Komentarze 2007 (I-III)

    Dwie podobne śmierci - Wiadomości24 (1 stycznia 2007)
    Po długim procesie skazano na śmierć największego współczesnego arabskiego dyktatora, który pnąc się krętymi ścieżkami swej politycznej kariery wymordował część najbliższej rodziny oraz setki tysięcy przeciwników politycznych - prawdziwych i domniemanych. Po apelacji i utrzymaniu wyroku, nadspodziewanie szybko go wykonano, co wywołało sprzeciw głów państw Unii Europejskiej, Watykanu oraz wielu innych krajów. Ostateczna kara budzi wielkie emocje i jest to osobny wielki temat, ale jak by zareagowali obywatele Europy, gdyby pojmano zbrodniarzy hitlerowskich po zniesieniu kary śmierci? W Iraku Saddam Husajn jest odbierany jako ludobójca w rodzaju Hitlera w lokalnym wydaniu.
    Wielu obserwatorów podnosiło kwestię - a cóż światu da wykonanie tej kary? A co daje światu wykonywanie jakiejkolwiek kary, nie tylko śmierci? Dlaczego stosujemy podwójne standardy - z jednej strony na wieść o zamęczeniu dziecka przez ojczyma, o dziewczynie wyrzuconej z pociągu, o pracownikach banku zastrzelonych przez bandytów reagujemy na internetowych łamach żądaniem natychmiastowego i definitywnego wyeliminowania ich spośród nas, a na wieść o wykonaniu wyroku na ludobójcy - zastanawiamy się nad słusznością kary? Bo od tych pierwszych nie zależą losy świata, a jesteśmy potencjalnie zagrożeni, zaś ten drugi ma (miał) wpływ na losy fragmentu naszej planety, a obszar jego działania jest od nas daleki? Proces był uczciwy i był prowadzony w kraju, w którym obowiązują takie a nie inne prawa i zwyczaje. Jak przed zastrzeleniem byli traktowani przeciwnicy dyktatora, których tysiącami prowadzono do rowów - widać na filmach, że nimi dodatkowo poniewierano, co zapewne dla oglądających miało być dodatkową przestrogą: zobaczcie jak skończycie, jeśli przyjdzie wam do głowy utworzenie opozycji albo jeśli opowiecie dowcip na temat wodza.
    Kary nie tyle są dla zbrodniarzy, co dla żyjących nadal. A przesłanie jest proste - zabijasz swoich przeciwników, to weź jednak pod uwagę, że możesz być również zgładzony. Owszem, powieszony dyktator doskonale znał losy czołowych faszystów niemieckich a jednak nie wyciągnął wniosków. Dlaczego? Bo uważał, że w Iraku nigdy nie powstanie sąd, którego sędziowie będą na tyle odważni, aby z całą surowością ukarać byłego władcę? A ich odwaga rzeczywiście musiała być wielka, skoro podczas procesu zamordowano wielu prawników i członków ich rodzin. Nie zapominajmy, że w Polsce świadkowie kradzieży telefonu ukrywają twarze w obawie przed zemstą, zatem uszanujmy odwagę tamtych geograficznie dalekich nam ludzi.
    Drugą egzekucję przez powieszenie wykonał 9-letni azjatycki chłopiec na... sobie z pomocą... siostry. Ojciec wyznał, że syn oglądał scenę, która obiegła wszystkie telestacje na całym świecie. Można tylko się domyślać, ile dzieci rocznie ginie po obejrzeniu filmów dokumentalnych i fabularnych oraz komputerowych gier zawierających makabryczne sceny. Dzieci, jak to dzieci, nawet podczas okupacji bawiły się w zabijanie jeńców, partyzantów, Polaków, Żydów i Niemców. Ponieważ żadne media nie zrezygnują z ukazywania nieodpowiednich scen dla młodzieży, przeto rolą rodziców jest kontrola programów i gier obserwowanych przez potomstwo.
    W USA, gdzie każde uchybienie w instrukcji obsługi urządzenia może być podstawą do wytoczenia procesu i zasądzenia milionów na rzecz powoda, samobójstwo popełnione po obejrzeniu ostatnich chwil Husajna byłoby zaczynem kolejnego procesu o wielkie odszkodowanie.
    Gdyby ktoś miał nagrania obu egzekucji (winnego zbrodniarza i niewinnego pacholęcia), to która z nich byłaby bardziej wstrząsająca? Która z nich wywołuje dzisiaj bardziej emocjonalne dyskusje?
    Jak świat niejednakowo traktuje dwie osoby o konstytucyjnie równych prawach, widać na obu przykładach. O Husajnie wypowiadano się we wszystkich mediach, dyskutowano o wykonaniu kary, rozważano kwestie na każdy możliwy sposób i w każdym bodaj rządzie świata, nawet Kościół miał swoje zdanie. A z drugiej strony chłopczyk (8 razy młodszy od dyktatora), przed którym było całe życie i który żyłby, gdyby nie wykonano kary na zbrodniarzu. Ważny problem moralny kontra zdumiewający wypadek.
    Podobnie było w Polsce - z jednej strony górnicy "Wujka" zabici przez rodaków w mundurach po ogłoszeniu stanu wojennego oraz chłopiec, który zginął w wypadku podczas nagrywania sceny filmu poświęconego temu dramatowi. Także by żył, gdyby nie stan wojenny, śmierć górników i realizacja filmu. Po latach ofiary domina (obaj chłopcy) będą zapomniane jako nieważny i wstydliwy odprysk wielkiej historii. A przecież to też byli ludzie. Jednak ludzie, o których jeśli będziemy pamiętać, to jedynie w kategorii tragicznych ciekawostek.

    Medialny lincz przed osądzeniem? - Wiadomości24 (5 stycznia 2007)
    Największą władzę po upadku komunizmu mają media. Obserwuję to od lat. Kiedyś milicja, ale teraz media. Nikt już nie mówi "panie władzo", chyba że jakiś menelik pamiętający "dawne dobre czasy".
    1 lipca 2006 roku, siedmiu mieszkańców małej wioski Włodowo zlinczowało miejscowego pijaka i bandytę, który terroryzował ich od lat. Stwierdzono uchybienia policji, która nie interweniowała, mimo że zagrożeni mieszkańcy wzywali ją parokrotnie. Gdyby policjanci zareagowali na wezwania, nie doszłoby do linczu. Sprawa dotycząca funkcjonariuszy toczy się osobno, grozi im utrata pracy. Ludzi, którzy dokonali linczu (po interwencji ministra sprawiedliwości) zwolniono do domów i teraz odpowiadają przed sądem z wolnej stopy.
    Sceny linczów widywaliśmy na westernach i filmach wojennych. Kielecki pogrom Żydów był linczem, ale przez lata było o nim cicho. Przez niemal pół wieku sądziłem, iż żyłem w kraju, w którym słowo "lincz" było praktycznie nieznane.
    W czwartek (4 stycznia 2006) kupiłem gazetę "Fakt" premiowaną programem telewizyjnym. I co widzę? Artykuł ze zdjęciami na całą stronę i tytuł bijący po oczach - "Rzeźnicy z Gubałówki złapani". Z tekstu wynika, że "nożownicy, którzy zgotowali prawdziwą rzeź są w rękach policji", "bandytów udało się dopaść po informacjach turysty". No nic, tylko poddać się emocjom i zlinczować zbrodniarzy. "Gdy antyterroryści wyważyli drzwi, bandzior był kompletnie przerażony i zaskoczony. Bez oporu dał się powalić i zakuć w kajdanki". O drugim napisano, że spędzał czas w drogim pensjonacie. Określenie "drogim" ma nas dodatkowo negatywnie nastawić do ujętych zbójów. Okazało się też, że "chłopcy" byli już karani, zatem to na pewno oni. Zresztą nikt się nad tym nie zastanawiał.
    Media wydały wyrok. Jednak kilka godzin przed kupnem gazety, o północy (ze środy na czwartek), dziennikarze telewizyjni zaczęli nieśmiało wyrażać obawy, czy istotnie ujęto prawdziwych bandytów. Dziennikarze prasowi nie zdążyli ich wyrazić, gazety były już w druku i nic nie mogło powstrzymać sensacyjnych informacji, które rano trafiły do czytelników. Nad ranem czytam zatem podane wyżej informacje i jednocześnie słyszę z radia, że podejrzani mają jednak alibi!
    Co ciekawe, Temida uruchomiła swoją machinę - podejrzani zostali przewiezieni ze Szczecina do Zakopanego, aby skonfrontować ich z ofiarami przebywającymi w szpitalu. I to w sytuacji, kiedy wiadomo już było, że ujęto niewłaściwych ludzi. Co bardziej interesujące - ofiary uznały w około 75 procentach, że okazani im mężczyźni to sprawcy rzezi... Zostali oni jednak zwolnieni i odwiezieni przez policję do domów, czyli na drugi koniec Polski.
    Ile razy Temida pomyliła się, skazując ludzi za przestępstwa i zbrodnie, których oni nie popełnili? Publice i mediom oraz władzy potrzebne są sukcesy.
    W drugiej bulwersujacej sprawie - zabójstwo dziewczynki na tle seksualnym, o której media informują od sylwestra, także ukazały się skazujące materiały dziennikarskie: "Ta bestia zabiła Grażynkę", "Wina Andrzeja Sz. jest bezsporna".
    Jakim prawem media osądzają człowieka? Owszem, ja mogę, ale wykształceni dziennikarze i wspomagający ich prawnicy? O trzeciej nad ranem wiozą podejrzanego o zabójstwo dziewczynki na wizję lokalną. Nie wiem, czym kierują się przestępcy (także domniemani), że uczestniczą w takich testach, wszak są one dobrowolne. Boją się, że nie dostaną jeść, że zostaną pobici? A może obiecuje się im łagodniejsze traktowanie i niższy wyrok za współpracę. Przecież taka wizja lokalna to przysłowiowy gwóźdź do trumny dla podejrzanego. Na amerykańskich filmach bez adwokata żaden zatrzymany nie zeznaje, a u nas? Co takiemu podejrzanemu poradzi adwokat z urzędu, bo przecież nikt szczodrze nie sypnie groszem na sławnego prywatnego obrońcę dla pijaczyny?
    No i pomimo nocnej pory, czeka na spektakl wizji lokalnej tłum żądny krwi domniemanego (bo do końca procesu to nie jest przestępca, o czym media powinny wiedzieć) zabójcy, czego zresztą nawet nie ukrywa. Ale tu przynajmniej zanosi się, że nie ma pomyłki. Czyżby?
    Nazajutrz okazuje się, że mimo wizji lokalnej i postawionych zarzutów, mężczyzna nie przyznaje się do winy! Prokuratura ujawnia, że to właśnie on wskazał policjantom miejsce ukrycia zwłok dziecka. I to był dla policji i prokuratury pierwszy trop wskazujący na niego, jako na osobę zamieszaną w zabójstwo dziewczynki. To kto teraz ujawni znalezione zwłoki, skoro "z automatu" zostanie przez policję wpisany jako pierwszy na listę podejrzanych? Policja i media powinny modlić się o wyniki badań DNA, które potwierdzą winę ujętego pijaczyny, bowiem dwie wpadki zaraz na początku nowego roku to zbyt wiele dla zaintrygowanego społeczeństwa!
    A przy okazji - zastanówmy się nad wynikami dochodzenia w czasach (i to niedawnych), kiedy nie posługiwano się takimi badaniami w kryminalistyce. Niedawno cała Polska emocjonowała się seksaferą w Samoobronie i badaniami DNA, kiedy to pewien poseł niemal przysięgał na Boga, że nie jest ojcem córki uwodzonej najsłynniejszej łóżkowej partyjnej karierowiczki. I rzeczywiście nie jest, choć matka przysięgała także niemal na Stwórcę, że jest.
    Ostatnio na wiele wydarzeń patrzymy przez pryzmat modnego tematu - prawa autorskie. Okazuje się, że wizerunek podlega szczególnej ochronie, o czym dziennikarze i prawnicy mediów powinni wiedzieć. Czy redakcje już przygotowują dobrowolne wypłaty odszkodowań dla podejrzanych, na których wydano wyroki przy prasowych biurkach? A gdyby niewinnych podejrzanych zlinczowano, to czy ktoś poczuwałby się do odpowiedzialności?
    PS Jakaż siła drzemie w mediach - po wieczornym opublikowaniu zdjęcia domniemanego przestępcy z Gubałówki, tenże samodzielnie i niezwłocznie zgłosił się na posterunek policji...

    Hipokryzja obrońców życia i praw człowieka - Wiadomości24 (6 stycznia 2007)
    Irackie władze aresztowały autora komórkowego filmu z egzekucji Saddama Husajna. Obrazy te (jednak bez śmiertelnego finału) obiegły świat wywołując rozmaite komentarze, najczęściej potępiające. Okazuje się, że istnieje obszerniejsza (o najdramatyczniejszą scenę) wersja filmiku wraz z dźwiękiem (kilka osób szydzi z byłego dyktatora).
    3 stycznia 2007 wieczorem TVP3 wyemitowała ciekawy dokument o Fidelu Castro - rewolucja, wizyty w USA, poparcie świata dla rewolucji. Podczas filmu, u dołu ekranu przesuwał się szary pasek z wieściami - wśród nich informacja o potępieniu wyemitowania filmiku z egzekucji byłego władcy Iraku. Ileż to głów państw i organizacji protestowało. Pewnie, że widok jest koszmarny, ale nie odstaje od innych medialnie serwowanych nam horrorów. Widok ludzi wyskakujących z okien WTC (11 września 2001) i spadających na ulicę to jedna z najobrzydliwszych scen. Filmy były nagrywane do końca życia tych ludzi, ale najczęściej nie pokazywano ostatniej sekundy życia. To jest problem współczesnego świata, kiedy niemal każdy może nagrywać takie sceny, bowiem technika uwieczniania obrazów jest coraz tańsza i powszechniejsza. Już nieliczne a dawniejsze nagrania dokonywane przez zawodowców wypierane są przez liczne filmiki wykonywane nawet przez gimnazjalistów.
    Istotą rozważań jest problem pokazywania końcowych scen - emitować je czy nie? Większość powie, aby nie pokazywać finału, jednak ludzi coś ciągnie do obejrzenia ostatniej sceny cudzego życia. 20 lat temu emitowano film "Oto Ameryka", na którym ukazano egzekucję mordercy na krześle elektrycznym, uprzedzając jednak, że będzie taka scena. Kto chciał to mógł wyłączyć lub przełączyć program. Teraz, w dobie internetu, jeśli ktoś nie obejrzy czegoś w telewizji w całości, to internetowe portale wabią natarczywie - u nas zobaczysz egzekucję bez skrótów. Po ingerencji wojskowej w Iraku już wiele scen ze ścięcia pojmanych "wrogów Iraku" zamieszczono na portalach, jednak telestacje nie pokazują końcowych fragmentów nagrań. I dobrze!
    Wracając do filmu o Castro - kiedy na pasku wyrażano protesty wobec nagrania ostatnich chwil irackiego dyktatora, na filmie pokazano równie okrutne sceny z rozstrzelania przeciwników kubańskiego reżimu. I to było dla mnie niepojęte - dwie emitowane informacje, których zaistnienie (jednoczesne!) dowodzi hipokryzji najwyższego sortu - ludzie powołujący się na prawa człowieka apelują o niewykonywanie wyroku na Husajnie i piętnują emisję tej sceny, a inni ludzie bez żenady ukazują równie obrzydliwe obrazy (pokazują, a nie dyskutują o nich!). Cóż za skandal i obłuda!
    Nazajutrz, na dokumentalnym filmie o Berii, także pokazano kilka scen z rozstrzelania i zbiorowe powieszenie przeciwników radzieckiej rewolucji - pod trzy kilkuosobowe szubienice podjeżdżają odkryte samochody ciężarowe, żołnierze zakładają kilkanaście pętli, zeskakują i każą ruszać kierowcom. Wszystko pokazane do końca! A stłoczona ciżba okolicznych mieszkańców wiwatuje, uśmiecha się i... klaszcze!
    I takie obrazy nikim nie wstrząsają, nikt nie protestuje? A ofiary irackiego dyktatora - prowadzone do dołu, po drodze żołdacy kopiący i bijący po twarzy. Tu obrazy świeższe, zatem technicznie doskonalsze - kolorowe, wyraźniejsze, z bliska widać twarze i oczy w momencie śmierci od kuli.
    Najbardziej szokujące jest to, że intelektualiści postępowej części świata bronią siepacza i jego czci, a nie wypowiadają się w sprawie ukazywania uwiecznionej śmierci jego ofiar. Zapewne dlatego, że jedna znana i ongiś wszechmocna ofiara wywiera większe wrażenie niż masa anonimowych i nic nieznaczących ofiar. Ci, którzy formalnie stoją na straży konstytucyjnej idei równości wszystkich ludzi, w opisanych przypadkach wyraźnie zaprzeczają tej idei. Jakże to obłudne i niekonsekwentne!

    Jakaż to Dalila obcięła Samsonowi włosy pozbawiając go mocy? - Wiadomości24 (10 stycznia 2007)
    Według badań prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza, aż 14 proc. dzieci do 15. roku życia, czyli kilkaset tysięcy, jest wykorzystywanych seksualnie.
    Dyrygent Polskich Słowików, prezes Stowarzyszenia Dzieci w Europie, ksiądz z Tylawy, wreszcie aresztowanie i proces znanego psychoterapeuty. Coraz więcej informacji o seksualnym wykorzystywaniu dzieci. W aferze stołecznego Dworca Centralnego maczały palce (sic!) wysoko postawione persony, jak na zachodzie Europy i podobnie jak tam, tego typu zdarzenia bywają dyskretnie tłumione.
    Kolejna historia i to całkowicie zdumiewająca. Za kraty trafił Kazimierz K., znany w Bełchatowie szef Stowarzyszenia Dzieci w Europie, podejrzany o wielokrotne molestowanie seksualne nieletniej, która dwukrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Szok jest tym większy, że działał w środowisku najmłodszych i na ich rzecz. Znany był w biurze UNICEF i warszawskim Biurze Rzecznika Praw Dziecka. Był nawet gościem Moniki Richardson w programie "Europa da się lubić". Zatem należy baczniej przyglądać się wszystkim oddanym sprawie dzieci (zwłaszcza krzywdzonym) działaczom broniącym te małe istoty, bo strzeżonego...
    No i wreszcie o tytułowym Samsonie, jeszcze przed procesem, wypowiedział się psycholog społeczny, prof. Janusz Czapiński: - Jest skończony, i to bez względu na to, czy został wrobiony, czy jednak coś mu udowodnią. Nie ma przyszłości nie tylko jako terapeuta, lecz także jako człowiek. Koniec. - "Przegląd" (5 lipca 2004).
    Podczas procesu pojawiały się sensacyjne scenariusze, wszak kto uwierzyłby, że inteligentny człowiek wyrzuca kompromitujące siebie zdjęcia na najbliższym śmietniku? Jedna z wersji - ów negatywny bohater świadomie spreparował aferę: zdjęcia komputerowo zmontował (sfałszował) w obecności notariusza, sam wyrzucił zdjęcia, doniósł na siebie i czeka na rozwój wypadków pisząc szlagier sezonu. Odszkodowanie wypłaci nie prasa, ale polska Temida, a on jeszcze weźmie kasę za książkę... Inna wersja głosiła, że Andrzej Samson przygotowywał książkę o polskich pedofilach na wysokich stanowiskach, a ci postanowili go wyeliminować. Gdyby jednak tak było, to radykalna eliminacja psychoterapeuty polegałaby na ostatecznym rozwiązaniu tej kwestii. Przecież podczas procesu wszystko opowiedziałby. Zresztą zapewne opisał całą sprawę i gdzieś zdeponował, wszak oglądał niejeden kryminalny film. I takie były spekulacje zaraz na początku procesu.
    Ale proces nie ujawnił tych sensacji, choć przewinęła się informacja o dwóch książkach. Dotychczasowy wydawca zdecydowanie odciął się od planu wydania owych "dzieł" z oczywistych powodów. Nie wykluczone jednak, że znajdzie się jakiś wydawca żądny zrobienia kokosów na tej sensacji.
    Powinniśmy wykorzystać nowe techniczne narzędzie - internet. Należy zamieszczać tam dane i wizerunki przestępców, co przecież także spowoduje spadek liczby wykroczeń. Znany slogan - jeśli chociaż jedno dziecko uda nam się uratować dzięki internetowi to warto, i co? Ano nic, bo ochrona danych osobowych jest ważniejsza niż los naszych milusińskich. Żarty w środku Europy? Ano kpina! Piętnowanie? I owszem, jednak nie rozżarzonym żelazem, ale współczesną internetową szpilą - dla dobra wszystkich naszych dzieci.
    W Czechach dopuszczalna jest kastracja na żądanie pacjenta, w Niemczech skazany ma wybór: więzienie albo kastracja farmakologiczna, czyli zażywanie leku na obniżenie popędu płciowego. W Szwajcarii w referendum zgodzono się na dożywotnie internowanie przestępców seksualnych. Najostrzejsze przepisy dotyczące rejestracji przestępców seksualnych są w USA. FBI prowadzi ogólnokrajową bazę danych. Rejestr jest w Wielkiej Brytanii, stworzenie go rozważają Belgia i Holandia.
    Ludzie do niedawna nie traktowali problemu pedofilii nazbyt poważnie. Także Temida. Dlaczego jeden z najlepszych naszych reżyserów jest goszczony przez znakomitości w Polsce, a ma list gończy ze Stanów? Dawno to było, błąd młodości, ofiara wybaczyła? A co to ma do rzeczy - może dzisiaj aresztowani pedofile również za ćwierć wieku byliby "rozgrzeszeni" tyloma latami tułaczki i przebaczeniem pokrzywdzonych?
    I jakaż to Dalila obcięła Samsonowi brodę pozbawiając go mocy we współczesnej Polsce?

