same niedojdy narzekające na swe zarobki (w tym niżej podpisany). No bo przecież na gwiazdy estrady, na majątki biznesmenów, na gaże sportowców, a nawet na sławne zwierzęta, składają się najczęściej zwykli obywatele - wszak płacą podatki i kupują bilety oraz towary i część z tych wpływów przeznaczana jest właśnie na omawiane kontrakty.

    Przyjazne przesiadki (2 stycznia 2008)
    Czy zdarzyło się Wam nie zdążyć przejść (przebiec) przez zebrę na drugi koniec ulicy, bo włączyły się czerwone światła a z drugiej strony jedzie Wasz autobus i skręca stając tuż za skrzyżowaniem? Kiedy Wy czekacie na zmianę świateł, tam wysiadają i wsiadają pasażerowie i spokojnie "Wasz" wóz rusza w Waszą stronę, ale... bez Was. Widać ich twarze, są o rzut beretem, ale Wam zabrakło kilkanaście sekund, bo akurat wysiedliście z innego pojazdu i tuż przed nosem zmieniła się barwa oświetlonego szkiełka uruchamiając ciąg (nie do przebycia) samochodów oczekujących na swoje zielone... Zimno, ciemno, dżdży, a następny autobus za kwadrans albo i pół godziny...
    Cóż można zrobić? Ano można... Przed zebrą należy ustawić słupek (zwykle już tam stoją, ale do innych celów) i zamontować na nim przycisk, który włączałby światełko na wiacie przystanku, przy którym właśnie stoi Wasz autobus. Kierowca tegoż wozu widziałby tę informacyjną lampkę i poczekałby do momentu zmiany świateł i na Wasze (często całej grupy) przejście przez zebrę, parometrowe podejście do autobusu i na wejście do niego. Może kierowca z pasażerami straciliby pół minuty, może całą minutę. Ale jaka wdzięczność... I w takiej sytuacji może być każdy z nas. Przewody na opisaną instalację byłyby położone podczas najbliższego remontu jezdni. Można także zawiesić je napowietrznie.
    System można jednak zamontować niejako bezinwazyjnie i jakże nowocześnie, no i niezwłocznie! Otóż są bezprzewodowe dzwonki, które umieszcza się przy furtkach, zaś dźwiękowe sygnalizatory uruchamiane są bez kabli w odległości nawet kilkudziesięciu metrów. Na internetowych aukcjach kosztują one kilkadziesiąt złotych. A jakiż to problem, aby dzwonek umieszczony na końcu instalacji zamienić na migającą lampkę w kolorze zielonym, którą można nazwać światełkiem nadziei, lampka proszącą albo nawet proszalną?
    Opisany pomysł dotyczy przystanków położonych przy skrzyżowaniach, zwłaszcza z sygnalizacją świetlną. Na początek można by zamontować próbnie na wybranym przystanku i zbierać opinie pasażerów, zwłaszcza poratowanych w opisanej sytuacji oraz kierowców. Przycisk przed zebrą byłby podłączony do istniejącej sieci zasilającej sygnalizator świetlny stojący najbliżej przejścia dla pieszych, zaś lampka sygnalizacyjna byłaby podłączona do istniejącego systemu reklamowo-oświetleniowego zainstalowanego na wiacie i byłoby dodatkowym atutem gospodarza przystanku lub wiaty.
    Inne zastosowanie - przy stacjach kolejowych, w szczególności dotyczy to kolejek podmiejskich, znajdują się pętle tramwajowe, trolejbusowe lub autobusowe (w tym międzymiastowe). Wówczas pasażerowie (wysiadający z szynowych pojazdów) poprzez przycisk umieszczony na peronie sygnalizowaliby kierowcom przygotowującym się do odjazdu z pętli, że proszeni są o minutowe poczekanie na spieszących się. Tu zwykle mamy większe odległości, zatem pożądana byłaby instalacja przewodowa.
    Już słyszę głosy malkontentów, że ludziska będą złośliwie naciskać te przyciski. Ale przecież już są sygnalizatory świetlne uruchamiane przez przechodniów. Są również słupki do wezwań policjanta. Mamy także tysiące przycisków do wind i miliony do mieszkań. Czy z powodu nieodpowiedzialności niektórych obywateli będziemy demontować wszystkie wymienione przyciski?
    Proszę o opinie potencjalnych pasażerów, którzy narzekają "na cały świat" w podobnych sytuacjach oraz sympatycznych kierowców, którzy nieba by przychylili swym klientom, gdyby tylko mogli...
    Zmieniajmy świat przyjaźnie!
    Niezależnie od tego, czy mieszkamy w naszym kraju, czy za granicą, czy w Warszawie, Opolu, Trójmieście, czy w Szczecinie. Mieszkamy w jednej wielkiej globalnej wiosce.

    Farelka i paplanina - nazwiskowe związki (3 stycznia 2008)
    23 grudnia 2007 tragicznie zmarł 33-letni Evan Farrell, amerykański muzyk, były basista grupy Rogue Wave. Zginął podczas pożaru, zaś jego przyczyną było zapalenie się... grzejnika. Zapewne p. Evan nie wiedział, że w Polsce mianem "farelka" potocznie określamy ogrzewacz elektryczny o dużej mocy (jest w słownikach). Nazwa pochodzi od zakładów POLAM-FAREL produkujących te urządzenia i jest często stosowana w stosunku do podobnych urządzeń wytwarzanych również przez inne firmy (podobnie - adidasy, cepelin, elektroluks, pleksa, rower). Gdyby jednak istniała w świecie firma o nazwie "Farrell", która produkowałaby jakiekolwiek urządzenia popularne także w Polsce, to spolszczona nazwa takiego artykułu brzmiałaby (po zredukowaniu niewymawianych w naszym języku zdwojeń) "farel" albo właśnie "farelka".
    Z uwagi na całkowitą nieznajomość języka polskiego panującą we wspomnianym zespole, trudno mówić tu o choćby marginalnym związku pechowca z firmową polską nazwą, ale już kolejny przykład może jednak sugerować (choćby podświadomy) związek.
    Otóż ostatnio media obiegła informacja, że Józef Oleksy pozwał tygodnik "Wprost" za opublikowanie jego prywatnej rozmowy. Pozew trafił do warszawskiego sądu. W nagraniach były premier RP mówił między innymi - "Dużo czytam, odświeżam umysł i będę, k..., jak brzytwa". Gdyby premier Józef Oleksy był premierą (niewłaściwa nazwa, trochę jakby czeska, raczej "panią premier") Józefą Oleksy (bo przecież nie "Oleksą", chyba że pani miałaby nazwisko "Oleksa"), to wszyscy uznaliby nagrania za swego rodzaju kobiecą obgadywaczą paplaninę, jednak w przypadku dostojnego lewicującego (a lewitującego, gdyby napełnić lekkim gazem cepelinową gumową powłokę skopiowaną wg gabarytów oryginału) działacza, cokolwiek zaskakuje forma konwersacji - jest tyleż męska, co szczera...
    Pełnomocnik p. Oleksego oświadczył, że jego klient chce wycofania nagrań słynnych spostrzeżeń (z jednej strony) premierowych (bo pana premiera), choć (z drugiej strony) jednocześnie już niepremierowych (ponieważ wielokrotnie odtwarzanych), czyli zdjęcia ich ze stron internetowych gazety a ponadto przeprosin i zadośćuczynienia za poniesione szkody.
    Klimat niniejszego artykułu chyba jest wystarczająco zmanipulowany, zatem nikogo nie powinno zaskoczyć nazwisko mecenasa. To nie kto inny, jak pan... Paplaczyk. Czyż nie można odnieść wrażenia, że nazwiska lgną do zaistniałych sytuacji? Nawet autor powyższej notki, gdyby mu rodzice dali Zenon, to grawitowałby ku wzorcowemu i idealnemu detektywistycznemu nazwisku - Znaleziński...
    Zbieżność nazwisk z sytuacjami bywa zaskakująca...

    Dymać Policję! (5 stycznia 2008)
    Obleśne wulgaria wzywają nie tylko do czynnej napaści na stróżów prawa, ale wręcz do naruszenia szczególnych organów organu naszej władzy. Ponieważ Policja to rzeczownik zbiorowy, przeto nie wiadomo, czy autorzy napisów mieli na myśli (jeśli w ogóle myśleli) tylko funkcjonariuszy, czy również funkcjonariuszki. Jeśli w mundurach, to kara za postulowany czyn powinna być sroga i przykładna... I co uczyniono? Nic! Nic na to Organa Władzy i trudno stwierdzić, jak się czują zagrożone poszczególne organy stróżów i stróżek władzy... Obrońcy sprawców zrobią zadymę, że chodzi nie o ludzi, ale o instytucję, a szczególnie w Polsce takie publiczne ciała nigdy nie cieszyły się szczególną atencją obywateli. A jak "narobią dymu", to udowodnią, że instytucji (nawet tak ważnej) nijak nie da się wydymać. Co najwyżej (zwłaszcza zimową porą) można ja odymać lub odymić majstrując przy piecu albo kominie. Co innego konkretna osoba i to ważna - kiedy niejaki Hubert H. zbluzgał najważniejszą personę w RP, to stróże ładu i porządku publicznego zaraz go osaczyli i dostarczyli mediom jeden z najweselszych tematów roku.
    Nieopodal Komendy Miejskiej Policji w Gdyni, prawie dwa lata temu ocieplono i otynkowano budynek. Niestety, dolnego pasa elewacji nie pomalowano specjalną farbą odporną na niepożądane teksty i malowidła. Po paru dniach, tuż obok "reklamy" kilku drużyn piłkarskich, dosmarowano wielkimi literami wulgarne napisy. Żaden mieszkaniec ani właściciel budynku nie chwycił za malarskie przybory. Codziennie przechodzą tamtędy funkcjonariusze Policji, przejeżdżają patrole. To już ponad 600 dni mija, jak widuję napisy zamieszczone na fotce. Policjanci nie mają jednak czasu na walkę z wandalami gryzmolącymi na murach tuż pod bokiem i okiem komendy... Potwierdza się stara życiowa prawda - najciemniej pod latarnią. Każdego dnia przechodzą tamtędy setki dzieci, także z rodzicami. Ale i rodzicom, o dziwo, owe wulgaria jakoś nie przeszkadzają.
    Niedawno w pobliżu owej komendy miejskiej stanął nowoczesny budynek komendy dzielnicowej. Zrobiło się jeszcze gęściej od stróżów prawa, ale napis godzący w ich autorytet nadal widnieje. Co tam "godzący", on nawołuje do aktywnego naruszenia steku (ale nie befsztyku; dokładniej - nibysteku) naszej władzy (ale przecież nie nibywładzy)! Przestaje mnie już dziwić, dlaczego ten autorytet jest taki wątły. Kilkadziesiąt metrów od (zatem już dwóch) najważniejszych budynków aparatu ucisku (jak byśmy dawniej powiedzieli, ale raczej nie publicznie) w polskim mieście światowego formatu, które jest odwiedzane przez setki tysięcy turystów, wulgarne napisy widnieją setki dni. I nikomu to nie przeszkadza. No może mnie i zapewne jeszcze paru osobom...
    Nie wyobrażam sobie, aby podczas okupacji, u boku Niemców widniał dłużej niż kilka godzin napis *Wolna Polska* albo dzisiaj na kościelnych murach *Jezus był komunistą*, zresztą nieopodal jest kościół znany wśród marynarzy (Duszpasterstwo Ludzi Morza Centrum "Stella Maris"). Podczas wojny i za komuny były rynkowe kłopoty z farbą, ale zamalowywania były priorytetowe. Teraz mamy nadprodukcję farb (jak chyba wszystkiego, co rynkowe), ale nie ma ochotnika, który by w końcu ulitował się i bluznął na mur resztką dowolnej farby (nawet kolorystycznie niekompatybilnej). Górą nadal bluzgacz i bluźnierca, który bluznął mięsem po elewacji.
    Księża tam chodzą niemal codziennie, no i podczas kolęd. I też nic? A gdyby kapłan rzekł był słówko gospodarzowi domu? Policja jest od ważniejszych spraw, a pan budynku nie dostrzega sprawy państwowej wagi? A gdyby temu panu Policja zasugerowała mandat, skoro już sama nie wkracza ze służbowym pędzlem? W końcu, jeśli przy posesji ktoś (swój albo chuligan) wywali koks albo śmieci, to Policja może wlepić mandat za nieestetyczne otoczenie posesji (po kilku dniach składowania, a tu - kilkaset dni!). A tak przy okazji - czy traktować poważnie Policję, skoro wulgarny napis wzywający do ostrego zmolestowania Policji nie tyle już straszy, co zaczyna być wręcz komiczny? Czy te bez mała dwuletnie  obsceniczne teksty nie kompromitują naszej Policji? Czy żaden z oficerów nie widuje wspomnianej ściany? Ja widzę, a oni nie? Czy coś takiego jak pojęcie wstydu lub zażenowania jest Policji już obce? A subtelne panie oficerki a stróżki władzy?
    Lada dzień nieopodal zostanie oddany do użytku elegancki budynek (Kamienica Gdyńska, 9-kondygnacyjny apartamentowiec u zbiegu ulic Żeromskiego i Św. Wojciecha), którego urodę nieco obniżają okoliczne mniej zadbane domy, ale opisane napisy będą niemałą skazą na wizerunku otoczenia. I co?
    Kilkanaście miesięcy temu na innych łamach zwracałem uwagę na opisany problem. Czy coś się zmieniło? Owszem - ktoś fioletem powierzchownie zagryzmolił górny wyraz POLICJE, jednak pozostawił dolne identyczne słowo (zatem to nie był sympatyk władzy postludowej). Przy okazji - owo sztandarowe słowo to błędny biernik liczby pojedynczej? Teoretycznie może to być liczba mnoga, ale to mało prawdopodobne... Także czteroliterowy skrót H.W.D.P. ma zbędne kropki i błędną pierwszą literę, ale to uwaga raczej dla językowych koneserów oraz do śledczych (nawoływanie do seksu analnego niewybrednymi słowy). Jak długo by się uchował napis FUCK THE POLICE niedaleko Scotland Yardu...

    Zbędne znaki drogowe (5 stycznia 2008)
    Czy Gdynia ma nadmiar funduszy?
    Od kilkunastu lat przechodzę obok załączonych znaków drogowych. Zwykle są w zachlapanym stanie i wymagają ustawicznego mycia oraz wymiany w razie uszkodzenia - a to przez przejeżdżające wielkie tiry, a to przez zirytowanego przechodnia. Znaki te (parowóz i wykrzyknik) ostrzegają nas przed pociągiem mogącym przejechać przez niestrzeżony przejazd kolejowy. Szkopuł w tym, że prawie od dziesięciu lat nie przejechał przezeń żaden nawet wagon. Z prostego powodu - wprawdzie szyny jeszcze leżą, ale są zasypane ziemią i zarośnięte zielskiem, zatem ich stan można opisać jako "są, ale jakby ich nie było"...
    Przez wiele lat każdy kierowca szanujący prawo, z szacunkiem właściwym powadze uczestnictwa w ruchu drogowym, powinien zwiększyć uwagę na trasie pomiędzy owymi dwoma znakami a torami kolejowymi. Mieszkańcy okolicznych domów, ich znajomi oraz codzienni tranzytowi kierowcy wiedzą, że te znaki to bujda na (wagonowych) resorach, jednak pozostali użytkownicy tego odcinka ulicy zwiększają czujność, co niepotrzebnie ich stresuje, zwłaszcza kiedy zauważą, że zrobiono ich w konia (niemal mechanicznego, choć teraz moce podajemy nie w KM, ale w kW...).
    Gdyby policjanci chcieli wlepiać mandaty za niezatrzymywanie się przed torami, to zarobiliby fortunę (oczywiście dla swej firmy...), bo obeznani kierowcy ignorują te kolorowe a bezsensowne blachy. Ktoś powie - dopóki tory leżą, dopóty znak jest poprawnie ustawiony. A czy jeśli jest nieczynne lotnisko, to znak "uwaga - przelatujące samoloty" także stoi? I czy to jest rozsądne? Przecież jeśli nawet za kilkanaście lat otworzą tu linię kolejową, to wówczas ustawimy owe znaki, a jeśli wyjątkowo będzie przemykał tamtędy skład z tajemniczym towarem, to i tak będzie on strzeżony przez służby specjalne i zbędny będzie rozgłos z zamontowaniem na tę chwilę owych blaszydeł.
    Można jeszcze dodać, że w skali kraju rokrocznie z naszego budżetu idzie spora kwota na wytwarzanie, naprawy i na kosmetykę tysięcy podobnie zbędnych znaków. Mamy za dużo pieniędzy?
    Na koniec wskażmy na aspekt psychologiczny - jeśli kierowca widzi zbędnie a niefrasobliwie ustawione znaki drogowe, to kiedyś popełni błąd i zignoruje podobne, lecz bardzo ważne dla życia oznakowanie. I cóż napiszemy mu na klepsydrze? Że zbagatelizował istotną wskazówkę po uznaniu, że urzędnicy setki razy zlekceważyli go jako obywatela i użytkownika drogi?

