Komentarze 2007 (VII-IX)

    Specjaliści od kropek i plecenia - Kurier3 (5 lipca 2007)
    Czy ktoś kontroluje telestacje umieszczające słowo pisane na ekranach? Nie słyszałem o takich kontrolach.
    Szereg telestacji zamieszcza informacje na paskach u dołu ekranu. Kurier3 podaje 27 czerwca 2007 - Pożegnanie Blair'a. Pierwsza od 5. lat wizyta. Nikt z 22. osób nie uratował się. Zaserwowano nawet wg. (z kropką!).
    Nazajutrz - Pół mln. ludzi nie miało prądu w Nowym Jorku. Obchody mają upamiętnić 2000 rocznicę urodzin Pawła, apostoła narodów.
    Na przełomie 4 i 5 lipca 2007 czytam przewijany tekst i od nadmiaru kropek oczy przecieram - Zatrzymano 7. celników. Betanki mają opuścić klasztor do 4. września. Wznowiono procesy 4. działaczy polskiej mniejszości w Grodnie. Afganistan: Śmierć 6. żołnierzy NATO. Egipt: 2. Polki zginęły w wypadku samochodowym w drodze z Kairu. Meksyk: Autobus z 45. osobami pogrzebany pod zwałami błota. Nad ranem zmieniono na 60. (nadal z kropką, a to oznacza, że ktoś czuwa nad danymi, jednak nikt nie panuje nad zasadami!).
    Nie wiem, czym legitymuje się redakcyjny klawiszowiec, ale przecież jego teksty czytają zwierzchnicy, koledzy i inni dziennikarze (w tym z konkurencji). Czytują pewnie także nauczyciele języka polskiego i profesorowie z RJP oraz (co najważniejsze) uczniowie, którzy wzorują się na tekstach pisanych przez ludzi mądrzejszych (tak mniemają...). I co wyniosą z takiej nauki? Wszystkie podane cytaty mają kropki w miejscach, w których ich nie powinno być albo ich nie mają, kiedy tam być powinny (2000. rocznicę urodzin)... Apostrof po nazwisku byłego już premiera Wielkiej Brytanii również jest zbędny.
    Pomiędzy zdaniami wplecione jest logo telestacji, jednak powinno przedzielać tematy. A logo jest wstawione pomiędzy wszystkimi zdaniami...
    To pierwsze zmrożenie, a drugie (wspomagane przez deszczową pogodę) było natury technicznej - o 7:17 (5 lipca, rano) pogodynka rozpoczęła przekazywać nowinki meteorologiczne, ale została zatrzymana awarią typu "klatka stop". Po minucie, kiedy ją odblokowano, zdążyła powiedzieć "do zobaczenia!"...
    Po wpadce z pogodą podano, że dobrze wiedzie się kolarzom Wesołemu i Zaradnemu. Może i szefowie paskowych literatów na wesoło zaradzą niekontrolowanemu wysypowi błędów na ekranie?
    29 czerwca Teleekspres (bo taka powinna być polska nazwa tego programu, zwłaszcza po wejściu w życie Ustawy o języku polskim; wszak mamy tytuł Kurier, nie Kuryer) uszęta rozweselił informacją - Sześć osób wypletło z wikliny trabanta.
    Owszem, oni wypletli, ale parę osób wyplotło (nie wypletło)! Słowo niełatwe, stosowane raczej potocznie. Podobnie jak oni wymietli, ale kilka osób wymiotło (nie wymietło).
    Trudna jest nasza mowa, nieprawdaż? Kiedy wymiotą nadmiar przestankowych błędów popełnianych w telestacjach? Może należy odkurzyć słowniki w redakcjach?

    Oszukańcze gwiazdki - iThink (8 lipca 2007)
    Z czym kojarzone są gwiazdy? Z romantycznymi spacerami pod firmamentem złożonym z owych ciał niebieskich, przeplecionymi niektórymi planetami i naszym poczciwym Księżycem.
    W astronomii gwiazda to ciało niebieskie będące skupiskiem materii, w której zachodzą reakcje syntezy jądrowej, zaś wyzwolona w nich energia jest emitowana w postaci promieniowania elektromagnetycznego, w szczególności jako światło widzialne.
    Gwiazdą nam najbliższą jest oczywiście Słońce, które w ostatnich latach ogrzewa nas jakby intensywniej, co pozwala nam oszczędzić sporo energii na ogrzewaniu, a nawet mówi się o zakładaniu winnic na polskich stokach...
    Gwiazda jest słowem pochodzenia litewsko-słowiańskiego, które kiedyś oznaczało światło.
    Gwiazda Betlejemska to nazwa jasnego obiektu (najprawdopodobniej komety), który według Biblii doprowadził mędrców do króla Heroda, a potem do miejsca narodzin Jezusa Chrystusa w Betlejem.
    Gwiazda betlejemska (poinsecja, wilczomlecz nadobny) - kwiat (a właściwie roślina ozdobna) pochodzący z Ameryki Środkowej.
    Gwiazda Dawida - sześcioramienna gwiazda (heksagram) złożona z dwóch zachodzących na siebie pionowo trójkątów równobocznych odwróconych od siebie wierzchołkami (od 1948 widnieje na fladze Izraela).
    Gwiazda Morza (łac. Stella Maris) - popularny tytuł maryjny. Traktuje Maryję (Matkę Boską) jako nosicielkę światła, przewodniczkę marynarzy po morzu, a nawet wszystkich ludzi po świecie.
    Gwiazda to również nazwa wielu elementów maszyn o znamiennym kształcie; także układ silników - nawiązuje do umownego wizerunku gwiazdy.
    Gwiazda poranna (zaranna) to typ broni obuchowej (głowica nabita kolcami w kształcie gwiazdy - stąd nazwa); poranna, bo (co najmniej) do zadawania ran służąca...
    Bywa, że pieszczotliwie zwracamy się do kogoś - ty moja gwiazdo (albo gwiazdeczko), przy czym po wielu latach związki zawarte pod wpływem gwiazd (tu spora rola horoskopów i wróżek) kończy się rozwodem, a bywa, że wspomniana broń obuchowa (gdyby była w supermarketach) w postaci gwiazdy (tej zarannej) znalazłaby znacznie mniej romantyczne zastosowanie... w rękach nazbyt zaradnych małżonków. Pewnie byłoby mniej rozwodów, ale więcej wdów i wdowców.
    Także z gwiazdami filmów (w szczególności z gwiazdorami) kojarzone są migające obiekty astronomiczne, zaś Gwiazdor ponadto podkłada pod choinki (ale nie w całej Polsce) wigilijne prezenty.
    Gwiazdy (a raczej Joanna i Andrzej Gwiazdowie, bo w taką formę przechodzą nazwiska) to również legendarni działacze ruchu robotniczego z Gdańska.
    Nazwisko o tyle ciekawe, że wyjątkowo w celowniku i w miejscowniku powinno być Gwiaździe, a nie Gwieździe. Również gwiaździe powinno być w znaczeniu ludzkim (człowiek jako gwiazda ekranu, teatru), czyli  O naszej gwiaździe estrady jeszcze długo będzie głośno. Zdaje się, że poloniści nie zgadzają się na to odstępstwo, choć w przypadku koni trojańskich (szkodliwe programy komputerowe; inaczej trojany), koni mechanicznych oraz ludzkich starych koni (kumple) pogodzili się z odstępstwem, wszak z koniami trojańskimi trudno sobie poradzić i bryczka z karymi (końmi) jest bardziej romantycznym pojazdem niż auto z dwustoma koniami mechanicznymi oraz ze starymi koniami można nawet konie kraść.
    Jeśli zatem mamy na myśli prawdziwe konie albo ich wizerunki (obrazy, pomniki) lub aktorów przebranych za te nieparzystokopytne ssaki, to z końmi, inaczej - z koniami. Jeśli chodzi nam o prawdziwą gwiazdę albo o jej wizerunki lub o przedmiot wykonany na jej wzór albo o aktora grającego taki obiekt, to o gwieździe, inaczej - o gwiaździe.
    Jeśli ludzie noszą nazwiska (albo zwierzęta takie imiona) Koń lub Gwiazda, to z Koniami, o Gwiaździe; państwo Koniowie i Gwiazdowie.
    Gwiazdki to także znaki graficzne, które stawiane są w tekście przy wybranych wyrazach, zaś w innych miejscach zamieszczane są objaśnienia tych znaków. Oszukańcze gwiazdki * (i tu zmierzamy do wyjaśnienia tytułu) stawiane są przy cenach biletów lotniczych. W wielu reklamach, także internetowych, widujemy wspomniane symbole. Chyba każdy wie, co oznaczają... Niejako służą do nabijania klienta w butelkę, bowiem zwykle drobnym druczkiem wyjaśnia się ich znaczenie - do podanej ceny (np. 1, 11 czy 111 zł) należy doliczyć opłaty lotniskowe.
    Normalne (czyli astronomiczne) gwiazdy żyją zwykle miliardy lat, ale kłamliwe gwiazdeczki gasną znacznie szybciej - już za parę miesięcy lotniczy przewoźnicy nie będą mogli wprowadzać w błąd swych klientów (będzie to ustawowo zabronione), którzy zapewne przyzwyczaili się do tych kłamstw i do życia pośród nich, jak również do wszystkich innych plag blag, które pewni politycy, biznesmeni i duchowni zwykli nam serwować bez opamiętania...

    "Kropka nad i" - taśma bez końca  - TVN (9 lipca 2007)
    9 lipca 2007 wieczorem w polskich telestacjach nastąpił niekontrolowany wybuch po odwołaniu wicepremiera Andrzeja Leppera.
    Weekendowy nastrój został wstępnie podgrzany przez taśmy ojca Rydzyka i w poniedziałek, kiedy wydawało się, że polityczna wrzawa przycicha - buchnęło na całego...
    Do wspomnianych taśm dyrektora Radia Maryja oraz do nieco zapomnianych taśm posłanki Renaty Beger, można dorzucić taśmę TVN z programu "Kropka nad i".
    Otóż o północy (z poniedziałku na wtorek) powtórzono program Moniki Olejnik z udziałem (a kogóż by innego) byłego już wicepremiera A. Leppera. Rewelacje z ekranu płynące walczyły z sennością właściwą wspomnianej porze.
    Podczas powtórki programu doszło do zaskakującego błędu (montażysty materiałów?) polegającego na repecie jedno-dwuminutowych fragmentów. Przy pierwszej takiej awarii rzecz całą zrzuciłem na karb mar sennych, niejako na tzw. déja vu, które zresztą przez kilka ostatnich poniedziałkowych godzin było również podnoszone przez komentatorów sceny politycznej w aspekcie oscylacyjnego wychodzenia/wchodzenia Leppera z/do rządu (i prognozy co do kolejnego... powrotu).
    Ale przy drugim uchybieniu technicznym nie było wątpliwości. Po raz pierwszy obserwuję tego typu zjawisko - obraz przeskakuje, bowiem taśma jest pewną metodą (jaką?) połączona i przez niemal dwie minuty widzimy powtórkę wygłoszonego chwilę wcześniej wywiadu!
    Jak wspomniałem - kwestia przymykania oka w aspekcie późnej pory została wykluczona przez kolejne takie hece. Zresztą sama Monika Olejnik się nieco pomyliła sugerując w wywiadzie przymknięcie okna zamiast oka, niejako w (okiennych?) ramach przejęzyczenia...
    Sprawa Leppera (cokolwiek byśmy nie myśleli o tym polityku) pokazuje, że wystarczą mniej lub bardziej niesprawdzone pomówienia i można stracić bardzo wysokie stanowisko. Nie bez kozery powtarzany jest serial o naszym bohaterskim Klossie. Pamiętam z poprzednich lat, że w jednym z odcinków polski hrabia (grany przez niezapomnianego Władysława Hańczę) kolejno wymienia nazwiska hitlerowskich bonzów (podpowiadane mu przez naszych), których to losy (jako, że to wojna) rysują się znacznie dramatyczniej, niż pana Leppera.
    Nie brakowało humorystycznych wątków - mówiono o jakiejś rybie, o łapaniu ryby, o szukaniu haka na nią i na innych, ale nie w Czarnej Hańczy, choć niemal 40 hektarów leży w niedalekiej okolicy. Nie powiedziano, czy ryba została złapana na muchę, na błystkę, czy na większe świecidła...
    Przy okazji można byłoby skrytykować tytułową frazę "kropka nad i", co oczywiście nie jest krytyką ani p. Olejnik, ani żadnej z telestacji... Po prostu - nielogiczne jest stawianie kropki nad i. Mała litera i składa się z dwóch elementów -  pionowej kreski oraz z osadzonym nad nią punktu (kropka). Ten zestaw nazywamy  małą literą i. Chyba wszystkie powiedzenia ze stawianiem kropki nad i są ilustrowane właśnie ową małą literą i. Proszę Panstwa, jeśli nad i postawimy kropkę, to otrzymamy duże I z dwukropkiem u góry... Jeśli powiemy, że po dostawieniu kreski do litery L otrzymamy Ł, to jest to prawda, jednak program (i określenie) "kreska na Ł" jest nieporozumieniem, ponieważ jest to "kreska na L". Gdyby jednak dostawić kropkę do dużej (wielkiej) litery I, to mielibyśmy niejako powiększoną małą literę i. Może o to chodzi?
    Żarty żartami, ale patrząc szerzej - w końcu każdy polityk może być pomówiony o różne niegodziwości, zaś wyjaśnianie będzie trwać latami. Powinien być zapis w prawie mówiący o poważnym odszkodowaniu dla wyeliminowanego polityka, jeśli okaże się, że był niewinny. Fundusz powinien pochodzić nie tylko z państwowej kasy, ale także powinien być finansowo dolegliwy dla osób (może i partii), które miały udział w nieczystej grze i bez solidnych podstaw.
    W otoczeniu prezydenta działał ktoś o nazwisku nawiązującym a to do futbolówki (piłka w grze) albo do brzeszczotu (piłka do okiennego a więziennego gryla*) i głowy państwa nie zdymisjonowano, zaś w otoczeniu wicepremiera działał ktoś o nazwisku nawiązującym do rekinów finansjery (gruba ryba) albo do rozkładu elit (ryba psuje się od głowy) i wicepremiera zdymisjonowano. Zapomnijmy o konkretnych osobach (animozjach i sympatiach), pomyślmy o systemie - gdzie przebiega konstytucyjna granica równości?

    * - z branży niemal rybnej - skoro kryl (nie krill), to i gryl (nie grill); uczciwość również w języku obowiązuje...

    Sensacje dla prostego ludu - iThink (13 lipca 2007)
    11 lipca 2007 www.trojmiasto.pl podało, że pewien poseł siedzący już w samolocie (Warszawa-Gdańsk), został poproszony przez oficera ABW o wyjście z powietrznego pojazdu na powietrze. Z powodu owej rozmowy lot został opóźniony o kilkadziesiąt minut. Mamy zatem dwa podmioty wydarzenia - posła i oficera, zaś cała reszta (załoga, pasażerowie) są jedynie przedmiotami, takim polskim tłem, figurantami. Z jakiej racji została zakłócona podróż wielu osób? Bo ktoś sobie politykę uprawia na płycie lotniska? Komunikacyjny skandal?
    Korzystając z owego komunikacyjnego zamieszania, redakcja portalu nie odmówiła sobie przyjemności zamieszczenia profilu posła. Pominę tu dane osobowe i partię, ale reszta to
- do Sejmu wszedł otrzymując niemal 6 tys. głosów. Jest zamożnym człowiekiem: w swoim oświadczeniu majątkowym za rok 2006 wylicza zebrane oszczędności: 440 tys. zł, 65 tys. dolarów i 15 tys. euro. Poseł posiada - jako współwłasność z żoną - dom (140 m kw.) i dwa mieszkania. Jak większość parlamentarzystów znacznie zaniża ich wartość wyceniając odpowiednio na 170, 110 i 190 tys. zł.
    Nie wiem, po co komu podawanie substancji mieszkaniowej. Owszem, jeśli przed wyborem miał stan S1, zaś w momencie sporządzania oświadczenia majątkowego - S2, to możemy się domyślić, że różnica (jeśli dodatnia) to wzbogacenie się podczas kadencji. Ale mieszkania i domy (choć to zwykle najdroższe towary, o których przeciętny Polak sobie marzy) bywają jednocześnie najbardziej przypadkowymi dobrami. Każdy z nas może sobie przeanalizować problem na własnym przykładzie. Najczęściej lokum zawdzięczamy przodkom, pracy za granicą, szwindlom, znajomościom (sprzed 1989), książeczkom mieszkaniowym (jeśli zdążyliśmy się na nie załapać). Posiadane mieszkanie najczęściej nijak się ma do wykształcenia i pracowitości. Już wyraźniejszy jest związek z liczbą rodzeństwa niż z pracą. Jeśli oczywiście nie jesteśmy nauczycielem czy pielęgniarką, to zależność od rodziny zanika...
    Jeśli poseł mieszka od wielu lat w centrum wielkiego miasta, mieszkanie ma po rodzicach, a do tego już ma swoje 50-100 lat (dom, nie poseł), to co komu daje wycena tego mieszkania? Że kiedyś kosztowało kilka razy mniej? Przecież to jest ciągle to samo lokum, tyle że starsze, zatem jego cena powinna spadać, a jeśli wzrasta to wyłącznie z powodów niezależnych od właściciela. A jeśli ktoś mieszkał z rodzicami, został posłem i nagle wykazuje (no bo rodzice mu zapisali po wyborach) dom z ogrodem, co obecnie warte są np. 1,5 mln zł - facet w ciągu roku z biedaka jest milionerem i ma odpowiednią etykietę przez ludek przyczepioną? A jeśli jeszcze ożeni się z kobitką* jedynaczką, co to również dostała od rodziny podobny dom, to nasz biedny poseł staje się krezusem, jak na nasze przaśne warunki. Gdyby wybuchły zamieszki społeczne typu rewolucja, to gościa pewnikiem by powieszono na drzewie w jego ogrodzie jako burżuja... A przecież w Polsce mamy sporo starszych ludzi, co to za komuny wybudowali za kredyty (spłacane przez pół życia) domki w ogrodzie - te posiadłości warte są teraz 1-2 mln zł, a sami nestorzy ledwo przędą na biedaemeryturach. Zatem - to biedacy, czy bogacze?
    W oświadczeniach majątkowych powinny być wpisywane posiadane kwoty oraz dobra typu fabryki, nieruchomości, auta, jednak mieszkanie czy dom nie powinno być wyceniane (tylko zapisane i wyjaśnione źródło posiadania), chyba że zostało nabyte za gotówkę, także na wynajem. A czasami dom jest teraz wart sporo, jednak kupiono go parę lat temu na raty.
    I co po naszych emocjach domem, mieszkaniami posła i autem, skoro może mieć kolekcję obrazów lub znaczków o znacznej wartości, czego nie ujawni z paru powodów - nie musi tego czynić, nie musi znać wartości (no bo jak ma wyceniać owe znaczki - co roku stracić masę czasu na zliczanie wg aktualnego katalogu?). A jeśli ktoś ma cenną kolekcję i napisze (mniejsza czy zgodnie z prawdą), że wygrał w karty albo zajmował się sponsoringiem?
    Zwykle wartości domów są zaniżane. To w momencie składania oświadczenia najlepiej skorzystać z wyceny biura od nieruchomości i rachunek przedstawić budżetowi? Byłaby wówczas gwarancja obiektywizmu, ale nadal niczego to nie zmienia, bowiem najmniej zaradny poseł w historii Polski może otrzymać pokaźny spadek podczas swej kadencji. Inna sprawa, że mógłby ktoś wreszcie się pomylić "w górę" i zamiast 100 000 zł wpisać 10 mln zł. I argumentować, że rodzinny dom dla niego jest tyle wart, że taniej by nie sprzedał... I po zliczeniu wszystkich dóbr (a dom wówczas stanowiłby aż 95% stanu posiadania) na nikim by nie robiły wrażenia jakieś drobne oszczędności liczone w tysiącach euro(pów).
    Ludziska emocjonują się cenami mieszkań, a prawdziwe bogactwo (jeśli ktoś je rzeczywiście posiada) jest ukryte przed ludem - sejfy, banki zagraniczne, udziały, wspomniane obrazy czy filatelia.
    Jeśli ktoś okradł Naród na wielką kasę to powinien być po prostu wyeliminowany ze społeczeństwa, a nie bawimy się w jakieś śmiesznawe oświadczenia. Ci najwięksi cwaniacy śmieją się z prostawego ludu! Bo nikt nie szanuje owiec, które dają się strzyc, mało - one (w tym barany - nazwa chyba nieprzypadkowa) ustalają uroczyste prawa broniące swych fryzjerów...
    * - niebawem płeć nie bedzie miała znaczenia...

    Niezbyt dziewiczy Paul Potts - iThink (15 lipca 2007)
    Wpadka polskich mediów, które nie sprawdziły w internecie, że genialny amator jest już wstępnie podszlifowanym operowym brylantem...
    Któż nie widział i nie podziwiał pana Pottsa podczas konkursu, którego kilka migawek pokazano w naszej telewizji? 17 czerwca 2007 roku został zwycięzcą programu "Britain's Got Talent", za co dostał 100 tys. funtów i będzie występował przed królową Elżbietą. Właśnie mija miesiąc, kiedy wystąpił i wygrał. Można na spokojnie ocenić ów fenomen (jako zjawisko) i owego fenomena (jako człowieka).
    Znakomita większość Polaków wzruszyła się zdumiewającą skalą głosu performera (polskie słowo wykonawca podobno nie oddaje w pełni głębi znaczenia...), który był zapowiedziany jako sprzedawca telefonów komórkowych, co dodatkowo podniosło poziom adrenaliny wśród słuchaczy - oto właśnie jesteśmy świadkami narodzin gwiazdy w skali światowej. Z takim przekonaniem udawaliśmy się na spoczynek, w takiej atmosferze analizowaliśmy jego talent ze znajomymi.
    A cóż okazało się po paru dniach? Że Potts niezupełnie był śpiewaczym prawiczkiem? Że niezupełnie był diamentem (nieobrobiony kamień szlachetny), a był (choćby częściowo) brylantem (diament dotknięty ręka jubilera)? Jurorzy sprawiali wrażenie, że nie znają dokładnie życiorysu Pottsa, bowiem wzmiankowali o człowieku, który nie jest profesjonalistą, nie jest świadomy swego talentu i wszystkich mile zaskakuje swym występem.
    Pewien znachor (z przedwojennego polskiego filmu) był w istocie profesorem i specjalistą medycyny, jednak cierpiał na amnezję, zatem nie można jego i osób uczestniczących w "cudownym uzdrawianiu" oskarżyć o manipulację. Gdyby jednak działalność taka była wyreżyserowana w celu zdobycia sławy, to okrzyknęlibyśmy to manipulacją. Podobno na zagranicznych witrynach wspominano wcześniejsze osiągnięcia nowego geniusza śpiewu. Owszem, na angielskojęzyczną witrynę mógł wejść każdy Polak, ale po odliczeniu rodaków, którzy nie mają dostępu do internetu, którzy nie znają dobrze języka oraz po odliczeniu ufnych rodaków (którzy nie sprawdzają każdej agencyjnej informacji w internecie, ponieważ wówczas powinni zrezygnować z urlopów, życia towarzyskiego lub z nadgodzin) pozostaje nieliczna grupka Polaków, co to wszystko wiedziała o Pottsie. A miliony Polaków nie wiedziało. I pewnie nie tylko Polaków, ale również Indonezów, Chinów, Albanów, Italów, Malezów, Filipinów, Kamerunów, Ukrainów, czy Czeczenów. Mało tego, polscy dziennikarze (i pewnie z innych krajów) w dobrej wierze przekazywali rewelacyjne a wzruszające informacje o rodzącej się gwiaździe (nie gwieździe), bo nim sprawdzili internetowe witryny o Pottsie, to musieli być pierwsi z podaniem wieści na antenie. Zresztą im społeczeństwo płaci (poprzez reklamy tudzież abonament) za profesjonalne zachowanie. Jeśli dali się wpuścić w maliny, to tym gorzej dla nich...
    Jeśli ktoś ogłasza w mediach, że Słońce jest mniejsze od Jowisza, to czy miliony słuchaczy mają sprawdzać prawdziwość takich danych? Część widzów wie, że to bzdura, ale wielu nie zna dość oczywistych naukowych faktów, część takimi rzeczami się nie interesuje, a część po prostu nieuważnie słucha i może przeoczyć najbardziej idiotyczne dane przekazane jako fakty.
    Polskie teleturnieje są bardziej uczciwe - do nieistniejącej już "Wielkiej Gry" mógł się zgłosić każdy, ale nie zawodowiec. W "Szansie na sukces" przed występem przeprowadzany jest krótki wywiad i nie sądzę, aby prowadzący mógł sobie pozwolić na przeoczenie istotnej dla sprawy informacji (gdyby o niej wiedział). Wielu Polaków uważa, że padło ofiarą manipulacji lub (co najmniej) niedopowiedzenia. Telestacje bodaj po dwóch dniach zaczęły powątpiewać w całkowite amatorstwo Pottsa, co świadczy z jednej strony o ich uczciwości, z drugiej strony dowodzi, że zaniedbali zweryfikowania danych o geniuszu oraz że czują się zmanipulowane przez zewnętrznego dostawcę sensacji, któremu w ciemno i przesadnie zaufali...
    Kiedyś pewien barman powiedział gazecie, że pewien rosyjski agent spotkał się z (byłym już) prezydentem RP. I wydrukowano. Podobno nieprawdę. I co? Zawodowy dziennikarz nie sprawdził, że głowa państwa była w tym czasie za granicą? Otóż on powołał się na barmana. A że barman np. był podpłacony przez gazetę albo przez kogoś innego lub po prostu zełgał w delirium? Sąd (o ile się nie mylę) uznał, że redakcja miała podstawy napisać co napisała, czym dał do zrozumienia, że można drukować, co się chce, choćby udając, że się wierzy komukolwiek. Dziennikarz może wybrać spośród stu oferujących sensację jednego wg własnego (a raczej politycznego redakcyjnego) klucza i opisać jego wyznania, choćby najmniej prawdopodobne. Z czasem możemy sobie wyobrazić, że redakcja da ogłoszenie do gazety (najlepiej i najtaniej... do swojej) z propozycją wyznań i z podaną kwotą... gratyfikacji. W końcu sąd uzna, że to nie redakcja jest winna, ale ów zaradny konfabulant.
    Parokrotnie słyszałem owe fragmenty sprzedawcy i słysząc to - oraz widząc reakcję widzów na ekranie - bardzo się wzruszyłem. Niemal do łez. Ale gdybym wiedział, że Potts ćwiczył z Pavarottim, to pewnie bym mniej się wzruszył. Nie wiem, bo tego już nie sprawdzę. Ale może bym nonszalancko i zawistnie (jak to ocenią fani Pottsa) powiedział - "tak pięknie śpiewa, bo ćwiczył z mistrzem?". Ale już to wystarczy, abym uznał, że padłem ofiarą (niechcącego, niezmierzonego?) zmanipulowania. Manipulacje bywają różne - od łagodnych po bezczelne. To była dość łagodna forma, jednak jestem rozczarowany. Nie geniuszem Pottsa, ale hałasem wokół jego świeżości. Okazuje się bowiem, że ów (Wal) Walijczyk wygrał kiedyś podobny konkurs, a dość pokaźną nagrodę uzupełnił do poziomu 20 tysięcy funtów, które wydał na dalsze kształcenie głosu, także u mistrza Pavarottiego.
    Równie dobrze mógłby ktoś być przedstawiony jako zielony skoczek na białej a puszystej odmianie wody, który poleciałby najdalej na krokwi i zostałby okrzyknięty nowym Małyszem, ale po paru dniach by się okazało, że ów ktoś wydał 20 tys. koron na kursy w skokach w Norwegii. Oczywiście, mistrzem byłby, jednak czułbym się nieco zmanipulowany.
    Czy istnieje jeszcze prawdziwe amatorstwo? Czy ktoś dając za naukę 20 tysięcy funtów traci etykietkę amatora? Czy znacie kogoś, kto jest górnikiem z płacą 3 tys. zł (praca w nadgodzinach i w wolne dni), i który daje 30 tys. zł za lekcje u światowej sławy zjeżdżając przez wiele lat do przodka? Jeśli ktoś już wygrał konkurs i spore pieniądze kilka lat temu, a ponadto ćwiczył w konkursowej dyscyplinie, to znaczy, że nie jest nieoszlifowanym amatorem.
    Można nie być zawodowcem (profesjonalistą) i nie być amatorem. Jeśli znajdziemy w dżungli nowego Tarzana, wytrenujemy go na wspaniałego pływaka angażując spore środki, to oczywiście będzie on dumą na olimpiadzie, ale nie nazywajmy go amatorem tylko dlatego, że sprzedaje wędki. Jeśli dźwignę więcej niż Pudzianowski, to albo jestem na haju, albo jestem najlepszy a jeszcze nieodkryty, albo jednak ćwiczyłem u mistrza wydając roczną pensję. Jeśli ćwiczyłem, to muszę to powiedzieć przed konkursem gwoli elementarnej uczciwości, chyba że zasady turnieju oraz medialna otoczka nie wymagają ode mnie zbytniej szczerości. Jeśli jakiś dziennikarz poleci w kosmos po uprzednim miesięcznym kosztownym kursie, to wprawdzie nie jest zawodowym astronautą, ale także nie jest amatorem w tej dziedzinie.
    Gdyby Chopin wygrał konkurs muzyczny w wieku 10 lat i wziąłby nagrodę, to nawet jeśli by handlował całe życie komórkami (w jego czasach zwanych drewutniami), to przecież nie byłby amatorem, gdyby ponownie po latach startował w konkursie jako młodzieniec. Może następnym razem pokażą genialną pannę, co to amatorsko zgrabnie pisze cyrylicą i jest przedstawiana jako objawienie, a okaże się potem, że kilka miesięcy spędziła (przy rodzicach) w moskiewskiej ambasadzie.
    A przy okazji - proszę o adres sklepu, w którym sprzedaje komórki pan Potts, wielki Wal (Walijczyk), kto wie, czy nie największy pośród Walów (Walijczyków). Pewnie kolejki są tam za telefonami. I dodaje autograf; zresztą każdą umowę podpisuje, zatem taka umowa podpisana przez nowego Pavarottiego, zwłaszcza datowana sprzed występów, ma swoją cenę...
    Jednak, ile byśmy tu narzekali nie tyle na Paula Pottsa, co na media go lansujące, nie zmienia to faktu, że jest to kolejny śpiewaczy geniusz na operowym firmamencie. A że do krytyki przyłączają się również zwykli zazdrośnicy, to całkiem inny temat...