    10 stycznia 2007 wyemitowano szokujący wywiad ("Uwaga", TVN), w którym pan Samson (właśnie otrzymał ośmioletni wyrok za pedofilię, ale już podano informację o rozpoczynaniu się kolejnego procesu w podobnej sprawie) w ordynarny sposób wypowiada swoje przemyślenia, lansując niemal naukowy program pod nazwą "terapia Samsona". Aż nie chce się wierzyć, że to wywiad udzielony przez więźnia, którego uprzedzono o rejestrowaniu rozmowy... Przypomnijmy, że p. Samson skończył humanistyczne studia, wykładał na uczelniach i pracował z dziećmi i to w dziedzinie wymagającej delikatnego języka i postępowania. Czyżby nareszcie wyzwolił się od gorsetu spinającego jego prawdziwe "ja"?
    Oto drobna próbka Samsona zaprezentowana w omawianym wywiadzie:  Serwowano wyroki, orzeczenia i to na ogół nie licząc się z faktami. Teraz to już mi wisi. Mogą napisać nawet, że mam rogi i ogon, i że zerż...em wszystkie dzieci w Polsce. Pełny tekst (dla osób o mocnych nerwach) http://uwaga.onet.pl/1384106,3,archiwum.html

    Samson - postać biblijna. Był obdarzony nadludzką siłą i niejednokrotnie pokonywał Filistynów. Podczas snu, jego żona Dalila (Filistynka) obcięła mu włosy będące źródłem jego siły i wydała go jej współplemieńcom. Samson został uwięziony w Gazie i oślepiony. Kiedy odrosły mu włosy, odzyskał siły i zburzył świątynię Filistynów, zabijając wielu ludzi. Sam także zginął pod gruzami. Biblijny Samson zdradzony został przez własną żonę, zaś współczesny Samson - przez swoje obrzydliwe drugie "ja".

    A może by tak zakaz wyborczego oplakatowania? - Wiadomości24 (13 stycznia 2007)
    "Na dniach" zakończyło się wielkie powyborcze sprzątanie, a to oznacza, że kampania wyborów samorządowych z 12 listopada 2006 została definitywnie zakończona.
    Od wielu lat obserwuję "przyozdabianie" słupów trakcyjnych i oświetleniowych oraz przydrożnych tablic reklamowych  i witryn sklepowych przez plakaty wyborcze. Wraz z postępem technicznym, zwiększa się jakość (i... cena) eksponowanych plakatów.
    Podczas kampanii wyborczej dochodzi ponadto do mało dyplomatycznych zdarzeń - zrywanie konkurencyjnych facjat ze słupów, oblewanie ich farbami oraz do... bijatyk, w tym najbardziej zainteresowanych, czyli... kandydatów.
    Jest proste rozwiązanie, które oszczędzi nam wycinki drzew na owe plakaty oraz na kartony usztywniające, a ponadto zaoszczędzimy na farbach oraz na mocujących klejach, sznurkach i drutach, a także unikniemy opisanej żenady, która obiega nie tylko polskie media.
    Do oszczędności kosztów należy dodać likwidację spalin powstających podczas transportowania plakatów na miejsce stacjonowania oraz koszty sprzątania powyborczych resztek pozostałych po jednostkowych wybrańcach Narodu i po masowych pechowcach spośród największych cór i synów naszej Ojczyzny.
    Opcja zerowa, czyli wyrównane szanse wszystkich kandydatów przy radykalnym zmniejszeniu kosztów ponoszonych przez wszystkich uczestników wyborów, czyli głównie przez całe... społeczeństwo. Zatem - zakaz drukowania plakatów i reklam wyborczych. Oprócz szlachetnych a zaciekle walczących kandydatów, zapewne także drukarnie byłyby niezadowolone z zakazu drukowania i wywieszania w miejscach publicznych wszelakiego rodzaju plakatów wyborczych.
    W wersji przejściowej dopuszczane byłyby wyłącznie plakaty umieszczane na witrynach i oknach, ale jedynie od wewnętrznej strony. Po obserwacji tego wyjątku podjęto by decyzje o dalszym eksponowaniu albo jednak o zakazie takiej propagandy.
    Ponadto byłby całkowity zakaz rozdawania i rozrzucania oraz roznoszenia do skrzynek pocztowych materiałów przedwyborczych.
    Zwolennicy oraz przeciwnicy tego pomysłu powinni dokładnie oszacować oszczędności na wymienionych składnikach jednorazowej i śmiecącej propagandy. Informuję, że czarno-białe plakaty wyborcze formatu A3 kosztują ok. 50 gr, zaś kolorowe są 4 razy droższe. Do tego karton, założenie reklamy najlepszego kandydata pod słońcem, sprzątnięcie, a ponadto - sporządzenie raportów z wydatkowanych kwot na plakaty oraz z ich... sprzątania. I zliczenie wszystkich plakatów oraz całkowitych kosztów w całym kraju...
    W ramach kampanii wyborczej dopuszczone do zaszczytu wyjaśniania nam (i mieszania w głowach), czyli wyborcom, nadal byłyby pozostałe znane instytucje oddziaływania (i... manipulowania), czyli prasa, radio, telewizja, internet.
    Już można uznać, że w ramach porządków, plakaty wyborcze zniknęły z ulic - część tych papierów pomogła "swoim" kandydatom, część nie pomogła, choć "one wszystkie się starały". Do następnych wyborów będzie porządek...
    Ktoś powie - parę tysięcy kandydatów, każdy wydał po kilka tysięcy złotych, a to daje raptem kilkanaście milionów złotych. Zużycie papieru na plakaty wyborcze w porównaniu z codziennym wydawaniem gazet i czasopism jest raczej pomijalne. Owszem - ów papier, kartony, farby oraz zużyte paliwo wypalone podczas kampanii tracone jest bezpowrotnie, ale nadal nie jest to jakiś ogromny koszt, zwłaszcza w przeliczeniu na pojedynczą głowę rodaka...
Idea tego pomysłu jest nieco inna - oszczędności to tylko pretekst, bo tak naprawdę chodzi o porządek na ulicach w okresie okołowyborczym, czyli przez parę tygodni, o zaśmiecony pejzaż w tym czasie i chuligańskie wybryki związane z ukazywaniem kandydatów - zamalowywanie szlachetnych wizerunków, dorysowywanie wąsów, "wybijanie" zębów, dopisywanie wulgaryzmów, zdzieranie plakatów i bijatyki pod słupami z afiszami. Jeśli wszyscy kandydaci zrezygnowaliby z zamieszczania swoich reklam, to nasze miejscowości byłyby ładniejsze i spokojniejsze w okresie wyborów.
    Nie wiem, czy ten pomysł jest realizowany w jakimkolwiek państwie, ale gdyby w Polsce udało się go wprowadzić w życie, to byłby ten przykład pokazywany w innych krajach, że można wybory prowadzić przyjaźniej, spokojniej, czyściej, a więc po prostu... kulturalniej. I że Polak jednak potrafi.

    Daniny od charytatywnej pomocy - Wiadomości24 (13 stycznia 2007)
    Po katastrofie w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej (przypomnijmy, że 21 listopada 2006 zginęło 23 górników) media informowały nas o rozmaitych charytatywnych akcjach. Zachętą do wpłat było zwolnienie z opłat manipulacyjnych. Jest to dość powszechna (i jakże szlachetna!) postawa banków i innych instytucji biorących udział w gromadzeniu środków na rzecz ofiar. Na witrynie czołowego banku czytamy -

    Zwolnienie z prowizji wpłat na rzecz ofiar katastrofy w kopalni *HALEMBA*
    Uprzejmie informujemy, że w związku z tragedią w *HALEMBIE*, PKO Bank Polski odstąpił z dniem 23 listopada br. od pobierania od osób fizycznych oraz małych i średnich przedsiębiorstw prowizji od wpłat i przelewów dokonywanych w oddziałach i agencjach PKO BP oraz przelewów z internetowego konta Inteligo na rachunek:
Caritas Polska 77 1160 2202 0000 0000 3436 4384
z dopiskiem HALEMBA
na rzecz pomocy ofiarom i poszkodowanym w wyniku katastrofy w kopalni HALEMBA w Rudzie Śląskiej.
    Zwolnienie obowiązuje do dnia 31 grudnia 2006 r. i nie obejmuje przelewów dokonywanych za pośrednictwem zdalnych kanałów dostępu do tradycyjnych rachunków w ramach usługi PKO Inteligo (Internet, telefon).

    Zainteresowany czytelnik tego ogłoszenia, podczas jego czytania, jest coraz bardziej zbudowany powyższą informacją i niejako stopniowo dojrzewa do skorzystania z sympatycznej a dobroczynnej oferty. I kiedy już całkiem zostaje przekonany do podjęcia finansowej decyzji przekazania datku, w ostatnim zdaniu pryska cały urok propagowanej idei. Otóż całość  "psuje" ostatnie wyjaśnienie, że zlecenia polecane przez internet i telefon będą nadal obciążone opłatami manipulacyjnymi, a to oznacza, że cały początkowy a miły nastrój pryska. Nowocześni klienci są gorzej traktowani niż tradycyjni, którzy mozolnie wypełnią klasyczne przelewy. Nie wynika to ze złej woli banku, lecz z braku właściwych procedur wykonawczych, ale o czym to świadczy? Że bank nie do końca przemyślał swoją w końcu wzniosłą ideę? Może do następnej (odpukać!) charytatywnej akcji programiści zdążą uporać się z kłopotami?
    Od paru lat szlag trafia dobroczyńców przekazujących na pomoc potrzebującym drobne kwoty z wykorzystaniem telefonów, których numery zamieszczane są na ekranach telewizorów, w ramach apeli o pomoc dla poszkodowanych przez los. Dlaczego? Bo od każdej telefonicznej transakcji fiskus pobiera 22% opłaty. Już dawno krytykowano takie podejście do sprawy, ale zawsze "ktoś mądry" wyjaśniał, że chętnie by zrezygnowano z tego podatku, ale jest to (technicznie albo prawnie - czort wie) niemożliwe. A ja sobie tak myślę - jeśli już muszą brać ów haracz, to może niech go także przekażą na ten sam godny cel. I o tym fakcie niech ukazuje się u dołu ekranu odpowiednia informacja. Jeśli rządowi istotnie zależy na zachęcaniu obywateli do niesienia dodatkowej pomocy, czyli do prawdziwie ludzkich zachowań rodaków, to może ów rząd dałby przykład realizowania takiej wielkiej idei ze swojej strony?
    Ktoś powie złośliwie - prawdziwie szlachetny obywatel pomoże niezależnie od wszelkich opłat. Owszem, ale ktoś inny spostrzeże - dlaczego zachęcani jesteśmy do charytatywnych akcji poprzez wzbudzanie mniej lub bardziej ludzkich uczuć, a na samym końcu, maleńkimi literkami dowiadujemy się, że jednak w pewnym stopniu zostaliśmy zmanipulowani?
    Jutro, czyli 14 stycznia 2007, odbędzie się jubileuszowy XV Finał WOŚP. Miejmy nadzieję, że instytucje towarzyszące tej jakże szlachetnej inicjatywie, opracują przyjazne, logiczne i akceptowalne regulaminy dotyczące przekazywania darów serca.

    PS  Jak grom z nieba spadła na klientów kolejna ilustracja opisywanego absurdu -
    PKO Bank Polski wspiera Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy
    W związku ze zbliżającym się XV Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy informujemy, że od 14 stycznia do 31 marca 2007 roku PKO Bank Polski nie pobiera prowizji od wpłat gotówkowych i przelewów dokonywanych na rachunek Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która od lat wspiera diagnostykę i leczenie dzieci.
Zwolnienie dotyczy wpłat i przelewów realizowanych w oddziałach i agencjach PKO BP oraz przelewów z Konta Inteligo, nie obejmuje natomiast przelewów dokonywanych na konto Fundacji z rachunków grupy Superkonto za pośrednictwem zdalnych kanałów (Internet, telefon), gdzie opłata będzie pobierana.

    A więc podobny klops... (ostatnie zdanie). Jedynie poprzez totalną krytykę takiego stanu można osiągnąć w naszym kraju pożądane zmiany... I w końcu banki to zmienią w kierunku zwykłej logiki - leniuszki...

    Szymon Gramocząsteczka - Wiadomości24 (14 stycznia 2007)
    Od paru tygodni trwa medialna zawierucha na temat przyjaźni polsko-kameruńskiej. A nawet idzie o wyższe jej stadium - o miłość. Okazało się, że to niezbyt trwałe uczucie, ale za to oparte na egzotycznym pociągu seksualnym, no i z bardzo ciekawymi bohaterami tego jednak skandalu.
    Od kilkunastu dni drżą o swe życie (bo z czcią to sobie jakoś wcześniej poradziły) warszawianki, które miały bliższy kontakt z przystojnym poetą a dziennikarzem. To bojownik o prawdę i o równouprawnienie - Simon Mol. Parę dni temu okazało się, że także mieszkanki Trójmiasta mogą mieć powody do obaw, a za nimi (na zasadzie domina) - grono nadmorskich panów. Oczywiście - z tego samego powodu (bliższy kontakt), a ponieważ rzecz dotyczy bodaj najgroźniejszej choroby ostatnich lat, a przy tym delikatnej natury, piszmy równie szczerze - "całkowicie ścisły kontakt".
    O uchodźcy z Afryki głośno jest w polskich mediach od początku roku, albowiem wyszło na jaw, że jest on nosicielem wirusa HIV. I żeby on sobie to nosił i tłamsił w sobie, ale on ukrywając ten niecny stan, zarażał wirusem dziesiątki co wrażliwszych polskich dziewczyn. Pośród nich znalazły się trójmieszczanki, zaszczycone przez walczącego z fobiami rycerza, który był uprzejmy wziąć udział w gdańskim Festiwalu "Muzyka Przeciwko Nietolerancji i Przemocy".
    Prawdopodobnie panny zauroczone hasłami walki z nietolerancją i z przemocą, chciały udowodnić, że są wręcz przesadnie tolerancyjne, zatem bez jakiejkolwiek przemocy ulegały przemożnym wpływom uroczego zamorskiego poety. Festiwal był zorganizowany przez Nadbałtyckie Centrum Kultury, co miało wielce kulturalny wpływ na uczestników pofestiwalowych zajęć. Nie wiadomo, jak długo trwały owe dodatkowe zajęcia, dość, że po aresztowaniu pisarza, zamiast zwyczajowych kilkunastu badań w Trójmieście, codziennie zgłasza się niemal setka osób, o czym informuje (nomen omen) doktor Ewa Zarazińska, kierownik/kierowniczka Wojewódzkiej Przychodni Skórno-Wenerologicznej w Gdańsku.
    Pan Mol został aresztowany z powodu zarażenia wielu kobiet (o panach nie wspomniano) wirusem HIV. Postawiono mu zarzut narażenia na ciężki uszczerbek na zdrowiu w postaci nieuleczalnej i długotrwałej choroby. Grozi za to do 10 lat więzienia. Aresztant, jak widać nie tylko polskim zwyczajem (chyba że już posiadł polską kulturę zaprzeczania faktom) w pierwszych oświadczeniach twierdził, że jest zdrów (może nie jak ryba czy rydz, bo to trudne dla niego związki frazeologiczne, znacznie trudniejsze niż związki z Polkami).
    Bo cóż to się takiego stało? Polska, jako cywilizowany kraj, przyjęła do swej społeczności młodego i politycznie szykanowanego obywatela Afryki. A że Murzyn (chyba nie za bardzo poprawna forma) był dziennikarzem, poetą i sympatycznym człowiekiem, a do tego czuł wielki pociąg do przygód ze Słowiankami nad Wisłą, to łatwo mu się wiodło na przesadnie gościnnej ziemi polskiej, no może na ziemi cokolwiek wygodnie... posłanej.
    Byłoby jednak spokojniej, gdyby to był Francuz, Niemiec czy Rosjanin, choć w pierwszym przypadku byłyby zarzuty lecenia na faceta słynącego z zamiłowania do... miłości, drugi przypadek - poleciała na kasę, bo czymże innym (wg panów Polaków) mógłby zaimponować zachodni sąsiad. W przypadku Rosjanina, to okazalibyśmy całkowity brak zrozumienia, bo w bulwarowych pismach to raczej Rosjanki "przyjaźnią" się z Polakami, a nie Polki z Rosjanami. A tu czarno-brązowy Murzyn... I to zaimportował jakąś szczególnie agresywną odmianą tego wstydliwego choróbska! Niestety, w ten ton uderzają rasiści!
    No i masa niewybrednych komentarzy o leceniu na egzotykę (ciała), na oryginalność (któraż to z Polek mogła się pochwalić znajomością z afrykańskim poetą...), no i na zagadkową i intrygującą długość... Te wszystkie domysły i pomyje lecą na nasze biedne rodaczki, jednak najczęściej z "dobrych domów", na dziewczyny całkowicie nieprzygotowane do nowej roli, w której się znalazły - śmiertelna choroba u początku życia i kariery, spadek wagi, utrata urody, pretensje rodziny, wytykanie palcami przez znajomych. Z posiadanym wykształceniem, ze swoim pochodzeniem i koneksjami, ze swoją urodą mogłyby zawojować świat, zwłaszcza z wyczekiwanym księciem z bajki - wszak każda panna takiego wypatruje, a cóż dopiero wspomniane nasze rodaczki.
    Zapewne informacje o całej sprawie okrążą cały świat chciwy obyczajowych sensacyjek, być może nawet mieszkańcy Kamerunu dowiedzą się, gdzie leży Polska. Szkoda, że wszyscy wezmą na języki nasze panie. Wielu Polaków karczemnie wyraża się o swych rodaczkach, które nam wstyd przyniosły, ale gdyby to im trafiła się ciemnoskóra piękność... Pewnie, że od pań jednak wymagamy większego dostojeństwa, bo równość może i dobra jest w pracy, ale nie w obyczajach...
    Jak podaje "Rzeczpospolita" powołując się na jedną z warszawskich afrykanistek, "wśród Afrykanów rozpowszechnione są szamańskie praktyki polegające na leczeniu się z AIDS przez seks, przez oddawanie go innej osobie. Niewykluczone, że wierzenia te podziela Simon Mol". To ponadto podzieli celę z podobnymi sobie przestępcami.
    Żal faceta, w szczególności w aspekcie jego powiązań z paroma szczytnymi ideami i szkoda tych idei, które wprawdzie się obronią, jednakże wpływ tej sprawy na nasze społeczeństwo będzie odczuwany przez dziesiątki lat, o czym (niestety) już niebawem się przekonamy. Minusem tej głośnej sprawy jest wątek rasistowski, który będzie bezlitośnie rozwijany wraz z toczeniem się śledztwa i procesu.
    Przy okazji - z najnowszych informacji Krajowego Centrum ds. AIDS wynika, że w latach 1985-2006 w Polsce zarejestrowano ponad 10 500 osób zakażonych wirusem HIV. Szacowana liczba żyjących z HIV i AIDS może sięgać 35 tys., z czego 20 proc. to kobiety (jednak panów jest 4 razy więcej). Podano także, że roczny koszt leczenia to ok. 40 tys. złotych - koszmarne pieniądze, zważywszy, że podobne kwoty są publicznie, z rozgłosem i z mozołem zbierane na niewinne dzieci, na których należy niezwłocznie przeprowadzić operacje ratujące ich życie.
    I cóżeś to nam uczynił, Szymonie Gramocząsteczko - musiałeś swymi chorymi molami zatruwać słowiańskie życiodajne kwiaty?