    Krawczyk kraje jak jej staje (10 stycznia 2008)
    W czwartkowym "Fakcie" (10 stycznia 2008) można doczytać się kolejnych związków nazwisk i działań. Otóż dowiedzieliśmy się, że Aneta Krawczyk składała kolejne zeznania. Ciekawe, jak wygląda przyszłość szefa Samoobrony - jaką kurtę skroi mu jeszcze p. Anetka?
    Senator Kogut walczy o ubogie dzieci - "złożył poprawkę do ustawy budżetowej, znoszącą gigantyczne podwyżki dla parlamentarzystów". Czyżby na biedną dziatwę udało się p. Kogutowi wyrwać kilkanaście milionów złotych rocznie od reprezentantów Narodu? Należy powątpiewać... Ciekawe, w jaki sposób zachowają się pozostałe polityczne ptaki okrągłej menażerii.
    "Znany z porywczego charakteru lewicowy polityk Piotr Ikonowicz został zatrzymany przez policję i przewieziony na komendę". Okazuje się, że przez parę lat nie zapłacił 1700 zł kary za uderzenie policjanta. Wizja oglądania lewicowej Europy zza wizjera wyzwoliła u p. Piotra odruch natychmiastowej wpłaty wymaganej kwoty i rejterady spod krat ku domowi. Niestety, niemłoda ikona młodzieżowej lewicy, już politycznie wyblakła, wybladła także z wrażenia uiszczając w końcu zaległości...
    "Chce męża puścić z torbami" - donosi dziennik na byłą wybrankę posła PO. Otóż pani Palikocica chce podwoić otrzymaną już część z wielomilionowego bogactwa zgromadzonego przez jej byłego męża Palikota. Matki przestrzegają swe córki, aby nie brały za mąż kota w worku. Wspomniana eksżona poszła dalej - nie dość, że nie wzięła kota w worku, to eksmęża chce zamienić w kangura i puścić go z pustawą torbą... W słusznej sprawie (walczy nie tyle dla siebie, co dla swych dzieci, bodaj Palikociąt) pomoże szef LPR - p. Giertych.
    "Posłanka Beata Kempa została usunięta ze składu Komisji Etyki Poselskiej" za swoje niefortunne słowa wypowiedziane na sejmowej debacie. Można rzec, że ze szlachetnej zielonej murawy o wysokim poziomie moralności została wyrwana nieetyczna kępa...
    "Polarne bociany w Zamościu" - bociany wróciły wcześniej do swego gniazda... osadzonego na ciepłym kominie, którego właścicielem (wraz z domem i posesją) jest Jerzy Dubel. Oczywiście - boćki są dwa, czyli tworzą pierzasty dubel/dublet...
    Na ostatniej stronie jest informacja o zakończeniu kawalerskiego stanu przez czeskiego piosenkarza. Czytamy - "Karel Gott (68 lat) wreszcie się ożenił. Ale, na Boga, dlaczego musiał zrobić to w tajemnicy przed całym światem?!". Ponieważ bóg (i Bóg), to po niemiecku Gott, przeto pytanie przetłumaczone na język niemiecki miałoby dodatkowy a żartobliwy walor, już nie mówiąc, że Gott był (a może jest nadal?) bożyszczem kobiet...
    "Michał Wiśniewski wypoczywa z żoną na egzotycznych Wyspach Zielonego Przylądka". I faktycznie - jego seledynowy kostium kąpielowy (uszyty na wzór filmowego Borata) w wypiętej pozie (ale kostium jeszcze się nie wypiął...) ledwo co maskuje Wyspy Zielonego Przylądka Męskiej Nadziei mistrza naszej piosenki...
    Jedna zimą kurtę kraje, drugi kraje ciepłe bez kurty zwiedza...

    Zakaz molestowania rowerów! (12 stycznia 2008)
    Niemal dwa miesiące temu świat obiegła zaskakująca informacja. Otóż pewien Bryt* został skazany na 3 lata w zawieszeniu za udawanie uprawiania seksu z rowerem i to po pijanemu. Nie byłoby sprawy, gdyby nie donos pracowników hotelu, którzy przyłapali rowerofila.
    Zdziwienie jest parowątkowe, bowiem nie wiadomo, który element zaskoczył nas najbardziej i przeważył w sądzie... Że gość był pijany? Chyba nie. Że donieśli na niego pracownicy, którzy jednak - jako zawodowcy - powinni być dyskretni? Owszem, to już jest przesada i hostel Aberley House w Ayr pewnie straci klientów, zwłaszcza mniej pruderyjnych, czyli wyzwolonych (ale nie przez armię), a na pewno uprawiających ostrą jazdę na bezsilnikowych jednośladach.
    Gość udawał uprawianie seksu z rowerem? A skąd wiadomo, że udawał? A może uprawiał naprawdę? Po czym to rozpoznano? A może w ramach ugody ustalono, że udawał, bo za prawdziwe zbliżenie z rowerem dostałby wyrok bez zawieszenia? No i co z zawieszeniem - czy bicykl miał miękkie, czy twarde połączenie kół z ramą i jak się prowadził po pokoju przed zbliżeniem, czyli jaką cieszył się opinią wśród innych tego typu pojazdów? Czy był dobrze nasmarowany, a może kiepsko i jednak stawiał opór, choćby tylko grzecznościowo? Czy był żółtodziobem w branży, a może już był nieźle dotarty? No i jak ów bezecny czyn wpłynął na psychikę sprzętu i czy w ogóle coś wpłynęło w orurowanie w wyniku gruboskórnego i przedmiotowego potraktowania, a co mogłoby spowodować korozję? Czy ponadto gość dał z całego buta po pedale, czy tylko obcesowo z samego obcasa, a może był jedynie w bamboszkach z pomponami (dawniej zwanymi kutaskami)?
    "51-letni Robert Stewart przyznał, że tego dnia wypił za dużo i zachowywał się niewłaściwie, symulując uprawianie seksu na oczach pracowników serwisu. Sprzątacze zapukali do drzwi Stewarta, ale nikt nie otworzył, wobec czego użyli klucza. Ich oczom ukazał się mężczyzna, ubrany tylko w koszulkę, który trzymał rower i ruszał biodrami do przodu i do tyłu w wyuzdany sposób" - donoszą media. Przy uździe (czyli przyuzdowo albo przyuzdecznie) można majstrować raczej konikowi, a przy rowerze to istotnie - rejon tylnego przypiaścia może zaintrygować, zwłaszcza gdy jest upiększony przerzutką ułatwiającą przerzucanie się amantowi przez ramę. I proszę zwrócić uwagę, że istnieje jeszcze wiele prawniczo zacofanych państw, w których publikowane są pełne dane nie tylko zbrodniarzy, ale i pomniejszych złoczyńców - u nas jednak to nie do pomyślenia! U nas to dopiero jest ochrona danych osobowych!
    Złamano więc i sponiewierano obywatela (razem z jego danymi osobowymi) wolnego świata, przekroczono pewne ramy dobrego gościnnego obyczaju, choć on nie złamał nawet ramy. Uznano, że klient przebywający odpłatnie w zaciszu lokalu, nie może popuścić wodzów fantazji bicyklowej i niebawem pewnie zabronią ułańskiej fantazji na własnym kucu. Może gdyby przyznał się do konnych zmagań, to by puszczono gadowi płazem takie sekscesy, ale majstrowanie przy bicyklu? To nie do przyjęcia! Żeby choć grzebał przy pedałach, to z uwagi na powszechnie znaną a modną poprawność, żadnemu funkcjonariuszowi nie przyszłoby składać doniesienia, a cóż dopiero szarpać "kolarza" po sądach. A to pewnie był klasyczny układ (facet z damką), zatem już żadnej pomocy znikąd nie mógł oczekiwać. Męski typ pojazdu zdecydowanie odstręczyłby wymiar sprawiedliwości -  kariera prawników byłaby zagrożona i trudno o odważnego, który by świadomie pchał łapy w szprychy nie tylko jeździdełka, ale i w obecnie poprawną wykładnię prawników... Skoro o szprysze - zgrabna szprycha na rowerze to wdzięczny wątek, ale pedał w rowerze, to już wielce ryzykowny i dwuznaczny temat.
    Już od wielu lat podejrzewałem, że rower w końcu padnie ofiarą seksualnej napaści. Angielska nazwa jest zbyt ekscytująca (przynajmniej dla Polaka) - bicycle. Trąca górną połową niewiasty (bi - dwa, a reszta aż nadto oczywista i nieźle się komponująca, zwłaszcza po opuszczeniu L). Może to polski Wyspiarz? I to choć - jeśli nie z wieloma - to przynajmniej z jednym solidnym słowiańskim korzeniem?
    Gdyby to Brytyjka harcowała na wielkim gumowym wibratorze w kształcie rowerka, ostro go zajeżdżając i doprowadzając nawet do obopólnej eksplozji, to sędziowie przyjęliby to ze zrozumieniem, wszak taki sprzęt jest legalnie sprzedawany w naszej strefie cywilizacyjnej. Widać, że nie ma równości płci - opisana osoba została skazana, bo była mężczyzną! Feministki górą - pewnie pracownicy hostelu i sędziowie to panie pracowniczki i sędzie?! Panowie - dokonano zamachu na nasze seksualne wolności! Może jakiś marsz albo raczej protestacyjna jazda, bo na takież noty jest zbyt późno! Oczywiście na rowerkach - parada rowerzystów, czyli miarowe kręcenie pedałami, byle pupami nie kręcić zbyt zalotnie... Może wynalazcy wymyślą rowery z bardziej prawomyślnym napędem? Aby wyeliminować pedały zastępując je innymi elementami o nazwie niebudzącej zbędnych kontrowersji?
    Zwykle sąd zakłada wersję korzystniejszą dla osądzanego. A tu? Dlaczego nie domniemano, że rower zgodził się na sekscesy? Nic nie mówił? Jako druh naszego hostelowego gościa mógłby wprawdzie wyraźniej opowiedzieć się po stronie dymajły, jednak może był cokolwiek skonfundowany i wolał milczeć? Ale milczenie jest złotem i sąd powinien wszelkie wątpliwości przyjmować na korzyść oskarżonego! A zresztą - czyżby molestowanie (choćby i przesadne) roweru było już karalne z urzędu? Nawet jeśli nie zgłaszał żadnych pretensji?
    Nasi sławni kolarze z reprezentacji narodowej muszą sobie przypomnieć, czy aby na pewno podczas hotelowego odpoczynku pomiędzy jawną dzienną jazdą nie stroili sobie erotycznych żartów ze swoim kochanym dwukołowym sprzętem w nocnym zaciszu, wszak któryś z kolegów może donieść, kiedy się dowie, że takie igrce w wielkim świecie są karalne... Gorzej, jeśli na opowieściach się nie skończy (wyciągną fotki sprzed lat, nim przestępstwa się przedawnią) i w internecie znajdziemy nie dwuznaczne, ale dwukołowe pozycje... Pół biedy, jeśli to były bezkarne zewnętrzne swawole na bezsiodlu, ale jeśli wewnętrzne i to z damką, to pozew pewny!
    "Szeryf Colin Miller umieścił również na trzy lata jego nazwisko w rejestrze przestępców seksualnych". Funkcjonariusze najwyraźniej muszą karać kochających inaczej, a skoro paroprocentowa rzesza obywateli wymknęła im się ze sfery zainteresowań (skłonności monopłciowe skreślono z listy chorób), to czują zdwojoną potrzebę utrudniania (współ)życia miłośnikom innych a nietuzinkowych miłosnych zmagań, wszak nie wiadomo, kiedy z listy zostanie skreślona chorobliwa skłonność w stosunku do rowerów... Trudno będzie im zrozumieć, że można ukarać jedynie obywateli krzywo przechodzących przez zebrę. Na chleb nie zarobią i na awanse nie zasłużą. Nasze władze powinny wystąpić do owego wyspiarskiego stróża o udostępnienie danych innych podejrzanych rowerzystów - musimy ich mieć na oku; z pewnością tacy zboczeńcy podróżują po nowych unijnych państwach, gdyż nie tylko można tam tanio zapoznać się ze wzdychającymi do Zachodu młodymi i niedoświadczonymi (a wiec nieprzechodzonymi, a właściwie - nieprzejeżdżonymi) rowerami, ale także najczęściej nasze systemy komputerowe nie pokazują nazwisk obrzydliwych zachodnioeuropejskich nieszczęśników... Mało: "zapoznać się"; oni przybywają do nas zwąchać się z oponami! Czyż jest bardziej ekscytujący i pożądany zapach, niż swąd młodej opony palącej się do cudzoziemca z gestem?
    "W ciągu czterech dekad mojej pracy widziałem wszystkie możliwe perwersje znane ludzkości, ale nigdy nie słyszałem o erotomanie-cykliście - powiedział szeryf Miller". Tyle dziwactw facet widział i nie sadzał, ale w końcu rowerowego zboczeńca a nieszczęśnika dopadł był i zamknął. Ma rację - przecież seksualne pastwienie się nad sportowym sprzętem jest nikczemną zbrodnią, którą trzeba zwalczać w samym zarodku, nim ta podła maniera rozprzestrzeni się po całym świecie! A z tymi perwersjami, to trzeba być ostrożny - ktoś szeryfa podstępnie zapyta i nagra, a kiedy onże wśród rozmaitych bezeceństw wymieni monopłciowe zmagania (wszak już legalne i niechorobliwe), to na pewno straci stanowisko, jak ongiś pewien polski minister zdrowia.
    Kiedy opisany a napiętnowany syndrom ujeżdżania roweru niekonwencjonalnymi metodami zostanie wreszcie skreślony z listy przez Światową Organizację Zdrowia Rowerzystów i Amerykańskie Towarzystwo Cyklistów Psychotropowych? - pytają obywatele postępowej Europy...
    Trudno zrozumieć Zachód. Z jednej strony homoseksualizm nie jest karalny, nie jest dewiacją, nie jest chorobą i nie jest nawet zaburzeniem, choć znane są zaburzenia choćby wzroku. A tu wolny obywatel Zachodu nie może poswawolić z bicyklem nawet za jego domyślną zgodą?! Jaka jest tolerancja w zachodnich prowincjach Unii Europejskiej, skoro omawiany Bryt został nie tylko przyłapany na zbyt bliskim kontakcie z rowerem, ale odarty z godności i ustawiony na publicznym wirtualnym rynku pod takimż pręgierzem?

    * - Bryt/Bryci albo Brytowie; w słownikach zbyt przydługawo - Brytyjczyk/Brytyjczycy (nawet jeśli ongiś zamieszkiwali inni Bryci/Brytowie)

    Poziome drabinki bezpieczeństwa (13 stycznia 2008)
    14 stycznia 2007, nim wzeszło słońce, minęła 15. rocznica zatonięcia promu "Jan Heweliusz", który pod wpływem wiatru o niespotykanej sile, przewrócił się i przepadł w toni.
    Wyobraźmy sobie dramatyczne chwile, ale nie samej katastrofy, lecz przygotowania do wyjścia ludzi w morze. Prom miał dwugodzinne opóźnienie, zatem panowała duża nerwowość tak pośród załogi, jak też wśród pasażerów. Nad portem solidnie wiało i wszyscy mieli obawy - co przyniosą najbliższe godziny... Ale przecież plany przewozowe napięte, pasażerowie chcą być jutro w Skandynawii, no i w końcu mamy prawie trzecie tysiąclecie, a Bałtyk przecież nie jest tak wielki jak ocean. Cóż może grozić śmiałkom, wszak taki rejs to codzienność...
    I stało się - żywioł pochłonął statek. Na pokładzie były 64 osoby. Uratowano 9 osób, a 10 ciał nie odnaleziono do dzisiaj. Los mógłby ich wysłać w podróż dzień wcześniej albo dzień później - zginęliby inni.
    Czy mogło stać się inaczej? Czy można pomóc ludziom zamkniętym w pułapce podczas kolejnych katastrof, kiedy statek przewraca się na jedną z burt?
    Rok po katastrofie polskiego promu byłem na dużym statku w suchym doku Stoczni Gdynia. Szeroki kadłub robił wrażenie. Kiedy chodziłem korytarzami (a byłem tam pierwszy raz i momentami błądziłem i to przy oświetleniu!) pomyślałem: co byłoby, gdyby taki statek przewrócił się nagle na burtę i osoby będące w korytarzu poprzecznym znalazłyby się w kilkunastometrowej (pionowej przecież!) studni, przy czym zalanie pechowej burty spowodowałoby częściowe zatopienie takiego korytarza, a dodajmy w scenariuszu zimną wodę i wyłączenie światła. Koszmar!
    Korytarze wzdłuż statku nie są równie niebezpieczne w przypadku przewrócenia się na burtę, chyba że znajdą się w okolicach pechowej burty (wówczas są zalane i szanse uratowania znajdujących się tam ludzi są nikłe). Taki korytarz ma zamienioną podłogę ze ścianą, zatem jedyną trudnością jest chodzenie po... ścianie, która staje się podłogą. No, ale kiedyś z korytarza wzdłużnego przechodzimy w końcu w korytarz poprzeczny i jesteśmy w studni, czyli w pułapce. Jak pająk w słoiku - nie wyjdzie po gładkiej ściance.
    I wówczas zaświtał pomysł, który opisałem jak niżej.
    Z analizy wypadków morskich wynika, że podczas tonięcia statku przy dużym przechyle na jedną z burt, osoby znajdujące się w korytarzach mają trudności z wydostaniem się na zewnątrz z uwagi na znaczne pochylenie podłóg korytarzy poprzecznych (prostopadłych do płaszczyzny symetrii statku). Utworzone w ten sposób studnie stają się często śmiertelnymi pułapkami dla pasażerów i załogantów. Istniejące poręcze nie zawsze są właściwe dla ratowania osób mniej sprawnych (np. kontuzjowanych podczas katastrofy). Aby podnieść poziom bezpieczeństwa na statkach proponuję zamontowanie w korytarzach poprzecznych w odległości ok. 10 cm nad podłogą poziomych drabinek bezpieczeństwa. Byłyby estetycznie wykonane z metalu, drewna lub tworzyw sztucznych. Odstęp stopni - 30 cm. Szerokość drabinki mogłaby być zwiększona do wysokości poręczy w korytarzach. W tym przypadku jedna z pobocznic drabinki byłaby jednocześnie poręczą. W miarę możliwości, drabinkę można byłoby umieścić na równo z szalunkiem oraz zainstalować oświetlenie awaryjne pod drabinką. Modyfikując pomysł, można byłoby drabinki zamontować na suficie korytarza, dzięki czemu nie byłoby przerw w drabinkach na drzwi.
    Napisałem, narysowałem, skopiowałem, koperty okleiłem znaczkami i zaadresowałem do ważnych instytucji: Urząd Patentowy RP, Polski Rejestr Statków, Główny Urząd Morski, Stocznia Gdynia, Stocznia Gdańska, Stocznia Szczecińska, Polskie Linie Oceaniczne.
    Wysłałem 5 grudnia 1994.
    I co?
    I nic.
    1 listopada 2006 zatonął szwedzki statek "Finnbirch", który był o ok. 30 m dłuższy od "Jana Heweliusza". Zginęło dwóch marynarzy. Media podały, że po przewróceniu się statku na burtę, łodzie ratunkowe były bezużyteczne (jeden szereg znalazł się pod wodą, przeciwległy był nie do zastosowania). A ile kosztowało zaprojektowanie, zbudowanie i przetestowanie takich łodzi, zatwierdzenie ich rozmieszczenia oraz certyfikaty na ten cały system, który nie przydał się, ale może dodał otuchy ginącym, nim nadzieja zamieniła się w rozpacz?
    A gdyby na tym szwedzkim statku były opisane drabinki? I na każdym następnym, który zatonie w podobny sposób jak "Jan Heweliusz" i "Finnbirch"?

    "Jan Heweliusz" - polski prom kolejowo-samochodowy typu RORO, wybudowany w roku 1977 (dł. 126 m, szer. 17 m, nośność 2500 ton, prędkość 14 węzłów); zatonął 14 stycznia 1993.

    Dyskryminacja kobiet? (18 stycznia 2008)
    17 stycznia 2007 "Fakt" i "Dziennik" informują o planowanym ślubie syna premiera oraz studentki.
    Cytuję w kolejności wybrane zdania -
    Syn premiera stanie na ślubnym kobiercu. Premier szykuje się na wesele. Ślub planuje syn Donalda Tuska, Michał. Jego wybranką jest śliczna studentka Akademii Medycznej w Gdańsku - Ania Lew. Swoją narzeczoną Anię Michał pokazał światu w październiku.
    Owszem, gdyby panna Ania nie wychodziła za syna premiera, to pewnie media nie poświęciłyby jej uwagi, jednak czy zauważyłeś, szanowny Czytelniku (a zwłaszcza szanowna Czytelniczko!), że tekst jest wybitnie seksistowski? Albo redakcje są zdominowane przez facetów wraz z ich sposobem myślenia, albo nawet jeśli panie mają wpływ na przekazywane słowo, one same ulegają odwiecznym stereotypom! Media powinny wskazywać właściwe podejście do równości (tu płci), a co zacytowane zdanie (oprócz frazy "Premier szykuje się na wesele"), to utwierdzanie społeczeństwa w stereotypach.
    No bo tak - "syn stanie na ślubnym kobiercu". Sam? Z tatą, czy może jednak z Anią? Jeśli jednak z nią, to powinno być "młodzi staną".
    Także "ślub planuje syn Michał". Planuje sam, z całym rządem, z samym tylko premierem, a może z żoną premiera, czyli ze swoją mamą? Ania coś planuje? Nie wiadomo! Nie jest podmiotem ślubnej ceremonii i w dalszym wspólnym życiu?
    A "jego wybranką jest"? Ona jest wybranką, a on nie jest jej wybrankiem? A może on ją wybrał jak jabłko z koszyka bez słowa? Z III zasady Newtona wynika, że akcja jest równa reakcji, zatem obie siły są równe i są skierowane ku sobie (albo od siebie, ale skoro jest to o ślubie a nie o rozwodzie, to pozostańmy przy wariancie "ku"). A siły to obopólne uczucia i dalsze romantyczne plany.
    No i "swoją narzeczoną pokazał światu"... Jego świat nieco zna, jej jeszcze nie. Ale brzmi to, jakby konstruktor nowego superauta w końcu ujawnił światu swój najnowszy model bryki (tu miejmy nadzieję, że pierwszej i jednocześnie ostatniej...).
    Dowiadujemy się, że przyszły pan młody "podobno zaczerwienił się jak burak, bo nie jest przyzwyczajony do zwierzeń sercowych", kiedy wyjawił, że chce, aby Anna została jego żoną. I to są media - "podobno", czyli coś ktoś powiedział, ktoś coś usłyszał i wieść idzie w eter... A przecież każda przeciętna młoda osoba, w tym redaktorka (i redaktor), nie jest przyzwyczajona do zwierzeń sercowych przed milionową rzeszą, bo i niby kiedy miałaby się przyzwyczaić - na to potrzeba lat...
    Jeśli pani ("panna" to również niezbyt nowoczesny tytuł) Ania pozostanie przy swoim nazwisku, to będzie panią Anną Lew-Tusk, czyli będzie miała dane osobowe "z pazurkiem", trącające lwim kłem (z angielskiego), no powiedzmy - kiełkiem. Jednak nim coś zakiełkuje (nie licząc płomiennej młodzieńczej miłości), to najpierw wezmą ślub a potem dopiero powiększą stad(ł)o rodzinne - mówi pan Michał. Ania to śliczna łania, choć może także drapieżna lwiczka. Para bryka* i bryka (z oponami firmy Michelin, na cześć pana) jest wskazana w ramach prezentów ślubnych dla tak udanej młodej rodziny! Niech im się szczęści!
    Każdą wypowiedź, która niesymetrycznie opisuje zjawisko lub wydarzenie, można uznać za dyskryminacyjną - tu wobec jednej z płci. Im mniej ludzi zauważa omówioną niestosowność, tym głębiej społeczeństwo osadziło się w stereotypie uznającym wyższość mężczyzny ponad kobietą. A jeśli same panie nie dostrzegają problemu? To jak Murzyni, którzy kiedyś uważali niewolnictwo za rzecz normalną...
    Dla równowagi, aby zatrzeć zauważoną nierówność płci, media powinny opisać podobne plany innej pary, kiedy to przeczytamy -
    Córka pani minister stanie na ślubnym kobiercu. Minister szykuje się na wesele. Ślub planuje córka pani minister. Jej wybrankiem jest przystojny student politechniki. Swojego narzeczonego szczęśliwa panna pokazała światu w maju.
    * - "Pojawiły się plotki, że chcemy się pobrać, bo Ania jest w ciąży, ale to nieprawda. To informacje wyssane z palca" - zaznaczył przyszły pan młody

    Zbyt trudna pisownia nazw województw (23 stycznia 2008)
    Na północy Polski mamy 4 województwa, z których tylko jedno (Woj. Pomorskie*) nie sprawia kłopotów w pisowni z powodu swej... prostoty. Pozostałe 3 województwa są rozmaicie opisywane i często z... błędami.
    Spójrzmy na mapkę Polski zamieszczoną na stronie głównej 'Nasza Klasa' (przed zalogowaniem).
    Naniesiono tam nazwy województw: pomorskiego, zachodniopomorskiego, kujawsko-pomorskiego, warmińsko-mazurskiego. I w ten sposób poprawnie (czyli zgodnie ze słownikami) piszemy nazwy województw. Oczywiście, jest to bezsensowny styl i kiedyś zostanie zmieniony w kierunku wzoru 'Wyżyna Krakowsko-Częstochowska', czyli będzie kiedyś zaakceptowana pisownia 'Województwo Kujawsko-Pomorskie' (od wielkich/dużych** liter).
    Drugim sposobem pisania nazw województw (jako regionów) jest (pozostańmy przy owych czterech wspomnianych obszarach) - 'Pomorskie, Zachodniopomorskie, Kujawsko-Pomorskie, Warmińsko-Mazurskie', które to nazwy rozpoczynane są od wielkich/dużych** liter. Oryginalną formą jest ich pisownia w zdaniach typu - "oni mieszkają w Pomorskiem, Zachodniopomorskiem, Kujawsko-Pomorskiem, Warmińsko-Mazurskiem" (podobnie jak "w  Zakopanem").
    Ale co ze wspomnianą mapką? Otóż zapisano tam błędnie nazwy - 'Warmińsko-/mazurskie, Kujawsko-/pomorskie', gdzie symbol / oznacza podział nazwy i przeniesienie drugiej części do wiersza poniżej. Skoro poprawne nazwy mają formy - 'Warmińsko-Mazurskie, Kujawsko-Pomorskie', przeto dzieląc je na dwa wiersze (z powodu braku miejsca w obrębie granic województw (na mapce, oczywiście!) powinny przyjąć postacie - 'Warmińsko-/-Mazurskie, Kujawsko-/-Pomorskie'. Dodatkowym błędem jest małoliterowa pisownia 'mazurskie, pomorskie' w drugich członach nazw.
    Szczęśliwie poprawnie zapisano 'Zachodnio-/pomorskie', bowiem jest to jednowyrazowa nazwa (Zachodniopomorskie), choć dość nagminnie widuje się błędną formę (Zachodnio-Pomorskie). Nazwy pozostałych województw są prostsze, zatem znacznie rzadziej piszący popełniają błędy. Często mylimy się w sposób lustrzany (odwrócony) - 'Woj. Pomorskie' oraz 'pomorskie', podczas gdy (zgodnie z dzisiejszymi nierozsądnie zredagowanymi słownikami) powinno być akurat odwrotnie ('woj. pomorskie' oraz 'Pomorskie').
    Błędy są nagminne, także w Wikipedii. Pod hasłem "Podział administracyjny Polski", na górnej mapce (z herbami) są nazwy województw opisane w formie skróconej (jako regiony) - 'zachodniopomorskie, kujawsko-/pomorskie, warmińsko-/mazurskie', a powinny być od wielkich/dużych** liter oraz ostatnia nazwa powinna mieć dodatkowy dywiz (z powodu podzielenia wyrazu), a zatem - 'Zachodniopomorskie, Kujawsko-Pomorskie, Warmińsko-/-Mazurskie'. Na dolnej mapce nazwy są napisane zgodnie z dziwaczną a kłopotliwą obecną zasadą, czyli od małych liter; przepiszmy trzy najtrudniejsze w pisowni nazwy - 'woj. zachodnio-/pomorskie, woj. kujawsko-/pomorskie, woj. warmińsko-/mazurskie', a to oznacza, że dwie ostatnie nazwy powinny być zapisane - 'woj. kujawsko-/-pomorskie, woj. warmińsko-/-mazurskie'.
    Czy to odosobnione przypadki? Nie, bowiem w encyklopedii Onetu w haśle "Polska" widzimy tabelkę z podziałem administracyjnym i co? Nie razi 'Kujawsko-pomorskie, Warmińsko-mazurskie'?
    Jeśli większość Polaków popełnia omówione błędy, zaś wśród nich wielu dziennikarzy, to może RJP wyda stosowaną uchwałę ortograficzną, która by pomogła błądzącym rodakom a przy okazji zatuszowałaby bubel, czyli uchwałę nr 7 ("Poprawna forma nazwy listu elektronicznego to e-mail, potocznie: mejl"). Poloniści zajmują się w nieodpowiedzialny sposób wyrazami pochodzenia obcego a jednocześnie zapominają o typowo polskich problemach i o nadmiarze zasad i wyjątków opisanych w językowych poradnikach. Jeśli inteligencja polska (w tym humaniści) nie radzi sobie z językiem ojczystym, to albo nie zasługuje na to miano, albo (nie)odpowiedzialni twórcy naszych słowników stawiają zbyt wysoko (a co ważniejsze - bezsensownie!) poprzeczkę wymagań. A jakże to skomentować, skoro trzy wizyty na kolejnych portalach ujawniają błędy? Jaką mielibyśmy opinię o liniach lotniczych, gdyby w ich trzech losowo wybranych samolotach wykryto poważne usterki?
    Na koniec rada - tylko dwie nazwy województw piszemy z dywizami; pozostałe piszemy jako jedno słowo. Oczywiście, podczas dzielenia długich wyrazów dodajemy dywiz w miejscu podziału, zatem nazwy z dywizem w wariancie podstawowym będą mieć po dwa dywizy (po podziale).

    * - niezależnie od sposobu określania województw, ich nazwy powinny mieć ujednolicony styl - 'Woj. Pomorskie' oraz 'Pomorskie' (pod. 'M. Bałtyckie' oraz 'Bałtyk'); codziennie w mediach obserwujemy owe żenujące błędy
    ** - napisano dwojako, bowiem niegdyś wielu dyskutantów wymianę "twórczych" uwag sprowadzało wyłącznie do spostrzeżenia, że mamy wielkie litery (kiedy pisałem o dużych) lub odwrotnie...

    Co z Polską, skoro studenci prawa są oszustami? (26 stycznia 2008)
    Z czym kojarzył się dawniej stan studencki? W powieści "Lalka" obserwujemy kilku dowcipnych, a nawet złośliwych żaków, jednak jawią się oni jako dość sympatyczni młodzieńcy. Potem, przez dziesiątki lat, kojarzyli nam się (zwłaszcza ci z akademików, bo rodziców trzymali na odległość) z podrywami i popijawami.
    A z czym kojarzą się dzisiaj?
    Właśnie policjanci przy współpracy administratorów portalu www.nasza-klasa.pl zatrzymali oszusta, który podszywał się pod znaną aktorkę i wyłudzał pieniądze. Cwaniak okazał się młodym studentem opolskiej uczelni, który zwraca się (jako aktorka) do swych fanów o finansową pomoc dla ciężko chorego Łukasza (czyli dla tegoż oszusta).
    Młodzian szybko wyjawił zawiłości całego procederu oraz wyraził chęć dobrowolnego poddania się karze (to taka nowa moda; formalnie znana wcześniej, ale od niedawna dość nagminnie stosowana). Podobno grozi mu nawet kara do 8 lat pozbawienia wolności, ale znając życie, nie posiedzi nawet dwóch lat. Po prostu w cywilizowanych państwach opłaca się być oszustem - w razie wpadki koszta są niewspółmiernie małe do przewiny.
    Dwa dni wcześniej media doniosły, że "zawieszenie w prawach ucznia, a nawet kara więzienia grozi studentom, którzy fałszują podpisy wykładowców w indeksach". Rokrocznie do białostockiej prokuratury trafia kilkanaście takich spraw.
    Jakże groteskowo i szokująco brzmi spostrzeżenie - "studenci, także wydziałów prawa, często są nieświadomi, jakie konsekwencje grożą za podrabianie podpisów wykładowców". Szanowny Czytelniku - w Polsce mamy nie tylko studentów oszustów, ale przyszłych prawników a już oszustów! I cóż z tego, że ktoś się wymądrza, że za fałszowanie podpisów może grozić nawet do 5 lat więzienia, skoro nikt o takim wyroku jeszcze nie słyszał?
    Jeśli podobnie jest w innych regionach, to mamy wysyp młodych oszustów, którzy potem trafią na odpowiedzialne stanowiska i nadal będą  fałszować "co tylko się da". Będą dyrektorami, posłami, biznesmenami, ministrami, premierami...
    Jakże uspokajająco brzmi stwierdzenie pewnego prorektora, że delikatny problem na niektórych uczelniach został już rozwiązany. A wiecie Państwo, dlaczego studenci są uczciwsi? Przemówiono im do rozsądku? Może skutecznie postraszono? Nie! Okazuje się, że wprowadzono system komputerowy, dzięki któremu będzie można zrezygnować z tradycyjnych indeksów, czyli wzrost "współczynnika uczciwości" wśród studentów należy przypisać działaniom uniemożliwiającym cwaniaczenie! Ale z drugiej strony - co za różnica? W końcu jeśli komputery (kamery, podsłuchy, widea, donosy) zmniejszą liczbę przestępstw, a nie wychowanie i religia, to z pewnością będzie to ideowa porażka, ale skoro efekty się liczą, a nie sposoby...
    Od kilkunastu lat wdrażamy bardzo cywilizowane i światowe metody wychowawcze. Teraz, po latach, mamy tego skutki... A będzie jeszcze gorzej, chyba że wspomogą nas wynalazki kontrolujące już niemal wszystko... Owszem, dawniej nawet uczniowie kombinowali przy dziennikach klasowych, ale najczęściej nie zostawali studentami. A teraz to nie tylko zostają, ale kończą nauki pobierane często od profesorów... również zamieszanych w afery finansowe i... plagiatowe. Jaki pan, taki kram.
    Media są pełne skandali z udziałem notariuszy, komorników, mecenasów i sędziów, którzy za młodu we właściwym czasie nie dostali po łapach za drobne oszustwa, zatem nie wyciągnęli korzystnych (dla siebie!) wniosków. I dlatego szacunek dla tej grupy zawodowej systematycznie spada. Kto jak kto, ale student prawa powinien natychmiast wylatywać na zbity pysk z uczelni za fałszerstwa, podobnie jak student medycyny za profanację zwłok. Przymykanie oka na drobne przestępstwa w półświatku pod "opieką" półślepej Temidy (podobni żakom kombinatorzy - starzy wyżeracze, profesorowie, ojcowie wyrodnych synalków; układy, immunitety, latami ciągnące się procesy, mataczenia) są jednym z powodów upadku moralności w naszym Narodzie.
    Na całe szczęście powszechne są również informacje, że polscy studenci należą do światowej czołówki w wielu dyscyplinach, zwłaszcza w informatyce, jednakże parę zgniłych jabłek w skrzynce decyduje o kiepskiej opinii o całej dostawie...

    Właściwy człowiek w punkcie G (29 stycznia 2008)
    We frapującym artykule "Kolagenowa rozkosz w punkcie G" dziennik.pl (22 stycznia 2008) informuje, że 'Amerykanki znalazły sposób, by odczuwać większą radość z seksu'.
    Cóż to jest kolagen? Jest to białko proste należące do grupy skleroprotein. Czyżby naturalne (w sprawie) białka już nie wystarczały, miłe panie?! I jakaś aluzja do sklerotyków?
    Amerykanie wymyślili zastrzyk poprawiający doznania erotyczne - nie ich panie. One po prostu poddadzą się kolejnemu (choć istotnie nietuzinkowemu) wtryskowi. Taki medyczny dizel, który po wręczeniu (sic!) urządzenia na baterie (w ramach wygórowanej ceny), spowoduje cykl wybuchów zakończonych szczytowaniem. Amerykanie są przydatni do zarabiania, a jeśli już ich panie solidniej staną na finansowych podstawach, to "good bye".
    'Poddają się zabiegowi powiększania kolagenem punktu G. Ich "napompowana" strefa erogenna staje się większa i bardziej dostępna, dzięki czemu łatwiej ją stymulować'.
    Mimo już powszechnej dostępności, panie będą jeszcze bardziej dostępne? Mało im odwiecznego pompowania, to jeszcze chcą być dodatkowo strefowo napompowane wg najnowszych osiągnięć (pseudo)naukowych? A kto niby ma stymulować? Znowu mobilizacja panów do opusu (dzieła, roboty)? A zamiast obiadu zupa z torebki i hamburger z rogu ulicy? Polki są jednak bardziej tradycyjne - nie potrzebują dodatkowych nakładów (erotyczny zastrzyk kosztuje prawie 2 tys. dolarów i działa tylko przez nieco ponad sto dni) na punkt G i znacznie rzadziej stosują sztuczną żywność; zresztą ogólnie można stwierdzić, że nasze panie preferują naturalne w- oraz nakłady. Wysoka cena ponadto przypomina wszystkim maluczkim, że dla bogaczy bywa nie tylko pogoda, ale również większe punkty G...
    Dr Matloch, autor opatentowanej terapii, wyjaśnia, że po paru minutach punkt G nie tylko staje się większy, ale również bardziej odstaje... Medyczny wynalazca jest odpowiednim człowiekiem na właściwym miejscu (...punkcie), wszak po niemiecku Loch to jama (tu nawet matczyna), zatem facet zapatrzył się nie tylko w wymieniony obiekt, ale i w przekład nazwiska (Mat/loch) obierając właściwą drogę kariery...
    Dość często spotkać można osoby o nazwiskach nawiązujących do zajęć lub wydarzeń życiowych; ot, choćby: Biel - amerykańska aktorka (polskiego pochodzenia) reklamująca pastę do zębów, Kiwałow - przekazał mediom wyniki (chyba rzetelnie) wyborów na Ukrainie, Nestor - najdłużej żyjący człowiek, Nogawa - japoński piłkarz grający nad Wisłą, Panzer - rzecznik prasowy sił zbrojnych Izraela. Zresztą wielki niemiecki odkrywca punktu G, to Grafenberg, który również swymi danymi krąży wokół tematu - i hrabiowskimi manierami, i górą/szczytem... W Gdańsku specem od szczytowania (ale komunikacyjnego -  podczas godzin szczytu na ulicach miasta) jest pan... Szczyt. Nasza miła dziennikarka Olimpia Górska (podwójne szczyty, w tym egzotyczny) relacjonowała szczyt G8 w 2006. Wokół tematu krążą dane panny o nazwisku Vargova (finalistka turnieju Miss Pępka z Kolczykiem).
    A na portalu, pośród tekstu, widać reklamę e-lady.pl pt. "Apetyczne nowości". Ni to o paniach, ni to o ladach, ale można dojść do wniosku, że panie wykładają co mają najlepszego na ladę, łącznie z omawianym punktem G w ramach zestawu nazywanego prozaicznie D... A może w adresie jest literówka - zamiast A powinno być O? O, to już wyższy etap znajomości i na pewno apetyczniejszy, co zresztą zapowiedziano w reklamie...

    Kłopoty ze stopniowaniem (2 lutego 2008)
    "Koszmarna tragedia na lotnisku sił powietrznych w Mirosławcu" czytamy na pierwszej stronie "Faktu" (24 stycznia 2008). Oczywiście, straszna katastrofa i właściwa ocena autora artykułu.
    Jednak trzeba znać skalę stopniowania dramatów. Na str. 8. czytamy "Potworna tragedia przed przejściem granicznym z Ukrainą. Wyczerpany mężczyzna zbladł i osunął się z fotela kierowcy. Nie pomogła dramatyczna walka lekarzy o jego życie". A obok - "Na jednej z ulic Krypna doszło do straszliwej tragedii. 8-letni chłopiec wysiadł z gimbusa i wpadł pod samochód. Lekarze walczą o jego życie".
    Jakże beznamiętnie (bez zaangażowanego przymiotnika) przekazano nam informację o wypadku, w którym "kierowca zginął na miejscu". Czyżby niezwykłość wydarzenia (gość zaparkował na 8. piętrze parkingu i zdrzemnął się był ze stopą na pedale gazu przy włączonym silniku i nieświadomie a negatywnie przetestował barierkę) zaowocowała brakiem stosownego określenia? A może znaczne od nas oddalenie (Indonezja)?
    Żadnego stopniowania? Kolejno wyliczono trzy tragedie - koszmarna, potworna, straszliwa. W pierwszej zginęło dwudziestu naszych lotników, w drugiej zmarł na zawał jeden z kierowców, w trzeciej chłopak przeżył. Każde nieszczęście jest tragedią dla pojedynczej osoby. Dla nas, Polaków, jest większym dramatem owa lotnicza katastrofa, niż inne podobne wypadki z dziesięciokrotnie większymi liczbami zabitych. Dlaczego? Bo z tamtymi nieszczęśnikami nie mieliśmy żadnego związku, tamte wydarzenia jednak nas mniej obchodzą, są odleglejsze. Jeśli ktoś się ze mną nie zgodzi, to raczej potencjalny pasażer na dalekiej linii, niż osoba niekorzystająca z linii lotniczych. Ale już zatonięcie promu z uchodźcami na morzu, to już chyba na nikim nie zrobiło większego wrażenia, zwłaszcza że statek przepadł w podobnym czasie, co nasz wojskowy samolot i wielu ludzi nawet o tym już zapomniało a nawet... nie dosłyszało. Pewnie stan wojenny wprowadzony u nas niezbyt obchodził ludność Gwatemali.
    Jednak zwyczaje i słowniki pozwalają na stopniowanie dramatów, aby (językowo) w jednym szeregu nie stawiać złamanego palca pianisty z zawaleniem obu wież WTC, choć przecież wiadomo, że dla eskimoskiego (właściwiej - inuickiego) muzyka jest większą stratą zakończenie jego kariery, niż zakończenie paru tysięcy żyć na cieplejszej a przeludnionej wyspie. Ponadto rodzina owego chłopca walczącego o życie zapewne nie chce czytać o "straszliwej tragedii", bowiem w kronikach wypadków tego typu określenia sugerują śmierć ofiary a rodzina oczekuje pocieszenia i cudu ocalenia.

    Szpilkami rozpalają facetów (4 lutego 2008)
    Dla smakoszy mięsa ugrylowanego na kręconej (niczym korbą) długiej szpilce, tytuł "Grubsze kobietki na szpilkach rozpalają facetów" (dziennik.pl, 18 stycznia 2008) mógł się wydawać obiecujący w sprawach podnoszenia umiejętności kulinarnych i poznawania tajników grylowania. Z zainteresowaniem zajrzałem do artykułu, zwłaszcza że wiele się mówi o równości chudszych i grubszych niewiast (nawet są organizowane marsze równości, ale chyba jeszcze nie chudzielców i grubasów), a tu że niby grubsze panie rozpalają facetów - zatem chudsze nie potrafią albo im gorzej to wychodzi? I dlaczego facetów, skoro przed konsumpcją zwykle rozpala się najpierw drewno tudzież węgielki? Może chodzi o mało uczuciowych, drewnianych facetów, a do tego kłamczuchów, czyli o pinokiów? No to dalejże, nadziewać ich, podpiekać i rozpalać aż im oczka niczym węgielki się zajarzą i może coś zaczną kumać (czyli zajarzą). A solidniejsze panie zwykle są silniejsze i łatwiej obracają przeszpilonych facetów w każdą ze stron niż szczuplutkie...
    Z tekstu wynika, że niemiecki magazyn "Elle" na zlecenie Instytutu Nauki w Hamburgu sprawdził, co panom podoba się w kobietach. O, jeśli nauka, panie i ulice Hamburga (miasto znane z szerokich - jak biodra tubylek wspomaganych przez węższe a napływowe przybyłki - możliwości przy znacznych państwowych nakładach na badania), to pewnie chodzi o naukowe podejście do delikatnej symbiozy obu płci...
    Naukowcy dowodzą, że panie "powinny mieć kształtne (i spore) pupy, szerokie biodra, solidne nogi i seksowny biust". Pewnie, skoro po drugiej stronie rozważań ulokowano ciała przesterydowanych niewiast wychudzonych dietami i treningami na siłowni, to niby jaki ma być wybór? A do tego opiniowali Niemcy, a wiadomo od wieków, że nasi sąsiedzi mają (i pewnie wolą) rodaczki bardziej dosadne i dosiadne/dosiądne, wszak wszelka zwierzyna posiadająca w nazwie przymiotnik "niemiecki" jest solidnej budowy. A to wilczur, a to koń niemiecki. Nie to, co polski... Nawet koń mechaniczny (KM) nazywany jest niemieckim (PS).
    A co z polskimi stworzeniami? Konik polski - rasa koni długowiecznych, odpornych na choroby i trudne warunki utrzymania. Przodkami "naszych" koników są tarpany podobne do odkrytych w Azji przez pewnego Rosjanina nieparzystokopytnych, nazwanych na jego cześć Equus przewalskii (koń Przewalskiego). Te drobne koniki boją się wichur, bo gdy tylko większy wiatr przewieje, to zwierzaki się... przewalają. Niektórzy kują żelazo póki gorące i uważają, że ów Przewalski był ojcem Stalina, co pasowałoby nam do tych szpilek, wszak one są wykonane ze stali, która jest plastycznie uzdatnioną formą żelaza (tak zwanego, bowiem nie występuje ot tak sobie w naturze; ono jest pierwiastkiem oznaczanym jako Fe). Można by zaproponować krótszą polską nazwę dla tych myszatych koników, np. przewałki albo (jeśli wydaje się to określenie zbyt dosłownie ilustrujące naszą ojczyznę) przewalki, zatem jeden przewalek, dwa przewalki, pięć przewalków.
    Innym koniem nadzwyczaj mizernej postury jest konik polny. Ma skrzydełka i z tego powodu może być pomylony z pegazami (takie poetyckie szkapy, tyle że latające, jednak nie latawice). Nazwa naszej ojczyzny pochodzi od pola, zatem koniki polskie oraz koniki polne są językowo do siebie podobne, jednak nie na tyle, aby je pomylić, no chyba że w zwidach po solidnym hauście słowiańskiej ognistej... Pomiędzy nimi (kubaturowo rzecz ujmując) mamy jeszcze pasikonika. Te mniejsze (skrzydlate grajki) wydają dźwięki przez pocieranie, zaś te większe (kopytne patataje) dają odgłos paszczą, co zresztą zauważono w filmie "Rejs".
    Jeśli zauważymy, że świerszcze są podobne do omówionych już owadów, zaś ich łacińska nazwa brzmi Gryllus, to już zbliżamy się (językowo) do urządzenia omawianego na wstępie, czyli do (z polska zwanego) gryla lub znacznie częściej (z angielska) grilla. Zataczamy (językowo) zatem swego rodzaju krąg korbą szpilkowego rożna.
    A zdrabniając mamy świerszczyk (ongiś broszurka dla dzieci, potem ze znacznym przerostem ilustracji ponad tekstem, choć o treści jakże wymownej, ale już dla cokolwiek wyrośniętej dziatwy i to z "aktor(k)ami" występującymi bez wymownych). Czyżby świerszczyk, z łaciny grylusek, czyli nadziewacz? Ogrodowe nadziewanko, to obrotowe odymiane a pieczone grylowanko?
    Przy okazji koni i języka niemieckiego. Hipopotam (gr. hippopotamos; hippos to koń, zaś potamos to rzeka), zatem hipcio to koń rzeczny i w tym kierunku poszli Niemcy tudzież Austriacy - tego dziwnego wodnego stwora nazwali Flusspferd (Nilpferd), czyli dosłownie koń rzeczny (koń nilowy). No i dodatkowo mamy wskazówkę, że wszelkie polskie nazwy odwołujące się do konia powinny być pisane konsekwentnie z pojedynczym p (bo hipek, nie hippek), czyli hipika, hipiczny oraz hiparion (koń kopalny wielkości konia, wymarły w pliocenie), choć w wielu językach pisane jako zdwojenie pp.

    Opinia Religi i filiżanka Kochanowskiego a odruch Pawłowa (13 lutego 2008)
    Jeżeli pacjent jest już wyleczony, może dać lekarzowi w prezencie nawet dom, jeśli jest aż tak wdzięczny. To nie jest łapówka - Zbigniew Religa poparł w Radiu Zet deklarację rzecznika praw obywatelskich: Janusz Kochanowski stwierdził poprzedniego dnia, że dawanie prezentów już po operacji to ogólnie przyjęty zwyczaj, a nie korupcja.
    Były minister zdrowia pozostaje przy swojej opinii, którą już wiele razy prezentował: dawanie lekarzom prezentów już po wyleczeniu nie ma nic wspólnego z korupcją. "Jeżeli nie ma żadnej zależności pomiędzy lekarzem a pacjentem, to znaczy pacjent jest wyleczony i wyszedł do domu, to może przyjść do lekarza i powiedzieć: mam dla pana koniak. Lub też oddać mu własny dom. To jest jego prywatna sprawa, to nie jest łapówka" - wyjaśniał w programie.
    Podobnie myśli rzecznik praw obywatelskich: Janusz Kochanowski stwierdził, że obdarowywanie lekarza prezentami już po udanej operacji nie jest łapówką. "Sam dawałem, kiedy mojej mamie robiono operację - pamiętam - filiżankę Rosenthala, bo lekarz lubił porcelanę" - przyznał. I stwierdził, że jest to po prostu ogólnie przyjęty zwyczaj.

    Czyżby? Jeśli pewien pacjent podczas leczenia oraz jego rodzina sprawiają wrażenie, że są zamożni, jeśli przez dłuższy czas w rozmowach z lekarzem delikatnie sugerują (że w jakiś sposób odwdzięczą się, zaś po wyleczeniu istotnie odwdzięczają się kosztownym prezentem, to u lekarza wytwarza się przekonanie (niczym odruch Pawłowa), że pozostali pacjenci (ci dobrze prezentujący się oraz sugerujący) również mogą coś dać od siebie. Jeśli lekarz ma nawał pracy i nie może wszystkich pacjentów traktować z jednakową troską, to w pierwszej kolejności więcej czasu poświęca pacjentom, którzy sprawiają wrażenie, że odwdzięczą się. Nawet jeśli część pacjentów tylko sprawiała takie wrażenie, zaś na koniec okazali się oszustami czy aktorami, to i tak lekarz ma już podświadome odczucie, które może nim kierować - stawia jak w loterii i w znacznej części mu się to kalkuluje. Jest to o tyle szkodliwe, że trudne do udowodnienia, bowiem w jaki sposób wykazać, że dwaj podobni pacjenci są różnie traktowani? Musieliby mieć dokładnie te same dolegliwości albo lekarz miałby "zbyt długi język".
    Podobnie jest wśród nauczycielskiego stanu. Jeśli jest dwóch uczniów i nauczyciel zainteresowany jest pozazawodowym wynagrodzeniem, to może więcej czasu poświęcać pociesze z "lepszego" domu, a owa "lepszość" jest dostrzegana przez nauczyciela dość prosto - rodzic w "czynie społecznym" przekazuje fundusze na remont szkoły, nauczyciel jest zapraszany na imprezy, podczas których rodzic jawi się jako zamożny i hojny obywatel, nie jakiś tam małostkowy skąpiec czy biedak. Wystarczy, że wysyła sygnały, iż dobrą pracę potrafi docenić. I nauczyciel nie dostaje w łapę - on w sposób dyskretny przekazuje więcej swej wiedzy dziecku takiego rodzica i w przyjaźniejszy sposób, niż dziecku z biedniejszej rodziny i to wybrane dziecię z lepszym wynikiem zdaje maturę. I całkowicie tu pomijam dawanie wyższych ocen, nieadekwatnych do trudu, bo to jest nieuczciwe "stawianie ocen po znajomości". Mam na myśli autentyczne przekazywanie większego zasobu wiedzy uczniowi rodzica zaradnego (albo sprawiającego takie wrażenie), niż pozostałym uczniom.
    Oczywiście, po pomyślnym dostaniu się na studia, taki nauczyciel (zgodnie z moralnością naszych ministrów) może otrzymać nawet dom czy auto. O podatku nie wspomniano, bo to dla wszystkich oczywiste, że wszyscy obdarowywani lekarze i nauczyciele wzorowo i etycznie regulują delikatne fiskusowe sprawy...
    A przecież w taki sposób zdemoralizowany nauczyciel właśnie od następnego roku szkolnego jeszcze bardziej rozwinie praktykę lepszego przekazywania wiedzy uczniom, których rodzice rokują pozasłużbowe dochody. Oczywiście - nie w trakcie roku szkolnego, o nie! Po jego zakończeniu...
    Szkoda, że osoby pełniące wysokie stanowiska państwowe, które ponadto powinny kształtować etykę w naszym społeczeństwie, nie dostrzegają omówionego tutaj niebezpieczeństwa. Publicznie głoszą swoje stanowisko negatywnie wpływając na moralność polskich pracowników, m.in. lekarzy i nauczycieli.
    W efekcie powstaje zaradna grupa lekarzy i nauczycieli, którzy przypominają sprytnych kelnerów, windziarzy i dostawców paczek - lepiej obsługują wybrane osoby, które oceniają z góry, że im odwdzięczą się wyższym napiwkiem. Skoro kelner gorzej traktuje kiepsko ubranego restauracyjnego wyżeracza niż eleganckiego delikatesowego degustatora, to lekarz (i nauczyciel) także zdobędzie wiedzę (choćby podświadomie) podpowiadającą mu, że tego pacjenta (i ucznia) należy traktować przyjaźniej niż pozostałych, albowiem rodzina podopiecznego sprawia wrażenie, że odwdzięczy się czymś więcej, niż uśmiechem lub kwiatami.
    Są celnicy i księgowi, którzy kombinują na małe kwoty. Zwykle wpadają dość wcześnie. Wytrawni a inteligentni pracują uczciwie, nie kombinują, zbierają laury, są chwaleni i odznaczani. Oni chcą zrobić jeden dobrze przemyślany i zabezpieczony przewał. Najlepiej przed emeryturą... I od czasu do czasu słyszymy o księgowej albo o maklerze, którzy przez lata byli bardzo dobrymi pracownikami a (niespodziewanie!) ograbili firmę z milionów i... przepadli. Ale nawet, jeśli ich pojmą, to "państwo prawa" nie ma większych możliwości, aby zmusić ich do oddania zagrabionego mienia. Nawet nie można przekazać ich fotek i danych do publicznej wiadomości. Po paru latach odsiadki będą sobie dożywać sędziwego wieku pośród luksusów i wielkiej sympatii wnuków wdzięcznych babciom i dziadkom za ich życiową zapobiegliwość...
    Załóżmy, że w szpitalu leży (teraz) Koreańczyk albo (dawniej) Niemiec. Pierwsze pytanie inteligentnego lekarza, który jest zawalony robotą, a przecież po pracy ma inne ciekawe zajęcia - z której on ci Korei przybył lub z których to Niemiec pochodzi... I gdyby z ukrytej kamery nagrać zachowania lekarza wobec tych przypadków, mielibyśmy odpowiedź na pytanie - czy lekarz wszystkich traktuje jednakowo. Bo na 100 obserwacji więcej staranności wykaże wobec obywatela lepszej Korei i lepszych Niemiec. Dlaczego? Bo życie mu daje odpowiedź - z opisanych czterech pacjentów tylko połowa może wykazać się hojnością i uprzejmością, ale tylko połowa z nich tą pierwsza szlachetną cechą, tak pożądaną na ziemskim padole. A jeśli do tego szpital jest państwowy, to owi dwaj przedstawiciele niesocjalistycznych krajów potrafią liczyć i "doceniać", bowiem u siebie w razie niewykupienia polis mogliby zostać zrujnowani opieką zdrowotną.
    I przy okazji - ilu nieubezpieczonych rodaków i cudzoziemców zasięga porady lub leczy się "obchodząc" kolejkę i korzystając z wiedzy lekarzy, aparatury, leków, które są opłacane z naszych podatków? Czy są takie szacunki? Wchodzi taki nieubezpieczony, wręcza banknot bez pokwitowania, wpycha się w kolejkę i większość nawet nie wie, że doszło do nielegalnego przepływu gotówki i okradzenia osób ubezpieczonych. W razie kontroli lekarz zawsze ma dobre wytłumaczenie - a co, miałem chorego zostawić bez pomocy? wszak przysięgałem leczyć! Otóż to - przysięgał leczyć, ale nie obiecywał być uczciwy... A że pacjent dał jakieś pieniądze? No cóż, nawet nie zauważyłem, a zresztą - miałem wyrzucić do kosza?
    Kilkanaście dni temu media podały, że aresztowano grupę celników. O dziwo - oni nie brali w łapę za przewóz bez kontroli celnej; oni zostali oskarżeni o branie za "przyspieszoną" odprawę celną, czyli przewoźnik był obsługiwany ekspresowo, niejako poza kolejnością. Jeśli pieniądze otrzymywali po wykazaniu się uprzejmością i nie od tego uzależniali sprawności swej służby (a to trzeba udowodnić), to mamy podobny przypadek do omówionego (i tolerowanego) przez Religę oraz Kochanowskiego...
    Zresztą można iść dalej - najpierw (tuż po pierwszym zabandażowaniu skaleczonego palca) pacjent zapisze auto lekarzowi, a potem będzie do końca życia obsługiwany w państwowym szpitalu za nasze podatki, poza kolejnością, w pojedynczej salce z oknem na piękną panoramę, z telewizorem, z zastosowaniem najlepszej dostępnej aparatury, najdroższych leków, ze starannie dobieranymi posiłkami, z całodobową opieką. Dla niego i dla jego rodziny. Zresztą nie trzeba darować ani auta, ani radia - są w Polsce całkiem bezinteresowni lekarze. Otóż opisane warunki zapewniają swoim rodzinom i znajomym... Wystarczyłoby przejrzeć sto przypadków "państwowej" opieki - szpitale, sanatoria, zwolnienia lekarskie, długość życia w dwóch kategoriach: pacjent z rodziny lekarskiej oraz bez koligacji a przy okazji zaznaczyć stan majątkowy pacjenta... Mielibyśmy raport o zapobiegliwości rodaków w polskiej służbie zdrowia.

    Zabił ich drugi krąg (14 lutego 2008)
    Początek lat 80. Pewien pasażerski samolot leci wiele godzin ponad Atlantykiem. Po paru tysiącach kilometrów zbliża się wreszcie do docelowego lotniska w centrum Europy. Rodziny i znajomi niecierpliwie oczekują na przybyszów zza oceanu. Silniki od wielu godzin pracują miarowo na optymalnych obrotach i mocy. Pilot przygotowuje samolot do lądowania - obniża pułap wytracając prędkość, zatem układ napędowy niejako się odpręża przygotowując się (jak człowiek po długiej i wytężonej pracy) do odpoczynku. Pasażerowie widzą przez okna nie tylko domy, ale auta i ludzi i po męczącej podróży już zamykają książki, zbierają czasopisma i wzrokiem omiatają podręczny bagaż, aby go za chwilę zabrać ze sobą. Jednakże - cóż to? Awaria lampki, która powinna pokazywać wysunięcie podwozia niezbędnego podczas lądowania? Nie wiadomo, zatem należy sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Załoga postanawia wykonać drugie podejście, czyli dodatkowo okrążyć lotnisko, sprawdzając, czy podwozie istotnie jest wypuszczone. Pilot nagle zwiększa moc silników, które po parogodzinnej spokojnej, ale wytężonej pracy, już się "odstawiały". A to wał miał techniczną wadę (karb) podczas wytaczania w Kraju Rad, a to pilot "dla fasonu" nieco zbyt gwałtownie dodał mocy (na pokładzie sławna piosenkarka oraz zagraniczna sportowa drużyna), dość że odstawiany układ napędowy został gwałtownie spięty ostrogami. Odrobinę za mocno - tragiczny pech! Po paru sekundach wał jednej z turbin rozlatuje się na wszystkie strony i pechowo odłamki przecinają cięgna układu sterowniczego (oszczędności - nie był zdublowany!) samolotu. Po chwili ginie niemal sto osób.
    Koniec lat 00. * (już następnego wieku). Pewien wojskowy samolot zbliża się do lotniska w centrum Europy. Rozwozi oficerów niczym podniebna taksówka po ważnej konferencji. Jakie były główne tematy referatów i dyskusji, to zapewne dowiemy się podczas śledztwa. Także dowiemy się, czy po zakończeniu części oficjalnej, dowódcy spędzali czas jeszcze po (wschodnio)słowiańsku (z wodoognistą fantazją), czy już po natowsku (bez ciekłego ognia). Ciemno, pogoda nieciekawa - nisko chmury, jakiś drogi system naprowadzania od lat nieczynny (kasa wzięta, robota niewykonana; wiadomo - kolejne miliony państwo płaci i... traci) a do tego pas do lądowania niedoświetlony **.
    Załoga sygnalizuje kiepską widoczność pasa, ktoś w końcu zwiększa oświetlenie, ale samolot musi wykonać dodatkowe okrążenie. Ponieważ na pokładzie jest czołówka asów lotnictwa, przeto trema zżera pilotów, do których zza drzwi dochodzą uszczypliwe uwagi podważające umiejętności. Może nawet ktoś odwiedził kabinę pilotów, pouczał i próbował przejąć stery? I zamiast pełnego swobodnego (ale dłuższego) kręgu wykonano ciaśniejszy (i szybszy), z większym pochyleniem skrzydeł na wirażu. Zbyt mały promień skrętu, trochę za nisko, chmura nie tam, gdzie być powinna i... ginie 20 osób.
    Do obu katastrof doszło po podjęciu decyzji o wejściu na drugi (powtórny) krąg. Oczywiście jest bardzo wiele powodów prowadzących do tragedii lotniczych. Można zauważyć, że gdyby nie wynaleziono samolotu, to tysiące ludzi nie przepadłoby w katastrofach. A ludzie nie ginęliby, gdyby nie wsiadali do tych samolotów a najlepiej, gdyby nigdy nie myśleli o jakimkolwiek locie.
    Jednak pomińmy tego typu rozważania jako mało sensowne i oceńmy wyłącznie prawdziwość zdania - gdyby nie manewr wykonywania powtórnego kręgu, nie doszłoby do obu tragedii. Ludzie z obu maszyn przeżyliby swoje loty nawet nie zauważając, jak blisko otarli się o śmierć. Nazajutrz zmagaliby się z problemami dnia codziennego i mogliby dożyć sędziwego wieku. Oczywiście, z racji pomijalnie małego prawdopodobieństwa zaistnienia katastrofy z innej przyczyny, należy założyć, że inny powód nie zaistniałby podczas obu rozpatrywanych lotów. Z uwagi na techniczną wadę wału napędowego, do tragedii samolotu pasażerskiego doszłoby zapewne podczas następnego lotu, co miałoby marginalne znaczenie dla statystyki, jednakże miałoby zasadnicze znaczenie dla ofiar i ich rodzin - zginęliby inni pasażerowie, inna załoga...
    Chyba lepiej nie wiedzieć, że podwozie jednak prawidłowo wysunęło się i gdyby nie awaria kontrolnej lampki, nie podjęto by decyzji o drugim kręgu... Chyba lepiej nie wiedzieć, że nieco rzęsistsze oświetlenie pasa nie spowodowałoby decyzji o drugim kręgu...
    Obie katastrofy miały groteskową oprawę - w obu przypadkach w stolicy odbywały się konferencje na temat... bezpieczeństwa lotów. Los zakpił sobie z ludzkiej pychy. Przesądni podróżni będą chcieli wiedzieć, czy podczas planowanego lotu nie będzie kongresu na temat (nie)bezpieczeństwa przemieszczania się w przestworzach. Poprzez federację zrzeszającą konsumentów wymogą od przewoźników, aby w internetowym rozkładzie zaznaczano loty, podczas których będą odbywały się tego typu sympozja. Z pewnością na te połączenia będą okazyjnie niskie ceny...
    Aby formalnościom stało się zadość, niezbędny jest zapis - wszelkie podobieństwo powyższego opisu do zaistniałych katastrof jest niezamierzone i przypadkowe; to jest próbka czarnego scenariusza do filmu, którego nikt nie zrealizuje.

    * - jak odczytać 00.? - a to problem... czytającego; może to lata zerowe, zaś 10. - lata dziesiąte, wszak 20. to lata dwudzieste
    ** - Od niemal roku milionom polskich kierowców nakazuje się włączać światła, przez cały rok, nawet podczas doskonałej widoczności. Ostatnio trwa akcja w radiu - włącz światła, włącz myślenie. Są jednak ludzie, co oszczędzają na bezpieczeństwie, także w ruchu lotniczym...

     Więzienie dla pedofilki (29 lutego 2008)
    Prawda, że termin 'pedofil' robi wrażenie i to bardzo negatywne? Odrażający typ! A 'pedofilka'? Czy mamy do czynienia z symetrią ocen? Nie! I co na to feministki?
    Zwykle pedofilami są mężczyźni, którzy a to bez zgody nieletnich do nich się przystawiają, a to za ich przyzwoleniem (panienka z filmu "Taksówkarz"), co także jest przestępstwem. I wówczas znakomita większość społeczeństwa wiesza na tych zboczeńcach wszystko co się da, nawet psy, których nie powinno się wieszać (no chyba że na szyjach swych wielbicieli), bo i miłośnicy zwierząt mogą za to dobrać się do skóry!
    Problem jednak pojawia się, kiedy to pani (a do tego nauczycielka!) jest oskarżona o całkiem bliskie kontakty z nieletnimi, a do tego z chłopcami (no bo żeby choć z dziewczynkami, to nie byłoby aż takiego poruszenia w męskim narodzie, ale o czymś takim jakoś się nie słyszy). Większość dyskutantów na forach to panowie, a oni patrzą przez pryzmat swej (mniej lub bardziej jurnej) młodości i swoich (najczęściej) niespełnionych marzeń o atrakcyjnych nauczycielkach - i wówczas mamy kłopot. Czy taką nauczycielkę osądzają cnotliwe panie sędzie? Czy rozwiązłe? Nie wiadomo - pewnie pośredniego autoramentu, ale jeśli panowie, to czym się kierują, jakie doświadczenie mają w tej sprawie? Pewnie przeciętne, to znaczy - imaginowali sobie (a muzom) i na tym... się kończyło. Zresztą - gdyby spotkało ich coś podobnego, to po pierwsze: sami by ocenili, czy ich życie zostało zrujnowane w omawianej sferze, a po drugie: nie powinni sądzić, bo stają się stroną (nie powinni być sędziami niejako we własnej sprawie). Z serialu "Królowa Bona" większość męskich telewidzów dowiedziała się (z zazdrością), że młodego Zygmunta Augusta w miłosne arkana wprowadzała dwukrotnie starsza Italka (mimo że z Włoch, to podobno francą go zaraziła, ale nie zajmujmy się plotkami...).
    Jeśli już dodamy pikantne szczegóły polegające na spotkaniach jednej pani z paroma uczniami, a do tego fakt, że owa pani to młoda profesorka, to już jest szczyt erotycznych komentarzy na wszystkich forach. Większość panów przypomina sobie z lat młodzieńczych swe najładniejsze nauczycielki i szlag ich trafia, że jest na świecie belferka wychodząca naprzeciw młodzieńczym (po)żądaniom i są na świecie uczniowie urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą, którym się powiodło, zaś nam (jak zwykle) nie!
    No bo jakież to trywialne - starszy od uczennicy nauczyciel ją uwodzi. To przecież od setek lat znane historie. Nawet, jeśli to ona jest stroną aktywniejszą (co rzadziej się zdarza), zatem jest to pikantniejsza wersja, jednak do strawienia przez większość społeczeństwa, choć w przypadku niepełnoletności jednak karalna. Zwykle obruszają się dewotki, moraliści i sędziowie ferujący surowe wyroki (ciekawe byłyby ich prywatne poglądy na ten temat wyrażane podczas zakrapianych imprez...). Ale sytuacja odwrotna? Znakomita większość panów nie może sobie darować, że nie była na miejscu owych chłopaków, których jedyną zasługą było przypadkowe spotkanie takiej a nie innej nauczycielki.
    Od czasu do czasu media nagłaśniają takie sprawy. Ostatnio pewnej Amerykanki z miasta Clinton. Oto 24-letnia nauczycielka Allenna Ward* spotykała się z kilkoma 14- i 15-letnimi chłopcami w szkole, motelu, w parku czy na tyłach restauracji. Można to strawestować słowami piosenki - "w pociągu, na drągu i na szezlągu"...
    "Przepraszam z głębi serca" - powiedziała mężatka (sic!) Ward, zaś siostra jednego z chłopców uznała, że sprawiedliwości stało się zadość. Może nie z głębi serca powinny być przeprosiny, skoro nie ten narząd był zaangażowany, ale z pewnością chętniej poznalibyśmy zdanie nie siostry, ale jej... brata.
    Amerykańska demokracja i prawo są u nas niezrozumiałe - oni tam, za oceanem, podają pełne dane pedofilów oraz zamieszczają zdjęcia**. Wystarczy wpisać imię i nazwisko owej wątpliwej damy i wszystko jasne - mamy fotkę pośród wielu innych pedofilnych wizerunków***. No i można dyskutować (podobnie jak w przypadku kary śmierci) - czy ujawnianie danych pedofilów oraz stosowanie najsroższej kary powoduje spadek przestępczości. Jeśli nie, to może przestać publikować danych i nie wykonywać kś? Idźmy dalej - nie poszukujmy i nie karzmy przestępców, skoro ktoś udowodni, że liczba występków nie maleje, dzięki czemu zaoszczędzimy bajońskie sumy na penitencjarnym systemie, choć bezrobocie jednak nam by znakomicie wzrosło... Ale jakież to byłoby szczytne z punktu widzenia etyki i chrześcijaństwa - darujemy wszystkim kary, bo to takie humanitarne. W końcu pytanie "kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem" sugeruje uwolnienie bodaj wszystkich skazanych...

    PS  U nas parę lat temu również mieliśmy podobną sprawę, ale nie było mowy o ujawnianiu danych osobowych, bo mamy zbyt wielu urzędników zajmujących się ochroną przestępców. Taki kraj - większe prawa mają zboczeńcy, zaś więźniowie mają większe normy żywieniowe, niż żołnierze w koszarach i pacjenci w szpitalach. Ale (co ciekawe!) dane osób spoza Polski (cudzoziemców, ale nawet naszych obywateli) nie są chronione. Kuriozum!

  * - "ward" to po polsku m.in. - 'osoba pod kuratelą' oraz 'cela w więzieniu', czy też 'sala chorych, izolatka' i w zasadzie historia ta oraz charakter tej pani dobrze ilustruje owe znaczenia...
 ** - hiszpańska policja po raz pierwszy poszła amerykańską drogą, bowiem również zamieściła w internecie zdjęcia (tylko!) podejrzanych o pedofilię i wezwała internautów, aby pomogli w ich ujęciu; dzięki internetowi jesienią ubiegłego roku aresztowano w Tajlandii poszukiwanego od kilku lat Kanadyjczyka
*** - gwoli uczciwości i zgryźliwości: aby marzyć o tej Amerykance trzeba być nieźle wyposzczonym facetem...

    Śmierć czatuje na sportowców a Temida na urzędników (2 marca 2008)
    Tuż po południu 29 września 1989 szosą do Raciborza zmierzali znani i lubiani autorzy popularnonaukowego programu telewizyjnego "Sonda" - Zdzisław Kamiński i Andrzej Kurek. Prowadził kierowca rajdowy Andrzej Gieysztor. Spieszyli się na spotkanie w sprawie materiałów do kolejnego programu bijącego rekordy popularności. Wyprzedzili ciężarówkę leniwie wspinającą się pod wzniesienie, nie przeczuwając, że zza niego, z przeciwka zbliża się ku nim zasłonięta Śmierć, która zabrała całą trójkę.
    Znany rajdowiec, Marian Bublewicz, zmarł 20 lutego 1993 po wypadku podczas Zimowego Rajdu Dolnośląskiego, kiedy to auto wypadło z zakrętu i uderzyło w drzewo. Śmierci sprzyjała niezbyt profesjonalna pomoc medyczna. Zasadniczo ów wypadek podlega innej statystyce, bowiem miał miejsce podczas zawodów, na drodze zamkniętej dla normalnego ruchu drogowego. I takich podobnych a tragicznych wypadków było jeszcze kilka.
    Bodaj największe żniwo w polskim świecie sportu zebrała Śmierć 17 sierpnia 1998, kiedy to w czołowym zderzeniu zginęli Władysław Komar i Tadeusz Ślusarski jadący razem oraz Jarosław Marzec (z przeciwka) - trójka naszych olimpijczyków.
    Inny słynny kierowca rajdowy, Janusz Kulig, zginął 13 lutego 2004 na strzeżonym przejeździe kolejowym, który akurat... nie był strzeżony. Fatalny układ szosy i torów kolejowych oraz usytuowanie domku dróżniczki a do tego jej nieuwaga oraz także kierowcy. Nie, takiej okazji nie mogła przeoczyć Śmierć. Po latach przebudowano ów węzeł.
    Bywa, że posiadamy auta o zbyt wielkich możliwościach, do których to pojazdów - jako kierowcy - jeszcze nie przyzwyczailiśmy się. Kilka lat temu, 16 września 2005, żona naszego świetnego siatkarza na zagranicznej autostradzie oraz kilkanaście dni później, 1 października 2005, nasza najlepsza pływaczka na krajowej szosie, popełniły błędy i Śmierć zabrała im męża i brata - Arkadiusza Gołasia i Szymona Jędrzejczaka.
    No i ostatni (do dzisiaj...) dramat rajdowców - 27 lutego 2008 dwóch dziennikarzy motoryzacyjnych o zacięciu sportowym wsiada do italskiego czerwonego cacka przemysłu samochodowego. Po kilku minutach szaleńczej jazdy ulicami (a raczej wertepami) stolicy dużego kraju w centrum Europy, Śmierć w połowie wykonała swój makabryczny taniec pod wiaduktem, rozpoczynając go od podrzutu na garbie, zaś kończąc go na filarze w pożarowym blasku - zginął młody a utalentowany dziennikarz Jarosław Zabiega, zaś Jego nieco starszy i bardziej doświadczony kolega, Maciej Zientarski, został ciężko ranny. Gdyby mieli zapięte pasy, zapewne obaj spłonęliby w wozie.
    Zwykle bywa, że o tragedii nie decyduje jeden czynnik, lecz kilka, które nastąpiły jednocześnie. Jechali zdecydowanie zbyt szybko. Prawdopodobnie obaj w sposób świadomy wybrali się w tę podróż, aby wieczorową porą przetestować pożyczony bolid. Tuż przed katastrofą najechali na garb, który przy kosmicznej (w mieście) prędkości, wytrącił ich z planowanego toru jazdy. Okazuje się, że urzędnicy odpowiedzialni za stan polskich dróg, z braku środków i wyobraźni, zamiast zlikwidować garb, umieścili przed nim znak ograniczający prędkość. Większość rodaków uznaje winę dziennikarzy, choć na świecie zapewne komentarze będą w rodzaju - Polska to ubogi kraj trzeciego świata, skoro ludzie zabijają się na koleinach i to... stołecznych. Owszem, nawet w Stanach ginie się w koszmarny sposób, ale jest cywilizacyjna przepaść - tam, za oceanem wali się skorodowany most (jeden wśród kilkudziesięciu tysięcy) ułatwiający przemieszczanie, a tu wypadamy z trasy na garbie utrudniającym komunikację...
    Czy mądry Polak po szkodzie? Oczywiście! Ponieważ nie przebudujemy wszystkich przejazdów kolejowych oraz wszystkich garbów, to (podobnie jak po wypadku Janusza Kuliga) zabierzemy się za wybrane przejazdy i garby. Gdyby na tamtym przejeździe i na tym garbie zginęli zwyczajni Polacy (i tacy ginęli!), to nie byłoby ani dyskusji, ani remontów, a to znaczy, że ci znani nie zginęli daremnie. Gdyby jednak przebudowano te felerne miejsca już po wcześniejszych wypadkach, to żyliby nadal, choć (zdaniem sceptyków) niewykluczone, że "prędzej czy później pozabijaliby niewinne dzieci przechodzące przez zebry". Oczywiście, gdyby żyli w bardziej ucywilizowanym kraju, to mogliby także zginąć, jednak raczej nie na przejeździe i nie na garbie.
    Pana Zientarskiego już osądziła większość rodaków - wystarczy przejrzeć dyskusyjne fora. Mnie chodzi o osądzenie urzędowych osób. Mam nadzieję, że proces ujawni kulisy polskiej bylejakości remontowanych dróg - brak środków, chęci, przewały, niekompetencję i bezduszność. Są prezydenci polskich miast (ostatnio Olsztyna), którzy wydają dziesiątki tysięcy (naszych) złotych na kwiaty oraz latają do Watykanu po różańce, aby wygrać kolejne wybory i nie ma już pieniędzy na łatanie dziur ulicznych. Może doczekamy się pierwszego wyroku na urzędasów? I to w stolicy. Już pewnie są preparowane dokumenty i ustalana jest linia obrony osób zainteresowanych...
    PS  Czatować - słowo, które w ostatnich latach kojarzy się niemal wyłącznie z internetem, jednak ma jeszcze inne i znacznie starsze znaczenie

    Odbojnica ratuje życie (5 marca 2008)
    Podpory w tunelach oraz pod wiaduktami powinny być oddzielone od pechowców i szaleńców dodatkowymi zderzakami.
    Samochód księżnej Diany, która zginęła ponad 10 lat temu w paryskim tunelu, wypadł ze swego toru jazdy i nadział się na jeden z filarów stojących pomiędzy obiema jezdniami. A wystarczyłoby zamontować poziome odbojnice rozpostarte wzdłuż tunelu, które przejęłyby cały impet rozpędzonego pojazdu, którego styczna droga hamowania podczas wypadku uległaby znacznemu wydłużeniu, a to przyczyniłoby się do ocalenia życia wielu osobom obecnie ginącym w gwałtowny sposób na nieodkształcalnych słupach. Pomijając oczywistą niefrasobliwość kierowcy (kielich i nadmierną prędkość) oraz niezapięcie pasów przez ofiary wypadku, to należy ze zdumieniem podkreślić brak opisanej belki o pomijalnych kosztach w porównaniu z kosztem tunelu i z wypłacanymi odszkodowaniami (że nie rozwinę tematu bezcenności ludzkiego życia). Zdumienie jest tym większe, że owa bezmyślność nie została dostrzeżona w jakimś ubogim kraju (o znikomej wartości człowieka), ale w samej Francji i to w jej stolicy! O zgrozo! - nawet po wypadku niczego podobnego tam nie zamontowano! A przecież już w Polsce widujemy takie płozy, odgradzające obie "przeciwne" jezdnie.
    Wypadek naszych motoryzacyjnych dziennikarzy miał jednak inny przebieg. Ich samochód stracił kontakt z nawierzchnią z powodu garbatego uskoku (słowiańskie brakoróbstwo?) i wypadł daleko poza jezdnię, bezwładnie ślizgając się po trawniku, jednak również uderzając w kolumnę nośną wiaduktu. W takim przypadku należałoby umieścić wspomniane płozy w większej odległości od filarów, bowiem niekontrolowany ruch auta byłby prostopadły do słupa.
    Odbojnice te powinny być podatne (plaster miodu), aby wpadający nań pojazd wytracał stopniowo swą prędkość oraz aby nie zatrzymał się na podporze (aby nie dotarł do niej). Należałoby zastanowić się nad ustawieniem walcowych stoperów, czyli rozmieszczonych kilka metrów od kolumny i dookoła niej, przy czym właściwa (i najszersza) część konstrukcji powinna być ustawiona od strony o największym prawdopodobieństwie uderzenia, zatem każda podpora powinna być rozpatrywana z osobna. Aby obniżyć koszta można byłoby wykorzystać zbędne już drewniane albo plastykowe beczki poustawiane wokół filaru, jednak znacznie szerzej od strony największego zagrożenia kolizją. Zamiast beczek można byłoby zawiesić sieci, które z jednej strony w interesujący sposób rozbijałyby surowe bryły konstrukcji nośnych, zaś z drugiej - zapobiegałyby rozbijaniu mobilnych brył automobilów jakże często niefrasobliwych kierowców. Dlaczego pomysł nie przejdzie? Bo beczki rozkradną a sieci podpalą - taka Polska.
    A do tego jakiś zabójczy garb na jezdni? Cóż to za polski wynalazek? Pomijając ograniczenie prędkości, to przecież skandal! Równie dobrze można byłoby przewody elektryczne zawieszać na niewielkiej wysokości i uczciwie umieszczać masę znaków ostrzegawczych. Taka uczciwość po polsku... Gdyby jednak ktoś wpadł w pułapkę, to z niemałą satysfakcją pokazalibyśmy mu środkowy palec oraz odpowiedni znak przy drodze: przecież uczciwie przestrzegaliśmy...
    Oczywiście, owo wybrzuszenie będzie zlikwidowane i komuś to jeszcze uratuje życie. Szkoda, że po tragedii (i to nie pierwszej w tym miejscu!). A sceptycy znający realia i tak wiedzą swoje - jeśli nie byłoby garbu, to kierowca wprawdzie nie wpadłby na kolumnę, ale na najbliższych czerwonych światłach zabiłby staruszków i... czasami miewają rację.
    Indolencja zarówno kierowców, jak też urzędników osób (nie)odpowiedzialnych za stan bezpieczeństwa naszych jezdni jest porażająca! Tyle że pierwsi giną, a drudzy mają się dobrze.

    Wszyscy rodzimy się uczciwi, ale tylko nieliczni umierają jako przyzwoici (15 marca 2008)
    Pan Dorn na swoim blogu poinformował rodaków, którym jeszcze nie tak dawno przewodniczył w Sejmie jako marszałek, że będąc w jednej z Korei otrzymał dwa supertelewizory warte po 8500 zł, z których oba przekazał na szczytne cele - jeden na publiczny (pewnie jakiś dom dziecka), drugi na prywatny (swoją mieszkaniową ścianę). Podobno z bólem sumienia zaopiekował się, bo słyszał, że Azjaci to tacy wrażliwi ludzie, że mogliby się obrazić, gdyby również drugi ciekłokrystaliczny aparat przyozdobił ścianę jakiegoś domu starców. Media nie podały drugiej prawdy o południowych Koreanach* - otóż Koreanie należą nie tylko do przewrażliwonych darczyńców, ale również do rekordowych łapbiorców; tam ujawniane są przewały na co najmniej dziesiątki milionów dolarów na każdego zamieszanego wipowskiego Koreana/Koreanina.
    Właściwie to każde z nas powinno sobie odpowiedzieć na pytanie - a cóż byś uczynił(a), gdybyś był(a) podobnie obdarowan(a)? Bo każdy może się wymądrzać, ale jak co do czego, to bierze "ile się da", skoro dają, powołując się na ryby, że tylko one jakoś nie chcą brać (taki polski żart rozgrzeszający tysiące wielkich oraz miliony małych cwaniaczków). Taki charakter ma większość z nas. Czy myślicie, że nasi wielcy i mali politycy urodzili się z rękoma "ku sobie"? Wielu z nich to szlachetne osoby, których charaktery zostały złamane dopiero po wejściu na polityczną karuzelę (rządową, partyjną, sejmową). Gdyby pan Dorn należał do jakiejkolwiek partii, to można byłoby jedynie poP(i)Sioczyć nad przaśną polską codziennością, jednak onże (wespół z całą partyjną kadrą) podczas wygranych wyborów w 2005 przekonywał (i przekonał!) swoich wyborców sloganem (niestety, tylko sloganem) o zasadniczej odmienności jego partii - zbiór tych szlachetnych ludzi zebranych w organizacji, publicznie uznał, że będzie wobec siebie stosował bardzo wysokie etyczne wymagania nieznane w innych partiach. Drugim sloganem było hasło (szkoda, ale na tym poprzestano) "tanie państwo". Lansowaną "wyższą" etykę można było zauważyć w obejściu przepisów, kiedy to mianowano ministrów w kilka godzin po ich zdymisjonowaniu, a taniość państwa było widać po coraz wyższych kosztach prowadzenia rozmaitych urzędów i wypłacaniu horrendalnych odpraw.
    Lud Polski powinien zapisać rękoma swych wybrańców - "wszystkie wartościowe prezenty otrzymywane przez notabli powinny być ujawniane w internecie i sprzedawane na internetowych aukcjach". Zapewne domom dziecka i starców (czyli sympatycznego dzieciństwa i spokojnej starości) nie są niezbędne supertelewizory, które za dwa lata będą dwukrotnie tańsze. Mają kłopoty z niską stawką żywieniową. A zawsze znajdzie się jakiś mniej lub bardziej uczciwy biznesmen, który za wylicytowany przedmiot z certyfikatem podpisanym przez wipa, gotów dać "więcej niż w sklepie", czy to w ramach reklamy, czy dobroczynności, a najczęściej z obu tych powodów. Wrażliwość interpretowania etyki przez ważniaka jest typu "zwykli obywatele powinni przekazywać podarki na Skarb Państwa, ale ja, wybraniec Narodu, muszę je testować (dla Jego dobra)". Gdyby był jasny zapis, to nikomu by nie przyszło do głowy wziąć coś do domu, kiedy współdelegaci i dziennikarze wiedzieliby o prezencie, zaś sama obawa przed ujawnieniem takiego wykroczenia byłaby paraliżująca (choć z pewnością nie wszystkich).
    Dorn ('cierń' po niemiecku) uznał, że ciekłokrystaliczny aparat mu się należy i tym samym wbił sobie dorn (kolec) w swój coraz mniej kryształowy imaż**, który przy twardych zasadach głoszonych przez jego partię - ścieczał*** i ściekł był po moralnych resztkach kryształu. Taki (ciekło)krystaliczny cierń/dorn.
    Co innego głosić szczytne idee będąc na dole w ramach kampanii wyborczej (to nic nie kosztuje oraz jakież to szczytne i fascynujące tłuszczę!), a co innego utrzymać je na górze po wygranej walce politycznej (jakże to jest kosztowne i bez widocznego patosu, a przecież godnie żyć trzeba odcinając kupony po zwycięstwie!). Rodząc się jesteśmy wszyscy uczciwi, ale tylko nieliczni umierają jako wzorce przyzwoitości.

    * - obecnie Koreańczycy - przydługawa i niezbyt elegancka nazwa
    ** - wszak chyba nie image?! (tego image'u, temu image'owi, tym image'em; te image'e, tych image'y a. image'ów, tym image'om?)
    *** - z postaci stałej przeszedł w ciekłą

    Ikona muzyki frajerem? (18 marca 2008)
    Paul McCartney dojrzał do rozstania ze swą żoną furiatką Heather Mills. Po 4 latach małżeństwa zażądał separacji. Gorycz życiowej porażki, w razie rozwodu, osłodzona będzie przez ćwierć miliarda dolarów, które ściągnie Heather.
    Powyższą informację o dojrzewaniu mistrza muzyki do podjęcia decyzji i przejrzenia na oczy, media podały w maju 2006. Ikona młodzieżowej muzyki ma aż tyle forsy, że może eksperymentować w dziedzinie rozwodowego rozdawania na otarcie łez. W końcu co ma zrobić z taką kasą? Najlepiej podzielić się z wybranką swego serca, choćby byłą. Gdyby ową ćwiarę podzielić na okres porównywalny z kolejnymi igrzyskami olimpijskimi, to można obliczyć, że dama za swe towarzystwo (i stracony czas) nabierze (oprócz eksmęża) kasy w tempie 2 dolary na sekundę (licząc także godziny nocne, co nie jest przecież pozbawione sensu).
    Przyjmując, że przeciętny Polak zarabia 2 tys. zł miesięcznie, bogacimy się tu, nad Wisłą, o 0,077 grosza w ciągu sekundy, czyli potrzeba 13 sekund, aby zarobić 1 grosz. Jeżeli podzielimy oba strumienie wzbogacania się (owej pani i zwykłego rodaka) to pierwszy jest około 8 tysięcy razy większy od drugiego, a to oznacza, że jeśli dzisiaj zarobiliśmy 100 zł, to ta pani (w tym samym czasie) - 800 000 zł, czyli prawie milion!
    Ale czegóż to mógł się spodziewać pan Paweł po pani Mills, skoro mill oznacza one million dollars (pomylił się tylko... 250 razy)? A ponadto - młyn, fabryka, mleć, zwalcować, grzmocić. No cóż, gościu zignorował słownikowe interpretacje i niewiarę w przesądy przypłaci miliardową ćwiartką... Jednak niejeden z naszych rodaków miał jeszcze większy dryg do interesów, bowiem pomnożył swój majątek w szybszym tempie i pani Mills mogłaby się nająć u takiego na pomoc domową.
    Skądinąd wiadomo, że eksbitels miał romantyczne podejście do kobiet - Nie chciał, żeby podpisywała umowę przedmałżeńską, ponieważ uważa, że to nieromantyczne. Poza tym zna ją na tyle, żeby wiedzieć, że to niepotrzebne. Tak uważał, no to podzieli nie tylko majątek, ale i los podobnych mu jeleni. Zwykle takim przyprawia się poroże, ale tutaj mamy uszczerbek (sic!) finansowy. Co lepsze?
    Ale kilka dni temu media podały, że byli małżonkowie dogadali się w sprawie wspólnego rozbicia kasy muzycznego geniusza, na którą składali się m.in. fani kupując płyty i bywając na koncertach. Zamiast 250 mln dolarów (dzisiaj to ok. 575 mln zł; po 2,30 zł/dol.) pani Mills musi zadowolić się 25 mln funtów (teraz to ok. 115 mln zł; po 4,30 zł/F), a to oznacza, że jedna strona "straciła" ok. 460 mln zł, zaś druga dokładnie tyle "zyskała". Oznacza to również, że podane poprzednio dane dotyczące strumienia lejącego się na konto pani Mills, należy podzielić przez 5. Nie wiadomo ile na tym zarobili czcigodni prawnicy... A swoją drogą: frajerów nie sieją - miłość i jej skutki bywają wielce kosztowne...

    Upadek polskich mediów (23 marca 2008)
    Cichopek ucieka z Polski - tytuł i dalej - Kasia Cichopek jest potwornie zmęczona. Żeby odpocząć od nawału obowiązków, razem ze swoim narzeczonym Marcinem Hakielem wyjeżdża na święta w Alpy. - informuje dziennik.pl powołując się na poczytną gazetę "Fakt" i (jak oceniają złośliwcy) zniżając swoje loty do jej poziomu. Jak przystało na typowo polski portal, tłuszcza, która dorwała się do internetu, dała upust swoim niskim instynktom - krytyka urody, talentu, pracowitości. To wszystko w wykonaniu zazdrośników, zawistników, nieudaczników albo prowokatorów... A kto stoi za podpuszczoną gawiedzią?
    21 marca 2008 dziennik.pl zaskoczył swych czytelników sensacyjnym tytułem. Oczywiście - niemal każdy zaraz otworzył artykuł, aby przeczytać oburzającą informację, że p. Kasia uciekła z Polski. Jestem zdumiony nieprawdziwością tytułu! Wyjazd na parę dni za granicę redakcja nazywa ucieczką z Polski?! Do 1989 roku uciekano z Polski na wiele lat albo na zawsze, bo system większości się nie podobał, ale teraz niemal nikt nie ucieka (nie licząc kilkunastu osób dziennie, które pewnie nigdy do nas nie wrócą, ale są na tyle mało istotne dla redakcji dziennik.pl, aby o nich wspominać). Ale nie przesadzajmy - parodniowy wyjazd na święta nie jest ucieczką z Polski! Czyżby słowo "ucieczka" zmieniło swe znaczenie? Dawniej wśród milionów uciekinierów byli ambasadorzy, piloci, marynarze, sportowcy, aktorzy. Obecnie z naszej ojczyzny uciekają raczej przestępcy, których dopadamy w ostatniej chwili w drodze na prom albo już ściągamy helikopterem z pokładu takiego statku w drodze do Skandynawii. Także cwani posłowie i senatorowie są pochwytywani i odstawiani  z ościennych krajów oraz wystawiane są listy gończe za uciekinierami wybierającymi atrakcyjne państwo o najlepszym systemie demokracji...
    Na zagraniczne wojaże wybiera się masa rodaków, w tym pracownicy mediów. Czy któreś z nich zamieściło tytuł Nasz naczelny uciekł za granicę? Nadawanie tytułu bijącego po oczach typu właśnie X ucieka z Polski jest nieetycznym działaniem mediów, które w ten sposób chcą wymusić klikniecie w dany artykuł. Jest to sprzeniewierzenie się dziennikarskiej uczciwości a jednocześnie jest to pomówienie danej osoby. Redakcja nie jest bezmyślna - dobrze wie, że jeśli ta osoba odda sprawę do sądu, to i tak akcje medium wzrosną wskutek całego tego zamieszania. Nawet są gotowe zapłacić znaczne odszkodowania. Podnoszenie swojej wartości, tak w  znaczeniu finansów, jak w kategorii sławy, być może wpisuje się w burżuazyjne sposoby walki o przetrwanie, poklask i zyski, jednak nijak się ma do etyki zawartej w duchu prawa prasowego. I tego typu działania powinny być piętnowane przez... no właśnie - przez kogo? Które z mediów skrytykuje albo odda sprawę do sądu koleżeńskiego, skoro niemal wszystkie media stosują takie niegodne chwyty? A jeśli jeszcze nie stosują, to się przymierzają? A jakież to medium, zwłaszcza początkujące i starające się wybić, jest na tyle moralnością silne, aby publicznie skarcić lawirantów?
    Aby choć nieco odegrać się za wspomniany tytuł, czepię się artykułu opublikowanego 23 marca 2008 na omawianym portalu -
    Piłkarscy bandyci ranili 21. policjantów - 39. pseudokibiców w areszcie, 21. rannych policjantów - to przerażające żniwa regularnej bitwy, do której doszło na dworcu kolejowym w Tarnowie.
w którym tenże dziennik.pl trzykrotnie (i błędnie!) kropkuje liczebniki uważając je za porządkowe. Zapewne pomylono kategorię liczebników ze służbami porządkowymi... Jednak takie gafy nie podlegają sądowi koleżeńskiemu, jedynie osądowi zawodowych polonistów tudzież miłośników naszego języka...
    Następny dowód na upadek obyczajów w mediach znajdujemy w kolejnym odcinku "Milionerów" i to w Wielką Niedzielę - 23 marca 2008. Pytanie - Co porabiał premier Tusk podczas spotkania z kanclerz Merkel? Wśród czterech możliwości mamy do wyboru - wiązał krawat, żuł gumę, dłubał w nosie, ziewał? Teleturnieje powinny pełnić rolę edukacyjną i być maksymalnie przyjazne wobec świata, inaczej powinny otrzymać ostrzeżenie albo nawet zostać zdjęte z anteny.
    Dziennikarstwo to misja. Jaki przykład media dają młodzieży? Jątrzenie, kłamstwa, złośliwości, szyderstwa? Politykierstwo nawet w teleturniejach? Żenada! Zdumiewające zdziczenie obyczajów! Jeśli nie powstrzymamy takiego procederu, to co będzie za parę lat?! Za jakość naszej młodzieży odpowiadają także władze, w szczególności czwarta władza! I musi ktoś ją wreszcie kontrolować i rozliczać!

    Niech panie latają z panami (25 marca 2008)
    Są dyscypliny sportowe, tzw. kontaktowe, w których zawodnicy i zawodniczki podczas zmagań mają ze sobą bliższy kontakt (stąd wspomniana nazwa, może nieco myląca...). W piłce nożnej, ręcznej, koszykówce, boksie, hokeju na poważnych zawodach nie mogą  walczyć panie z panami z oczywistych powodów.
    Media ostatnio przekazały, że kobiety ani nie poskaczą, ani nie polatają (na nartach) na olimpiadzie. I znów dyskryminacja kobiet. Otóż nie ma już szans, aby zawodniczki trenujące skoki narciarskie wystartowały w Vancouver. Przewodniczący MKOl uważa, że jest zbyt mało skoczkiń (ok. 80 pań).
    A przecież sprawa jest prosta - skoki i loty narciarskie nie należą do sportów kontaktowych, zatem dlaczego zabraniać wspólnych startów kobiet i mężczyzn? Owszem, są inne niekontaktowe dyscypliny (np. pływanie, biegi, podnoszenie ciężarów, skok wzwyż), które jednak są podzielone na dwie kategorie (panie i panowie), jednak jest to racjonalne choćby z powodu porównywalnej liczebności zawodniczek i zawodników. Jeśli w skokach narciarskich pań jest znacznie mniej, to dlaczego nie połączyć przyjemnego z pożytecznym a do tego ku chwale konstytucyjnym zasadom równości płci?
    Łatwo zapisać, a dlaczego tak trudno zrealizować? Zawody jedynie zyskałyby na popularności. Może co słabsi panowie czuliby pewien dyskomfort, że pewna lotna pani zostawiła ich nieco za sobą w klasyfikacji, ale przecież podobne obawy żywią panowie obecnie, wszak nie każdemu uśmiecha się dopuszczać do konkursu 14-latka, który może wygrać na skoczni z dwukrotnie starszym kolegą... Życie to nie je(st) bajka - jak mają się czuć panowie ministrowie pod wodzą pani premier, a jak panowie policjanci pod czujnym okiem pani komendant?
    Jeśli tylko panie zechcą startować z panami i raczej być tłem dla większości z nich, to ich wola a dla kibiców dodatkowa atrakcja. Prawdopodobnie konserwatywni panowie reprezentujący zawodników nie są entuzjastami wspólnych lotów, ale szefowie telestacji zapewne są całkiem odmiennego zdania, wszak oglądalność tylko wzrośnie, a przy okazji wpływy z reklam... Jeśli panie kiedykolwiek skakałyby ze skoczni, jednak nie razem z kolegami, to przecież i tak będzie można porównać wyniki i ustalić wspólną tabelę z punktami, z której odczytamy, że któraś z narciarek była lepsza od kilku gwiazdorów lotów narciarskich...
    Panie latają jako pilotki, spadochroniarki, zaś jako kobiety wyzwolone latają po imprezach wszelakich, nawet co bardziej podejrzanych. Wdarły się do nauki, polityki, biznesu, armii a nawet do stanu duchownego, zatem niech padnie kolejna bariera rozgraniczająca płcie!

    Panna DupRe zarabia na dupIe (29 marca 2008)
    Najczęściej to panie żerują na panach. Panie zaradne a wyzwolone, panowie bogaci i podatni na wdzięki. Cała inteligencja pewnych pań koncentruje się na oskubaniu pana, którego inteligencja poszła w kierunku zdobywania bogactwa i sławy. I tak jest od tysięcy lat, bowiem taki jest podział ról w społeczeństwie (w alkowianej sferze). I takie przykłady umacniają ten stereotypowy podział. Bardzo rzadko łamane są schematy i nieczęsto dowiadujemy się o sytuacjach odwrotnych.
    Niedawno media rozgłosiły, że gubernator Nowego Jorku korzystał z usług ekskluzywnej agencji towarzyskiej. Tamże zapłacił ponad 4000 dolarów za słodkie chwile z rezolutną panienką Ashley Dupre. Zatem każde z nich dało od siebie, co miało "pod ręką" (obie strony bez zbędnych ceregieli skorelowały bezpruderyjny nadmiar dolarów i takiż nadmiar seksu). Facet podał się do dymisji, kompromitacja w rodzinie (kłopoty z żoną i dziećmi), ośmieszenie w środowisku. Popęd i nadmiar wolnej gotówki zgubił zacnego polityka. Ale dwukrotnie młodsza zdzira/ździra o twarzy niewiniątka ma się dobrze - już media okrzyknęły ją: "oto najsłynniejsza prostytutka na świecie". Nawet wydawca magazynu Hustler złożył jej ofertę sesji fotograficznej za milion dolarów. Ponieważ media podały pełne dane oraz zamieściły fotki (u nas chyba jednak nie do pomyślenia) owej początkującej kurtyzany, jej adwokat zaprotestował przeciw komercyjnemu wykorzystywaniu zdjęć, a to zapowiada znany scenariusz finansowy - pozwy z milionami w tle...
    Gdyby świat był zarządzany przez etyków, to zdemoralizowani ludzie byliby wytykani palcami za handel własnym ciałem. Ale mamy świat rządzony przez mamonę, zatem ulicznica wprawdzie dostanie po buzi od ojca i będzie wytykana jako ostatnia przez sąsiadów, natomiast ekskluzywną lampucerę będą przyjmować na salonach, zaś ona sama będzie pisać pamiętniki i będzie dawać przykład młodzieży, że nie należy iść uczciwą drogą, ale należy wiedzieć - nie tyle komu cichaczem wejść do łóżka, ale komu wyjść z niego w możliwie najgłośniejszy sposób, najlepiej od razu na pierwsze strony gazet. Rodzice i rodzeństwo mają powód do dumy - córka a siostra waginalnie zarabia miliony i nie puszcza się za byle centy.
    Podobną karierę zrobiła Monika Levinsky - na ujawnionej znajomości z prezydentem. Nie kazała jednak sobie płacić za biurkowo-cygarowe sekscesy. Clinton zarzekał się, że nie ślizgał się po dziewczęciu, jednak niemal wyślizgano go z urzędu, ponieważ zapobiegliwa panienka dała prezydencki susz do przebadania na DNA (ze swej kiecki przechowywanej latami "na wszelki wypadek"). Egzotyczny termin "impiczment" jakże swojsko pobrzmiewa w naszym języku,  nawiązując do omawianej tematyki...
    My, polska gawiedź, słyszymy, że Amerykanie nie wpuszczają nas na swoje szlachetne terytorium, bowiem zamiast zwiedzać, pracujemy u nich nielegalnie za parę dolców na godzinę. Z drugiej strony pokazują nam filmiki, z których wynika, że (poza Newadą) prostytucja jest nielegalna i że wielkim przestępstwem jest niepłacenie podatków. A tu cały świat widzi, że gubernator wraz z dziwką społem łamią prawo, a ponadto młódka nie płaci podatku od wielotysięcznych dochodów. I co? Zamiast hańby, procesu i kary zdobędzie miliony na nielegalnym i nieetycznym procederze? I to ma być wzorzec do naśladowania w moralnym państwie? Owszem, nie bądźmy zatwardziałymi moralistami, ale dysonans pomiędzy amerykańskim prawem a nieegzekwowanymi przykładami, są kompromitujące! To jakie wzorce mają rodzice pokazywać swoim córkom? Taką pannę DupRe, która zarabia na swej dupIe?
    W 1963 roku niejaka Keeler złamała karierę brytyjskiemu ministrowi Profumo. Zarobiła na pamiętnikach, zrealizowano film "Scandal".
    Nawet w wyjątkowo spokojnej Finlandii znalazła się dama o wątpliwej reputacji. Premier tego niezbyt skandynawskiego kraju ma znacznie mniej roboty niż nasi politycy z górnej półki - tam od lat nic się nie dzieje i można się zanudzić. I z braku roboty ów facet (ale jednak premier!) poznał rodaczkę (rozwódka a matka trojga dzieci) w jakże nowoczesny sposób - na internetowych czatach. Przez niemal rok byli parą, jednak kiedy pojawiły się komentarze, że romans szkodzi władzy, a premier zachowuje się jak "Clinton z Moniką Lewinsky", tenże zerwał związek. Susan (to już czwarta wszetecznica w tym artykule) również pokazała, ile warta jest kobieca godność w kapitalistycznych warunkach - jak tylko zwęszyła interes, to nie tylko zaczęła do zimnych rodaków rozgrzewająco łypać gołym biustem, ale również wydała książkę z opisem wyczynów szefa rządu i to bynajmniej nie na polu polityki. Taka z niej ostra Finka - bardziej niż niejedna finka...
    Są kobiety, które jeśli tylko zasmakują w sławie i pieniądzach, to zapominają o wstydzie, choćby wobec rodziców i swoich dzieci (że o spostponowaniu swej ojczyzny tylko nadmienię) i są gotowe wywlec wszystkie podkołdrzane sprawy na światło dzienne.
    Oczywiście - trudno zmienić świat, zwłaszcza że większość panów prędzej czy później skusi się na mniej czy bardziej cnotliwe panie, które okażą się nie tylko lafiryndami, ale i judaszkami (za kasę zdradzą wszystkie pikantne szczegóły), jednak prawo powinno być zapisane i respektowane - na niemoralnych plotkach, zdjęciach, pamiętnikach, filmach nie można zarabiać. Podobnie trudno sobie wyobrazić, aby morderca odniósł korzyści majątkowe na wydanej książce, w której opisuje swoje zbrodnie. Co jak co, ale pewne minima w cywilizowanym świecie powinny być określone! Zjawisko (obszar i zakres) dziwkarstwa się powiększa, jednak nie może być tak, że dziwki ośmieszają lub obalają rządy i że dziwki wskazują alternatywny sposób bycia, który nie jest piętnowany; więcej - jest coraz powszechniej aprobowany, jednak głównie dlatego, że uzyskiwane apanaże przesłaniają coraz mniej modną etykę! Jeśli przepisy stanowią, że nie można handlować narządami ludzkimi (i dorabiać się na tym procederze), to można również zabronić wzbogacania się na nieetycznym prowadzeniu. Choćby dlatego, żeby młodzież nie stawiała sobie za wzór osób, które całkowicie nie zasługują na bycie ikonami do naśladowania. I póki nie jest zbyt późno...
    A przy okazji - czy jest ojciec, który by się wyrzekł sławnej i bogatej córki pracującej metodą Dupre?

    Kolejny wypadek naszego autokaru na obczyźnie (31 marca 2008)
    To tylko kwestia czasu - co parę miesięcy dochodzi (a właściwie dojeżdża) do kolejnego tragicznego wypadku w wykonaniu polskiego autokaru i to najczęściej na zagranicznych trasach. Zapewne tamtejsi mieszkańcy (nie tylko okoliczni, ale - dzięki mediom - większość obywateli państwa, w którym wydarza się kolejna tragedia) mają nas już serdecznie dość. Jeśli słyszą o nowym tragicznym wypadku, to zapewne pierwsze pytanie - czy to znowu Polacy? Ja również nadsłuchuję z obrzydliwym cieniem nadziei, że to może autokar jednak z jakiegoś państwa "starej Unii". Jeśli tak bywa (a bywa rzadko - tamtejsi turyści pewnie latają, a nie wędrują w pudłach na kółkach), to jeszcze trzeba poczekać na informację, czy aby kierowca nie jest z naszego kraju...
    Po wypadku zostaje uruchomionych wiele procedur. Za nimi kryje się mobilizacja ratowników, policjantów, lekarzy, urzędników oraz karetek pogotowia, a nawet helikopterów. Do tego blokada autostrady (tamci kierowcy klną biednego Polaka, który zasnął za kierownicą albo wybrał się niesprawnym pojazdem lub nie przestrzega przepisów drogowych). Doliczmy również koszty całej tej tragedii, którą ponoszą tamtejsi obywatele - przecież trzeba posprzątać, załatać, pomalować, odnowić. Oczywiście, to niewiele w porównaniu z tragedią ludzi, ale dla cudzoziemców to przecież jest kłopot. To oni są gospodarzami, a my tranzytowymi gośćmi. A jeśli do tego wypadek zdarzy się w dzień wolny od pracy albo po godzinach pracy, to dodatkowe pretensje kierowane pod naszym adresem, bo trzeba zmienić swoje plany (a tam ludziska w wolne dni to myślą o wypoczynku a nie o robocie). Jedyny zysk to pewnie mają tam firmy, które pracują na zlecenie, ale większość to pracownicy na dniówce i nawet jeśli dostaną parę nadgodzin, to i tak klną Polaków za zamieszanie. Zresztą - wyobraźmy sobie dowolny naród, którego autobusy permanentnie  rozbijałyby się na naszej ziemi (niszcząc barierki, mosty, ekrany akustyczne, rabaty, nawierzchnię) i obiektywnie oceńmy tę sytuację.
    Powtarzam - w obliczu tragedii to pomijalna sprawa, jednak w dłuższej ocenie, to przecież opinia o nas, naszych kierowcach, sprzęcie i o organizacji buduje stereotypy i to (w tych przypadkach) negatywne. Owszem, z naszej strony posypią się podziękowania, odznaczenia za odwagę dla okolicznych dzielnych ludzi, tamtejsi urzędnicy zrobią eleganckie gesty, jak przystało na nowoczesnych Europów*. To na pokaz, ale co tamci ludzie czują poza oficjalnymi spotkaniami? Co mówią o naszych wypadkach w domach i knajpach? Nie oszukujmy się - jeszcze parę takich wypadków, a będziemy szczególnie niepożądanymi gośćmi na europejskich autostradach. Jeszcze parę takich zdarzeń, a przed naszymi autokarami będą jechać miejscowe wozy policyjne pilotujące naszych turystów. O czasie pracy polskich kierowców i oszustwach w tej materii to pewnie już legendy są przekazywane po naszym kontynencie...
    Być może holenderscy, niemieccy i włoscy kierowcy są przyzwyczajeni do jazdy po autostradach i jakoś nie zasypiają. Nasi zwykle jeżdżą po dziurawych drogach i nie mogą zasnąć podczas tąpnięć, choćby i chcieli. Ponadto muszą uważać na szarżujących pacanów z przeciwka, na czające się drzewa z korzeniami wcinającymi się w szosę, na przebiegające zwierzęta leśne oraz na spacerujące udomowione, także na rowery, kombajny i furmanki. Po kilku czy kilkunastu godzinach dudnienia po polskich rozpadlinach i wytężonej obserwacji trasy, wjeżdżają na równe, bezpieczne a szerokie autostrady, zatem ich czujność zostaje uśpiona i to (bywa)... dosłownie, zwłaszcza że nowoczesna kabina działa na nich jak kołyska na niemowlę. A do tego tkwiące w podświadomości przekonanie, że w razie wypadku w Polsce, to nie wiadomo, czy szpitale pracują normalnie, a może je zamknięto, czy nie mają wyczerpanych (finansowo) limitów lub (fizycznie) lekarzy, a może już oni wyjechali na Zachód? Natomiast wiedzą, że w cywilizowanej Europie służba zdrowia ma się do naszej tak jak ich szosy do naszych, zatem już całkowicie spokojni uderzają w kimono i w... barierki ochronne. Taki syndrom rozanielonego kierowcy w przyjaznym kraju o wysokim poziomie usług medycznych i gładkiej nawierzchni?
    A w sobotni poranek jeszcze irytuje TVN24, która najpierw informowała, że ok. 30 Polaków jest rannych, w tym ok. 10 ciężko. Po sprawdzeniu niemieckojęzycznego portalu komunikują - "właśnie dowiedzieliśmy się, że jest jedna ofiara". Może to przejęzyczenie? Zabrakło przymiotnika "śmiertelna"? Ale nie - jeszcze jeden komentator potwierdza, że "jest jedna ofiara", zaś u dołu na pasku oraz na czerwonej planszy - "jedna ofiara". Co jest, do kroćset? Czyżby słowo "ofiara" zmieniło swoje znaczenie i kiedy? Zawsze wyliczano ofiary w znaczeniu zabitych i rannych, a teraz tylko zabitych? Cała załoga TNV24 zna termin "ofiara" w znaczeniu wyłącznie "zabity"? Jeśli już o możliwie krótkich wieściach przekazywanych na pasku u dołu ekranu - można było napisać lakonicznie: 1 Z, 30 R, w tym 10 C.
    Nie dość, że nasze media informują o kolejnej katastrofie, to dobijają, że to kolejny polski autokar oraz irytują błędnie interpretując znaczenie słowa. No to jak się nie denerwować? Sobota w plecy!

* - Europ, Europi (zamiast przydługawych form Europejczyk, Europejczycy)...
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna