Komentarze 2008 (X-XII)
Dołożyliśmy Austriakom na parkingu - co na to strusie ładu publicznego? (3 października 2008)
2 października, pod Rydzyną, jeszcze przed meczem Lecha Poznań z Austrią Wiedeń, doszło do bandyckiego napadu na kibiców drużyny gości. Grupa ok. 30 Polaków w kominiarkach wszczęła bójkę z Austriakami, z których paru zostało rannych. Do autokaru wrzucono petardę.
Hańba dla polskiej gościnności i dla polskiego sportu! Przy takim bandyckim usposobieniu części mieszkańców Polski (i to w regionie uważanym za kulturalny)? I przy całkowitej indolencji naszych strusi(ów) ładu publicznego? Być może trzeba będzie organizować policyjne konwoje. A może Austriacy (i inne narody) będą przysyłać własne wozy bojowe, aby chronić swoich obywateli? I my mamy organizować ważne imprezy międzynarodowe?!
Do poczucia wstydu za opisanych pseudokibiców przyłożyły się media. Otóż portal TVN24.pl nadał wielce bulwersujący tytuł - "Polacy dołożyli Austriakom nie tylko na boisku". Któż to wymyśla takie tytuły? Zamiast napiętnować rodaków już w tytule, to poważnie rozmyto zagadnienie sprowadzając bandytyzm niemal do poziomu szlachetnego pojedynku sportowego albo do podwórkowej szarpaniny. Czytelnik mógł to odebrać - no cóż, dołożyliśmy gościom na boisku, dołożyliśmy także poza stadionem. I co się dziwić kibolom, skoro sami dziennikarze bandyckie rozróby sprowadzają do niewinnego machania szabelkami szlachciur z epoki liberum veto...
Dzisiaj rano natknąłem się na ten bulwersujący tytuł i wpisałem komentarz - "Żenujący tytuł! Spłyca zagadnienie. Nie zawiera potępienia kiboli! Kto taki tytuł dał?!". I jednak... poskutkowało! Redakcja natychmiast zmieniła tytuł na "Polacy napadli na autokar kibiców Austrii Wiedeń". Portal zastrzega się - "Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN24.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii". Ale przecież za swoje artykuły chyba jednak ponosi odpowiedzialność?!
Redakcjo, gwoli uczciwości - lepiej późno, niż wcale... Jednak uznano słowny nietakt. Teraz należy liczyć na nierozpatrywanie tej napaści pod kątem ewentualnego orzeczenia walkowera na rzecz gości, których nie uraczyliśmy zgodnie z wielowiekowymi tradycjami. No i ciekawe, jakie jest stanowisko strusi(ów) porządku publicznego oraz naszego rządu i... PZPN.Śpiące policjanty a superdokładność (6 października 2008)
Z jaką dokładnością można podawać odległości znaków drogowych od śpiącego policjanta, aby nie narazić się na śmieszność? Odległości hoteli, restauracji i innych ważnych obiektów są podawane z dokładnością do 50 m, przy bliższych odległościach pewnie do 10 m. Najczęściej są solidnie zaniżane (z oczywistych powodów - zachęta i łowienie klienta a konsumenta).
Ale na uliczkach Redłowa (dzielnica Gdyni) mamy znaki z informacjami, że dwa "śpiące policjanty" znajdują się w odległości (z obu stron)... 16, 22, 27, 29 m. Nie można było napisać 15, 20, 25, 30 m? Zresztą ta wspomniana uliczna budowla ma swoją szerokość i można byłoby zapytać, czy liczba jest odległością (w metrach) do początku "śpiącego policjanta", do środka, czy też do końca owego wału. Pewnie do początku. Niektóre znaki umieszczono na istniejących słupach energetycznych, ale jeden na własnym słupku, zatem można było go wkopać wyrównując liczbę do pełnej dziesiątki...
Ograniczenia prędkości najazdu na garby pewnie brane są z kapelusza, bowiem oznakowano dwojako: 20 i 30 km/h, ale dokładność podawania dystansu wręcz aptekarska. Gdyby choć nieopodal znajdowała się placówka oferująca leki albo ulica nazywałaby się (właśnie!) Aptekarska, to przynajmniej byłby "garbaty" znak z humorem... I któremu kierowcy potrzebne są takie dokładne informacje? W jakiej sytuacji? A może widząc na blasze liczbę 29 ma obserwować licznik i ewentualnie oddać go w ręce fachowca, jeśli jednak uzna, że błąd pomiaru przekracza np. 3%?
okazuje się, że tabliczki T-1 są niewłaściwe...
Patrząc na zdjęcia i widząc sześć blaszysk (koszta!) przed każdym wałem (po dwa komplety, z obu stron), aż nasuwa się oczywisty pomysł. Otóż nad trójkątnym znakiem garbu powinna znajdować się liczba N oznaczająca zarówno odległość znaku od śpiocha, jak również dopuszczalną prędkość. Dwa w jednym a nawet trzy! Widząc nad brzuszkiem liczbę 20 byłoby wiadomo, że uliczny spowalniacz znajduje się w odległości 20 m oraz że nie możemy jechać szybciej niż 20 km/h. Dodatkowo dla osiedlowych uliczek należy zastosować mniejsze formaty znaków (po co takie wielkie blaszane płachty?!). I miliony złotych zaoszczędzamy na chore dzieci. I mamy kolejny problem załatwiony przyjaźnie w ramach państwa o wspomnianej a pożądanej cesze. A ileż krajobraz przeładowany dzisiaj blachami zyskałby na urodzie? Przecież aż wierzyć się nie chce, że takie wielkie, kosztowne i koszmarne zestawy znaków wiszą sobie w pięknej Gdyni! Wyblakłe nibyczerwone marginesy dopełniają obrazu biedaznaków...
Są państwa, których narody słyną z dokładności i staranności wykonywanych szos i autostrad. Może chociaż dokładnością danych uwiecznionych na znakach chcemy im dorównać... A gdzie rozsądek?
Ostatnio wiele dyskutuje się na temat stawiania fotoradarów, w tym nibyradarów (psychologiczne pułapki), które mają wprowadzać w błąd kierowców, jednak podnosząc bezpieczeństwo jazdy, zatem kierowcy są oszukiwani... w słusznej sprawie. Wielu uważa, że jest to jednak niezgodne z konstytucją... A może te śpiące policjanty także nie są zgodne? Przecież powodują uszkodzenia pojazdów (nawet przy niewielkiej prędkości auta drapią podwoziami owe wybrzuszenia, niszcząc swe metalowe brzuszyska) oraz mogą spowodować wypadek motocyklisty albo rowerzysty, jeśli nocą nie zauważą omawianego znaku i garbu (materialna pułapka). Może na geometrię i masowe występowanie omawianych przeszkód ma wpływ lobby... warsztatów samochodowych? Znane są przypadki demontażu owych garbów - np. w mieście Derby (Anglia) zdemontowano niemal 150 garbów za prawie pół miliona funtów.W załączniku do Dz.U. nr 220/2003 jest zalecenie, aby znak ostrzegawczy (dla prędkości dopuszczalnej do 60 km/h) znajdował się w odległości 50-100 m od obiektu. Przewidziano odstępstwo od tej zasady "na ulicach staromiejskich lub w innych w miejscach o bardzo ograniczonej przestrzeni". Oczywiście, jeśli przeszkoda znajduje się za skrzyżowaniem w odległości mniejszej niż 50 m, to znak musi znajdować się bliżej, jednak z przeciwnej strony? Tamże opisano znak A-11a o nazwie próg zwalniający, czyli zewnętrzny spowalniacz pojazdu oraz omówiono tabliczki T-1, na których podawana jest odległość z dokładnością do 10 m. Zatem tabliczki z liczbami 16, 22, 27, 29 nie są właściwe i powinny być wymienione - ustawa nie przewidziała takich liczb; powinny być zakończone zerem. Można byłoby się umówić, że nad symbolem garbu nie zanosimy liczby, a to oznaczałoby (domyślnie), że przeszkoda znajduje się w odległości nie większej niż 50 m oraz że dopuszczalna prędkość najazdu na nią wynosi 20 km/h. W ten sposób eliminujemy dwa znaki (informację o odległości do progu oraz ograniczenie prędkości). Kiedyś wyeliminowano zakaz stosowania sygnałów dźwiękowych, który był umieszczany wraz z nazwą miejscowości - uznano, że nazwa domyślnie wprowadza ten zakaz.
Chciałem sobie pożartować z aptekarskiej dokładności Gdynian*, ale z ustawy wynika, że superdokładne tabliczki nie tyle są humorystyczne, ale są wręcz niedopuszczalne, zatem... nielegalne!
* - niestety, słowniki proponują formę gdynian.Błędy na znaku drogowym (9 października 2008)
Prawdopodobnie większość Polaków błędnie pisuje nazwy województw, placów, skwerów, rond, nabrzeży, bulwarów. Dowody znajdujemy w prasie, ale nie tylko. Także na wizytówkach, plakatach, reklamach i... znakach drogowych.
Obiekt na mapie i na znaku drogowym: gmina Kruszyna - gmina wiejska w województwie śląskim, w powiecie częstochowskim. W latach 1975-1998 gmina położona była w województwie częstochowskim. Siedziba gminy to wieś Kruszyna.
Porównajmy powyższe wymienione nazwy z opisem na dołączonym typowym znaku drogowym, na którym wszystkie wyrazy napisane są od wielkich/dużych liter. Posiłkując się słownikiem ortograficznym snadnie dojdziemy do wniosku, że na drogowej tablicy poprawnie napisano jedynie nazwę własną wsi - Kruszyna. Pozostałe wyrazy napisano błędnie (niezgodnie z aktualnymi słownikami, choć to również nazwy własne!)...
W związku z opisanymi (a częstymi) błędami, należałoby ujednolicić pisownię nazw geograficznych, niezależnie od rodzaju obiektu. Wówczas znaki drogowe byłyby bezbłędne, w przeciwnym bowiem przypadku, należałoby je... poprawić.
Jeżeli nazwa mikro- lub makrogeograficzna składa się z co najmniej dwóch członów, z których pierwszy jest rzeczownikiem, drugi zaś jest określeniem odpowiadającym na pytania jaki, czyj, to wszystkie rozpatrywane wyrazy należy pisać od wielkiej/dużej litery.
Zatem -
nie aleja Zwycięstwa a Aleja Zwycięstwa
nie plac Kaszubski a Plac Kaszubski
nie skwer Kościuszki a Skwer Kościuszki
nie bulwar Nadmorski a Bulwar Nadmorski
nie trasa Łazienkowska a Trasa Łazienkowska
nie nabrzeże Albańskie a Nabrzeże Albańskie
nie cmentarz Łostowicki a Cmentarz Łostowicki
nie jezioro Drwęckie a Jezioro Drwęckie
nie morze Śródziemne a Morze Śródziemne
nie ocean Spokojny a Ocean Spokojny
nie góra Kościuszki a Góra Kościuszki
nie las Kabacki a Las Kabacki
Niektóre z powyższych terminów są już od dawna pisane w proponowanej formie, ale celowo zostały przemieszane wraz z jeszcze nieuznanymi formami, aby przekonać sceptyków do zunifikowanej zasady proponowanej na wstępie. Przyjęcie sugestii zmniejszyłoby liczbę błędów popełnianych we wszystkich dziedzinach nauki, techniki i życia codziennego.
Powyższe propozycje nie dotyczą (a zatem nie naruszają dotychczasowej pisowni) przykładowych określeń: kontynent Europa, państwo Polska, stolica Warszawa, miasto Gdynia, dzielnica Redłowo, morze Bałtyk, wyspa Wolin, rzeka Wisła, jezioro Śniardwy, wodospad Niagara, cieśnina Dardanele, zatoka Alaska, ulica Zakręt...
Kruszyna, a jednak może przyczynić się do obalenia nielogicznych zasad naszego trudnego języka... Pokruszy skostniałe reguły?Kanadyjska Kupa Wojewódzka (11 października 2008)
Pewien 20-letni Kanad* zamiast jeszcze wiele lat poświęcić rozwojowi swej inteligencji i w nieco późniejszym wieku spróbować zaistnieć w mediach (jako postać cokolwiek już ukształtowana), postanowił przebić się, nie czekając na zakończenie procesu fałdowania swych nazbyt jeszcze młodych a szarych komórek półkul zawartych w pudle kostnym. Zaznajomił się z procedurami (o tym poniżej) stosowanymi w polskich mediach, sądach oraz w naszym artystycznym świecie (a raczej w półświatku) i został nimi zainspirowany, zatem ruszył na podbój świata korzystając z YouTube.
Ponadto oglądał naszą (pół)intelektualistkę - Kupę Wojewódzką, która to kojarzy się z utykaniem. Utykała bowiem flagi Narodu Polskiego w końcowych psich produktach przemiany materii. I żeby utykała również na kończynę dolną (choćby z powodu uwierania półbuta), to moglibyśmy jej współczuć, jednak ciągle utyka na bezrozumne półkule uwierające jej półinteligencję. Może telewizyjne studio powinna zamienić na ciche a bezklamkowe pomieszczenie? I wlać (dla towarzystwa) co bardziej treściwe resztki jej ulubionej zawartości szamba? Mucha nawet już nie chce siadać na tej oszołomskiej Kupie...
Ponieważ aby coraz bardziej szokować, należy podnosić poprzeczkę wyrafinowanej głupoty, ów zaoceaniczny przygłup przebił polską Kupę zmasowaniem pomysłów - hostię... ciął piłą, przypalał papierosem, przybijał gwoździami, spuszczał z wodą w toalecie i gotował w garze. Ten młody "geniusz" proponuje (jak widać) cały wachlarz instalacji - od statycznych po dynamiczne. I jakaż ekspresja bije podczas zmagań z uduchowionym opłatkiem! To jedynie część jego artystycznych występów. Po kilku procesach w Polsce, w których nie dostrzeżono znamion przestępstwa w twórczości artystycznej polskich twórców typu Znalskie i Nieznalskie, niewykluczone, że owego Kanada warszawska "Zachęta" zaprosi do wtopienia się swoją instalacją w naszą artystyczną rzeczywistość.
Na drugiej półkuli (tym razem ziemskiej) emitowane filmiki zostały oprotestowane przez katolików, jednak z marnym skutkiem, bowiem po parogodzinnej przerwie, ponownie je zamieszczono. Przecież należy walczyć z kołtunerią oraz zaściankowością i Kanadzi sobie z tym coraz lepiej radzą... YouTube jest oskarżana, że na wizji pozostawia antykatolickie "dzieła sztuki", podczas gdy natychmiast usuwa ruchome obrazki obrażające muzułmanów i żydów (także Żydów). Oczywiście, owi odważni i twardzi ludzie Północy, nie walczą ze średniowieczem innych religii, bowiem kolejny samolot mógłby zboczyć z rejsowej trasy, a wieżowców jednak ci u nich jest całkiem sporo...
Najwyraźniej ludzkość nie może dojść do konsensusu na linii podziału 'wolność poglądów' a 'szacunek wobec symboli'. Są ludzie, których otoczenie nie uwrażliwiło na to drugie pojęcie, zatem myślą, że hostia to okrągły wafelek, flaga to pozszywane kolorowe płachty, zaś krzyż to dwa prostopadle zmontowane patyki. Większość to prowokatorzy, którzy jedynie anonimowo w internecie są odważni, bowiem dyskutując z nazwiska nie pisaliby wielu bzdur, niemniej istnieje grupa osób rzeczywiście zagrażająca dobrym obyczajom i bezpieczeństwu globalnej wioski. Osoby te mogłyby wiele dobrego zdziałać w rozmaitych dziedzinach, jednak wybrały destrukcję zamiast twórczości przydającej blasku światu. Idioci wszystkich krajów, wyłączcie się!
Pewien amerykański profesor biologii rzekł był - "Niszczenie hostii jest doskonałą formą protestu przeciwko agresji katolików". No cóż, niektórzy się zastanawiają (choćby sprawa polskiego astronoma), czy można być z jednej strony profesorem, z drugiej zaś mieć poważne braki w etyce. I widać, że... (niestety) można!
Pewnie każdy naród ma swoją powiatową, wojewódzką lub nawet narodową Kupę. I takie coś najczęściej wypływa, kiedy diamenty toną. (I żeby choć ta kanadyjska Kupa chciała pachnieć żywicą, niczym wielka i piękna Kanada według książki Arkadego Fiedlera).* - zbyt długie i niezbyt eleganckie "Kanadyjczyk", nieprawdaż?
Oceń wygląd zmarłego! (18 października 2008)
11 października 2008 zmarł Dariusz Siatkowski. Był aktorem i miał 48 lat. Zmarł nagle, w pełni sił twórczych. Wielkie zaskoczenie - w takim wieku nie powinno schodzić się ani ze sceny, ani ze Sceny. Drugie zaskoczenie zaserwowała nam Wirtualna Polska. Wiadomość o śmierci zamieściła 2 dni później, jednak na swoim portalu ma (zapewne od paru lat) wizerunek aktora, zaś obok (klikając na "O twórcy") mamy dwa rankingi - "oceń talent" oraz "oceń wygląd". Można sobie kliknąć na gwiazdki (od 1 do 5 sztuk) oceniając a to talent, a to... wygląd. Trzy dni po Jego odejściu wpisałem na forum - "Widzę fotos i gwiazdki, abym ocenił talent i wygląd. A wypada to tak?".
Te rozważania piszę 18 października. Jest już po pogrzebie, jednak ranking jest nadal zamieszczony! Nadal portal namawia nas do oceny wyglądu twarzy Zmarłego (jakby nigdy nic!). I taki ranking będzie tam "do końca świata" (aby się o tym przekonać, wystarczy wpisać tamże inne nazwisko wcześniej zmarłego aktora albo aktorki), chyba że w końcu ktoś się opamięta. Czy tak się godzi?
A poniżej mamy zachętę - "Rekomendacje: dodaj tę osobę do swoich Ulubionych (po zalogowaniu się do WP)". Można ponadto kliknąć w temat "fankluby" i... mamy - "Jesteś fanem tego twórcy? Stworzyłeś jego fanklub lub jesteś jego członkiem? Niech inni się o Was dowiedzą! Dodaj informację o fanklubie tego twórcy do naszego serwisu. Nie masz gdzie go założyć. Zrób to w WP!". No jeszcze co?! Być może, że zakładane są pośmiertnie fankluby, jednak ta propozycja jest podsuwana na monitorze automatycznie, niezależnie od stanu istnienia omawianej osoby. I tu także kłania się etykieta tudzież szacunek wobec Finału.
Moim zdaniem, jeśli umiera osoba, która jest wyeksponowana na jakimkolwiek portalu, to dobre wychowanie nakazywałoby otoczenie wizerunku symboliką charakterystyczną dla smutnego a ostatecznego wydarzenia. No i wyłączenie zabawowej opcji oceny talentu i wyglądu, wszak to po prostu nie wypada. Znaczenie ostatnich dwóch słów jest coraz częściej zapominane, tak w polityce, jak i w mediach.
W dobie komputeryzacji, to chyba niewielki problem, aby opiekun portalu wpisując datę śmierci, powodował automatyczne (w aplikacji) zawieszenie obu opcji "oceń" na rok. Po dwunastu miesiącach opcja oceny talentu byłaby wznawiana, jednak opcję wyglądu chyba jednak należałoby bezterminowo skasować, czyż nie? Gdyby dawniej istniał internet - czy można sobie wyobrazić utrzymanie wyboru "oceń wygląd" dla sławnej naszej piosenkarki, która zginęła w katastrofie lotniczej?
2 listopada na linku dotyczącym zgonu widzimy...- "Płonące gacie Roberta Downeya Jr.". Skandal!Gamoń, bo odmówił aktorce? (23 października 2008)
Dziennikarze powinni być etyczni i sugerować społeczeństwu moralniejsze warianty postępowania w życiu? Takie pewnie jest deklarowane posłannictwo dziennikarzy, wszak wszystkim przyjaznym ludziom zależy na dobru, nie zaś na złu.
Ale jak to wygląda w konkretnych sytuacjach?
23 października gazeta "Fakt" zamieszcza artykuł z wielkim tytułem "Żora Korolyov - Gamoń pięciolecia?".
Podobno ukraiński aktor miał grać namiętne sceny łóżkowe z Paris Hilton. Odrzucił ofertę, ponieważ miało być w filmie zbyt wiele scen erotycznych, a nawet perwersyjnych. "Nie będę robił wszystkiego, żeby błyszczeć, bo taka spraw jak seks, jest dla mnie zbyt intymna" - stawia sprawę jasno.
I dziennik ów zamiast pochwalić, że nie wszyscy chcą osiągnąć sławę za wszelką cenę, że znalazł się pierwszy, który dał kosza superdziewczynie; otóż ta gazeta zadaje pytanie, czy Żora jest gamoniem? Wprawdzie w artykule odpowiada zaraz - "Wcale nie! Jest młody, przystojny, kariera stoi przed nim otworem. Może z pewnością osiągnąć sukces w bardziej ambitny sposób...". Ale cóż z tego, że gazeta usprawiedliwia spławienie panny Hilton, skoro każdy czytelnik jest zasugerowany wydźwiękiem tytułu - oczywiście, że Żora to frajer, przecież większość panów skorzystałaby z oferty.
Na koniec artykułu czytamy - "Żora swoją szansę na seks z Paris stracił na zawsze". Co autor rozumie przez "seks", skoro zastanawia się nad seksem z Amerykanką? Ponadto - nie można było napisać, że to Paris straciła szansę na seks z Żorą? Przecież to dotyczy obojga na zasadzie symetrycznej wzajemności. Znowu eksponowany jest pogląd wyłącznie męski...
A przy okazji - Żora Koroliow (wł. Georgij Korolow) - ukraiński tancerz; jego nazwiska nie powinniśmy zapisywać z angielska Korolyov (jak na wstępie; imię jednak z polska?). I jest Ukrainem (nie Ukraińcem; pod. Rumun, wszak nie Rumuniec).
Nieporozumienia (niezrozumienie?) z dziwnymi tytułami to codzienność dla wielu mediów. Tamże mamy notkę pt. "Pies rozszarpał głowę raczkującego chłopczyka". Przepraszam, ale czy ktoś w redakcji wie, jak wygląda rozszarpane ciało, zwierzę, człowiek, głowa? Jednak w tekście już mniej sensacyjnie - "pies ugryzł w główkę rocznego chłopczyka". Lekarze wprawdzie walczą o jego życie, jednak nie piszcie, że pies rozszarpał głowę!
No i dziwna jest ta dziennikarska brać - pisze ona, że dziecko wpełzło wprost pod budę psa obgryzającego kość i zaraz zastanawia się - "Nie wiadomo, dlaczego zwierzę rzuciło się na malca". Może redakcja ogłosi konkurs z nagrodami na poprawną odpowiedź?PS O co w życiu ocierał się rolnik? Albo - o co to się w życiu rolnik nie naocierał? Pewnie o wszystko, co można spotkać na wsi, ale także (podczas gościnnego wyjazdu do miasta) ocierał się o napotykane tam przedmioty i osoby. Jednak notatka (obok wieści o pełzającym dziecku) oznajmia swym tytułem, że "Rolnik otarł się o śmierć". Istotnie, facet miał szczęście - tłoki silnika traktora ocierały się o cylindry, ale na kolejowym przejeździe zatarły się i skład stanął na torach. Ponieważ nadjeżdżał pociąg, przeto zmyślny rolnik rozłączył zestaw, przepychając ciągnik na bezpieczniejszą odległość i pozostawiając ładunek na pastwę lokomotywy, która rozniosła w drobiazgi przyczepę zawierającą ziemniaki, a które to migiem otarły się o siebie nawzajem i nadają się teraz na kartoflankę albo na placki ziemniaczane. Od ocierania zaczyna się życie i - jak czytamy - w każdej chwili można otrzeć się o jego zakończenie. Zatem uważajmy na siebie i nie ocierajmy się (przesadnie) o Finał, choć przecież i tak on nas kiedyś dopadnie...
Wcale nie zgwałcił kursantki (24 października 2008)
Pod takim tytułem ukazał się w internecie frapujący artykuł. W połowie października sąd uniewinnił instruktora nauki jazdy oskarżonego o gwałt na 20-letniej kursantce. Do zdarzenia miało dojść w 2006 roku. Poszkodowana nie poinformowała o tym wówczas nikogo. Jak argumentowała, dopiero, kiedy jej siostra chciała pójść do tej samej szkoły na kurs prawa jazdy, powiedziała o gwałcie rodzinie, a ta zawiadomiła prokuraturę. Sąd nie dał wiary oskarżeniom i dowodom w tej sprawie. Oskarżony od początku postępowania nie przyznawał się do winy.
Artykuł jest ciekawy z paru powodów. Dotyczy stosunków międzyludzkich pomiędzy parą ludzi (to powód pierwszy z paru...).
Po drugie... Ukazał się w dziale "Motoryzacja" pośród tytułów nieco bardziej związanych z ruchem samochodów - Niesportowa postawa Ferrari! Miss i jej galeria! Policja w 35-letnim aucie! Polka w kalendarzu Pirelli! Pracę straci 1500 osób! Auta rozcinali strażacy. A1 dłuższa o 65 km! Wśród nich są dwa również nawiązujące do pań, jednak w aspekcie ich związku z autami, zatem są to związki dobrowolne, niewinne i wysoko opłacane. Czytając owe sądowe wieści w motoryzacyjnym dziale, nie można przejść (a nawet... przejechać) obojętnie obok pytania - a co byłoby, gdyby kursantkę zwabił sztygar, pilot, kucharz, policjant? Czy wówczas notka ukazałaby się w dziale górnictwo, lotnictwo, kuchnia polska, kronika kryminalna? (Choć ostatnia klasyfikacja wydaje się przypadkiem właściwie dobrana)...
Trzeci aspekt... Owszem, bywają gwałty urojone przez panie, jednak wiele jest prawdziwych, ale nie do udowodnienia, zwłaszcza po paru latach. Wskazówka dla potencjalnych gwałcicieli - od początku nie przyznawać się do winy. Złodzieje także wyznają zasadę - złapią cię za rękę, wmawiaj, że nie twoja.
Po czwarte... "Sąd nie dał wiary oskarżeniom i dowodom w tej sprawie" - no cóż, sąd jest niezawisły, ale nie jest z istoty swej nieomylny. Inny skład, inne miasto, inne czasy, a wyrok mógłby być odmienny od zasądzonego. Facet został uniewinniony, co nie oznacza, że nie popełnił przestępstwa; oznacza, że dowody były niewystarczające. Można zastanowić się - a niby jaki interes miałaby ta dziewczyna, aby po dwóch latach wymyślić (w końcu wstydliwe i szokujące) wydarzenie? Jeśli fałszywie oskarżyła ujeżdżacza (samochodowego), to powinna ponieść odpowiedzialność karną. Wskazane byłoby skorzystanie z wariografu. Jeśli panna nie jest znana jako konfabulantka, zaś instruktor ma podobne sprawy na swoim koncie... Lecz cóż - sąd ma lepszych specjalistów do dyspozycji. I podobno zależy mu na poznaniu prawdy. Taki przynajmniej powszechny panuje osąd.
Piąty punkt, to konkretne propozycje. Wskazówka dla pań - wdziewajcie pełen rynsztunek wzorując się na panach (spodnie, kufajka, gumofilce) i nałóżcie na twarz szary makijaż (albo zastosujcie bezmakijażowe a naturalne odstraszanie). Wasz imaż ma odstręczać nawet półniewidomego, przygłuchego, kulawego i wyposzczonego satyra. Młodzi instruktorzy nie powinni być dopuszczeni do tej pracy. Nabór na kursy organizować po czterdziestce. Firmy organizujące kursy na prawo jazdy powinny stosować zniżki dla osób stosujących solidne zabezpieczenie całego steku - kto pamięta Nielsena, który wybrał się pod więzienny prysznic w "Nagiej broni", kiedy to w więzieniu nachyla się po mydło i jakież rozczarowanie maluje się na facjacie niedoszłego amanta?
Dodatkowo za pazuchą trzymajcie magnetofon. Na bereciku z antenką powinny być szczere ostrzeżenia - "nie daję" (zarówno w znaczeniu "nie wręczam", jak również w sensie "nie roznóżam") oraz "rozmowa może być rejestrowana" (takie nawiązanie do czasów młodości matek). Zamiast zbyt obszernych napisów, mile widziane urocze a graficzne ogólnie znane symbole - przekreślone banknoty oraz krzyżyk na wyrazie SEX, tudzież wizerunek magnetofonu. W regulaminie egzaminu powinno być zastrzeżenie (i to w związku z unijną unifikacją prawną modą na nierozróżnianie płci w przepisach) - kursanci mogą zdawać wyłącznie w długich niejaskrawych spodniach. Im mniejsze rozumki, tym dłuższe nogawki, jednak mogą być obiektywne trudności z tym oszacowaniem... Taki zapis jednocześnie uniemożliwiałby panom walczącym o równość, usadowianie się w sukienkach i w stringach obok instruktora (wszak są tacy, co to na znak protestu gotowi są nosić damskie fatałachy!)... Lesbijki i geje powinni (sami dla własnego dobra) wyraźnie sugerować instruktorowi swoje niewinne (jak to ustalono kilkanaście lat temu) odchylenia od normy (podobno) niesprawiedliwie ustalonej przez większość społeczeństwa. Zresztą instruktorki i instruktorzy również powinni wysyłać odpowiednie sygnały, aby podczas szkolenia nie dochodziło do całkiem grzesznych sytuacji...
Powyższe propozycje powinny być przeanalizowane również przez związki studentów, które (wespół z władzami uczelni) powinny sformułować odpowiednie zapisy w regulaminie dotyczącym strojów wdziewanych z okazji egzaminów, w szczególności ustnych.
No i jaką moc ma dodany wyraz "wcale"? "Wcale nie zgwałcił"? A czym się to różni od "Nie zgwałcił". Jest to zbędna interpretacja wyroku, ponadto wyraźnie sugerująca, że dziennikarz przesadnie uwierzył w niewinność instruktora, zatem ujawnił swą stronniczość. Żurnalista nie powinien wypowiadać się po jednej ze stron, wszak to jest notka sądowa, nie felieton. Potocznie ów wyraz funkcjonuje dość powszechnie (wzmacnia przeczenie), jednak w oficjalnych tekstach jest zbędny, a nawet składniowo niepożądany: "Wcale nie podpisano umowy", "Wcale nie zniesiono wiz", "Wcale nie chorujemy częściej", "Wcale nie jest instruktorem", zatem powinien być pomijany.Chwila, termin, rzetelność - nowe definicje? (25 października 2008)
Ciekawą nowinkę wprowadził portal tvn24.pl. Po paru tygodniach działania, czyli przewijania się u dołu monitora, 3 września 2008 nowinka padła. Ostatnie wieści brzmiały:
4. rocznica ataku terrorystów na szkołę w Biesłanie.
Na Westerplatte obchodzono 69. rocznicę wybuchu II wojny.
Prezydent i premier udali się na szczyt UE w sprawie Gruzji.
W całym kraju uczniowie rozpoczynają rok nowy szkolny.
1000 pracowników oświaty ma pikietować przed MEN.
W szpitalu zmarł górnik ranny w kopalni "Bielszowice".
Nim je zdjęto, krążyły (przewijały się) one na pasku w swej niezmienionej formie już od 1 września, stopniowo (z dnia na dzień) tracąc swą świeżość.
4 września zostały zastąpione wyjaśnieniem -
Uwaga! W związku z konserwacją aplikacji pasek TVN24, usługa jest chwilowo niedostępna. Za utrudnienia przepraszamy.
Od dawna aplikacje kojarzą się z praktyką prawników przygotowujących się do wykonywania poszczególnych zawodów oraz z ozdobnym wzorem z tkaniny, skóry lub innego materiału, który naszywa się na tło. Od niedawna z. (właśnie) komputerowym programem użytkowym (np. wspomniany pasek TVN24). Jednak jak sobie wyobrażamy konserwację programu? Czyszczenie, malowanie, smarowanie?
No i nie ma co przepraszać za utrudnienia. Jeśli są korki na drodze, to można mówić o utrudnieniach. Tutaj nie ma utrudnienia - w tym przypadku jest... niemożliwość (odpowiednik raczej zawalonego mostu).
Chwilowa niedostępność? Ileż to godzin? A może dni? Paskowa informacja ruszyła dzisiaj, zatem niemal po dwóch miesiącach. I to ma być "chwilowa niedostępność"?Z ustaleniem terminu zakończenia robót ma pewnie większość firm. 7 sierpnia 2008 rozesłano komunikat, w którym uprzedzono, że od 11 sierpnia "przez okres ok. miesiąca nastąpią zmiany tras" kilku linii wiodących do Redłowa. 4 września ukazał się komunikat, że autobusy paru linii będą ponownie kursować po stałych trasach od 6 września, czyli miesięczny termin remontu byłby dochowany (i to z małym przyspieszeniem). Zatem sukces!
Jakież było zdumienie pasażerów, kiedy 5 września zamieszczono rozczarowujący komunikat - "Wcześniej podany przez nas termin przywrócenia stałych tras linii 133, 134, 192 i 292, tj. od dnia 6 września br., jest nieaktualny. Jak wynika ze sprostowania, które otrzymaliśmy od Zarządu Dróg i Zieleni w Gdyni, zakończenie prac na ul. Redłowskiej, a tym samym przywrócenie stałych tras ww. linii, nastąpi ok. 21 września 2008 r.".
2 października przekazano kolejną informację - "Zamknięcie ul. Redłowskiej w Gdyni. Zmiana tras linii 133, 134, 192 i 292 od 11 sierpnia 2008 r., do ok. 10 października 2008 r.".
Niestety, ale i ten termin nie został dotrzymany. Ostatecznie remontowaną ulicę udostępniono 25 października, zatem prace przeterminowano o 1,5 miesiąca....
Ponieważ ukazał się kolejny komunikat (tym razem wybiegający w daleką przyszłość): "Zamknięcie ul. Polskiej w Gdyni. Zmiana trasy linii 119... od 16 czerwca 2008 r. przez ok. 9 miesięcy", przeto należy podchodzić z dużą dozą ostrożności (i humoru) do terminów branych z kapelusza...
Parę dni temu media podały, że nie tylko nie wykonamy ok. 1000 km (z zaplanowanych 3000 km) szos na Euro 2012, ale że optymistyczni informatorzy od początku wiedzieli, że to (polski!) informacyjny szwindel...
Zatem - czy określenie "chwila" zmienia swe znaczenie w naszym języku? A "termin zakończenia prac"? A "rzetelność"?Media podają prawdę... niekoniecznie pełną (27 października 2008)
24 października redakcja Onetu aż tak została zaskoczona informacją o wypadku pewnej reporterki, że w dwóch różnych artykułach opisano to wydarzenie.