    Pościgowy bezsens - Wiadomości24 (14 stycznia 2007)
    Media (PAP, 13 stycznia 2007) doniosły, że aresztowano 28-letniego kierowcę, który w trakcie policyjnego pościgu, po pijanemu (2,6 prom. alkoholu w wydychanym powietrzu) spowodował śmiertelny wypadek i... uciekł.
    Do tragedii doszło w Kaliszu, gdy uciekający volkswagenem polo wjechał na skrzyżowanie na czerwonym świetle i doprowadził do zderzenia z tico. Pasażerka tego auta zginęła na miejscu.
    W końcu stało się to, co kiedyś musiało się wydarzyć. Zresztą podobne wypadki wydarzają się w świecie. Wielu kierowców nie przepada za policją, zwłaszcza podczas kontroli. Wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, że jest niezbędna i bez niej, to na ulicach byłby Dziki Zachód. Większość z nas popiera wysiłki policji podczas wszelkich pościgów, które mają zwalczyć przestępczość niejako w zarodku. Chwała zatem policji w jej trudnej i niewdzięcznej służbie.
    Jednak jest małe "ale". Otóż specjalista od zachowań ludzkich uzna, że jeśli ktoś jest goniony to najczęściej (tym bardziej) ucieka... W pewnych układach elektronicznych to nawet można wymodelować takie zjawisko - punkt A przyspiesza, kiedy punkt B depcze mu po pięcie (punkt jest na tyle mały, że ma tylko jedną piętę).
    Skoro A kluczy nadal i coraz szybciej ucieka, to B również musi robić dokładnie to samo, a nawet więcej, aby dopaść uciekiniera. I tu dochodzimy do sedna sprawy - policja nie powinna gonić uciekającego pojazdu, zwłaszcza ulicami miasta, ponieważ stwarza to zagrożenie nie tylko dla domniemanego przestępcy, ale także dla policjantów oraz dla postronnych użytkowników drogi, a nawet dla innych ludzi, choćby w sklepach, do których szalejące pojazdy mogłyby wpaść ze śmiertelnym impetem.
    Społeczeństwo i policja muszą sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie - czy ujęcie uciekiniera jest ważniejsze od życia, zdrowia oraz utraconego majątku podczas wysoce prawdopodobnego tragicznego wypadku? Jeśli damy odpowiedź twierdzącą, to niech na naszych miastach i wsiach nadal rozgrywają się sceny rodem z torów wyścigowych, niech towarzystwa ubezpieczeniowe podniosą ubezpieczenia, niech rząd przeznaczy dodatkowe środki na renty dla policjantów.
    Jeśli jednak odpowiedź będzie negatywna, to należy ustalić procedury, w wyniku których jedynie pościg za bardzo groźnym przestępcą może być podstawą do ryzykownego szarżowania po ulicach. I wówczas ewentualne ofiary wśród policji i osób postronnych oraz straty materialne w rodzaju wybuchu stacji paliwowej, będą uznawane za dopuszczalne koszty "pościgu za groźnym przestępcą".
    Jednak (jak znamy życie), pościg może być podjęty w błędnym przekonaniu, że jest to groźny przestępca, a z kolei ofiara może być z grupy wipów i co wówczas? Oczywiście - prawdopodobieństwo zabicia ważnej persony jest mizerne i dlatego zapewne procedury są takie, jakie są. Bo gdyby zginął nie pośledni obywatel, ale dostojnik państwowy albo dyplomata zaprzyjaźnionego a do tego bardzo wpływowego kraju, to po międzynarodowej zadymie i tak procedury byłyby zmienione. Zatem - czy należy z taką zmianą czekać do omawianego tragicznego wypadku?
    Jestem przeciwnikiem gonitw za uciekającymi kierowcami. W USA rocznie ginie wielu niewinnych ludzi zabitych przez uciekających (najczęściej jednak) zwykłych kierowców, którym coś chwilowo padło na rozum (jednorazowi dowcipasi, w tym alkohololubni) albo (co gorsza) przez goniących policjantów. Widać to na filmach nagrywanych przez samych Amerykanów. Tam jednak powstają towarzystwa grupujące ofiary i ich rodziny, które walczą (jako i ja tutaj) z instytucją pościgu. Jak znamy Amerykanów - w grę wchodzą wielkie odszkodowania.
    Należy opracować dwa problemy. System łączności godny trzeciego tysiąclecia, wszak same gonitwy przypominają filmowe (nierealne!) sceny kasowych przebojów kina światowego (najczęściej oczywiście amerykańskiego) albo bardziej romantyczne - uganianie się kowbojów i szeryfów po prerii (także północnoamerykańskiej, bo innej... nie ma). Podstawowa zasada - niegonieni kierowcy nie uciekają i nie zabijają!
    W dzisiejszych czasach szybkie policyjne samochody (jednak kosztowne i niebezpieczne) powinny być zastąpione siecią monitorowania telefonicznego, satelitarnego i wizyjnego (kamery). Kierowca uważający, że nikt go nie ściga, jedzie wolniej i nie podejrzewa zasadzki. I w tym kierunku powinny iść procedury i szkolenia policjantów. Owszem, to może mniej widowiskowe, ale bezpieczniejsze i pewniejsze!
    Po drugie - należy opracować system prawny umożliwiający szybką ścieżkę na drodze sądowej albo wcześniej - nawet w drodze ugodowej, zawieranie porozumień z osobami poszkodowanymi w wyniku wypadków spowodowanych przez ścigających policjantów oraz/lub uciekającego kierowcy. Wysokości odszkodowań powinny być na tyle wysokie, aby jednak zachęcać kierownictwo policji do stosowania innych rozwiązań, niż pogonie.
    Opisywany wypadek jest niemal wzorcowy w swej dramaturgii - kierowca był pijany, kierowca zabił mało znaczącą osobę (to brzmi cynicznie, ale taka jest chłodna prawda) i kierowca uciekł z miejsca wypadku. Wszyscy są żądni krwi owego kierowcy. A jego adwokat łatwo go wybroni - uciekał, bo chciał uniknąć kary dwóch lat więzienia za związek pijaństwa z kierownicą. Nie dostanie więcej niż 5 lat. I warto było? Jeśli ktoś porwie pociąg z pasażerami i wpadnie do rzeki z wysadzonego mostu (przez ścigających), to kto ponosi karę za uśmiercenie setek istnień?
    A co będzie, jeśli następnym razem uciekinier ujdzie pościgowi, a policjanci wpadną na autobus z dziećmi przy stacji benzynowej? Apeluję o wydanie procedur, w których samochodowy pościg jest ostatecznością!
    Radiowóz ścigający w Warszawie pijanego kierowcę zderzył się w nocy z soboty na niedzielę z fiatem palio. W wyniku wypadku w szpitalu zmarła kobieta kierująca tym samochodem, ranny jest też pasażer auta oraz policjanci z radiowozu. - to informacja PAP z 15 września 2003. Wówczas to policjanci wpadli na skrzyżowaniu na Bogu ducha winnych ludzi i... zabili. I jakie wyciągnięto wnioski?

    Czy Państwo musi być bezradne wobec koszmarnych cen mieszkań?- Wiadomości24 (14 stycznia 2007)
    Bankowe kredytowe "dobrodziejstwa" widać po cenach mieszkań (i domów), tak nowych, jak z drugiej ręki. A jeśli te ceny idą w górę, to również koszty wynajmu mieszkań będą miały tendencje rosnące, wszak część potencjalnych nabywców mieszkań jednak zrezygnuje z zakupu, co zwiększy nacisk na wynajem, a stąd tylko chwilka do wyrównywania popytu z podażą.
    Ceny (tych bodaj najważniejszych doczesnych dóbr) dyktowane są z uwzględnieniem cen materiałów budowlanych, kosztów robocizny, cen działek oraz zysków planowanych przez deweloperów.
    Gdybyśmy teoretycznie a wstępnie założyli, że nie ma kredytów na mieszkania, to ich ceny osiągałyby "spokojne" wartości, czyli skorelowane z polskim poziomem zarobków i w odczuciu Polaków uznano by te ceny za "uczciwe". Nawet gdyby niewielka część Polaków pracowała za granicą i kupowała tutaj mieszkania, to nie miałoby to większego wpływu na poziom cen mieszkań. Symboliczna liczba cudzoziemców kupujących w Polsce mieszkania również nie zachwiałaby omawianą ceną.
    Ceny mieszkań zostały wyśrubowane przez kilka czynników, z których najważniejsze to:
    - znaczny nacisk (po naszym wejściu do UE) na kupowanie mieszkań wywierany przez wielką grupę Polaków pracujących za granicą ojczyzny oraz jednak spora grupa cudzoziemców (w tym często polskiego pochodzenia) marzących o domu w Polsce,
    - coraz bardziej dostępny dla nabywców kredyt bankowy (mniej formalności, niższe i konkurencyjne stopy procentowe, kredytowanie pełnych ofert cenowych a nawet... wyższych),
    - wchodzący w życie wyż demograficzny z lat 80. oraz stawianie wyższych wymagań przez to pokolenie (nie chcą latami w pokorze czekać, jak ich rodzice, na wymarzone M ileś).
    Do tego można dodać prawdopodobnie specjalnie wywołaną psychozę przez pośredników i posiadaczy gruntów - bierzcie dzisiaj kredyty i kupujcie, bo jutro będzie jeszcze drożej! I tysiące młodych Polaków rzuca się w wir zakupów nie czekając na stabilizację tego rynku, nie przyjmując do wiadomości porad typu "poczekajcie, przecież ten run na mieszkania musi się skończyć".
    Istnieje jeszcze jeden czynnik, nieopisany wyżej, a który dobija cenowy gwóźdź do mieszkaniowej trumny - spekulacyjne wykupywanie mieszkań przez inwestorów, którzy mogliby miliardy złotych lokować na giełdzie, w złoto, w kopalnie, statki, modę, media i w badania naukowe, co dla przeciętnych marzycieli o swoim mieszkanku nie byłoby tragedią. Ale oni sobie wyliczyli, że należy pospekulować na mieszkaniach i wespół z "naduprzejmymi" bankami rujnują młode pokolenie.
    Jeśli porównamy dwie rodziny (o podobnym statusie i zarobkach), które wzięły na 30-letni kredyt podobne mieszkania w odstępie rocznym, to okaże się, że ci "późniejsi" przez owe lata mogą miesięcznie spłacać nawet dwa razy więcej niż ci "wcześniejsi". I nic to, że płace za 10, 20, 30 lat będą inne niż dzisiaj - jakiekolwiek by nie były, jedni będą płacić wielkie frycowe za niewielkie spóźnienie, przez połowę swego życia, czyli przez mniej więcej całe swe zawodowe życie.
    Co może zrobić Państwo w kapitalistycznej rzeczywistości. Państwo miewa rządy a to lewicowe, a to prawicowe. Niezależnie od opcji odwołuje się do uczciwości, pracy dla siebie i Polski, jednak niewiele czyni dla przeciętnych swych obywateli, którzy nie wyjeżdżają za granicę z rozmaitych powodów. Prawdopodobnie nawet cieszy się cichaczem, że masowo wyjeżdżamy, bo bezrobocie spada, a emerytalne konsekwencje nadejdą po parokrotnej zmianie rządów, zatem każdy myśli o dniu dzisiejszym.
    Czy istotnie zasady kapitalizmu uniemożliwiają zmianę podejścia do mieszkaniowego biznesu? Państwo w wyjątkowym okresie (a taki jest teraz w budownictwie) powinno zawiesić możliwości nabywania (do unormowania sytuacji) mieszkań, domów (także gruntów) przez hurtowych inwestorów, w tym na wynajem. Oczywiście - owi hurtownicy, banki i dobrze opłacani i już urządzeni politycy położą się niczym Rejtan, aby bronić liberalnych burżuazyjnych zasad, jak ongiś niepodległości. Jednak Państwo powinno wprowadzić opisane ograniczenia.
    Ponadto - Państwo powinno premiować obywateli pracujących w Polsce w identyczny sposób, w jaki premiują "familijne" i przyjazne pracownikom firmy, które doceniają wierność zatrudnionego wobec pracodawcy. Zatem, Państwo powinno zastosować ulgi dla rodaków pracujących w Polsce według zasady - im dłużej pracujesz w ojczyźnie, tym większe masz ulgi. W szczególności Państwo powinno być nad wyraz (finansowo ) uprzejme w traktowaniu obywateli, którzy do dzisiaj wyczekują na realizację zakupu swego pierwszego mieszkania obiecanego przez PRL kilkadziesiąt lat temu. Jeśli ktoś wpłacił za metr kwadratowy mieszkania, który otrzymał rodak według ówcześnie obowiązującego klucza, to teraz ów krajan (reprezentowany przez Państwo) powinien tę powierzchnię oddać wpłacającemu na zasadzie normalnej uczciwości i solidarności (bo o tej drugiej z wielkiej litery, to potrafimy górnolotnie ględzić, zwłaszcza podczas corocznych uroczystości).
    Nadto - rodacy pracujący za granicą oraz cudzoziemcy, przez pewien czas powinni płacić dodatkowe podatki podczas nabywania nieruchomości w Polsce według zasady - im dłużej przebywałeś za granicą, tym większą wnosisz daninę.
    Czy ktoś powie - to nieludzkie? A może tylko nieliberalne? Przecież przepisy i regulaminy są do przestrzegania. Jeśli komuś owe zasady się nie spodobają, to przecież może spekulować w innych krajach ku rozpaczy tamtejszych zwykłych i szarych obywateli - tam wówczas ceny mieszkań pójdą w górę (już nasi spekulanci  popatrują łakomym okiem na Bułgarię i Rumunię).
    Kiedy ktoś spekuluje albo tylko manipuluje przy cenach chleba lub leków, podnosi się larum - "w tych sektorach nie możemy kierować się jedynie zyskami!". No to może sektor mieszkań także podłączyć do działu kapitalizmu z ludzką twarzą (gdzie i kiedy to słyszeliśmy podobne hasło?), włączyć do biznesu z odcieniem etyki?

    Anonimowe komentarze naruszają dobre imię! - Wiadomości24 (14 stycznia 2007)
    Internet to genialny wynalazek. I jak każdy wynalazek służyć może także wyrządzaniu krzywdy. I nie chodzi o jakieś wielkie haniebne czyny, ale o zwykłe plotki, pomówienia i obrazę.
    Każdy z nas niejednokrotnie obserwował na publicznych forach rozmaite wydarzenia, a to wypadek samochodowy świetnej naszej pływaczki, a to wzloty i upadki naszego najlepszego narciarskiego skoczka, a to wybory Prezydenta RP i wiele innych.
    Sporo (a kto wie, czy nie większość) wpisów i opinii, to mało wybredne bohomazy, które są najoględniej pisząc - obraźliwe w stosunku do postaci przedstawionej w artykule.
    Wypowiedzi są pobieżnie przeglądane i w nielicznych przypadkach usuwane, jednak te, które pozostają, także można uznać za obrzydliwe. Z pewnością osoby przedstawiane w portalowych artykułach nie powinny czytywać takich nieprzyjaznych tekstów. Inwektywy zwykle pisują osoby niedowartościowane, które w życiu niewiele albo niczego nie osiągnęły, choć zdarzają się zapewne osoby z sukcesem, którymi kieruje zawiść.
    Ideą powstawania portali jest zapoznawanie czytelników ze zjawiskami i ze znanymi osobami oraz możliwość powszechnego uczestnictwa wszystkich chętnych internautów w wymianie poglądów. Prawda, że to szczytne idee? Oczywiście!
    Jednak bodaj nikogo nie obchodzą osoby, które padają ofiarami obmowy i wstrętnych wyzwisk. Te osoby w artykule to już nie podmioty, to przedmioty. Jak manekiny, które można opluć i obić kijem. I niczego nie mogą uczynić. Są na łasce internautów, od których kultury i zacietrzewienia zależy, czy ich nazwą tylko cwaniakami czy aż złodziejami; czy tylko przygłupami, czy aż kretynami. A szeroki zakres możliwości językowych w dziedzinie określeń wulgarnych  można znaleźć jedynie w opasłych słownikach nieprzeznaczonych dla szkół podstawowych.
    A prawo mówi wyraźnie - należy chronić wizerunek każdego człowieka, także przedstawionego w internecie, przy czym wizerunek to nie tylko fotka tej osoby, ale także jej poglądy i dokonania. Zatem ochronie podlega osoba, jej nazwisko, dorobek, poglądy i inne dobra, które można byłoby możliwie szeroko interpretować.
    2 stycznia ukazał się artykuł na www.xyz.pl o pewnym człowieku, którego określono jako "orkiestra". Nie wymienię jego nazwiska, bo to jest tu nieistotne, wszak omówię tu zjawisko, zaś podanie danych niepotrzebnie zawężyłoby zagadnienie (a omawianej osobie przydałoby kolejnych przykrości). Niniejszym przedstawię zestaw internetowych wypowiedzi, aby zilustrować problem obrażania niemal każdego i przy każdej okazji, zwłaszcza na anonimowych portalach.
    Pewne dane, ze zrozumiałych powodów, zamieniłem: xyz - adres witryny, Y - nazwa jednej z polskich partii, Iksiński - nazwisko postaci omawianej w artykule; teksty wypowiedzi internautów wybrałem z forum bez zmian. Zaznaczam, że przedstawiona przez portal osoba "ani mnie ziębi, ani grzeje", co jest istotne w próbie obiektywnego spojrzenia na omawiany temat.

    Mamy obelgi i złośliwości -
    Mściwa kreatura - przerasta w nienawiści do inaczej myślących... przecież ten pseudointelektualista nawet tej kątówki nie potrafi porządnie chwycić. Podobno iskra wypaliła mu w kaszmirowym krawacie dziurę.

    A było się szczuplutkim, kiedy pisało się artykuliki do osiedlowej gazetki kościelnej...

    Y-owska MENDA!  Oddaj twoje 400 tys stoczni - szmatławcu!

    Panie  Iksiński nie dosyć się już naoszukiwało i nakradło? Typowy reprezentant narodu w sejmiku. Dom za pół miliona, dochody jakie normalny człowiek zrobiłby w 300 lat. I jak taki ktoś ma reprezentować ludzi. Podwyżki gazu itp go nie ruszają, nie wie co to komunikacja miejska. Ma wszystko gdzieś jednym słowem.

    Ale ludzie - po co ta dyskusja. Iksiński - jak i większość ludzi z Y - kombinatorzy, bez kwalifikacji, bez mózgu, tylko zapatrzeni w kasę - bo na krótką metę zgarną jej dużo i słuch po nich zaginie. Cały Y to przestępcza organizacja, przy nich żywią się podobne kreatury, doprowadzą kraj do ruiny szybciej niż komuna.

    Zdarzają się krytyczne wypowiedzi, raczej dopuszczalne podczas żywiołowych wirtualnych debat. Wnoszą więcej ożywczej energii do sporu, nawet jeśli wspominają o ryju, wszak ów zwierzęcy narząd nie jest przypisany do konkretnej osoby, ale nawiązuje do znanego (może nie w dyplomacji, może nawet nie na salonach) naszego powiedzonka -
    Szanowne prezesy, wywalić na zbity ryj wszystkich prezesów państwowych spółek którzy zostali nimi tylko na mocy przynależności do partii rządzącej. Przecież tak samo było za komuny dokładnie. Kto był w partii miał dobrze, kto nie to nie. Co się zmieniło? Worek z kasą został tylko wypatroszony na drugą stronę. Politycy won od prezesowania firm, zajmijcie się tym na czym pasiecie brzuchy sowitymi dietami a nie prezesowaniem. Jest w kraju sporo ludzi z odpowiednim wykształceniem, a co najważniejsze inteligentnych, którzy poradzą sobie z prezesowaniem!!!

    W mniejszości były też opinie zauważające wady systemu, a nie konkretnej osoby oraz głosy nawołujące do stonowania wylewanej złości -
    Zazdrośnicy - każdy by chciał się tak ustawić. Brawo, brawo obrotny człowiek. Sam chciałbym kosić tyle kasy. Wszystko jest zgodne z prawem i o co chodzi? Trzeba zmienić prawo a nie wylewać pomyje w internecie. A tak na marginesie każdy z was, gdyby miał takie możliwości, nie zrezygnowałby z takich okazji, oczywiście w ramach obowiązującego prawa. Ma facet łeb na karku i wykorzystuje to w 100%, a nam żal że to nie my zgarneliśmy tą kasiorkę.

    Gazetka, która zeszła na psy czyli "wybiórcza" próbuje jak zwykle dyskredytować każdego kto jest w jakikolwiek sposób związany z Y. Bo cóż to jest innego. Mało mnie obchodzi, ile zarobił ktokolwiek w tym kraju, jeśli zarobił uczciwie i zapłacił od tego podatek. A komentarze na tym portalu jak zwykle głupie i złośliwe. Ogólnie beznadziejne miasto.

    Dlaczego omawiam ten artykuł i komentarze tam dopisane? Bo wprawdzie artykuł zwykle jest pisany obiektywnie (jak obiektywnym może być dziennikarz, choć przecież zdarzają się artykuły krytykujące albo wychwalające bohatera tekstu), jednak komentarze bywają grubiańskie i powinny być usuwane przez moderatora. Co innego krytyka, nawet niesłuszna (także to jest subiektywne), ale wypowiedzi wyraźnie przekraczające granice dobrych obyczajów, to już kwalifikuje się do zgłoszenia portalu do komisji oceniającej etykę, jeśli nawet nie do sądu.
    Jeśli osoby publiczne są opisywane w "przyjaznych" artykułach (opis, opinia, notka biograficzna, wywiad), a komentarze internetowej gawiedzi naruszają dobre obyczaje i godność takich osób, to ktoś powinien zająć się tym problemem. Kto? Niniejszym zgłaszam to dziennikarzom, etykom, prawnikom i wszystkim internautom, którzy chcieliby dyskutować, choćby w atmosferze ostrej wymiany poglądów, ale jednak w cywilizowany sposób. Ktoś powie - ale jak dostrzec granicę przyzwoitości dopuszczalnej w danej dyskusji, zwłaszcza że podczas omawiania delikatnego tematu, próg oceny grubiaństwa może zaistnieć na całkowicie innym poziomie, niż podczas omawiania rubasznego tematu. Ale takie rozterki znane są również w innych dziedzinach - istnieją rysunki lub żarty, dla jednych już pornograficzne, a dla innych tylko frywolne, są wyrażenia dla jednych już wulgarne, a dla innych tylko soczyste. I jednak sądownictwo z tymi problemami jakoś sobie radzi.
    Aby uniemożliwić (lub chociaż utrudnić) w komentarzach skandaliczne naruszanie dóbr osobistych omawianych w artykułach postaci, proponuję -
osoby publiczne, znieważane na portalach, powinny wstępować do nowo założonego klubu obrony dobrego imienia (nieoficjalna nazwa), który byłby finansowany ze składek tych osób oraz z odszkodowań przyznawanych w procesach. Prawdopodobnie należałoby przewidzieć dotacje rządowe albo unijne. Prawo i przyzwoitość wymaga, aby osoby przedstawiane na portalach, były traktowane w godny sposób, podobnie jak każdy obywatel cywilizowanego państwa. Jeśli policja ma wydział przeglądający internet poszukujący pedofilskich treści, to powinna być komórka kontrolująca portale (zwłaszcza dyskusyjne) pod kątem niecenzuralnego obrażania osób. Kilka lat temu proponowałem utworzenie wydziału kontrolującego ogłoszenia prasowe i internetowe pod względem pleniącego się tamże oszustwa, ale chyba nic z tego nie wyszło.
    Z interpretacji prawa autorskiego wynika mało znany fakt, iż szeroko rozumiany wizerunek przedstawionego w mediach człowieka, podlega nie tylko ochronie (deklaracje), ale także ściganiu z urzędu (sankcje). Czy znane są przypadki ścigania z urzędu osobników zamieszczających niecenzuralne informacje (również witryn szkalujących mniej lub bardziej znane osoby) umieszczanych w internetowych portalach?
    Komentatorzy nie powinni być anonimowi. Bezimiennie wielu ludzi odreagowuje ukryte fobie na zasadzie demonstracji, podczas których większość uczestników chce pozostać nieznana i wówczas jest odważna w rzucaniu wyzwiskami i kamieniami. W demokracji mamy szerokie prawa, jednak od pewnego czasu wprowadzane są ograniczenia (np. zakaz zasłaniania twarzy sprytnymi nakryciami głowy, zakaz noszenia broni, w tym pałek, proc), bowiem okazało się, że przywileje dawane obywatelom w demokratycznym kraju, wykorzystywane są do przestępczej działalności. Jednak niektóre osoby podają fikcyjne dane w swych zgłoszeniach na forach, zatem nadal są one anonimowe.
    Internet, jako doskonałe narzędzie do poznawania ludzi i poglądów oraz do edukacji, niestety jest wykorzystywany do siania nienawiści, propagowania fobii wszelakich, nieobyczajnych treści i ordynarnego obrażania najczęściej znanych obywateli, którzy nawet jeśli na to zasługują, to jednak nie w takiej formie. Nawet przestępcy mają prawo do godnego traktowania, przysługuje im ochrona oraz odszkodowania za obelgi. Nie może być tak, że osoba opisywana przez media, ma mniejsze prawa niż przestępca!
    Czy osoba publiczna (polityk, biznesmen, naukowiec, aktor, sportowiec) może zaprotestować przeciwko umieszczaniu o niej artykułu (nawet pochlebnego) na podstawie dotychczasowej praktyki, która potwierdza, że omawiane na (tym lub innym) portalu osoby są nagminnie znieważane? W ramach prawnej ochrony swego wizerunku?
    I pytanie szerszej natury - czy osoba publiczna może wystąpić do sądu o czasowe zakazanie wybranemu portalowi, telestacji lub gazecie publikowania jakichkolwiek artykułów na temat tej osoby, jeśli uważa, że wymienione media naruszają jej dobre imię niewybrednymi wypowiedziami? Wszak jeśli statki lub linie lotnicze tracą certyfikaty, to nie mają prawa uczestniczyć w transporcie towarów i pasażerów do czasu odzyskania swej wiarygodności. Można sobie wyobrazić roczny zakaz publikowania wizerunku wybranej osoby przez media, które nie radzą sobie z utrzymaniem minimalnych standardów przyzwoitości?
    Czas skończyć z ordynarnymi wypowiedziami w mediach, w szczególności na internetowych forach!

    PS  Na pytanie - "czy znane są przypadki zwalczania anonimowego znieważania?" mamy odpowiedź z ostatnich dni ("Słowo Polskie" oraz "Gazeta Wrocławska" z 12 stycznia 2007). Otóż zbulwersowany komendant straży miejskiej złożył doniesienie do prokuratury na anonimowego dyskutanta, który strażników nazwał "bandą imbecyli pedałujących na rowerach", a w stronę jednej ze strażniczek, posypały się obelżywe propozycje seksualne.
Dość szybko ujęto pewnego 18-latka z Bolesławca. Za powyższe pisarskie działania groziła mu roczna odsiadka, ale chłopak dobrowolnie poddał się karze i zapłaci jedynie 300 zł. Ale niech to będzie przestrogą dla kolejnych grubiańskich dyskutantów. Należy oczekiwać kolejnych zdecydowanych działań Temidy wobec osób naruszających dobre imię obywateli naszego społeczeństwa.

    Internet potężniejącą górą danych - Wiadomości24 (16 stycznia 2007)
    Bodaj każdy rodak ma w swej biblioteczce "Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z almanachem" (Władysław Kopaliński, Świat Książki, Warszawa 2000), zatem i mnie wypadało w końcu go nabyć. We wstępie zapewniono mnie, że terminy zostały zaktualizowane. Chciałem sprawdzić, czy to prawda - istotnie, sporo jest tam haseł z dziedzin komputeryzacji i internetu.
    No i właśnie ów internet (pisany jeszcze jako Internet) wzbudził moje zdumienie i nieufność do słownika. Nie wiem, czy szanowni Czytelnicy mają to hasło w tym kultowym słowniku w starszym wydaniu, zatem przepiszę i omówię ten termin jako istną perełkę słownikowej twórczości, bo rzecz jest językowo i rozsądkowo nad wyraz szokująca, a ponadto jednak nas wszystkich dotycząca.
    Internet - sieć komputerowa łącząca większość ośrodków akademickich świata oraz miliony prywatnych użytkowników, pozwalająca na niczym nie skrępowaną wymianę informacji, danych i korespondencji wszystkich jej użytkowników. Żywiołowo się rozwijająca sieć tworzy (zapotrzebowanie na) nowe usługi, bez niej nie do pomyślenia. W sieci Internet potężnieje góra danych, które chociaż powszechnie dostępne dla jej użytkowników, są jednak coraz trudniejsze do odnalezienia i zidentyfikowania.
    Zatem - po kolei. Przesada z "niczym nie skrępowaną" (jednak są mechanizmy blokujące przesyłanie pewnych informacji, w tym obrazów i inwektyw); może ładniej: "dynamicznie rozwijająca się sieć"? Ponadto zalecenia są, aby pisać "nieskrępowaną", choć w tym przypadku (poprzedzono przez "niczym") pozostawiłbym w podanej (rozłącznej) formie, jednakowoż w słowniku (przy innych hasłach) nagminnie (i błędnie!) pisane są podobne wyrażenia.
    Zacytowany tekst, choć przecież nieobszerny, przekazuje myśl poprzez kontrowersyjną składnię, zaś fragment wpisany pomiędzy nawiasami, jest... rozbrajający. Zaimek "się" postawiony przed imiesłowem w zdaniu twierdzącym także nie wystawia pochlebnej opinii twórcy tego hasła (owszem, w potocznym języku, ale w definicji?).
    Mamy również infantylizmy (określenia nawet poprawne, ale nie nadające się do zastosowania w encyklopedycznych wydawnictwach) - "miliony prywatnych użytkowników" (rodzaj własności jest bez znaczenia; w podobnym stylu można byłoby napisać: "państwo - obszar zamieszkiwany przez miliony mieszkańców"), "bez niej nie do pomyślenia" (zbyt potoczne), "potężnieje góra danych" (nazbyt emocjonalny opis, niemal czujemy swoim jestestwem trudności z ogarnięciem potęgi i istoty internetu oraz jak potężnieje owa góra...). Jest to bodaj najbardziej egzaltowana definicja słownika profesora. O, gdyby omawiano tsunami, to odwołanie się do żywiołowo rozwijającej się fali, jako potężniejącej góry wody, byłoby nawet na miejscu...
    Czy w taki sposób powinny być opracowywane hasła jednego z najsłynniejszych słowników wyrazów obcych? Owszem, sens jest dość poprawny, poza wątkiem o ośrodkach akademickich (co odpowiada prawdzie, ale z... początków istnienia internetu, czyli "wieki temu"), ale realizacja poprzez tekst jest najoględniej... dziwaczna.
    Powyższe rozważania dowodzą, że napisanie definicji w sposób możliwie prosty, zrozumiały, a jednocześnie zgodny z zasadami naszego języka, jest zadaniem trudnym i złożonym.
    Oczywiście, można napisać szereg definicji, (choćby http://encyklopedia.pwn.pl ) -
Internet [ang.], inform. ogólnoświat. sieć komputerowa, łącząca lokalne sieci, korzystające z pakietowego protokołu komunikacyjnego TCP/IP, mająca jednolite zasady adresowania i nazywania węzłów (komputerów włączonych do sieci) oraz protokoły udostępniania informacji.
    Pierwsza (omawiana) zbyt infantylna i przesadzona, druga dla fachowców. Omawiany słownik jest ciągle dostępny w księgarniach.

    Czy głupie prawo to jeszcze prawo? - Wiadomości24 (25 stycznia 2007)
    Powtórka procesu, bo sędzia zapomniał się... podpisać
    Niejaki Paweł H. został skazany na dożywocie za gwałt i zabójstwo studentki (lipiec 2003, Tatry). Osądzano go jako recydywistę. O powtórzeniu procesu zadecydował Sąd Najwyższy, ponieważ pod wyrokiem sądu w pierwszej instancji (nie zauważono także w drugiej instancji rozpatrującej apelację!) zabrakło... podpisu jednego z sędziów!
    Sądy się nudzą?
    Najwyraźniej mamy zbyt wiele pieniędzy i prawników, zaś zbyt mało spraw do rozpatrzenia i żadnej (ułańskiej) fantazji, stąd zapewne decyzja o ponownym roztrząsaniu kwestii. Sam nie wiem, czy bardziej mnie rozśmieszyła (w tym dramacie) - decyzja Sądu Najwyższego, czy partactwo sądu niższej instancji. Po prostu jestem zszokowany durnowatymi decyzjami bardzo (formalnie) mądrych Polaków i pomału mam dość naszych ważnych rodaków, którzy sami siebie ośmieszają, naszą ułomną Temidę, a cały świat sobie z nas łacha ciągnie. Jedyne dobre w tym wszystkim, to fakt, że sędzia przeprosił wezwane na ponowną rozprawę osoby pokrzywdzone, w tym bliskich zamordowanej dziewczyny, za to, że proces musi odbywać się powtórnie, a one muszą zeznawać po raz kolejny. Wyobraźcie sobie - dowiadujecie się, że proces mają powtórzyć: szok; podają powód powtórki: szok z niedowierzaniem. Totalna głupota.
    Trwanie w głupocie
    Podobno kodeks jest w tej sprawie bezlitosny - należy powtórzyć proces. Być może wieki trwania naszego prawodawstwa wykrystalizowały zapis takiego prawa, ale przecież można sobie wyobrazić, że któryś z sędziów nie podpisze się pod wyrokiem (z rozmaitych i łatwych do przewidzenia powodów) i także należy powtarzać proces. A przecież w powtórce może zabraknąć (również z oczywistych powodów) kluczowych świadków, i co? Ktoś powinien wreszcie zmienić to bezsensowne prawo! Choćby po to, aby tacy przewrażliwieni obywatele RP (jak niżej podpisany) nie musieli kardiologicznie lub gastralnie reagować na takie informacje.
    Okres przejściowy?
    Mieszanka demokracji i nieprofesjonalizmu daje takie śmieszne efekty. Gdyby nie było u nas demokracji albo byłby wyższy poziom pracy w sądach, to nie byłoby takich skandali. A my mamy demokrację prawie zachodnią, zaś standard jeszcze wschodni. Okres przejściowy? Owszem, ale 50-letni?
    Powtórka wyborów, bo dyletanci popełnili gafę
    Słynna sprawa ostatnich dni - minęły terminy składania oświadczeń majątkowych (także współmałżonków), zatem - zgodnie z prawem - karą dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast jest... utrata stanowiska! To jest przykład, jak w słusznej sprawie (bo powody były oczywiste) można schrzanić prawo. Zamiast ukarać finansowo i napiętnować lenistwo, tudzież wyznaczyć ostateczny termin złożenia świadczeń - wyrzucenie zwycięzcy wyborów z posady, ogłoszenie kolejnych wyborów, kolejna kampania wyborcza (druki, reklama w mediach, krzywe dyskusje gadających głów) i za to wszystko płacić mają... podatnicy. A do tego bodaj miliony prywatnych godzin straconych przez wyborców w drodze do urn. Za prawny bubel w imieniu zasady "twarde prawo, ale prawo"?!
    Szopka, choć dawno po świętach
    Gdybym był warszawianinem to głosowałbym jesienią 2006 na Kazimierza Marcinkiewicza, ale to co wyprawia PiS, aby - poruszając niebo i ziemię - doprowadzić do powtórnych wyborów, jest całkowicie niesmaczne, złośliwe, tragikomiczne oraz niehonorowe. Przy okazji - obecna (o urzędzie chwiejącym się w posadach) prezydent, Hanna Gronkiewicz-Waltz udziela wywiadów także na dość żenującym poziomie (można jednak zrozumieć - tak reaguje każdy, kogo zbyt srogo karzą). Raczej powinien w tej sprawie wypowiadać się jej rzecznik, bowiem zbyt egzaltowane reakcje nie dodają pani prezydent splendoru. Szopka, choć dawno po świętach...
    Polskie pole minowe
    Jeśli zbliża się jakiś ważny termin (złożenie PIT-a, wymiana prawa jazdy lub dowodu osobistego), to media przyjaźnie informują, abyśmy nie przespali sprawy. Tu wydaje się, że media całkowicie przekimały (choć nie wierzę w spisek; raczej stadne dziennikarstwo, które zawiodło; zawsze mają coś ważnego do napisania, a dali się podejść jak amatorzy), natomiast wielu polityków mogło wiedzieć o przekraczaniu terminów i świadomie czyhali na aferę. A przy okazji - zwykle tego typu sprawy są pilnowane przez prawników osób pełniących wysokie funkcje, zatem to te osoby są winne!
    Absurdalne prawa do kosza!
    Im szybciej oburzające i ośmieszające nas prawo zostanie zmienione, tym lepiej! Dość tych wygłupów! Gdyby przepis mówił, że bank przejmuje dom w przypadku niewielkiej zwłoki w przekazaniu raty kredytu, to taki zapis powinien być skasowany. Gdyby ktoś miał z rodziną opuścić wynajmowane mieszkanie tylko z powodu niewielkiego opóźnienia we wnoszeniu opłat, to taki przepis powinien być unieważniony na mocy wyższego prawa. Gdyby komuś w szpitalu mieli odłączyć system sztucznego utrzymywania przy życiu, bo taki przepis ktoś ustanowił w pijanym widzie, to nie można powoływać się na twarde prawo!
    Pociąg wjeżdża na zerwany most
    Nie można wyłączyć prądu bez zapowiedzi, kiedy ludzie są operowani lub jadą windą, bo ktoś nie zaplacił rachunku za energię elektryczną. Ważniejszy od prawa jest człowiek i słuszne idee! Nie zapominajmy o podstawowych wartościach, bo w skomputeryzowanym świecie, kiedy naciśnięcie guzika powoduje uruchamianie się kolejnych procedur, może dojść do tragedii! Nikogo nie zwalnia się od myślenia. Jeśli pociąg według procedur wjeżdża na zerwany most, to nie czekajmy na katastrofę, lecz odważnie przyznajmy do błędu i usuńmy go, nim nas rodziny ofiar zlinczują. Lepiej częściowo utracić autorytet, niż całkowicie szacunek!
    Wypatrywanie idealnego prawa
    Oczywiście, że prawo ustalane jest dla zachowania porządku i niejako zwalnia uczestników życia społecznego od samowolnej interpretacji, ale można sobie wyobrazić jeszcze bardziej koszmarne przypadki wykonywania prawa na podstawie nieprzemyślanego (a nawet niezgodnego z rozsądkiem!) prawa. To prawda, że idealne prawo powinno być zapisane w sposób niebudzący obaw, w sposób umożliwiajacy bezproblemowe poruszaniesię przeciętnemu obywatelowi i urzędnikowi w danej dziedzinie.
    A co z przyjaznością prawa?
    Dla przeciętnych obywateli to nawet korzystniej, aby przy wielkim obecnym rozgłosie omawianej afery, uczyniono odstępstwo od bezmyślnej realizacji zapisu, bowiem będzie to ciekawy precedens, na który zawsze maluczcy mogą się powołać w swoich małych (a najważniejszych dla nich) sprawach. Czy coś w tym złego, że może będziemy mądrzejsi po przyjaznym załatwieniu tej kwestii i każdy, dawniej wymyślony i wymyślany obecnie, przepis przejrzymy pod kątem rozsądku? To wyjdzie tylko na dobre naszej praworządności, zatem także prawu i sprawiedliwości.
    Powstaje pytanie - czy prawo powinno być przyjazne obywatelowi? Oczywiście - w systemie demokratycznym, prawo powinno wejść na wyższy poziom. Nie ma być tylko bezwzględne, ale i przyjazne. Cóż to znaczy? Jeśli ustalimy, że można kogoś pozbawić pracy, mieszkania albo wolności, to musimy ową karę ustalić we właściwej proporcji w stosunku do przewiny, kierując się wielowiekową tradycją opartą na mądrości autorytetów prawnych, nawet zastanawiając się - cóż by na naszym miejscu uczynił dany (choć już nieżyjący) autorytet. Z pewnością, w krytycznych sytuacjach, można znaleźć w mądrych naszych wykładniach prawnych rozsądne wskazówki.
    Czy ktoś jeszcze pamięta przepis, "dzięki" któremu tracono z urlopu wolną sobotę zawartą w obrębie urlopu? Kilkadzisiąt lat musiało minąć, aby ten absurd zlikwidować. Młodzi pracownicy nawet nie wiedzą, o czym piszę...
    Archaiczna zasada!
    Zasada "twarde prawo, ale prawo" pochodzi z okresu bezwzględności w oddziaływaniu na obywateli, zwykle znacznie niżej stojących w hierarchii społecznej, niż twórcy prawa. Wystarczy, że oglądamy wiele programów publicystycznych, w których ukazane są dramaty osób skandalicznie wykorzystywanych przez rozmaitych kombinatorów, tylko dlatego, że prawo można interpretować w bezlitosny a naciągany sposób. Media, fachowcy, telewidzowie są oburzeni, większość przyznaje rację pokrzywdzonym i... nic mądrego obywatele RP nie są w stanie zaproponować. To skandal! Obecny problem jest niczym wobec wielu znanych ludzkich dramatów w aspekcie idiotycznego prawa, ale poprzez nagłośnienie obecnej awantury, mamy szansę wypracować teorię, w której jednak nie twarde prawo jest największą wartością naszej egzystencji na tym ziemskim padole!
    Popierając unieważnienie omawianego prawa oraz stwarzając precedens, popieramy wprowadzenie przyjaźniejszych zapisów prawnych stosowanych także wobec milionów zwykłych obywateli. Broniąc realizacji głupiego paragrafu, bronimy zaskorupiałego systemu, w którym bezwzględne prawo jest ważniejsze od człowieka. Należy pożegnać się z zasadą "twarde prawo, ale prawo"!
    PS W jaki sposób komentują to cudzoziemcy?
    Jeremy Horng, dyrektor polskiego oddziału TAITRA, tajwańskiej rządowej organizacji wspierającej handel i inwestycje: - Gdy się dowiedziałem o planach przeprowadzenia powtórnych wyborów, wybuchnąłem śmiechem. To jest całkiem niepojęte. Jedyny komentarz, który przyszedł mi do głowy, brzmiał: co za kraj!
    Juha Tilli, prezes Metsä Tissue: - To dziwny pomysł. Wszyscy popełniamy błędy. Nie znam polskiego prawa, ale jeśli te wykroczenia nie były celowe, powinno wystarczyć pouczenie. Po co organizować ponowne wybory. W Finlandii mieliśmy podobny incydent - ktoś nie poinformował o majątku. Nie skończyło się jednak ani rezygnacją, ani odwołaniem.

    Dwie miary - media (31 stycznia 2007)
    W okresie jednego miesiąca wydarzyły się dwa tragiczne wypadki drogowe, niemal identyczne. W obu zginęło po dwóch policjantów. Oba wskutek nieuwagi kierowców. Dlaczego jeden wypadek był nagłośniony przez media, zaś o drugim niemal nikt nie słyszał? Czyżby życie funkcjonariuszy z pierwszego zdarzenia było więcej warte niż życie drugich? Może pierwsza załoga była z większego miasta niż druga i uznano ją za ważniejszą w policyjnym świecie?
    Nie! Do jakże różnego traktowania obu spraw przyczyniła się dramaturgia wypadków oraz tło z zamieszanymi funkcyjnymi osobami.
    Tragedia 2 grudnia 2006
    Pierwsza załoga wyjechała 1 grudnia 2006 na polecenie szefa, aby odwieźć ważną personę branżowego świata do domu po ciężkim dniu pracy, doprawionym "na ostro" imieninami. Po północy, w drodze powrotnej z Siedlec, już po wykonaniu misji, oboje młodych policjantów przepadło bez śladu. Tworzono rozmaite scenariusze (napad, romans, wypadek). W kompromitujący policję sposób dawkowano informacje, sugerując... misję specjalną. Wyznaczono nagrodę za pomoc w znalezieniu tych osób. Cała Polska komentowała przez parę dni to medialne wydarzenie. Sprawdzano wszelkie wątki i każdy kilometr drogi powrotnej z Siedlec do Warszawy. W końcu pewien przydrożny tubylec zauważył koło policyjnego wozu wystające z bajora. I po paru dniach wielowątkowa historia (a właściwie wielka plota) zamieniła się w bezlitosny tragiczny finał - zmęczony kierowca powracający z nocnej wyprawy (jako przewoźnik wipa) nie zachował ostrożności i wpadł do sadzawki grzebiąc w policyjnym wozie siebie, towarzysza podróży oraz karierę paru osób ze świecznika. Historia miała na tyle trywialne zakończenie, że obiecana nagroda (30 tys. zł) była z jakby pewnym ociąganiem, ale jednak w końcu wypłacona... Niejako odpryskowo poinformowano, że droga w rejonie wypadku "słynie" z wielu podobnych tragedii i nic nie wiadomo, aby polepszono bezpieczeństwo jazdy na tej szosie.
    Tragedia 8 stycznia 2007
    Drugi wypadek był podobny do pierwszego, ale jednocześnie jakże inny. 8 stycznia 2007 policjanci pojechali do Szklarskiej Poręby, dokąd zawieźli uciekiniera z Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. W drodze powrotnej wpadli na drzewo i zginęli. Z oczywistych powodów nie zaginęli, bo bardzo szybko znaleziono ofiary w aucie rozbitym na przydrożnej śmiertelnej roślinie, która (jak wiele pozostałych) powinna być wycięta w pień, nim ktoś ponownie na niej zginie. Powód wyjazdu był na tyle legalny (zatem całkowicie niemedialny), że żadne media nie zainteresowały się sprawą - nie ma poszukiwań, domysłów i afery polityczno-zawodowej.
    Zderzenie z drzewem - nie byłoby afery
    Gdyby pierwsza omawiana para rozbiła się w taki typowy dla zmotoryzowanego Polaka sposób (znalezienie trwałego kalectwa lub śmierci na drzewie jest u nas powszechnym zjawiskiem), to żadne media nie zainteresowałyby się tym przypadkiem - w końcu co pewien czas giną policjanci korzystający ze służbowych samochodów. Ofiary zostałyby odnalezione i nikt nie wywlekałby sprawy taksówkarskich usług świadczonych (okazuje się, że dość powszechnie) przez służbowe radiowozy. Parodniowe poszukiwania sprzyjały domysłom i śledztwu - stąd wypłynięcie afery szybsze nawet niż zaginionego pojazdu.
    Co pewien czas odżywają dyskusje na temat wycinania twardych drzew stojących zbyt blisko jezdni i ich wymiany na gibkie krzewy w większej odległości od szosy. Na gadaniu się nie kończy - niektóre drogi istotnie są oddrzewiane przez władze gmin, które poważnie traktują ludzkie życie.
    Prawna odpowiedzialność a dylematy moralne
    I teraz mamy chyba najważniejszą różnicę obu przypadków - dlaczego zawiezienie jednego obywatela RP (wipa) skutkuje aferą i dymisjami, zaś drugiego obywatela (chłystka) nie powoduje takich reperkusji? Bo jeden powinien świecić przykładem i z powodu nieświecenia ktoś zginął? A drugi nie miał obowiązku świecenia i konsekwentnie nie świecił, i także ktoś zginął? A gdyby policyjna persona była wieziona przez taksówkarza i on by zginął w drodze powrotnej zamiast funkcjonariusza? To media nie wyciągnęłyby tej sprawy na światło dzienne, a społeczeństwo nie musiałoby się borykać z kolejną aferą i z moralnymi rozważaniami? Życie policjanta cenniejsze niż taksówkarza?
    Pewnie wielu ze mną się nie zgodzi, ale osoba prosząca inną osobę o wykonanie pewnej czynności wybiegającej poza jej obowiązki, nie może być osądzana za wydarzenia od niej niezależne, które spotkały wysyłaną osobę. Można osądzić za wydanie pozaproceduralnego polecenia, jednak nie za skutki wynikające z tragicznego splotu wydarzeń. Jeśli nauczyciel wyśle ucznia po kawę do najbliższego sklepiku, a tenże po drodze będzie uczestniczyć w tragicznym wypadku, to trudno skazywać nauczyciela jak za nieumyślne zabójstwo. Owszem, gdyby to był pierwszoklasista, a ulica byłaby o dużym natężeniu ruchu albo dziecko niepełnosprawne. Pewnie, że pozasądowe opinie na ten temat mogą być daleko idące i każdy z nas powinien wyciągnąć wnioski na przyszłość - nie wydawaj polecenia wybiegającego poza zakres obowiązków, bo możesz mieś poważne trudności zawodowe oraz na pewno będziesz napiętnowany przez rodzinę ofiary. Z pewnością wyrzuty sumienia będą gryźć takie osoby do końca życia i w przyszłości niechaj każdy nad wydaniem polecenia dobrze się zastanowi. Teraz z pewnością spadnie liczba wydawanych podobnych a nieformalnych poleceń, ale jeśli wydarzy się kolejny a podobny wypadek, to społeczny osąd nad takim rozkazodawcą będzie znacznie surowszy. I to jest jedyny pozytywny wydźwięk tragicznego wypadku z udziałem pierwszej opisanej pary. Bo śmierć drugiej pary (jakkolwiek by to obrzydliwie nie zabrzmiało) nie dała społeczeństwu żadnych wskazówek, ani moralnych rozważań...
    Skoro już tak wiele napisano na ten temat - a co byłoby, gdyby policjanci zawozili menela (zatem legalnie), a z transportowej okazji chciałby skorzystać notabl (nieformalnie)? Chuligana by rozgrzeszono (wszak policja jest od wożenia takich aspołecznych jednostek do miejsc odosobnienia), a oficer miałby podobne nieprzyjemności (bo policja nie jest od podwożenia do domowych pieleszy).
    I delikatny wątek finansowy
    "Ta tragedia mogła spotykać każdego z nas" - napisali w specjalnym apelu policyjni związkowcy. Związek udostępnił konto bankowe i rozpoczął zbiórkę funduszy na pomoc rodzinom tragicznie zmarłych. Numer rachunku jest dostępny także na stronach internetowych jednostek policji w całym kraju. Pytanie - której pary dotyczy ów apel?

    PS Tragedia 30 listopada 1984
    To nie jedyne ofiary wśród funkcjonariuszy. Najbardziej tajemniczy wypadek drogowy wydarzył się 30 listopada 1984 roku w Białobrzegach (trasa Kraków - Warszawa). W jadącego od strony Krakowa fiata uderzył rozpędzony Jelcz. Na miejscu zginęli dwaj pasażerowie fiata i ich kierowca. W protokole zapisano, że ofiary nie miały żadnych szans, a kierowca ciężarówki uciekł z miejsca wypadku. Nie wszczęto dochodzenia, by wyjaśnić okoliczności wypadku, nie podjęto również jakiejkolwiek próby odnalezienia ciężarówki, ani zidentyfikowania jej kierowcy. Nie przesłuchano żadnych świadków zderzenia, choć tragiczne zderzenie dobrze widziało kilku okolicznych mieszkańców. Pamiętam, kiedy rzecznik rządu PRL, Jerzy Urban, zapewniał społeczeństwo, że do końca listopada zostaną przekazane materiały dotyczące zabójstwa ks. Popiełuszki. W owym wypadku zginęli dwaj oficerowie MSW, którzy szczegółowo badali kulisy głośnego zabójstwa.

    Tylko opisane trzy tragiczne wypadki drogowe, w których zginęło 6 funkcjonariuszy, pokazują w jaki sposób giną ludzie nazywani czasami władzą. To jednak niebezpieczna służba, choć wiele wypadków spowodowanych jest jakże prozaicznymi przyczynami. Zdarza się, że policjanci (jak żołnierze) nie giną w bohaterskich wiekopomnych akcjach, ale zwyczajnie, jak tysiące zwykłych ludzi.

    Artykuł nie spełnił wysokich standardów stawianych przez www.wiadomosci24.pl - nie został zamieszczony tamże.

    Dom na kołach - iThink.pl (14 lutego 2007)
   Postawiony bez zezwolenia wielki gołębnik na kilkaset ptaków przestał być samowolą budowlaną, gdy właściciel dokręcił do niego koła i dyszel. - czytamy w "Dzienniku Zachodnim".
    Genialne? Genialne! A jeszcze można zrobić aluzję do patrioty Drzymały i uzyskamy solidny podkład polityczny - nie do ruszenia!
    Czyżby? Opolski inspektor nadzoru budowlanego podjął decyzję legalizującą samowolkę po wykonaniu wolty z kołami i zaczepem holowniczym. Jednak Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Nadzór Budowlany domaga się odwołania inspektora, upatrując w decyzji groteskowy szwindel.
    Inicjatorami powołania stowarzyszenia są państwo Kołodrubowie z Polskiej Nowej Wsi, którzy od wielu miesięcy zabiegają o rozbiórkę gołębnika zbudowanego przez ich sąsiada Gerarda Przywarę.
    Można zauważyć ciekawostkę językową - nazwa miejscowości na tle typowego naszego problemu (szarpanina "po polsku" na bazie wątku patriotycznego z Drzymałą) oraz ciekawe dane osobowe. Pan Przywara to miłośnik gołębi (a to przecież symbol pokoju) z jedną wszkże przywarą - zrobi wszystko dla swoich skrzydlatych pupilków. A jego przeciwnicy zasugerowali mu swym nazwiskiem sposób realizacji technicznej machlojki - Kołodrub. Kiedy tylko usłyszał (zatem fonetycznie) to nazwisko, to złapał za koło w paru egzemplarzach i dorobił je do drobiu, a dokładniej - do drobiowego domku i... afera na kółkach. To jest siła znaczenia nazwisk...
    I choć nadzór budowlany (a potem sąd administracyjny) uznał, że to samowola budowlana, którą należy rozebrać, pokojowo nastawiony (symbol gołąbka) Przywara przywarował (a może i przygruchał) sobie tylko znanym sposobem inspektora, który stwierdził, że to już nie jest obiekt budowlany trwale związany z gruntem, ale... mobilny pojazd. A jak przyczepa (i to jaka wielka!), to oczywiście będą się teraz przyczepiać do niej wszyscy, co uznali to cudo za obejście przepisów.
    Założyciele stowarzyszenia dotarli do wielu osób, które walczą z podobnymi samowolkami i dostrzegli niepokojące zjawisko - inspektorzy zatwierdzają absurdalne budowle z podobnymi wybiegami (i to nie dla ptactwa czy innej zwierzyny) natury techniczno-prawnej. Dziwnym zbiegiem okoliczności, nadzory budowlane legalizują zamożnym i zaradnym kombinatorom swe wynalazki, a mniej zasobni gospodarze jakoś dziwnie przegrywają swe batalie. Oczywiście, w Polsce większość rodaków wie, czym takie zbiegi (okoliczności) są wzmacniane... Inna sprawa, że mamy odwieczny konflikt pomiędzy majętnymi ludźmi czynu a uboższymi zwolennikami stanu błogiego spokoju.
    Tę kwestię rozstrzygnie sąd, bowiem wicewojewoda Madera zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez inspektora Horaka, który uznał gołębnik (o powierzchni 100 m kw.) za przyczepę (po zamontowaniu kół) i odstąpił od jego rozbiórki. Sąd zbada, czy pan Horak nie jest zbytni chojrak oraz czy doszło do przekazywania prezencików typu wino (choćby madera).
    W innym sporze pan Kołodrub domaga się także, by tenże sam pan Przywara zlikwidował w Polskiej Nowej Wsi (nazwa wręcz już groteskowo-symboliczna, niejako nawiązuje do starych polskich wsi, w których przekraczano obszar sąsiada o trzy palce) postawiony w ich sąsiedztwie tartak.
    Mamy zatem drugą przywarę właściciela gołębnika - zamiłowanie do drobienia drewna na deski (piękny zamek dla gołębi został z nich zbudowany) przy zastosowaniu koła zamachowego... Znowu na cześć pana Kołodruba?
    Stowarzyszenie zażądało także odwołania wojewódzkiego inspektora nadzoru budowlanego Walkowiaka (końca walki nie widać) i wojewódzkiego geodety Świetlika (cała sprawa będzie dokładnie prześwietlona). Zarzuca im tolerowanie przypadków łamania przepisów budowlanych.
    Na załączonym w sprawie zdjęciu pokazano ów gołębnik. To prawdziwe gołębnicze zamczysko! Nie mieści się wręcz na fotografii! Ile kół ma ten pojazd (widać cztery po jednej stronie, ale czy to wszystkie?) i jakiż to mądrala zalegalizował go pod hasłem "pojazd"? Czy ma odbiór techniczny, czy było próbne holowanie, czy koła obracają się i są w stanie przenieść ciężar budowli podczas ruchu? Oto Polska - takie idiotyzmy i to odwołujące się do patriotyzmu sławnego Polaka... Kiedyś pokazywano w telewizji podobne "cudeńka" - domki miały podczepione u dołu koła, które wprawdzie kręciły się, ale swobodnie wisiały będąc jedynie ozdobą. I także uchodziły za pojazd, a nie za domki wypoczynkowe, choć oczywiście ustawione były na kilkunastu cegłach. Polak potrafi!
    Może ktoś wymyśli dobrą definicję nieruchomości, bo widać, że w trzecim tysiącleciu można nieźle "pojechać po bandzie" nawet gołębnikiem na kołach, a urzędy traktują to z należytą powagą...
    Kiedyś oglądałem program o biedakach w Australii. Mieszkali w przyczepach kampingowych postawionych na ulicy. Jednak był pewien administracyjny wymóg - co trzy miesiące musieli się przemieszczać ze swoim domkiem, aby nie narazić się na postępowanie sądowe.
    Patrzę na ten gołębnik i myślę, że przemieszenie byłoby trudne (co pewien czas), ale pewnie roztropny ów facet i to by obszedł - przepchnąłby ciągnikiem o parę metrów. Jednak zakrętu by nie wyrobił. A jak mu się uda pokonać obecne prawne zakręty? Poprzez kolejne wykręty?
    Inna sprawa - piękny ów gołębnik: biało-niebieska elewacja (śliczny - w gołębich uspokajających kolorach). Myślę, że w Polsce setki tysięcy rodaków mieszka gorzej niż owe ptaki... Na Zachodzie ten dom powinni pokazywać w informacjach z nowych krajów UE! Patrzcie - w Polsce nie ma biedy, tam nawet gołębie mieszkają jak w raju! Niech to pokażą mieszkańcom slumsów Nowego Jorku... Na pewno nikt już nie rzuci dolca na pomoc dla biednej Polski...
    Data zamieszczenia artykułu - walentynki! A te kojarzone są z serduszkami i gruchającymi gołąbkami. Jednak oceniając opisany konflikt, trudno stawiać na przyjazne zakończenie sprawy - gołębiego serca (poza ptakami) w Polskiej Nowej Wsi nie znajdziemy...

    Prześmiewcze banknoty a prawo autorskie - iThink(18 lutego 2007)
    W ostatnich latach prasa i inne media zamieszczają rozmaite wizerunki znanych ludzi, lubianych i nielubianych. Zwykle nie zwracamy uwagi na obowiązujące prawo autorskie zakładając, że media mają tak dobrych prawników, że wszystko co oglądamy już przeszło przez solidne prawne sito i nadaje się do nieskrępowanego oglądu.
    Można opowiadać dowcipy o wipach, drukować karykatury, opowiadania, powieści oraz realizować filmy, które mają na celu bardziej ośmieszenie ich niż neutralne pokazanie. Prawdopodobnie można bez przeszkód tworzyć takie dziełka i arcydzieła. Klasycznym i powszechnie znanym przykładem jest amerykański film o prezydencie George'u Bushu, zrealizowany przez przeciwników amerykańskiej głowy państwa, nawiązujący do wydarzeń 11 września 2001.
    Na internetowych aukcjach można zapoznać się z kolekcjami rozmaitych banknotów, które nie mają ani obiegowej, ani numizmatycznej wartości, bowiem nigdy nie były w użyciu. Przedstawiają naszych polityków w prześmiewczym świetle, zatem nie są dla tych postaci (ani dla ich rodzin) powodem do dumy.
    W przypadku wytwarzania banknotów, mamy nieco inną kwestię. Wprawdzie nie mają uchodzić za oficjalne środki płatnicze, bo to byłoby fałszerstwo, jednak po ich obejrzeniu można mieć wątpliwości co do ich oryginalności pod względem oprawy plastycznej. Okazuje się, że twórcy tych dowcipnych w zamiarze "banknotów", oparli swój pomysł na znanych polskich papierach wartościowych, których wzajemne podobieństwo ma (choć przecież w żartobliwy i oczywisty sposób) wprowadzić rodaków w nastrój wesołości (żart) przy jednoczesnej powadze wzoru banknotu rodem z Narodowego Banku Polskiego.
    Można domniemywać, że owe "papiery wartościowe" powstały bez konsultacji z ośmieszanymi osobami oraz bez zgody właścicieli projektów (w tym autorów szaty graficznej), przeto należy zastanowić się - czy owe artykuły legalnie są zamieszczane w mediach (w tym na licznych internetowych aukcjach) w celu ich sprzedaży. Prawo autorskie podobno powinno być strzeżone z urzędu, jednak wielu prawników widuje omawiane "banknoty" i nie słyszałem o ich jakiejkolwiek, a cóż dopiero o zdecydowanej, reakcji.
    Zatem - czy produkcja, wystawianie i sprzedaż banknotów (ośmieszających wipów) o zewnętrznych znamionach plastycznych opartych na znanych projektach graficznych, bez zgody ich właścicieli i twórców, jest prawnie dopuszczalna? Jako laik odpowiedziałbym - nie, ale to oznaczałoby, że mamy zbyt często bezkarnie łamane prawo autorskie. Może więc jestem przewrażliwony?

    Chiny wygrały z USA w... kasynie - iThink.pl (28 lutego 2007)
    Media zaskoczyły nas wielkim szczęściem, jakie dopisało 16-letniej pannie, która wygrała prawie 100 tys. dolarów w kasynie, mimo zakazu wstępu. Nastolatka z Hongkongu odwiedziła wraz z rodzinką jedno z kasyn w Makau. Weszła do środka, choć jako niepełnoletnia nie powinna była zostać wpuszczona. Kiedy wygrała na automacie a jej wiek wyszedł na jaw, wówczas personel kasyna odmówił jej wypłaty wygranej.
    Nadzór kasyn jednak stanął po stronie dziewczyny, bo uznał, że przepis wprawdzie zabrania młodzieży wstępu do kasyn, ale nie zabrania... gry. Postanowiono usunąć tę lukę, ale pieniądze wypłacono rodzinie.
    Rozsądna decyzja, choć w przyszłości w podobnej sytuacji wygrana nie zostanie wypłacona, co kłóci się z poczuciem sprawiedliwości, wszak po zmianie przepisów innej małoletniej osobie w podobnym przypadku - NIE wydadzą góry forsy, a przecież stawki za grę pobiorą. Chyba że każdemu młodemu człowiekowi, po parogodzinnej a nieudanej grze oddadzą zaryzykowane pieniądze, bo tak byłoby sprawiedliwie...
    To wydarzenie miało miejsce w Chinach, choć niezbyt ludowych.
    A cóż uczyniło kasyno w Las Vegas (USA) w 2005 roku? Wówczas 100 tysięcy dolarów wygrał tam imigrant z Meksyku. Gdy chciał odebrać wygraną, okazało się, że na terenie USA przebywa nielegalnie. Efekt - trafił do aresztu, a kasyno odmówiło zapłaty wygranej. Czy ktoś przypuszczałby, że w demokratycznym państwie o najlepszej konstytucji i o niemal nieskończonej wolności, zwłaszcza finansowej, ktoś nie wypłaci wygranej tylko dlatego, że grający znalazł się tam nielegalnie? Przecież uczciwie wykupił żetony i zagrał nie oszukując, więc w czym problem? Dla wizerunku kasyna i USA, wygrana powinna być wypłacona, zaś przybysz odesłany do domu. Taka procedura wydaje się logiczna dla przeciętnego człowieka o normalnej umiejętności odróżniania dobra od zła...
    Któż przejął wygraną? Właściciel kasyna? A dlaczego on? Mało mu? A może lud amerykański? Czyżby był biedny? Przecież to trąca instytucją przepadku majątku na rzecz skarbu państwa... totalitarnego! A jaka antyreklama wolności amerykańskiej! Czy warto dla 100 tysięcy dolarów ośmieszać wielkie amerykańskie idee? Jaki sygnał przesłano światu? Że opiewana równość wobec fiskalnych mechanizmów jest mitem? A może wszyscy nielegalnie przebywający Meksykanie, Polacy i Francuzi, po wygraniu kompletu wiatraczków w promocjach, losowaniach, po poprawnym rozwiązaniu krzyżówek albo po tysiącach innych konkursów, są wszechstronnie badani pod kątem imigracyjnego prawa oraz są ograbiani i deportowani? A może setki nieodebranych nagród to plon właśnie owych "szczęśliwych" losowań i rezygnacji z uśmiechu losu, bowiem ktoś życzliwy ostrzegł - "Daj sobie spokój z wygraną! Co ci po niej, skoro odeślą cię do ojczyzny".
    Jasne, że Ameryka jawi się nam jako raj dla wielu z nas. I żaden negatywny sygnał tego poglądu nie zakłóci. Ale czy nie jest groteską, że Chiny zachowały się rozsądniej niż USA, kiedy każdy czytelnik obstawiałby odwrotne rozwiązanie, gdyby nie przeczytał o obu przypadkach w niniejszym artykule? Czy nikt nie przecierał oczu ze zdumienia?

    Podatki a aukcje w internecie - iThink.pl (5 marca 2007)
    Resort finansów wydał polecenie, aby urzędy skarbowe sprawdzały rodaków handlujących w internecie w aspekcie zarejestrowania firm i płacenia podatków. Kontrole wyrywkowe wykazują, że 70% to tzw. nieprawidłowości. Przez ostatnie 5 lat zakupy internetowe wzrosły niemal 10-krotnie.
    Media podają, że "towary sprzedawane internetowo są oferowane po niskich cenach, bo handlowcy nie dzielą się z fiskusem zyskami". Jednak w innym miejscu przyznają, że chodzi o 2% podatku. Zatem coś tu nie gra - czy owe 2% podatku może decydować o opłacalności interesu? Nie przesadzajmy - 2 złote od każdej setki to przecież symboliczna danina.
    Na czym polegają kontrole internetowych sprzedawców prowadzone przez kontrolerów skarbowych? Sprawdzają wybrane transakcje dotyczące droższych i nowych towarów, w szczególności te "idące w setki sztuk" i u właścicieli serwisów aukcyjnych deszyfrują pseudonimy (kto za nimi stoi). Tygodniowo obecnie to parę takich rozpoznań, ale szykują się poważniejsze akcje. Urzędnicy przyznają, że "skala oszustw mogłaby być mniejsza, gdyby serwisy aukcyjne automatycznie rozpoznawały, kiedy należy opłacić podatek i informowały o tym internautów". Jednak właściciele serwisów nie zamierzają wprowadzać takich rozwiązań - ich nie obchodzi skąd oferenci mają towar i czy płacą podatki.
    I tu można napisać - oto Polska właśnie!
    Nikt nie lubi płacić podatków, jednak im więcej ludzi będzie (uczciwie) je płacić, tym mogą (i byłyby!) one być niższe. No i aspekt jednak uczciwości (jest coś takiego po kilkunastu latach życia w nowej Polsce?) - jeśli biznesmen sprowadza i sprzedaje setki jednakowych nowiutkich towarów tygodniowo, to czy nie powinien jednak zapłacić symbolicznego choć podatku? Jak każdy sprzedawca w sklepie? Tego wymaga zwykła przyzwoitość i uczestnictwo w życiu społecznym Państwa. A nie tylko brać i kombinować, a jeśli ulice są niebezpieczne, to narzekać na policję, że nie wyłapuje chuliganów. Jeśli kiepska opieka zdrowotna, to pretensje do rządu. Może także policjanci i lekarze zarabialiby więcej i żyłoby się nam i lepiej i dłużej?
    Jestem pełen podziwu dla... głupoty Państwa (czyli dla umysłowej niezaradności wysokich urzędników państwowych). Z jednej strony totalne dziury budżetowe i utyskiwania w każdej fiskalnej  dziedzinie, a z drugiej strony niemożność poradzenia sobie z miliardowym rynkiem aukcji internetowych. A przecież to dość proste! Serwisy internetowe nie otrzymywałyby zezwolenia na prowadzenie działalności, gdyby nie poddały się przepisom ustalonym przez fiskusa. Jakież to ustalenia?
    Każdy sprzedawca płaci serwisowi prowizję od sprzedaży towaru. Jakiż to problem, aby serwis pobierał podatki odprowadzane do Skarbu Państwa przy okazji zabierania swojej działki? I jeszcze zarabiałby na tej działalności. Można przedyskutować, czy podatki powinny być opłacane tylko od nowych (nieużywanych) towarów, a towary używane wolne byłyby od podatku? Skoro mamy doskonały aparat - komputery i internet, to można wprowadzić próbnie na rok propozycję - stare jednostkowe artykuły (fortepian, książka, znaczki pocztowe, pamiątki) byłyby wolne od podatku, jeśli byłyby sprzedawane przez osoby prywatne. Te same towary oferowane przez firmy byłyby obarczone podatkiem (np. 2%). Nowe towary, sprzedawane przez osoby prywatne oraz przez firmy, byłyby obciążone wyższym podatkiem (np. 3%). Nowe towary to głównie sprowadzane i oferowane jako "kup teraz". Z reguły sprzedawca sprzedając towar zaznacza, że jest nowy (nieużywany), bo to jest atut podczas podejmowania decyzji kupna czy licytacji. Towary opisywane jako "towar lekko używany, powystawowy, demonstracyjny" oczywiście byłyby traktowane jako towary nowe, ponieważ z jednej strony mają konkurencyjne ceny wobec towarów całkowicie nowych, a z drugiej strony są szybciej zbywane niż artykuły używane. Jeśli osoba prywatna otrzyma prezent lub przywiezie pewien jednostkowy artykuł z zamiarem sprzedaży albo decyzję o sprzedaży podejmie w późniejszym terminie, to może całkiem nowy artykuł sprzedać bez podatku, jednak bez sugestii w opisie, że jest to towar nowy. Każde określenie w opisie odwołujące się do nowości, przecież potencjalnie powoduje wzrost ceny wylicytowanej, a zatem nie powinno dziwić zwiększenie podatku z zera na np. 3%.
    Ponadto urzędy skarbowe porównywałyby zestawienia wpływające na osoby o jednakowych numerach identyfikacyjnych i oceniałyby, czy handlowiec wkracza w wyższe stopy podatkowe z tytułu handlu na masową skalę i ustalałyby wysokość podatku uzupełniającego.
    Transakcje internetowe to przyszłość, jednak muszą być one prowadzone w cywilizowany sposób - uczestnicy (sprzedawcy, bo to oni płaciliby podatki) powinni włączyć się w ogólny wysiłek utrzymywania Państwa w coraz lepszej kondycji. Tego wymaga także kupiecka przyzwoitość wobec handlowców prowadzących klasyczne punkty sprzedaży - oni przecież płacą podatki.
    Gdyby ktoś przybył pierwszy raz do Polski i usłyszał, że nasz kraj (o milionowej rzeszy ekonomistów z wyższym wykształceniem) boryka się z kłopotami finansowymi, przy czym z jednej strony część obywateli (w tym właściciele sklepów) płaci wysokie podatki, zaś z drugiej strony pozostali obywatele (handlowcy "sprowadzający towary całymi kontenerami") nie płacą podatków, to taki przybysz uznałby, że to jakiś nienormalny kraj o lichej kadrze przywódczej.
    Sprawa niejednakowego traktowania podmiotów gospodarczych wobec Konstytucji to kolejny temat, który tylko potwierdza, że obywatele RP nie są równi wobec prawa, choćby podatkowego. A w jaki sposób rozwiązano podobne problemy w krajach starej Unii Europejskiej oraz w Stanach Zjednoczonych?

    Komórka czy komora celna? - iThink.pl (7 marca 2007)
    Amatorski pornofilm z polskim celnikiem w roli głównej krąży po internecie. Funkcjonariusz zarejestrował telefonem komórkowym w komorze celnej swoje erotyczne zmagania z kobietą zamieszaną w przekupstwa celników.
    Ktoś powie - to wyjątkowa sytuacja i rzadko spotykana... Niestety, to jednak dość typowa sytuacja, a jej nowatorstwo polega na nagraniu przez samego winnego, który jest funkcjonariuszem... państwowym!
    Prawdopodobnie "moda" przyszła z USA - ileż to filmików pokazywano na kablówce, kiedy to tamtejsza młodzież podkręcała sobie stan emocjonalny filmując swoje chuligańskie wybryki? Ileż to widzieliśmy demolek sklepów, bijatyk, napadów? Filmują sami przestępcy, aby się podkręcić i pochwalić przed kumplami. Ileż to wszczęto postępowań karnych, po przejęciu materiałów nagranych przez durnowatych pseudofilmowców? Ileż to u nas było skandali, choćby szkolnych, z molestowaniem, wyszydzaniem nauczyciela oraz bijatyk tak prawdziwych, jak inscenizowanych?
    Gdyby nie nagrania, to w zdecydowanej większości społeczeństwo toczyłoby swój senny egzystencjalny żywot w przekonaniu, że nic złego wokół się nie dzieje... Gwoli ścisłości - niektóre nagrane incydenty zostały zainicjowane wyłącznie z potrzeby uwiecznienia działań "bohaterów" i gdyby nie wysoki poziom techniki w tej materii, to nie doszłoby do ich wyreżyserowania.
    Podglądanie i nagrywanie jest coraz popularniejszym zajęciem, także wśród seksprzestępców. Ciekawe seksprzygody przeżywaja celnicy, od których zależy, czy panie przejdą kontrolę celną ogołocone z przemycanych towarów, czy w zamian dobrowolnie się rozochocą i same... ogołocą. A Państwo traci miliony z powodu męskich chuci...
    Można wyliczyć ostatnie przypadki skandali spowodowanych nagraniami przez przestępców lub nagranych przez osoby spoza ich grona. Technika daje coraz lepsze narzędzia do podglądania i nagrywania. Dawniej Tartuffe ("Świętoszek") był podsłuchiwany w oryginalnej sztuce, bo Molierowi nie marzyło się nawet posiadanie cudów techniki, ale pewien reżyser w Teatrze Telewizji Polskiej zastosował szpulowy magnetofon schowany pod stołem... I to był wówczas (przełom lat 60. i 70.) tyle odważny interpretacyjny wyczyn, co szczyt techniki podsłuchowej w PRL.
    Z branży celno-pogranicznej należy przypomnieć dwie historie. Podczas masowych wyjazdów z Polski w latach 80. tygodnik "Solidarność" opisał nasze panie oczekujące na wyjazd na Zachód, które korzystały z przyspieszonej wyjazdowej ścieżki legislacyjnej - parominutowa wizyta w toalecie z urzędnikiem decydującym o wyjeździe wg scenariusza opisanego w notatce o celniku.
    Inna sprawa (także z tego okresu) - autokarowa wycieczka powracająca z Turcji zostaje zatrzymana na granicy i pewna ładna polska blondynka jest proszona do kontroli. Tam jest molestowana i autobus bez przeszkód (bez przestoju i ceł nakładanych na pasażerów wiozących ciuchy z Azji Mniejszej) wraca nad Wisłę. Po powrocie pani daje sprawę do sądu przeciwko całej wycieczce o zbiorowe sugestywne zmuszenie jej do prostytucji w zamian za umorzenie wszystkim opłat celnych.
    Rzecznik prasowy Izby Celnej w Olsztynie, przyznaje, że celnicy pracujący na granicy narażeni są na wiele pokus - "Gdy były prowadzone postępowania, słyszeliśmy o tym, że były też wręczane jakieś prezenty w postaci telefonów komórkowych. Ale o tym, że były oferowane usługi seksualne nigdy nie słyszeliśmy". Rzeczywiście nie słyszał?
    Opisane przeze mnie dwa przypadki to na pewno szczyt góry lodowej. Z pewnością o takich przypadkach, choćby tylko jako plotki, można się przez lata nasłuchać... W obu przypadkach nie istniały tanie i powszechne systemy podglądania i zapisu, choć nagrania magnetofonowe były już możliwe dzięki miniaturowemu sprzętowi, jednak naród nie miał głowy do powszechnego nagrywania wszystkich, wszystkiego i wszędzie. Zapewne zmieni się to - już się zmienia, bowiem dziennikarze i zwykli obywatele coraz częściej włączają choćby tylko telefony komórkowe rejestrując wręczanie łapówek, oszustwa, kradzieże lub molestowania. W sukurs idą kamery montowane w bankach, sklepach i na ulicach. Nikt z nas nie może być pewny, kiedy listonosz wezwie nas do sądu w charakterze (oby tylko przez kamerę) podejrzanego...
    A ten celnik? No cóż... Sam celnie się trafił!

    Sfinks i orzeł w koronie - iThink.pl (9 marca 2007)
    7 marca 2007 wyemitowano telewizyjny reportaż, w którym ukazano historię niepełnosprawnego chłopaka, któremu wójt odmówił przewiezienia na badania specjalnym busem z domu do Warszawy. Podobno zgodnie z prawem stanowionym przez okolicznych mężów.
    Po odmowie, matka z synem pojechali na badania pociągiem, jednak podczas podróży chłopak przewrócił się i poranił. W tym samym czasie, tymże busem, udała się urzędnicza świta na konkurs skoków do Zakopanego. Można by rzec - "A co będzie im się plątać jakiś wiejski kaleka w szykownym pojeździe".
    Po paru dniach w szpitalu, w wyniku powikłań, chłopiec zmarł.
    No i cóż takiego się stało? Nic! Przecież świat należy do zdrowych, przebojowych i twórczych urzędników, a nie do jakichś pechowych istot, którym Bóg poskąpił zdrowia, szczęścia, urody, figury, bogactwa i (najważniejsze) sprytu. Na tym przecież polega wczesny i bezlitosny kapitalizm, a taki właśnie mamy wokół...
    Podczas emisji programu przypomina się pierwsza wstrząsająca scena z powieści "Faraon". Pewien egipski niewolnik latami przekopywał nawadniający kanał, aby wykupić się właścicielowi i zostać wolnym człowiekiem. Na nic jego błagania - urzędnicy faraona kazali zasypać wykop, bo świta musiała mieć wygodną przeprawę na szlaku ku lepszemu jutru. Także zgodnie z prawem stanowionym przez wielkich mężów. W parę chwil zniweczono wieloletnią pracę ludzkiej istoty równie mało znaczącej w ówczesnym świecie, która z rozpaczy rozstała się ze swym nędznym życiem.
    Niewolnik sprzed wieków ze sfinksem w tle oraz współczesny niewolnik systemu opieki zdrowotnej z orłem w koronie na sztandarze. Obaj zdegradowani przez Los, pogardzani przez władzę, niewspomagani przez społeczeństwo. Obaj plątający się i przeszkadzający w marszu ku świetlanej przyszłości. Takie ludzkie balasty do wyrzucenia na śmietnik cywilizacyjnego marginesu przy pierwszej lepszej nadarzającej się okazji.
    Paniska wróciły z zawodów w doskonałych humorach. Być może niektórym z nich resztki sumienia popsują spokojny sen, kiedy przyśni im się wzgardzony Polak na tle skoczni w górach... Możliwe, że komuś z faraonowego orszaku również przerwał się sen sprawiedliwego, kiedy wspomniał skrzywdzonego Egipcjanina na tle piramid...
    Kolejne karawany przez stulecia brną dalej przed siebie i kogo to obchodzi, że taki NIKT wpadnie do piachu, który zasypie go na wieki? Ciebie, mnie? Egiptu, Polski? Nikogo!

    Polska nauka zasugerowana zerem bezwzględnym - iThink.pl (10 marca 2007)
    Grupa polskich fizyków schłodziła atomy rubidu do temperatury wyższej od zera bezwzględnego o niespełna jedną dziesięciomilionową stopnia Celsjusza - poinformowało Centrum Promocji i Informacji Uniwersytetu M. Kopernika (UMK) w Toruniu. W ten sposób osiągnięto pierwszy w Polsce kondensat Bosego-Einsteina. Polscy naukowcy zyskują dzięki niemu narzędzie do uprawiania nowoczesnych badań z zakresu fizyki ultrazimnej materii. - informują dumnie Polaków nasze media.
    Ciekawe, komu uda się osiągnąć temperaturę niższą od zera bezwzględnego? Nikomu, bo się nie da, ale nawet nie uda się uzyskać dokładnego zera (podobnie jest z próżnią). Ale co jeśli termometr byłby źle wyzerowany? W końcu jedna dziesięciomilionowa stopnia w skali Celsjusza czy Kelvina wte czy wewte... Chyba łatwo o pomyłkę w kraju, w którym kilka lat temu w budżecie aż 40 mld zł wte czy wewte nie miało większego znaczenia...
    Polscy naukowcy mają ustaloną renomę w świecie. Mimo że ich płace nigdy nie nadążały za światową czołówką, to z sukcesami było znaczenie lepiej. Wynagrodzenia zawsze oscylowały wokół niskich rejestrów i ich osiągnięcia w pracy nad niskimi temperaturami wpadły w rezonans z liczbami podawanymi na comiesięcznych kwitkach wypłat. Jest to chyba pierwszy znany przypadek tak dokładnego sprzęgnięcia efektów pracy z mocą płacy. I to na tak wysokim szczeblu nauki i techniki. Do tej pory podobne zjawisko silnego zasugerowania zaobserwowano w  kynologii - dość często zauważa się podobieństwo pana do psa...
    Inna sprawa, że kondensat Bosego-Einsteina wspomagał (niejako z nazwy) naszych naukowców w żmudnej walce o minimum godne księgi Guinnessa (tak w pracy, jak i w płacy) z racji języka... polskiego. Otóż wzorem chudego a bosego Mojżesza, o którym anegdoty nieco pokrążyły wg teorii Kopernika na (w końcu) uczelni Jego imienia, jedynie w naszym języku można było właściwie powiązać szczytne idee minimalnych płac w polskiej nauce i bosego kamienia, bo tak mniej więcej można częściowo przełożyć nazwę owego kondensatu. Polski naukowiec to często niemal bosy facet, który może sobie (młyński, nie jubilerski) kamień podczepić do szyi.
    Stein to po polsku kamień albo pestka, pestka po niemiecku to ponadto Kern, a to po polsku jądro oraz istota (sedno sprawy) i te znaczenia są na tyle nobliwe, że wracamy do noblisty Einsteina, który był nie tylko fizykiem, ale także mędrcem (z filozoficznym
kamieniem w nazwisku po przodkach).
    Ciekawe, ale Celsjusz (Celsius) w swoim pierwszym termometrze rtęciowym przyjął skalę odwrotną do dzisiejszej - zero ustalił dla temperatury wrzenia wody, zaś 100 stopni dla temperatury krzepnięcia tej cieczy, czyli dość niefrasobliwie. Na szczęście inni naukowcy zaproponowali odwrócenie skali, ponieważ logicznie argumentowali, że im wyższa temperatura, to tym większa energia cieplna. Im niższa temperatura, tym wolniej poruszają się atomy. Atomy gazu w temperaturze pokojowej przemykają z prędkością tysięcy kilometrów na godzinę, a atomy kondensatu Einsteina-Bosego poruszają się tak niemrawo, że nie da się ich ruchu zmierzyć. Zero bezwzględne w skali Kelvina to minus 273,15 stopni w skali Celsjusza, przy czym wartość jednego kelwina i jednego celsjusza (jako jednostek) są jednakowe.
    Można by odwołać się do pierwszego termometru - doskonale wpisuje się w siatkę płac naszych naukowców. Związkowcy z uczelni powinni przyjąć ten prototyp za sztandarową ikonę, bowiem doskonale przypomina, że oba wzorce (miernik i płace) są postawione na głowie, czyli odwrócone...

    Pilot do sterowania zasobami ludzkimi- iThink.pl (13 marca 2007)
    Internetowe Allegro proponuje zakup pilota do sterowania... kobietą. Urządzonko przypomina pilot/pilota (niepotrzebne skreślić, wszak są dwie szkoły dla biernika liczby pojedynczej rodzaju męskiego). Przyciski (opisane po angielsku)  jednoznacznie wskazują na związek panów z paniami. Oto zestaw poleceń wydawanych za pomocą pilota -

MUTE (cisza)
PMS OFF (wyłącz napięcie przedmiesiączkowe)
GIVE ME: BEER, SEX, FOOD (daj mi: piwo, seks, jadło)
STOP: NAGGING, MOANING, WHINING (przestań: dokuczać, płakać, marudzić)
FORGIVE (wybacz)
FORGET (zapomnij)
MOVE ON (kontynuuj)
SAY NO (powiedz "nie")
SAY YES (powiedz "tak")
REMOVE CLOTHES (zdejmij ubranie)
COOK (gotuj)
CLEAN (sprzątaj)
LEAVE (wyjdź)
CALM DOWN (uspokój się)
HURRY UP (pospiesz się)
BREASTS +/- (biust +/-)

    Ponadto oferent dowcipnie wyjaśnia sposób zasilania oraz instrukcję obsługi -
Do zasilania wymaga poczucia humoru (nie dołączono do produktu).
Obsługa: 1. Wyceluj w partnerkę, 2. Wciśnij wybrany przycisk, 3. Licz na to, że zadziała.

    Szkoda, że pilot jest z plastyku, a nie z ciężkiego metalu, bo wówczas można byłoby go zastosować także jako przycisk biurkowy albo młotek do gwózdków i pinesek... A może przewidujący producent specjalnie wykonał pilot(a) w wersji lekkiej, zaokrąglanej, a zatem... superbezpiecznej? Że niby z poprawką na co bardziej krewkich klientów, co to mogliby płochą damę swego serca próbować obić urządzonkiem w przypadku niesubordynacji? Wprawdzie
dostawca uczciwie objaśnia, że -
    Poza zabawnym wyglądem i pomysłem pilot nie posiada żadnej dodatkowej funkcjonalności. Po prostu nikim nie steruje w żaden nadnaturalny sposób,
jednak bądźmy szczerzy - ilu z nas dokładnie czytuje wszystkie instrukcje obsługi? Inna sprawa - nie przesadzajmy; ileż można sobie obiecać za ok. 30 zł?
    Cóż na to emancypantki i dżentelmeni? Po odkryciu prądu elektrycznego i skonstruowaniu silników elektrycznych oraz systemów zdalnego sterowania, panowie postawili sobie za cel budowanie maszyn pomagających w gospodarstwie domowym, także zastępujących panie i to nie tylko w kuchni... Dawne cybernetyczne żółwie nie zdały egzaminu, może coś drgnie w dziedzinie pań na sygnał pilota?
    Nie doczekamy się zapewne pilota do sterowania panami. Chyba dlatego, że panie wykorzystują odwieczne sposoby stare jak świat (jeszcze z przedbateryjkowej ery), odnawiane w kolejnych pokoleniach i nieco modernizowane. Te sposoby znane są od tysięcy lat (patrz Kleopatra, a wcześniej Ewa od Adama), jednak po odkryciu prądu elektrycznego, panowie ustawicznie coś kombinują i majstrują przy urządzeniach, aby zmienić ten
kiepski nasz odwieczny obraz...
    Nie słyszałem, aby panie czuły się dotknięte pojawieniem się pilota na rynku światowym, a teraz także na polskim. Nie stanął w ich obronie również żaden pan, w tym prawnik, czuły nie tyle na wdzięki kobiece, ale na sprawy dyskryminacji płciowej. Jakaż awantura by się rozegrała, gdyby zamiast pilota sterującego niewiastami (choćby tylko na niby) ukazała się wersja dla białej młodzieży północnoamerykańskiej z propozycją zdalnego sterowania Murzynami albo dla czarnej młodzieży w RPA ze sterowaniem białasków? A już zapewne szczytem fatalnego smaku byłyby takie piloty (sprzedawane w nazistowskich obozach zagłady) w języku panów z lat drugiej wojny światowej. W mowie nawiązującej do kąpielowych poleceń wydawanych zwożonym przedstawicielom najbardziej umęczonego narodu przez nadludzi. Ten ostatni obrzydliwy pomysł pojawił się w aspekcie wspomnień rozmaitych "dzieł sztuki" wystawianych w galeriach i w związku z toczącymi się procesami w sprawie obrażania uczuć. A gdyby zamiast sprofanowanego krzyża pani Znalskiej postawić prysznic, nad nim otwór sufitowy, zaś przed ową instalacją umieścić opisany pilot (opisanego pilota) z koszmarnymi rozkazami? Rozpętałoby się słuszne piekło od Tel Awiwu po Nowy Jork. Ale póki co, w internecie są piloty do sterowania tylko paniami. I tak niech pozostanie, skoro to nikogo nie razi... Czy można przekroczyć delikatną granicę pomiedzy niewinnym żartem a koszmarną rzeczywistością?
    No i wątki językowe - Przedstawiamy Ci pilot, który... (czytamy w ofercie). I jaki jest biernik liczby pojedynczej rodzaju męskiego? Mam srebrny pilot, robot kuchenny, mikser, bagażnik, czy Mam srebrnego pilota, robota kuchennego, miksera, bagażnika?
    Ponadto wyraz plastyk powinien być stosowany w przypadku zarówno osoby, jak
też substancji. Przecież nie odróżniamy kosmetik (krem) - kosmetyk (pan zajmujący się kosmetycznym działem). Wszak nie termoplastik, lecz termoplastyk. Zatem wyłącznie - plastykowe pieniądze, plastykowane karty do gry (powlekane plastykiem), plastykowe zabawki i opakowania, żywność opakowana w folię, czyli zafoliowana (zaplastykowana), sklep dla plastyków oraz przerób plastyku. Tak sądzę.

    Kara śmierci za handel mrówkami - iThink.pl (20 marca 2007)
    Ludzi skazywano na karę śmierci już chyba za wszystko, co można sobie wyobrazić, choćby w koszmarnym widzie. Chini* jednak ciągle podnoszą stawki w licytacjach prawa karnego, bowiem pewnego China skazano na najwyższy wymiar kary za oszukiwanie na... mrówkach. Istotki zwinne i niewinne, ale ten Chin to całkiem przebiegły facet. Nie oszukał lusterkami jak praski cwaniak na kilkaset złotych. Owszem, na KILKASET, ale... MILIONÓW DOLARÓW!
    Czy można sobie wyobrazić większą groteskę w obliczu śmierci? Facet sprzedawał... mrówki nie po 200 juanów, ale 50 razy drożej. Media podały - "sprzedawał po zawyżonej cenie". Ale zawyżenie... U nas ongiś sprzedawano towary po zawyżonych cenach (ale 50-200%, jednak nie 5000%!). I to w dobie totalnych braków rynkowych, a z tego co wiemy, Chiny są państwem zaskakująco rynkowym jak na komunistyczne idee. Tym bardziej trudno zrozumieć istotę tego przewału. Nie jednorazowo parę paczek mrówek na rynku pośród kopiowanych programów czy filmów a wódką ze żmijką w butelce, ale przez par lat przez profesjonalną firmę?! I 10 tys, frajerów płaciło koszmarne pieniądze (równowartość prawie 1300 dolarów za paczkę!) bez sprawdzenia, bez reklamacji, bez słowa protestu? W kraju, w którym wydawałoby się, że każde kichnięcie przez urzędnika, studenta i cudzoziemca jest rejestrowane przez parę kamer i kilku tajnych współpracowników donosi na nich, zanim oni sami zdadzą sobie sprawę, że coś rzeczywiście knują? Przecież to jakaś koszmarna groteska!
    Przebiegły Chin okazał się mistrzem w naciąganiu w przeciwieństwie do jego mrówek, które także miały służyć do naciągania (ale... herbaty - podczas parzenia). Parę tysięcy Chinów sparzyło się na transakcjach, a jeden z nich w szoku dobrowolnie rozstał się z życiem.
    Skazany na śmierć Chin z Chin być może powinien zostać nominowany do księgi Guinnessa, bo komu na świecie udałoby się ogołocić rodaków, czyli Chinów, z prawie (w przeliczeniu) 400 mln dolców? Na mrówkach, choćby i specjalnych, bo czarnych (jak podały agencje). Udało się odzyskać jakieś ochłapy dolarowe, bo tylko ok. miliona dolarów, czyli poniżej procenta przewału.
    Do tego oskarżony twierdził, że nie miał pojęcia o hodowli tych małych zwierzątek i nie znał się na ich cenach. I ten facet przez parę lat wyssał od rodaków Chinów niemal pół miliarda dolarów?! Jednak Chiny to kraj nie tylko wielki, ale i wielkich możliwości. A Chini po rewolucji kulturalnej (co za okropna i ironiczna nazwa) wzięli swoje sprawy we własne ręce. Niektórzy (jak widać) zbyt energicznie i zbyt przestępczo. Gdyby nie drakoński wymiar kary, to materiał sądowy i cała opowieść - zaiste komediowe!

    * W powyższym tekście zaproponowałem stosowanie krótszych nazw narodowości - Chin/Chini zamiast Chińczyk/Chińczycy. Nie powinno to specjalnie bulwersować, bowiem mamy już równie ciekawe złożenia (mieszkaniec/państwo) - Czech z Czech, Niemiec z Niemiec, Włoch z Włoch, zatem także Chin z Chin. Skoro można o Czechach w Czechach, to także o Chinach w Chinach (o narodzie w państwie).
    Polska w turnieju walczyła z Czechami, z Niemcami, z Włochami oraz z Chinami. Polacy walczyli w meczach z Czechami, z Niemcami, z Włochami oraz z Chinami. Z kontekstu wynika, że w pierwszym zdaniu piszemy o państwach, zaś w drugim - o narodach. Można także - Indonezi, Malezi, Japoni, Wietnami, Irani, Iracy i setki innych nowych wyrazów, które powinny kiedyś zastąpić przydługawe, niepoważne i nieporęczne Indonezyjczycy itd. Pociecha dla krzyżówkowiczów i skrablistów?

    Tysiąc w beciku i Tysiąc w Strasburgu  - iThink.pl (21 marca 2007)
    Tysiąc to nie tylko liczebnik. Od 20 marca 2007 to także nazwisko-symbol. Znak normalnienia Polski w Unii Europejskiej.
    Od lutego 2006 wszyscy rodzice otrzymują po tysiąc złotych na każde dziecko w ramach becikowego. Popełniono jednak merytoryczny błąd i istotnie każdy z rodziców może otrzymać po tysiąc złotych w przypadku zameldowania w dwóch różnych gminach. I wówczas niezbyt rozgarnięte Państwo płaci aż dwa tysiące złotych, bowiem nie jest ono technicznie przygotowane na sprawdzenie "zbyt zapobiegliwych" rodziców, którzy wezmą podwójne becikowe, a nie starczyło urzędnikom inwencji, aby wypłacać po prostu w miejscu zameldowania oseska.
    Ponadto dodatkowy tysiąc złotych mogą otrzymać rodzice, jeśli dochód na osobę nie przekracza 504 zł. A co z rodzinami, u których ten dochód przekracza o złotówkę? Czy mogą przeznaczyć datek na zbożny cel, aby zejść poniżej zaczarowanej granicy i czy takie działanie jest legalne? W naszym prawie powinna zaistnieć fundamentalna zasada, że przekroczenie pewnego limitu powoduje stopniowe zmniejszanie świadczenia, a nie całkowite jego wstrzymanie. To powinno być raz na zawsze ustalone, aby nie kompromitować logiki stosowanej na społeczeństwie. Brak logiki zarzucano pewnemu sądowi w sprawie zarzucenia pomysłu ze zrzucaniem dachowego śniegu (sprawa największej katastrofy budowlanej w Polsce). Brak logiki mamy po wejściu Polski do Unii (wszelkie opłaty za wwożone auta miały być zrównane z opłatami krajowymi). Braki mamy także w konstytucji, w której wiele napisano o bezpłatności w sferze nauki i opieki zdrowotnej. Skoro na wysokim szczeblu popełniane są poważne błędy logiczne, to czego wymagać od zwykłych obywateli?
    Każdy szlachetny pomysł rodzi szereg możliwości obejścia przepisów. To powoduje konieczność opłacenia kosztownego aparatu sprawdzającego, sądzącego, więziennego. Po roku okaże się, że przestępczość w Polsce wzrosła z powodu wprowadzania pięknych idei. Ileż przewałów notuje się po wprowadzeniu szczytnych haseł w życie - fundacje, zbiórki, zasiłki socjalne, pomoc powodzianom...
    Skoro już o tysiącach mowa, zwłaszcza w aspekcie błądzenia i niedopracowania problemów opisanych powyżej. Otóż pani Alicja Tysiąc poskarżyła się na nasz rząd w trybunale w Strasburgu. Zdumiewające są niektóre stanowiska rządów (także polskiego) w sytuacjach, kiedy unijni sędziowie najczęściej zajmują stanowisko proobywatelskie, władze brną w ślepe uliczki, na końcu których jest kompromitacja wymiaru sprawiedliwości i konieczność wypłaty odszkodowania. Nasz rząd mógłby ponieść znacznie niższe koszty w postępowaniu ugodowym, ale doprowadzając sprawę do Strasburga, buduje (niechcący i... chwała mu za to!) obywatelskie państwo prawa. Zdaje się, że wyrok w sprawie pani Tysiąc przysporzy jej nie tylko (gorzkiej) sławy, ale również 25 tysięcy euro(pów)*, zaś wyrok może dotyczyć wielu Polek. A może ów tysiąc becikowego to na cześć omawianego nazwiska? Jak meserszmit (samolot) na cześć Messerschmitta, ajnsztajn (pierwiastek) - Einsteina, aksel (element jazdy figurowej na lodzie) - Axela i dizel (silnik) - Diesla? Zatem becikowy tysiąc ku pamięci pani Tysiąc? Skoro już jest bardziej znana, to może zmieni nazwisko w kierunku światowym - pani Alicja Milenium, Millenium a nawet Millennium?
    Większość procesów wytaczanych w Strasburgu przez naszych rodaków przeciwko Polsce jest wygrywana. Co ciekawe, większość z nich przeciętny Polak prawidłowo ocenia - wyroki są zbieżne ze społecznymi oczekiwaniami i ocenami. Nasi urzędniczy decydenci tkwią we wschodnioeuropejskim sposobie myślenia i kompromitują nasze prawo płacąc wysoką cenę za przegrywane procesy z naszych podatków. A my należymy do Unii Europejskiej, panowie rządcy! I tam zapadają normalne wyroki, a nie "jak się komuś wydaje". Bardzo dobrze, że pani Tysiąc zaskarżyła Polskę - dzięki niej (i innym rodakom) będzie Polska normalnieć. Nawet za cenę pokrycia kosztów z naszych podatków (bo niby z czyich?).
    A przy okazji wyjaśnienie - panowie urzędnicy w kitlach powinni wystawić w owym głośnym przypadku zaświadczenie o dopuszczalności aborcji, co wcale nie oznacza, że p. Tysiąc na pewno by z tej dramatycznej opcji skorzystała. Ona dopiero wówczas miałaby wybór i wcale nie jest pewne, że dokonałaby aborcji. Brak poprawnie wypełnionego dokumentu pozbawił ją prawa dokonania wyboru, a zatem ograniczono jej obywatelskie prawa.
    * - waluta euro w naszym języku będzie problematycznie odmieniana, zwłaszcza po jej wprowadzeniu do oficjalnego i powszechnego obiegu w Polsce; korzystniejsza w deklinacji nazwa to europ.

    Strachy na uchlane Lachy  - iThink.pl (23 marca 2007)
    Nareszcie polska Temida ostro i bezlitośnie wzięła się za pijaków za kierownicą. Czyżby?
    "Dziennik Bałtycki" ku przestrodze (i ku pamięci) pijących alkohol bez opamiętania, zamieścił 28 lutego 2007 roku poniższe ogłoszenie, które powinno zmrozić czytelników wahających się, czy lać w gardło przed podróżą. Obawiam się, że wysokość kary zmrozi jak obecna zima (zaliczana do najcieplejszych w stuleciu), czyli towarzycho sobie będzie nadal chlało bez większych zmian. Ile osób zginie w tym roku tylko dlatego, że ślepa polska Temida ma coś z głową? Już dwumiesięczny niespieszny poślizg w zamieszczeniu anonsu świadczy, że Temida jest także nieruchawa. Oto ów anons.
    Stanisław Klasa urodzony w dniu 6 sierpnia 1971 [...] został skazany na karę 8 miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na okres 2 lat tytułem próby, za to, że w dniu 27 października 2006 [...] kierował pojazdem mechanicznym znajdując się w stanie nietrzeźwości - 2,39 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Wyrokiem z dnia 28 grudnia 2006 roku  nadto orzeczono wobec oskarżonego grzywnę w wysokości 30 stawek dziennych, ustalając wysokość jednej stawki na kwotę 10 zł oraz środki karne w postaci zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych na okres 2 lat i świadczenia pieniężnego na rzecz fundacji, do której statutowych celów należy niesienie pomocy ofiarom wypadków drogowych w wysokości 100 zł.
    Rokrocznie w sidła policji wpada ok. 100 tys. mniejszych i większych szosowych pijanic. Parę lat temu zaostrzono zagrożenie tego przestępstwa karą pozbawienia wolności do lat dwóch. I - jak widać - stosują je w maksymalnych wymiarach, tyle że w... zawieszeniu. Z podanego anonsu wynika, że kierowca ma 35 lat, zatem z pewnością sąd mógłby odnieść się do jego przeszłości - czy i za co był karany. A może jest wzorowym Polakiem, któremu tylko raz (pechowo przed kontrolą) przyszło się zapić niemal na śmierć? W takim przypadku wyrok z pewnością jest zbyt ostry - powinniśmy roztoczyć nad obywatelem i jego rodziną szlachetną opiekę wzmocnioną przelewem (nie alkoholowym, lecz dotacyjnym) z Unii w ramach wspomagania błądzących...
    Z ogłoszenia wynika, że facet, który sam szczęśliwie przeżył dwa promile i nikogo na szczęście nie zabił na drodze, zapłaci (łącznie z zamieszczeniem wyroku) około pół tysiąca złotych. Czy to jest kara? Owszem, kara powinna być dostosowana do zamożności rodaka, jednak powinna odstraszać kolejnych kandydatów na szosowych rzeźników i co? Odstrasza? Czy danina 500 zł odstręczy jego i innych (a czytających prasę) kierowców?
    Można by rzec, że pan Klasa nie wykazał się klasą, podobnie jak nasza nazbyt łaskawa Temida, która ponadto od pana Klasy nie zażądała większej kasy. "Nareszcie polska Temida ostro i bezlitośnie wzięła się za pijaków za kierownicą" - w ten sposób chcielibyśmy w końcu napisać o mądrej sądowniczej naszej władzy. I od paru lat nie mamy ku temu podstaw...

    Tanie państwo obu parzystych Rzeczypospolitych  - iThink.pl (25 marca 2007)
    Ostatnie tanie polskie państwo było przed wojną. Obecnie nasze państwo należy do najdroższych w utrzymaniu.
    W marcu na internetowej aukcji zauważyłem kopertę wysłaną przez Powiatową Komendę Uzupełnień w Kutnie do mieszkańca Ozorkowa. Nad datownikiem (Kutno, 2 września 1936) widnieje stempel o treści: Sprawa urzędowa - opłatę urzędową uiści adresat. Rzeczywiście - można zauważyć znaczek dopłaty 25 gr z datownikiem (Ozorków, 3 września 1936). I mamy dwie ciekawostki - Poczta Polska przed wojną pracowała wzorowo (o tym raczej wiedzieliśmy: ten list doręczono w ciągu doby!), ale sprawa urzędowa, zatem za przesyłkę zapłaci... obywatel (szokujące?).
    Bogactwo w Polsce nie było wówczas szerzej znane, ale choć adresat (na kopercie) miał zamożne a religijne nazwisko - Raj. W ramach oszczędności budżetowych przenicowano kopertę, czyli już raz użytą przewrócono na lewą stronę, sklejono i wysłano po raz drugi (pewnie starsi Polacy pamiętają przenicowane palta, zatem wiedzą, co to słowo oznacza). Teraz każdy hobbysta mógł starać się o nią - na aukcji wystawiono ową kopertę za 50 zł, czyli równowartość ok. 40 znaczków pocztowych (wg dzisiejszej taryfy usług Poczty Polskiej).
    Kupić ją powinien premier, który pokazywałby ów rarytas przed każdą debatą dotyczącą oszczędności w budżecie. Może zawstydziłaby ona niejednego urzędnika państwowego odpowiedzialnego za nasze podatki? W szczególności powinni zarumienić się pocztowi urzędasi, którzy parę lat temu wycofali z obiegu kilkadziesiąt ówczesnych ważnych (do momentu rozpoczęcia niefortunnego używania mózgów przez owych pocztowych "racjonalizatorów") znaczków pocztowych. To im premier powinien przesłać kopie tej koperty, aby je powiesili sobie w gabinetach pod naszym godłem (już przecież orła z koroną, a to zobowiązuje!). Czy my (podatnicy) dowiemy się, ile zapłaciliśmy za ten bzdurny pomysł chorych polskich pseudointeligenckich umysłów?
    Skoro już o zmniejszaniu kosztów utrzymania naszego szlachetnego państwa - cóż na temat limuzyn służbowych mówili dwaj nagrani dżentelmeni, o których głośno od 22 marca br?
    Oleksy: Wiesz, ile jest w Stanach Zjednoczonych oficjalnych limuzyn państwowych? 16. A wiecie, ile jest w Polsce samochodów służbowych z kierowcami? 50 tysięcy. To jest skala poziomu kraju i jego kultury.
    Gudzowaty: Dorwało się chamstwo do władzy...
    Oleksy: Tak, i dla nich to jest wielki przywilej. Może większy niż pensja.
    Czy nie należałoby zbadać tego wątku? Bo "bohater" podsłuchu twierdzi, że rozpowszechniał plotki. Może prokuratura zajmie się tymi dwoma (jakże skrajnymi a szokującymi) liczbami - 16 oraz 50 tysięcy? Pewnie niejeden prokurator "powziął informacje z mediów" o tych samochodach służbowych, zatem doniesienie o niegospodarności może sporządzić każdy prawnik jako prawy obywatel a strażnik Temidy - sam, w odruchu obywatelskiego oburzenia i w ramach wspierania rządu w walce o tańsze państwo... I porównajmy starania dzisiejszych urzędników państwowych z przedwojennymi (owa przenicowana koperta).
    Tanie państwo dwóch Polsk - parzystych Rzeczypospolitych (II RP oraz IV RP)? Owszem, w międzywojniu, ale nie na początku trzeciego tysiąclecia!

    Legalne kazirodztwo? - iThink.pl (26 marca 2007)
    Współczesna tolerancja wymaga, abyśmy traktowali ciężko doświadczonych przez życie ludzi możliwie przyjaźnie, nawet wbrew naszym głęboko skrywanym przekonaniom. Dla dobra całego społeczeństwa.
   Kilkanaście dni temu wybuchła kolejna obyczajowa sensacja. Całe szczęście, że nie u nas, lecz u sąsiadów. Nieładnie cieszyć się z czyjegoś kłopotu, ale u nas mamy wystarczająco wiele skandali w ostatnich tygodniach... Zresztą opisany poniżej dylemat i tak kiedyś zawita do nas.
    Otóż skazane za kazirodztwo niemieckie rodzeństwo zaskarżyło do niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego przepis zakazujący rodzeństwu kontaktów seksualnych. Sąd skazał 30-letniego Niemca na 2,5 roku więzienia i w każdej chwili może nakazać rozpoczęcie odbywania kary. W 2003 r. mężczyzna odsiedział niemal rok z wcześniej orzeczonej kary. W przypadku jego 22-letniej siostry sędziowie orzekli roczny dozór kuratora. Skazani uważają, że obowiązujące prawo jest  "historycznym przeżytkiem" i narusza ich podstawowe prawa. Od 2002 roku rodzeństwo poczęło czworo dzieci. Sami wychowują obecnie tylko najmłodszą latorośl. Pozostałe dzieci, z których dwoje jest niepełnosprawnych, przebywają w rodzinach zastępczych. Urząd ds. młodzieży uważa, że rodzice nie dają sobie rady z wychowaniem dzieci.
     Rodzeństwo poinformowało, że niezależnie od wyroku trybunału pozostanie parą. I mamy znakomity (nie w sensie pochwały, ale w sensie rozważań o rozmaitych odchyleniach od wielowiekowych norm obyczajowych) przykład w aspekcie legalizacji różnych pomysłów, w tym homoseksualnych. Zapamiętajmy dzisiejszy dzień, bo za jakiś czas kazirodztwo nie będzie zabronione! A przynajmniej nie każde.
     Dawniej geje byli karani (także w demokratycznych Stanach Zjednoczonych). Teraz mają coraz więcej uprawnień. Zakazy prawne i obyczajowe związane ze zjawiskiem kazirodztwa wprowadzono już dawno, aby zniechęcić do kalania własnego a rodowego gniazda, zwłaszcza że praktyka i medycyna wskazywała na znaczne ryzyko chorób genetycznych. Ale podobne problemy miewają klasyczne rodziny (np. alkoholowe powikłania u potomstwa). I medycyna bywa tyleż bezradna w wielu przypadkach, jak również bywa pomocna w pewnych zdarzeniach.
    Co zrobić jednak z ludźmi, którzy są odporni na wzajemny erotyczny wstręt w obrębie najbliższej rodziny? I cóż począć z gejami i lesbijkami w takim obrębie, gdzie przecież nie ma przeciwwskazań medycznych z oczywistych powodów? No i co z rodzeństwem, które bardzo blisko się zapoznało nie wiedząc o powinowactwie? Czy oni będą przecierać (sic!) szlaki nowym przepisom? Czekają nas ciekawe procesy, choć o obrzydliwym (dla przeciętnie reagujących ludzi, ale to słowo jest bardzo subiektywne w nowoczesnej Europie) podłożu. Chyba nie ma prawnych mocy blokujących opisane zachowania w demokratycznym kraju, jeśli dorosłe a spowinowacone osoby mają się ku sobie. Demokracja to wolność i każdy może czynić cokolwiek zechce, jednak aby innym nie szkodził. Jeśli kazirodztwo nie powoduje ograniczenia swobody innym ludziom, to cóż możemy uczynić?
    W USA pewna nauczycielka rozbiła swoją rodzinę, pedofiliła się z nieletnim młodzianem, odpokutowała paroletni wyrok i po wyjściu z więzienia wyszła za niego... za mąż. Tu ewidentna porażka nowoczesnego prawa! Współcześni Romeo i Julia? Odstręczający czy romantyczni? Prawo w swym zamyśle ma bronić młodzież przed zakusami obrzydliwych pedofilów, ale do jednego worka wrzucane są przypadki romantyczne i patologiczne. Kilka dni temu mieliśmy podobny przypadek - polski obywatel narodowości romskiej poślubił 14-letnią Romkę i mają dziecko. Polska Temida przymknęła oko na twardy przepis prawny i małżonek został ukarany symbolicznym niewysokim wyrokiem w zawieszeniu. Farsa? Niejednakowe traktowanie obywateli? Zwyczaje lokalnych społeczności ponad Konstytucją? Porażka prawa? Wyrozumiałość (wobec łamiących prawo) dla dobra podstawowej komórki społecznej? Ale poza zadawaniem się z nieletnią, to przynajmniej normalne (w znaczeniu "tradycyjne") kontakty międzyludzkie nie wprowadziły dodatkowych aspektów do sprawy. A przecież inny dżentelmen mógłby zakochać się ze wzajemnością w zbyt młodym panu i czy prawo byłoby równie wyrozumiałe?
    Wszystkim skrzywdzonym (odchylonym fizycznie, psychicznie i  seksualnie) przez Naturę ludziom należy pomagać i być wobec nich wyrozumiały. Tak wobec gejów, lesbijek, ale także wobec kazirodczych miłośników ars amandi, skoro są pełnoletni i wiedzą co czynią. Opisany przypadek to dalszy ciąg dyskusji o "nietuzinkowych" obywatelach. Niejako szukanie wspólnego prawnego mianownika dla homoseksualistów i kazirodców. Zatem reasumując - owe homoseksualne i kazirodcze przypadki to są pewne odchylenia od zwyczajowej normy. Fizycznie, psychicznie i seksualnie kalekie osoby mają pewne defekty, z którymi można egzystować. W nowoczesnym społeczeństwie należy udawać, że nie dostrzegamy pewnych rodzajów ułomności. Na tym również polega tzw. dobre wychowanie. Można pouczać, sugerować, odwodzić od zamiarów, namawiać do leczenia, przeprowadzać dobrowolne pogadanki, lekko (jednak bez przesady) napiętnować, aby zjawisko nie rozprzestrzeniało się poza "rzeczywiste i bezdyskusyjne przypadki odrębności seksualnych". Pomagać, ale nie dyskryminować i nie więzić! Akceptować w znaczeniu "tolerować", ale nie akceptować w znaczeniu "popierać". Obywatele pokrzywdzeni przez los w sferze fizycznej i psychicznej przecież także są pouczani (lub powinni być), jeśli zbyt jawnie obnoszą się ze swoim kalectwem, bowiem ich wolność jest ograniczona przez estetyczny odbiór wzrokowy określony przez średni poziom wrażliwości panujący w naszym społeczeństwie tu i teraz.
    Dwóch gejów oraz dwie lesbijki mogą tworzyć związek (mniejsza o nazwę, jednak nie małżeński), ale cóż począć z kazirodczym związkiem? Jeśli siostra i brat zechcą stanąć na ślubnym kobiercu? Niestety, to kwestia czasu w demokratycznym ustroju - prędzej czy później ktoś przetestuje konstytucje unijnych krajów, przy czym kraj leżący w depresji (morskiej) zapewne ponownie będzie w czołówce "postępu", zaś śluby tam zawarte będą honorowane w całej Unii Europejskiej.
    W demokratycznym państwie pewne związki międzyludzkie mogą jawić się jako obrzydliwe (i dla wielu z nas są one istotnie takie), jednak nie można zbyt głośno pomstować na takich okaleczonych ludzi, ponieważ prawo ma traktować wszystkich możliwie jednakowo. Współczesna tolerancja wymaga, abyśmy traktowali owych ciężko doświadczonych przez życie ludzi możliwie przyjaźnie, nawet wbrew naszym głęboko skrywanym niechęciom. Dla ich dobra i dla dobra całego społeczeństwa.
    Dawniejsze zboczenia, dewiacje, odchylenia, defekty zyskują językowe synonimy łagodzące ostrość znaczeń sprzed wielu lat. Z listy chorób zniknął homoseksualizm. Sepsa także nie jest chorobą, ale budzi większą grozę niż niejedna poważna dolegliwość. Jeśli mamy wolność słowa, to możemy głośno wyrażać swoje obawy wobec seksualnych dziwactw, czy nie możemy nawet szeptać, bowiem nie święta, ale świecka inkwizycja III tysiąclecia przetacza się przez Europę i szuka swoich ofiar?

    "Wilhelm Gustloff" zatopiony przez niemieckie torpedy - iThink.pl (29 marca 2007)
    Jeśli Żydzi ginęli w polskich obozach zagłady, to "Wilhelm Gustloff" został zatopiony przez niemieckie torpedy, zaś na dwa miasta spadły japońskie bomby atomowe. W ten sposób można dość zręcznie manipulować faktami.
    29 marca 2007 wyemitowano dokumentalny film (Discovery) nt. zatopienia statku niby pasażerskiego "Wilhelm Gustloff". "Dziennik Bałtycki" (25 stycznia 2004) zapoznał swych czytelników z ową historią, która warta jest omówienia, choćby z powodu rozmaitych interpretacji tego tragicznego wydarzenia. Z jednej strony ukazano losy sympatycznej pani o polskich personaliach (Łucja Bagińska, wyszła za mąż za żołnierza Wehrmachtu - Gerharda Rybandta), która przeżyła katastrofę, jednak 9343 osoby zginęły (w tym ok. 5 tys. dzieci). Na pokładach było jednak około 1400 żołnierzy i marynarzy oraz 162 rannych żołnierzy.
    Zatem - jak traktować ową jednostkę? Jako statek pasażerski, okręt wojenny czy statek-szpital? (Wytłuszczony tekst - cytaty z gazety).
    Pani Łucja była w szoku i krzyknęła - Jezus! Gdzie moje dziecko!? Dzisiaj ktoś powie - co to ma za znaczenie, ale zadam pytania, choć aż wstyd je zadawać (przed samym sobą, zwłaszcza wobec nieszczęścia owej miłej kobiety): w jakim języku krzyknęła pani Łucja oraz - gdyby Niemcy jednak wygrały wojnę - to w jaki sposób pisałoby się nazwisko i imię pani Łucji oraz cóż daliby Polsce (...) - jej mąż służący w Wehrmachcie i syn Hans Jurgen? Nawiasem mówiąc, pani Łucja wspomniała, że po latach korespondencyjnie zgłosił się do niej wątpliwy dżentelmen z Niemiec - Ten mężczyzna podszywa się pod mojego zmarłego synka, prosił o zaświadczenie, aby wyciągnąć rentę od państwa. Zatem - nie tylko Polacy cwaniaczą w systemie rentowym...
    Z drugiej strony mamy Rosjanina, ukazanego jako podejrzanego typa - Komandor podporucznik Marinesko miał od kilku tygodni nóż na gardle. Jako dowódca sowieckiego okrętu podwodnego S-13 pilotował jego remont w Finlandii. Nudę skracał sobie zakrapianymi alkoholem wypadami w miasto. Pijackie orgie na okręcie i opuszczenie jednostki będącej w stanie wojny mocno zdenerwowały sowieckich admirałów. Komandorowi dano jeszcze jedną szansę - hańbę żołnierskiego munduru miał zmyć krwią Niemców. W przeciwnym wypadku groziło mu rozstrzelanie.
    No tak, Niemcy walczyli po rycersku i dla idei, zaś niecni Rosjanie byli szantażowani i musieli mordować szlachetnych najeźdźców niosących wolność i cywilizację na Wschód. I takie stereotypy będą obowiązywać w przyszłości - dobrzy a prześladowani Niemcy oraz źli a zapijaczeni Rosjanie.
    Przewodniczący Związku Ludności Niemieckiej w Gdyni - Gustloff nie był uzbrojony, był typowym statkiem pasażerskim. Zginęło na nim pięć razy więcej osób, niż na Titanicu, w większości kobiety i dzieci. Chcemy uczcić pamięć wszystkich, którzy zginęli. 30 stycznia, w kościele przy ul. Armii Krajowej organizujemy nabożeństwo w 59. rocznicę zatopienia statków pasażerskich Wilhelm Gustloff i Goya przez sowieckie okręty podwodne.
    Czyżby to był typowy statek pasażerski? I przy ulicy Armii Krajowej (dobrze, że nie Ofiar Piaśnicy!) będą opowiadać sobie o "typowych statkach pasażerskich"?
    Zamieszczono także wywiad z p. Korsakiem - W Gdyni Redłowie znajdowała się bardzo ważna fabryka, w której produkowano elementy do niemieckich samolotów. W 1944 r. zaczęto wywozić ludzi i urządzenia do Niemiec. Kiedy Armia Czerwona była koło Koszalina, pomyślano o Gustloffie. Samochód załadowano urządzeniami pomiarowymi i kontrolnymi, na których Niemcom bardzo zależało. Przy zakładach lotniczych mieściła się komórka gestapo, która załatwiła miejsce dla samochodu. A może pasażerów zaokrętowano nie tyle "przy okazji", ale także aby zamaskować wojskowy ładunek? Ale o tym strona niemiecka milczy.
    Kto wie, że "Wilhelm Gustloff" otrzymał imię po zamordowanym w Szwajcarii przedstawicielu NSDAP? Ciekawe, jak zachowaliby się dzielni dowódcy U-Bootów, gdyby zauważyli statek "Kalinin", wymykający się z otoczonego Leningradu, z ludnością cywilną na pokładzie? Zatoczyliby koło i odpłynęli na większe łowy? Według rycerskich a szlachetnych starogermańskich zasad?
    No to jak? Statek przewoził tylko niewinnych cywilów? A urządzenia wojskowe, a żołnierze i marynarze? Ilu Polaków, Żydów, Rosjan, Francuzów nacisnęłoby wówczas guzik, wysyłając torpedy w kierunku owego nieszczęsnego okrętu, skoro zadane rany przez okupanta były ciągle świeże, zaś lista osobowo-towarowa była nieznana? A ponadto pora nocna i - jeśli cokolwiek było widać - to swastyki na flagach oraz nazwisko (przedstawiciela partii uznanej za zbrodniczą podczas procesu w Norymberdze) na burtach? Nie dzisiaj, ale wówczas. Ilu?
    W filmie na Discovery tragedię określono jako największą katastrofę morską. Kapitana Marinesko nazwano niepokornym oficerem. Rosjan ukazano jako mścicieli, którzy w odwecie za faszystowskie akty ludobójstwa, zabijali wroga, także kobiety i dzieci. Ale też pewien świadek zeznał - Załoga Wilhelma Gustloffa biła po rękach tonących, aby nie przeciążyli łodzi ratunkowych. Zatem (to tylko teoretyczne rozważania) - za śmierć ilu osób odpowiadają Rosjanie, skoro na statku pasażerskim (jeśli już tak twierdzi strona niemiecka) było kilkakrotnie więcej ludzi niż dozwalają przepisy dotyczące statków tego typu, nie było właściwej liczby łodzi ratunkowych oraz sami Niemcy nie kwapili się do ratowania towarzyszy podróży? Na zakończenie filmu - Świat w obliczu wojny nie zauważył tragedii, ani przez wiele lat nie chciał pamiętać o jej ofiarach.
    Rok później, w równą rocznicę tragedii, tenże "Dziennik Bałtycki" (28 stycznia 2005) wraca do wątku.
    Mija 60 lat od zatopienia Wilhelma Gustloffa. Gdy wypływał z Gdyni w swój ostatni rejs, 30 stycznia 1945 roku, na pokładzie wiózł 10 582 osoby, czyli 5 razy więcej niż słynny Titanic. Woda pochłonęła 9 343 ludzkie życia, w tym ok. 5 tys. dzieci.
    Zginęło zatem jednorazowo tyle osób, co niemal każdego nazistowskiego "pracowitego" dnia ginęło ludzi w czeluściach komór gazowych w niemieckich obozach koncentracyjnych (właściwiej - zagłady), z czego niemal połowa to były również dzieci, podobno gorsze od niemieckich, bo głównie żydowskie i polskie. Gdyby Niemcy chcieli opłakiwać wszystkie ofiary wojny we właściwej proporcji, to nie wystarczyłoby im łez...
    W ramach akcji Hannibal, w której brały udział 4 statki, miał bezpiecznie przerzucić II Dywizję Szkoleniową Łodzi Podwodnych (918 żołnierzy) i przy okazji zabrać uciekinierów z Prus Wschodnich.
    Należy więc podkreślić, że główną rolą "statku" była walka z naszymi sprzymierzeńcami, zatem był to jednak okręt wojenny i każdy żołnierz walczący z niemieckim agresorem miał nie tylko prawo, ale obowiązek zatopić okręt noszący na kadłubie znienawidzoną swastykę oraz nazwisko niemieckiego faszysty. Uczynił to radziecki okręt podwodny, ale gdyby zapytać polskich podwodniaków o problem sumienia, zwłaszcza tych, co stracili bliskich w Powstaniu Warszawskim, podczas którego niemieccy faszyści bezlitośnie rozstrzeliwali ludność cywilną, w tym niewinne dzieci...
    Opowiada Łucja Bagińska z Gdyni, jedyna żyjąca dziś na Wybrzeżu osoba uratowana z katastrofy. - Nie chciałam wyjeżdżać z Gdyni. Namówiła mnie sąsiadka. Mój mąż był wcielony do Wehrmachtu i walczył na froncie wschodnim. Po Gdyni krążyły straszne wieści o okrucieństwie Armii Czerwonej.
    Pani Łucja w zeszłym roku również udzieliła wywiadu - wyszła za mąż za żołnierza walczącego u boku Hitlera. Czy wiedziała wówczas, co Niemcy wyczyniali z rodzinami żołnierzy polskich i radzieckich broniących swych ojczyzn? Czy słyszała o okrucieństwie cywilizowanej armii niemieckiej? "Kurier" (31 stycznia 2005) także przeprowadził wywiad z p. Łucją, jednak nie zapytał jej jak mieszkała i co zwykle jadała podczas początkowo zwycięskiej wojny toczonej przez wodza i męża (gdzie mieszkała, to wiemy - w byłej wówczas Gdyni, czyli w Gotenhafen, skąd wyrzucono dziesiątki tysięcy Polaków, a wielu z nich wymordowano w lasach pod Piaśnicą oraz w obozie zagłady Stuthoff). Natomiast lektor przeczytał, że w kilka godzin po wypłynięciu z Gdyni została przerwana droga do wolności. Niefortunne rozumowanie polskiego dziennikarza - czyżby nasze wojska walczące o polską Gdynię niosły naszym rodakom (a za Polkę uważa się p. Łucja, no może od 1945...) niewolę? Z pewnością, gdyby rejs przebiegł szczęśliwie, to pani Łucja mieszkałaby w Niemczech, ciesząc się niemieckimi wnukami jako... Niemka, przecież nie Polka! I nie nazywałaby się ani Bagińska, ani Łucja. Pewnie nie znałaby polskiego języka, a na pewno tego języka nie znałyby jej wnuki.
    Opowiada badacz wojennych katastrof morskich, Hans Schön, autor wielu książek (także wystąpił w filmie na kanale "Discovery"), w tym o Gustloffie. - Od 1940 roku przy nabrzeżu na Oksywiu pełnił rolę pływających koszar. Choć Gustloff normalnie zabierał 2 tysiące ludzi, to my przygotowaliśmy 5 tysięcy miejsc, a na pokład weszło... ponad 10 tysięcy osób!
    Potwierdza zatem, że był to wrogi nam okręt wojenny (koszarowiec). Ponadto, gdyby Niemcy zabrali dopuszczalną liczbę osób, to Rosjanie mieliby na sumieniu jednak 5 razy mniej ofiar. Zatem kto odpowiada za śmierć 8 tysięcy Niemców? Jeśli polski konspirator zabrał na akcję niemowlę, aby przewieźć w wózku bibułę i podczas strzelaniny zginęłoby owo dziecko, to czyż oskarżylibyśmy okupanta o wyjątkowe barbarzyństwo?
    Był 30 stycznia 1945 roku, godzina 21.16. Przez radio transmitowano przemówienie Hitlera. Gdy zaczęto grać hymn, nagle usłyszeliśmy przerażający huk.
    Gdyby ktoś chciał zrealizować groteskowy film, to nic lepszego by nie wymyślił - po ryku wodza nawołującego do walki z całym niedobrym światem oraz podczas grania znienawidzonego (niemal przez cały świat) hymnu (słuchanego codziennie przez p. Łucję) III Rzeszy (państwa o władzach uznanych przez świat za zbrodnicze), zniecierpliwiona ręka boska nareszcie pokierowała ateistyczną torpedę we właściwym kierunku. Może Bóg niepotrzebnie czekał aż tak długo i kara była zbyt wysoka? Może to dopust boży za obóz Auschwitz-Birkenau, który został (oficjalnie) odkryty dla świata parę dni wcześniej, zaś teraz jest nazywany polskim obozem zagłady? Dawniej także nieco się zagapił i urządził krwawą łaźnię w Sodomie i Gomorze. Mógł stopniować karę... Czyżby Bóg popełnił błąd?
    Prawdopodobnie Niemcy uwierzyli w szczęśliwą gwiazdę czuwającą nad miastem Gdynia - Gotenhafen (Port Gotów) to nazwa fonetycznie zbliżona do pojęcia Bóg/Gott, co mogło zachęcać dowództwo niemieckie oraz ludność cywilną do masowego eksodusu** z zagrabionego polskiego portu ku (niech i tak będzie) wolności. Zbytnia ufność powodowała systematyczne zwiększanie liczby ewakuowanych ludzi w kolejnych rejsach. Nieopodal Gdyni leży Hel. Może kojarzono tę nazwę raczej z niemieckim słowem hell (czujny, dźwięczny, jasny, oczywisty, żywy). Tragedia potwierdziła wszystkie znaczenia owego słowa, oprócz ostatniego. W pysze zapomniano o bogini śmierci w mitologii germańskiej o imieniu... Hel/Hella. Zresztą po niemiecku (podobnie) Hölle to piekło. W innym germańskim języku, angielskim, wyraz hell oznacza właśnie piekło tudzież piekielne męki. Rozziew pomiędzy niebem a piekłem okazał się dla tysięcy Niemców zupełnie niewielki, jak odległość pomiędzy oboma miastami (i fonetyczna "odległość" ich niemieckich znaczeń), pośród których odeszli na wieczną wachtę. Führer opętał ich umysły i być może w ostatnich swych minutach przeklęli go - zbyt późno! Szkoda, że nie wystarczyło im wcześniej odwagi...
    Przy opacznym rozumowaniu, które zaprezentowało wiele zachodnich redakcji twierdzących, że straszliwe obozy zagłady budowane przez Niemców na polskich ziemiach są jednak polskie, można dojść do równie logicznego wniosku, że te upiorne torpedy były... niemieckie. Zostały przekazane w darze od narodu radzieckiego, wprawdzie wbrew woli narodu panów, jednak umieszczono je na jeszcze pływającym terytorium Wielkich (choć coraz mniejszych) Niemiec, zatem w owej chwili stały się niemieckie! Nie był to akt przyjaźni pomiędzy jeszcze niedawnymi sojusznikami (patrz słynna braterska defilada na ulicach Brześcia), ale niewątpliwie można dostrzec pewną logikę nazywania torpedy niemiecką, skoro ludobójcze obozy nazwano polskimi... Przy tejże logice, również atomowe bomby zrzucone na dwa azjatyckie miasta można byłoby nazwać bombami japońskimi...
    Jakże rozmaicie recenzowane są książki poświęcone owemu morskiemu dramatowi... "Tragedia Gustloffa" (autor - wspomniany Hans Schön); recenzja -  www.ksiegarnia-odkrywcy.pl/tragedia-gustloffa,3952.html -
    Tragedia Gustoffa to wstrząsająca relacja naocznego świadka ocalałego z jednej z największych katastrof morskich w historii. To jednocześnie bogato ilustrowany, unikalny dokument o bestialskim zatopieniu statku ewakuacyjnego dla uchodźców niemieckich z Prus Wschodnich. Jednak przede wszystkim, to hołd oddany 9343 ofiarom, w tym 5000 tysiącom kobiet i dzieci, które zginęły w sztormową, mroźną noc 30 stycznia 1945 roku.
    Jedno słowo (bestialski) określa jednoznacznie stanowisko recenzenta. Łatwo dzisiaj oceniać zatopienie niemieckich statków/okrętów, zbombardowanie Drezna czy Hiroszimy? W szczególności uproszczona ocena i jej łatwość wypowiadania przychodzi w umysłach ludzi, którzy nigdy nie przeżyli piekła wojny, nie utracili (właśnie w bestialski sposób!) bliskich oraz nie musieli wykonywać kontrowersyjnych rozkazów w imieniu swych narodów.
   "Wilhelm Gustloff. Zagłada przyszła z głębin" (autor - Andrzej Soysal); recenzja - www.ksiegarnia-odkrywcy.pl/wilhelm-gustloff-zaglada-przyszla-z-glebin,1963.html -
    Powieść dokumentalna poświęcona tragedii Wilhelma Gustloffa. W niezwykle poetycki sposób opisuje skomplikowane losy bohaterów, którzy starali się w tych trudnych latach wojny odnaleźć miłość i szczęście. Którzy wiedzieli czym jest odwaga, poświęcenie, patriotyzm. Którzy mimo wszystko pamiętali o znaczeniu słów: nadzieja oraz wiara. Szczególnej wymowy książce dodają archiwalne zdjęcia ukazujące wojenny Gdańsk i kluczowe postaci historyczne.
    Ale jakże inna jest recenzja - www.allegro.pl/item180258984_wilhelm_gustloff_zaglada_przyszla_z_glebin.html -
    Jakaż była rozpacz wśród rozbitków, gdy potężny, szary kadłub ciężkiego krążownika z pełną szybkością przemknął obok tonącego "Wilhelma Gustloffa." Gdyby komandor Henigst, dowódca krążownika zdecydował się na zastopowanie silników i przystąpienie do akcji ratunkowej, mając do dyspozycji wyszkoloną załogę, szalupy i tratwy ratunkowe, można byłoby założyć, że dodatkowo kilka tysięcy rozbitków byłoby uratowanych!"
    Informacja z ostatniej chwili (www.trojmiasto.pl) -
W piątek w Mozaice (30 marca 2007, godzina 19.00, wstęp wolny) odbędzie się spotkanie z Andrzejem Soysalem, kapitanem żeglugi wielkiej oraz autorem książek: Zaręczy na Transatlantyku, Tajemnice dalekich rejsów, Rywale z podwórka, Wilhelm Gustloff. Zagłada przyszła z głębin. Autor czeka na zainteresowanych.

    PS1 Wprawdzie Inny słownik języka polskiego PWN 2000 definiuje termin katastrofa jako tragiczne wydarzenie, w którym ginie wiele osób lub dochodzi do dużych strat materialnych, ale szereg podanych przykładów zawęża jednak to znaczenie do wypadków technicznych (katastrofa lotnicza, kolejowa, tankowca) oraz katastrof naturalnych (trzęsienie ziemi, susza). Zapewne wielu z nas ma wątpliwości, czy zbombardowanie tamy, wysadzenie pociągu, spalenie czołgu, storpedowanie okrętu podczas wojny jest katastrofą... Podobnie - czy zburzenie wieżowców WTC było katastrofą budowlaną (takie padało wówczas określenie).
    PS2 Już na początku wojny, we wrześniu 1939, niemiecki okręt podwodny zatopił (bez ostrzeżenia, ale podobno... omyłkowo) pierwszy (podczas II wojny światowej) pasażerski statek "Athenia", który bezsprzecznie był wyłącznie statkiem pasażerskim. Na pokładzie przewoził ok. 1400 Amerykanów, Kanadów*, Brytów* i Irlandów*. Ponieważ morze było spokojne i posiadano do dyspozycji ok. 1800 miejsc w szalupach, przeto straty były stosunkowo niewielkie - ok. 120 osób. Niemcy (po swojemu) wykorzystali tragedię zrzucając winę na swych wrogów w artykule "Churchill zatopił Athenię". Gdyby naziści wieźli na okręcie "Wilhelm Gustloff" przepisową liczbę osób (ok. 2000), to straty byłyby niewielkie (proporcjonalne, czyli ok. 200 osób). To Niemcy Niemcom zgotowali aż tak tragiczny los, a odpowiedzialność próbują zrzucić na innych. Czyżby nie dostrzegali pokrętnej manipulacji? Nie rozwinę tematu kto rozpoczął tę wojnę, ale powinniśmy zauważyć różnicę pomiędzy zbójem a napadniętym przechodniem, który niespodziewanie zastosuje dolegliwe odwetowe środki.
* - propozycje dla geografów i polonistów
** - exodus jest polskim nieporozumieniem językowym (powinno być eksodus)
    PS3 cytat o dowódcy radzieckiego okrętu podwodnego - Wikipedia:
    11 stycznia 1945 Marinesko wyszedł na swój piąty patrol bojowy (drugi na S-13), który uczynił go najsłynniejszym z radzieckich podwodniaków. 30 stycznia 1945 S-13 napotkał i storpedował na północ od Łeby okręt pomocniczy Kriegsmarine ms Wilhelm Gustloff, jak się okazało, wywożący II dywizję szkolną okrętów podwodnych oraz uchodźców niemieckich z Prus Wschodnich. Ze statkiem utonęło, według różnych szacunków, od 6000 do 9000 niemieckich cywilów, marynarzy i żołnierzy, przez co jego zatopienie stało się jedną z największych, a według niektórych - największą katastrofą w dziejach żeglugi. W dalszym ciągu tego samego rejsu, 10 lutego 1945 S-13 storpedował i zatopił u polskich wybrzeży transportowiec ms Steuben, z którym zginęło ok. 3000 Niemców, w większości żołnierzy. Marinesko zatopił statki o największym łącznym tonażu spośród radzieckich podwodniaków - 42 557 BRT.
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna