Komentarze 2007 (IV-VI)
Czy kierowcy powinni ponosić koszty leczenia ofiar wypadków? - iThink.pl (17 kwietnia 2007)
Od paru tygodni jest dość głośno z powodu ustawy o "podatku Religi". Media trwożnie biją na alarm, że polisy komunikacyjne OC mogą zdrożeć już od kwietnia i to znacznie. Straszą, że wprowadzenie dodatkowej składki oznacza, iż za leczenie ofiar wypadków będą płacić także ci kierowcy, którzy nie spowodowali szkód.
I cóż w tym dziwnego? Przecież każde ubezpieczenie (mieszkania, podróże, biznes, kariera) polega na solidarnym wnoszeniu składek niezależnie od uczestnictwa w nieszczęśliwych
zdarzeniach. Solidarne, czyli wspólne i wnoszone przez społeczność biorącą udział w danym ubezpieczeniu. Im więcej uczestników umowy, tym niższe składki. A najliczniejsi w ubezpieczeniach to udziałowcy, którzy nigdy nie będą uczestniczyć w tragicznym wypadku (i całe szczęście!), mimo że płacić będą przez wiele lat.
Media ostrzegają również, że zmiana przepisów doprowadzi do likwidacji systemu zniżek w ubezpieczeniach dla kierowców za bezwypadkową jazdę. A niby z jakiej racji? Wręcz przeciwnie - system zniżek powinien być rozbudowany! Czy są darmowe obiady? Podobno nie ma, ale od czasu do czasu ktoś chce się za darmo najeść. Z pustego przecież nikt nie naleje.
Użytkownicy dróg powodują wypadki i ktoś musi płacić za leczenie ofiar. Możliwości są dwie - albo cały naród leczy ofiary wypadków drogowych, albo węższy krąg, bo tylko użytkownicy pojazdów. W pierwszym przypadku za skutki wypadku spowodowanego przez motocyklistę, motorniczego albo kierowcę tira lub malucha zapłaci w podatkach każda osoba, także nieposiadająca pojazdu, zaś w drugim przypadku - tylko osoby posiadające pojazdy. Z oczywistych powodów - w drugim wariancie składki są wyższe niż w pierwszym. Czy jest to sprawiedliwsze? Jeśli ktoś jeździ komunikacją miejską to płaci za bilety. Wprawdzie pasażerowie mają dotację do biletu fundowaną także przez osoby niejeżdżące autobusami, jednak główną cenę biletu ponoszą sami zainteresowani. I to jest uczciwe. W cenach biletów komunikacyjnych tkwi również składka ubezpieczenia.
Idea płacenia za swoje wydatki i ponoszenia kosztów ryzyka za swoją działalność jest słuszna. Tak powinno być "od zawsze". Jak to jest, że człowiek dowiaduje się o proponowanym pomyśle i dziwi się, że przez setki lat istnienia pojazdów (przecież nie tylko auta), ubezpieczeń komunikacyjnych, prawa wraz z orzecznictwem, nagle ktoś wpada na pomysł, który powinien być niejako "od zawsze" jako naturalnie logiczny?
Za naukę dzieci płacą wszyscy, nawet rodziny bezdzietne. Czy ktoś protestuje, że w podatku płaci za edukację cudzych dzieci? A wielu rodziców płaci podatki, zaś dzieci posyła do prywatnych szkół, czyli za ich edukację płaci dwukrotnie. Jednak podnoszą się słuszne głosy protestu, że koszty studiów wyższych powinny być ponoszone przez zainteresowanych żaków (owszem, przy przyjaznym systemie kredytowania!). Zatem społeczeństwo pomału przekonuje się do zasady, że wykształcenie powinniśmy fundować wszystkim, jednak do pewnego poziomu. A wyższy poziom wiedzy można osiągnąć ponosząc własne nakłady. Dzięki temu można (zgodnie z zasadą zachowania energii) zmniejszyć podatki płacone przez wszystkich na szkolnictwo wszelakie.
Podobna sytuacja jest w kosztach leczenia ofiar wypadków drogowych. W tej chwili każdy podatnik ponosi pewne koszty. Po wprowadzeniu omawianych propozycji, rząd powinien określić - w jakim stopniu można obniżyć podatki z tytułu przemieszczenia daniny na rzecz ubezpieczenia albo (przynajmniej) w jakim stopniu poprawi to sytuację w służbie zdrowia. Prawdopodobnie najwłaściwszy system polegałby na płaceniu przez wszystkich obywateli polskich za straty materialne "pozaludzkie" (zniszczone mosty, budynki, drogi oraz urządzenia techniczne), natomiast straty "ludzkie" (koszty leczenia) byłyby ponoszone przez właścicieli pojazdów.
Może powstać problem prawny, kiedy w wypadku uczestniczy nieubezpieczona osoba (pieszy lub zmotoryzowany rodak albo cudzoziemiec). W pierwszym przypadku koszty leczenia powinien pokryć Skarb Państwa, podobnie w drugim przypadku, jednak kierowca powinien ponieść dotkliwą finansową karę, zaś w trzecim przypadku koszty pokrywa ambasada właściwego państwa (i rozlicza się ze swoim obywatelem). Dla ułatwienia procedury ubezpieczenia, każdy obywatel wypełniający PIT powinien wnosić minimalną opłatę ubezpieczeniową, co znakomicie ułatwiłoby (i upowszechniłoby) ubezpieczanie.
Zatem wszyscy kierowcy powinni płacić za leczenie ofiar wypadków. Jeśli ktoś zawinił w wypadku, to powinien wnosić podwyższą składkę. Ponadto należy z mandatów odprowadzać np. 10% na fundusz ofiar, czyli należałoby ewentualnie odpowiednio podnieść opłaty za mandaty. W cenie paliwa zawarty jest podatek drogowy i powinna być tam zawarta część (np. połowa) na koszty leczenia ofiar wypadków. Pijani kierowcy powinni płacić za przestępstwo i te znaczne kwoty powinny iść także na fundusz pomocy ofiarom. W szczególnych przypadkach - przepadek auta na rzecz funduszu. I kary finansowe powinny być stopniowane wg zamożności. Po ujawnieniu jazdy na podwójnym gazie, należy natychmiast podnieść stawkę ubezpieczenia na auto, niezależnie czy w tym nieodpowiedzialnym stanie prowadził właściciel samochodu, czy osoba zaprzyjaźniona (np. ktoś z rodziny albo znajomy). Niech partnerzy w użyczaniu wozu rozliczają się pomiędzy sobą, jeśli właściciel będzie płacić wyższą składkę z powodu cudzej nieodpowiedzialności. Jeśli posiadacz ma więcej niż jeden samochód, to należy wprowadzić współczynnik zmniejszający, np. 10-20%.
Czy minister Religa podał, jakie są roczne koszty leczenia ofiar? I nie zapominajmy, że jeśli będziemy płacić dodatkowo na fundusz, to z drugiej strony uczciwe Państwo powinno zdjąć pewną kwotę (procentowo) z podatku (choćby w PIT), no bo tam zmniejszą się obciążenia, nieprawdaż? Zasada zachowania materii obowiązuje także w polskich finansach... Oczywiście, za bezkolizyjną jazdę należy zmniejszyć składkę. Wysokość składki należy także uzależnić od koloru auta (widoczność dla współużytkowników drogi), posiadanych pasów bezpieczeństwa, poduszek powietrznych itp. Jeśli kierowca znacznie a notorycznie przekracza dopuszczalne prędkości, to powinien płacić równie znacznie podwyższoną składkę. Jeśli zostanie zamontowany ogranicznik prędkości pojazdu, to składka powinna być odpowiednio obniżona. Właściciele samochodów o wielkiej ładowności powinni wnosić składki podwyższone stosownie do prawdopodobieństwa wyrządzenia szkód w sferze zdrowia potencjalnych poszkodowanych osób oraz proporcjonalnie do szkód materialnych wyrządzanych obiektom drogowym.
Jeśli ktoś chce ścigać się z ptakami szybowcem albo motolotnią, szarżować na motocyklu lub dostojnie kołysać się jachtem, to powinien uiszczać stosowne składki ubezpieczeniowe. Jeśli ryzykuje swoim i cudzym życiem czy zdrowiem, to powinien także ryzykować zawartością swojego portfela. Jeśli czyni to w klubie albo w firmie, to odpowiednie koszty powinny ponosić te podmioty. I tak - w pewnym sensie - za te wszystkie podwyższone opłaty dotyczące kierowców zawodowych oraz samochodów firmowych, zapłacimy my - konsumenci, bowiem podwyżki zostaną wliczone w koszty utrzymania firmy, zatem podniesione zostaną ceny frachtu i innych usług i zostanie wywarty pewien nacisk na koszty towarów na końcu łańcucha cenowego.
Zaraz ktoś podpowie - to może będziemy pobierać opłaty od palaczy papierosów, bo przecież także koszty leczenia schorzeń u tych osób są ogromne. Oczywiście! Zapewne w cenach papierosów (także alkoholu) zawarta jest danina na rzecz opieki zdrowotnej. Jeśli Ministerstwo Zdrowia uzna, że jest ona zbyt mała, to należy ją także podnieść. Ponadto - osoby palące tytoń oraz pijące alkohol bez akcyzy można oskarżyć o uchylanie się od płacenia podatków na rzecz opieki zdrowotnej. W przypadku konieczności leczenia, można byłoby zażądać dopłaty do leczenia, jeśli z danych o pacjencie wynikałoby, że korzystał z używek bez akcyzy. Najprościej byłoby uznać, że osoba konsumująca używki bez znaków akcyzy uchyla się od wnoszenia stosownych podatków, zatem powinna być sądzona wg przepisów karno-skarbowych. W przypadku nieściągalności zobowiązań wobec fiskusa, długi byłyby pokrywane przez Państwo, jednak mamy wielu zamożnych rodaków, którym można byłoby uszczknąć nieco z oszczędności.
Reasumując - ubezpieczenia powinien płacić każdy uczestnik transportu, także niezmotoryzowany, przy czym najniższe składki powinny być pobierane w ramach rozliczenia PIT, także na dzieci. Osoby niepracujące a ubogie byłyby ubezpieczone ze środków publicznych, zaś niepracujące a zamożne opłacałyby składki poza formularzem PIT. Dla prostoty można uznać, że piesi są ubezpieczeni bez wnoszenia opłat, ale wówczas nieco wyższe byłyby składki pobierane od osób zmotoryzowanych.
Nikt nie lubi płacić podatków i ubezpieczeń, jednak - im powszechniejsze i uczciwsze są owe daniny, tym niższe dla każdego obywatela.Nowoczesny Kościół? - iThink.pl (24 kwietnia 2007)
Kiedy już przyzwyczaimy się do masturbacyjnych zwierzeń i frywolnych sztuk, to podniesiona zostanie poprzeczka - panna dokładnie omówi ręczne techniki, zaś aktorki będą przed ołtarzem symulować zbliżenie. I to bynajmniej nie z Bogiem.
Czy Kościół nie jest zbyt nowoczesny? Były już przedstawienia teatralne oraz występy muzyczne w świątyniach. Poprzeczka idzie w górę. Kilkanaście dni temu ze zdumieniem przeczytałem, że uczniom podczas rekolekcji wielkopostnych o wieloletniej nałogowej masturbacji opowiadała zaproszona studentka. Po kazaniu opowiadała, że została zniewolona przez złe moce i ciężko uzależniła się od onanizmu oraz że to Jezus pomógł jej wyzwolić się od grzechu. Uczniowie byli zaskoczeni powszechną spowiedzią z takich osobistych wydarzeń i rozmaicie się zachowywali, reagując także śmiechem. Ksiądz uznał, że zwierzenia wpisują się w walkę Kościoła z grzechem, bowiem w ten sposób traktowany jest samogwałt przez ideologów kościelnych. Pewnie jest rozdźwięk pomiędzy nimi a lekarzami, bowiem ci drudzy uważają owe manipulacje za normalne, a niektórzy nawet... za wskazane (ciekawe, czy osobiste doświadczenia mają tu jakieś znaczenie).
Kilka miesięcy temu uczennice z Katolickiego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące im. Jana Pawła II, skąpo i wyzywająco odziane, odegrały (swe życiowe?) role prostytutek przed... ołtarzem. To z okazji z okazji 28. rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża. Spektakl odbył się tuż po mszy świętej, którą odprawił arcybiskup metropolita łódzki Władysław Ziółek. On też zasiadał na widowni i... podobno był zmieszany z powodu zaistniałej niezręcznej sytuacji. Sztuka miała przedstawić (i pewnie przedstawiła) pozytywny wpływ naszego papieża (nawet po śmierci), który pomaga młodzieży walczyć ze złem. Ponieważ panienki z katolickiej szkoły były ubrane na modłę (sic!) paryskiego Czerwonego Młyna, przeto wielu widzów było zniesmaczonych tymi występami, jednak (było nie było) u stóp... ołtarza.
Księża, nauczyciele i psychologowie bronią przedstawienia (a dokładniej - miejsca jego wystawienia) argumentując głębokim przesłaniem, uzasadnieniem przyobleczonych strojów oraz zmianami społecznymi (granica przyzwolenia) także w Kościele. Podobno bardziej krytykowali występ ci, którzy nie widzieli całości lub poznali ową sprawę ze słyszenia (w tym niżej podpisany). Wielu widzów określiło spektakl jako fajny. Pewnie się starzeję, bo jestem niemile zaskoczony opisanymi "postępowymi" przypadkami. Czyżby księża chcieli w ten sposób zachęcić młodzież do odwiedzania świątyń Pana? Nie jestem zbyt aktywnym katolikiem, ale masturbacyjne wyznania tudzież pląsy panienek z podwiązkami przed tabernakulum (a nie pod latarnią) mogą wprawić nawet ateistę w zakłopotanie. Oczywiście pomijam byłego a zasadniczego radzieckiego ateistę, który każdy kościół najchętniej przeistoczyłby w magazyn, dom kultury, a nawet w bardziej "publiczne domostwo".
Walka walką (nawet ze złem), ale paradowanie zgrabnych zalotnic w czerwonych fatałaszkach o niewinnych (przynajmniej oficjalnie) minkach i udach przed starszymi kapłanami, którzy nigdy nie byli aż tak blisko frontu walki ze złem (znaleźli się wręcz w okopach na froncie tej walki z niemal namacalnym obyczajowym złem!), to jednak nieporozumienie. Ci (w końcu jednak panowie) zapewne mają założone blokady na pewne kanały telewizji kablowej i miejmy nadzieję, że nie nawrócą się na utracone uroki życia frywolnego... Ciekawe, czy owi notable byli zaznajomieni ze scenariuszem? Kto wpadł na (szatański?) pomysł wniesienia widowiska na ołtarze i zrobienia widowiska z kościoła? Czy rodzice owych panien wiedzieli o planach wystawienia sztuki, czy widzieli próby (choćby u siebie w domu), czy zdawali sobie sprawę, że ich ukochane córeczki z katolickiej szkoły mogą nie tyle kulturalnie sprzedawać sztukę, ale opacznie mogą być postrzegane przez widzów jako niezłe sztuki (w młodzieżowym slangu), które mogą się kiedyś sprzedawać, bo wyjdą poza rolę i zechcą walczyć ze złem na prawdziwym froncie? Ile panienek "z porządnych domów" po obejrzeniu podobnych obrazów (filmy w telewizji), w których ukazywane są przyjemne i beztroskie żywoty pań swawolnych, przejdą najśmielsze oczekiwania swoich rodziców i przechodząc również na druga stronę? Jeśli ktoś gra złodziejkę i odnosi sukcesy na scenie, to może takiej artystce przyjść ochota na występ "na żywo" w prawdziwym markecie, poza reflektorami, zaś omawianym aktoreczkom przed już niezupełnie siedzącymi widzami...
Zwolennicy owego (jednak wybryku) teatralnego uważają, że przecież Kościół nie powinien stronić od prawdziwego życia. To może przed ołtarzem pokażmy sceny miłosne, aborcję, poród, kłopoty żołądkowe i gejowskie zapasy (w tym dylematy współczesnych księży)? To przecież takie ludzkie problemy... Jeśli przedstawienie zyska poklask kościelnych oficjeli, to może zobaczymy w świątyniach uznane i światowe dzieła? No i w ramach krzewienia kultury chrześcijańskiej w zacofanym świecie może sesje wyjazdowe? Do Chin i Iranu? Zainteresowanie naszą wiara znakomicie wzrośnie, a i tacowe podobnież.
Czy miejsce kultu może upodobniać się do pikantnego różowego teatrzyku? Żenująca forma wykorzystywania osoby naszego zmarłego papieża. Albo jestem zacofany albo panny z katolickiej szkoły, ich rodzice oraz księża są zbyt postępowi. Niejeden ateista nie zgodziłby się na zagranie latarniowej roli przez córę, a tu katolicy... Jeśli na amerykańskiej (dość frywolnej) scenie, wyczyn pani Janett Jackson ("przypadkowe" wypadnięcie gruczołu mlecznego na widok i osąd publiczny) uznano za skandal i kazano zapłacić wysoką karę, to jak określić opisane inicjatywy w kościołach?
Społeczeństwo wyraźnie zaczyna się dzielić. Na nazbyt szczerych dyskutantów (na każdy temat) oraz na hipokrytów uważających, że pewne tematy (choć istniejące we współczesnym świecie) nie są do omawiania w niektórych kręgach. Jestem jednak zacofanym hipokrytą. Hipokryzja? Fachowcy wyliczają - tyle a tyle młodzieży zajmuje się rękodziełem, ale nie słyszałem, aby konkretna osoba, z krwi i kości, o znanym nazwisku powiedziała - tak, w owych procentach i ja się mieszczę. Czy śladem studentki podążą teraz duchowni? Zamiast do studia pani Drzyzgi - przed ołtarze? Pokażcie ojca, który odwiedza tanie panienki, a który opowiada swojej córce (w tym samym wieku) o zaletach takiego życia. Czy jest hipokrytą, jeśli korzysta z usług określonych panien, a swoją córkę przestrzega przed takim życiem, a nawet wręcz pilnuje na każdym kroku (sic!)? Czy grający w totka i marzący o milionowej wygranej pragnie, aby wszyscy grający mieli wysyp trafień? Nie, bowiem wie, że im mniej szczęściarzy, tym on ugra więcej. Czy zatem jest hipokrytą? Czy sportowiec widzący kontuzję swego największego przeciwnika nie może wyrazić radości z powodu nieszczęścia konkurenta, jeśli dzięki temu zdobędzie złoty medal? Okaże radość, to będzie prostakiem, wyrazi ubolewanie, to zapewne uznamy go za hipokrytę. Ołtarz to nie cyrk, gdzie można pokazywać wszystkie kuglarskie sztuczki wszetecznic i alfonsów. Już nawet telestacje uznały lub zostały zmuszone do uznania, że pewne filmy dopiero po godzinie dwudziestej drugiej mogą być oglądane. To również hipokryci?
Brudy należy prać w domowym zaciszu (jak u pani Dulskiej) albo w klubach dyskusyjnych, na łamach prasowych i w telestacjach, najczęściej późnym wieczorem, ale nie w kościele, chyba że jesteśmy już tak szczerzy, bezpruderyjni i "postępowi", że jeśli ktoś z naszej rodziny udaje się na aborcję, to też dyskutujemy o tym ze wszystkimi sąsiadami z naszej klatki...
Watykan chce być postrzegany jako sympatyk młodości, nowoczesności i widywaliśmy spotkania naszego polskiego papieża z cyrkowcami, aktorami. Ale słyszeliśmy również o odmowach gościny wobec ludzi, którzy jawnie obnoszą się z obniżonymi granicami moralnymi. Czy to hipokryzja?
Za parę lat, kiedy już przyzwyczaimy się do omawianych zwierzeń i sztuk, to podniesiona zostanie poprzeczka - panna dokładnie omówi ręczne techniki, zaś aktorki będą przed ołtarzem symulować zbliżenie i to bynajmniej nie z Bogiem. A kolejni nawiedzeni psychologowie, lekarze i księża będą bronić nowoczesnej sztuki przed zaściankową (jak niniejsza) krytyką...Czy 1 000 000 zł to dużo? - iThink.pl (30 kwietnia 2007)
Tytuł niczym marzenie z totka. Czy to dużo? I dla kogo?
Tabloidalna gazeta Fakt (19 kwietnia 2007) zastanawia się skąd p. Kwaśniewska ma 17 milionów złotych na zakup 17 tysięcy metrów kwadratowych zabetonowanego placu byłej zajezdni tramwajowej w Gdańsku? Pyta wręcz - Kto wyłożył tak gigantyczne pieniądze za atrakcyjny teren?"
Gigantyczne? Owszem, dla przeciętnego Polaka to abstrakcyjna, okrągła i wielce ponętna kwota. Nasz rodak w Polsce pracować musi całe życie na jeden milion złotych. Jeśli opłaci co należne, to i tak niewiele mu z tego zostanie. Za te olbrzymie pieniądze Zakład Komunikacji Miejskiej w Gdańsku zakupić może raptem 17 eleganckich autobusów, bowiem taki pojazd kosztuje około milion(a) złotych. Polak "za całe życie" mógłby sobie kupić jeden taki wehikuł (czasu, bo chodzi o... całe jego 75-letnie życie). Na pracowniku ZKM taka kwota zrobiłaby prywatnie wielkie wrażenie, ale służbowo większego nie zrobi...
A skoro już o wielkich kwotach (choć przecież nie bajońskich - właśnie podano, że w Rosji przez ostatni rok przybyło paru dolarowych miliarderów; o, to są majątki!), to wspomniana gazeta podaje, że pewien angielski hydraulik spalił dom. Otóż 17-letni chłopak, podczas
remontu domu, zaprószył ogień na poddaszu. Spalony przez niego dom był wart (jeszcze parę godzin wcześniej) 30 mln zł, czyli równowartość 30 nowiutkich i nowoczesnych autobusów. Jak się mógł czuć ów młodzian, który w życiu może dostał dopiero parę wypłat? Gdyby jeszcze mu przetłumaczyć na angielski, że z ogniem puścił całożyciowe pensje 30 Polaków - czyli ich 2000 lat sumarycznego życia (przedszkole, nauka, praca, emerytura)... Pomyślmy - na początku naszej ery, po narodzeniu Chrystusa, idzie pierwszy nasz rodak do pracy i zarabia dzisiejszą średnią płacę. Wszystko, co zarobi, odbierają mu na fundusz mieszkaniowy z przeznaczeniem na dom, który spłonie za 24 000 miesięcy. Załóżmy, że nic nie jada i niczego nie musi kupować. Kiedy umiera, rodzi się jego prawnuk, który po szkolnych naukach udaje się do pracy zastępując pradziadka. Sytuacja powtarza się trzydziestokrotnie. Wszyscy (30 Polaków) przez dwa tysiące lat odkładają na dom, który kilka dni temu spłonął pewnemu Anglikowi, bo hydraulik był uprzejmy zapalić sobie papieroska. I ten "uczynny" pracownik musiałby odpracowywać w Polsce dwa milenia, aby pokryć szkodę! Ale nie przepracuje ani dnia na rzecz właściciela budynku, bo pewnie dom był ubezpieczony, a jeśli nawet nie był, to kamienicznika sprawa i... strata.
Jeśli sobie uzmysłowimy, że przeciętny nauczyciel, lekarz, inżynier przez całe swe zawodowe życie zarobi milion złotych lub nieco więcej (dla uproszczenia zakładam dzisiejszą kwotę i przeliczenie przy dzisiejszych wartościach), czyli równowartość mieszkania o powierzchni 100-200 metrów kwadratowych, to można w ciemno poprzeć nauczycieli, lekarzy i innych rodaków w protestach, które rozlewają się po Polsce. Coś tu nie gra w naszej ekonomii - ceny mamy mniej więcej europejskie, na Zachodzie sobie radzimy i nasza praca jest tam doceniana, a w Polsce płacą parę złotych za godzinę pracy. W płacach są pewnie ukryte podatki na rzecz spłaty długów, odsetek od nich, przeurzędniczenie państwa, rabunkowa prywatyzacja majątku narodowego oraz niewłaściwy dobór kadr. Czy to jest wyzysk czy paranoja? A może i jedno, i drugie? Bo chyba nigdy tak relatywnie mało Polacy nie zarabiali (pomijam okupację i komunę). Ile jeszcze dziesięcioleci polski pracownik będzie otrzymywał znacznie niższe wynagrodzenie niż niemiecki kolega za tę samą pracę? I tylko dlatego, że urodził się, mieszka i pracuje w państwie beznadziejnie zarządzanym od kilkudziesięciu lat? Ma się pocieszyć, że w wielu innych miejscach na Ziemi miałby jeszcze gorzej?
A całkiem niedawno dowiedzieliśmy się, że mąż pewnej sympatycznej działaczki ze Śląska (która urodziła się w solidnej a skromnej rodzinie, jednak z czasem miała tendencje ku luksusowym samochodom), wystąpił o milionowe odszkodowanie od Państwa, czyli od nas, bowiem jego małżonka psychicznie nie wytrzymując wizyty fiskusowych kontrolerów, dokonała żywota. Losowo wytypujmy 30 Polaków, którzy będą wdowcowi (i spadkobiercom) przekazywać przez 2000 lat swoje wynagrodzenia. I przygotujmy się na kolejne milionowe roszczenia - podczas kontroli biletów, gapowicze (o słabych nerwach, o nadmiernym poczuciu winy i o wielkich wyrzutach sumienia) będą wyskakiwać z pędzących pociągów ku rozpaczy ich rodzin i usłużnych mecenasów, którzy ignorując winę oszustów, dopatrzą się uchybień w kontrolnych procedurach.Konstytucyjna nierówność golizny- iThink.pl (2 maja 2007)
Na ostatniej stronie gazeta Fakt (27 kwietnia 2007) pokazuje niewyraźne zdjęcia (aby nie oskarżono jej o szerzenie pornografiii) angielskich gwardzistów w pięknych (jednak... niekompletnych) mundurach, którzy eksponują swe (tu raczej niezbyt ozdobne) zwisy (męskie, a jakże!) podczas "ohydnych zabaw gwardii" (jak to określono w tytule).
Coraz częściej przeciekają do publiki zdjęcia wygłupów (a to syna księcia Karola, który propaguje faszystowskie znaki, a to naszych wojaków, którzy symulują egzekucje). Głupota (nie)odpowiedzialnych osób ukazywanych na fotkach jest trudnomierzalna, jednak drugim aspektem jest brak lojalności - wszak zdjęcia najczęściej wykonują osoby z tych samych kręgów, zatem jeśli donoszą (i to pewnie nie bezinteresownie), to podważany jest system męskiej solidarności jakże ważny w wojsku. Oczywiście, napiętnować należy wszelakie wygłupy, zwłaszcza przestępcze (profanacje, "fale" i molestowania), jednak wynoszenie informacji poza zamknięte kręgi kompromituje te sfery niejako podwójnie. A przy okazji można zauważyć spadek lojalności wśród oficerów oraz nasilenie zjawiska sprzedajności, no ale może to jedyny sposób walki ze złem? No i można zadać pytanie - czy tak nie było "od zawsze", a jedynie rozwój techniki umożliwia w ostatnich latach sekretne podpatrywanie i rejestrowanie? Należy sądzić, że wszystkie obecne (s)ekscesy miały miejsce także dawniej, jednak nie było technicznych możliwości ich dokumentowania! Iluż dawnych polityków i generałów nie zrobiłoby kariery, gdyby kilkadziesiąt-kilkanaście lat temu skompromitowano ich poprzez ujawnienie podobnych "ptasich" materiałów? Takie wygłupy były zawsze, jedynie szczęśliwie dla tych wipów, nikt ich nie sfotografował i nie doniósł. A słowom raczej się nie wierzy. Ponadto, kiedyś informatorzy musieliby się ujawnić, za co spotkałyby ich rozmaite szykany, a dzisiaj fotkę można anonimowo zamieścić w internecie albo sprzedać redakcji łasej na sensacje przy zachowaniu anonimowości.
Interesująco ułożył się szyk wyrazów w omawianym artykule:
Kilku pijanych mężczyzn, wśród steku ordynarnych wyzwisk, wyma-
chuje przyrodzeniami, robi wulgarne gesty i wypina gołe tyłki.
Przeniesienie dwóch ostatnich sylab do niższego wiersza, niejako dubluje pojęcie "przyrodzenia". Przez przypadek mamy elegancki (niemal wytworny) wyraz poprzedzony przez niezamierzony a rynsztokowy synonim. Ale taki jest urok niektórych polskich czasowników (w czasie teraźniejszym, a najdosadniejszych w trzeciej osobie). Trzeba unikać wyraźnego "sylabowania" podczas przemówień (także kazań w kościele), ponieważ można uzyskać niezamierzony męskoprzyrodzeniowy (dość wesoły, ale wstydliwy) efekt...
Na rozkład wspomnianego słowa (wyma/chuje) wpływ niewątpliwie miało zdjęcie nagiej Patrycji (także w rozkładzie, choć nie w skrajnym, no i oczywiście nie w patologicznym), której figura wcięła się w tekst o królewskiej gwardii. Polska panna ładniejsza niż owi Bryci i z wiadomych powodów nieukazująca i niełapiąca się za ptaka. I wyznanie bardziej subtelne - Moje zabiegi, gdy delikatnie rozciągam, pcham i ustawiam, działają cuda.
I gdzie tu sprawiedliwość? Polska panna może pokazywać swe wdzięki za pieniądze i z rozmysłem, a brytyjscy gwardziści za darmo i bez zgody na publikację - nie mogą? Co na to europejskie komisje równości płci i obywateli wobec prawa? Owszem, ona miała bezmundurowy topless, a oni mundurowy bottomless, ale czy to powód do aż takich szykan? Oni zbrukali wyspiarski mundur, a ona po prostu nie miała czego brukać. Pewnie gwardziści wylecą z roboty, żartownisie. Mundury im zabiorą, ale przecież udowodnili, że bez nich doskonale sobie radzą...Czy Polacy to idioci? - iThink.pl (2 maja 2007)
Policjanci w Dolnośląskiem zatrzymali pijanego kierowcę. Niby nic ciekawego, wszak takich delikwentów policja ujawnia ok. stu tysięcy rocznie. Jednak gościu przejdzie do annałów polskiego sądownictwa, a może i do księgi Guinnessa. Dlaczego? Bowiem zaledwie dobę wcześniej został skazany już przez sąd w trybie przyspieszonym za prowadzenie samochodu po pijanemu, zatem to pierwszy alkoholowo-drogowy dubel pod mocą 24-godzinnego trybu. Ów facet miał wątpliwą przyjemność z naszą Temidą już 19 marca, kiedy to owa nazbyt łaskawa (jak się okazało nazajutrz) pani ukarała samochodowego pijanicę jedynie pozbawieniem wolności w zawieszeniu oraz na grzywnę. Nie sprecyzowano jakie wysokie to kary, jednak najwyraźniej miłośnik motoryzacji owo orzeczenie miał głęboko w rurze wydechowej swego autka, skoro następnego dnia dosiadł owego metalowego rumaka w stanie wskazującym na wyraźne obcowanie z monopolową butlą (1,5 promila alkoholu; on, bo naczynie pewnie 40%). W tej groteskowej sytuacji można się uśmiechnąć, a nawet współczuć naszemu rodakowi z powodu prześladującego go pecha.
Jednak w jaki sposób zareagowalibyśmy, gdyby ów niemal 30-letni szosowy potencjalny rzeźnik kogoś zabił tuż po pierwszym śmiesznie niskim wyroku? Parę lat temu, kiedy zaostrzano kary za jazdę pod wpływem alkoholu, to wydawało się, że nasze Państwo poważnie zabiera się za tępienie piratów drogowych. A niskie wyroki i opisane podwójne przestępstwo ośmiesza nie tylko resort sprawiedliwości, ale i cały nasz kraj. Po ponownym ujęciu, Policja informuje społeczeństwo, że za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości owemu kierowcy grozi do dwóch lat pozbawienia wolności. Ależ szanowna Policjo! My to wiemy! Tyle to mu groziło po pierwszej wpadce, a teraz to nie ma skończyć się na groźbach, ale na konkretach.
Także na początku wiosny nie oparł się jej urokowi inny kierowca. Nachlany (2,5 promila alkoholu) kierowca szarżował ulicami Opola. Nawet nie tylko ulicami, bo i... chodnikami. Policja próbowała go zatrzymać, ale to wzmogło jedynie podkręcenie licznika prędkości w uciekającym aucie. Szczęśliwie ujęto 40-letniego pijaka, który kluczył nie tylko opłotkami, ale także w zeznaniach - z powodu bełkotu skierowano go do izdebki (a przy okazji - podczas wchodzenia Polski do UE twierdzono, ze owe wytrzeźwne przybytki będą zlikwidowane). A niejako na deser sprawy okazało się, że ów gościu nie tylko nie miał samochodu (pożyczył od kolegi), ale jego majątkowe braki rozciągały się również w kierunku braku... prawa jazdy. Również i tu podano irytujący komentarz mediów o groźbie dwuletniej odsiadki. Ludzie! Gdyby każdy z kierujących pijaczków dostał chociaż pół roku stonowanego więzionka, ale z pracą fizyczną w programie, to rocznie mielibyśmy budżet bogatszy o miliard złotych przy założeniu efektów na poziomie 10 zł na godzinę. Ale zaraz teoretycy (prawa człowieka!) oraz praktycy (brak kombinezonów!) storpedują takie plany.
Gdyby ktoś zginął po kiepskim (bo żadnym) wyegzekwowaniu pierwszej kary w pierwszym opisanym przypadku, to rodzina powinna wystąpić przeciwko Państwu z żądaniem wysokiego odszkodowania za dopuszczenie do wypadku. Podobnie wysokie odszkodowanie należałoby się, gdyby ktoś zginął podczas pościgu za pijakiem w drugim przypadku. Za proceduralne błędy każdy powinien ponosić konsekwencje, także Państwo!
Niby wszyscy jesteśmy równi (wg Konstytucji), ale każdy wie, że to nieprawda. Powyższe ekscesy popełnione zostały przez obywateli z dolnej półeczki (choć przecież znani są posłowie a sportowcy, także w jednej osobie, co to także popijają przed podróżą). Niektórzy nawet mają immunitety...
A skoro już o immunitecie, przestępstwach, różnych półkach w społeczeństwie i głupocie. Jak opisać poniższy przypadek z prokuratorem w roli głównej? Kilka tygodni temu zatrzymano niejakiego Krzysztofa W., który przyjął od podstawionych funkcjonariuszy 300 tys. zł za obietnicę wypuszczenia na wolność rodaka podejrzanego o handel narkotykami. Ponieważ łapownik to znaczniejsza persona, a do tego ze świata prawa przez duże P, przeto miał pewien drobny przywilej, wywalczony ongiś przez Temidę dla swoich urzędników, którzy mogliby paść ofiarą niegodziwości wszelakich. Ów przywilej, nieznany obywatelom drugiej kategorii, to immunitet. Skoro w praworządnym państwie należy kulturalnie obchodzić się z oficjelami pełniącymi ważne społeczne funkcje a cieszącymi się szczególnym zaufaniem społecznym, przeto rozpoczęto żmudną procedurę uchylenia tegoż przywileju. Ale jeśli ktoś zawiódł oczekiwania społeczeństwa i przywykł do łapownictwa, to cóż czyni w swej bezmyślności? Otóż ten ważny facet poszedł za ciosem i wręczył łapówkę... na rzecz nieuchylenia immunitetu. Nie wiadomo, czy owe dwa czyny nielicujące z zawodem będą uznane za dwa osobne przestępstwa, czy jako jedno przestępstwo ciągłe? Na przykład wzorem ścigającego się nocnego maniaka po ulicach pewnego polskiego miasta, który kilkanaście razy uwiecznił się na fotoradarze, ale uznano to za jedno ciągłe działanie...
Osoby społecznego zaufania powinny mieć podniesione kary o połowę w porównaniu ze zwykłymi obywatelami. Jest zasadnicza różnica pomiędzy drobnym rzezimieszkiem a sędzią, jeśli obaj wręczają łapówki? Tak długo, jak tego nie będzie dostrzegać nasza Temida, tak długo nie będzie ona poważana. A prokurator ucieka przed karą w wielomiesięczne zwolnienia chorobowe. Kto to powiedział - Polak potrafi? Istotnie - potrafi!
A tytuł? Owszem, ci opisani Polacy, to niewątpliwi durnie!Błędy w kultowym słowniku! - iThink.pl (8 maja 2007)
Poniższe spostrzeżenia dowodzą, że napisanie definicji w sposób możliwie prosty, zrozumiały, zgodny z prawdą, a jednocześnie zgodny z zasadami naszego języka, jest zadaniem trudnym i złożonym.
W każdej rodzinie powinien być słownik prof. Kopalińskiego, zatem parę lat temu z wielkim zaciekawieniem nabyłem renomowany Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z almanachem (Władysław Kopaliński, Świat Książki, Warszawa 2000). Niestety, mimo że jest to kolejne wydanie, znaczna liczba usterek (łagodnie rzecz ujmując) jest niepokojąca. Poniżej pozwalam sobie na załączenie (niepełnej!) listy błędów. Mniemam, że następne wydania będą zawierały mniej błędów językowych, a definicje będą bardziej precyzyjne.1. Błędy logiczne (niepotrzebne zawężenie definicji):
akwarium - zbiornik ze szkła a. o szklanej ścianie... {bywają akwaria z plastyku};
Cardana przegub - mechanizm do łączenia dwóch ustawionych pod kątem wałków {pod jakim kątem?; tylko potocznie - jeśli coś nie jest prostopadłe, to jest pod kątem}...
mikrobus- mały autobus do przewozu ok. 10-15 osób w ruchu lokalnym {czyżby nie jeździły w ruchu międzynarodowym?};
torus- powierzchnia (w kształcie koła ratunkowego, opony samochodowej itp.) powstała przez obrót dokoła prostej leżącej w jego płaszczyźnie i nie przecinającej go {przez obrót okręgu (przeoczono) wokół prostej oraz nieprzecinającej (łączna pisownia)};
tracheotomia - przecięcie tchawicy i wprowadzenie w otwór dotchawiczny rurki metalowej, przez którą duszący się chory może swobodnie oddychać {a jeśli rurka nie jest metalowa, to już nie jest tracheotomia?};
wat (W) - jednostka mocy prądu elektr. {zbędne ograniczenie do prądu}.2. Błędne (zbyt pochopne) uznanie znaczenia hasła za przestarzałe
(przy poniższych hasłach napisano, że są... przestarzałe i popełniono... falstart):
aparycja - wygląd zewnętrzny;
mityng - masowe zebranie publiczne, zawody sportowe;
telemark - ewolucja narciarska;
transza - jedna z części jakiejś całości...
Przecież wynotowane hasła nadal nam służą!3. Błąd przeoczenia innego znaczenia:
andron - część starożytnego domu {brak liczby mnogiej w znaczeniu pleść banialuki, choć androny są przywołane w haśle baliwernie};
audytor - członek wojsk. a. kośc. {brak haseł audytor oraz audyt i audytacja w znaczeniu współczesnym, zwłaszcza że króluje audit/auditacja};
casting - turniejowa formacja wędkarstwa rzutowego {brak popularniejszego znaczenia (przegląd przyszłych gwiazd filmowych)};
chassis - podwozie samochodu... {a płytki, na których były i są montowane układy elektroniczne?};
domena - dziedzina, zakres, teren działania... {nie wspomniano znaczenia w informatyce, choć nieopodal poświęcono aż 10 wierszy określeniu wyłącznie z tejże dziedziny - drag and drop};
kawalkada - grupa jeźdźców, orszak konny {obecnie także w znaczeniu grupa pojazdów};
kiwi - nieloty, nowozelandzkie ptaki wielkości kury, nie mające lotek... {jednak niemające; zapomniano o owocach};
mini - nie podano hasła w znaczeniu minispódniczka;
moloch - nienasycona, tyrańska potęga, którą musi się zjednywać uległością i ofiarami {dzisiaj jednak w nieco innym znaczeniu (moloch biurokracji, betonowe molochy)};
offset - technika (zazw. wielobarwnego) druku płaskiego {brak w znaczeniu transakcji wiązanej, zwłaszcza w międzynarodowym handlu bronią};
palant - gra, w której dwie drużyny po 12 graczy {brak mniej sportowego znaczenia...};
panel - grupa trzech a. więcej specjalistów z różnych dziedzin, prowadząca dyskusję publiczną (zazw. w RTV) na jakiś temat... {brak bardziej przyziemnego (tudzież ściennego i sufitowego) znaczenia - panel podłogowy, ścienny, sufitowy};
pilot - lotnik kierujący statkiem powietrznym {brak wzmianki o urządzeniu do zdalnego sterowania urządzeniami};
tableau! - (oto) osobliwa (niezbyt budująca) scena {brak w znaczeniu tablo (pamiątkowe zdjęcie)};
trymer - robotnik portowy zajmujący się trymowaniem {a element obwodów elektronicznych (trymerzy/trymery)?};
żele - talerze, czynele, instrument perkusyjny {brak znaczenia kulinarnego i kosmetycznego}.4. Infantylizmy (infantylne zastosowanie słów w objaśnieniach):
autostrada - magistrala samochodowa o nawierzchni ulepszonej, przepołowiona wzdłuż dla rozdzielenia obu kierunków ruchu... {infantylizm techniczny (niefortunne spostrzeżenie - przepołowić można coś całego, np. jabłko); czy tory kolejowe są magistralą kolejową o przepołowionej wzdłuż szynie dla poprawienia poprzecznej stabilności pociągu, albo czy katamaran jest wzdłużnie przepołowionym statkiem dla powiększenia liczby przewożonych pasażerów? ponadto - raczej o ulepszonej nawierzchni; purysta mógłby mieć także zastrzeżenia do zastosowania wschodniosłowiańskiej formy dla, choć dla mnie jest to forma godna polecenia (krótsza od poprawnej polskiej składni)};
banknot - pieniądz kredytowy; pieniądz papierowy wypuszczony przez banki emisyjne...{gdyby przyczepić owe papierki do baloników i otworzyć okno w banku, to i owszem; tu raczej emitowany, wprowadzany do obiegu};
bookmacher - osoba trudniąca się prywatnie (i nielegalnie) zawieraniem z publicznością zakładów {proszę wyjaśnić bukmacherom, że działają nielegalnie; ponadto - piszemy bukmacher};
ekwilibrystyka - rodzaj produkcji cyrkowych, polegających na zachowaniu równowagi {a cóż to za oryginalna nazwa w liczbie mnogiej - produkcje cyrkowe?};
ekranizacja - przeróbka sztuki teatralnej, opery, baletu itp. na film {tak, ale w młodzieżowej wersji Słownika; tu - adaptacja; infantylizm językowy (reżyser przerabia sztukę, uczeń przerabia lekturę, mleczarnia przerabia mleko, dżdżownica przerabia glebę, stocznia remontowa przerabia podstarzałe lub uszkodzone statki?)};
gepard - drapieżny ssak, najszybszy z rodziny kotów, o wysokich nogach {raczej o długich nogach};
dinghy - gumowa łódź ratunkowa do nadymania, używana głównie przez lotników, [...] gumowa, nadymana łódeczka plażowa {chyba zbyt zabawne określenia};
dingo - dziki pies australijski o wilczym pysku, puszystym ogonie i czerwonawobrązowej sierści, zapewne sprowadzony do Australii przez człowieka w czasach niepamiętnych {w jakich czasach? niepamiętnych?};
kabriolet - samochód z nasuwaną budą...{buda zwykle kojarzy się z tandetą... (może i winda jest suwaną budą na linach?)}
kawitacja - ... nadżeranie powierzchni elementów maszyn {uszkodzenie, niszczenie, nie nadżeranie};
mikroskop - przyrząd (optyczny; elektronowy) do wytwarzania powiększonych obrazów b. małych, niewidzialnych gołym okiem przedmiotów {nie jest to wytwarzanie; jednak niewidocznych; może przyrząd pozwalający oglądać przedmioty niewidoczne gołym okiem?};
nawigacja - nauka prowadzenia statku wodnego a. latającego... {raczej powietrznego};
Pandory puszka - coś, co wywołuje mnóstwo nieprzewidzianych trudności; źródło nie kończących się smutków, kłopotów, nieszczęść; w objaśnieniu - pierwsza kobieta na ziemi... {infantylizm coś, co wywołuje, raczej sytuacja powodująca; jednak niekończących oraz właściwiej na Ziemi};
papamobile - samochód z obronnym nadwoziem w postaci pudła ze szkła kuloodpornego {raczej z ochronnym; pudło?};
paparazzo [paparacco] - zawodowy fotograf skandali; fotoreporter sensacji; fotograf-chuligan {brak popularniejszej formy paparazzi; czyżby redakcje opłacały przestępców?};
transkrypcja - przerobienie utworu muz. na inny instrument, głos a. zespół niż pierwotnie był przeznaczony {nazbyt potocznie (infantylne), raczej opracowanie}.5. Błąd przeoczenia polskiej nazwy (podanie form oryginalnych, choć już są "bardziej" polskie słowa):
biathlon - dwubój narciarski {brak uznanej formy biatlon};
clochard - nędzarz {jednak kloszard};
cockpit - zagłębienie (komora) w części rufowej pokładu jachtu a. łodzi motorowej, służące jako pomieszczenie dla załogi {kokpit; przy okazji - jak nazywa się kabina dla załogi w samolocie (i to, bynajmniej, nie w części rufowej...)?};
collage - kompozycja artystyczna {już kolaż, choć nieopodal jest cowboy = kowboj};
cricket - angielska odmiana palanta {jednak krykiet};
kril - skorupiaki [...] stanowiące główne pożywienie waleni bezzębnych (...), które pokarm ten scedzają przez rogowe płyty fiszbinów) {oczywiście kryl, a może nawet kryle, skoro skorupiaki w liczbie mnogiej};
Jehowy świadkowie - sekta [...] przeciwna zorganizowanej religii, światu businessu i państwu {oczywiście biznesu};
leader - przywódca partii {jednak lider};
martini - coctail złożony z dwóch a. więcej części dżinu i jednej części wytrawnego wermutu...{koktajl, skoro zastosowano wermut (nie vermouth) oraz dżin};
napalm [nejpa:m] - galaretowaty materiał zapalający... {niepotrzebnie podano wymowę angielską, wszak od dawna czytamy to słowo po polsku};
nelson - liczba 111... uważana za pechowy rezultat w grze w cricketa {chyba w grze w krykieta albo w krykiecie};
oxford - nisko wcięte obuwie męskie {wprawdzie miasto nazywa się Oxford, to bucik jako rzeczownik pospolity jednak oksford (zwłaszcza że nazwę miasta również już spolszczono - Oksford)};
Pitaval - zbiór kronik spraw i procesów kryminalnych (od nazwiska francuskiego prawnika) {jednak pitawal};
paddock - przestrzeń ogrodzona, na której odbywają się parady koni wyścigowych przed biegami {już padok, nawet nie paddok};
poinsettia [ponsetia] - bot. wilczomlecz piękny a. nadobny (od nazwiska polityka amer.: Joel R. Poinsett) {raczej poinsecja}
sex appeal - seks, powab, ponęta {jednak seksapil};
vendetta - krwawa zemsta rodowa {już wendeta};
tuner [tjuner] - strojnik (zawarta w osobnej skrzynce) część detekcyjna odbiornika radiowego, z kondensatorem, skalą i obwodami wielkiej i pośredniej częstotliwości {jednak już wymawiamy po polsku (pod. [komputer], nie [kompjuter]); a cóż to jest w nawiasie - zawarta w osobnej skrzynce?}.6. Błąd przeoczenia hasła (brak poniższych haseł, choć istnieją podobne wyrazy):
basket {choć jest futbol, baseball, waterpolo};
magnes {jest magnez};
krokodyl {jest aligator};
globalizacja {jest hasło global village (światowa wioska)};
wanilia {jest wanilina};
oranżada {jest oranż};
reklama {jest reklamacja}
oraz brak terminów - antena areszt atak awantura bagaż balon bandaż barak barakuda bazar belfer chuligan deser fitness frykas gazeta kontroler konwój koral litera masa masakra metal oficer opus papilot pasażer peron pigułka pilers pineska resor rolka serweta sylaba tramwaj tunel willa żelatyna żyrafa żyletka.7. Błędy znaczeniowe:
filet - koronka siatkowa [...]; płat mięsa a. ryby oczyszczony z kości a. ości; potrawa z takiego mięsa (takiej ryby) {może być mięso ssaka, gada, płaza i ptaka, zaś ryba nie ma mięsa?; są zwierzęta, ryby i ptaki - stanowisko naukowe czy kucharskie?};
won ton - chiń., pierożki nadziewane mieloną pikantną wieprzowiną a. kurą {skoro kurą, to może także nadziewane świnią?; raczej drobiem};
torpeda - samobieżny pocisk podwodny (...); pop. pociąg ekspresowy (zwł. jedno- a. dwuwagonowy) o napędzie ropnym {dziwny napęd; raczej napęd spalinowy};8. Błędy ortograficzne:
Annasz (od Annasza do Kaifasza) {jednak do Kajfasza};
liman - płytka zatoka morska na płn. wybrzeżach mórz Czarnego i Azowskiego {właściwiej Morza Czarnego i Morza Azowskiego};
kukurużnik - mały, powolny dwupłatowy radziecki samolot {jednak kukuruźnik};
neptun - chem. pierwiastek; w objaśnieniu - od nazwy 8. planety układu słonecznego {Układ Słoneczny};
renesans - Odrodzenie; okres w historii kultury europ. XIV-XVI w. {nieskoordynowane wielkości liter};
oh! le ruisseau de la rue du Bac! - (w objaśnieniu) okrzyk [...] na widok jeziora Lemańskiego {Jeziora Lemańskiego};
usus - zwyczaj {uzus};
rektyfikat - spirytus rektyfikowany, o mocy 95-96 procentów objętościowych {procent}.W szczególności NIE powinno być pisane łącznie:
okowita - staropolska nazwa gorzałki, wódki a. nie oczyszczonego, surowego spirytusu;
non-iron - nie wymagający prasowania (o koszulach itp.);
padi - ryż (zwł. nie łuszczony);
panama - lekki kapelusz z ręcznie plecionych nie barwionych włókien...;
parcjalny - cząstkowy, dotyczący jedynie części, nie obejmujący całości;
profan - nie wtajemniczony, nie będący znawcą, laik;
szyksa - nieżydowska dziewczyna a. młoda Żydówka nie wykonująca praktyk religijnych;
tabula rasa - czysta, nie zapisana karta;
terminator - linia oddzielająca oświetloną przez Słońce część tarczy Księżyca a. planety od nie oświetlonej;
terra ignota, terra incognita - łac. nie znany ląd, nie zbadany obszar, teren; nieznana dziedzina;
transgresja - wdzieranie się morza na nie zajęte przez nie dotąd połacie lądu;
winidur - pot. nie zmiękczony polichlorek winylu.We wstępie książki zapewniono mnie, że terminy zostały zaktualizowane. Chciałem sprawdzić, czy to prawda - istotnie, sporo jest tam haseł z dziedzin komputeryzacji i internetu. No i właśnie ów internet (pisany jeszcze jako Internet) wzbudził moje zdumienie i nieufność do słownika. Nie wiem, czy szanowni Czytelnicy mają to hasło w tym kultowym słowniku, zatem przepiszę i omówię ten termin jako istną perełkę słownikowej twórczości, bo rzecz jest językowo i rozsądkowo nad wyraz szokująca, a ponadto jednak nas wszystkich dotycząca.
Internet - sieć komputerowa łącząca większość ośrodków akademickich świata oraz miliony prywatnych użytkowników, pozwalająca na niczym nie skrępowaną wymianę informacji, danych i korespondencji wszystkich jej użytkowników. Żywiołowo się rozwijająca sieć tworzy (zapotrzebowanie na) nowe usługi, bez niej nie do pomyślenia. W sieci Internet potężnieje góra danych, które chociaż powszechnie dostępne dla jej użytkowników, są jednak coraz trudniejsze do odnalezienia i zidentyfikowania.
Zatem - po kolei. Przesada z niczym nie skrępowaną (jednak są mechanizmy blokujące przesyłanie pewnych informacji, w tym obrazów i inwektyw); może ładniej: dynamicznie rozwijająca się sieć? Ponadto zalecenia są, aby pisać nieskrępowaną, choć w tym
przypadku (poprzedzono przez niczym) pozostawiłbym w podanej (rozłącznej) formie, jednakowoż w słowniku (przy innych hasłach) nagminnie (i błędnie!) pisane są podobne wyrażenia.
Zacytowany tekst, choć przecież nieobszerny, przekazuje myśl poprzez kontrowersyjną składnię, zaś fragment wpisany w nawiasy, jest... rozbrajający. Zaimek się postawiony przed imiesłowem w zdaniu twierdzącym także nie wystawia pochlebnej opinii twórcy tego hasła (owszem, w potocznym języku, ale w definicji?). Mamy również infantylizmy, określenia nawet poprawne, ale nie nadające się do zastosowania w encyklopedycznych wydawnictwach) - miliony prywatnych użytkowników (rodzaj własności jest bez znaczenia; w podobnym stylu można byłoby napisać: państwo - obszar zamieszkiwany przez miliony mieszkańców), bez niej nie do pomyślenia (zbyt potoczne), potężnieje góra danych (nazbyt emocjonalny opis, niemal czujemy swoim jestestwem trudności z ogarnięciem potęgi i istoty internetu oraz jak potężnieje owa góra...).
Jest to bodaj najbardziej egzaltowana definicja słownika Profesora. O, gdyby omawiano tsunami, to odwołanie się do żywiołowo rozwijającej się fali, jako potężniejącej góry wody, byłoby nawet na miejscu...
Czy w taki sposób powinny być opracowywane hasła jednego z najsłynniejszych słowników wyrazów obcych? Owszem, sens jest dość poprawny, poza wątkiem o ośrodkach akademickich (co odpowiada prawdzie, ale z... początków istnienia internetu, czyli "wieki temu"), ale realizacja poprzez tekst jest najoględniej... dziwaczna.
Powyższe rozważania dowodzą, że napisanie definicji w sposób możliwie prosty, zrozumiały, a jednocześnie zgodny z zasadami naszego języka, jest zadaniem trudnym i złożonym.
PS Omawiany słownik jest ciągle dostępny w księgarniach. Czyżby knot? Nie! To przecież kultowe dzieło, którego poloniści będą bronić jak Polacy niepodległości! Zatem będziemy wznawiać je bez poprawek przez kolejne dziesiątki lat?Wzięło udział więcej niż połowa? - Poradnia Językowa PWN (22 maja 2007)
Jak poprawnie napisać: "Większość ludzi uczestniczyło" czy "...uczestniczyła"? Pytanie przesłano do Poradni Językowej, zaś prof. Mirosław Bańko rozstrzygnął tę kwestię - "Wielu ludzi uczestniczyło", ale "Większość ludzi uczestniczyła", por. ogromna większość, większość absolutna itp.
Inny z korespondentów zgłosił podobny problem - Czy poprawny jest zwrot "Było za piętnaście siódma". Bo gdyby poprzestawiać szyk słów, mielibyśmy: "Była siódma za piętnaście", a nie "było...". Czy to jest w ogóle jakiś argument i jakaś metoda - przestawić szyk słów w zdaniu, żeby odkryć rodzaj?
Tenże profesor odpisał 19 maja 2007 -
To ciekawe i trudne pytanie - argument za tym, że w słownikach poprawnej polszczyzny, wśród tzw. haseł problemowych, powinno się znaleźć hasło czas, ewentualnie określenia czasu. Tymczasem zaś Nowy słownik poprawnej polszczyzny w haśle za podaje przykład "Jest za dwadzieście trzecia", z którego oczywiście nic nie wynika. Oprócz może wskazówki, że jeśli nie wiesz, jak użyć czasu przeszłego, to mów w czasie teraźniejszym. Przytoczony argument, że podmiotem zdania jest siódma, brzmi logicznie. W Korpusie Języka Polskiego PWN konstrukcje typu "Była za piętnaście siódma" przeważają. Mniej liczne przykłady typu "Było za piętnaście siódma" występują tu tylko w zapisach rozmów. Być może tworzone są przez analogię do zdań typu "Było piętnaście po siódmej", a także "Było późno".
Na ogólne pytanie, czy zmiana szyku ujawnia rodzaj, mogę odpowiedzieć równie ogólnie: tak. W szczegółach jednak bywa różnie.
Bogatsi o owe wyjaśnienia, sięgnijmy zatem do tekstu Konstytucji 1997, w którym czytamy:
Art. 125.3. Jeżeli w referendum ogólnokrajowym wzięło udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania, wynik referendum jest wiążący.
Czyżbyśmy w ustawie zasadniczej popełniono błąd? No bo raczej wzięła, nie wzięło? Wynik referendum jest wiążący, jeżeli udział w nim wzięła więcej niż połowa uprawnionych do głosowania.
Czy zatem w tekście Konstytucji 1997 narozrabiał jednak chochlik? A może nasz jezyk jest tak trudny, nawet dla nas, Polaków, że aż... za trudny?Jak wymawiać polskie słowo Śahdźahanpur? - iThink.pl (24 maja 2007)
Kilkanaście dni temu wysłałem męczący mnie problem językowy do internetowej poradni, aby znaleźć pocieszenie i jakieś słowa otuchy.
Panie Profesorze! Nowa encyklopedia powszechna PWN SA podaje w internecie:
ŚAHDŹAHANPUR, Szahdżahanpur, hindi Śahjahanpur, ang. Shahjahanpur, m. w pn. Indiach...
ŚAIWASIDDHANTA, jeden z 3 gł. ind. systemów filoz. śiwaizmu; jego gł. kategorie to: Bóg (pati), dusze (paśu) oraz więzy (paśa)...
ŚAKTYZM, kult śakti; w śaktyzmie postać boga schodzi na drugi plan...
ŚARAWATI, ang. Sharavati, hydrowęzeł w pd.-zach. Indiach, w stanie Karnataka, na rz. Śarawati...
ŚIWAIZM, jedna z 3 gł. religii hinduskich;
BANGLADESZ, Baladeś (bengalskie), Bangladesh (ang.), Ludowa Republika Bangladeszu, Gana-prajatantri Baladeś (bengalskie), People's Republic of Bangladesh...
ĆAJTANJA, Czajtanja, właśc. Wiśwambhara (ok. 1485-1533), ind. mistyk; reformator wisznuizmu w Bengalu...
ĆAJTJA, czajtja, typ świątyni ind., gł. buddyjskiej, w formie wydłużonej sali, podzielonej rzędami filarów na nawę gł. z półokrągłą apsydą, gdzie wznosi się stupa, oraz niższe nawy boczne, tworzące obejście wokół stupy; przy wejściu przedsionek z emporą i dużym oknem (kudu); ćiajtje z kamienia, cegły i drewna nie zachowane...
ĆALUKJOWIE, dynastia ind., panująca w VI-XII w. w Dekanie; założyciel dynastii, Pulakeśin I, ustanowił swą władzę na terenach wokół Watapi (ob. Badami) w Bidźapurze... i osadził na nich brata, Dźajasimhę (655)... rywalizację o Wengi podjęła dyn. Ćolów...
ĆANAKJA, Kautilja (IV-III w. p.n.e.), ind. minister króla Ćandragupty Maurji...
ĆAND BARDAI (XII w.), poeta ind., tworzący w dialekcie dingal (dawny dialekt języka radźasthani); nadworny poeta władcy Adźmeru - Prythwiradźi Ćauhana III; autor wielkiego dzieła Prythwiradźraso ('poemat o Prythwiradźu')...
ŹOBAL MOHAMMAD HAJDAR, Muhammad Hajdar Żobal (?-1959), afgański teoretyk literatury...
DŹAMŚEDPUR, Dżamszedpur, hindi Jamśedpur, ang. Jamshedpur, m. w pn.-wsch. Indiach, w stanie Bihar, na wyż. Ćhota Nagpur...
DŹAJADEWA (ok. XII w.), ind. poeta sanskr. z Bengalu...
DŹINIZM, dźajnizm, system rel.-etyczny utworzony w Indiach ok. VIII w. p.n.e. przez Parśwę, w założeniu ateistyczny; zreformowany w VI w. p.n.e. przez Wardhamanę Mahawirę, zw. Dźiną... Obecnie zwolennicy dźinizmu grupują się przeważnie w Gudźaracie i Radźasthanie;
DŹUZEL BOGOMIL (ur. 1939), pisarz maced.
Ponieważ są to oficjalne hasła zawarte w poważnej encyklopedii, przeto mam pytania - wg jakich zasad konstruowane są tego typu polskie wyrazy? Jak je Pan znajduje? Czy nie ma Pan trudności z ich wymawianiem? Dlaczego nie są one "zaokrąglane" do "bardziej polskich kształtów"? Dam przykład - na cześć Darwina mamy darwinizm, a (gdyby iść tropem podanych wyrazów) moglibyśmy mieć daruynizm lub darłynizm. Przewinęła się tam
nazwa Bengladeś zamiast Bengladesz, zatem już widać, że można było owe ś, ź, ć "zaokrąglić" w kierunku sz, dz, cz, nieprawdaż? Pozdrawiam z Gdyni!
Liczyłem na krótką i rzeczową odpowiedź, ale nie przeliczyłem się tylko w pierwszej części moich oczekiwań... A myślałem, że specjalista w dziedzinie naszego języka będzie bardziej wylewny.
Oto odpowiedź - Bardzo proszę zwrócić się z pytaniami i z wątpliwościami do wydawnictwa PWN. Pozdrawiam serdecznie. Marian Bugajski.
Patrząc na angielskie wersje widzę (nie bez uczucia zazdrości), że Anglicy przyjęli pisownię np. sh, którą my moglibyśmy przyjąć jako sz, a przyjęliśmy jako ś. A słowo typu Ćanakja? Nie dość, że początkowe ća, to jeszcze niezgodne z obecnymi zasadami kja. Napomknięto o dynastii Ćolów. Czy nasi językoznawcy bardzo by się obrazili, gdyby ich nazwać Ćólami?
Dlaczego nie tylko w gospodarce, polityce (i w wielu innych dziedzinach), ale również w dziedzinie słowotwórstwa, my (jako Polacy), okazujemy się nieudacznikami? Dla mnie jest to sytuacja męcząca i żenująca. Popadam we frustrację i obcym zazdroszczę ich języka - znowu są lepsi od nas!
No i nadal, jako Polak interesujący się swoim językiem, nie rozumiem, w jaki sposób fachowcy od naszego języka, w rozmaitych encyklopediach i słownikach zamieszczają dziwaczne pseudopolskie słowa, które przypominają bełkot, bo przeciez nijak nie można ich wymówić. Dzielnie i z patriotyzmem znoszę wyrazy gżegżółka oraz kszyk, szlag mnie trafia na "polskie" słowa zamieszczane w dyktandach z naszego (sic!) języka: beaujolais, businessman, chargé d'affaires, college'u, five o'clock, randez-vous, scrabble'a, tournée, vis-a-vis, ale omawiane słownictwo jest po prostu powalające!Policyjne gwałty - iThink.pl (28 maja 2007)
Niemal trzy miesiące temu media podały, że pod "opieką" polskiego prawa spersonifikowanego w postaci jurnego funkcjonariusza policji, została przezeń zgwałcona studentka po przewiezieniu do aresztu naszego demokratycznego państwa z powodu... trudności z ustaleniem tożsamości owej pani. Teraz głośno jest nie tylko w Polsce, ale w całej Unii, nie tyle z powodu oburzającego zachowania przedstawiciela władzy, ale i wobec cywilizowanego prawa, które opisane przestępstwo uznaje za tortury na wolnym obywatelu. Zatem dramat studentki, ale także skandal w policji oraz (a to oficjalnie nowość w naszych polskich warunkach) torturowanie obywateli pozostających pod opieką naszej Temidy, czyli poważne przestępstwo wybiegające poza lokalna zbiorowość. A do tego zagrożone poważnymi sankcjami odszkodowawczymi uszczuplającymi nasz chudawy budżet.
W jakże innym świetle można teraz ujrzeć dawne a podobne afery, które zostały w ubiegłych latach umorzone? Poniżej przypomnienie wydarzeń opisanych przez Wieczór Wybrzeża (9 kwietnia 2002). Gazeta wówczas donosiła -
Prokuratura umorzyła wczoraj postępowanie w sprawie domniemanego gwałtu w radiowozie, bo nie było w tym przypadku znamion przestępstwa.
Tak to bywa, że jeśli już w radiowozie dochodzi do gwałtu, to okazuje się, że jest on domniemany. Zwykle bywają jakieś znamiona przestępstwa, ale wyjątkowo nie w tym przypadku...
Prokuratura oceniła, że do stosunku seksualnego dwóch policjantów z kobietą, która zgłosiła gwałt, doszło bez użycia przemocy ze strony funkcjonariuszy.
Napisano czego funkcjonariusze nie użyli (przemocy), ale czytelników raczej zainteresowałoby czego użyli, chyba że sterczy (sic!) im fantazji i informacja, że u(l)żyli sobie... Prawdopodobnie owa niewiasta zaatakowała zaprawioną (w bojach) załogę radiowozu swymi wdziękami, wszak członkowie (sic!) naszej policji są dżentelmenami i nie plamią (sic!) honoru ni munduru. Wyobraźni nie staje (sic!) - jak dwóch obrońców ładu publicznego i czci własnej, mogło uskutecznić jeden stosunek? Jeden stosunek w wykonaniu dwóch panów na służbie? Wiadomo, że Policja to instytucja publiczna, ale żeby z radiowozu robić instytucyjkę, a raczej domek publiczny, choćby tylko na kółkach? W godzinach pracy? Za pieniądze podatnika?
Z dalszych wyjaśnień wynika, że kary były jednakowe (przez 2,5 roku nie mają szans na awans i premie), co sugeruje rotacyjne i połówkowe rozwiązanie jednostosunkowego problemu (jeden to dwa razy po pół; może i służbowy gwizdek mieli wspólny; czyżby na pół gwizdka?). No cóż, awanse (wobec damy) były czynione w państwowym wozie i zapewne słusznie oceniono, że ich granica (i dobrych obyczajów) została cokolwiek kroczem przekroczona...
Do komisariatu została przywieziona, by złożyć wyjaśnienia. Po nich dwaj funkcjonariusze odwieźli ją do domu służbowym samochodem. Do stosunku seksualnego doszło w drodze.
Cóż za kultura osobista - składasz wyjaśnienia, a oni w podzięce odwożą cię do prywatnego domu. Jednak odstawić powinni prywatną bryką, skoro przystawianie i brykanie im po głowach chadza... Ponownie wyraźnie sprecyzowano, że jednak nie chodziło im o matematyczny stosunek, czyli iloraz składający się z dzielnej (pasażerki) i licznika (kilometrów na resztkach społecznego paliwa). Tak czy owak doszło do niego w drodze, możliwe że na kolumnie organu sterującego pojazdem (marki nie ujawniono, wiadomo - reklama jeździdła dźwignią nie rządu naszego jest, ale motoryzacji). Nie wiadomo, czy w drodze negocjacji finansowych, tak modnych pomiędzy naszym krajem a wierzycielami, czy w drodze chwilowego zaboru prywatnej własności, czyli krótkotrwałej nacjonalizacji - maj(ą)tek jednak zwrócono bez odszkodowania... Czy w rachubę wchodziła gotówka, czy raczej przelew (sic!)?
Skoro o drodze i przelewie mowa - (wy)czyn miał miejsce w lutym, zatem jeśli funkcjonariusze poczęli sobie na całego, a życiowe funkcje wożonej obywatelki były równie żywotne, co członków błękitnej (nie różowej?) formacji, to może samochodowy akt erekcyjny będzie zaczynem wielkiej nowej tajemnicy życia, która objawi się pod koniec roku. Za poczynania i poczęcia na służbie odpowiada Skarb Państwa. Niestety, o ewentualnym rozwiązaniu po dziewięciu miesiącach media nie poinformowały swych czytelników.
Szokująco wygląda ta historia beznamiętnie opisana przez sąd. Nawet gdyby przyjąć wersję policjantów, czyli najskromniejszą. Oto państwowi funkcjonariusze odwożą świadka do domu i podczas drogi zajmują się amorami za przyzwoleniem. Można by uznać, że to niemal codzienne i rutynowe zajęcia towarzyszące ciężkiej społecznej służbie. Że podczas każdego odwożenia osoby zamieszanej w jakąś sprawę dochodzi do złożenia propozycji i czasami także do konsumpcji. Taka bułka z masłem, czyli służba na wesoło. A przeciez złożenie propozycji przez funkcjonariusza przewożonej osobie to chyba już wykroczenie?
I cóż - nic się właściwie nie stało? No to sobie przemnóżmy liczbę polskich radiowozów przez roczną liczbę przewozów świadków płci przeciwnej załodze (no bo jeśli obsada żeńska, a świadek przeciwnie, to w ramach równouprawnienia...). Odliczmy niesprzyjające warunki, czyli podzielmy na przykład przez dziesięć. Ile podobnych przypadków ma miejsce w polskiej Policji i jaka jest reakcja sądów na podobne zdarzenia?
W tej nieconocnej sprawie spuszczono się (*) na właściwe i bezstronne (?) organa sprawiedliwości, stąd umorzenie sprawy.
Wniosek na gorącą wiosenną porę - jeśli już musisz dmuchać w furze lub na łące, to raczej przekwitłe mniszki (**), bo może być płacz niczym od młodej dymki (***) podczas jej przecierania.
W świetle powyższych sekscesów, mam poważne wątpliwości, aby uczciwie osądzono sprawę sprzed lat. Zapewne tę oraz wiele innych, a podobnych spraw, zatuszowano i zakulisowo dogadano się z ofiarami (prośba, przekupienie lub zastraszenie). Po latach dziennikarze mogliby odwiedzić poszkodowane panie i wyciągnąć prawdę. Nie tyle, aby ścigać owych stróżów prawa (sic!), ale aby udowodnić, że tego typu sprawy bywają tuszowane.
Reasumując - sprawa studentki z Lublina rzuca nowe światło na dawne a podobne sprawy. Prawdopodobieństwo, że inne zajścia (sic!) zostały przez Temidę ocenione uczciwie, gwałtowanie spadło w mojej opinii.
(*) - zdano się
(**) - mniszek = dmuchawiec (roślina łąkowa)
(***) - dymka = cebulka przeznaczona do sadzenia (sic!)Czy palacze powinni płacić wyższe składki na ochronę zdrowia? - iThink.pl (1 czerwca 2007)
Minister zdrowia, prof. Zbigniew Religa, przyznał, że wykryto u niego na płucach guz(a), którego należy pozbyć się operacyjnie i to niezwłocznie. 31 maja 2007 udał się do jednego ze stołecznych szpitali. Jak przystało na Polaka korzystającego ze standardowej opieki, nasz sławny lekarz (a teraz minister) wybrał sobie profesora, którego darzy szczególnym poważaniem i zaufaniem, zaś operację zaplanowano już na dwa tygodnie po wykryciu komplikacji zdrowotnych. Media zapewne zainteresują się losem podobnych przypadków, jednak rodaków mniej znanych, wpływowych i zamożnych (czy mają dokładnie te same prawa w dostępie do niezwłocznych świadczeń tego typu oraz do wyboru specjalisty).
Pod kierunkiem min. Religi powstają zasady dotyczące ubezpieczeń komunikacyjnych. Oczywiście, pomysł jest dobry - każdy powinien opłacać składki stosownie do zagrożenia, które generuje oraz w ścisłym związku do nakładów finansowych, które należy ponieść podczas leczenia ofiar wypadków. Jednak pomysł ministra zdrowia należy poszerzyć o przypadki stosowania używek (alkohol, tytoń, narkotyki). Jeśli ktoś niemal całe życie popala sobie papierosy (a Profesor przyznaje się do kilkudziesięciu dziennie), przeto składki przekazywane na odpowiednie fundusze powinny być zróżnicowane w zależności od intensywności dobrowolnego wprowadzania szkodliwych ciał obcych do swego organizmu. Podano, że ponad 90% przypadków raka płuc ma ścisły związek z paleniem. Zatem - owszem, wolność (możemy czynić, co nam się podoba w ramach prawa), ale także obciążenia finansowe (za nasze błędy powinniśmy jednak płacić!). Prawdopodobnie można oszacować, jakie koszty ponosi budżet Państwa z tytułu nadużywania wymienionych trzech zeł obecnych czasów.
Przy uznaniu zmian (w ubezpieczeniach komunikacyjnych) za uzasadnione, należałoby opracować podobne zasady dla sposobu uiszczania składek na opiekę zdrowotną. Niech nałogowe pijące, palące i faszerujące się osoby, wpłacają wyższe stawki na ewentualne (statystyczne a wysoce prawdopodobne) leczenie swoich dolegliwości. Należałoby opracować wzór oświadczenia, w którym ubezpieczony deklarowałby fakt korzystania z tych używek oraz ich poziom intensywności. Co pewien czas byłyby te dane weryfikowane poprzez okresowe badania, okazjonalne kontrole właściwych władz, tudzież doniesienia obywateli. Jeśli w przypadku ujęcia kierowcy w stanie wskazującym na upojenie alkoholowe albo zwidy narkotykowe, należałoby podnieść mu stawkę ubezpieczeniową komunikacyjną (np. na 5 lat, przy np. dwuletnim zakazie prowadzenia pojazdów; abstrahując od innych postulowanych drastycznych rozwiązań), to w przypadku ujawnienia (przy jakiejkolwiek okazji) konsumowania przez osobę ubezpieczoną opisywanych używek, podniesiono by stawkę ubezpieczenia od najbliższego miesiąca. W przypadku osób znanych (jak min. Religa) właściwie wypełnienie formularza nie nastręczałoby żadnych problemów, bowiem każdy współpracujący z ministrem doskonale wie, że kopci bardziej niż dawno wycofane parowozy.
Gdyby dany delikwent porzucił swoje uzależnienia, to jeszcze przez parę lat opłacałby podwyższona składkę, ale sukcesywnie malejącą, choć jej wysokość zależałaby od okresowych badań lekarskich.
Już słyszę oponentów, którzy wyśmieją niemal policyjny system uzyskiwania danych - nie dość, że już mamy sporo wścibskich pomysłów nękających rodaków, to jeszcze ten jeden... Ależ proszę Państwa - nie ma darmowych obiadów! Albo pijące (za kierownicą, ale także poza nią) oraz palące i narkotyzujące się osoby będą ponosić większe ciężary swoich przyzwyczajeń, albo społeczeństwo będzie im fundowało leczenie, operacje i sanatoria oraz straty ponoszone w pracy zawodowej, ponieważ z powodu tych trzech uzależnień my (jako państwo) bezpowrotnie tracimy na swoim materialnym stanie posiadania, co bardziej namacalnie można zaobserwować na poziomie finansów każdej rodziny (o, tutaj bezbłędnie wychwycimy każdą nieścisłość czy rozbieżność...).
Zresztą nie byłoby żadnych policyjnych sztuczek - każdy składałby oświadczenie (podobnie jak dla fiskusa), które byłoby jawne i byłoby oceniane przez lokalną społeczność. W końcu sąsiad, kolega z pracy, rodzina doskonale wiedzą, kto ile pali, pije i ćpa...
Oczywiście, niniejszy pomysł, zapewne jako naruszający dobra osobiste jednostki i zasadzający się na jej kieszeń, w świetle demokratycznych wykładni praw człowieka i obywatela, upadnie pod gradem zarzutów obrońców szczytnych idei, zatem... pozostanie po dawnemu - niepijący, niepalący i niećpający będą fundować opiekę zdrowotną pijącym, palącym i ćpającym w ramach błędnie pojętej współodpowiedzialności za swoje czyny.
Ponadto część środków na leczenie chorób związanych z nadużywaniem alkoholu i papierosów powinna pochodzić z zysków koncernów produkujących te używki, jak również powinna być zawarta w sklepowej cenie. Corocznie byłyby podawane te kwoty w rocznikach statystycznych.
Panu min. Relidze życzymy rychłego powrotu do zdrowia i przemyślenia - wzorem słusznych pomysłów w sferze ubezpieczeń komunikacyjnych - podobnych rozwiązań w systemie ubezpieczeń zdrowotnych.
Nikt nie lubi płacić podatków i ubezpieczeń, jednak - im powszechniejsze są owe daniny, tym tańsze dla każdego obywatela. Im sprawiedliwszy jest system ubezpieczeń (konsumenci nadużywający alkoholu, tytoniu, czy narkotyków powinni mieć wyższe stawki ubezpieczenia zdrowotnego, podobnie jak wyczynowi sportowcy, czy przedstawiciele zawodów podwyższonego ryzyka), tym umacnia się poczucie podatnika a obywatela, że żyje w logiczniej zarządzanym państwie.Kozakiewicz sprzedał swój gest - iThink.pl (4 czerwca 2007)
Władysław Kozakiewicz (ur. 1953) podczas zbojkotowanych przez wiele zachodnich państw igrzysk w Moskwie (z powodu agresji ZSRR na Afganistan), został naszym narodowym bohaterem 30 lipca 1980 (XXII Letnie Igrzyska Olimpijskie). Na stadionie największego państwa świata, państwa opartego o system totalitarny (oficjalnie głoszący władzę robotników i chłopów, zaś faktycznie gnębiący każdego myślącego inaczej), pokazał charakterystyczny gest wała, zwany odtąd "gestem Kozakiewicza" (niemiecka Wikipedia ową figurę opisuje następująco - "Er richtete seine rechte Faust in Richtung Publikum und schlug sich mit der linken Hand auf den Oberarm").
Nasz najlepszy tyczkarz zdobył wówczas złoty medal - pokonał wysokość 574 cm. Jego występom towarzyszyły gwizdy towarzyszy i sportowiec nie mógł sobie odmówić odreagowania na niesportowe zachowanie kibiców. Pomimo nieustających gwizdów i niesympatycznego traktowania, mając zapewnione złoto, zdołał jeszcze podwyższyć rekord świata na 578 cm. Drugie miejsce zajął nieodżałowany Tadeusz Ślusarski, także nasz polski wielki tyczkarz. Radziecki ambasador w Polsce domagał się wyciągnięcia poważnych konsekwencji, zaś polskie władze sportowe zachowanie Mistrza tłumaczyły... skurczem mięśni.
Podczas kariery 8-krotnie poprawiał rekord Polski (od 532 cm w 1973 do 578 cm w 1980). W słynnym 1980 roku został uznany za najlepszego polskiego sportowca. 5 lat po olimpiadzie, nasz mistrz (przyzwoicie żyjący w Polsce i mieszkający w Gdyni) uciekł do Niemiec Zachodnich prosząc o azyl i obywatelstwo. Parokrotnie reprezentował to państwo na międzynarodowych arenach, na których odnotowano jego rekord na rzecz Niemiec (570 cm). Czy byłoby niesympatycznie, gdyby ów niemiecki rekord był lepszy od polskiego wyczynu z moskiewskiej olimpiady?
W Polsce dobiegał kres komuny, w świecie kres ZSRR i można zauważyć, że Kozakiewicz popełnił życiowy falstart. Podobny Polakom podpisującym niemieckie listy narodowościowe, którzy myśleli, że faszystowskie porządki w okupowanej Polsce będą równie tysiącletnie, co III Rzesza w swych niezbyt pobożnych życzeniach. Oba totalitarne państwa zawaliły się tyle nagle, co dość niespodziewanie, zostawiając wielu naszych rodaków w kłopotliwych sytuacjach. Falstart to określenie sportowe, choć chyba odpowiednie w stosunku do opisanych sytuacji. Po obaleniu komuny, pan Władysław powrócił do Gdyni, w której był nawet radnym (1999-2002). Prawdopodobnie pamięć sportowych osiągnięć odczuwanych przez pryzmat gestu jego imienia, przysłoniły nieprzyjemną historię z porzuceniem Polski (wprawdzie jeszcze jako PRL) dla Niemiec (oczywiście Zachodnich) na parę lat przed wymazaniem obu tych państw z kart historii.
Ostatnio pan Kozakiewicz zasłynął ponownie - tym razem w reklamie pewnego żelu na bóle mięśni i kości. Gdyby Wołodyjowski i Ketling przeżyli słynne i głośne (także dosłownie) wysadzenie twierdzy w Kamieńcu Podolskim (wg Sienkiewicza, bo chyba tak niezupełnie było...), a byłoby to w dobie telewizji, to jak byśmy ocenili, gdyby owi nasi dzielni bohaterowie sprzedawali swój patriotyczny czyn w reklamie noworocznych chińskich sztucznych ogni?
Inna sprawa, że sam nasz Mistrz opowiadał parę lat temu o swoim geście i już wówczas nimb owego incydentu wyraźnie przyblakł. Nie było w tej opowieści ani patosu, ani legendy - raczej odruch zirytowanego gawrosza.
Oczywiście, p. Kozakiewicz bardzo wiele zrobił dla polskiego sportu, jednak oboma posunięciami niefortunnie popsuł swój wizerunek wielkiego Polaka w sporcie. A szkoda! Nie znam osobiście Mistrza. Widziałem go kiedyś w naszym mieście pod piwnym parasolem. Obaj jesteśmy Gdynianami* i... rówieśnikami. Może stąd moja ostrzejsza ocena krajana...
* - nazwy mieszkańców miejscowości powinniśmy pisywać od dużych (wielkich) liter (wbrew słownikom).Każdy powinien mieć biało-czerwony krawat! - iThink.pl (4 czerwca 2007)
Jak odróżnić symbole partyjne jednej partii od narodowych barw naszej ojczyzny? Każdy polityk powinien zawiązać biało-czerwony krawat!
Właśnie obchodzimy (większość z nas bokiem, z niechęcią, ale wielu uroczyście) 15. rocznicę powstania partii "Samoobrona" (założona 10 stycznia 1992, zarejestrowana sądownie 12 czerwca 1992). Parę lat temu partia ta zawłaszczyła nasze barwy narodowe, wiążąc swym działaczom krawaty w biało-czerwone pasy, przeto należało już wówczas zastosować jakiś rozsądny fortel. Podobno nie można im było zabronić noszenia takich krawatów, bowiem (jak mniemam) gdyby można było to uczynić, to już dawno wpłynąłby stosowny wniosek. Cóż zatem należało uczynić? Otóż - należało gremialnie przyjąć ów pomysł! Wszyscy posłowie, senatorowie, nasi przedstawiciele w europarlamencie oraz prezydent RP, premier, ministrowie i ambasadorowie naszego państwa powinni założyć takie same krawaty! Im wcześniej, tym lepiej! Jeśli nie chcemy, aby za kilka lat nasze narodowe barwy kojarzyły się z jedną (dość dziwną, ale mającą społeczne poparcie) partią, która nie tylko w naszym parlamencie będzie zadziwiać, ale także pokaże swoje umiejętności poza granicami naszego kraju (a rozkręca się...), to powinniśmy naszym pozostałym przedstawicielom również zawiązać owe krawaty. Inaczej cudzoziemcy widząc nasze flagi na zawodach sportowych, spotkaniach dyplomatycznych, wręczaniu międzynarodowych nagród, będą mieli jednoznaczne skojarzenia, których większość Polaków wolałaby sobie, dzieciom i wnukom zaoszczędzić!
Przy okazji - należy wprowadzić zapis prawny, który zabraniałby wytwarzania, importowania oraz sprzedaży wszelkich użytkowych przedmiotów (zwłaszcza wybranych asortymentów garderoby, ale chyba już zbyt późno na krawatowe embargo...) w kolorach jednoznacznie kojarzących się z naszą narodową flagą, co mogłoby oburzyć znakomitą większość Polaków. Podobną prawną ochronę należałoby wprowadzić w stosunku do wizerunku flagi UE oraz innych podmiotów prawa międzynarodowego.
Podczas wyborów w czerwcu 2004 Biuro Wyborcze przypomniało, że noszenie opasek, strojów organizacyjnych, krawatów i innych elementów kojarzonych z partią polityczną, będących symbolami tych partii, jest formą agitacji, której w lokalu wyborczym prowadzić nie wolno. Chodziło o biało-czerwone krawaty "Samoobrony". Jednak partia ta była zaskoczona - Nasz krawat nie jest w kolorze partyjnym, tylko w barwach narodowych. Poza tym, jak określić, czy każdy biało-czerwony krawat jest partyjny? Czy partyjne są paski poziome, czy pionowe? No bo jak odróżnić symbole partyjne od narodowych?
Nie można było tego przewidzieć? A proponowałem parę lat temu, aby wszyscy politycy nosili biało-czerwone krawaty. Nic z tego nie wyszło. Przespano sprawę. Idea pomarańczowej alternatywy mogła się rozwinąć w biało-czerwonym kierunku rozcieńczając wpływy i agitacyjną moc "Samoobrony", jednak przeoczono problem i mamy niezły bigos; niezły, bo polski - o, bigosy to nam się udają... Czas sprzyja dojrzewaniu bigosu, ale w polityce upływ czasu, bez właściwej reakcji, może się zemścić.Komputerowe wybieranie etyka do kontroli, czyli ekipa dla wipa - iThink.pl (16 czerwca 2007)
Prawo nie jest jednakowe dla wszystkich. Truizm? A idee? Okazuje się, że serwer Uniwersytetu Warszawskiego był pełen pirackich plików... Także pewna posłanka została wpędzona w kłopoty przez partyjnego kolegę, który ujawnił (ale gaduła!), że jej markowa torebka została nabyta za 50 zł od przygodnego Azjaty, a to oznacza, że nie tylko była "markowa", ale obopólnie naruszono prawo ochrony własności intelektualnej. I jeśli sprzedawca jest anonimowy i trudno uchwytny, a ponadto będzie udawał, że nie zna (autorskiego) prawa, to druga strona nielegalnej transakcji często przebywa w gmachu Sejmu i raczej nie powinna twierdzić, że nie zna prawa...
Jednak walka z ochroną intelektualnych wartości trwa i najczęściej media podają, że policja skutecznie namierza... studentów, którzy są przyszłością narodu. Funkcjonariusze słusznie rozumują, że młodzież należy wychowywać na praworządnych obywateli i w wielkim szacunku dla (unijnego) prawa. A na starszych i wpływowych obywateli to szkoda już czasu, bo i cóż im po morałach, a ponadto ręce zbyt krótkie i zwierzchnik nie pochwali, bo przecież ryzykuje swoim stanowiskiem.
Ponieważ społeczeństwo ma być nowoczesne i prawe, a ryba psuje się od głowy, przeto należy rozważyć procedurę kontrolującą ową głowę. Do bazy danych byłyby wprowadzane dane osób znanych, popularnych, wpływowych, także majętnych. W pierwszej kolejności prawnicy, posłowie, senatorowie, ministrowie oraz etycy (profesorowie i komentatorzy sceny politycznej), a więc osoby niejako stojące (albo które stać powinny) z definicji na straży ustalanego prawa. Jeśli stanowią je, to powinni być na pierwszej linii w walce o jego wdrażanie.
Co tydzień komputer losowałby dane osoby, która byłaby wszechstronnie skontrolowana. Jej dane byłyby opublikowane po wylosowaniu, ale też dopiero po wkroczeniu specjalnej ekipy na posiadłość wybranej znanej osoby. Cała Polska emocjonowałaby się kontrolą - byłby to taki Big Brother z górnej półki, wszak nasi praworządni a czołowi obywatele nie mają nic do ukrycia. Bukmacherzy przyjmowaliby zakłady na liczbę ujawnionych nieprawidłowości.
Cóż kontrolowałaby ekipa? Ano wszystko, czyli - legalność oprogramowania w komputerach domowych i biurowych (jeśli takie posiada wylosowana osoba), oryginalność odzieży, zegarków, sprzętu elektronicznego itp., plany budowlane (zezwolenia, zgodność budowli z dokumentacją, prawa autorskie architekta), alkohole oraz papierosy w aspekcie akcyzy, paliwo w aucie i atesty na części zamienne oraz badania techniczne wozu. Przy okazji domostwo byłoby przeszukane pod kątem posiadania narkotyków i niedozwolonych zdjęć z dziećmi i zwierzakami oraz zabronionych lektur typu "Mein Kampf".
Ponadto do bazy danych trafiłyby dane osób, które powinny mieć wysokie morale - rektorzy, profesorowie, dyrektorzy firm, szpitali, ordynatorzy, oficerowie, dziennikarze. Ponieważ pomysł powstał na podstawie rozważań przestrzegania prawa autorskiego, przeto należałoby tam również umieścić osoby ściśle związane z tym zagadnieniem - aktorzy, pisarze, muzycy i inni twórcy, którzy twierdzą, że kontrole i kary wobec piratów nie są wystarczające, a przecież walcząc z przejawami płytowego piractwa, sami powinni świecić przykładem w jego przestrzeganiu.
Jako że znajomość prawa wśród wipów jest dość dobra (choć przecież nie wzorowa), przeto powstaną biura usługowe, które będą doradzać wipom i wystawiać im swoje certyfikaty. Każdy praworządny a wpisany do bazy obywatel będzie mógł zamówić wizytę specjalisty, który przy zachowaniu tajemnicy zawodowej, przejrzy chudobę i doradzi czego się pozbyć, a co jest legalne. I wówczas wip może spokojnie funkcjonować i spać z certyfikatem pod poduszką. Dodatkowo można byłoby ubezpieczyć się a to od błędu popełnionego przez biuro, a to od ewentualnej grzywny w przypadku znalezienia przedmiotu, który nie byłby okazany biuru w ramach audytu.
Wipi powinni również mieć baczenie, czy współmałżonek, rodzina czyhająca na schedę, konkurenci oraz zawistni sąsiedzi, nie dają w imieninowym prezencie przedmiotów, które mogą okazać się... nielegalne, co przecież mogłoby zwichnąć karierę niejednemu etykowi.
Ekipa po zakończeniu kontroli wyda oświadczenie, w którym wymieni znalezione nielegalne przedmioty z karnymi zagrożeniami z tym związanymi albo uroczyście potwierdzi całkowitą legalność posiadanego majątku. Taka osoba uzyska tytuł "Nieskazitelny Obywatel RP".
Po wylosowaniu osoby do kontroli, jej dane pozostaną w bazie danych (z oczywistych powodów), a to oznacza, że w dalszym ciągu jest uczestnikiem opisanej procedury. Aby jednak uniknąć zbyt częstych kontroli, można ustalić półroczny okres wyłączenia z losowania.
Każdy obywatel starający się o ważne stanowisko w społeczeństwie, niejako automatycznie wyrazi zgodę na opisaną kontrolę, jeśli będzie je piastować. To oznacza, że nie będzie podpisywać zgody na kontrolę, gdyż ona będzie niezbywalnym prawem społeczeństwa do przeglądu swojego etycznego przedstawiciela.
Na użytek powyższego rozwiązania, należałoby zdefiniować termin "etyczny wip". Poza wymienionymi już osobami wpisywanymi do bazy niejako z urzędu, mogliby tam zapisywać się fakultatywnie pozostali prawi obywatele, których status nie kwalifikowałby do obligatoryjnego zapisu. Wypis z bazy byłby możliwy na podstawie orzeczenia sądowego.
Uczestnikom medialnych kontroli nie przysługiwałyby tantiemy za udzielane wywiady, aby wyeliminować finansowe korzyści, które mogłyby przekraczać dolegliwości fiskalne w ramach zaleceń pokontrolnych, a to przecież byłoby wysoce nieetyczne.
W razie niewątpliwego medialnego powodzenia opisanego programu, który edukowałby społeczeństwo oraz znakomicie podnosiłby poziom etyki w narodzie, należałoby rozważyć cotygodniowe takie akcje w każdym województwie. Z pewnością pomysłem zainteresowaliby się unijni specjaliści od czuwania nad wysokim morale nowoczesnego społeczeństwa, zwłaszcza wśród najdostojniejszych jego warstw, zatem podobne pouczające widowiska święciłyby tryumfy w całej Unii Europejskiej.
Wszak to nie sztuka skontrolować studentów w akademiku i ogłosić sukces - naród oczekuje wysokich etycznych i prawnych standardów wśród obywateli będących awangardą tych przymiotów, nie tylko w nominalnej, ale i w praktycznej sferze. Pragnie mieć doskonały wzór do naśladowania, a któż może być lepszą latarnią w ciemnościach bezprawia niż znany wip?
O, gdyby tak prześwietlić posiadłości wszystkich stanowiących prawo, którzy w mediach zawsze mają usta pełne frazesów o przestrzeganiu prawa...
Jaki jest pożytek z celnika, który wobec turysty ściśle stosuje taryfę, a wobec siebie i swej rodziny jest znacznie mniej wymagający?Plastynanci z plastynarium - iThink.pl (18 czerwca 2007)
Za 100 lat w świadomości współcześnie żyjących, zaniknie różnica pomiędzy ofiarami obozów zagłady a ochotnikami profesora von Hagensa. Może o to chodzi niektórym Europejczykom?
Miejscowość Sieniawa Żarska jest znana w Polsce "dzięki" Guentherowi von Hagensowi (niemiecki lekarz zajmujący się preparowaniem zwłok i wystawianiem ich jako eksponaty). Nabył on ziemię i budynki w tej wsi i zaproponował uruchomienie tam swojej komercyjnej działalności dla celów naukowych i artystycznych. Ciała przekazywane byłyby na podstawie testamentów. Pomysłodawca, wykorzystując opracowaną przez siebie technologię, polegającą na zastępowaniu płynów w organizmie substancjami chemicznymi, robi z nich muzealne eksponaty, które obwozi po wystawach. Obecnie prowadzi swoją działalność w Chinach. W Polsce interesy młodszego von Hagensa reprezentuje jego ok. 90-letni ojciec.
Na taki "genialny" koncept mógłby wpaść każdy, ale dlaczego takiego pomysłu nie miał syn profesora Religi? Ponieważ jest synem normalnego Polaka? Czy pewne narody podświadomie kładą akcenty na rodzaje działalności psychiatrycznie odbiegających od średniej europejskiej, której poziom wyczuwa każdy przeciętnie wrażliwy obywatel Europy? Zresztą od pomysłu do realizacji jest daleka droga, często na tyle daleka, aby z niej w porę zejść... Właściwie to szkoda, że realizacją zajął się syn niemieckiego esesmana. Gdyby "pracował" nad owym problemem nie-Niemiec i (jednak!) nie potomek nadczłowieka z organizacji uznanej za zbrodniczą, to zapewne nasze spojrzenie byłoby spokojniejsze. Przecież nie sprowadzono by odkurzaczy Zyklon (są takie!) z Niemiec do Izraela, a takie komercyjne przedsięwzięcie uznano by za prowokację albo głupotę (podobnie - polskie obozy koncentracyjne). Ponadto - gdyby nie była to głośna produkcja, lecz skromna manufakturka odwołująca się do nauki, a nie do sztuki i interesu, to można byłoby rozważyć taką cichą chałupniczą działalność. Przeszłość ojca producenta a wynalazcy metody plastyfikacji i jej zastosowanie w sztuce, uniemożliwia powstanie zakładu przetwarzającego naszych rodaków we współczesne konserwy a mumie (bez bandaży i odarte ze skóry).
Podobno owi pokazywani ludzcy manekini zgodzili się (oczywiście wcześniej, jako żywi ludzie) na bezpłatne zaplastyfikowanie i komercyjne wystawiennictwo. Ile w tym prawdy? Normalny człowiek z biedy mógłby sprzedać swe ciało dla celów naukowych a nawet ekshibicjonistycznych (termin "wystawa" w wielu językach nawiązuje nawet do tego słowa). W końcu, na świecie ludziska przekazują swe części ciała jako zamienne a ratujące życie. Prawo zabrania sprzedaży, przeto często spisywane są fikcyjne umowy darowizn. Gdyby przejrzeć wszystkie kontrakty Hagensa, zapewne udowodniono by niejedną nielegalną transakcję. Ale przynajmniej uznałbym tych biednych ludzi za normalnych. Natomiast rzeczywiste niekomercyjne przekazanie swego ciała do artystycznego przerobu uznaję w naszej kulturze (pewnie zacofanej?) za dewiację. Chęć zaistnienia po śmierci przez ludzi, którzy niczego nie osiągnęli? A może są tam jakieś wybitne wyjątki? Można wytypować jakieś sławy do przyszłych ekspozycji? Czyżby nasz orzeł wychodzący z progu do rekordowego lotu po szklaną kulę? Oczywiście, po karierze, szczęśliwym życiu i u schyłku zasłużonej emerytury - taka reklama kolejnych planów organizacji zimowych igrzysk w Zakopanem...
Niektórzy prawnicy mówią - polskie prawo nie przewiduje takiego "artyzmu", czyli na (nawet) dobrowolne przetwarzanie zwłok w kierunku wystawienniczym. Od wielu lat mawia się - co nie jest zabronione, jest dozwolone. Być może, że prawo nie zdążyło wyartykułować godnego zapisu, podobnie jak amerykańska konstytucja nie zdążyła wypowiedzieć się na temat jednopłciowych małżeństw - zwolennicy takiego zboczonego mariażu twierdzą, że ustawa zasadnicza nie zabrania "jednoimiennych ślubów", ale gdyby zapytać twórców konstytucji, to zapewne by zemdleli tuż po usłyszeniu nurtującego Amerykanów problemu - oni nie wykluczyli dewiacyjnych pomysłów, bowiem w ogóle nie wzięli pod uwagę, że w przyszłości ludziska będą chcieli pożenić niepożenialne...
Inni prawnicy mówią, że polskie prawo jednak zakazuje preparacji polskich obywateli, co pozostawia otwartą importową ścieżkę, a chyba też nie o to chodzi... Gdyby uznać proponowaną działalność za sztukę, to czy coś stanie na przeszkodzie, aby w sklepowej witrynie ustawić młodą dziewczynę, oskórowaną i splastyfikowaną, ale w sukni ślubnej? Przy okazji reklamowałaby nowoczesne odzienie na nową drogę życia - nową dla żywych i szczęśliwych, ostatnią dla manekinki. Na skostniałych stópkach wzute buciki z prawdziwej zwierzęcej skórki, co obok byłoby zilustrowane stosownym wypatroszonym zwierzakiem tej samej marki. Sztuka wyzuta z sumienia? Już zresztą mamy przykłady Polek dobijających się sławy i wojujących nie tylko z sądami - na tamten świat wyprawiane są zwierzęta wraz z ich równie wyprawionymi skórami ustawionymi w piramidkę oraz zewnętrzny atrybut płci niepięknej rzucony na symbol męki Chrystusa. Pieniądze ponad moralność - nagminne, nie tylko w branży artystycznej...
Przecież nie ma zakazu wystawiania na widok publiczny dzieł sztuki, zwłaszcza że szyby pancerne nie są aż tak drogie i zniosą kamienne protesty... A jeśli "Płonąca żyrafa" (choćby reprodukcja) miałaby zwiększyć liczbę sprzedawanych biletów do zoo tudzież konsumpcję ugrylowanych kurczaków, to dlaczego dzieło nowoczesnego lekarza pt. "Marzenie panny młodej" nie mogłoby nakręcać koniunktury w modzie ślubnej? Nic to, że młoda dziewczyna naznaczona przez fatalne zrządzenie Losu prosto z hospicjum, a różowy plastyk nieco jeszcze pokapuje, bo nie dochowano reżymu jednej z technologicznych procedur...
Czy syn już spoziera na tatusia łakomym okiem? Zdaje się, że ojciec jest już w wieku poborowym... 65 lat temu również był poborowym - kiedyś rozwijał sztandary nad cudzymi ziemiami, ale teraz czas pomyśleć o zwijaniu żagli przed opuszczeniem tego ziemskiego padołu i dokonać obrachunku, a nie pchać się z całunami na tereny, z których przegoniono go ze swastycznymi flagami. Jako starszy współudziałowiec interesu mógłby przekazać swoje grzeszne ciało ku frajdzie gawiedzi wraz ze swymi udziałami ku uciesze własnego syna. Adoptowane dzieci często przejmują charakter swych opiekunów prawnych poprzez wychowanie. Genetycy dostrzegli związek pomiędzy zamiłowaniami protoplastów a ich latoroślami. Niech się przysłuży ludzkości czymś więcej, niż wykonywaniem esesmańskich wyroków. Syn powinien osobiście okorować tatkę do cna i przyoblec w przystojną a budzącą grozę czapkę z emblematem trupiej czaszki, którą naciśnięto by na takąż, ale prawdziwą a ojcowską. I ustawić seniora przed wejściem na wystawę jako żywą (sic!) reklamę interesu, najlepiej z charakterystycznie trzeciorzesznie wyprostowaną ręką, ni to pozdrawiającą widzów, ni to wskazującą im drogę do kasy.
Być może, że oryginalna działalność juniora nie jest całkowicie naganna - może powinna być adresowana wyłącznie ku studentom medycyny i lekarzom? A jeśli nawet skierowana jest do publiki, to jednak w godnych pozach i w bardziej kaplicznej atmosferze. Jeśli zaakceptujemy takie muzea, to za jakiś czas kolejny i równie (bez)łebski przedsiębiorca otworzy interes, w którym za bilety publika wejdzie do rzeźni (specjalnie przystosowanej do przyjmowania eleganckich widzów, zgodnie z ISO - lustra weneckie, aby pracowników tudzież jeszcze żywego wsadu do puszek nazbyt nie płoszyć i rozpraszać), w której będzie mogła oglądać pełną procedurę wytwarzania kiełbasy. Ma prawo gawiedź do takiej rozrywki w wolnym kraju?
Obecnie wyroki kary śmierci wykonywane są w obecności osób urzędowych i poszkodowanych rodzin, ale poczekajmy - z czasem będą organizowane przeloty z UE do USA i Chin, na komercyjne kacie wykonawstwo, a modniej i bardziej trendy - na death performing. Już w internecie zamieszczane są okrutne sceny z udziałem niewinnych osób. A co będzie w przyszłości? Pełna ekspresja krwawego teatru, coś na kształt walki gladiatorów - jednorazowi aktorzy; wygrywający żywy bierze wszystko, przegrywający trup odchodzi (znoszą go) z niczym. Taki teleturniej na ostro - najsłabsze ogniwo życia i śmierci. Jeśli za 20 mln dolarów można polecieć w kosmos, to dlaczego za 20 tys. dolców nie można być na egzekucji?
A ludziska, jak to ludziska - pewnie piszcząc z bezrobocia, gotowi są obedrzeć każdego ze skóry, nawet żywego a tłustego polityka, który coś obiecał a nie dotrzymał... A co dopiero zmarłego. Oburzaliśmy się kiedyś słysząc o mydełkach i abażurach wykonanych z ludzkich surowców. Po ponad półwieczu mamy zmodyfikowane pomysły krążące jednak cały czas wokół zyskownej utylizacji zbędnego już człeka. I to w wykonaniu niemieckiego lekarza z genetycznym piętnem. Ironia losu? I może zaistnieć sytuacja, kiedy Polacy (jako naród) sprzeciwią się inwestycji, zaś inni Polacy (jako gmina) oddadzą sprawę do unijnego arbitrażu i... wygrają, zatem ruszy ów interes.
Za 100 lat rozmydli się (to aluzja do onego koszmarnego mydła) różnica pomiędzy ofiarami obozów zagłady a ochotnikami profesora von Hagensa - znudzeni życiem widzowie oglądający piece krematoriów z rozsypanymi szkieletami oraz zwiedzający wędrowne wystawy z soczystymi mięśniami, przeoczą zasadnicze różnice pomiędzy owymi wytworami myśli niemieckiej. I to będzie sukces ludzi promujących nową historię Europy, kiedy poprawni politycy będą zapominać o martyrologii milionów mieszkańców naszego kontynentu.
Ostatnio trwa batalia o zgodę na wydruk wątpliwego dzieła "Mein Kampf" autorstwa niejakiego Adolfa Hitlera. Demokratyczni Niemcy są oburzeni wydaniem w Polsce "Mojej (czyli jego) walki" przetłumaczonej z... ich języka. Nie widziałem ani omawianej wystawy ani nie czytałem książki, ale dlaczego bardziej wizualna i mocniej wpływająca na widza sztuka ma być lepsza (bo dopuszczona przez cenzurę) od przedwojennych zdań dewianta, oddziałujących na czytelnika negatywnie (zatem zablokowana przez cenzurę)? Skoro mamy wolność, to może dajmy do poczytania chętnym to równie wątpliwe dziełko? Zresztą przeczytanie jakiejkolwiek książki w dzisiejszych czasach jest większym wyczynem dla przeciętnego człowieka szarpiącego się z trudami życia codziennego, niż obejrzenie wystawy (zwłaszcza dzięki mediom)...
Przy okazji - plastyk, termoplastyk, plastyfikacja oraz wiele innych podobnych terminów, w naszym języku powinniśmy pisać -sty-, nie -sti-, niezależnie czy myślimy o ludziach, przedmiotach, tworzywach tudzież zjawiskach (w wielu innych językach wyłącznie -sti-, a u nas piszmy wyłącznie -sty-). Czy osoby przetransformowane przez Niemca to plastynantki oraz plastynanci? Jak alianci, amanci, adiutanci, akceptanci, aplikanci, aresztanci, aroganci, asekuranci, aspiranci, azylanci, absztyfikanci, bajeranci, birbanci, bumelanci, beneficjanci, celebranci, ceremonianci, debiutanci, dewianci, doktoranci, dyletanci, dyplomanci, dyskutanci, dywersanci, defraudanci, demonstranci, denuncjanci, eleganci, emigranci, fabrykanci, fatyganci, figuranci, gwaranci, intryganci, interesanci, kombatanci, komedianci, komendanci, komisanci, kooperanci, krytykanci, kursanci, kolaboranci, konsultanci, laboranci, lawiranci, lejtnanci, licytanci, mutanci, melioranci, muzykanci, malwersanci, manifestanci, manipulanci, ministranci, obskuranci, okupanci, pedanci, partyzanci, pendanci, policjanci, pozoranci, paszkwilanci, praktykanci, projektanci, protestanci, protokolanci, rebelianci, ryzykanci, repatrianci, reprezentanci, sekundanci, serwisanci, sierżanci, spekulanci, symulanci, szyfranci, skrupulanci, solenizanci, trasanci, żyranci? Czy (jako osoby o zaplastykowanym, a dokładniej - o zaplastynowanym ciele, jednak bez życia i bez duszy) to tylko plastynanty?
W chwili obecnej, muzeum w niemieckim Gubinie wabi (jeszcze żywych) Polaków specjalną promocją - każdy z nas może wejść i obejrzeć owo kontrowersyjne miejsce... bezpłatnie (dla innych bilety są po 6-12 euro/eurów/europów; zanim wejdziemy do strefy E powinniśmy dokładnie wiedzieć, jak odmieniać tę walutę i jakiego jest rodzaju gramatycznego). Tamże można zaopatrzyć się w rozmaite pamiątki - albumy, płyty, pocztówki; jeszcze chyba nie ma znaczków pocztowych... Banki mają sympatyczny zwyczaj zamieszczania na swych plastykowych kartach interesujących ilustracji nawiązujących do wydarzeń sportowych lub do cennych inicjatyw społecznych. A karty telefoniczne... Może jednak nie!
Owo muzeum w jezyku Goethego zwie się Plastinarium, ale po polsku raczej plastynarium, skoro przyjęliśmy wyraz plastynacja (jeśli powstałoby polskie takie muzeum, to Plastynarium jako nazwa firmy w danym miejscu).
Plastynacja - proces polegający na usunięciu z tkanek (zwierzęcych lub ludzkich) wody oraz tłuszczów i nasyceniu ich polimerami, co powoduje zatrzymanie ich rozkładu, jednak zachowany zostaje ich kształt i kolor; po plastynacji eksponaty są używane jako modele anatomiczne w medycynie i w sztuce; Guenther von Hagens - wynalazca i właściciel patentu.
mirnal1402
Strona główna