O godz. 9:05 zamieszczono artykuł "Śmiertelnie potrąciła pieszego i uciekła" -
W Żywcu na Podbeskidziu pijana kobieta śmiertelnie potrąciła pieszego i uciekła z miejsca wypadku - informuje RMF FM. W nocy policja bezskutecznie poszukiwała kierującej samochodem kobiety. Ostatecznie to mąż przywiózł ją na komendę. Kiedy kobieta tam trafiła, miała ponad półtora promila alkoholu w organizmie.
Natomiast o godz. 10:45 opublikowano artykuł pt. "Pijana reporterka śmiertelnie potrąciła pieszego" -
Pijana dziennikarka "Dziennika Zachodniego" śmiertelnie potrąciła pieszego i uciekła z miejsca zdarzenia. Do wypadku doszło w Żywcu. Kobieta potrąciła 47-latka tuż przed skrzyżowaniem i odjechała z miejsca wypadku. Policjanci w wyniku rozmów ze świadkami zdarzenia ustalili kto mógł być sprawcą wypadku. Kobieta została przywieziona do żywieckiej komendy przez małżonka. 31-letnia dziennikarka miała 1,7 promila w wydychanym powietrzu godzinę po wypadku. Kobieta trafiła do policyjnej izby zatrzymań. Grozi jej 12 lat więzienia.
Po zorientowaniu się w dublu, redakcja zdjęła jeden z tytułów ze strony głównej. A jakiż to? Obstawiamy? Zdjęto drugi link ze strony głównej (liczba dyskutantów - ok. 70, pierwszy zaś osiągnął ok. 350 wpisów).
Można spekulować, czym kierowała się redakcja zdejmując wybrany artykuł - przypadek (rzut monetą?), czy zbyt kontrowersyjny tytuł, bijący w dziennikarski a szlachetny stan? Pierwszy artykuł wskazuje na kobietę jako sprawcę wypadku. Drugi nie tylko podaje płeć, wiek, stopień upojenia, ale także tytuł medium. A to już zbyt wiele jak na... bezstronną notatkę.
Media to największa władza - jeśli wypadek był spowodowany przez księdza, policjanta, posła, to w tytule eksponowano ten fakt bez kosmetycznego tuszowania. Przedstawiciele Kościoła, Policji czy Sejmu nie zapytaliby redakcji - "a dlaczego tak wyraźnie określacie funkcję sprawcy, czy nie można byłoby to przemilczeć?", bowiem gdyby takie pytanie ujawniono (z niemałą satysfakcją!), to dopiero byłaby sensacja, której media oczywiście nie zatuszowałyby w ramach walki o prawdę w demokratycznej Polsce! Ale przecież nie ma nakazu podawania wszystkich szczegółów, jeśli redakcja nie uzna ich za społecznie pożądane. No i redakcja tak uznała. Mogła tak uczynić? Mogła i... uczyniła.
Oceńmy działalność Wojewódzkiego, Majewskiego i innych medialnych postaci, w tym dziennikarzy. Oni mogą każdego wziąć na swój warsztat i ośmieszyć, obgadać, obrazić, sponiewierać. Jeśli przesadzą, to najwyżej po paromiesięcznym medialnym rozgardiaszu zapłacą grzywnę (z konta ich wydawców), zdobędą sławę kosztem swych ofiar i zażyczą sobie wyższego wynagrodzenia, bo i oglądalność wzrośnie...
Niby wszyscy są równi wobec prawa, jednak społeczeństwo oczekuje od księdza, policjanta, polityka, dziennikarza, prawnika, czy lekarza jednak wyższych standardów, tak w życiu osobistym, społecznym, zawodowym. Na drogach z jednej strony zabijają pijane menelowate indywidua, jednak z drugiej strony także osoby społecznie zaszeregowane cokolwiek wyżej. I nie ma recepty na nich wszystkich. Rocznie 100 tysięcy zatrzymań potencjalnych zabójców? Przewidziano dwa lata za jazdę po pijanemu? Kto tyle odsiedział? Furman? Rowerzysta? Śmiechy z Temidy! Czas jest sprzymierzeńcem pijanicy, a jeśli ofiara wypadku nie zajmowała wystarczająco wysokiego miejsca w naszym społeczeństwie, to sprawiedliwość będzie iluzoryczna. Możemy obstawiać uczciwy wyrok dla owej dziennikarki? A może proces powinien odbywać się w odległym mieście?
A przy okazji całkiem inna sprawa, także szokująca! Trudno orzec, czy każdy prawy mąż odwiózłby winną żonę na komisariat po ucieczce z miejsca wypadku, ale raczej nie, bowiem jeszcze nie słyszałem o takim przypadku. Po raz pierwszy przeczytałem tę zaskakującą wiadomość w aspekcie małżeństwa przynajmniej w połowie... dziennikarskiego. Spekulacje - "dlaczego to uczynił?", to osobny rozdział dziennikarstwa polskiego... Zwykle (taki jednak zwyczaj i to raczej na całym świecie) współmałżonek nie denuncjuje drugiej połówki (bez aluzji do alkoholu!), choć w historii znane są przypadki donosu na kogoś ze swojej rodziny pod wpływem mniej lub bardziej wartościowych ideologii... Nawet sądy podczas procesów zezwalają na odstąpienie od zeznań mogących zaszkodzić rodzinie. Ciekawe są zatem kulisy tego dziennikarskiego wypadku i to aż w dwóch aspektach...
PS Gdyby w Polsce prawo było prawem, to sprawczyni otrzymałaby wstępnie trzymiesięczny areszt, co uzmysłowiłoby wszystkim potencjalnym sprawcom tragicznych wypadków drogowych, że Temida jest istotnie surowa wobec nietrzeźwych kierowców. A jest tragifarsa! Zanosi się na kolejną kompromitację "surowego" prawa z udziałem zmotoryzowanego a pijanego zabójcy.Polska nie jest normalnym państwem? (5 listopada 2008)
Na początku listopada czytamy o młodym Polaku, któremu nie udało się dorobić w krótkim czasie - wprawdzie wylądował szczęśliwie, jednak wpadł na cle w Wielkiej Brytanii: http://www.tvn24.pl/0,1571818,0,2,polak-z-kokaina-za-20-mln-funtow,wiadomosc.html podaje -
20 milionów funtów - tyle była warta na czarnym rynku kokaina, którą 25-letni Polak próbował wwieźć do Wielkiej Brytanii. Służba graniczna zatrzymała go z 5 kilogramami narkotyku. Krzysztof Z. został zatrzymany przez na lotnisku w Birmingham, gdy próbował wwieźć 5 kg kokainy - poinformował w środę brytyjski urząd celny. Polak został aresztowany pod zarzutem przemytu narkotyków. Czarnorynkową wartość narkotyku oszacowano na co najmniej 20 mln funtów szterlingów. Pochodzący z Gorzowa Wielkopolskiego Polak przyleciał samolotem z Cancun w Meksyku.
Tyle u nas, czyli dane poufne. A co czytamy w normalnym państwie? Wrzucamy do Gogli słowa: Krzysztof, Solihull, Cancun i mamy -
A Polish national has been charged with drug smuggling offences after police seized cocaine with a street value of about? 500,000 at Birmingham Airport. About 5kg of the class A drug, which can double or treble once it is "cut" by street dealers, was found in a suitcase and laptop bag as Krzysztof Zoledziejewski arrived from Cancun on Friday. Mr Zoledziejewski, 24, from Gwiazdzisat in western Poland, was remanded in custody and is due to appear before Solihull Magistrates' Court on Thursday.
W normalnych państwach zatem podają pełne dane (choć bez polskich czcionek). Więcej można dowiedzieć się z zagranicznych mediów, niż u nas, czyli jak za komuny. U nas postsocjalistyczny sąd najczęściej nie udziela zgody na podawanie pełnych danych, a jeśli się zgadza, to po paru latach, czyli po uprawomocnieniu się wyroku. Ale nasze media nawet nie pytały sądu, wszak opisana sprawa nie podlega polskiemu sądownictwu, lecz brytyjskiemu. Po prostu - nasi odważni dziennikarze od razu przyjęli domniemanie, że NIE WOLNO. A mogli zapytać stronę brytyjską o zgodę? Mogli, ale zastanawiali się pewnie, czy Bryci zorientują się o co pytają - pewnie ich niezrozumienie zagadnienia byłoby uznane za wynik niedoskonałej znajomości języka angielskiego z naszej strony... Wyspiarze po prostu nie zrozumieliby istoty pytania - Jak to, Polacy nas pytają, czy my wyrażamy zgodę na przepisanie danych osobowych ich obywatela z naszej gazety do polskiej?! Cudzoziemcy po prostu nie mogą zrozumieć pewnych naszych zwyczajów, które mogą uznawać za odbiegające od umysłowej normy w Europie.
Ponieważ po otwarciu Polski na świat coraz więcej rodaków hańbi nie tylko swoje nazwiska, przeto powstaje pytanie - Czy Polacy, którzy przynoszą nam wstyd poza Polską, nie powinni mieć na ojczystej ziemi dodatkowego procesu o zniesławienie? Może przy okazji zmian w Konstytucji 1997 wnieść stosowny zapis?
I na zakończenie - ilu Polaków zaryzykowałoby w podobny sposób? Choćby z mniejszą ilością i jadąc autem (łatwiej przemycić niż samolotem)? Można się urządzić u progu dorosłego życia nie czekając na wyniki emerytalnych dyskusji i obliczeń, nie rozważając terminu wejścia do strefy E i nie grając w totka... A w razie wpadki można skończyć studia (mocno stacjonarne) w najbardziej światowym języku, czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
Odradza się takie machlojki w wybranych krajach, np. azjatyckich i to nie tylko z powodu niezbyt światowych języków tam obowiązujących - tamtejsze sądy nie dają czasu na studia. Więcej - tam nie dają czasu już na nic...
PS Wartości narkotyków znacznie się różnią w wycenie... I Wyspiarzom coś nie wyszło z naszą piękną nazwą miasta - pokręcono 'Gwiazdzisat'.Internetowa makabra (7 listopada 2008)
W Sejmie język coraz nikczemniejszy, obyczaje również. Ale skąd te maniery? Proszę przejść się po ulicach i po korytarzach szkolnych. Z pewnością dawniej był większy wersal tamże niż obecnie. I to stamtąd mamy... posłów.
Ale także media mają w tym udział. Co najmniej paru Polaków nie powinno prowadzić swoich programów w radiu i telewizji.
Co sądzić o internecie? Anonimowi dyskutanci to przykład daleko posuniętej "odwagi", wulgarności i bezczelności. Pewnie kiedyś będą zablokowane te niemal nieograniczone możliwości.
A cóż się dzieje w internetowych mediach - w artykułach na portalach? Bywa, że w smutne albo wręcz w tragiczne wieści wplecione są radosne reklamki. Od paru lat wplatane są linki sponsorowane - wybrane słowo z tekstu łączy nas z informacjami hasłowo nawiązującymi do danego wyrazu.
I na cóż można było dzisiaj natrafić? Otóż, na
http://polskalokalna.pl/wiadomosci/dolnoslaskie/wroclaw/news/nieznani-po-smierci,1207711,3324
czytamy -
Opieka społeczna nie zleca zakładom pogrzebowym ubierania do pochówku ciał osób nieznanych. Zwłoki chowa się do trumny w czarnym worku. Zakaz ubierania to polecenie od pracowników zakładu medycyny sądowej. Ale nie chodzi tu o niskie koszta pochówku, ale o bezpieczeństwo pracowników firmy pogrzebowej.
I dokąd nas wiedzie link "ciał"? Nie na katedrę patologii czy kryminalistyki, ale na oferty dla - a jakże - jeszcze całkiem żywych rodaków - "Zdrowy wypoczynek - tajemnicą urody i długowieczności"... na witrynie http://www.familytour.pl/?s=180.
Czy to nie przesada? Link dotyczy urody i długowieczności, zatem spraw całkiem odmiennych od nastroju wywołanego artykułem. Czy to wypadek przy pracy, czy już całkowita i stała a coraz szerzej rozlewająca się bezduszność?
I jak ten skandal ma się do (również dzisiejszego) szczecińskiego wyroku sądowego w toples(s)owej sprawie? To za takie skandaliczne linki w wirtualnych branżach stróże prawa powinni rozdawać mandaty, nie zaś za ponętne biusty w realu!
PS 10 listopada zamieszczono informację o tragedii rodaków w Skandynawii.
Na http://fakty.interia.pl /swiat/news/dramat-polakow-w-norwegii-ile-osob-zginelo,1208743 mamy notkę -
Dramat Polaków w Norwegii. Ile osób zginęło? W norweskim Drammen rozpoczęto dziś rano przeszukiwanie pogorzeliska z udziałem przybyłych z Oslo techników kryminalistycznych oraz policji. Głównym celem jest poszukiwanie ciał ofiar sobotniego pożaru.
O zgrozo, link prowadzi do tej samej reklamy wczasów! Jakiś patologiczny specjalista od ciał nie odróżnia nieboszczyków od żywych? Nie ma poczucia przyzwoitości?Najkrótsza linia kolejowa w Polsce - do Księgi Guinnessa! (13 listopada 2008)
Od kilkunastu lat przechodzę obok znaków drogowych ustawionych przy skrzyżowaniu ul. Waszyngtona i ul. św. Piotra w Gdyni. Zwykle są w zachlapanym stanie i wymagają ustawicznego mycia oraz wymiany w razie uszkodzenia - a to przez przejeżdżające wielkie tiry, a to przez zirytowanego przechodnia. Znaki te (parowóz i wykrzyknik oraz krzyż św. Andrzeja) ostrzegają nas przed pociągiem mogącym przejechać przez niestrzeżony przejazd kolejowy. Szkopuł jednak w tym, że od dziesięciu lat nie przejechał przezeń żaden nawet... wagon. Z prostego powodu - wprawdzie szyny jeszcze leżą, ale są zasypane ziemią i zarośnięte zielskiem, częściowo są zdemontowane, zaś tor od pół roku wchodzi pod... trotuar!
Przez wiele lat każdy kierowca szanujący prawo, z szacunkiem właściwym powadze uczestnictwa w ruchu drogowym, powinien zwiększyć uwagę na odcinku pomiędzy owymi znakami a kolejowym szlakiem. Mieszkańcy okolicznych domów, ich znajomi oraz codzienni tranzytowi kierowcy wiedzą, że te znaki to bujda na (kolejowych) resorach, jednak pozostali użytkownicy tego fragmentu ulicy zwiększają czujność, co niepotrzebnie ich stresuje, zwłaszcza kiedy spostrzegą, że zrobiono ich w konia (niemal mechanicznego, choć teraz moce podajemy nie w KM, ale w kilowatach - kW).
Gdyby policjanci chcieli wręczać mandaty za niezatrzymywanie się przed torami, to zarobiliby fortunę (oczywiście dla swej firmy...), bo obeznani z sytuacją kierowcy ignorują te bezsensowne blaszyska. Urzędniczy beton zapewne powie - dopóki tory leżą, dopóty znaki są poprawnie ustawione. No to sytuacja jest patowa - kilkanaście znaków stoi, straszy i rdzewieje, kierowcy zaś stawiają swe auta wprost na omawianych torach! Rozsądni policjanci nie wystawiają mandatów, choć nagminnie i z tupetem łamane są zasady ruchu drogowego! Kto i kiedy zakończy tę farsę?
Wskażmy także na aspekt psychologiczny - jeśli kierowca widzi zbędnie a niefrasobliwie ustawione znaki drogowe, to kiedyś popełni błąd i zignoruje podobne, lecz bardzo ważne dla życia oznakowanie. I cóż napiszemy mu na klepsydrze? Że zbagatelizował istotną wskazówkę po uznaniu, że urzędnicy setki razy zlekceważyli go jako obywatela i użytkownika drogi wprowadzając go w błąd?
Można jeszcze dodać, że w skali kraju rokrocznie z naszego budżetu idzie spora kwota na wytwarzanie, naprawy i na kosmetykę tysięcy podobnie zbędnych znaków. Czy mamy nadmiar pieniędzy? Są kraje, w których demontuje się nawet rozsądnie ustawione znaki i stan bezpieczeństwa tam... wzrasta, ale u nas stoją całkiem zbędne znaki! Jak długo jeszcze?
Opisaną linię kolejową proponuję uznać za najkrótszą w Polsce i zgłosić do Księgi Guinnessa w dziedzinie "Najkrótsze linie kolejowe w Europie". Gdynia ma szansę znowu być sławnym miastem, znanym nie tylko z planszy Monopoly...
Znaki drogowe straszące parowozami, wykrzyknikami i krzyżami (czyżby to były krzyże na drogę?) nie wystawiają dobrego świadectwa ani Policji, ani Urzędowi Miejskiemu w Gdyni. Podnoszą one nastrój dramatyzmu i wyzwalają większą adrenalinę, jeśli przyjdzie nam złamać kodeks drogowy. W jakiej wysokości przewidziane są mandaty za łamanie zasad ruchu drogowego w bezsensownej sytuacji?
Zdjęcia w portowym rejonie trzeba wykonywać z ukrycia, bo i teren kolejowy, i pobliskie zakłady straszą znakami "fotografowanie wzbronione" (zapewne terroryści planują zamach na... wyzłomowaną linię kolejową).
Po wyremontowaniu budynku (teraz jest to piękny hotel) położono przy nim trotuar. Uczyniono to jednak łamiąc opisane znaki drogowe, bowiem chodnikiem zakryto kilkudziesięciometrowy odcinek torów kolejowych biegnących do portu i to od zarania miejskiej historii Gdyni. Firma kładąca kostkę zapewne nie otrzymała mandatu za wjechanie z robotą na tory, choć nieopodal stoją wspomniane znaki ostrzegające przed pociągiem mogącym zajechać im drogę. Może po niniejszym artykule w końcu ktoś wlepi mandat za parkowanie trotuaru na torach, choć trudno sobie wyobrazić, aby inwestor odjechał do swej bazy z dawno ułożonym już chodnikiem... Byłby to chyba pierwszy mandat za wjazd nieruchomości na równie nieruchawy tor.
Ze strategicznej linii kolejowej pozostało kilkadziesiąt metrów pomiędzy końcem hotelowego chodnika a zardzewiałą bramą straszącą przy słynnym klubie "Ucho". Ucho można przykładać do szyn i znanym sposobem wsłuchiwać się w stukot pociągu - bezskutecznie (jednak niewykluczone, że policjant wypisze nam mandat za majstrowanie przy torach albo za ignorowanie znaków...). Za bramą widać zerwane podkłady kolejowe, które sugerują, że szyny wiodące do portu to już historia i wsad miły każdemu hutniczemu piecowi. A swoją drogą - dlaczego owa linia nie została zaliczona do zabytków naszego miasta? A może ta muzealna resztka linii to właśnie efekt decyzji o ochronie obiektu szczególnie cennego dla historii naszego miasta? Albo po prostu koszty wyrwania szyn z asfaltu oraz jego załatanie po ekstrakcji przewyższają cenę oferowaną przez składnicę złomu?
Szkoda, że na tym odcinku toru nie zaanektowano parowozu, którego maszynista wyszedł (podczas ostatniego przetaczania) do pobliskiego pubu - mielibyśmy cenny pojazd na historycznym torze. Byłaby murowana (choć ze stali) atrakcja turystyczna, zwłaszcza że widok na nią byłby z innej wysokiej atrakcji - ze słynnych gdyńskich wieżowców Sea Towers.
PS Okazuje się, że owa linia kolejowa, która została zabudowana hotelową infrastrukturą, ma swój kolejny odcinek! Otóż tory odradzają się po ok. dwustu metrach na ich skrzyżowaniu z ul. Węglową, aby ponownie "zapaść się pod ziemię" po dalszych kilkuset metrach i ujawnić się (w okolicach WTC Gdynia i siedziby lokalnej telewizji kablowej) przed kolejnym nibyprzejazdem... Nie przeszkadzają nikomu kolekcje znaków, które ostrzegają kierowców przed (wirtualnymi?) ciuchciami na tych wszystkich skrzyżowaniach? Może kogoś jednak pociągnąć do odpowiedzialności, skoro pociągi nie mają tam niczego do ciągnięcia? Ciekawostką jest i to, że słupki (a właściwie słupy) niosące krzyże św. Andrzeja są wykonane z solidnych kawałków... szyn kolejowych. A jeszcze większą niespodzianką jest i to, że na planach miasta (także w internecie) omawiane szlaki kolejowe widnieją w pełnej swej krasie!Niewłaściwy dobór wariantów sondy (22 listopada 2008)
W sondzie, jeśli jest więcej możliwości do wyboru, należy określić pola wyboru jako zbiory niezachodzące na siebie (oczywiście wówczas, jeśli można oznaczyć tylko jeden wariant), gdyż wówczas część uczestników może myśleć podobnie, ale z powodu niejednoznaczności dokona wyboru na zasadzie rzutu monetą.
Autorzy sondy (http://uwaga.onet.pl) wzięli na tapetę temat "Nie lubię niepełnosprawnych!" (naklejki z tym sloganem trafiają na szyby samochodów, które parkują w miejscach zarezerwowanych dla niepełnosprawnych) i z pytaniem "Co sądzisz o tej akcji?" z trzema możliwościami:
- kontrowersyjna akcja,
- popieram ten pomysł,
- słowa mogą zostać mylnie odebrane jako atak na niepełnosprawnych.
Nie wzięli jednak pod uwagę, że można akcję uznać za kontrowersyjną a jednocześnie ją popierać. Uznano, że jeśli "popieram pomysł", to pozostałe dwie możliwości oznaczają brak poparcia. Podczas układania tekstu sondy oraz podczas głosowania nie należy filozofować, ale dawać najprostsze możliwości do wyboru. W Polsce większość akcji to kontrowersyjne akcje (i na tym polega szokujące oddziaływanie pomysłodawców na społeczeństwo). Należało zatem zignorować pierwszą możliwość (można było ją wpleść w objaśnienie sondy) i poprzestać na dwóch wariantach - "popieram pomysł" oraz "nie popieram pomysłu". Trzecia możliwość także jest niejednoznaczna, bowiem można przecież uznać, że słowa mogą być wprawdzie uznane za atak, jednak (biorąc wszystkie za i przeciw) ostatecznie poparlibyśmy propozycję.
Tekst sondy mógłby brzmieć -
Prosimy o uczestnictwo w sondzie oceniającej kontrowersyjną akcję dotyczącą niepełnosprawnych, nawet jeśli słowa mogą być mylnie zinterpretowane:
- popieram pomysł,
- nie popieram pomysłu.
Jednak określenie "kontrowersyjna" powinno być pominięte, bowiem sugeruje stanowisko autorów sondy (takie jedno słowo może "położyć" obiektywizm testu).
Ale co zrobić, jeśli autorzy koniecznie chcą wpleść to określenie? W takim przypadku ostateczny tekst sondy mógłby mieć "kształt":
- popieram akcję, choć jest kontrowersyjna,
- popieram akcję, choć może zostać mylnie odebrana jako atak na niepełnosprawnych,
- nie popieram akcji, bowiem jest kontrowersyjna,
- nie popieram akcji, bowiem może zostać mylnie odebrana jako atak na niepełnosprawnych.
Jeśli autorzy uznają, że możliwości jest zbyt wiele, a ponadto, że kontrowersyjność akcji wynika z możliwości jej zinterpretowania jako ataku na niepełnosprawnych, to wówczas redukujemy tekst do dwóch wariantów:
- popieram akcję, choć jest kontrowersyjna i może zostać mylnie odebrana jako atak na niepełnosprawnych,
- nie popieram akcji, bowiem jest kontrowersyjna i może zostać mylnie odebrana jako atak na niepełnosprawnych.
Ponieważ są plany przeprowadzenia referendum, niech ten przykład uświadomi autorom (politykom) i wyborcom (obywatelom), że wadliwie ułożony tekst ośmieszy nas wszystkich i nie da wiążącej jednoznacznej odpowiedzi w znacznie ważniejszej sprawie. No i będzie sporo kosztować!Czy rozmawiać z dziećmi o homoseksualiźmie (24 listopada 2008)
To tytuł dyskusji toczonej w programie "Dzień dobry TVN" (23 listopada 2008). Goście i prowadzący roztrząsali modny (choć zainteresowanie publiki marszami równości cokolwiek przygasa) temat homoseksualizmu, który - jeśli zanadto traci powiew świeżości - jest podgrzewany przez kolejne wydarzenia, w tym literackie.
Tym razem omawiano bajkę o dwóch panach pingwinkach zakładających rodzinę (z powierzonego im jaja). Być może publikacja ta uprzyjaźni młodemu pokoleniu mniej radosne strony homoseksualizmu i spowoduje sympatyczniejsze nastawienie dorastającego pokolenia wobec ludzi skrzywdzonych przez los (moim zdaniem mamy trzy rodzaje inwalidztwa - fizyczne, umysłowe i seksualne), zatem to pewien plus tej akcji.
Popierając ten literacki sposób krzewienia wiedzy, można jednak zaniepokoić się, czy za 20 lat statystyki nasze nie odnotują nie tylko obniżenia poziomu uprzedzenia do ludzi zmagających się z piętnem losu, ale także odnotują procentowy wzrost osób deklarujących odmienność seksualną...
Idąc wszak zaproponowanym "bajkowym" tropem, można wydać bajki o wiewiórkach, które za ofiarowane orzeszki są gotowe podnosić kity przed przygodnie napotkanymi wiewiórami. Sympatyczne zwierzątka, które zamiast w znoju zbierać owoce w łupinkach, potrafią na wesoło urządzić się w luksusowych dziuplach (w przeciwieństwie do rudych "mało zaradnych" koleżanek urobionych pracą po pędzelki na uszach) a zatem mogą być wzorcem dla panienek (z dobrych i gorszych domów oraz... przedszkoli), które po kilkunastu latach gremialnie zasilą szeregi najstarszego zawodu na świecie...
Kiedyś bajka Disneya o wesołym koniku polnym a obiboku oraz o mrówkach pracusiach, ukazywała dzieciom ogólnie akceptowany kierunek wychowania. Ale obyczaje się nam poluzowały, zatem i bajki są i będą pisane pod coraz "nowocześniejszą" publikę poczynając już od przedszkolnej dziatwy...
Jednak aby rozmawiać z dziećmi o homoseksualiZmie, należałoby redaktorów odpowiedzialnych za język polski uświadomić, że należy poprawnie pisywać, zatem nie o homoseksualiŹmie, bowiem dziatwa szkolna chłonie wiedzę z teleekranów nie tylko metodą foniczną, ale i optyczną... Czyżby nie posiadano komputerowego programu sprawdzającego ortografię?
PS Tegoż dnia odbył się kolejny turniej "Tańca z gwiazdami". I tu pomysł - może w kolejnej edycji wystąpiłoby kilka par nawiązujących swymi skłonnościami do nowoczesnej bajki o pingwinach? TVN chwalebnie zapisałaby się w walce z homofobią, a i telefoniczna frekwencja byłaby rekordowa.Pomylił kierunki? (6 grudnia 2008)
"Fakt" (5 grudnia 2008) informuje o kuriozalnej kontrabandzie. Otóż pewien Rumun przemycał 100 tys. paczek papierosów. Pierwszą ciekawostką jest środek transportu. Była to... furmanka zaprzężona w dwa konie. No cóż, w Polsce zdarzają się jeszcze pewnie furmanki, choć trudno je zauważyć (jak parowozy, które również zniknęły z naszych krajobrazów), jednak we wschodniej części Europy wspomniane pojazdy są powszechniejsze niż u nas.
W ostatnich dniach trwały protesty "mrówek" przenoszących papierosy całymi "wagonami" (dopuszczalne 10 paczek, czyli jeden "wagon"; najwytrwalsi przekraczali granicę parę razy dziennie). Media ujawniły, że paczka papierosów na Ukrainie kosztuje ok. 1 zł (u nas 5-6 zł).
Jednak Polska i Rumunia należą do wielkiej Unii, zatem znacznie droższe są papierosy w jej obrębie niż na Ukrainie, czyli po kiego Rumun z końmi taszczyli 2 miliony papierosów z Unii na Ukrainę? Aby stracić majątek? To konie nie mogły naszemu unijnemu rodakowi pokazać właściwego kierunku? Choćby na Węgry, Słowację i dalej - na Polskę? A gdyby dojechał furmanką (sic!) do Niemiec albo na Wyspy (tunelem!), to wówczas miałby przebicie, co? Zapewne pomylił kierunki, może szaleju się najadł albo GPS mu się popsuł? A może konie przejęły dowództwo i wolały ku ukraińskiemu owsowi ciągnąć, niemoty?
Za taki kurs mógłby zostać milionerem (licząc w naszej walucie), a nie zapominajmy, że przeciętny Polak przez całe życie (licząc przy obecnych płacach) zarobi właśnie mniej więcej tyle - MILION zł!
Wyjechałby wypasionym dwukonnym wozem, a wróciłby wypasionym dwustukonnym roverem (nie mylić z rowerem) z przebiciem 100:1 i z nieprzebitym licznikiem...Kierowca BMW dostał w głowę (7 grudnia 2008)
Ponad dwa miesiące temu media donosiły, że po pościgu policjanci zatrzymali w Mysłowicach pijanego kierowcę bmw. Agresywny mężczyzna został niegroźnie postrzelony, gdy podczas kontroli sięgnął pod kurtkę. Kierowca stanie przed prokuratorem, który postawi mu m.in. zarzut jazdy po pijanemu. Właściwy wydział kontroli sprawdzi, czy policjant użył broni zgodnie z przepisami strzelając w kierunku kierowcy.
Cóż to znaczy - strzelił w kierunku kierowcy? Jeszcze rozumiem, że policjant strzela do oddalającego się pojazdu, starając się trafić jednak w opony, aby zatrzymać wóz. Już mniej miałbym zrozumienia, gdyby strzelał w tylne okno, ponieważ groziłoby to zabiciem osób znajdujących się w aucie i to niekoniecznie winnych (mogą być całkiem niewinni pasażerowie, choćby dzieci albo zakładnicy terrorysty). Poparłbym policjanta, gdyby miał pewność, że wszystkie osoby z auta, to bandyci poszukiwani listem gończym albo właśnie uciekający po napadzie. Jednak nie popieram stróżów prawa, którzy strzelają do uciekających ludzi, aby zabić. Nie taka jest ich rola w nowoczesnym społeczeństwie XXI wieku!
Opisany przez media przypadek jest jeszcze bardziej koszmarny. Otóż policjant podszedł do stojącego auta i strzelił z bliska w głowę człowieka! Z takiej odległości nie strzela się do człowieka w głowę! Co na to procedury? Mam nadzieję, że strzelał w kolano, ale kula odbiła się rykoszetem...
Jeśli ktoś strzelał w okupowanej Warszawie, bo osoba kontrolowana sięgała pod kurtkę, to można było go zrozumieć - czas wojny, ale my żyjemy w wolnej Polsce! Policjant nie ma prawa strzelać do każdego, kto sięga pod kurtkę. Miał go na muszce, zatem mógł poczekać na dalsze wydarzenia; mógł strzelić mu w nogę.
A media zbagatelizowały to wydarzenie. Proszę zwrócić uwagę na tytuł - "kierowca dostał w głowę"! Czym? Kijem, kamieniem, z procy? A może wałkiem od żony po północy? Nie! W ten cyniczny sposób poinformowano nas, że funkcjonariusz z bliskiej odległości strzelił do obywatela RP. No to może nasi oficerowie w Katyniu również dostali w głowę?! A może po głowie? A może po prostu oberwali po niej? I w ten sposób nasza młodzież dowiaduje się, że strzelenie do człowieka z broni palnej określane jest w dorosłym świecie jako "dostanie w głowę"... Cóż za cyniczny język. Gdyby nasze sądy orzekały karę śmierci, to zapewne ogłoszono by przed kamerami, że "skazany otrzymał czapę".
Pewnie to kolejna afera w Policji! Co pewien czas mamy dziwne zachowania funkcjonariuszy, z których wielu nie nadaje się do niemal frontowej służby. (Inna sprawa, już technicznej natury - cóż to za broń, której pocisk trafia niegroźnie w głowę z metra? Również należy wyjaśnić tę sprawę).
Jeśli dla żartów uciekasz Policji albo nie zauważyłeś, że cię gonią, albo porywacz jest w aucie i każe ci uciekać, to policjant ma prawo strzelać do człowieka celując w głowę, czyli z zamiarem zabicia? Funkcjonariusz ma go obezwładnić i dostarczyć przed oblicze Temidy! A jeśli zabiją przypadkowego przechodnia? Co na to czołowi prawnicy, którzy twierdzą, że nie można zestrzelić pasażerskiego samolotu (porwanego przez terrorystów) lecącego na wieżowiec? Nie wolno go zestrzelić, choć wiadomo po co leci, zaś wolno zastrzelić człowieka w aucie nie dociekając o co mu chodzi? Nie ma tu dysonansu logicznego? Co na to procedury? Co na to przyjazny charakter Polaka a chrześcijanina?
Czyli można strzelać do każdego pijaczka siedzącego na ławce, w aucie, na rowerze, bo sięgnął po coś do kieszeni? I to prosto w głowę? Proszę Was, tylko mi nie potwierdzajcie, że jesteście takimi zwyrodnialcami! Gdybyśmy mieli broń jak w Finlandii lub w Stanach, to codziennie byłyby strzelaniny na drogach!
Do dziennikarzy...
Proszę nie pisać, że auto to BMW albo że prowadził Murzyn lub Rom albo gej, bowiem wówczas tracimy istotę sprawy z pola widzenia. Większość internetowych dyskutantów od razu pisze - zastrzelić kierowcę (bo BMW), Murzyna, Cygana, geja. A gdyby kierowcą była ciężarna emerytowana panna? Cóż za inteligencja pośród dyskutantów - porażająca!
Jeśli nauczyciel da po łbie uczniowi to zaraz wszyscy lecą ze skargą na belfra - zwolnić go! A tu stróż prawa (nie kat!) strzela komuś w głowę, przecież mierząc w nią i to nazywacie zgodnością z procedurami? Gdyby to nie był pijany kierowca z BMW, lecz iracki partyzant albo polski ekolog, to sprawa byłaby badana przez specjalną komisję. Wg mnie ten policjant nie nadaje się do takiej służby (jak większość z nas)! Przecież kierowcą mógłby być cudzoziemiec albo niedosłyszący rodak lub chory na padaczkę. Mieliby trudności ze zrozumieniem wrzeszczącego policjanta. Pomyśleliby, że chce od nich dokumenty - sięgają po nie i ktoś strzela im w głowę? Nie wierzę w takie procedury. Ten kierowca cudem uniknął śmierci, ale następny człowiek nie będzie mieć tyle szczęścia, zatem należy błyskawicznie opracować (dopracować) procedury dla Policji oraz podać je do powszechnej wiadomości, aby obywatele wiedzieli, co im grozi ze strony zdenerwowanego i nieopanowanego policjanta! Że facet był pijany to dowiedziono potem, nie przed strzałem! Mógł być również na lekach.
Na granicy Polski należy rozdawać ulotki (w językach odwiedzających nas turystów), aby dokładnie wiedzieli, że polski policjant może strzelić w głowę zatrzymanego turysty, który sięga po dokumenty. W filmie "Pianista" pewna Żydówka ze stołecznego getta zapytała faszystę "dokąd nas chcecie wywieźć" i oprawca strzelił jej w głowę! Nie była to wstrząsająca scena? Krótko i bez dyskusji. Jednak w okupowanej stolicy, nie zaś w III tysiącleciu i w III RP!
Kto z Was byłby w stanie strzelić w głowę człowiekowi prawie z przyłożenia? W Katyniu ludzie strzelali do ludzi w ten sposób. Bo ktoś im powiedział, że są gorsi. Zabójcy nie czytali powojennych etycznych rozważań. Dostali rozkaz, wódkę, awans i urlop. A widzę, że nasi dyskutanci daliby identyczne wytyczne, gdyby zarządzali Policją - strzelaliby do każdego dziwnie się zachowującego, zatem nie nadają się do posiadania broni palnej!
Gdyby kierowca miał broń i ją wyjął, to nasz policjant byłby szybszy i wnosiłbym o danie mu medalu. A on strzelił bo wpadł w panikę i nie powinien nosić broni, bo zabije kolejnego kierowcę (kobietę, dziadka, inwalidę) albo kolegę a nawet... siebie. Na Wyspach Brytyjskich policjanci nie mają broni. I co robią w takich sytuacjach? Ilu byśmy codziennie grzebali, gdyby każdy policjant strzelał do uciekającego kierowcy? Zresztą należy zapytać prawników unijnych, czy nasz policjant działał zgodnie z procedurami unijnymi. Ten funkcjonariusz strzelił w głowę niepraworządnemu obywatelowi z zamiarem zabicia go (bo chyba sąd nie będzie mieć wątpliwości, że kto strzela z bliska w głowę człowieka, to nie chce go ranić). Ciekawy będzie proces.
Może pozabijajmy wszystkich nieprawomyślnych obywateli, którzy sięgają ręką do kieszeni? Jak na wojnie... Niech funkcjonariusze strzelają do każdego dziwaka, menela, cudzoziemca, narkomana, geja, schizofrenika, pijaka, oszusta, naukowca, artysty i polityka, który tylko dziwnie się zachowa. Tylko niech ujawnią w radiu drogi z czarnymi patrolami, aby je omijać szerokim łukiem...
O charakterze Polaków, ich logice i poszanowania cudzego życia można się przekonać na portalach opisujących tę sprawę. Oto wybrane wpisy z dwóch portali... A nastawienie (na szczęście tylko części) internautów - strzelać do każdego (zwłaszcza z bmw) jest szokujące!Strzelał w głowę, żeby nie uszkodzić dresu. Głowa Drecha jest mniej cenna, niż jego ubranko na wszystkie okazje.
Tak powinno być - strzelać, ale celnie. Kto teraz zapłaci za leczenie tego gnoja? Policjantowi nagana za niecelny strzał!
Policja powinna mieć prawo strzelać, jeśli tylko ktoś się nie zatrzymał, powinni go zastrzelić. Reszta by się bała. Jak był niewinny, to po co uciekał?
Brawo za refleks i piątka za skuteczność. W USA taki koleś już byłby martwy, Policja jest od tego, żeby zatrzymać stwarzającego zagrożenie i powinno się bezwzględnie stosować do jej poleceń. Sięganie pod kurtkę może oznaczać sięganie po ukrytą tam broń, więc moim zdaniem policjant zachował się wzorowo. Na drugi raz debil zastanowi się nad tym co robi i nie będzie chojrakował po pijaku.
Ale nad celnością, to pan policjant powinien popracować.
To skandal!!! Jak mógł z takiej odległości nie trafić bandziora między oczy? Powinny być trzy trupy dresiarzy, a nie ma ani jednego!
Postrzał w głowę - tak powinno być. Jeśli facet nie słucha poleceń policjanta sam jest sobie winien.
Brawo! Takich policjantów nam potrzeba. Szacuneczek dla odważnego pana policjanta.
Nie wiem, czy zgodnie z przepisami, ale na pewno zgodnie z rozsądkiem.
Brawo dla Policji... Wreszcie jakiś policjant odważył się strzelić. Niech to stanie się regułą - uciekasz przed Policją, to przygotuj się na wszystko!
Szkoda, że łba mu nie rozwalił. Szkody by nie było, bo łeb zapewne był pusty...
Policja powinna ich zastrzelić, bo to na pewno jakieś śmiecie, skoro jeżdżą w czarnym bmw, takim przemieszczają się tylko półprodukty.
Policja to fajtłapy - z takiej odległości nie trafić...
Szkoda, że nie trafił w środek łba tego pijanego dresa. Powinni strzelać do wszystkich ludzi w bmw bez ostrzeżenia, to byłby spokój z drechami.
W Stanach za sięgnięcie pod kurtkę facet by już gryzł ziemię, a u nas dopiero się "rozkręcają". I tak trzymać panowie policjanci - zero tolerancji dla bandziorów po kielichu.
Źle celował. W środek łba i byłoby jednego chama mniej, brawa dla policji.
Do ministra sprawiedliwości! Nagrodzić policjanta!
Od razu kula w łeb! Niestety żyjemy w kraju, w którym Policja boi się bandziorów, ja bym proponował kulkę w łeb i tyle.
Gratulacje dla Policji! Prosimy częściej i celniej. Dość pijanych cwaniaczków za kierownicą!
Szkoda, że go policjant nie zastrzelił. Jazda po alkoholu to potencjalny zabójca. Brawo dla policji.
Dobrze policjant zrobił - miał go zabić, byłby spokój!
Najpierw badanie alkomatem, a potem strzał w głowę, tylko tym razem celnie proszę. W końcu podatnik płaci za kule.
Policjant ten od razu powinien gnoja odstrzelić i bez patyczkowania się! Niech by to zrobił gdzie indziej, w innym kraju, np. w USA, już by miał kulkę w czerepie. Wszelkie chamstwo i taką typową polską wszawicę, powinno się
niszczyć niczym pluskwy.
To jest niepoważne, że policjant strzela, a potem prowadzone jest jakieś dochodzenie. Powinien dostać ewentualną naganę za to, że strzał był niecelny i że ten bandyta jeszcze żyje. Cała reszta jest OK i za to, że realizował procedury poprawnie i w sposób stanowczy, powinien dostać podwyżkę i awans.
W Stanach policjant by nie spudłował. Ale i tak szacuneczek dla tego gliny.
Ukarać policjanta za brak celności. Powinien on się wstydzić! Jak można z tak bliska chybić?
Powinien rozłupać temu czubowi łeb i nakręcić wideo - dla przestrogi, aby innym odechciało się podobnej zabawy. W USA - za takie ruchy przy kierownicy dostaje się natychmiast kulę w łeb bez pudła tak, że cała trójka leżałaby pokotem z ołowiem w głowach.
Powinien drugi raz przeładować i poprawić. Na jeszcze jeden pocisk policję raczej stać i podatnikom też by było lżej - ten uciekinier z opisu raczej zbyt dużych podatków nie odprowadzał do państwowej kasy.Podsumujmy... Czy można z bliska strzelić do człowieka w głowę na podstawie opisanego zajścia? Czy to przewidują procedury, w tym Unii Europejskiej? Rozumiem, że ktoś z daleka strzela do człowieka celując w nogi albo celując ogólnie w sylwetkę i przypadkiem wówczas trafia go w głowę, ale z odległości kilkudziesięciu centymetrów? Przecież to świadome działanie zmierzające do zabicia tego kierowcy. Mniejsza z tym, czy on jest pijakiem, czy właścicielem bmw, czy bandytą. A może facet z padaczką? A może cudzoziemiec? Przecież pijaństwo dowiedziono potem, nie przed strzałem. Kto z Was byłby w stanie strzelić w głowę człowiekowi prawie z przyłożenia?
Nie ulega wątpliwości, że z chuliganami należy walczyć, jednak czy w taki sposób? Przecież ci pojmani faceci od paru lat (mogę się założyć) popełniali rozmaite przestępstwa, choćby podatkowe. Wystarczyłoby przejrzeć ich zeznania podatkowe i porównać ze stanem majątkowym. Ale demokratyczny ustrój naiwnej RP na to nie pozwala? Zatem niech zbyt porywczy policjanci załatwią sprawę po swojemu i ku uciesze ludu? A może tych nazbyt nerwowych funkcjonariuszy przesunąć do policji podatkowej i zamiast strzelnic wybudować więzienia dla przestępców przez nich namierzanych, a za odzyskiwane środki pochodzące z przestępstw budować kolejne miejsca odosobnienia, część zaś przeznaczać na operacje dzieci ubogich?
Problem - pewien pan ucieka Policji autem, ponieważ zapomniał o badaniach technicznych wozu. Zirytowany (przed chwila nabijał się z niego kolega w radiowozie) policjant zatrzymuje auto i strzela do ojca, bo ten zachował się w sposób, który ocenił za podejrzany. Syn (pasażer) strzela do policjanta w ramach obrony ojca. Broń posiada legalnie. Mamy dwa trupy. Ile lat dostanie syn?
Nie wiem, jaka część społeczeństwa naszego pała żądzą zadania śmierci, jednak nie mam większych wątpliwości, co spotkałoby miejscowość okupowaną przez takich internautów. Albo co stałoby się ze złapanym kibicem przeciwnej drużyny.
Mam nadzieję, że internauci - gdyby musieli się logować i występować nie jako anonimi - pisaliby mniej dosadnie i bardziej przyjaźnie oraz byłaby większa kultura na naszym padole. Niektórzy uważają, że nie ma żadnych różnic pomiędzy odwagą (także "odwagą") dyskutantów anonimowych (jedynie z nikiem i bez twarzy) a osobami zalogowanymi (znanymi z imienia i nazwiska) - jakże są w błędzie!Kontrowersyjny symbol jako wizerunek autora (10 grudnia 2008)
Pewien dżentelmen jest niezwykle czynnym członkiem portalu MM, na którym działa od 30 listopada 2008. Na swym koncie ma wiele inicjatyw i wypowiedzi tyle szczerych co o koszmarnej ortografii, jednak pozostaje wybitnie skromnym działaczem forum - przedstawia się jako r (taki nik, jedna mała litera - 'er' jak 'rower' i zakaz także dotyczy spraw... rowerowych) i już lapidarniej nie można...
Miłośnik sportu rowerowego, który zamiast fotki ze swoją podobizną, obrał sobie godło będące znakiem nawiązującym do napędu roweru, a dokładniej - do obracania stopami za pomocą (zwykle) gumowych podkładek pod obuwie, dzięki czemu dwukołowy pojazd wprawiany jest w ruch. Wprawdzie najczęściej wybieramy ruch do przodu, jednak wyjątkowo można i do tyłu (jeśli tylko mechanizm tylnej piasty jest odpowiedni). I najprawdopodobniej ta symbolika znaku wskazuje, że chodzi tu właśnie o to dobieranie się od/do tyłu...
Ciekawe co na to Policja (obyczajowa?), która może zainteresować się nowym znakiem drogowym, bowiem każdy taki znak powinien zostać zatwierdzony przez odpowiednie międzynarodowe organa, których nasza Policja jest przecież honorowym (a jakże)... członkiem.
Dla niezorientowanych (jeśli nie zdołają obejrzeć załączonej fotki, którą internauta zamieścił jako swój wizerunek) - imaż naszego kolegi to dwie postacie o nieustalonej płci (choć brak charakterystycznych wypukłości sugeruje, że jednak nie są to panie), które w zagadkowy sposób się sprzęglą, co zostało zakryte ukośną czerwoną krechą (jak zresztą przystało na znak zakazu).
Na znaku zastosowano trzy kolory (biały, czerwony i czarny), które są dość popularne w rozmaitych symbolach; nawet flagi III Rzeszy (zawierające swastykę w swej grafice) odwołują się do tychże barw, jednak zwykle cenzura zdejmuje tego typu godła ze swych forów... Tak i się stało na owym forum - swastykę zdjęto po tygodniu, zakazu pedałowania zaś (jak w ten nietolerancyjny sposób homofobi określają nieeleganckie zachowania jeszcze słabo rozpowszechnione, jednak nazbyt namolnie propagowane) jakoś nie zdjęto do tej pory, choć redaktorzy MM znani są z walki z przejawami homofobii...
Jeśli właściciel profilu kiedyś uzna, że jego symboliczna dwugłowa facjata nazbyt odbiega od wizerunków najczęściej spotykanych homo sapiens na naszej planecie, zawsze ma możliwość jej zamiany na tzw. normalne (a przynajmniej normalnawe) zdjęcie i na kontynuację swej pisarskiej działalności na niwie MM.
Czy na forach można przyjmować kontrowersyjne symbole jako swe oblicza? Zabronione flagi, godła (swastyki, sierpy z młotami)? Nazbyt seksowne aluzje? A wizerunki sławnych ludzi jako swoje? Może swastyki i sierpy wypleniono, jednak młotów zbyt wiele przeoczono?Korea Północna (17 grudnia 2008)
Nie interesuję się piłką nożną kobiet, jednak przypadkiem 1 grudnia 2008 rzuciłem okiem na grające panie. Piękne boisko - mistrzostwa świata pań do 20 lat w piłce nożnej w Santiago (Chile), babeczki jako takie, bo pewnie mniej lub bardziej na środkach maskulinizujących...
Akurat grały Japonki z Koreankami. Nie od razu było jasne, z której to Korei były owe Koreanki. Założyłem, że z południa podzielonego kraju. Z niemałym zdumieniem skonstatowałem, że jednak są one z Korei Północnej! Wszystkie uśmiechnięte, walczące, marzące o zwycięstwie. Szczęśliwe na swój sposób. Jak wspomniałem, oglądałem parę minut i przerzucałem się na inne programy, jednak przez pewien czas nie starałem się nawet zorientować, "które są które". Dopiero po strzeleniu gola okazało się, że to uczyniły te, właśnie z północy. Zresztą wygrały ów mecz półwyspiarki z wyspiarkami.
Zatem na boisku spotkały się dwa światy, choć patrząc na zmagania i na twarze, próbowałem dostrzec różnice wynikające z jakości życia, bo przecież są one ogromne! Jedne z tych pań żyją w kraju, do którego nawiązywał prezydent Lech Wałęsa, stawiając owo wyspiarskie państwo za dościgły (wg niego) wzór. Te panie prezentują Japonów* - obywateli narodu pracowitszego i zamożniejszego niż my, Polacy. Urodzić się i być Japonem*, to (z reguły) oznacza wygraną na loterii życia. Podobno niemal każdy tam ma ciekawą pracę, auto oraz wszystkie nowinki techniki, zwłaszcza branży elektronicznej. Są i mało atrakcyjne strony życia - wyścig szczurów, krótkie urlopy, wysoki poziom rozwodów i samobójstw, tłok (zwłaszcza w metrze i na ulicach) oraz... łatwopalne mieszkania (także drzwi z kartonu), ale o tym zwykle nie myślimy, kiedy im... zazdrościmy. Być w Japonii na wycieczce albo w delegacji - to marzenie niejednego Polaka. Jeszcze zbyt kosztowne, nie to, co wizyta w Tunezji, Egipcie, czy na Cyprze. Wprawdzie zawodniczki jeszcze młode, jednak zapewne te, z kraju kwitnącej wiśni, mają swoje auta, mieszkanka, dyskoteki, podróże, piękne ciuchy, ciekawe zajęcia i widoki (tak na przyszłość, jak i na otaczający je świat).
A co z Koreankami z północy? Żyją w państwie przypominającym raczej obóz koncentracyjny. Żaden normalny przywódca Polski (i innego państwa) nie postawi owego półwyspiarskiego kraiku za wzór do naśladowania. Północni Koreanie** mieli pecha, że linię demarkacyjną ustalono nazbyt południowo w stosunku do miejsca ich zamieszkania. Bodaj żaden człowiek, gdyby mógł wybierać miejsce swego urodzenia, nie wybrałby tego miejsca! W internecie na http://maps.google.com/ można niemal policzyć drzewa w stolicy Korei Północnej, drzewa, które widziały niejedno nieszczęście, choć pewnie nikt nie ginie na nich w wypadkach samochodowych (z oczywistych powodów). Widać także dachy domostw, w których mieszkają ludzie odarci z godności, z których część radośnie maszeruje we wszelakiej maści (zbliżonych kolorem do czerwieni) pochodach. Trudno powiedzieć, na jakim poziomie oni tam żyją; można zaryzykować, że po prawdzie to oni nie żyją, choć jeszcze nie umarli. Nieliczne przecieki (w tym doniesienia uciekinierów) są wstrząsające - obozy pracy, wyjadanie trawników, torturowanie więźniów politycznych a nawet ludobójstwo na szeroką skalę. Coś, co trudno sobie wyobrazić - takie wielki komunistyczne getto, przy którym nasza była socjalistyczna PRL to kraj dostatku i wolności obywatelskich! Tam posiadanie widea to luksus, chleb zaś codziennym marzeniem! Defilady (film "Defilada" Fidyka) i koncerty ku czci wodza, to bodaj jedyne publiczne wydarzenia, w których może uczestniczyć poniżany i niewolniczo wykorzystywany obywatel chyba najbardziej pechowego miejsca na Ziemi, zwłaszcza że tuż za granicą mają drugą połowę swej ojczyzny, którą sztucznie przecięto, dzieląc na dwa państwa o tej samej kulturze, języku, historii (poza fatalnym "epizodem" ostatnich dziesięcioleci) i nazwie (nie wnikając w szczegóły). Kontrasty były pomiędzy dwoma państwami niemieckimi (ale to już historia!), choć przecież nie aż takie różnice!
W finałowym starciu (7 grudnia 2008) spotkały się północne panie - i Amerykanki, i Koreanki. Przedstawicielki dwóch skrajnych ekonomicznych światów - kapitalizmu i komunizmu. Skrajne też jest podejście do swobód obywatelskich i niestety oba państwa są wrogo do siebie nastawione. Niemal cała ludzkość wolałaby mieszkać w okolicach Kanady niźli Chin, więc zbyteczne jest pytanie o miejsce egzystencji w drugim życiu (gdybyśmy mogli ponownie się narodzić). Kolejne dwa miejsca zajęły Niemki i Francuzki z krajów o jednakim systemie i o przyjaznym sąsiedztwie, co może być wzorem dla wielu państw.
Wyobraźmy sobie, że II wojna światowa trwałaby dłużej. Odbywałyby się kolejne igrzyska olimpijskie i mistrzostwa w piłce nożnej. Załóżmy, że w Szwajcarii spotykają się na boisku drużyny - Helweci i Polacy (wg przedwojennych zapisów meldunkowych, w tym Żydzi) przywiezieni z gett polskich miast i z niemieckich obozów koncentracyjnych położonych na polskiej ziemi. Na tę okazję specjalnie odżywieni, wytrenowani, marzący o normalnej pracy, o spacerach, o czytaniu książek, o oglądaniu filmów, o rodzinach. No i oczywiście poinstruowani przez okupantów. Widzą zadowolonych gospodarzy, także miłych i wesołych zawodników z innych państw, zmagają się z nimi, wiedząc, że po zawodach jedni powrócą do swych szczęśliwych rodzin i do schludnych mieszkań, drudzy zaś wrócą do getta i obozów, nie mogąc uciec (bo grozi to wymordowaniem ich rodzin, które pełnią rolę zakładników) a nawet porozmawiać o wolnym świecie. Nawet widzą szyldy z nazwami firm, których wyroby przydają się siepaczom w swej codziennej robocie - w eksterminacji... Po wygranym meczu dostaną w nagrodę czekolady (z najlepszego alpejskiego mleka, zwijane przez świstaki w sreberka). Puchary i medale wezmą konwojenci. Także nagrody pieniężne oraz aparaty fotograficzne i radyjka zostaną im skradzione, oni zaś będą się cieszyć, że naziści pozwolą im zawieźć swym rodzinom resztki słodyczy ze stołu po oficjalnym obiedzie zafundowanym przez ówczesnych szefów organizacji sportu światowego. Po zakończonej wreszcie wojnie, świat dowie się o gettach i o obozach, przez kolejne wieki określane jako żydowskie i polskie. Także o rozstrzelanych zawodnikach, którzy zamarzyli o wolności, a którzy swym występem uświetnili omawiane a hipotetyczne mistrzostwa w piłce nożnej...* Japonia - Japonka; jeden Japon, Japona, Japonowi, Japona, Japonem, Japonie; dwaj Japoni, Japonów, Japonom, Japonów, Japonami, Japonach (pod. Rumunia)
** Korea - Koreanka; jeden Koreanin, Koreanina, Koreaninowi, Koreanina, Koreaninem, Koreaninie; dwaj Koreanie, Korean(ów), Koreanom, Korean(ów), Koreanami, Koreanach (pod. Rosja, Ameryka)Służbowy pojazd Policji (19 grudnia 2008)
Na policyjnych parkingach mamy znaki "zakaz zatrzymywania się" z adnotacją na blasze "Nie dotyczy pojazdów służbowych Policji". Ponieważ parkuje tam wiele nieoznakowanych samochodów (radiowozy są w mniejszości), to możemy logicznie ocenić tę sytuację...
Niemal pewne, że nie są to auta niepolicyjne, chyba że ktoś na bezczelnego postawi tam swój samochód licząc na syndrom wesela - można wejść i balować, bowiem rodzina panny młodej jest przekonana, że gość jest od strony pana młodego i... odwrotnie. Mamy odważnych żurnalistów, którzy w ramach dziennikarskiej prowokacji mogliby zaparkować w takiej zatoczce i mierzyć czas do wlepienia mandatu - ile czasu minie, nim ktoś zauważy "obcy" pojazd, sprawdzi z listą uprawnionych i podejmie decyzję o mandacie, skoro auto może być supertajne i przyjechać z ministerstwa?
Jeśli wozy są policjantów, to mamy dwie możliwości - albo parkuje tam prywatny pojazd funkcjonariusza, albo służbowe sekretne auto, czego postronny obserwator przecież nie odróżni. W pierwszym przypadku to wykroczenie, w drugim to jednak już ujawnienie poufnych danych pojazdu (jego numerów rejestracyjnych)! Zainteresowani mafiozi mogą poznać numery rejestracyjne zaparkowanych tam "utajnionych" aut, jednak im więcej stoi tam prywatnych samochodów należących do stróżów prawa, tym baza danych mniej wiarygodna. Któż miałby się zająć egzekwowaniem wspomnianej adnotacji na blasze, skoro mandaty wystawiają ci sami funkcjonariusze, którzy mają pieczę nad przestrzeganiem prawa panującego w zatoczce parkingowej?
A może policjantom umożliwić parkowanie prywatnych aut? Ale jakimi słowy, aby było lapidarnie, logicznie, elegancko i... językowo poprawnie?
I tak pewnie jest w całym Trójmieście, w całej Polsce, w całej Unii i na całym świecie...
mirnal1402
Strona główna