     Językowa patologia - iThink (16 lipca 2007)
    Coraz więcej ludzi zdobywa wykształcenie, ale internetowe teksty w bezlitosny sposób wystawiają ocenę nie tylko uczniom, ale również ich nauczycielom...
    Pewien handlowiec oferował w internecie (aukcje) wybrakowane figi, i to nie z branży spożywczej, choć chyba z konsumpcyjnej - twierdził, że są rozcięte i zapewniał nabywców, że myszka będzie prezentować się w nich wybornie. I nie wiadomo, czy to branża roślinna (figi), czy to po prostu zoologiczna myszka, no bo raczej nie komputerowa? Z pewnością nikt nie chce przehandlować znamienia (bo i takie jest znaczenie tego słowa). Niektóre ogłoszenia pisane są w sposób niejasny i mogą wprowadzić potencjalnego nabywcę w błąd...
    Ale zdarza się, że ogłoszenie jest zrozumiałe w sensie handlowym, choć językowo jest koszmarne - jedyna nadzieja, że to cudzoziemiec pisał, bo jeśli rodowity Polak, to kompromitacja! Tekst jest oryginalny, jednak z pominięciem danych mogących spowodować identyfikację oferenta.
    I tu przechodzimy od potencjalnie zabawnego nieporozumienia do patologicznego języka zrozumienia...
    ZNACZKI POLSKIE NIE STENPLOWANE OD połowy1975-1993 za 160,00 zł
SPRZEDAM ZBIÓR ZNACZKÓW POLSKICH NIE ZTEMPLOWANYCH Z LAT 75 DO 93 połowy. JEST TO CAŁA KOLEKCJA ORGINALNYCH ZNACZKÓW,KTÓRA BYŁA
WYKUPOWANA WEDŁUG ABONAMENTU FILATELISTYKI W TYCH LATACH. ZNACZKI TE SĄ KONPLETNE PONIEWAŻ BYŁY SPRAWDZANE WEDŁUG KATALOGÓW. ZPRZEDAJE TE ZNACZKI PONIEWASZ NIE INTERASUJE SIĘ TYM A TO BYŁA KOLEKCJA MOJEGO DZIADKA KTÓRY JE ZBIERAŁ.I JA JE DOSTAŁEM OD NIEGO LERZOM U MNIE OKOŁO 5 LAT ZAPAKOWANE W 2 KLASERY I ZABESPIECZONE SĄ PRZED BRUDEM CZYLI SĄ W SZCZELNEJ TORBIE.
    Zwykle filatelistyką zajmują się ludzie o znacznie wyższej kulturze (w tym języka) niż średnia krajowa. Jeśli sprzedawca jest istotnie wnukiem kolekcjonera, to ów przypadek dowodzi upadku kultury w narodzie. Teoria ewolucji głosi postęp z pokolenia na pokolenie, a tu mamy ostry regres. Aby całkowicie nie popaść w rozpacz, to wypada nam wierzyć, że wnuczek urodził się poza Polską, zna dobrze język obcy, zaś naszym językiem posługuje się wyłącznie fonetycznie.
    Dawniej ogłoszenia prasowe były przedmiotem badań socjologicznych, jednak z powodu ich lapidarności (koszty zamieszczenia) nie pozwalały na ujawnienie pełnej weny twórczej autorów. Ponadto była instancja doradcy ortograficznego, bowiem teksty były przyjmowane przez (jednak!) piśmiennego pracownika gazety. Dzisiaj, w dobie ogłoszeń internetowych, nie ma żadnych hamulców w odkrywaniu swoich "talentów", ponieważ praktycznie nie ma ograniczeń w obszerności tekstu i nikt ich nie sprawdza. A im więcej piszemy, tym większe prawdopodobieństwo popełnienia gafy. A w opisanym przykładzie to już trudno nawet pisać o prawdopodobieństwie, bo to już raczej piśmiennicza patologia ...

    Encyklopedia Onet podaje - muszla (niem. Muschel z łac. musculus 'myszka'); także muskuł (łac. musculus) - mięsień, muskulatura. Może jest jakiś wzrokowy wspólny mianownik muszelki, myszki i mięska (nie licząc jednakowych pierwszych liter)...

    Czy to jest służba Narodowi? - iThink (18 lipca 2007)
    Na początku lipca media donosiły, że posłanka Renata Beger przygotowuje się do obrony pracy licencjackiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
    Spędziła trzy lata na zgłębianiu tajników nauk politycznych. Studia wymagały ode mnie wielu wyrzeczeń. Starałam się bywać na wykładach, bo były bardzo dobre. Zresztą, jak wiadomo, w grupie zawsze jest raźniej się uczyć. Zajęcia pochłaniały jednak bardzo dużą ilość mojego czasu, bywało, że niedzielę spędzałam w domu raz na kilka miesięcy - wspomina posłanka. Nic dziwnego, że czasu brakowało - wyliczyła, że była obecna na ponad 80 proc. zjazdów, które odbywały się co 2 tygodnie. Poza tym trzeba było uczyć się samodzielnie, co z pewnością pochłonęło sporo czasu posłanki Samoobrony. - ujawniają media.
    Społeczeństwa zawsze były zainteresowane podnoszeniem kwalifikacji przez swych obywateli. Jednak można mieć poważne wątpliwości, kiedy poseł (i inne osoby pełniące ważne społeczne funkcje) podczas służenia Narodowi sobie studiują. W końcu za dziesięciotysięczne wynagrodzenie mają zajmować się tym, do czego ich wybory zobligowały. Poseł powinien pracować jak wół roboczy bez przerw wakacyjnych i bez uczestniczenia w kursach czy studiach, bo nie za to mu płacimy. Podczas służby Narodowi powinien być obecny w miejscu pracy, czyli w budynku na Wiejskiej, w stolicy. No, może czasami być w podróży służbowej (dokładnie wytłumaczonej społeczeństwu). Z powodu nieusprawiedliwionej obecności w pracy (na służbie) powinien tracić część apanaży. A już na pewno nie powinien studiować! Bycie posłem to ma być ciężka i odpowiedzialna harówka, aby pozostali rodacy wiedzieli za co płacą i dlaczego wybrali tego czy innego posła. Na naukę był czas przed wyborami i będzie po zakończonej kadencji.
    Każda godzina poświęcona nauce (wkuwaniu) jest stracona dla służby Narodowi. Prawdopodobnie większość posłów i zwykłych obywateli nic nie widzi w tym niestosownego, bo pamiętają jeszcze czasy komuny, która popierała studia i kursy nawet kosztem pracodawcy. Pewnie tak to zapamiętano, że nawet po obaleniu tamtych rządów, niektóre zwyczaje i obyczaje pozostały "we krwi" nie budząc żadnych wątpliwości.
    Posłowie powinni mieć kodeks etyczny, który obligowałby ich do wytężonej pracy na rzecz Narodu i do godnego i etycznego reprezentowania. Z tego powodu nie mogliby sobie nie tylko studiować podczas kadencji, ale również nie mogliby opalać się w niekompletnych strojach plażowych oraz powinni unikać obyczajowych skandali. Jeśli wybrańcy Narodu polegują sobie nago na plażach i oświadczają, że niczego nagannego w tym nie widzą, bo to zamiłowanie przechodzi z matki na córkę (a potem zapewne na wnuczkę), to nie nadają się do godnego piastowania stanowiska im ofiarowanego przez Naród. W stosunku do posłów należy stosować nie tylko formalne przepisy, ale honorowy kodeks etyczny. To, co może wyczyniać przeciętny Kowalski, o tym poseł nie może nawet pomarzyć. Doświadczenia ostatnich kilkunastu lat dowodzą, że jest akurat odwrotnie! Chyba nie ma tygodnia, aby media nie informowały o cwaniactwie posła lub o obyczajowych uchybieniach.
    Teraz rozpoczynają się wakacje sejmowe. Wiele zagadnień prawnych (w tym budowa autostrad na Euro 2012) leży odłogiem (jako te niedoszłe betonowo-asfaltowe pasma). Kilkanaście dni wcześniej minister spraw zagranicznych nie mogła omówić negocjacji w Brukseli, ponieważ przebywała na... urlopie. To chyba jakieś żarty?! Służba Narodowi to specyficzna praca. Żadnych urlopów, chyba że okolicznościowe albo bardzo krótkie. Czyżby ludzie ze świecznika nie znali umiaru? To pierwszy lepszy Polak o symbolicznych zarobkach i niewielkim znaczeniu nie otrzymałby urlopu albo zostałby z niego odwołany, gdyby miał podzielić się z paroma osobami wynikami pomiarów dokonanymi za granicą, a tu cała Polska czeka na raport, a minister na wakacjach? I zastępuje ją osoba niezorientowana w sprawie?! To jakaś groteska?!
    Czy ktoś opracuje w końcu przepisy, które nakażą tzw. przedstawicielom naszego Narodu, aby solidnie pracowali, a nie wypoczywali i studiowali? Nie było się na Wiejskiej, bo urlop, w tym wakacje lub wkuwanie do egzaminów albo nawet choroba zmogła, to urlop bezpłatny. Proste, uczciwe i jasne zasady. Jeśli komuś nie odpowiadają proponowane warunki pracy i płacy, to zapewne znajdą się reprezentanci, którzy uznają je za właściwe dla tego rodzaju posłannictwa.
    Populizm? To rodacy obiecujący gruszki na wierzbie są populistami. I to wychodzi z nich zaraz po wygranych wyborach. Jeśli ktoś ma szlachetną wizję (tak ją ocenia i wierzy w nią) posłannictwa wobec Narodu, to pewnie okrzykną go również populistą. Taki jest wysoki stopień nieufności do konkretnych rozwiązań. A przecież jest różnica pomiędzy zachęcającymi obietnicami z sufitu dla wyborców a zniechęcającymi konkretami dla wybranych.
    Ludziska pracują, a niektórzy to nawet urabiają się po łokcie, aby przybliżyć Polskę nieco do Zachodu, a tacy sobie idą na wakacje i urlopy? I studiują zamiast służyć? Do roboty! W kamasze, ale obiboków a przedstawicieli Narodu Polskiego!

    Milion do wyparcia - iThink (11 sierpnia 2007)
    Większość z graczy emocjonuje się kumulacją wygranej w totka, bo "mieć" jest ważniejsze niż "być", zwłaszcza że jeśli myślimy, to przecież jesteśmy i ten punkt mamy "z głowy", zatem należy skupić się na "mieniu". Nie emocjonujemy się specjalnie "jakimś" milionem złotych, bo cóż to jest - jeden nowiutki wypasiony autobus? Zatem - czy ktoś zainteresuje się jeszcze innym milionem? Nie banknotowym? Mowa o milionie metrów sześciennych taniej i niczyjej wody wypartej w oceanach przez stalowe pudło?
    Zaryzykuję i przedstawię zagadkę.
    O ile podniesie się poziom wszechoceanu, jeśli zbudujemy oraz zwodujemy statek o wyporności 1 000 000 ton i maksymalnie go załadujemy?
    Założenia do oszacowania - promień kuli ziemskiej 6370 km, 71% to udział wszechoceanu na powierzchni tej kuli. Przyjąć, że załadowany statek wypiera milion metrów sześciennych wody o gęstości 1000 kg/m3. Z pewnością nie jest potrzebna objętość wody na Ziemi ani długość linii brzegowej otaczającej wszystkie akweny.
    Rozumowanie jest proste - na powierzchni równej wszechakwenowi należy rozlać milion metrów sześciennych wody i "zobaczyć" (czyli obliczyć) - o ile ten poziom się podniesie. O ile?
    Podczas obliczeń należy wpisywać dane wyrażone w jednakowych jednostkach, aby uniknąć pomyłek. I cóż się okaże? Okaże się, że poziom wody podniesie się zaledwie o 1/362000 mm, a to oznacza, że należałoby zwodować i załadować 362 tysiące takich milionowych kolosów, aby poziom wszechoceanu podniósł się tylko o 1 milimetr...
    Jeśli wynik nas zaskoczy, to można kontynuować nastrój konsternacji stosując matematykę w aspekcie wszechwody i ludzkości...
    Zatem - ile wody wyparliby wszyscy obecnie żyjący ludzie... Załóżmy, że po wspomnianej geoidzie (na potrzeby zadania dosłownie i w przenośni zaokrąglonej do kuli) pracuje, nudzi się, biega, czyta lub śpi ok. 6,5 mld osobników homo sapiens. Każdy niech średnio waży ok. 75 kG, czyli ma masę ok. 75 kg i (upraszczając) zajmuje 75 litrów (póki co w powietrzu). Zatem cała objętość "obecnej ludzkości" to niemal 500 mln metrów sześciennych. Po wejściu do wody (mórz i oceanów, ale nie rzek i jezior, stawów, basenów czy wanien) i po jednoczesnym a delikatnym (unikać tsunami!) zanurkowaniu, tyleż wody we wszechoceanie zostałoby wypartej przez nasze ciałka, ciała i cielska. A to znaczy, że my wszyscy (gdybyśmy jednocześnie się zanurzyli) spowodowalibyśmy skutki równoważne pięciuset takim gigantycznym statkom, czyli poziom wody "dzięki" nam podniósłby się 500 razy wyżej niż z powodu jednego superstatku, zatem o ok. jedną tysięczną milimetra (inaczej - od kilkudziesięciu lat - mikrometr, dawniej mikron z greki "drobiazg"), czyli 750 razy większa populacja ludności na Ziemi (niemal 5 bilionów ludków!) dopiero podniosłoby poziom o cały milimetr.
    Gdyby tak wszystkich obecnie żyjących ludzi upchnąć bezszczelinowo w wielkiej sześciennej kostce, to zajęliby oni (czyli my) sześcian o bokach po niemal 800 metrów. Bez trudu (gdybyśmy potrafili oddychać pod wodą) moglibyśmy w niejednym miejscu w oceanach umieścić taką kostkę, a właściwie kochę... Jednak nie na Bałtyku, bo największa głębia ma tylko 460 m. Zresztą nasz poczciwy Bałtyk jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych mórz na świecie, co utrudniłoby nam aklimatyzację, a właściwie... akwenizację.
    Objętość wody w Bałtyku to ok. 22 000 km3, czyli 22x1012 (10 do potęgi 12) metrów sześciennych. Jeśli to podzielimy przez jedną porcję zajmowaną przez wszystkich obecnie żyjących ludzi (500 mln m sześc.) to wyliczymy (na samym tylko bagatelizowanym w świecie Bałtyku) aż niemal 45 tysięcy takich porcji. Zakładając, że liczba ludności na Ziemi nie zmieniałaby się przez długi okres, to w naszym morzu zmieściłoby się aż 45 tysięcy ludzkich pokoleń. Szacując pokoleniową zmianę warty na 60 lat (średnia dla całej Ziemi), to bałtyckie "zasoby ludzkie" (cóż za obrzydliwy termin z dziedziny zatrudnienia; zresztą niniejsze obliczenia są również niehumanitarne...) "wystarczyłyby" na ponad 2,5 mln lat. Czyli ludzkość (wszyscy ludzie) przy założeniu stałej liczby ludności szacowanej na 6,5 mld i średniej wieku 60 lat, w ciągu 2,5 miliona lat zajęłaby tyle miejsca (przy maksymalnym ścisku), ile jest dzisiaj wody w Bałtyku. Oczywiście, przy (błędnym!) założeniu, że średnia wieku życia człowieka na naszej planecie oraz objętość naszego morza nie zmieniłyby się przez te... 25 tysięcy wieków.
    Ale co tam woda w Bałtyku! Ile jest H2O na całej naszej (jeszcze) zielonej planecie?
    Wszechocean ma wody aż 1320 mln km3 (97%), zaś Bałtyk 22 tys. km3, zatem wszechakwen zawiera 60 tysięcy Bałtyków. Wszystkiej (jak niektórzy mawiają) wody na Ziemi (w morzach i oceanach oraz pod skorupą ziemską, w rzekach, jeziorach i w wannach, również w chmurach oraz w nas i innych stworzeniach) jest 1360 mln km3. Gdyby jeden człowiek miał wypić tę ilość napoju pijąc w tempie po jednym litrze wody na godzinę (czyli 8760 litrów rocznie; z pominięciem lat przestępnych), to zajęłoby mu to ponad 150 milionów miliardów (10 do potęgi 15) lat, zaś przy zatrudnieniu do tej czynności 6,5 mld Ziemian, trwałoby to niemal 24 miliony lat. Inna sprawa, co z tą "przepitą" wodą zrobić i uważać, aby nie wypić drugi raz tych samych cząsteczek H2O...
    Najlepiej przetłaczać ją do jakiegoś wielkiego naczynia w kosmosie. A jakąż to kulę zapełniłaby ta woda (będąca na Ziemi w postaci ciekłej, lodowej i parowej) w przestrzeni kosmicznej? Kula ta miałaby promień 690 km, czyli średnicę zbliżoną do 1400 km. Księżyc ma średnicę 3470 km. Gdyby ten nasz naturalny satelita był tylko pustą skorupą, to przepompowana woda z Ziemi wypełniłaby go tylko w ok. 6%, czyli w ok. jednej piętnastej jego objętości...
    Ale ta woda w trzech postaciach to jeszcze niewiele, bowiem oszacowano, że w minerałach na stałe tkwi aż 25 mld km3 wody, czyli ponad 18 razy tyle, co powyżej rozważano a właściwie... rozlewano i tłoczono.
    Masa wody na Ziemi jest wielkością stałą. Ciągle zmienia swój stan - a to para, a to opady, a to lody, ale najwięcej (poza wodą "zaklętą w skały") to ciecz. Ubytki czy przyrosty wody mogą być jedynie podczas wymiany z kosmosem - jeśli coś spada na Ziemię i zawiera wodę, to wody u nas przybywa. Betonowanie można uznać za zjawisko, w którym ciekła woda przechodzi w "stałą, zamurowaną" wodę. I to niewiele, bowiem większość paruje podczas wiązania betonu.
    Dodatkowo załóżmy, że omawiany pusty mamuci statek ważyłby (sam kadłub) ok. 50 tys. ton, co oznaczałoby, że wszystkie huty i walcownie na świecie (produkujące ok. 1,2 mld ton stali rocznie), wytwarzałyby ten stop wyłącznie na wspomniane 362 tysiące kadłubów przez ok. 15 lat...
    Cóż, popatrzmy co dzieje się z kumulacją w totku i... zagrajmy - a nuż nam się poszczęści? Byle nie wszystkim - tutaj nie ma solidarności... Im mniej szczęśliwców, tym więcej dla nas!

    Niewykorzystane możliwości internetu - iThink (18 sierpnia 2007)
    Dlaczego producenci nie wykorzystują pełnych możliwości internetu, w szczególności aktualizowania danych o swoich produktach?
    Jeden z bardziej znanych producentów polskich płytek ceramicznych (zwanych glazurą) zamieścił w swoim pięknym internetowym katalogu (także w językach obcych) całą paletę produkowanego asortymentu.
    Parę lat temu zakupiłem śliczne kafelki (przez niektórych zwane nawet kachelkami), oczywiście z nadmiarem i to na tyle znacznym, że zachciało mi się wrzucić ów rzucik na inną ścianę. Niestety, ponieważ wstępne obliczenia wykazały braki w posiadanych przeze mnie zapasach, przeto wszedłem na wspomnianą piękną witrynę, obejrzałem kolekcje (w tym lineę) i emajlowo zapytałem producenta (a słyszałem, że chyba zaprzestali produkcji tego asortymentu i liczyłem raczej na zapomniane resztki magazynowe) -
    Witam!
    Czy żółta linea 20x25 jeszcze jest produkowana? I czy w Gdyni można ją nabyć?
    Na uprzejme zapytanie otrzymałem równie elegancką (a jakże!) odpowiedź -
    Witam serdecznie
    Płytka linea żółta została wycofana z oferty naszej Firmy. Nie posiadamy jej na stanach magazynowych. Pozdrawiam
    A ja się grzecznie i retorycznie pytam - czy po to wymyślono internetowe witryny z możliwością bieżącego informowania o dokonywanych zmianach w produkcji, aby nowoczesny producent nie korzystał z tej oczywistej przewagi nad katalogami papierowymi?
    A nawet jeśli chce pokazywać swe wszelakie (w tym historyczne) dokonania (kiedy nawet już przeszły do lamusa), to przecież można było zaznaczyć - "produkcja zakończona".
Ciekawe, ilu rodaków błąka się po internetowej Polsce, wybiera wymarzone artykuły, jedzie do wskazanych sklepów i całuje nie tyle klamki (bo markety są przyjaźnie a namolnie otwarte niemal przez całą dobę i tydzień), ile ślini się na widok przykurzonych zdjęć dumnie wywieszonych asortymentów wzbogacających paletę możliwości producentów, ale mocno już historycznych, bowiem już od paru lat... nieprodukowanych?
    Co na to federacje konsumenckie, dyrekcje marketów oraz samych producentów lub ich hurtowni? A czegóż można spodziewać się, oprócz tuzinkowego przyznania racji zirytowanemu konsumentowi, który nie może czegoś skonsumować w tym konsumpcyjnym bogactwie towarów? Taki cukierek za szybą? Żeby ów łakoć był ukryty za "kachlem", to przynajmniej nie byłoby go widać, jako że mało transparentna jest glazura...
    Po dalszych poszukiwaniach, inny portal (zajmujący się łazienkami) przyjaźniej potraktował klienta - Łazienki LINEA. Przepraszamy, kolekcja wycofana z produkcji. A przy wielu kolekcjach zamieszczono wyjaśniający tekst - UWAGA!!! Kolekcja nie jest już produkowana i ma status kolekcji archiwalnej.
    O, to rozumiem. I należy się pochwała za poważne potraktowanie klienta! Gdyby producent postąpił podobnie, to zaoszczędziłby nie tylko "poszukiwaczom" sporo czasu, ale także sobie (na udzielanie identycznych informacji niepomyślnych dla klientów).
    A iluż się irytuje w klasycznych (nie wirtualnych) sklepach? Oto, już po opisaniu nieprofesjonalnego podejścia producenta a właściciela katalogowej internetowej strony, byłem w rzeczywistym markecie posiadającym glazurę. Pogodziłem się z wycofaniem z produkcji wspomnianych (zaiste, "wspomniana" to właściwe określenie nieprodukowanych towarów...) płytek i udałem się z rodziną na salę wykładową, czyli tam, gdzie wyłożono kafelki.
    Oceniliśmy rozmaite wyeksponowane wzory i poprosiliśmy pana z obsługi, aby nam odliczył z pudła wybrane płytki oraz wypisał kwitek z asortymentem. Okazało się, że wybrany wzór nazywa się Rimini, jest ładny, ale jego podstawową wadą jest... nieprodukowanie (dlaczego, skoro taki śliczny?). Zaproponowałem panu, (który jako i my oraz wielu naszych rodaków, również był w "tytułowym" włoskim kurorcie - a któż tam nie był...), aby na wszystkich ładnych a niesprzedawanych kolekcjach położono kartonik z napisem - brak w sprzedaży. Uznał to za dobry pomysł, jednak poinformował mnie, że to do niego nie należy, bo on jest tylko z obsługi klienta. W końcu wybraliśmy kafelki, które nam się mniej podobały niż Rimini, straciliśmy więcej czasu, no i byliśmy poirytowani tym incydentem. Gdyby nie było "nieaktualnej" kolekcji, to mielibyśmy znacznie lepsze humory, ponieważ nie wiedzielibyśmy, że są płytki milsze naszym oczom oraz stracilibyśmy mniej czasu na dobieranie oraz na dyskusję...
    Właściwie to obie formy sprzedaży (internetowa oraz tradycyjna) mają sporo wad i to z powodu opieszałości pracowników, którzy mogliby szerzej wykorzystywać swoje intelektualne walory.

    Utonął - nie było linki za parę złotych - iThink (22 sierpnia 2007)
    Linka ratuje życie nie tylko taternikowi, grotołazowi czy spadochroniarzowi. Linka może uratować dziecko podczas wodnej zabawy.
    To miała być świetna zabawa w płytkiej wodzie Zatoki Gdańskiej (nieopodal ujścia Martwej Wisły) podczas święta 15 sierpnia. I była. Zanim zamieniła się w horror, bowiem czteroletni brzdąc w pewnej chwili zsunął się z pneumatycznego fotelika i wpadł do zabójczej wody, która jeszcze chwilę wcześniej była synonimem nadmorskich harców. Świadkowie twierdzą, że pływająca zabawka z chłopczykiem została zepchnięta w głąb zatoki przez nagły poryw wiatru i zapewne przez prąd rzeczny.
    O stopniu trudności w znalezieniu zaginionej osoby niech świadczy czas poszukiwań tego chłopca - kilkanaście godzin z udziałem pilotów helikoptera z kamerą termowizyjną, ratowników na specjalnych jednostkach ratowniczych oraz płetwonurków, zaś ciało znaleziono nieopodal miejsca wpadnięcia do wody. Nie pora na podawanie kosztów całej akcji wobec tragedii rodziców tracących chłopczyka. Zbyt okrutna kara, jaka ich spotkała za niefrasobliwość, to osobny a filozoficzny temat.
    A w jaki pewny, mało kłopotliwy oraz tani sposób można było uniknąć owej tragedii?
    Należałoby opracować kompleksowe rozwiązanie dla ochrony życia dziecka lub osoby niepełnosprawnej.
    1. Obiekty pływające (np. pneumatyczne pontony, materace, foteliki, zwierzaki, bananki) powinny być fabrycznie wyposażone w dwie linki. Dłuższa - do przycumowania obiektu do brzegu, np. do drzewa, ławki, pomostu itp. albo do kotwiczki (za kilkadziesiąt złotych można kupić parokilogramową kotwicę). Krótsza - do przywiązania osoby do materaca.
    2. Plażowi ratownicy powinni mieć obowiązek zwracania uwagi dorosłym osobom na właściwe zabezpieczenie dzieci w wodzie, zaś w razie ignorowania uwag powiadamialiby Policję, która finansowo karałaby krnąbrnych rodziców. Poza strzeżonymi plażami, w opisanych ryzykownych sytuacjach, sygnały do Policji powinny być przekazywane przez wrażliwych obywateli, zaś i sami funkcjonariusze powinni samoistnie pouczać nieodpowiedzialne osoby.
    3. Jeśli obiekty pływające nie miałyby wspomnianych linek, to plażowi ratownicy wypożyczaliby je, a ponadto także kotwiczki, kapoki oraz koła ratunkowe.
    Obywatele oraz funkcjonariusze podczas zagrożeń wobec zdrowia i życia zachowywują się dość dwuznacznie - jeśli zagrożenie jest "twarde" (krwawe - np. wypadki drogowe), to karami jesteśmy jakby chętniej obdzielani, jeśli jest "miękkie" (bezkrwawe - np. utonięcia), to często nikogo to nie interesuje. Gdyby młodzież grała w siatkówkę ponad torami uczęszczanego szlaku kolejowego albo w tenisa na nieogrodzonym dachu wysokiego budynku, to zaraz by ktoś zainteresował się tą niecodzienną, groteskową i groźną sytuacją, jednak pływanie dziecka na materacu zwykle nikogo nie interesuje. Mały kapoczek uratowałby malcowi życie, ale to większy wydatek, a przede wszystkim trzeba wpaść na ten pomysł i udać się do sklepu, a to już często niemal wyczyn.
    Nie można oprzeć się zdumiewającej konstatacji, że zwykła linka (choćby plastykowa do suszenia prania, najlepiej o jaskrawym kolorze, za parę złotych) uratowałaby malcowi życie. Gdyby dzieciak wpadł do wody, to obserwując i dopływając do unoszącego się pontonu, na końcu linki snadnie odnaleźlibyśmy w toni owo dziecko, choćby i podtopione a nawet nieprzytomne. Parominutowe przebywanie pod wodą nie przekreśla uratowania potencjalnej ofiary, natomiast poszukiwanie żywego człowieka, który właśnie przepadł w otchłani akwenu to istny koszmar - z każdą sekundą maleje szansa na wyrwanie go ze szponów śmierci. A dłuższa linka nie pozwoliłaby na większe oddalenie się od brzegu.
    Konieczność stosowania w autach pasów bezpieczeństwa miała wielu wrogów. Nawet wytwarzano swetry o wzorze pasa biegnącego poprzez odzienie, aby policjanta wprowadzić w błąd podczas analizowania zdjęcia (w ramach zwalczania kierowców ignorujących wymogi kodeksu drogowego). Także były głosy (niepozbawione pewnych racji) o niekonstytucyjności obowiązku stosowania pasów bezpieczeństwa. Zwykle jest sens stosowania rozwiązań kojarzących się z ograniczeniem wolności - jednak można uratować wiele istnień ludzkich dzięki prostym i tanim (choć niewygodnym) sposobom.
    Należy bezwzględnie egzekwować nakaz mocowania dwóch opisanych linek, jeśli nie ma innych zabezpieczeń, zwłaszcza w przypadku zabawy dziecka w akwenie.

    Czy zwrócone będą znacjonalizowane wkłady mieszkaniowe? - iThink (30 sierpnia 2007)
    Obywatelom nie zwrócono jeszcze znacjonalizowanych wkładów mieszkaniowych...
    Parę tygodni temu media z entuzjazmem poinformowały, że za symboliczne kwoty można wykupić swoje spółdzielcze mieszkania. Jak zwykle w takich sytuacjach odżywają inne  kwestie z branży mieszkaniowej, choćby rewaloryzacja wkładów dla posiadaczy książeczek mieszkaniowych. Otóż w ostatnich miesiącach zmiany rynkowych cen jednego metra kwadratowego znacznie oddaliły się od proponowanych kwot obliczanych przez stronę rządową. Nikt nie lubi wypłacać z kasy wyższych kwot, przyznawane są środki jednak (chyba zgodne z prawem?) niepokrywające ceny jednego metra kwadratowego zawartego w cenie mieszkania na rynku wtórnym.
    Przy okazji euforii dowiedzieliśmy się o kolejnej aferze godzącej w poczucie uczciwości Polaka i obywatela. Otóż wielu zaradnych rodaków parę lat wcześniej wykupiło mieszkania za poważne kwoty, które to lokale byłyby dzisiaj wykupione za kwoty swą wysokością przypominające raczej domki dla lalek, a nie domy poważnych obywateli rządzonych przez światłych przywódców. Trudno sobie wyobrazić, aby w sprawiedliwie kierowanym państwie nie oddano poprzednio wpłaconych (znacznie wyższych) sum. I - zgodnie z obecnymi procedurami - należy nabywców mieszkań rozliczyć ponownie. Prawo wprawdzie nie działa wstecz, ale nie można budować prawej i sprawiedliwej RP na jawnej krzywdzie obywateli, zatem należy wydać przepis umożliwiający ponowne (a uczciwe) rozliczenie.
    Ale to nie wszystko - osobną kwestią jest inna drażliwa sprawa, która ma znacznie mniejsze (a właściwie chyba żadne) zainteresowanie społeczeństwa i rządu. Otóż wielu oczekujących na mieszkania w latach 70. i 80. (kiedy to widać było początki załamania budownictwa mieszkaniowego na wielką skalę) wzięło kredyty ze swoich zakładów pracy, aby uzupełnić wkłady mieszkaniowe, przekazując owe walory na rzecz konkretnych spółdzielni mieszkaniowych. Przez wiele lat owi pracownicy spłacali te pożyczki, obniżając przecież swoją stopę życiową (i swych rodzin), spółdzielnie pobudowały za te środki wiele mieszkań dla szczęściarzy i omawianym tutaj frajerom pokazano... figę z makiem. Wszyscy zainteresowani (od strony płatnika) udają, że nie ma w ogóle takiej sprawy! Czy ktoś zajmie się tym zapomnianym problemem?
    Chyba nie ma przedawnienia dla państwowego i spółdzielczego cwaniactwa? Każdy uczciwy obywatel (w tym urzędnik) przyzna rację ofiarom socjalistyczno-kapitalistycznego losu, ale gdzie szukać sprzymierzeńców? Wszak oni mają już mieszkania, a przyznanie racji spowodowałoby małe, ale jednak, obarczenia podatkowe albo niewielkie składki zorganizowane przez spółdzielnie wśród szczęśliwców, którzy już dawno mieszkania otrzymali. Więc siedzą cicho jak myszy pod miotłą! Mają w swych mieszkankach część powierzchni zawłaszczonej współrodakom. Co myślą o idei solidarności społecznej? Myślą z wielką sympatią, póki to ich nie dotyczy w sensie oddawania, bowiem w sensie otrzymywania są całym sercem za tą piękną i szlachetną ideą. Czy owe środki poszkodowani obywatele mają uznać za niebyłe? Kolejna nacjonalizacja własności prywatnej? I to nie wielkim obszarnikom czy burżujom, ale zwykłym obywatelom?
    Obecnie, kiedy spółdzielnie będą obliczać stosunkowo niskie należności dla swoich członków, może niech ich władze przypomną sobie o osobach, które 30 lat temu wpłaciły pokaźne sumy, co umożliwiło spółdzielniom realizacje swych planów w ówczesnych czasach. Niewielkie doliczenie symbolicznej kwoty do każdego metra kwadratowego sprzedawanej powierzchni nie zrujnuje spółdzielców, a udowodni, że Polska ceni sobie solidarność społeczną, wszak to dzięki niej powstawały dawniej mieszkania dla milionów Polaków mieszkających w PRL. Jeśli tylko wybrańcy i szczęśliwcy w końcu otrzymali mieszkania wybudowane ze środków omawianych pechowców, którzy nie zdążyli otrzymać w poprzedniej Polsce mieszkań, to zasady uczciwości i solidarności powinny zostać po wielu latach zrealizowane. Czy rząd w ogóle ma dane na temat skali opisywanego dotowania przez pracowników finansujących budownictwo ze spłaconych dawno kredytów? Co na to Rzecznik Praw Obywatelskich?
    Jeśli byłym (a ponownym) kamienicznikom zwracamy mienie zagarnięte w (i przez) PRL, to dlaczego nie zwracać mienia niedoszłym właścicielom mieszkań? Dobra obu kategorii obywateli zostały objęte nacjonalizacją, ale jedynie pierwsi otrzymali rekompensaty. Czy drudzy są gorszymi obywatelami RP?

    Diana żyłaby, gdyby... - 31 sierpnia 2007
    31 sierpnia 2007 minęła 10. rocznica tragicznego wypadku samochodowego, w którym zginęła księżna Diana. Powstało wiele filmów mniej lub bardziej opartych na wydarzeniach i na spekulacjach. Wrażenie robią ostatnie minuty życia Diany oraz osób jej towarzyszących, które to chwile zostały nagrane przez hotelowy system monitorujący. Nawet istnieje pogląd, że ofiary zostały uśmiercone przez zamachowców.
    W czerwcu 2003 zginęło sześć osób w wypadku niemieckiego autokaru, który uderzył w prawą ścianę tunelu na północy Włoch. Ludzie ginęli podczas stumetrowego "szorowania" pojazdu po ścianie wzdłuż tunelu. Tego samego dnia, w podobnych okolicznościach rozbił się autobus turecki - wpadł prostopadle na prawą czołową ścianę tunelu (zatem nie szorował), przeto wypadek był groźniejszy, ponieważ pojazd nie miał wcale drogi hamowania.
    W jaki sposób można było zmniejszyć prawdopodobieństwo śmierci podróżujących osób? Przed wjazdem do tunelu powinna stać na prawym poboczu jezdni solidna stalowa płoza (odbojnica), która byłaby lekko zbieżna ku jezdni, zaś przy wjeździe do tunelu byłaby zamontowana na prawej ścianie przekopu i położona na długości kilkunastu metrów. Wiele takich podziemnych przejazdów ma nasyp ziemny lub betonowy ukształtowany zbieżnie i wówczas wystarczyłoby zamontować jedynie wlotową krótką odbojnicę na pograniczu wjazdu w czeluść tunelu.
    Samochód z księżną Dianą jednak nie rozbił się na prawej ścianie tunelu. Otóż po prawdopodobnym zahaczeniu o inny pojazd, stracił przyczepność i zjechał na lewą stronę. I tu dochodzimy do niewyobrażalnej indolencji projektantów tunelu - pomiędzy dwoma jezdniami (dla obu kierunków jazdy) nie ma ściany, lecz są kolumny stropu tunelu. I te podpory są śmiertelnymi pułapkami (jak drzewa zbyt blisko stojące przy polskich drogach, co powoduje śmierć kilkuset rodaków rocznie). Z winy kierowcy (ale nie tylko) auto wpada na taki słup i są małe szanse na przeżycie w wyniku najczęściej czołowego zderzenia z przeszkodą, która jest praktycznie nieodkształcalna.
    W tani i prosty sposób można było zapobiec śmierci Diany oraz innych osób przeprawiających się tunelami. Wystarczyłoby również po lewej stronie jezdni zamontować opisane wcześniej odbojnice. I to bezpośrednio na istniejących już kolumnach. Gdybyśmy komputerowo przeanalizowali wypadek sprzed 10 lat, to auto nie wpadłoby na filar gwałtownie tracąc prędkość (co jest śmiertelnym wydarzeniem dla delikatnych ludzkich powłok, narządów i kości), ale pojazd pod łagodnym kątem wpadłby nie na kolumnę, lecz na płozę, od której odbiłby się i ewentualnie jeszcze uderzyłby w prawą ścianę (z ewentualnie dodatkową odbojnicą). Z pewnością osoby znajdujące się w aucie (pomimo niezapięcia pasów) miałyby znacznie większe szanse przeżycia, mimo poniesionych ran, które byłyby oczywiście mniej groźne (łagodniejsze uderzenie auta w wyprofilowaną odbojnicę o konstrukcji mocno tłumiącej energię zderzenia).
    Twierdzę, że księżna Diana przeżyłaby wypadek w tunelu de l'Alma w Paryżu, gdyby pomiędzy jezdniami były zamontowane na filarach opisywane płozy bezpieczeństwa. Więcej - indolencja osób (nie)odpowiedzialnych za stan bezpieczeństwa jest porażająca - kilka lat po wypadku, przejeżdżałem pechowym tunelem i nadal stoją śmiertelne pułapki, czyli owe filary, zatem nie wyciągnięto żadnych wniosków z tragedii. Czy w końcu zaczniemy montować niedrogie płozy w tunelach (i na mostach), które uratują niejedno życie?

    Ciasna Linda - iThink (15 września 2007)
    Myślałem, że chodzi o naszego znanego aktora; że to Bogusław Linda na wczasach w Cisnej (z literówką), którą to miejscowość rozreklamowała Krystyna Prońko w piosence "Deszcz w Cisnej". Wędrówki po Bieszczadach zeszły jednak na dalszy plan - teraz każdy błąka się po internecie, a kiedy już wejdzie na grzeszne ścieżki, to rozmaite mu do łba pomysły przychodzą podczas zgłębiania sedna niewieściej marki (takie to zakamarki...).
    Słowo "anons" (podobnie jak "agencja" oraz "wyzwolone") jest tak wieloznaczne, że kiedy ekran rozświetla się wszelkimi kolorami i odcieniami ciał, to staje się nad wyraz jednoznaczny... Zbłądziłem, ponieważ wpisałem słowo "odloty", które miało kojarzyć się z lataniem lotników nad Ziemią/ziemią, ale obecnie coraz częściej oznacza latanie latawic po Ziemi/ziemi, choć obie zawodowe grupy obiecują podniebne doznania.
    Zatem czytamy -.
    Jestem 24-latką z dużym biustem, ciasną ci*ką i zgrabnym tyłkiem. Zapraszam gorąco Panów do swojego dyskretnego mieszkania. Jestem otwarta na różne propozycje...
    Już rozmaite bywały przymioty reklamowane przez sympatyczne wolontariuszki** wyuzdanego życia pozamałżeńskiego. Ale podstawowe narzędzie pracy najstarszego fachu określać w ten chwytliwy (sic!) i obrazowy (sic!) sposób? Owszem, robi wrażenie - aż ciarki przechodzą po skórce a i włos się stroszy... Widać, że ciasnota cielesna w przeciwieństwie do umysłowej (nie są znane ogłoszenia zachęcającego do korzystania z przyciasnawego rozumku?) jest pożądanym instrumentem pokusy i pozyskiwania apanaży. A jak do tego damy (czy to od "obiecującego" czasownika o identycznej postaci?) zapewniają, że są otwarte, to czegóż więcej oczekiwać, zwłaszcza że najczęściej ów stan otwartości jest dokładnie zilustrowany dzięki jakości najnowszej techniki cyfrowej, a ponadto (odwołując się do języka informatyków) zmierza ku wielodostępowi...
    Kobiety wyzwolone to już nie zaniedbane, bose panie (lub w drewnianych trzewikach), które szczęśliwie doczekały się wyzwolicieli spod jarzma hitlerowskiego okupanta; to zadbane, obute, choć również skromnie przyodziane (tak skromnie, że aż sekretnymi trzewikami wabiące)... Można zaryzykować twierdzenie (o śmiałych panienkach) - im uboższe wnętrze w sensie intelektualnym, tym bogatsze prezentowane w sensie dosłownym.
    Skoro panie/panowie bywają długonogie/długonodzy, złotouste/złotouści, krzywonose/krzywonosi, długoszyje/długoszyi, zwisłouche/zwisłousi, szerokobrewe/szerokobrewi, również dowci*ne/dowci*ni, to panie pokroju niejakiej Lindy są ciasnoci*ne, jednakowoż panowie nie mogą być ciasnoci*ni z oczywistych powodów...
    Z panem Bogusławem jeszcze może rywalizować kolejna Linda, tym razem modelka Evangelista. Nie obserwuję jej kariery, ale jako kobieta z klasą (i kasą!) zapewne pojęcia wyzwolenia i otwarcia interpretuje na innym poziomie, niż nasza tytułowa Linda. A wracając do niej oraz trawestując tytuł piosenki - cisieński złoty deszczyk z ciasnawej a cisawej z Cisnej dla ciosanego cisawego z Cisowej...
    Oryginalne nazwisko ma owa sławna modelka. Gdyby ludzie bardziej interesowali się ewangelią, to nie byłoby aż tylu zbłąkanych dusz w jeszcze atrakcyjnych a już upadłych powłokach. Choć można odwrócić problem - gdyby mniej ludzi zgłębiało Biblię, to świat byłby jeszcze większym koszmarem...
      * - p
    ** - owe symboliczne kwoty traktujmy jako datki na kosmetyki, dbanie o figurę oraz za czynsz, więc wzmianka o wolontariacie jest tu całkowicie na miejscu...

    Ujawniać dane podejrzanych i przestępców! - iThink (17 września 2007)
    Kilkanaście dni temu, po poszlakowym procesie, zapadł nieprawomocny jeszcze wyrok (25 lat więzienia) na pisarza Krystiana B., autora książki "Amok". Ponad rok temu Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała znanego detektywa, byłego posła Samoobrony - Krzysztofa R. Wszystkie media trąbiły wówczas o powszechnie znanym gościu - miał swój telewizyjny program dokumentujący jego szczytne misje oraz miał parę skandali obyczajowych. Działał wśród dorobkiewiczów i pewnie uległ pokusom blichtru. Niepełne dane, a jednak wszyscy wiedzą, że to Krzysztof Rutkowski.
    A pisarz, wprawdzie (jeszcze!) mało znany, jednak wystarczy wrzucić do wyszukiwarki dwa słowa (Krystian, amok), aby w parę sekund uzyskać nazwisko. Komu potrzebna taka maskarada?
    Krystian Bala ma 29 lat i spory bagaż doświadczeń, których wyrazem jest jego twórczość. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, a na czele jego zainteresowań znajduje się szeroko rozumiana filozofia języka oraz filozofia społeczna. Od kilku lat przebywa na emigracji, głównie we Francji i USA. Rok 2002 spędził w podróży po krajach Azji, rezydując głównie w Korei Południowej i Japonii. - informuje Onet.pl (Czytelnia).
    Ponieważ autor urodził się w 1974, przeto widać, że już 4 lata notka nie jest tknięta ręką odnowiciela, choć w internecie to całkiem prosta sprawa... Ani słowa o obecnej sytuacji, w szczególności o ostatniej rezydencji mistrza (po wspomnianych dwóch azjatyckich): celnej/celowej (cela - komórka; zresztą w nowym znaczeniu komórka przyczyniła się do dramatycznego pogorszenia się sytuacji pisarza - sprzedał telefon ofiary na internetowej aukcji). Emigracja również zmieniła swe znaczenie (to już nie pojęcie rodem z czasów zaborów czy komuny). Co do sporego bagażu, to istotnie - notka niejako proroczo sugeruje związek doświadczeń z twórczością, co okazało się wyjątkowo zbieżne...
    Na Onet.pl (Czytelnia) czytamy ponadto - Krystian Bala "Amok", wydawca: Croma, liczba stron: 192, okładka: miękka, cena: 19 zł, kategoria: literatura piękna. Szokująca kategoria? Kiedyś mieliśmy eksport wewnętrzny, a teraz to ma być literatura piękna?! Nie dewiacyjna? Tamże mamy link do "Zakończenie procesu pisarza oskarżonego o morderstwo": Przed wrocławskim sądem ma się dzisiaj zakończyć proces autora książki "Amok". Zaplanowano mowy końcowe stron. Krystian B. z Chojnowa jest oskarżony o zabicie mieszkańca Wrocławia. Prokurator zażądał dla niego 25 lat więzienia.
    Przeczytana już książka "Amok", podczas internetowej licytacji na Allegro (numer aukcji 242540030), 15 września 2007 osiągnęła cenę 200 zł (dziesięciokrotne przebicie!). Gdyby było to dzieło literatury pięknej, to cena przewertowanej książki byłaby niższa od ceny w księgarni. Nawet takiego zainteresowania nie można przypisać określeniom z recenzji książki typu: tylko dla dorosłych, nielinearna narracja, język bezwstydnie wulgarny, deliryczne obrazy, wszechobecne narkotyki i seks, idea eutanazji języka, czołganie się windą, ale zamieszaniem wokół procesu i wyroku.
    Kiedy już wszystkie znane światowe agencje ogłosiły wyrok (podając pełne dane polskiego pisarza!), jeszcze przez wiele dni nie ma w tym dziale Onetu żadnej informacji na ów temat. Zresztą nie liczmy na pełne dane, bo polska ochrona danych to wyjątkowo dziwaczna postawa naszego dobrodusznego państwa poddanemu również pewnemu otumanieniu...
    Właśnie, a w jaki sposób opisują sprawę europejskie media?
    The Polish author Krystian Bala was sentenced to 25 years in jail for directing the killing of Dariusz Janiszewski. In his debut 2003 novel Amok, Polish author Krystian Bala describes the torture and murder of a young woman whose hands are bound behind her back with a cord that is then looped to form a noose around her neck. According to a judge's ruling this week in the western Polish city of Wroclaw, Bala was drawing not on his imagination for that scene, but on his own experience.
    Un écrivain polonais de 36 ans a été condamné mercredi a 25 ans de prison pour le meurtre de l'amant de son ex-femme, sa culpabilité ayant été étayée par un roman dans lequel il avait ensuite décrit le crime. Un tribunal de Wroclaw, dans le sud-ouest de la Pologne, a condamné Krystian Bala pour avoir commandité l'assassinat, commis il y a sept ans.
    De Poolse misdaadschrijver Krystian Bala is woensdag tot 25 jaar gevangenisstraf veroordeeld voor een moord die hij in zijn boek 'Amok' in detail heeft beschreven. En amok maken deed hij ook, al gebeurde dat niet op de door hem bedoelde manier. Dat Bala deze week door de rechtbank van Wroclaw tot 25 jaar cel is veroordeeld voor moord, is het onrechtstreekse gevolg van die roman.
    Ein Schriftsteller muss 25 Jahre in den Knast. Zu genau hat er den Mord an einem Geschäftsmann beschrieben. Ein polnischer Schriftsteller ist als Verantwortlicher für einen Mord verurteilt worden, wie er ihn drei Jahre danach in einem Roman beschrieben hat. Das Gericht in Breslau befand heute Mittwoch, dass Krystian Bala den Mord an dem Geschäftsmann Dariusz Janiszewski geplant und seine Ausführung geleitet hat.
    Jakoś na Zachodzie mają w nosie polską ochronę danych i przepisy polskiego prawa prasowego. Każdy może sobie przeczytać w internecie nazwisko filozofa, pisarza i zabójcy (w jednym), ale nie w ojczystym języku, chyba że w polskiej gazecie w Chicago, Wilnie lub we Lwowie... A przy okazji - choć to całkiem inny temat - proszę zwrócić uwagę, że w języku angielskim, francuskim i holenderskim polskie miasto nazwano Wroclaw, a po niemiecku (jednak po staremu) - Breslau. Przed wojną pisano w tych językach z niemiecka, ale jednak przestawiono się w ślad za historią... Nie, żebym krytykował Niemców! Oni mają prawo tak pisać, ale sympatyczniej wygląda nazwa Wroclaw w innych zachodnich językach, nieprawdaż?
    Czekamy na odważnego dziennikarza, który poda pełne dane osoby ujętej, ale jeszcze ostatecznie nieosądzonej. Czekamy na proces wytoczony przez szlachetnych obrońców praw człowieka i na wyrok. To byłby proces roku, a tak to wielkie nudy w naszej Temidzie - nic ciekawego: setki spraw, zagrożenia wieloletnimi więzieniami i wyroki zwykle w zawieszeniach (nie licząc oczywiście ciągłych prawnych zawirowań w politycznej dziedzinie, bo to całkiem osobny a obszerny temat). No i tysiące nibywięźniów oczekujących w kolejce do pudła. Jedyna kolejka w Polsce, do której nikt się nie pcha. Więcej - wszyscy kolejkowicze liczą na zapomnienie a przynajmniej na bałagan pośród urzędników sporządzających zaproszenia do przyciasnawych celek z grylami w oknach..
    Owszem, polskie media podają dane oskarżonych, a nawet podejrzanych, jednak sądzonych poza granicami naszego wyrozumiałego państwa. Ongiś podano pełne dane polskiej przestępczyni przed zapadnięciem wyroku. Otóż pewna Polka okradała amerykańskie gwiazdy z biżuterii będąc u nich gospodynią "rozsławiając" (i bez tego) stereotypowy obraz naszego rodaka a złodzieja. Z głośniejszych spraw, to próba ekstradycji Edwarda Mazura. Jego pełne dane byłyby ukryte tuż po wylądowaniu samolotu na naszej polskiej ziemi. Z tego wynika, że  zakaz podawania w mediach danych dotyczy Polaków popełniających przestępstwo w Polsce. Zatem jeśli sprawa dotyczy Polaka zamieszkałego w Polsce, to mamy dziwactwa typu "Krzysztof R. - znany detektyw" albo "Maciej J. - mąż byłej posłanki Aleksandry Jakubowskiej". Czy po to obaliliśmy komunę, aby być świadkami takich kuriozalnych sytuacji? Albo z archiwum wygrzebią filmik z nagraną znaną personą obecnie podejrzaną i zasłaniają niewinne (bo do czasu orzeczenia są takimiż) oczęta. A przecież był to film nagrany za czasów świetności tej osoby i jako dzieło nie powinno podlegać cenzurze.
    To dokumentalne filmy o wojnie i okupacji może również nie powinny być emitowane? A dlaczego pokazują Hitlera i innych nieosądzonych zbrodniarzy? Bo byli postaciami publicznymi? A to Konstytucja RP 1997 dzieli obywateli na mniej lub bardziej publiczne persony? W którym artykule można się tego doczytać? Szanowna Temido - proszę zamazywać wszystkie nieosądzone zbrodnicze faszystowskie oraz komunistyczne gęby i podawać jedynie inicjały, bowiem wnuki tych ludzi niesłusznie cierpią! Oczywiście, polska Temida nie wie, że przestępczość mogłaby nieco spaść, gdyby przestępcy wiedzieli, że podawanie pełnych danych i poczucie wstydu wobec rodziny jednak mogłoby być pewnym hamulcem podczas podejmowania decyzji o przestępstwie. Mamy profesorów prawa, którzy bronią czci nieosądzonych jeszcze przestępców (domniemanie niewinności) oraz ich rodzin, choć w niemal stu procentach są potwierdzone ich karalne przedsięwzięcia. Natomiast nikt nie widzi niefortunności podawania pełnych nazwisk ofiar, często odrażających przestępstw. Czy dziennikarze pytają rodzin o pozwolenie? Nie sądzę! I za to powinni płacić odszkodowania, a nie za podawanie nazwisk podsądnych!
    Wzorem innych cywilizowanych państw, powinny być podawane pełne dane osób, które mają procesy sądowe, a które to procesy interesują i intrygują polską opinię publiczną! Należy zlikwidować zasadę, że o jawności danych decyduje sąd. Bywa, że sąd takiej zgody nie wydaje nawet w stosunku do oskarżonego po wszystkich procesach odwoławczych. Niepełne dane mogłyby być podawane jedynie w przypadku osób niepełnoletnich.
    Konstytucja RP 1997 (Art. 54.1.) - "Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji". Nazwisko podejrzanego jest informacją ważną dla społeczeństwa. Przerywa pasmo plotek i niedomówień. Nie wystawia polskiego prawa na śmieszność. Sprzyja szybszemu wyjaśnieniu sprawy, bowiem zgłosić się może więcej świadków, co zwiększy liczbę znanych faktów, a jeśli podejrzany jest niewinny, to również dzięki opublikowaniu danych jest większa szansa na uzyskanie liczniejszych dowodów jego niewinności. W szczególności - w przypadku zabójstwa, pedofilii, czy oszustwa - nieujawnianie pełnych danych podejrzanego/oskarżonego jest działaniem wręcz na szkodę społeczeństwa! Jest formą utrudniania śledztwa! Dla dobra Rzeczpospolitej proponuję skończyć z błaznowaniem, bo od kilkunastu lat ośmieszamy Temidę do rozpuku. Przecież i bez tego jest wielki cyrk w Polsce...
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna