Komentarze 2008 (IV-VI)

    Syndrom zwłok(i) (5 kwietnia 2008)
    Pewien Ital zapisał się na operację 10 lat temu, zatem odnotujmy z ponurą satysfakcją, że są jeszcze narody równie bałaganiarskie, co nasz. Ów pan padł ofiarą oszustwa, bowiem obiecano mu zoperować bark w ciągu trzech lat, jednak onże wdał się w drugą nierówną walkę bark w bark, tym razem z kostuchą, którą to walkę przegrał z kretesem 7 lat temu. Poległ zatem na obu frontach. Kiedy administracja kliniki uporała się wreszcie z wcześniejszymi szczęściarzami i zrobiła remanent w papierach, postanowiono uprzejmie poinformować barkowego pacjenta będącego w już wieloletniej (czasowej) zwłoce. Telefon z radosną dla byłego męża nowiną odebrała...wdowa i popadła w euforię, ale... szokową. Zwłoka z nowiną trwała na tyle długo, że poszerzyła swoje znaczenie...
    Szpital w Modenie jest uznawany za jeden z najlepszych w Italii. Szkoda, że Polska nie weszła wcześniej do Unii, bo z pewnością zaradni Italowie przyjeżdżaliby nad Wisłę w ramach umów unijnych. Wybrany szpital uwinąłby się z operacją i południowy nasz krajan wychwalałby pod niebiosa (jeszcze na długo przed wizytą tamże) polskich specjalistów. Można skonstatować z matematyczną znieczulicą, że pewna liczba zaplanowanych operacji nie dochodzi do skutku, co oszczędza współpodatnikom całkiem sporych wydatków. Gdyby system zdrowia eksperymentujących państw miał bat w postaci wypłacania podwojonego ekwiwalentu za niewykonaną operację z powodu zejścia niedoszłego pacjenta, to zapewne mało żywotnemu układowi służby zdrowia nareszcie przyszłyby jakieś rozwiązania do głowy. Taki układ (choć kosztowny w pierwszej fazie) byłby stabilny. A teraz? Jakiż państwowy szpital ma interes wykonywać kosztowne operacje w przyzwoitych terminach, skoro skracające się kolejki służą oczywistym oszczędnościom? W Sowietach były czasy, kiedy żywność wydawano na kartki i jeśli z jakiegoś powodu (a były ich setki) wiktuałów nie dowieziono, to zaległości nie regulowano. Albo właściciel kartek nie dożył dostawy i ulżył pozostałym przy życiu ideowo świadomym rewolucyjnym współobywatelom, albo przeżył i z tego już tylko powodu powinien się cieszyć z panowania władzy radzieckiej.
    Łatwo powiedzieć - najważniejszy jest człowiek. Bo to nic nie kosztuje, bo to zwykły wyświechtany slogan. Życie ludzkie bezcenne? Ależ to bzdury! Codziennie widzimy, ile jest warte to życie - błędy lekarskie ledwo napiętnowane, chorzy umierają po wizycie karetki pogotowia albo podczas przerzucania się po szpitalach, mało tego - chorzy są wyrzucani na ulicę będąc już w zdobytym bastionie "opieki zdrowotnej" wchodząc tam podstępem bez skierowania! A do tego administracyjnie ustalane są limity przerobu masy pacjenckiej. No i szacunki o tysiącach śmiertelnie zarażonych Polaków (rocznie!) w naszych budynkach, które w zamyśle ich budowniczych miały ratować życie. Dlaczego stawiamy pomniki upamiętniające śmierć kilkunastu-kilkudziesięciu rodaków, a nie tym bezbronnym ofiarom naszego systemu? Bo w drugim przypadku nie mamy czystego sumienia? Bo pomnikowe budownictwo byłoby porównywalne z mieszkaniowym? Bo jako polska zgraja, przypominająca wspólnotę pierwotną, nie jesteśmy w stanie zorganizować medycznie przyjaznego państwa? Każdy niedoszły (czyli zeszły) pacjent jest na wagę złota, bowiem ratuje służbę zdrowia przed całkowitą zapaścią. I ratuje nasz system podatkowy przed dalszym zwiększaniem danin. On (były już pacjent) jest niejako patriotą, bo wróg (tu bankructwo) zostaje odparty na większy dystans. Obiektywnie rzecz biorąc, każdy pozostały przy życiu członek społeczeństwa ma większe szanse w otrzymaniu pomocy medycznej "dzięki" ofierze złożonej przez słabowitego a ubogiego współobywatela. Nie masz kasy, znajomości, nie jesteś wipem, nie masz lekarza w rodzinie? A do tego nie jesteś z dużego miasta i kiepsko wyglądasz? Twoje szanse na przeżycie gwałtownie spadają. Wystarczy przejrzeć sto losowo wybranych przypadków i sporządzić statystykę uwzględniającą kilka kryteriów.
    Znane są dramatyczne opisy nieratowania tonących pasażerów w katastrofach morskich, kiedy to bark (albo inny statek) szedł na dno, bowiem szczęśliwcy zajmujący przeładowane łodzie ratunkowe doskonale wiedzieli, że wiosła służą do odpychania nieszczęśników uczepionych burty od strony żywiołu. W szkole podstawowej omawiano czytankę o starych i chorych Eskimosach (teraz poprawniej - Inuici), których społeczeństwo wygodnie usadawiało w łódce ze skromnym zapasem żywności oraz wody i... puszczało w ostatnią (eutanazyjną) podróż. Dla uczniów była to zatrważająca historia, ale w ubogich społeczeństwach było to normalne zachowanie - zniedołężniali ludzie ze zrozumieniem opuszczali w ten sposób nasz piękny (dla młodych) padół. Nasze społeczeństwo trudno zaliczyć do biednego, jednak czyż dziesiątki Polaków (codziennie!) nie kończą żywota w równie haniebny (wg dzisiejszych kryteriów) sposób?
    Dzisiaj można zaryzykować tezę, że rasowy pies ma lepszą opiekę medyczną niż przeciętny Polak. Wystarczy wejść do lecznicy dla zwierząt i dla ludzi i porównać sposoby traktowania klienteli (tak - klienteli!). Podczas okupacji życie obozowego rasowego psa było więcej warte, niż cały transport podludzi. Dałeś obrączkę lub cenny obraz, to dostałeś chleb albo lekarstwo, jeśli nie - do piachu: jak dzisiaj.
    Syndrom zwłok(i) - pozorowanie troski wobec chorych współobywateli w sytuacji permanentnych braków finansowych i działanie na zwłokę (pod rozmaitymi pretekstami), kończącą się przeistoczeniem pacjenta w zwłoki, przy zachowaniu posiadanych środków dla mniejszej liczby pacjentów, dla których jakość opieki nieco się polepszy. Im więcej umrze rodaków (zwłaszcza rencistów i emerytów) przed wyasygnowaniem środków na ich leczenie, tym lepiej dla pozostałych przy życiu współobywateli. Taka jest bezlitosna algebra diabła, niezależnie od grzecznościowych (a nawet autentycznych) głosów oburzenia na powyższe wywody.

    Po 5 lat za dwie kradzieże (12 kwietnia 2008)
    Na początku kwietnia Onet zamieścił obok siebie dwie podobne informacje.
    1. Nowozelandzki 18-latek ukradł przez sieć ponad 20 mln dolarów z prywatnych kont bankowych. Zaprojektował specjalnego wirusa, który był niewykrywalny przez programy antywirusowe. Umożliwił mu on dostęp do haseł i loginów kart kredytowych. Hakerskie oprogramowanie było z powodzeniem wykorzystywane przez inne osoby. Chłopakowi grozi pięć lat więzienia.
    2. Polska 18-latka z Ełku, chcąc uniknąć odpowiedzialności za jazdę autobusem bez biletu, podała kontrolerom dane innej osoby. Potem potwierdziła fałszerstwo swoim podpisem na druku wezwania do zapłaty. Dziewczynie grozi 5 lat pozbawienia wolności.
    Dwa podobne występki, a jakże różne...
    Obie kradzieże zostały dokonane przez rówieśników. Obie osóbki zapewne są sympatyczne i pełne nadziei na lepszą (swoją) przyszłość.
    A różnice... Polka wyłudziła od przewoźnika przejazd na gapę, a ponadto do protokołu kontrolera podała fałszywe dane osobowe, które podpisała i tym samym popełniła przestępstwo zagrożone pięcioletnim pobytem w dość łagodnym polskim więzieniu. Rodaków to z pewnością odstraszy, że już nikt nie będzie podobnie niegodnie postępował. Żartem można byłoby dać przykład z innej beczki (a dokładniej - z alkoholowego antałka) - po zaostrzeniu kar za prowadzenia auta pod wpływem alkoholu mamy poważny problem z wyciąganiem konsekwencji wobec stu tysięcy (rocznie!) ujawnianych piratów drogowych łamiących prawo. Podnosząc kary łudzono się, że skala zjawiska gwałtownie się zmniejszy. Ale to nie w Polsce - nie z nami takie numery, Temido!
    Nowozeland* mieszkający na antypodach również wyłudził, tyle że 20 milionów dolców (a niechby i nawet nieamerykańkich) z kont bankowych. Również grozi mu 5 lat więzienia, jednak w dużo milszych penitencjarnych warunkach. Siedzenie w znakomitych celach i ze świadomością, że po wyjściu (czerpiąc z przezornie ukrytego konta będzie można pożyć godnie, choć być może i skromnie, jak na nowozelandzkie warunki...), niewątpliwie owemu antypodowi dodaje chęci do życia... Zresztą, po wyjściu młodzian będzie kuszony wieloma propozycjami pracy jako geniusz informatyczno-bankowy...
    A co z naszą Polką? Zbyt mało zakombinowała, aby wyrażać się o niej z podziwem i szacunkiem. Porównajmy losy obojga np. za 10 lat... Różowo widzę dla chłopaka, szaro dla panny.
    Wnioski dla (zwłaszcza) młodzieży - jeśli chcecie być sławni i bogaci, to jedną z dróg jest inteligentne zawłaszczenie cudzych walorów, najlepiej w branży bankowej. Skalkulujcie - z pewnością paroletni wyrok nie zaszkodzi waszemu polskiemu wizerunkowi lub obcemu imażowi... Im młodszy cwaniak, tym mniejsze poważanie ma w społeczeństwie, jednak wyjątkiem są malwersanci (a już autoryteci!) z branży informatyczno-bankowej: tu można być bardzo młodym i bogatym (także jako złodziej) oraz wzbudzającym uznanie, choćby u prezesów okradanych banków... Zresztą media podają nazwisko informatyka, a starannie ukrywają dane pasażerki na gapę... Duma (pierwszego) kontra wstyd (drugiej)? A rodzice? To samo!
    Można uogólnić - jeśli jako prostak ukradniesz worek ziemniaków to jesteś złodziejem, jeśli jako notariusz sfałszujesz dokumenty i przejmiesz kamienicę, to jesteś zaradnym obywatelem próbującym odnaleźć się w nowej rzeczywistości (i nadal pełnisz swoje zawodowe obowiązki!); jeśli jako prymityw zabijesz taksówkarza dla pustawej kasetki, to jesteś patologicznym mordercą, jeśli jako polityk lub generał zabijesz miliony, to będą kultywowane idee oraz powstaną, pomniki, powieści i filmy, i to niekoniecznie krytyczne...

    *  Nowozelandzi to krótsza nazwa mieszkańców Nowej Zelandii (i antypodzi z naszego, europejskiego punktu widzenia), zaś Zelandzi zamieszkują największą wyspę Danii - Zelandię (i są antypodami dla Nowozelandów); oczywiście Duni oraz Dunki to mieszkańcy Danii...

     Samobójczy atak bombowy podczas maratonu (13 kwietnia 2008)
    W dziale sportowym portalu Onet czytamy (7 kwietnia 2008) kolejno o krytykowanym Hamiltonie, o wielkiej charyzmie Kubicy, o trenerze bijącym swego piłkarza podczas  przerwy meczu, o "Kickerze" oceniającym Polaków,  o rezygnacji Michalczewskiego z ringu, o dobrze zarabiającej Radwańskiej. Czyli sport wraz z przyległościami. Na siódmym miejscu jednak coś dramatycznego - "Dramat piłkarza Ruchu", w którym napisano o czyimś zapaleniu prostaty i o "wyraźnie wstrząśniętym trenerze" z tego powodu.  Kiedy już myślimy, że przeczytaliśmy wszystkie (w tym najsmutniejsze) wieści ze świata sportu, na sam koniec lektury mamy zaskakujący tytuł - "Samobójczy atak bombowy podczas biegu maratońskiego". I co jest grane (że też słownictwem sportowym zapytam)? Po zapaleniu narządu mamy (w dziale sportowym?!) zapalenie ładunków wybuchowych? I tego opisu nie zamieszczono w serwisie głównym tylko dlatego, że masakra dotknęła sportowców i kibiców?
    A cóż dokładnie się wydarzyło? Otóż - samobójczy atak bombowy podczas biegu maratońskiego w Weliwerija w Sri Lance (5 kwietnia 2008) uśmiercił 14 osób. Wśród ofiar znaleźli się minister tego kraju (o jeszcze niespolszczonej nazwie*), także były olimpijczyk Kuruppe Karunaratne oraz trener kadry.
    Krótko i zwięźle. I przez to bardziej szokująco... O zarobkach i wynikach sportowych pisują więcej, a tu kilkanaście śmiertelnych ofiar i dwa zdania. A cóż to ma wspólnego ze sportem? Gdyby wybuch był  na bazarze, w kinie, na statku, pod wodą, na stacji kosmicznej to wieść o tym ukazałaby się w "normalnym miejscu", ale skoro tragedia wydarzyła się podczas zawodów, no to dano ją w dziale... sportowym?! A przecież nie każdy zagląda do sportowego kącika... Gdyby zmasakrowano tych ludzi podczas wystawy filatelistycznej, to - jak dobrze rozumuję - wydarzenie byłoby opisane w... kąciku filatelistycznym.
    Jeśli (nie kraczmy!) podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie dojdzie do straszliwego nieszczęścia, to dział sportowy będzie pękał w szwach od doniesień...
    Wracając do tematu - iluż Polaków nie dowiedziało się o opisanej tragedii tylko dlatego, że koszmar opisano w dziale sportowym? I na ile to wydarzenie może być kasandryczną wizją dalszego (sportowego) ciągu?
    PS  Są trudności i niekonsekwencje z zaszufladkowaniem wydarzeń wszelakich. Tamże czytamy - "Taniec z gwiazdami: Pudzian najlepszy". Wieści te mogłyby być również w dziale "Sport" z powodu sympatycznego gwiazdora a siłacza, jednak dano w dziale "Kultura". O, tu jakby wyższa kultura lokowania wiadomości...

    * Sri Lanka (Demokratyczna Socjalistyczna Republika Sri Lanka) - państwo o dziwnej (dla Polaka) nazwie, leżące na wyspie Cejlon (i w ten sposób nazywane do 1972; jednak nie Ceylon). Kartografowie całego świata nie wykazują właściwego podejścia do państw zmieniających swe nazwy i po prostu przepisują je przy niewielkich modyfikacjach niezbędnych z powodu posiadania danego alfabetu.
    Jeśli Hong Kong spolszczyliśmy jako Hongkong, to Sri Lanka powinna mieć postać Srilanka, jednak wydaje się, że Lanka (ewentualnie Lankia) byłaby najodpowiedniejszą nazwą w naszym języku, zwłaszcza że funkcjonują wyrazy Lankijczyk, Lankijka, lankijski. Tamże żyją m.in. słonie, ale to nie oznacza, że gdyby zmieniono ich nazwę (podczas socjalistycznej tamtejszej euforii) na sri elephant, to powinniśmy iść za głosem nierozsądku zmieniając nazwę na sri elefant albo na srysłoń...
    Co ciekawe, w ramach socjalistycznych przeobrażeń (skąd my to znamy?) stolicę przeniesiono z Kolombo (jednak nie Colombo) do miasta... Sri Dźajawardanapura Kotte (ang. Sri Jayawardenepura Kotte). Ciekawe, czy nasi nauczyciele i uczniowie potrafią napisać poprawnie tę nazwę? Przy okazji - angielskie w wymawiane jest przez nas jako u (ł) i odwrotnie - zapisywane przez nas w, w angielskim ma postać v, a w omawianym przypadku w obu językach jest... w. W stosunku do nazwy stolicy Lanki (Lankii, jeśli jednak Lankia) ludzkość okazała się bardziej praktyczna i stosuje formę Kotte (proponowane spolszczenie - Kotta). Skoro mamy dobry przykład ze stolicą, dlaczegóż nie pomyśleć o nazwie państwa likwidując owo śmiesznawe Sri? Być może, że po upadku socjalizmu, państwo Lanka (Lankia) zmieni kolejny raz nazwę? I niniejsza propozycja będzie nieaktualna? No, chyba że tamtejszy rząd ponownie wykaże się nazewniczą niefrasobliwością i wymyśli nazwę sprawiającą kłopoty światu, Polakom a w szczególności... autorowi niniejszego wywodu.
    Na koniec zadam prowokacyjne pytanie - czy Niemcy (o ichniej nieoficjalnej nazwie państwa - Deutchland) nie zasugerują nam zmian w kierunku Dojczland(ia)? A dla mieszkańców - jeden Dojcz, dwaj Dojcze a. Dojczowie, pięciu Dojczów, pani Dojczka albo o dłuższych i mniej praktycznych nazwach - jeden Dojczland a. Dojczlandczyk, dwaj Dojczlandzi a. Dojczlandowie a. Dojczlandczycy, pięciu Dojczlandów a. Dojczlandczyków, pani Dojczlandka? A gdyby stolicą Polski był Gorzów Wielkopolski? Już widzę irytację wygodnych światowych ludzi, którzy w mediach i w swoich językowych dyktandach, obok znanych i prostych nazw stolic, mieliby poprawnie napisać (także wymówić!) tę naszą nazwę...

    Boberki i kangurki (19 kwietnia 2008)
    "Nie musisz golić bobra - przecież liczy się wnętrze". Takie plakatowe hasło zachęca studentki krakowskiej Akademii Pedagogicznej [1] do udziału w konkursie na miss. I ta właśnie zachęta spowodowała wielkie zamieszanie wśród studenckiej braci [2]. Także na www.pardon.pl, gdzie liczba wypowiedzi zbliża się do 500. Wiele uczelnianych pań jest zbulwersowanych plakatem. Rzeczywiście, dlaczego omawiany jest bóbr (właściwie... bobrzyca) w aspekcie fryzjerstwa, a nie jej męski odpowiednik - kangur? No tak, nie ma wyborów tamże na mistera akademii... Kołtuny u panów to norma, zaś u finalistek kołtuny mogą być be? Cóż za kołtuneria!
    Gdyby wszystkie panie chciały golić swe boberki, a panowie ichnie kangurki, to ileż ton szlachetnej stali rocznie na świecie wyrzucano by na śmietniki? A ile ton plastyków maści wszelakiej (także maści na łagodzenie podrażnień wraz z opakowaniami)? Do tego morze paliwa i chemikaliów. Zatem - oszczędzając boberki i kangurki, walczymy o ekologiczniejszą matkę Ziemię! Niestety, zwiększymy także poziom bezrobocia, ale nie ma doskonałych rozwiązań: młodości, ty nad poziomy wylatuj! [3].
    Drogie panie, owszem, należy trochę pokrzątać się przy swoim najcenniejszym rekwizycie (również po wizycie), ale wystarczyłoby futrzaka potraktować nożyczkami - nieco go utrefić, czyli sfrezować i ufryzować na irokezika z ewentualnymi dwoma elegancko zawiązanymi dredzikami broniącymi przed wielodostępem, zaś od wielkiego dzwonu (także dla całkiem małych dzwonków) można przewiązać przydatną kokardką...
    Ponadto - jeśli matka Natura przyoblekła nas we włoskowe otoczki (to tu, to tam), to nie uczyniła tego przez pomyłkę - wszak nie golimy rzęs (wręcz przeciwnie!) i dzięki temu  rzadziej nam do oka coś wpada. Tu akurat jest jakby odwrotnie - im rzęsy są dłuższe i łopotliwsze, tym większa szansa wpadnięcia nie tyle czegoś, lecz... kogoś. Zaprzestanie depilacji bobrzyc i kangurków spowoduje przeistoczenie się ich (włochata odmiana teorii Darwina) w... jeżyki, a to nie bywa zbyt przyjemne.
    Oprócz wyrostka robaczkowego, to chyba wszystko jest nam potrzebne co mamy od Natury. Owszem, trzeba od czasu do czasu przejrzeć przynajmniej widoczne precjoza, sprawdzić i ewentualnie ogacić [4].
    Panie od lat dzielnie znoszą odium krótkich spódnic w mroźne dni, wysokich szpilek, papilotów, chudnięcia w kierunku wieszaka i ostatnio - odkrywania pępków, no i lansowania wspomnianych tytułowych futrzaków będących pod ochroną w Polsce. Wszystko to czynią dla własnego dobra (i swego bobra) pojmowanego jako docelowo pojmowanego faceta, któremu wystarcza, że... jest. Onże nie musi się nawet zajmować tytułowym torbaczem - wystarczy, że parę razy dziennie da mu się przejrzeć w glazurze naściennego porcelitu.
    Jakże różne mają znaczenia: "najmilsza studentka nie musi się golić" oraz "najmilszy student nie musi się golić" (gdyby zamieścić to drugie zdanie na plakacie zapraszającym do zmagań w jodłowaniu).
    Wobec licznie ilustrowanych w internecie wyczynów przedstawicielek ładniejszej płci, dość dwuznacznie wygląda (i to dosłownie) ostatnie słowo hasła. I trzymając się klimatu rozważań - zarówno plakat, jak i niniejsze omówienie, należy zakwalifikować do działu "doWcipy"...
    Szanowne studentki - przez odia na podia! W konkursowych bikini [5] i bez. Wyścig szczurzyc trwa... Nie zdziwcie się, jeśli za parę lat, szkolna młodzież zapyta was (swe nauczycielki a dzisiejsze finalistki) - czy byłyście zbobrowane, czy może jednak w waszych niewymownych panowało totalne bezbobrze. I może być niewymownie kłopotliwie.
    PS Skoro golenie jest już tematem ważnych dyskusji - otóż kilka samolotów miało ostatnio szereg awarii (odpukać), bowiem ich podwoziowe golenie zawiodły.

    [1] - mimo krytyki ze strony władz uczelni, to doskonały chwyt marketingowy w walce o przyszłego żaka
    [2] - skoro to siostry, to nie "brać" a "siostrzać"? wśród "siostrzaci"?
    [3] - młodzieży, więcej czytywać ód, niźli golić pośród ud!
    [4] - ocieplić, otulić, zabezpieczyć; stąd chyba wywodzi się niezbyt elegancka (ale słowiańska!) nazwa "gacie", które są przodkami ponętniejszych fig (ale nie owoców, choć także są smakowite i przydatne do rwania)
    [5] - raczej "w konkursowych bikinkach"; wyraz "bikini" nie jest wygodny [6] w deklinacji i jednaka liczba gramatyczna; jedna bikinka, dwie bikinki; bikince, bikinkę, bikinką; bikinek, bikinkom, bikinkami, bikinkach
    [6] - czy owa odzież jest wygodna w noszeniu? to pytanie do pań, choć to nie ma większego znaczenia, wszak one podołają niemal każdemu wyzwaniu...

    Pazerzy nieprzyjaznego państwa (27 kwietnia 2008)
    Była żona posła Palikota doniosła na niego do sejmowej komisji etyki. Podejrzewa, że wyprowadził ich majątek na Antyle Holenderskie i kłamał w oświadczeniach majątkowych. Tymczasem partyjny działacz twierdzi, że majątkiem podzielił się z żoną sprawiedliwie.
    Żona uważa, że jednak niesprawiedliwie, bo do już otrzymanych 30 milionów złotych, chce dokładki, bagatela, 40 mln zł. Tak oto w ostatnich stu latach ewoluuje pojęcie sprawiedliwości - za rewolucji byłeś wyzyskiwaczem i traciłeś wszystko (często i życie) a po przeproszeniu się z wolnym rynkiem - dziesiątki milionów złotych wypływają (tu - razem z polmosowską wódką) do wybranej rodziny, która ma publiczne problemy z dystrybucją wewnątrz stadła (już niezbyt rodzinnego) i stąd w ogóle cała wiedza o przepompowywaniu środków społecznych do prywatnych kieszeni jest nam coraz lepiej znana. Szokująca jest nasza wiedza o społeczeństwie i jego wybrańcach oraz o mechanizmach kombinatorsko-rynkowych (zbędne skreślić): gdyby nie rozwody, to o wielu podejrzanych przejęciach majątku narodowego byśmy po prostu... nie wiedzieli! Nasi obywatele (współtwórcy naszego wspólnego majątku!) dowiadują się o swym zubożeniu przy okazji postmałżeńskich pyskówek przed obliczem Temidy - wstyd i skandal!
    Niby każdy mógł zarobić na prywatyzacji Polmosu, ale nie każdy chce i nie każdy może zubożać rodaków. Do tego trzeba jednak mieć chęci, możliwości i charakter - nie każdy potrafi zdeformować przyzwoite cechy takie jak uczciwość i solidarność. Niesprawiedliwość polega na przepływie majątku Narodu na rzecz pojedynczych osób (rodzin). I to nie w sensie, że "nic nie jest sprawiedliwe na tym świecie", ale w sensie uczciwszego podziału aktywów pomiędzy cwaniaków (działających zgodnie z ułomnym prawem lub dzięki łapówkom i układom) a frajerów (to ci, co brzydzą się zagarnianiem i kombinowaniem oraz ci, co nie mają dojść, choć chętnie by coś urwali współrodakom zgodnie z zasadą "są owce to i strzyc je trzeba").
    Nie popierałbym protestów lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli i innych wykorzystywanych ludzi, gdybym widział, że chcą zbyt wiele, zaś ministrowie i posłowie są wzorem skromności, bogaci ludzie ciężko pracują w swoich prywatnych zakładach borykając się z robotą i sprzedażą, urzędników mamy mniej niż na Zachodzie w przeliczeniu na tę samą liczbę mieszkańców, zaś każdy cwany łapownik (niezależnie, czy znany, czy nieznany polityk, lekarz, notariusz) idzie natychmiast do pudła bez dyskutowania o kaucji lub o jego niezbędności dla społeczeństwa (bo wzięty adwokat, czy lekarz). Więcej - gdybyśmy mieli takie państwo, to żadna grupa by nie protestowała, bowiem niedoceniani finansowo pracownicy wiedzieliby, że rząd czyni wszystko, aby nie pogłębiać dysproporcji pomiędzy obywatelami! I nawet jeśli uznać, że rządzący mają coraz mniejszy wpływ na płace Polaków, to mają (i powinni mieć) znaczny wpływ na prawo uniemożliwiające przejmowanie wspólnego majątku przynależnego większości mniej zaradnych rodaków przez ich zachłanniejszych ziomków, z których jeden kieruje sejmową komisją... "Przyjazne Państwo". Czy Mrożek wymyśliłby taki scenariusz?
    Jeśli przyjazne państwo ma tworzyć facet, który zarobił wspomniane miliony na prywatyzacji, to równie dobrze pedofil może być dyrektorem przedszkola w naszym chorym państwie... Czego to jeszcze nie przerabialiśmy? Już mieliśmy posłankę, która dzięki fałszerstwom została wybranką Narodu i nie można było jej zdjąć z zaszczytnej funkcji, bo Naród (poprzez swych oślich przedstawicieli) w swej wspaniałomyślności kiedyś wymyślił immunitet. Mamy burmistrzów i prezydentów miast (w tym słynnego już Olsztyna), którzy formalnie urzędują zza krat, ponieważ nie chcą dobrowolnie zrzec się stanowisk, zaś szlachetne słowiańskie przepisy nie przewidziały takiego scenariusza. Niedawno samobójstwo popełnił chłopak podejrzany przez księdza o kradzież i pogrzebowe uroczystości prowadził... tenże ksiądz. Ale my, Polacy, od lat jesteśmy wkręcani przez cwaniaków i żadnych wniosków nie wyciągamy. Ilu to partyjniaków z PZPR walczyło z Kościołem za komuny, a po jej upadku jako pierwsi rzucili się do niesienia obrazów z imażami świętych podczas religijnych procesji... Znamy też księży o wątpliwej reputacji obyczajowej, finansowej oraz patriotycznej i co? Gdyby wierzyli w sprawiedliwość ponad Ziemią, to pierwsi zapadliby się pod ziemię! Ale co przeciętnego a bogobojnego Polaka odstrasza od malwersacji lub nieobyczajności, to dla wyrafinowanego, inteligentnego rodaka nie stanowi żadnej bariery - można dojść do wniosku, że wielu wysoko postawionych obywateli (w tym kapłanów) powątpiewa w istnienie Boga, skoro nie czują przed nim ani lęku, ani respektu, tu, na Ziemi, a gdyby im zajrzeć w duszę, to pewnie wcale w Niego nie wierzą i robią cyrk z odprawianej przez siebie mszy - dla kariery, dla sławy, dla dóbr doczesnych...
    Protesty biorą się z obserwacji nieudolnego i nieuczciwego rozdzielania wspólnych owoców pracy Narodu i to zaraz po uzyskaniu suwerenności. Popieram zatem ludzi wykorzystywanych, choć winę ponoszą rządy już od 1989 roku, ale dopiero teraz zaistniało parę czynników wspomagających protesty - wielka emigracja do zachodnich prowincji Unii oraz zrozumienie, że nawet najlepsze rządy obiecują wiele, w tym oszczędne (a nawet... przyjazne!) państwo, zaś po wygranych wyborach niewiele czynią dla ciężko pracujących grup zawodowych, przy ujawnianiu szeregu "nieprawidłowości". A największą nieprawidłowością jest rozziew pomiędzy standardem życia finansowo niedocenianych grup zawodowych a pazernymi Polakami bezczelnie ograbiającymi rodaków i jeszcze pchających się do polityki i rządzenia. Jeden właśnie powrócił zza oceanu po uzyskaniu listu żelaznego i już wyraził chęć ułożenia się z Temidą. Jaki stąd morał? Kombinuj, a im więcej zawłaszczysz, tym bardziej cię będą szanować i pertraktować. No i sława zapewniona, bo też raczej takiego kombinatora szybciej zaproszą do "Tańca  z gwiazdami", niźli zwykłą a poczciwą polską łajzę...
    Wszystkie partie chętnie przywołują powstańców, żołnierzy i robotników poległych za lepszą Polskę, ale gdyby Ich zapytać - co sądzą o naszej Ojczyźnie, to by Oni naszym pazerom a kłamcom pokazali z niebieskiej perspektywy - ty okradłeś Naród, ty skłamałeś, aby wygrać wybory, ty sfałszowałeś podpisy! Gdyby prześwietlić wszystkich naszych działaczy świata polityki, biznesu, medycyny, prawa i wiary, to większość ma coś na sumieniu, coś, co skompromitowałoby ich w oczach Narodu. To, o czym dowiadujemy się, to jedynie czubek góry lodowej, przy okazji rozwodu, porzucenia, wykiwania w interesach oraz przy zastosowaniu nowoczesnej techniki podglądania i rejestrowania, a to oznacza, że dawniejsze przewały są nieznane (i formalnie nie istnieją) tylko dlatego, że ich... nie nagrano.
    Można byłoby wymienić szereg porzuconych żon, które ujawniły przekręty swych mężów i wydarły dla siebie możliwie najwięcej (co dla tłuszczy nie ma żadnego znaczenia, wszak kasa pozostaje w rodzince, tyle że wieści o tym są porażające). Wydarły także dla dzieci wielkie alimenty i przeniosły się z nimi do atrakcyjniejszych miejsc na naszej kuli ziemskiej. Gdyby porozmawiać szczerze z naszymi młodymi a byłymi już polskimi obywatelami - co sądzą o robotniczych protestach w latach 70.-80., to jaka byłaby ich ocena naszych bohaterów? Zapewne - "Frajerzy, którzy swą krwią zapłacili za nasz dobrobyt! Oni może są Tam, w raju, ale my na pewno mamy raj już tu, na Ziemi!".
    Ostatnio podano, że najbogatszy Rosjanin ma majątek o wartości 28 mld (nie mln!) dolarów. W państwie o większej biedzie niż u nas, na ziemi nasyconej krwią jego rodaków zabitych z powodu posiadania... czegokolwiek ponad sowiecką dopuszczalną normę! To nie jest Przyjazny Świat i nie mamy Przyjaznej Polski.
    PS  Nim wysłałem ów tekst, rodzina namówiła mnie w sobotę na sztukę (music-hall) o Franciszku z Asyżu (Teatr Muzyczny w Gdyni). Czy nie dostrzegacie, że politycy, kapłani i aktorzy grają okłamując? Nawołują do skromności, zaś sami... Wolałem nie sprawdzać, czy czołowi wykonawcy szturmują publiczne trajtki, aby dostać się do domu nocną porą, czy może korzystają z własnych wypasionych bryk... Ale owacje były na stojąco! Główną rolę zagrał (nomen omen)... Michał Kocurek. Podczas spektaklu palono jedynie... świece.

    Szanujcie się, drogie Panie! (9 maja 2008)
    5 maja 2008 Poradnia Językowa PWN zamieściła list czytelniczki -
    Mam dylemat, gdy słyszę zdanie typu: "Lubiłem zbierać grzyby, jak miałem 5 lat". Ja powiedziałabym: "Lubiłem zbierać grzyby, gdy miałem 5 lat". A może "Lubiłem zbierać grzyby, kiedy miałem 5 lat"? I co z przecinkiem przed 'jak, gdy, kiedy'?
    Odpowiada prof. Bańko -
    Potocznie słowa jak używamy w takim znaczeniu, jakie mają wyrazy 'gdy' i 'kiedy' używane do łączenia zdań. Wszystkie trzy przytoczone wypowiedzi są więc poprawne, ale pierwsza jest potoczna, zatem nieodpowiednia w oficjalnych tekstach. We wszystkich trzech musi się pojawić przecinek przed wyrazem 'jak', 'gdy' lub 'kiedy'.
    W Pani pytaniu zainteresowało mnie zdanie: "Ja powiedziałabym: Lubiłem zbierać grzyby, gdy miałem 5 lat''. Naprawdę powiedziałaby Pani 'lubiłem', a nie 'lubiłam'?

    Mimo że połowa Polaków to Polki, zaś druga połowa Polaków to... Polacy (i już tu widać niesprawiedliwość językową w aspekcie równości płci), to sama czytelniczka wpada w stan językowego poddaństwa.
    Kobietom zależy na równości i ankiety wypełniają raczej prawidłowo i w oczywisty sposób, czyli deklaratywnie są za równością. Jednak same wpadają w pułapki dnia codziennego i mamy (jak wyżej) dobrowolne oddanie pola... przeciwnikom równości. Gdyby jakikolwiek pan napisał:
    Mam dylemat, gdy słyszę zdanie typu: "Lubiłam zbierać grzyby, jak miałam 5 lat". Ja powiedziałbym: "Lubiłam zbierać grzyby, gdy miałam 5 lat". A może jednak "Lubiłam zbierać grzyby, kiedy miałam 5 lat"?
to bodaj wszyscy czytelnicy i czytelniczki od razu zauważyliby* dysonans panujący w tej wypowiedzi, panowie zaś uznaliby to wręcz za zdradę i wyklęliby takiego niepewnego osobnika ze swojego grona...
    Kilkanaście dni temu, pewna piosenkarka o nietuzinkowym panieńskim nazwisku, zapytana, czy nie wróci do swego pierwszego nazwiska, skoro już się rozwiodła, odparła, że nie, ponieważ nazwisko po mężu (cokolwiek jednak powszechne) odzwierciedla także i jej (a nie tylko byłego męża) dorobek artystyczny, dzieci noszą również to (jego) nazwisko (a przy okazji - noszą kilkoro niepolskich imion, których większość naszych rodaków poprawnie nie napisze, podobnie jak zachodni Europi** w swej większości nie napiszą poprawnie naszych imion typu Róża, Grzegorz, Mirosław).
    I to jest właśnie rozumowanie kobiety zepchniętej do roli przedmiotu (i to dobrowolnie!), nie podmiotu - nawet po bardzo nieeleganckich rozwodach, panie pozostają  przy swoich wtórnych nazwiskach, czyli czynią coś, czego by nie uczynił pewnie żaden pan w podobnej sytuacji. Szanowne panie - jeśli chcecie być poważane, to nie powinnyście nosić nazwisk osób, na których srodze się zawiodłyście. Jest to sprawa fundamentalna, a odwoływanie się do wygody (a nawet do pewnych korzyści) zakrawa na gorzką kpinę i dowodzi, że w walce o równość stawiacie korzyści ponad godność***.
    A media dziwią się, dlaczego (tzw. proste) kobiety poniżane przez mężów (pijaków a damskich bokserów) nie zgłaszają się na policję i nie dążą do rozwodów... A co powiedzieć o paniach (cokolwiek bardziej skomplikowanych), które pozostają przy nabytych danych po facetach, którzy okazali się dla nich wielce niesympatyczni (i to oględnie określając)?
    Wracając do naszego języka: możemy o paniach pisać - znana premier, mądra senator, pomysłowa inżynier, pracowita tokarz, wydajna spawacz, służbowa major, słynna neurochirurg, pomocna pedagog, zagadkowa dramaturg, zdolna metalurg albo (na upartego) - znana premierka, mądra senatorka, pomysłowa inżynierka, pracowita tokarka, wydajna spawaczka, służbowa majorka, słynna neurochirurżka, pomocna pedagożka, zagadkowa dramaturżka, zdolna metalurżka. Wiele nazw (choć poprawnie utworzonych) raczej się nie przyjmie i to przynajmniej z kilku powodów - trudności z wymową, dłuższe (niż "męskie" odpowiedniki) wyrazy, często śmiesznawe brzmienie, nawiązanie do nazw istniejących przedmiotów, także spłycenie (zdrobnienie) rangi.
    Przez wieki większość nazw tworzyli panowie, a dopiero stosunkowo od niedawna również panie interesują się nauką, techniką, biznesem, polityką. A nawet dzisiaj - wystarczy zapytać przedszkolaków, kim chciałyby zostać? Chłopcy chcą być strażakami, kierowcami rajdowymi, sportowcami; dziewczynki zaś marzą o karierze modelki, tancerki i piosenkarki... Po latach zwykle po marzeniach nie ma śladu, ale obie grupy mają szansę spotykać się na płaszczyźnie "towarzyskiej", a gdzie, jeśli nie w tej branży widać maksymalny rozziew pomiędzy władzą a poddaństwem obu płci (nawet jeśli owi panowie oraz owe panie budują sobie uspokajające teorie pozwalające na spoglądanie w lustra)? Wynika to z odwiecznych różnic ekonomicznych, a jeśli rozważamy międzynarodowe przemieszczenia pań i panów, to obserwacje i stereotypy są jeszcze mniej korzystne dla pań rozpatrywanego (mniej zamożnego) narodu przebywających wśród panów innego (bardziej zamożnego) narodu, kiedy to omawiane różnice są jeszcze większe i w dwójnasób negatywnie są postrzegane - nie dość, że panie przynoszą wstyd swojej płci, to ponadto również narodowi, z którego się wywodzą.
    Zapewne ciężko być kobietą o umyśle ścisłym i o męskich aspiracjach, czego mogę się jedynie domyślać...
    Czy feministki wymuszą na polonistach wydanie słowników, w których przymiotniki i liczebniki będą wyłącznie w rodzaju żeńskim (obecnie bywają jedynie w... męskim)?

* - tu również niesprawiedliwość, wszak jeśli w (nawet wielkim) zbiorze są same panie, a przypałęta się pojedynczy męski osobnik, to już ta grupa o sobie mawia 'byliśmy' zamiast 'byłyśmy'...
** - krócej niż 'Europejczycy'
*** - podobnie postępują zresztą niektóre narody (pod rządami swoich wybrańców), które tolerują wymóg wiz w stosunku do siebie, nie wprowadzając jednak takiego symetrycznego a sprawiedliwego obowiązku, godząc się (w niegodny sposób - przy pewnych korzyściach) na bycie narodem gorszej jakości (i na takie traktowanie)

    Klasa w urzędzie - nasza unijna specjalność (7 czerwca 2008)
    W rocznicę  upadku komunizmu zamieszczono wywiad red. Świetlika z dr. Dudkiem (Dziennik Bałtycki, 4 czerwca 2008). Rzucono tam snop światła (naświetlono) w sprawach prowadzonych przez naukowca, który niejednego działacza wystrychnął na ptaka z czubkiem. Tamże redaktorka Kula rozmawia o nauce polskiej, także o schodach piętrzących się przed rodakami z naukowym zacięciem. Szkoda nawet czasu na cytowanie, bo od lat wiadomo, że polscy naukowcy ze swoimi pomysłami, życzeniami i wskazywaniem na europejskie standardy, są jedną wielką kulą u nogi naszej przaśnej cywilizacji. Redaktor Zalesiński przeprowadził wywiad na temat nowoczesnej zabudowy miast, niekoniecznie z wieżowcami w roli głównej, przy właściwym podejściu do przestrzeni (także zielonej) otaczającej betonowe budowle. W Stanach Zjednoczonych Barack Obama (napisano o prawyborach w Puerto Rico, choć po naszemu to już 'Portoryko') zmierza ku prezydenturze i trzymam kciuki za faceta. Jeśli mu się nie powiedzie, to zaprosiłbym do naszego rządu, byle nie na ministra budownictwa, choć w dziedzinie produkcji bungalowów (model Obama, czyli 'ma oba = mieszkanie + garaż') z pewnością by mu się powiodło (jak to u nas mówią - "odniósł sukces za oceanem", mając oczywiście na myśli drugą stronę wielkiej wody)... No i felieton niezastąpionego Jana Chrzana; tym razem o antypodach. Przy takim nazwisku aż nieładnie byłoby sugerować, że czasami pan Jan chrzani, nawet jeśli uprzejmie byłby łaskaw to uczynić...
    Nazajutrz ten sam dziennik (str. 9 u dołu) donosi, że pewien mieszkaniec zatłukł drewnianym kołkiem swojego kundelka. Informacje przekazał prasie oficer policji, p. Kłudka. Tuż obok poruszono inną psią sprawę - burmistrz jednego z miast Woj. Pomorskiego*, p. Klata, rozpatrzy wniosek o odebranie psa opiekunom (psiak dogorywał w upale na balkonie). Może w końcu zabierzemy się ostrzej za ludzi bez serca wobec naszych braci mniejszych, zwłaszcza że dane osobowe notabli wyraźnie i dobitnie sugerują, jaki los powinien spotkać tych złoczyńców. W sąsiedniej notatce mieszkańcy miasteczka Miastka skarżą się na panią Klasę, która zaindagowana o sprawy mieszkaniowe, miała odpowiedzieć "czego wy k... chcecie?!", pokazując swą osobistą wysoką klasę właściwą niektórym urzędnikom naszej Najjaśniejszej. Pan Ramion, burmistrz Miastka, miast zwodzić w typowy (w Polsce) sposób zainteresowane osoby, obiecał wyjaśnić sprawę i wyciągnąć konsekwencje w przypadku potwierdzenia łacińsko-kuchennego znaku przestankowego. Widać, że pana Romana Ramiona ramiona są przyjaźnie wyciągnięte do społeczeństwa (część poszkodowanych już otrzymała mieszkania od ręki), jednak dyscyplinujące działania wobec nieeleganckich sług ludu (jak znam życie) nie jest powszechnie stosowaną metodą wśród naszych wyższych urzędników. Również pan Pet wraz z innymi interesantami (jakże elegancko brzmi to określenie wobec bezklasowej wypowiedzi omawianej pani...) twierdzi, że oburzająca odzywka była rzucona w towarzystwie dziatwy. A sprawa dotyczy pogorzelców i miejmy nadzieję, że ów pan jest obywatelem nowoczesnym, czyli niepalącym.
    Poprzedni system budował społeczeństwo bezklasowe i jednak coś po nim zostało - urzędnicy i politycy właśnie tacy/takimi bywają...
    * - w ten sposób powinniśmy pisać nazwy własne, w tym podmiotów administracyjnych

    Miodkowy "full time" (11 czerwca 2008)
    6 czerwca 2008 znalazłem artykuł prof. Miodka "Full time z Chrystusem"(Dziennik Bałtycki). Już w pierwszym zdaniu najmedialniejszy nasz polonista popełnił zdanie, z którym się nie zgadzam: "Właściwie bez przerwy mówię i piszę o tym, że w niczym nie zagrażają polszczyźnie zapożyczenia typu komputer, kompakt, skaner, laptop, dżojstik, e-mail czy ploter".
    Pisownia dosłowna, choć można byłoby mieć małe zastrzeżenie (wyliczone wyrazy powinny być wyróżnione). Wielu Polaków mawia "nie mów nigdy", ale Profesor twierdzi, że "bez przerwy mówi i pisze". Wybitny polonista wybitnie przesadził, wszak jednak czyni przerwy na inne ważne czynności życiowe i znajduje czas na wiele innych językowych rozważań... Wracając do podanych przykładów - polszczyźnie zagraża ów e-mail, bowiem ma konstrukcję niespotykaną w naszym języku, a ponadto (jako słowo, które powinno być spolszczone) nie spełnia znanych zasad. Poprawne i możliwe przyjęcie do naszego języka, to emajl, bowiem po samogłoskowych literach pisujemy j zamiast oryginalnego i - spojler (spoiler), bojler (boiler), brojler (broiler). Także koktajl (cocktail), sejner (typ statku rybackiego - seiner). Splajnowanie to komputerowe rysowanie krzywych linii (wszak nie splainowanie). Od lat uczestniczymy w rajdach, a nie w raidach. Pismo (alfabet) Braille'a (na cześć francuskiego twórcy), przeznaczone dla niewidomych, to po polsku brajl (nie braille). Abigajl to spolszczone imię cudzoziemki Abigail. Nawet nazwa egipskiego kurortu Sharm el-Sheikh bywa zapisywana w formie Szarm el-Szejk. Wielu uważa, że od pewnego czasu obowiązuje zasada niespolszczania nazw geograficznych, ale ten przykład wskazuje właściwy a tradycyjny kierunek rozwoju naszego języka.
    RJP uchwaliła, że "Poprawna forma nazwy listu elektronicznego to e-mail, potocznie: mejl", zatem wyjaśnienie, że przecież można stosować wyraz mejl jest równie dobre, co zachęta, aby zamiast trolejbus (jednak nie trolleybus) pisać trajtek. W oficjalnych wypowiedziach oraz w podręcznikach nie stosujemy potocznych form. Sprawa wydaje się genialnie prosta (i jest taka!) - angielskie i zastępujemy polskim j, zaś poprzedzającą literę (oznaczającą samogłoskę) pozostawiamy. I po co komplikować reguły ustalone przez naszych protoplastów? Bo mamy coraz więcej znawców i wyznawców języka angielskiego? I oni decydują o kształcie polskiego języka a poloniści boją się z nimi zadzierać?
    Zatem wg mnie - emajl, emajlik, emajliczek, emajlować, emajlowanie, emajlowy, (wy)emajlowany, emajlowano (by), zaś wg polonistów - e-mail, e-mailik, e-mailiczek, e-mailować, e-mailowanie, e-mailowy, (wy)e-mailowany, e-mailowano (by)...
    Panie Profesorze! Niestety, Pańskie podejście do tego słowa zagraża polszczyźnie! Nie wymienił Pan innych wyrazów, które również stanowią zagrożenie, choćby grill. Zastanówmy się - skoro mamy grylaż (nie grillage) oraz kryl (nie krill), to z pewnością "tradycyjni a konserwatywni" poloniści woleliby pisać grylowanko, grylowy.
    Wszystkie ważne europejskie nazwy stolic zostały spolszczone. Co ze stolicą Irlandii? Dublin [dublin], czy Dablin [dablin], wszak nie Dublin [dablin], gdyż tylko dwie pierwsze nazwy są spolszczone poprawnie. Zresztą Profesor podał łatwo przyswajalne (do polszczyzny) słowa angielskie. A co z notebook oraz z windsurfing, że o weekend jedynie złośliwie wspomnę? Nie razi - "sprzedaż komputerów i notebooków" oraz "wypożyczalnia nart i windsurfingów"? A podczas lotu stewardesa dodaje otuchy pasażerom (zwłaszcza obcokrajowcom, którzy akurat zgłębiają znaczenie naszego słowa samolot, który przecież sam nie lata), jednak tracę tu entuzjazm dla naszego stosowanego języka... Dlaczego bowiem stewardesa (które to słowo nie jest słowem angielskim) wymawiamy po angielsku? Niech sobie Anglicy inaczej wymawiają sympatyczne imię Edward, ale my mówimy "po naszemu", zatem Edward i stewardesa albo zmieńmy pisownię na stiuardesa, jednak skończmy z obecną paranoidalną sytuacją! I od tego jest Pan, Panie Profesorze! A co z niesfornymi słowami scrabble i puzzle? O, tego typy wyrazy "kładą" nam polszczyznę... Większość Polaków nie zaliczyłaby testu z deklinacji tych słów.
    Natomiast zgadzam się co do uwag, że wszechobecny projekt wypiera znane (i sprawdzone) pomysł, zamiar, plan, program oraz mapa drogowa nachalnie zastępuje harmonogram. A kilka razy dziennie atakują mnie Polacy odzywką dokładnie, w czym przodują wykształceni dziennikarze. Jeśli tokarz dokładnie (z wymaganą dokładnością) wykonał sworzeń lub cukiernik dokładnie (starannie) wymieszał składniki, to mamy poprawne przykłady na zastosowane słowo, ale niemal wszystkie wypowiedzi rodaków są (o)błędne! Gdzie rodzice, nauczyciele, media? Porażka!
    A jakie mamy inne wyrazy zastosowane w ostatnich wydaniach gazety zamieszczającej artykuły prof. Miodka? Tytuły - "Patrole na quadach" oraz "Kevlar lepszy od gumy". Także "Gdynia bluesowa i gratisowa" (a w tekście dodatkowo rock). Zapewne można kewlar, blus, rok ("konstrukcje kewlarowe", "blusowe i rokowe przeboje"). Jednak co z quadami?
    W innym miejscu czytamy - "Matka Oliviera usłyszała zarzuty. Nietrzeźwa matka upuściła niemowlę z trzech metrów". Coraz częściej patologiczne rodziny mają potomstwo o imionach nieaprobowanych przez RJP. A to Nicole, a to Samantha, Roxana, Olivia, Sven. A towarzycho nie napisze poprawnie zdania po polsku... Są imiona, które z oczywistych powodów nie znajdą u nas uznania - Nora, Melina, Gary, Jeb. No i dobrze, bo ostatnie to wołaczem trąca i do czynu wzywa...
    W dzienniku ponadto czytamy - plac Zebrań Ludowych, ulica Królowej Jadwigi, Płyta Redłowska. A dlaczego nie plac zebrań ludowych, ulica królowej Jadwigi, płyta Redłowska? No i dlaczego ta płyta od większych liter, zaś województwo pomorskie od małych? Skoro jednak Płyta Redłowska, Grzbiet Modry, Bajoro Nadmotławskie, to dlaczego tylko województwo mazowieckie? Podmiot posiadający flagę, herb, stolicę, ważne urzędy (z bukietem przywódców) oraz sporą powierzchnię i parę milionów mieszkańców (co stawia go wyżej od niejednego państwa o wielkoliterowej nazwie), jest potraktowane gorzej niż owo Bajoro Nadmotławskie? I co Pan na to, Panie Profesorze?!
    W obwieszczeniach widzimy - Burmistrz Miasta Puck, Burmistrz Gminy Kartuzy, Burmistrz Miasta Skórcz, w siedzibie Urzędu Miasta Gdynia, zagospodarowanie przestrzenne wsi Głazica, gmina Szemud, ale Prezydent Miasta Gdańska, Prezydent Miasta Wejherowa. Większość Polaków posiada plastikowe dowody osobiste. Ja mam... plastykowy. I cóż na nim czytam? Otóż organem wydającym ów dokument jest PREZYDENT MIASTA GDYNIA. Na elewacji Urzędu Miejskiego w Gdyni widnieje napis... PREZYDENT MIASTA GDYNI. Nawet jeśli można pisać na dwa sposoby (w mianowniku i w dopełniaczu), to zalecenie powinno być odgórne (skonsultowane z polonistami) i jednoznaczne. Owa gafa jedynie utwierdza Polaków (przejmujących się naszym językiem), że mamy... trudny język i co gorsza - niedopracowany i... nieznany! Obywatele z Gdańska i Poznania poinformowali mnie, że ową formułę mają w dopełniaczu, zatem inaczej niż w Gdyni. Za wydawane dowody odpowiada centrala, czyli stolica. I co - nie ujednolicono tam omawianej formy?
    W nekrologu (znany okrętowiec) napisano "pracował w charakterze profesora". Zwykle pracodawcy poszukują osób do zatrudnienia w charakterze konserwatorów, pokojówek, kontrolerów, ale nie dotyczyło to zawodów i funkcji z wyższych społecznych półek. Może doczekamy się czasów, kiedy poszukiwani będą kandydaci w charakterze prezydentów i ministrów?
    Na zakończenie ciekawostka - w ogłoszeniach różnych mamy niepozorny anonsik "Kupię Byczki". I można się zastanawiać - dlaczego od dużej litery oraz czy poszukiwane są rybki, ssaczki, czy... błądki ortograficzne. Tylko co komu po tych ostatnich? To najmniej chodliwy towar w językowo zagubionej Polsce.
    To w jaki sposób powinniśmy napisać - "ten artykuł właśnie przee-mailowano/wye-mailiowano", czy "ten artykuł właśnie przeemajlowano/wyemajliowano"? I nie proponujmy wykpić się zamiennikami, ale rozwiązać ten konkretny problem. Dawniej listy słano gołębiem, umyślnym, pocztą. Gdy język polski zawodzi a angielski tryumfuje...

    Archaiczny spalony (15 czerwca 2008)
    Rzecz bez precedensu - sędzia przyznał się do błędu! Norweski arbiter, który prowadził spotkanie Włochy - Rumunia (Euro 2008) przyznał się do błędu (także przed komisją UEFA), jakim było nieuznanie gola zdobytego przez italskiego piłkarza - "Nie ma o czym dyskutować, w sprawie anulowanego gola, pomyliłem się". U nas (13 czerwca 2008) podczas dyskusji na temat zaliczenia gola strzelonego Austriakom przez naszego sympatycznego a nowego i ekspresowego rodaka (Roger Guerreiro), pewien piłkarski sędzia miał mniej odwagi - uznał, że należy do świata sędziowskiego, zatem nie może się wypowiadać wprost a przeciw. I takich mamy również lekarzy i prawników - rączka rączkę myje i żaden na innego słowa złego nie powie (solidarność zawodowa a społeczny interes odłogiem leży).
    W ostatnich latach wprowadzono pewne nowości uatrakcyjniające grę w piłkę nożną. Ustanowiono przepis ograniczający mało widowiskową grę "na czas" - podanie piłki do własnego bramkarza (nie dotyczy odbicia głową) powoduje utratę piłki na rzecz przeciwnika. Zatem w omawianej dyscyplinie, choć silna jest frakcja betonu, zachodzą zmiany małymi krokami.
    Obecne zasady gry w piłkę nożną są nienowoczesne, a w niektórych przypadkach wręcz absurdalne. Nie nadążają za szybkimi zmianami w innych dziedzinach, także w innych dyscyplinach sportowych. Dawniej gry sportowe (jak i całe życie) toczyły się znacznie wolniej. Nie było technicznych możliwości powtórzeń najważniejszych momentów zmagań sportowych. Sędzia był wyrocznią - może zawodnicy i kibice widzieli dobrze, ale on widział najlepiej. Dzisiaj miliony obserwatorów widzi i ocenia lepiej, niż najlepsi piłkarscy sędziowie. Oni muszą podjąć sprawiedliwą decyzję w chwilę, my zaś możemy analizować godzinami, uznając werdykty sędziowskie za karygodne. Prędzej czy później dojdzie do poważnych zamieszek na stadionach z powodu kompromitującej decyzji sędziego dotyczącej uznania "spalonego gola" albo nieuznania "niespalonego gola". Już premier rządu RP publicznie głosi, że jako kibic zabiłby sędziego, zaś prezydent RP wygłasza niezrozumiałe zdanie "Nie wygrywa się meczu dyktując rzut karny w 92. minucie" (obaj pod wpływem emocji wezbranych na końcu meczu Polska-Austria 1:1). Gwoli uczciwości kibica i polityka - tamże padł gol dla nas ze spalonego (z nogi naszego nowego rodaka Rogera), ale zasada Kalego i tutaj święci tryumfy.
    Obecnie szereg dyscyplin korzysta z technicznych osiągnięć, które kiedyś były nowinkami, a dzisiaj są kanonami. Sporty o niemodernizowanych regulaminach stają się relatywnie wolniejsze oraz mniej widowiskowe. Tracą atrakcyjność i kontakt z bardziej krytycznym widzem, który może po prostu może wybrać inny program...
    Instytucja spalonego ma długą tradycję i została wprowadzona, aby przeciwdziałać "podwórkowemu" zwyczajowi wyczekiwania na piłkę przez napastników pod bramką przeciwnika. Wyglądało to mało atrakcyjnie, nieelegancko i nieprofesjonalnie. Ale jak wiele pomysłów, wraz z rozwojem teorii o spalonym, zawodnicy nauczyli się zastawiać tak zwane pułapki ofsajdowe, które często kończyły się ośmieszeniem drużyny nieudolnie zakładającej taką pułapkę, co bywało całkiem tragiczne dla wyniku niejednego meczu. Często pułapka była prawidłowo założona, jednak sędzia nie poznawał się na podstępie i zaliczał gola przeciwnikowi, co z kolei wypaczało ideę sprawiedliwości i deprecjonowało umiejętności gry drużyny tracącej (niesłusznie!) gola.
    Po wprowadzeniu techniki umożliwiającej obserwację powtórek kontrowersyjnych fragmentów meczów, sędziowie utracili pozycję nieomylnych półbogów decydujących w sposób bezdyskusyjny o (nie)uznaniu gola zdobytego z (nie)spalonego. Często miliony widzów widziało, że arbiter pomylił się niczym młodzian początkujący w branży. Nie służy to poprawnemu wizerunkowi tej powszechnej dyscypliny sportu, jak również stawia w niekorzystnym świetle sędziego, którego większość kibiców (najczęściej niesłusznie) posądza o finansowe a bezpodatkowe powiązania z co najmniej z jedną z drużyn.
    No i w końcu doszło do uczciwego postawienia sprawy przez wspomnianego Norwega, który jednak nie przydał blasku stanowi sędziowskiemu - z pewnością żadna organizacja piłkarska nie pogłaszcze sędziego za takie wyznanie. Bo sędzia musi być twardy, apodyktyczny i bezkompromisowy, jak dawniej, a ten ma zbyt słabą konstrukcję psychiczną. Tu nie ma miejsca na słabostki.
    Podczas Euro 2008 co 3.-4. sytuacja na boisku powtórzona na ekranie telewizora dowodzi, że arbiter nie miał racji (albo uznał gola strzelonego niezgodnie z przepisami o spalonym, albo nie uznał bramki zdobytej prawidłowo, bowiem dopatrzył się spalonego). I potem komentatorzy wraz z kibicami godzinami mogą poklatkowo analizować przebieg sytuacji - czy położenie połowy obuwia napastnika względem obrońcy, prawidłowo zostało zinterpretowane jako powód do (nie)uznania gola. I ciągną łacha z gościa niemożebnie! Nie o to chyba chodziło twórcom omawianego przepisu mającego wiekową tradycję. Słuszną skądinąd regułę o spalonym wypaczono przez lata uprawiania owej dyscypliny, kiedy to szlifowano wszelkie możliwe sztuczki. Gwoździem do trumny obecnej instytucji spalonego jest coraz doskonalsza technika podglądania i rejestrowania gry.
    Aby uatrakcyjnić grę pod bramkami należy zmienić przepis o spalonym. Obecnie przepis ten jest zawieszany, jeśli zawodnik otrzymuje piłkę zagraną bezpośrednio z wyrzutu piłki z autu, rzutu rożnego oraz z rzutu karnego. Teoretycznie w okolicach ostrzeliwanej bramki mogłoby się wówczas gromadzić 11 zawodników drużyny przeciwnej, jednak z dość oczywistych powodów nie widuje się aż takich przegrupowań... Również nie przerywa się gry, jeśli zawodnik znajduje się na własnej połowie pola gry a piłka została mu podana na tej połowie.
    Może poszerzyć ów wykaz zawieszeń? Oto propozycja... Należy przedłużyć (do obu linii autowych) linię ograniczającą pole karne (od strony środka boiska). Po prawidłowym wejściu piłki w to poszerzone pole (żaden z przeciwników nie powinien być na pozycji spalonej), przepis o spalonym zostałby zawieszony. Podczas egzekwowania rzutu wolnego z poszerzonego pola, ponownie obowiązywałby przepis o pozycji spalonej, ale tylko na tę chwilę.
    Nim dojdzie do wprowadzenia proponowanej zasady, należy ustanowić trzech sędziów technicznych, którzy będą oceniać problem spalonego w studiu. W przeciągu pół minuty ocenią (poprzez naciśnięcie właściwych przycisków), czy gol został zdobyty we właściwy sposób. Decydowałaby przewaga głosów (stąd nieparzysta liczba sędziów). Taka zasada obowiązuje w podnoszeniu ciężarów (także problem... spalonego). Teraz znacznie więcej czasu zajmuje wprowadzanie porządku na boisku przez sędziego w razie kontrowersyjnej decyzji oraz wielodniowe dyskusje w mediach.
    Sędzia boczny mógłby sygnalizować pozycję spaloną, jednak sędzia główny nie przerywałby gry. Po zakończeniu akcji o dalszym przebiegu meczu decydowaliby wspomniani trzej sędziowie techniczni. I nie tylko w przypadku zdobycia gola, ale również w innych sprawach, np. czy grę wznowić od rzutu z linii autowej, czy od linii bramkowej. Byłby jednak kłopot, gdyby sędzia nie zawiesił gry, zaś po parunastu sekundach gol zostałby zdobyty po... przeciwnej stronie boiska. No i wracamy do wprowadzenia proponowanych zmian w spojrzeniu na spalonego... Owi trzej sędziowie ocenialiby również niesportowe zachowania zawodników, których czyny uszłyby uwadze sędziów na boisku. Decyzje o karach (w tym finansowych) byłyby podejmowane już po meczu.
    Propozycje zmiany zasad dotyczących spalonego będą sprzyjać zwiększeniu liczby sytuacji podbramkowych, zmniejszeniu liczby błędnych werdyktów sędziowskich, zwiększeniu dynamiki gry oraz nagradzaniu gry ofensywnej i ograniczaniu gry defensywnej. Zasady będą czytelniejsze, będą obowiązywać w stosunku do obu drużyn, będzie padać więcej goli.
    Nie będziemy rozpatrywać, czy podczas zmagań napastnik przekroczył linię spalonego o czubek adidasa, bo to nie ma żadnego sportowego znaczenia w podbramkowych sytuacjach. Nieuznawanie gola z powodu mało przekonującego, kilkunastocentymetrowego przekroczenia owej linii albo uznawanie bramki po niezauważeniu problemu spalonego przy obecnej interpretacji, jest w dzisiejszej piłce nożnej poważnym mankamentem, mającym niewiele wspólnego z rycerskim współzawodnictwem. Czy istnieje inna dyscyplina sportowa, w której jedna błędna decyzja sędziego powoduje aż tak poważne przetasowania w tabeli wyników i aż tak wielkie protesty medialne i społeczne? I w imię jakich wartości należy utrzymywać tę paranoidalną sytuację?! Duch przyjaznej rywalizacji wymaga wprowadzenia zmian w najpopularniejszej dyscyplinie sportowej!

    Przekropkowany Polsat News (24 czerwca 2008)
    Po sobotnim wydaniu pierworodnego (syna) za żonę (określenie sugerowane w ramach propagowania równości płci w naszym języku; należy sporządzić spis tego typu zamienników!) i hucznym weselu (Noc Kupały) oraz po niedzielnych skromnych poprawinach, przyszedł jednodniowy okolicznościowy urlop. Gdzież wrodzone wścibstwo mogło znaleźć lepsze ujście, jeśli nie w nowo odkrytej (modna aluzja do działalności niejakiego Kolumba) telestacji Polsat News (pośród bogatej kolekcji w telewizji kablowej)? I coż tam mamy? Ano sama nazwa, jakby dosłownie angielska... Przecież wiadomo, że Polsat Wieści to żadna nazwa. Już za komuny podobnie uznano, bowiem zamiast polskiej nazwy Teleekspres, przyjęto światową nazwę Teleexpress. Mniejsza o wyjaśnienia, ale przecież nazwy gazet w rodzaju Kurjer/Kuryer zamieniono ongiś na Kurier. Zasady były wówczas ważniejsze od medialności (nie istniało "coś takiego").
    No i wynotowałem co ciekawsze "przekropkowane" rodzynki z jednodniowego przeglądu przewijanych wieści u dołu ekranu - Irak: 15. zabitych i 35. rannych w samobójczym zamachu. 2. mężczyzn utopiło się w zalewie w Kryspinowie. Protest kierowców ciężarówek potrwa 3. godziny. Fale zatopiły prom z prawie 800. pasażerami. Ratownicy uratowali 38. osób. Wprawdzie w datach mamy liczebnik porządkowy, jednak wyjątkowo bezkropkowy, ale na pasku czytamy - 8. lipca Czesi podpiszą z USA umowę o tarczy. Redakcyjny klawiszowiec nie jest kumaty w (nie)stawianiu kropek; oblałby testy gimnazjalne - ciało pedagogiczne wyniosłoby go na tarczy... Tyle błędów w jednym dobrze płatnym wypracowaniu?
    O kropce zapomniano w nibyzdaniu (równoważnik zdania) - Kubica na 5 miejscu w Grand Prix. Natomiast prawidłowo napisano - Prezydent po raz 20. wręczył nominacje sędziowskie. No cóż, kropki są stawiane wg uznania, bez przemyślenia, czyli "na dwoje babka wróżyła"... Czy ktokolwiek to kontroluje? Czy ktokolwiek zna się na tej robocie?
    Ponadto - B.wiceprezes (brak spacji po kropce). Także - Tornado w Chinach zniszczyło 650 domów, jedna osoba nie żyje. Przy całym szacunku, ale gdyby w Polsce halny zerwał 100 dachów przy jednoosobowej stracie, to czy w Państwie Środka byłaby o tym wzmianka? I przy okazji - zamiast przecinka powinien być niedoceniany średnik.
    A cóż "słychać" w TVN24? Kierowcy rozpoczęli 3-godz. akcję. Dobry pomysł, jednak nieznany słownikom. Może poszerzymy o inne przykłady? 2-mies. niemowlę uległo wypadkowi. Zwędzono 12-kg wędzonego łososia. Ustawiono nowy 1,5-m płot. 90-min. mecz zakończył się remisem (podobno ktoś nie był dysponowany i wymyślił, że po min nie stawiamy kropki?).
    Poinformowano także, że Wojciech K. (skazany za pedofilię) powrócił za solidnie ogrylowane okno. Czy jest drugie państwo, w którym nie są podawane pełne dane powszechnie znanego więźnia po wszystkich procesach? Bodaj we wszystkich normalnych krajach sądy i media zdają sobie sprawę, że podawanie pełnych danych (nawet przed wyrokiem), jest jedną z dolegliwości, która w zamyśle jednak ogranicza przestępczość. Ale nie u nas.
    Z okazji Dnia Ojca, telestacja (nadal TVN24) zamieściła informację - Od 1965 roku Dzień Ojca w Polsce. Wówczas uczęszczałem do podstawówki, potem do liceum i nikt mi nie podpowiedział, że "coś takiego" istnieje. Chyba od kilkunastu lat przyzwyczajamy się dopiero do tego święta... Szkoda, że nie połączono Dnia Matki i Dnia Ojca w Dzień Rodziców. W migawce pokazano tatę z podpisem - Ojciec dwuletniego Noah. Nietuzinkowe imię, zatem nie wiadomo, w jaki sposób odmieniać? To może trzeba było pokazać ojca 2-l. (wykorzystano uprzednią propozycję) Radka, skoro są kłopoty z deklinacją (Noah, Noaha)?
    Nazajutrz, tuż przed wysłaniem powyższego tekstu, ponownie zaglądam do Polsatu News. Kontynuacja błędnych kropek - Afganistan: zginęło 2. żołnierzy NATO. ... za 60 mln. euro. ... wycofa się z Polski do 15. lipca. Oooo!
    Także ciekawostka - Do chińskiego portu wpłynął japoński okręt pierwszy raz od II wś. (zapewne chodzi o II w.św.). I uwaga: poprawiono błędne wczorajsze zdanie -  Fale zatopiły prom z prawie 800 pasażerami. Jednak ktoś (wybiórczo) czuwa!
    Teraz trochę o poprawnych formach - Awansował do 2. rundy (prawidłowo, choć śmiesznawo) oraz ... przekazano do I instancji (poprawnie a dostojnie). O sportowcu napisano - był czwarty na czwartym etapie, ale mogli napisać - był 4. na 4. etapie.
    No i smakowity deser na gorąco - 800 pożarów w Kaliforni. Częsty błąd, ale skoro - Komborni, waltorni, guberni, hydroforni, to dlaczego nie... Kaliforni? Nie mogą płonąć lasy w stanach o łatwiejszych nazwach?
    Na www.dziennik.pl jest dział Gdzie warto jechać. A może właściwiej Dokąd warto jechać? Owszem, dopuszczalna jest pierwsza forma, jednak dopuszczalna nie znaczy najwłaściwsza...
    Pewnie dziennikarze lepiej znają język angielski niż ojczysty?

    A w Polsce okradają w majestacie prawa... (27 czerwca 2008)
    Agencje donoszą, że w USA niejaki Hardin zjawił się domu państwa Goffów, aby oddać ok. 20 litrów benzyny. Paliwo pożyczył przed 34 laty i podobno wcześniej nie miał okazji oddać. Mr. Goff orzekł, że inwestycja opłaciła się - dał benzynę, która była warta 5 dolarów, teraz dłużnik oddał mu paliwo 5 razy droższe.
    Wszystko wskazuje na to, iż p. Goff (oraz wielu dziennikarzy bezkrytycznie opisujących tę sprawę) nie zauważa błędu w swoim rozumowaniu...
    Otóż p. Goff przekazał w ramach pomocy panu Hardinowi towar X i po wielu latach otrzymał dokładnie ten sam towar (i to ani mniej, ani więcej). A cóż to oznacza? Ano to, że nic na tym nie zarobił a ponadto sam przez te lata (jeśli pamiętał) czuł pewien dyskomfort, który obniżał mu poziom życia i wiarę w człowieka. Ponadto naraził dłużnika na takie same męki (a tenże mógłby tylko raz napomknąć o długu podczas spowiedzi i w ramach pokuty zwróciłby natychmiast kanister z zawartością; gościu żył w grzechu 34 lata!).
    Interes to ów Goff zrobiłby, gdyby za n godzin pracy kupił paliwo i pożyczył p. Hardinowi a po latach zwrócone paliwo sprzedałby za równowartość m godzin pracy i to jedynie w przypadku, kiedy wartość m przekraczałaby wartość n. Inna sprawa, że pożyczył paliwo, nie zaś kalkulator, bo wyszedłby na interesie, jak nasz Zabłocki na mydle...
    Gwoli uczciwości kupieckiej - p. Hardin powinien zwrócić p. Goffowi kanister paliwa powiększony o całkiem skromne odsetki, liczone jednak w towarze. Przyjmując roczną stopę 3%, facet powinien oddać nie jeden, ale prawie trzy kanistry paliwa (a dokładnie 2,73 kanistra) i to niezależnie od dawnej czy aktualnej ceny.
    Gdyby Polak pożyczył komuś 34 lata temu 25 dolarów (przeciętna miesięczna płaca), a dłużnik oddałby dzisiaj tę samą kwotę, to jakiż byłby to interes? Nawet gdyby uwzględnić obliczone wcześniej odsetki, to byłoby to niecałe 70 dolarów... Czekać połowę życia na takie ochłapy? Ongiś za 25 dolców można było kupić 25 połówek, dzisiaj zaś za 70 baksów kupimy niespełna dziesięć. Za komuny, jeśli ktoś rzucił na tacę dolara, to uchodził za gościa, dzisiaj zaś wartość takiego papiera* oscyluje pomiędzy dwoma polskimi najwartościowszymi monetami...
    34 lata temu benzyna u nas kosztowała tyle samo, co dzisiaj - ok. 5 zł za litr. I ten "krajowy" przykład pokazuje błędność rozumowania p. Goffa - wszak wg niego Polak na transakcji nic by nie zarobił, a przecież obaj mieliby dokładnie taką samą sytuację - dali pełen kanister i otrzymali takiż. Nawet tu nie ma znaczenia, że złotówki przewijające się z tym akapicie to całkiem różne walory.
    Natomiast dziennikarze krajowi (a może i zagraniczni) powinni zająć się poważniejszymi transakcjami, w których Polacy zostali najzwyczajniej okradzeni przez... innych Polaków. Otóż wielu z nas zapożyczyło się w PKO w latach 70., aby uzupełnić wkład w spółdzielniach mieszkaniowych. Przez szereg lat pożyczki były spłacane, zaś spółdzielnie pobudowały za ów kapitał wiele mieszkań naszym współrodakom. Polski pan Goff (poprzez spółdzielnię) pomógł zbudować mieszkanie polskiemu panu Hardinowi, ale obecnie p. Hardin śmieje się z p. Goffa poprzez złodziejską (a polską!) facjatę spółdzielni, która polskiemu frajerskiemu Goffowi odmawia zwrotu równowartości kilkunastu metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej. I z drobnego żartobliwego artykuliku o grzecznościach świadczonych w USA, mamy doniesienie o popełnieniu przestępstwa w Polsce, na które oczywiście nikt w tym "praworządnym" kraiku nie zareaguje...
    Nasz pan Hardin nie odda polskiemu panu Goffowi "mieszkaniowego kanistra". Solidarność? Owszem, to znane polskie zjawisko, ale aby szarpać, nie zaś współodpowiadać; aby brać, nie zaś oddawać... System sądowniczy RP (Trybunał Konstytucyjny) za spore pieniądze właśnie ogłosił wyrok w sprawie mało istotnej dla przeciętnego obywatela. Nie zajmie się sprawami konkretniejszymi dla ludu. Szybciej oddamy wielkie pieniądze bogatym spadkobiercom mieszkającym poza Polską (którzy nic nie uczynili dla naszej ojczyzny), niźli znacznie uboższym rodakom a tubylcom (którzy całe życie przepracowali w ojczyźnie).
    * - odmiana dopuszczalna w potocznym znaczeniu dolara

    Draby a polowanie (28 czerwca 2008)
    Onet na swej witrynie omawia (16 czerwca 2008) jednocześnie dwa poniższe tematy zahaczające o "draby".
    Na początek o zalanej (wodą) almadrabie. Cóż to takiego? Almadraba jest tradycyjną techniką odłowu tuńczyka, stosowaną od setek lat w rejonie Cieśniny Gibraltarskiej, gdzie migrują tuńczyki. Praktykują ją mieszkańcy Andaluzji. Technika polega na ustawianiu w wodzie labiryntu z sieci, który ciągnie się przez kilometr. Tuńczyki nie mają szans uciec z tej pułapki.
    A obok o latającym Drabie w artykule pt. "Draba latał z handlarzem broni". Otóż minister w Kancelarii Prezydenta, Robert Draba, w czerwcu 2007 podróżował do Gruzji m.in. w towarzystwie międzynarodowego handlarza bronią. Na pokładzie samolotu Drabie towarzyszył również były wiceprezes Bumaru. Mieli oni negocjować warunki dostawy dla Gruzji uzbrojenia produkowanego przez spółkę.
    Bywa, że na jednej stronie (zbiegiem okoliczności) natrafiamy na podobne a rzadkie słowa. Takie ciekawe rodzynki nie sposób przeoczyć. A tu jeszcze mamy tajemnicze ładunki dostarczane do Gruzji a przecież "gruz" to "ładunek" (po rosyjsku), choć po polsku kojarzy się z ruinami, do których zwykle prowadzi zastosowanie przehandlowanej broni... I ciekawostka - angielska nazwa tego państwa (Georgia) jest dwuznaczna, bowiem jeden ze stanów USA nazywa się identycznie... Gdybyśmy chcieli ją spolszczyć (podobnie jak Newada, Teksas), to jako... Dżordżja.
    Cóż łączy almadrabę i pana Drabę? Ano - inteligentne podchody z odpowiednią bronią w celu osiągnięcia zysku.

    Jak walczyć ze stereotypami? (29 czerwca 2008)
    Czy znamy Francuzkę Jeannie Longo? Właśnie zostałem mile zaskoczony informacją o tej pani. Wikipedia podaje -
Jeannie Longo-Ciprelli (ur. 31 października 1958) jest najbardziej utytułowaną kolarką* szosową na świecie. Uprawia również narciarstwo i odnosi w tej dziedzinie wiele sukcesów. Wiele tytułów mistrzowskich w kolarstwie odniosła nie tylko na szosie, ale również w kolarstwie torowym. Ze swoimi 13 tytułami mistrzyni świata jest bardziej utytułowana niż jakikolwiek mężczyzna uprawiający kolarstwo. Wygrywała ponad 950 razy w kobiecym peletonie.
    Gdyby była mężczyzną, to niemal wszyscy znalibyśmy wszystkie jej (jego) wyczyny. A ja pierwszy raz czytam o tej damie. Ponadto studiowała informatykę i matematykę oraz posiada dyplom z ekonomii sportu i jest wykładowcą. To zbyt wiele jak na męskich szowinistycznych dziennikarzy, którzy najwyraźniej niezbyt tolerują kobiety lepsze od nich. Więcej - nawet kobiece kolorowe pisma wolą plotki o aktorkach i kuchenne przepisy, niż zapoznawanie pań (a przy okazji panów) z kobietami dzielnymi, zdolnymi i (co tu dużo owijać w bawełnę) sławniejszymi od facetów zwłaszcza w dziedzinach zastrzeżonych jako męskie... Prawdopodobnie panowie redaktorzy lubią rozpisywać się o kobietach lepszych od nich w dziedzinach typowo kobiecych (sylikonowe bufory), panie redaktorki zaś również nie przepadają za kobietami zbyt inteligentnymi i wysportowanymi.
    Pani Longo jest fenomenem na skalę światową. W październiku skończy 50 lat i wygrywa z dziewczynami, których nie było jeszcze na świecie, kiedy ta super-Francuzka odnosiła swoje pierwsze zwycięstwa. Właśnie zdobyła kolejny w swojej karierze tytuł kolarskiej mistrzyni Francji (z trzyminutową przewagą nad resztą grupy!) i zapewniła sobie udział w pekińskiej olimpiadzie w Pekinie.
    O rok starsza od wspomnianej sportsmenki jest komedia "Książę i aktoreczka" (emitowana wczoraj i dzisiaj), w której gra niezapomniana i seksowna Marylin Monroe. Jeśli mamy walczyć ze stereotypami, to tego typu filmy powinny być zdjęte z afisza. Być może będą kiedyś wyświetlane podczas zamkniętych a prywatnych pokazów, podczas których będą opowiadane dowcipy o różnych narodowościach, a które to żarciki (niestety!) sprzyjają negatywnemu ugruntowaniu stereotypów. Oczywiście w roli tytułowej mamy pana księcia oraz panienkę aktoreczkę (nawet nie aktorkę...). Bogaty i mądry pan kontra biedna a głupia dziewczyna. Nawet w filmie pada zdanie z ust księcia - "mój ty śliczny głuptasie" (jakież to słodkie, nieprawdaż?).
    Wikipedia - "Książę pragnie uwieść aktoreczkę. Zaprasza ją do ambasady, gdzie próbuje swoich sztuczek wobec dziewczyny, lecz zaloty nie kończą się sukcesem". Czy wyobrażamy sobie "lustrzaną" komedię pt. "Księżniczka i aktorek"? Nawet nie ma polskiego odpowiednika aktoreczki, wszak aktorzyna to mierny aktor. I fabuła - "Emerytowana księżniczka pragnie uwieść młodego aktorka. Zaprasza go do ambasady, gdzie próbuje swoich sztuczek wobec kawalera, lecz zaloty nie kończą się sukcesem"? A tak mamy odwieczny i znany podział ról - starszy i zamożny pan (do tego władca w pewnym państewku) oraz młoda i śliczna aktorka. Jedyną różnicą, dzięki której jest to film fabularny a nie erotyczna krótkometrażówka, jest niestereotypowy spryt osoby granej przez światowy symbol seksu.
    W życiu jest najczęściej całkiem zwyczajnie i typowo; wystarczy przeglądać kroniki towarzyskie, w których bohaterami są znani a bogaci politycy, aktorzy, biznesmeni oraz nieznane a biednawe panienki, choćby sławni panowie z Zachodu i nasze rodaczki. Owszem, na przygodę się kwalifikują, ale nie do ślubu...
    26 czerwca (3 dni temu) w Gdyni zginął młody motocyklista (znacznie przekroczył dopuszczalną prędkość), ponieważ przez nieuwagę zajechała mu drogę kobieta prowadząca fiata. Na forach zderzali się zwolennicy dwóch stereotypów - motocyklistów (jako dawcy nerek pędzący z zawrotnymi prędkościami) oraz kobiet (jako kiepscy kierowcy). Większość była po stronie pani, która przeżyła, zaś o opinie o Zmarłym były najczęściej poniżej kulturalnego minimum (portale powinny jednak więcej uwagi poświęcać cenzurze w tak delikatnych sprawach). Stereotypy... A w jaki sposób potoczyłyby się dyskusje, gdyby to ścigacz był dosiadany przez doświadczoną motocyklistkę, zaś za kierownicą auta siedziałby młokos ze świeżym prawem jazdy?
    * - word nie notuje wyrazu "kolarka" jako kobiecego odpowiednika męskiego znaczenia "kolarz", czym nie ułatwia walki ze stereotypami
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna