Komentarze 2007 (X-XII)

    Błędne umieszczenie "się" przed czasownikiem - iThink (1 października 2007)
    Czy w tekstach prawnych (przepisy, definicje, twierdzenia) można postawić zaimek się przed czasownikiem?
    Poloniści uważają, że zaimek się może występować zarówno przed czasownikiem, jak i po nim.
    W języku potocznym (mówionym, szybkim) niekiedy mamy problemy z postawieniem się w miejscu, które zaplanowaliśmy, ale w ferworze dyskusji może to nie razić naszych słuchaczy, jak i nas samych. Podobnie w tekstach o treści żartobliwej, przekornych felietonach, tudzież poezji. W zdaniach pytających się przed czasownikiem często bywa pożądane. Regułą jest także niestawianie się na początku zdania - Się uczysz, Się nie wychylaj!, Się znajdujesz?
    Jednak w zdaniach oznajmujących - pisma urzędowe, podręczniki, rozprawy naukowe, instrukcje, normy techniczne, obwieszczenia, przepisy, definicje, objaśnienia encyklopedyczne itp. stawianie się przed czasownikiem należy uznać za usterkę. Dalsze uwagi dotyczą takich właśnie zdań.
    Przeglądając szereg poważnych oficjalnych wydawnictw można zaryzykować pogląd, że w prawidłowo zredagowanym tekście, zaimek się powinien znajdować się wyłącznie po czasowniku. Kolejność odwrotna w oficjalnym języku powinna być uznana za usterkę. Zasada ta dotyczy nie tylko czasowników, ale i innych części mowy (składać się, składa się, składaj się, składając się, składający się, składanie się).
    Nawet w tekście Konstytucji 1997 (dostrzeżono tam także wiele innych błędów) zaimek się umieszczono po czasowniku, mimo że zdanie rozpoczęto w sposób charakterystyczny dla zdanie pytającego (art. 37.1) -
    Kto znajduje się pod władzą Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności i praw zapewnionych w Konstytucji.
    Tamże, wśród kilkudziesięciu zdań zawierających się, jednak kilka z nich ma odwrotną kolejność.
    Art. 116.2 - [...] Jeżeli Sejm nie może się zebrać na posiedzenie, o stanie wojny postanawia Prezydent Rzeczypospolitej.
    Ponieważ się dotyczy zebrać, a nie może, przeto należałoby zmienić kolejność na zebrać się.
    Art. 53.2 - [...] Wolność religii obejmuje także posiadanie świątyń i innych miejsc kultu w zależności od potrzeb ludzi wierzących oraz prawo osób do korzystania z pomocy religijnej tam, gdzie się znajdują.
    Tutaj mamy trudniejszy przypadek - tam, gdzie się znajdują jest infantylizmem językowym niegodnym poważnego aktu prawnego, zatem przestawienie zaimka niewiele zmieni... Należałoby przeredagować koniec zdania (przykładowo) - ... do korzystania z pomocy religijnej w miejscu ich przebywania. W tym oraz w wielu innych przypadkach dyskusja na temat kolejności występowania zaimka zwrotnego się jest bezprzedmiotowa, jako że poprawniej byłoby zrezygnować z niego na rzecz zupełnie innej konstrukcji zdania.
    Interesującym przykładem jest także art. 91.2 -
    Umowa międzynarodowa ratyfikowana za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie ma pierwszeństwo przed ustawą, jeżeli ustawy tej nie da się pogodzić z umową.
    Gdyby uznać, że się dotyczy da, byłby to poprawny fragment (z punktu widzenia omawianego problemu). Jednak się dotyczy pogodzić. Mamy tu większą usterkę - w tak uroczystym tekście da(ć) się jest zdecydowanym infantylizmem językowym. Poprawniej byłoby (przykładowo) - ... jeżeli ustawy tej nie można pogodzić z umową.
    Ciekawe, ale w tekście przedostatniej konstytucji (ostatniej w PRL) jest kilkanaście zdań zawierających omawiany zaimek zwrotny i we wszystkich zdaniach występuje on po czasowniku. To nie może być przypadek - zdania te napisano poprawnie!
    Zdanie jest towarem (jak niemal wszystko na tym naszym świecie), zatem jest tworzone, sprzedawane, przechowywane, eksploatowane i wyrzucane (zapominane). Jest także oceniane. Towar (tu - zdanie) może być wykonany lepiej lub gorzej, poprawniej lub mniej poprawnie.
    W języku urzędowym (oficjalnym) każde zdanie zawierające zaimek zwrotny się przed związanym z nim słowem można przeredagować uzyskując proponowaną kolejność lub rezygnując z tego zaimka.
    Nie istnieje zdanie zawierające zaimek się umieszczone przed słowem z nim związanym, którego nie można byłoby zmienić w omawiany sposób otrzymując zdanie poprawniejsze. W oficjalnych tekstach zaimek się postawiony w krytykowany sposób deprecjonuje ów tekst.
    Obecna konstytucja obowiązuje 10 lat. Podczas redagowania kolejnej ustawy zasadniczej, należy zastosować właściwy szyk czasownika i zaimka się, o co apeluję do autorów jej nowszej wersji.
    Jakie jest stanowisko polonistów interesujących się prawem albo prawników zastanawiających się nad językiem polskim?

    Usuwanie usówania - iThink (4 października 2007)
    Od kilku lat TVN24, poza informacjami przekazywanymi w klasycznej formie, zamieszcza u dołu ekranu ruchome teksty z najważniejszymi nowin(k)ami (niusy/newsy). Do niedawna napisy przesuwały się z prawa na lewo (taki ruchomy pasek to bodaj skrol/scroll). Ponad rok temu zaprzestano stosowania małych liter - pisano całe teksty wielkimi/dużymi literami, dzięki czemu spadła liczba popełnianych błędów (z oczywistych powodów). Niedawno zarzucono metodę skrolu/skrola na rzecz pionowego wstawiania całych zdań u dołu ekranu. Jednocześnie powrócono do stosowania małych liter (oczywiście zdania są rozpoczynane wielkimi/dużymi literami, takoż nazwy własne).
    Metoda skrolu/skrola pozostała jednak niewzruszona w telestacji TVN Meteo. I cóż tam przetaczało się (oprócz burz i trąb powietrznych) 30 września 2007? Czytamy - Obfite opady w centralnej części Niemiec doprowadziły do powodzi. W Saksonii strażacy pracowali przy usówaniu skutków ulew przez 24 godziny.
    Owo usówanie wykonało kilkanaście skrolowych tur, nim ktoś rezolutny a rozsądny zdecydował się poprawić błąd... Google notują kilkanaście tysięcy błędnie napisanych form tego słowa (także w odmianach). Zapewne zasugerowano się cząstką ów/owa...
    Ale tamże również podano - Wybuchł wulkan Mount Ruapehu na Nowej Zelandii. Jest największym wulkanem na Północnej Wyspie.
    Krótka informacja i dwa błędy - jeśli nazwa państwa leżącego na wyspach (a nie na jednej wyspie) jest w liczbie pojedynczej, to stosujemy inny przyimek - wszak nie na Japonii, na Indonezji, na Wielkiej Brytanii, ale w Nowej Zelandii. No i wyspa nie nazywa się Północna Wyspa, lecz Wyspa Północna (Morze Bałtyckie, nie Bałtyckie Morze). Owszem, można napisać, że Wyspa Północna jest północną wyspą, zaś Wyspa Południowa (Nowa Zelandia leży na obu tych wyspach oraz na szeregu pomniejszych wysp) jest południową wyspą; podobnie można napisać, że Morze Czerwone bywa czerwonym morzem.
    Skoro już o tym kraju, który leży niemal dokładnie pod nami i dlatego stąd jest nam tam najdalej... Obywatele tego państwa (wg mnie Nowozelandzi) mają stolicę o nazwie Wellington. Czytamy ją z angielska (jak Washington), jednak jeśli myślimy o spolszczeniu, to napisalibyśmy Welington (jedno l) wymawiając po polsku (jak Waszyngton). Podróżujemy do Welingtonu i do Waszyngtonu, ale myśli kierujemy do Wellingtona oraz do Washingtona (lub do Waszyngtona). Jedynie to drugie nazwisko zostało spolszczone (nazwisk z reguły się nie spolszcza), jednak nazwy geograficzne (jeśli jest to językowo możliwe) można przyswajać do naszej mowy.
    Zresztą angielskojęzyczny świat opisuje drzewo mamutowe jako wellingtonia tudzież kalosze jako wellingtons z oczywistym [ł], jednak my, Polacy, określamy je kolejno - welingtonia oraz welingtony z oczywistym [w].
    3 października 2007 Onet cytuje (chyba niezbyt dokładnie) aktorkę Jane Seymour (tytułowa rola w serialu "Doktor Quinn") wspominającą swą właśnie zmarłą matkę - Przyjaciele i rodzina byli najważniejsi w jej życiu. Często napinała swoje córki: "Kiedy życie jest ciężkie, zrób coś, by pomóc innym, a twoje problemy zmaleją. Zawsze jest ktoś, komu jest gorzej niż tobie". Szlachetna sentencja, ale napinanie kojarzy się raczej z Pudzianowskim (najsilniejszy człowiek świata), którego motto brzmi - Nigdy nie odpuszczam i zawsze walczę do końca.
    Szanowni klawiszowcy piszący teksty - nie odpuszczajcie szefowi i walczcie do końca o zainstalowanie programu sprawdzającego błędy ortograficzne (pierwszy przypadek) oraz napominajcie swoich kolegów, aby ponownie czytali tekst przed edycją (drugi przypadek).

    W końcu Niemcy płacą za krew Polaków - płaćmy i my! - iThink (5 października 2007)
    Gorzki chichot historii? Od wieków mawiano o konieczności zapłaty przez najeźdźców za polską krew i... spełniają się odwieczne polskie postulaty. Pewnie jednak nie w oczekiwanym stylu - nie o takiej formie zadośćuczynienia myślano. Od miesiąca jest dość głośno, że tuż za Odrą Niemcy skupują polskie osocze i... krew. Od Polaków, którym brakuje na ciuchy czy piwo i pewnie na setki innych spraw. U nas mogliby liczyć na kilka tabliczek czekolady.
    Polki i Polacy od wielu lat wyjeżdżają do Niemiec (mimo doznanych licznych krzywd przez nasz Naród) sprzedawać swoją pracę, rozum, ciało i teraz... krew. Zapewne wielu naszych rodaków jest zniesmaczonych (a nawet oburzonych) tą sytuacją. Na bodaj każdej płaszczyźnie Niemcy są lepsi i nawet nie muszą się z tym specjalnie obnosić - to widać. No, może w jakiejś rękodzielniczej dziedzinie by coś się znalazło na naszą korzyść (jak na styku Indianie - przybysze zza wielkiej wody). Również w tematach zdrowa żywność oraz ciężka fizyczna praca lub praca uchodząca za niegodną dla Niemca. O, w tych dziedzinach jesteśmy w stanie być lepszymi od naszych zachodnich przyjaciół i sojuszników... A technika to nie wszystko; nawet w rozwiązaniach socjalnych (także opieka zdrowotna, szkolnictwo, kultura) są lepsi od nas, bo i kasa większa i umiejętności organizacyjne na wyższym poziomie. Specjalnością, która może przynieść nam chwałę, choć raczej niewielkie pieniądze, to nasza muzyka. Jest bardziej melodyjna od niemieckiej i z niej istotnie możemy być dumni.
    Oczywiście, sami poszczególni Niemcy są w większości przyjaźni i "do rany przyłóż", jednak jeśli nasi przodkowie patrzą na nas z nieba, to co czują? Ale taki jest los każdej biedniejszej nacji marzącej o lepszym życiu, a graniczącej z innym a bogatszym narodem. Nie wojną zostali rodacy złamani, ale kuszeniem dobrobytem. Wczujmy się w sytuację, kiedy to my bylibyśmy na miejscu Niemców. A przecież taka sytuacja istnieje na styku Polacy - wschodni Słowianie. Lepiej czuje się naród wiedzący, że jest ważniejszy od innego... Z pewnością żaden znany Polak czy Niemiec nie przyzna się do takich spostrzeżeń - ma usta pełne sympatycznych frazesów typu "wszyscy są równi", "każdy naród ma coś do zaoferowania"...
    Podczas okupacji wyzyskiwano ekonomicznie naszych rodaków, po wojnie sami starali się o wyjazd do Niemiec Zachodnich (a teraz po prostu - do Niemiec). Eksport żywego towaru sprowadzającego się do roli przedmiotu jest charakterystyczny na styku państw o znacznej różnicy w zamożności i o sporych różnicach płacowych. Listę eksportową obejmującą rozum, ręce i ciała poszerzyliśmy o krew. Z powodu znacznych różnic cenowych towarów i usług w Polsce i na Zachodzie, wywozimy już niemal wszystko - papierosy, narkotyki, alkohole oraz cenne historyczne pamiątki, które ocalały przez wieki zawirowań wojennych. Do nas przyjeżdżają oszczędni ludzie Zachodu do lekarzy, zwłaszcza stomatologów, fryzjerów i warsztatów samochodowych oraz po zdrową żywność polską.
    Może należy płacić w Polsce i w innych krajach za krew, osocze, czy organy pobierane do przeszczepów? Może skończyć z idealizmem, skoro obaliliśmy system podobno bardziej ludzki (tak nam wmawiano) niż kapitalizm, a tenże wymaga płacenia za wszystko? Skoro pieniądz wymyślono dawno i wszystko można wymieniać na brzęczącą (a nawet na szeleszczącą) mamonę, to dlaczego nie krew? Poszanowanie kupionych towarów i usług jest większe niż szacunek dla darowanych albo przekazanych za pół ceny. Niech każdy wspomni choćby leki przekazywane w darach w stanie wojennym albo otrzymywane bezpłatnie w ramach przywilejów (kombatanci, kolejarze...). A jak szanowano leki wystane godzinami w aptekach albo kupione na rynku za socjalistyczne złotówki przeliczone po czarnorynkowym kursie wraz z koszmarną marżą? I z pewnością marnotrawstwo krwi (już będącej w gestii szpitali) się zmniejszy.
    Kiedyś sport (w tym olimpiady) miał być ideowy, czyli wolny od pokus finansowych. Couberten sobie wymyślił i przez jakiś czas nawet ta idea jakoś funkcjonowała (jak socjalizm przy kapitalizmie). Ale kiedy amatorstwo zaczęło przegrywać z zawodowstwem, to nastąpił upadek szczytnych zasad. I powrócono do zamierzchłej konstatacji - wszystko opiera się na pieniądzu. Klęskę poniosły ideały owego Francuza, który nie tylko uważany jest za odnowiciela igrzysk olimpijskich po kilkunastu wiekach przerwy, ale także za etyka domagającego się stuprocentowego amatorstwa w sporcie. Pod koniec lat 80. XX wieku zerwano z dotychczasową doktryną amatorstwa, zapraszając szerokim strumieniem płynące do sportu pieniądze sponsorów i podpisując wielomilionowe kontrakty na transmisje telewizyjne. Po upadku bloku socjalistycznego upadł także ostatni bastion coraz bardziej fikcyjnego amatorskiego sportu. Sportowcy zarabiają nawet setki milionów dolarów.
    Jeśli idea bezinteresowności w sporcie upadła z hukiem, to w imię czego utrzymywać tę fikcje w handlu organami i tkankami (w tym krwi)? Aby etycy czuli się lepiej? Lepiej poczuje się honorowy krwiodawca, który po spełnieniu swojej szlachetnej misji zapłaci kilkaset złotych za bilet wstępu na mecz, którego bohaterowie otrzymują kolosalne pieniądze za bieganie za piłką i z reklam, na które przecież zrzucają się wszyscy nabywcy towarów, w tym krwiodawcy? A może lepiej czuje się zamożny sportowiec, któremu uratowano życie bezpłatnie przekazując organy, za co nawet chciałby zapłacić, jednak etyka mu tego zabrania? Świat już tak dalece zabrnął w materializm, że idea bezinteresowności w udostępnianiu ludzkich części jest coraz bardziej iluzoryczna i... bezsensowna. To tylko kwestia czasu, kiedy oficjalne ideały dotyczące handlu ludzkimi częściami runą niczym mur berliński (a nawet Mur Berliński, gdyż to nie tylko zbiorowisko poustawianych zasieków, cegieł i betonowych płyt).
    Należy w sposób rozsądny i godny opracować system płacenia za pozyskiwane organy, co ukróci koszmarnie drogi a nielegalny proceder handlu narządami. Jeśli studentka może w internecie legalnie wystawić na licytację coraz mniej cenioną niewinność, aby mieć środki na studia, to dlaczego nie można legalnie zamieścić oferty sprzedaży swego narządu, aby uratować komuś życie? Ilu ludzi umiera w Polsce (i na świecie!) tylko dlatego, że wmawia się nam szczytne ideały? A zwiększenie liczby ofert spowoduje spadek ceny narządów do przeszczepów, czyli po ustabilizowaniu się rynku (po paru latach) przekazywanie organów będzie ponownie przypominało szlachetną ofiarę a nie handel. Prawdopodobnie ceny mogą wówczas spaść poniżej "przyzwoitej ceny" i państwo wprowadzi minimalne ceny na pozyskiwane organy. Jeśli jednak etycy nie mogą pogodzić się z jawnie ustalanymi cenami, to "na początek" (przejściowo) może zastosować niemiecki pomysł - za Odrą nie płacą wprost za krew i osocze, ale przekazują ekwiwalent za dojazd i fatygę (tak twierdzą). Zatem płaćmy za lekki uszczerbek na zdrowiu, za ryzyko, za zainteresowanie się losem bliźniego, za znoszenie specjalnych badań i w podzięce za odwiedzenie chirurga (celem uszczuplenia swego stanu tkanek). Może przekazywać talon na atrakcyjny towar? Państwo uznające, że dobrem najwyższym jest życie swego obywatela, zaproponuje auto dla osoby chcącej zaoferować podopiecznemu Państwa swój narząd. A jeśli taki materialny luksus mógłby uwierać etyka, to Państwo może wpłacić pewną kwotę na książeczkę mieszkaniową albo przejąć spłatę czynszu na szereg lat. Bliska rodzina będzie mieć pierwszeństwo w ratowaniu życia (można to nazwać prawem pierwokupu). Ministerstwo Zdrowia powinno podać szacunkowy poziom podatku przekazywanego  przy rozliczaniu formularzy PIT, aby poziom opieki zdrowotnej był istotnie godny cywilizacji trzeciego tysiąclecia. I o ile byłby on wyższy, gdyby za wszystkie tkanki i organy miałoby nasze Państwo (czyli my) płacić.
    Powyższe zapisał zazdrośnik i ceniciel (bo wielbiciel to jednak przesada) wszelakich osiągnięć niemieckich czasu pokoju. I zwolennik płacenia (już niemal) za wszystko.

    Dmuchajmy na zimne - iThink (7 października 2007)
    Reprezentanci Narodu są coraz słabsi psychicznie? Media podały szokującą informację - Dariusz M., radny z Łowicza, wyskoczył przez okno z czwartego piętra, kiedy funkcjonariusze odwiedzili go z rana w sprawie o korupcję.
    "W wyniku upadku mężczyzna doznał złamania obu nóg i miednicy". - powiedział rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej Krzysztof Kopania.
    Ktoś roztargniony mógłby zrozumieć, że reprezentant lokalnej społeczności prał brudne pieniądze i wyskoczył nie tyle na papierosa, co z praniem w miednicy, aby je rozwiesić, a nogi połamał w efekcie kopania przez funkcjonariuszy.
    Co to się dzieje z przedstawicielami Narodu, tak z wyższej półki, jak i z niższej? A to z rana przychodzą na Śląsku do byłej pani minister i ta kobieta o delikatnym imażu (również psychicznym), nie wytrzymuje napięcia skutecznie zamierzając się na swoje życie, a to teraz ów radny, jednak szczęśliwie mniej skuteczny.
    Nie wiadomo, dlaczego nazwisko pani byłej minister było podawane, ale już nie ujawniano pełnych danych aktualnego jeszcze radnego. Jednak w dobie internetu, to żaden problem - wystarczy wpisać trzy słowa: Dariusz Łowicz radny, a jeśli ponadto wpiszemy -M (minus em bez spacji, aby wyeliminować masę informacji z inicjałem nazwiska), to... mamy dokładne namiary, nawet kopię oświadczenia majątkowego, z którego wyczytamy, że istotnie p. Dariusz ma 39 lat (bowiem urodził się w 1968 roku, a wiek media również podawały).
    Co do miednicy uczestniczącej w wypadku... To nie pierwsza miednica w RP - już w zeszłym roku media obrabiały  (jakby tego jej było mało) miednicę pewnej obrotnej pani dyrektor. Onaż nie służyła do prania a raczej do przepierek w ramach swych obowiązków partyjnych, a z racji godności (w znaczeniu swego nazwiska) służyła do skrojenia sobie lepszej przyszłości i do podniesienia materialnego statusu swej rodzinie. Cóż za poświęcenie...
    Okazuje się, że godniejsze życie (w sensie konsumpcyjnym) może być (i często bywa!) okupione mniej godnym (w sensie honoru)... współżyciem. Tak było za przydziałowo-talonowych czasów (na mieszkania i na samochody), tak bywa i teraz. Nawet amerykański prezydent, miast w Białym Domu dmuchać na zimne, porzucił hobbystyczne a namiętne dmuchanie w ulubiony saksofon na rzecz konwersacji z gorącą stażystką (słowiańskiego pochodzenia!), co zakończyło się prawie sensacyjnym impiczmentem, zaś jej przysporzyło sławy i milionów, a niejako przy okazji osiągnęła rekordowy stosunek zysków do nakładów, kontynuując odwieczne relacje pomiędzy uboższymi zachłannymi (zwykle) paniami a bogatszymi wpływowymi (z reguły) panami.
    Porzucając miednicową dygresję, zgłośmy sugestie dla władzy:
- nie należy pukać do podejrzanych zbyt wcześnie rano, bo przerwanie snu może grozić nieobliczalnymi konsekwencjami;
- pod żadnym pozorem nie pukać do drzwi wybrańców Narodu, którzy posiadają jakąkolwiek broń palną, pełne kanistry, czy dostęp do gazu (zwłaszcza butlowego), ponieważ podczas emocjonalnego zachwiania mogą skrzywdzić siebie albo współobywateli, a ponadto mogą skrzywić karierę osób zbyt dociekliwych wysokich urzędników państwowych;
- nie można niepokoić ważnych mieszkańców wyższych pięter, bo mogą w euforii pomylić otwory drzwiowe z okiennymi; najlepiej zatem oferować im niskopienne domostwa zwane willami na korzystnych warunkach kredytowych (dotowanych przez Naród).
    Najlepiej takich obywateli w ogóle nie nękać swoimi podejrzeniami, bowiem oni są przekonani o swej misji i niewinności (w końcu to my, społeczeństwo, im zaufaliśmy wybierając na swych przedstawicieli przymilając się im całkiem słusznymi apanażami).
    A teraz to tylko kłopot - Naród, który miał prawo dowiedzieć się, na ile rodzina byłej minister wzbogaciła się (nie)legalnie, musi umorzyć sprawę, ponieważ mamy w Polsce jakiś dziwny "pośmiertny immunitet", który każe zaprzestać dokładnego zbadania sprawy pod hasłem przesadnej delikatności wobec tragedii i rodziny. Naród, który chciałby wiedzieć, czy radny coś sobie skręcił (finansowo, bo ortopedycznie to wiemy aż za dokładnie), będzie wiele tygodni pokrywał koszty leczenia obywatela w kraju, w którym każdy skromny a uczciwy rodak miesiącami czeka na poradę, zabieg, czy operację... Z pewnością takie nierozważne kroki (i skoki) nie skrócą kolejek w szpitalach, wręcz przeciwnie, zatem okienny wyskok bezradnego radnego należy zakwalifikować jako sabotaż.
    Wobec powyższego - przymykajmy oko na uboczną działalność wipów i pogódźmy się, że coś zgarniają do siebie, jednak przy okazji załatwiając (chyba, do kroćset!?) również coś dla nas oraz na wipów wybierajmy ludzi o lepszej kondycji psychicznej i umysłowej tudzież fizycznej. A najlepiej byłoby, gdybyśmy wybierali najuczciwszych, jednak tacy wyjątkowo słabiutko łokciami się rozpychają i nie garną się do koryta. I wówczas nie będziemy się bać, że jeśli jutro funkcjonariusze wejdą do mieszkania wipa (i to wyłącznie z powodu zabłądzenia!), to onże nie wytrzyma nerwowo i sięgnie po broń albo wyskoczy przez okno... Ponadto wpiszmy do Konstytucji artykuł mówiący, że jeśli wip podejmie desperacką akcję zagrażającą swemu życiu, to powinniśmy odstąpić od dalszych czynności wyjaśniających, bowiem tą próbą dał wyraz swej szlachetności i niewinności. I z urzędu dalsze postępowanie powinno być umorzone. Jako chrześcijański Naród powinniśmy być wyrozumiali i... wybaczliwi.
    Dmuchajmy na zimne - zwiększajmy zakres bezkarności wybrańców Narodu i nie dopuszczajmy już więcej do podobnych dramatów!

    Polska ma, więc płaci - iThink (14 października 2007)
    Czy można jeszcze oniemieć w nadwiślańskim kraju? Co pewien czas media donoszą o kolejnych cudach nad Wisłą, co deprecjonuje najważniejsze wydarzenie związane z cudem i z królową naszych rzek.
    Dwaj policjanci chcą powrócić do służby po rekordowym (ośmioletnim) zawieszeniu. Ale zwierzchnicy ich już nie chcą. W czym sprawa? Jak to możliwe? O co chodzi? Nie wiemy? A, to z pewnością o kasę...
    Dwóch funkcjonariuszy miało pewne zadanie do wykonania w 1999 roku - konwojowanie dwóch aresztantów z Poznania do Gdańska. W powrotnej drodze zatrzymywali się parokrotnie. Dlaczego? Jeszcze tego samego dnia na policję zgłosiło się kilka bałkańskich tirówek gościnnie dorabiających przy naszych drogach. Oskarżyły one policjantów o zabranie im utargów. Gdzie oni szukali i w jaki sposób, to akta sprawy dokładnie opisują i lepiej spuścić zasłonę milczenia... Sprawa dotyczyła ok. 200 zł i zapewne podobnych zdarzeń jest rokrocznie kilkaset. Po zeznaniach panie udały się do zajęć własnych, zaś policjanci zostali zawieszeni w swoich obowiązkach. Sąd miał jedynie dwa świadectwa - cudzoziemki twierdziły, że zostały ogołocone (z gotówki; z inną golizną są za pan siostra) przez policjantów, zaś nasi stróże porządku przysięgali, że to nieprawda.
    Nasza "rącza" Temida miała kłopoty z przesłuchaniem świadków, bowiem panie (niezwykle ruchawe*) przemieszczały się po (już) wolnej Europie kotwicząc z wiekiem na stałe w swej bałkańskiej ojczyźnie. W końcu sąd uznał, że wiele zaistniałych wątpliwości trzeba interpretować na korzyść podejrzanych, zatem uniewinnił ich.
    Można powiedzieć, że sprawa jakich wiele? Można. Ale okazała się nietypowa. I nie tylko dlatego, że sądom zeszło aż 8 lat na wydanie wyroku, bo to także jeszcze polski standard. Otóż owi policjanci wyrazili ochotę na powrót do swej ciężkiej a niewdzięcznej pracy. Ktoś by pomyślał - jak to, przez 8 lat ci panowie nie pracowali i nie urządzili sobie życia? Pewnie cichaczem pracowali, ale oficjalnie nie i doszli do opłacalnego wniosku - przecież można jeszcze nieco posłużyć w policji, wszak emeryturka tuż-tuż. Skoro Rzeczpospolita i kodeks umożliwiają wykorzystanie sytuacji, to w końcu czyja wina? Funkcjonariuszy? Nie, oni zachowują się racjonalnie i typowo, jak przystało na obywateli wietrzących interes na niedopracowanych przepisach. To machina urzędniczej Polski przez 8 lat mieliła (a nawet mełła) sprawę o okradzenie kilku pań z 200 złotych. Ile kosztowało dochodzenie, proces, odwołania i wynagrodzenia wypłacane owym mundurowym? Wiadomo jedynie, że policjanci przez osiem lat dostawali połowę zarobków (nie służąc Polsce w swojej komendzie) a teraz otrzymają wyrównanie zaległych poborów. Czy urzędnicy powinni ponosić finansowe dolegliwości swych błędnych lub spóźnionych decyzji? Powinni! Gdyby sędziowie mieli choć płacić dziesięcinę od owych strat, to wiele procesów nominowano by do Guinnessa w kategorii "najszybszy proces roku".
    Ale to początek problemów. Policja nie chce ich w swoich szeregach twierdząc, że jednak byli koledzy nie mają czystego sumienia. Ale czy brudne sumienie ma jakieś znaczenie, skoro wyrok sądowy zapadł? Jeśli wyrok sądu nie jest po myśli szefów policji, to odwołują się do moralności i etyki? Świat jest (może to wyda się dziwne) oparty na zasadach prawnych, a nie na etycznych. Miano 8 lat na osądzenie i osadzenie funkcjonariuszy i zmarnowano ten czas płacąc im za nic nierobienie. Ale skoro nasza Temida zblamowała się, to szefowie policji chcą jednak udowodnić wyższość moralności ponad prawem - planują wysłanie przywróconych do służby funkcjonariuszy na roczny zaległy urlop (płacony z budżetu Państwa) a potem zorganizują im sprawdzian (czy są kondycyjnie przygotowani do służby). Ponieważ gra idzie o przejście na wcześniejszą (policyjną) emeryturę, przeto walka będzie ostra z obu stron. A jak znam życie, to do poszkodowanych policjantów wyciągnie pomocną dłoń jakiś sławny prawnik, który aż do Strasburga sprawę zawlecze i nie dość, że Polska znowu się ośmieszy na międzynarodowej arenie przy kolejnym praniu swoich brudów (niemal dekadę trzeba rozważać w Polsce sprawę zaboru dwustu złotych), to znowu każą nam zapłacić kilkanaście tysięcy euro(pów) nieelegancko potraktowanym obywatelom w niebieskich mundurach, co ośmieszy nas po raz wtóry w tej samej sprawie. A wystarczyło sumiennie przeprowadzić dochodzenie 7 lat wcześniej.
    Może ktoś nakręci film, w którym zaradni policjanci drogowi zasugerują turystom z dalekich krajów, aby zgłosili wzięcie łapówki w zamian za odstąpienie od nałożenia mandatu. Turyści z niewielkim honorarium (typu woda ognista lub narzuta z Cepelii) odlatują do swej ojczyzny zostawiając uzgodnione zeznania i ślad po nich ginie (fałszywe dane do protokołu), funkcjonariusze są zawieszeni za połowę wynagrodzenia i pracują sobie na czarno w innym fachu w naszej wspólnej wielkiej Unii oczekując z dziesięć latek na zapadnięcie wyroku w imieniu Rzeczpospolitej. Przez ten czas korzystają oczywiście z ubezpieczenia społecznego, lecząc się na choroby (także zawodowe) napotkane w ciężkiej pracy  podczas zagranicznych wojaży. I frajerska RP wespół z ociężałą Temidą ośmieszą się nawzajem, ale choć twórcy filmu wezmą forsę za swoją robotę. Bo najlepiej mają filmowcy tłukący kasę na naszej (bo polskiej!) głupocie. Mamy całkiem niezły cykl polskich ekranizacji zdarzeń osadzonych na cwaniactwie naszych rodaków oraz na lenistwie i na zapaści umysłowej naszych urzędników. Gorzej, że w rzeczywistości trafia się to częściej, niż w scenariuszach...
    Należy zmodyfikować kodeks i ograniczyć zawieszenie do pół roku. W tym czasie żwawi/leniwi prawnicy mają wydać wyrok w sprawie. Wieloletnie mitrężenie należy nazwać sabotażem i stosować odpowiednie paragrafy.
    * - mobilne

    W Nowym Sączu jad stary się sączy - iThink (19 października 2007)
    Gdy informacje tematycznie związane są z nazwiskami osób przedstawionych w artykułach prasowych...
    Fakt (11 października 2007) zawiadamia nas w tytule na str. 11, że "W Nowym Sączu prezes żąda, by spółdzielcy zapłacili za ocieplanie bloków". W bagno lokatorów próbuje wpuścić prezes mieszkaniówki, p. Bagnicki. Wyliczył, że przed modnym ostatnio wykupem mieszkań na własność, spółdzielcy powinni dopłacić 5 mln zł. Prezes zapowiedział, że "nie będzie trwonił czasu na bezsensowne rozmowy", ale ma marne szanse w swoich zapędach - zadarł z lokatorem, p. Zadarko, który nie tylko "klnie na czym świat stoi" (zaoszczędzono konkretów), lecz wespół z sąsiadami poda sprawę do sądu. Wreszcie skończyły się niedopowiedzenia i szepty. Pani Szepieniec, ze spółdzielczej komisji rewizyjnej głośno twierdzi, że lokatorzy nie zalegają za remonty. Relację sporządził p. Baran, a Nowosądecczyzna słynęła kiedyś z owczych (i baranich) hodowli.
    Tuż poniżej redakcja informuje, że posłanka Sobecka nie chce ugody z konkurującym posłem, który obsobaczył ją z powodu wysokiej pozycji na wyborczej liście w Toruniu. Skoro już o tym mieście - na str. 9 poinformowano, że psica Saba (ją to jednak dla odmiany "obsabaczono") nie obżarła mebli w sejmowej willi, w tym "łóżka, które zarwało się ze starości". Kiedyś pewna pisarka z własnej autopsji (ale bardziej w psim temacie pasowałoby tu angielskie słowo "autopsy", hiszpańskie "autopsia", czy francuskie "autopsie", tudzież takie samo niemieckie, zwyczajowo pisane od wielkiej litery) opisywała wyczyny poprzednich (lata 90.) poselskich ekip, które (po ostatnich sekscesach członków jednej z partii) rzucają nowe (jakże atrakcyjniejsze!) światło na teorię kolapsu wyra.
    A co ma wspólnego Toruń z tą ciekawostką? Otóż właścicielem suczki jest marszałek Dorn, zaś "Dorn" (niem.) to po polsku "kolec, cierń", a węsząc po słownikach (niczym Saba) znajdujemy ich angielski odpowiednik - "thorn". A tu już wystarczy powiększyć pierwszą literę, aby otrzymać starą historyczną niemiecka nazwę polskiego miasta. Przy okazji o Toruniu: polska Wikipedia - "Jest jednym z najstarszych miast polskich", zaś niemiecka Wikipedia - "1945 kam die Stadt wieder an Polen" ("W 1945 miasto powróciło do Polski").
    Na str. 6 komentator Faktu, p. Warzecha, pisze o przedwyborczej debacie w aspekcie zębów, które u pewnych ptaków przechodzą w cedzaki zwane również warzęchami (co zasugerowało nazwę ptaka warzęcha na cześć durszlaka czy innego rzeszota o tej synonimicznej nazwie). Skoro już panu Warzesze wyrwało się (nomen omen) o zębach, to "tusk" po angielsku znaczy  "kieł" i p. Tusk niejako z zębem walczył w przedwyborczych debatach z p. Kaczyńskim i p. Kwaśniewskim. Powieść "Biały kieł" napisał Jack London i szef PO spotkał się w Londynie z najnowszą polską emigracyjną falą, aby tamtejsi rodacy gremialnie pofalowali do urn wyborczych za parę dni. W oryginale tytuł brzmi jednak "White fang" i 12 października 2007 byliśmy świadkami wymiany paru fang pomiędzy p. Tuskiem a p. Kwaśniewskim.
    Poniżej posłanka, p. Piekarska, w cyklu "wbijanie szpili" dopieka p. Korwinowi-Mikkemu, a "corvine" (ang.) to "kruczy" (od "kruk"), zaś na str. 8 (skoro o tym ptaku) - "Platforma Obywatelska chce postawić p. Kruk (b. szefowa KRRiT) przed Trybunałem Stanu, co postuluje p. Śledzińska-Katarasińska". Śledź to nie tylko ryba, ale także czasownik w formie polecenia stosowny do sytuacji (parę miesięcy będzie sprawa śledzona nie tylko przez media), a ponadto śledź to szpila do mocowania namiotu (często na polu). Okazuje się, że p. Szpilmana (polski pianista) uratował niemiecki oficer Hosenfeld (Portkowe Pole) i są sprzeciwy (str. 11), aby go pośmiertnie uhonorować, czyli chcą go wyportkować (wywieść w pole).
    Na str. 12 p. Jarząb opisuje niecodzienny wypadek, w którym 12-latek przejechał 10 km zadrzewioną drogą (być może wśród drzew jarzębów i ptaków jarzębów). Czy kobiety może spotkać większy pech? Na str. 17 pokazano w identycznych kreacjach aktorki - p. Berry (Jagoda) i p. Herbuś, która może kojarzyć się z ziołową herbatką z jagód, zwłaszcza że owe kreacje są koloru filoletowego (czyli jagodowego).
    Inna ładna a foremna aktorka, p. Foremniak, oraz p. Maserak spotykają się wieczorami (takie plotki są na str. 18). A czemu się oddają? Podpowiedzią jest nazwisko tancerza czytane wspak. Poniżej opisano filmowe problemy aktorki, p. Guzik, która występuje w szóstej edycji "Tańca z gwiazdami". Dobrze jej idzie (a właściwie tańczy), choć nie wywija z Pętelką.
    Na stronach 6 - 7 p. Karnowski popełnił obszerny artykuł pt. "Kto wygra debatę, wygra wybory". Prawdę poznamy już za parę dni. Wiele zależy od karności wyborców stałych w uczuciach i w poglądach. Jak zwykle świetny felietonista, p. Rybiński, zamieszcza na str. 7 artykuł o szpitalach i łapówkach. To już niemal mafijne układy, a pamiętamy z "Ojca chrzestnego", że śnięte ryby to przesyłka nie rokująca długiego żywota (wbrew powiedzeniu "zdrów jak ryba").
    W czarnych kolorach (jeśli ktoś jest przesądny) można odczytać artykuł p. Kowalczyka, w którym autor ukuwa pogląd, że MSWiA zbyt wiele wyda (ponad 300 tys. zł!) na ogrzewane kilkustopniowe (tak w sensie stopni słupka rtęci, jak też w sensie deptanych stopni) schody. Czarne chmury przesłaniają to ministerstwo, bowiem z jednej strony opisany mieszkaniec Zabrza na sezon zimowy kupuje czarny węgiel aż za niemal 1000 zł, a z drugiej strony nosi nazwisko... Stypa.
    A co słychać (a może czytać?) w dziale sportowym? Sporo. Głównie o sobotnim (13 października 2007) spotkaniu z Kazachstanem. A to o Jacku Bąku (liczymy na jego żądło), a to Dariusz Dudka opowiada o zgrupowaniu, a w innym miejscu redakcja wspomina Jerzego Dudka, który w dziwny sposób po słynnej dogrywce finałowego meczu Ligi Mistrzów (25 maja 2005) wydudkał (jak przystało na znanego ptaka) kilku strzelców. Pan Głowacki (kapitan Wisły Kraków) nie tylko główkuje jako szef drużyny, ale również strzela gole głową i to z głową. Poza tym działem, na tle pani Dody wspomniano o p. Majdanie, który zawodowo rządzi na przedbramkowym majdanie.
    Oczywiście wymieniono także selekcjonera naszej reprezentacji. To p. Beenhakker. A cóż to znaczy po niderlandzku? Wyraz "been" to odpowiednik angielskich "bone" (kość, gnat, grandzić, dolar), "paw" (łapa, graba, macać, grzebać nogą), "leg" (noga, oszust), natomiast "hakker" nawiązuje do znaczeń: wyrobnik, siekać, rąbać, masakrować. Wszystkie te pojęcia mają swój udział w piłce nożnej.
    W dziale "Wasze listy" p. Maczuga opisuje dewastację w parkach i w autobusach. Jest rzecznikiem (jak chyba większość spokojnych obywateli) zrobienia porządku, jednak jeszcze nie zaproponował kolczastych jaskiniowych udarowych narzędzi w ramach pacyfikacji trudnej młodzieży...
    Na str. 9 krytykowani są posłowie za wożenie się taksówkami na koszt Sejmu, czyli nas wszystkich. Z usług korzystał również poseł Bosak, który modnie obuty dojeżdżał na treningi i występował w "Tańcu z gwiazdami". Były prez. Wałęsa zamierzał puścić wielu naszych rodaków niemal na bosaka (bo jedynie w skarpetkach), ale czy przypuszczał, że aż tylu posłów nie będzie szanować publicznych pieniędzy? Skoro już o występach w tym słynnym tanecznym programie - boso (i to nie tylko na piętach) produkowała się posłanka Sandra (także uczestniczka wspomnianego roztańczonego programu) w okolicach rybnego Nilu. Bose miała wszystkie okrągłe zakończenia swego ciała...
    Obok pani Fischer (Rybak), unijna komisarz do spraw rolnictwa (oraz rybołówstwa), "jest zła za umieszczenie jej wizerunku w reklamówce Samoobrony". Czyżby do plastykowej torebki (dziwnie zwanej siatką) ktoś wrzucił jej oblicze? Ale dalej wyjaśniono - "w spocie wyliczono dokonania Leppera i pochwały, które podobno płyną także od unijnych polityków". Skoro płyną, a nasi odchodzący politycy łowią w coraz mętniejszej wodzie, to Fischer jest właściwą personą, pod której czujnym (rybim?) okiem poławiać będziemy dorsza, który nadal będzie trafiać na nasze stoły.
    Ponad tymi dwoma notkami zamieszczono sylwetkę b. prez. Kwaśniewskiego, który jednak nie miał kwaśnej miny. Podczas słynnego spotkania lewicy w Szczecinie zapadł był w rodzaj zadumy znanej części delektantów co mocniejszych napitków (inna część to awanturnicy). Podobno takie osowienie i zasępienie jest spowodowane mało znanym filipińskim wirusem. Można rzec, że p. Aleksander z tą rewelacją wyskoczył jak filip z konopi - może filipińska ambasada złoży jakieś ciekawe oświadczenie? Owszem, złożyła, bowiem była zaniepokojona kojarzeniem swego narodu ze słowiańskimi obyczajami. Kilkanaście dni wcześniej był Kijów. Dominował tam bardziej ożywiony sposób bycia, jednak studenci nabijali się z oryginalnego sposobu prowadzenia wykładu. No i już za to, po powrocie, wykładowca doczekał się niemal kijów i razów w kraju (także od swych przyjaciół) - stracił twarz także jako reprezentant partii "Lewica i Demokraci". Skoro już o Szczecinie - nazwa tego grodu oraz jego położenie ssaczym epitetem trąca (nie tyle myszką, co świnką morską). Nazajutrz w przedwyborczej debacie wystąpiło dwóch jego konkurentów (p. Kaczyński i p. Tusk) trącających (w danych osobowych) a to ornitologią, a to bohaterem z kreskówek Disneya oraz umiejętnym rzutem podskakującego płaskiego kamienia i gumą do żucia. Także nieprawdziwymi zmyślonymi wiadomościami (winni dziennikarze) oraz szczególnymi naczyniami trącającymi amoniakiem, które są na wyposażeniu szpitali, a te przed wyborami 21 października 2007 zyskują najwyższą przetargową rangę (partie ustalają, czy chcą prywatyzować te obiekty, czy jednak nie).
    Jeśli komuś mało Kaczyńskich, to na str. 16 mamy obszerny opis walki z udarem mózgu. Otóż znany i lubiany p. Bogusław Kaczyński, wielki znawca muzyki, po niemal rocznym leczeniu ponownie prowadzi koncerty i pisze książki. Do kompletu brakuje aktora Kazimierza Kaczora, który stworzył rolę sympatycznego Leona Kurasia w serialu "Polskie drogi" (1976) - Kuraś zaklinał się przy górnopłuku, że nie jest (k.r.a) inżynierem, a wcześniej okupantom dawał w łapę (ale w szczytnych celach!) nieważne już polskie banknoty. Kiedyś, podczas podniosłej ceremonii, pan wręczający nagrodę p. Kazimierzowi, zwrócił się doń "dla pana Kurasia za filmową rolę Kaczora" i trochę potrwało wyjaśnianie, że to była rola Kurasia w wykonaniu Kaczora...
    Aby nie było zbyt plotkarsko - nieco zimnej wody dla ochłody: w tymże numerze Fakt donosi o dwóch skandalach w dziedzinie służby zdrowia. Zatrzymano lekarza, który przyjął kilkadziesiąt tysięcy złotych łapówek za tysiąc recept, na których stracono pół miliona złotych. Na innej stronie opisano skandaliczny dramat - potrzeba 50 tys. zł na wszczepienie stymulatora siedmioletniemu Kubusiowi choremu na padaczkę. Straty spowodowane przez pazernego konowała wystarczyłyby na 10 takich operacji, ale pseudocywilizowana polska służba zdrowia zmusza rodziców Kuby do zbierania pieniędzy, czyli do żebrania! Jak dzisiaj Państwo Kubie, tak w przyszłości Kuba Państwu się odwzajemni. Łatwo było wymądrzać się za komuny, że tworzymy "Solidarność"? My nie potrafimy zbudować tradycyjnie rozumianej społecznej solidarności! Niech piekło pochłonie (nie)odpowiedzialnych mądrali za ten stan rzeczy!

    Porada dla wielodzietnych biednych rodzin - iThink (22 października 2007)
    Jeśli obce państwa chcą dawać zasiłki na polskie dzieci, to brać...
    Pewna pani pyta redakcję (Polska Dziennik Bałtycki, 16 października 2007) przedstawiając swoją sytuację rodzinną - Mam trójkę dzieci. Mąż przez kilka miesięcy w roku pracuje w Niemczech. Zbiera owoce, pomaga przy wykopkach i w szkółce drzewek ozdobnych. Czy możemy starać się o niemiecki zasiłek rodzinny?
    Redakcja - Do niedawna Niemcy odmawiali pracownikom sezonowym zasiłku rodzinnego dla dzieci. Pod naciskiem Brukseli Bundestag skreślił z ustawy ograniczenia. Skorzysta na tym już w tym roku 300 tys. Polaków i około miliona polskich dzieci. Dziwny rozdział - Polacy i dzieci polskie. Ale w śródtytule napisano rozsądniej - Z zasiłku na dzieci może skorzystać w Niemczech 300 tys. rodzin. I dalej - W Niemczech zasiłek rodzinny wynosi niemal 2 tys. E rocznie. Rodzic może otrzymać zasiłek na każde dziecko, które uczy się i nie skończyło 27 lat, nawet jeśli mieszka w Polsce. Zachęcam do starania się o ten zasiłek, który w przypadku rodziny z trojgiem dzieci wyniesie ponad 4 tys. zł.
    Podczas czytania tej porady przemknęły mi przed oczyma liczne interwencyjne programy ukazujące biedę polskich wielodzietnych rodzin - matka obłożnie chora, ojciec bezrobotny (bo nie ma pracy w okolicy) i kilkoro dzieci, często także z rozmaitymi chorobami (bo jak Los się uprze, to zwykle takie rodziny są nie tylko wielodzietne, słabo wykształcone, ale również bezrobotne i chorowite). I tu otwiera się niemieckie eldorado dla takich polskich rodzin!
    Zamiast biadolić na Los i na niezaradny rząd, niech jedno z rodziców wybierze się do Niemiec i niech przez parę miesięcy a to pozbiera owoce, a to drzewka niech przesadzi, a to liście pograbi. Już za samą robotę weźmie więcej niż dyplomowana pielęgniarka czy nauczycielka w Polsce, które uczyły się wiele lat i trwały na swoim stanowisku pracy. A do tego zasiłek jako prezent od Unii (w tym przypadku od Niemiec). Nie zapominajmy, że w Polsce są osoby, które wspomniane 4 tys. zł otrzymują jako rentę w ciągu całego roku.
    A jeśli za Odrę pojedzie rodzic, który ma dzieci (liczbowo) w okolicach tuzina? To Niemcy więcej wydadzą na zasiłki niż zapłacą za pracę... Takim rodzicom polskie władze powinny wydawać paszporty za darmo i nasyłać na nich urzędników namawiających do wyjazdu, choć na parę miesięcy w roku. No i kredytować wyjazd przynajmniej do granicy, czyli do bram raju na Ziemi. Sporo budżet zaoszczędzi na zasiłkach dla polskiej dziatwy oraz na pomocy socjalnej dla biednych rodzin. Niech Niemcy płacą, skoro są frajerami. Sądy rodzinne powinny w trybie ekspresowym załatwiać adopcje. Jeśli ktoś ma gromadkę własnych dzieci i przymiera głodem, to niech ekspresowo zaadoptuje kolejnych kilkoro pacholąt, np. brata, siostry lub sąsiada i jedzie pielęgnować zagraniczne rabatki. Dzieci i tak pozostaną z własnymi rodzicami, ale skoro można wyssać aż tyle europów z bogatego unijnego państwa, to dlaczegóż by nie? Media powinny propagować tę akcję jako przejaw postawy patriotycznej - w końcu każda epoka powinna mieć swojego Ślimaka z "Placówki". Polska żenada XXI wieku?
    W końcu instytucja fikcyjnych małżeństw i rozwodów jest znana w Polsce i przynosi zyski, to dlaczegóż by nie przećwiczyć nowych możliwości? Zwłaszcza, że za rozwodowe machlojki przelewamy złotówki w obrębie kraju, czyli z pustego w próżne, zaś w omawianym projekcie do Polski wpłyną dodatkowe środki z zewnątrz. Polska zaradność? Już lepiej taka, niż inna polska specjalność - wjeżdżanie kradzionym autem w witrynę jubilera.
    Parę dni temu pokazano Polaka, który pięknie grał na pianinie. Sprzątał w londyńskim kościele, ale jak pograł na organach, to go zauważono i zrobił się sławny. Pewnie będzie robił to, co lubi i umie najlepiej. Ale co wstydu przyniósł Polsce, to jego (i nasze). Europejskie media mniej lub bardziej przyjaźnie nagłośniły tę sprawę. Ile Polek i Polaków przynosi wstyd Polsce? Kilka miesięcy temu słynna siłaczka sortowała brytyjskie śmieci. Żadna praca nie hańbi? Jeszcze za komuny wyjechała na Zachód pewna rodaczka, która również sprzątała, ale u milionera. Okazało się, że zna się na sztuce (była po historii) i facet zmienił jej etat na bardziej eksponowany. Na koniec awansowała jeszcze wyżej - wyszła za niego za mąż. Po śmierci męża, po procesie z jego rodziną i po umiejętnym lokowaniu pieniędzy jej majątek oszacowano na prawie 3 mld dolarów (2004). Mało co, a kupiłaby Stocznię Gdańską.
    W "starej" Unii godnie żyją przeciętni tubylcy i zaradni Polacy. I tylu zaradnych rodaków mamy mniej tu, w Polsce, w której jest jeszcze tyle do zrobienia.
    Dlaczego te przykłady i wyzłoszczenia? Bo świat należy do ludzi odważnych, zaradnych i najczęściej sprytnych. A nie do tysięcy przeciętnych naszych nauczycieli, funkcjonariuszy, urzędników, techników czy lekarzy, którzy szarpią się w robocie, czy to już w dawnej PRL, czy to już w obecnej RP, w których po 30 latach pracy nie mają jeszcze średniej krajowej, ale "za to" mają rokowania na kiepską emeryturę.  Przecież nie wyjadą za miedzę i nie będą rozpoczynać kariery po pięćdziesiątce i od starania się o zasiłek dla dzieci (choćby i studiujących)... Ale skoro rozrzutne państwa chcą uczestniczyć w pomocy dla polskich dzieci i to nie ujmuje ani polskim obywatelom, ani polskim urzędom...

    Zabronione dotowanie biletów kolejowych? - Salon24 (24 października 2007)
    W internetowych serwisach aukcyjnych pojawiły się bilety kolejowe tańsze niż w kasach PKP. Pasażerowie są zadowoleni, władze kolei - nie. Sprawę opisuje "Polska Dziennik Bałtycki" (15 października 2007).
    Okazuje się (tak to przedstawia gazeta), że im mniejsza miejscowość, tym koleje dają wyższą prowizję - nawet 40%. Jeśli cena biletu wynosi 100 zł, to prowizja wyniesie 40 zł. Zaradni pośrednicy rezygnują z części swojej prowizji i bilet sprzedają np. za 80 zł (na bilecie oczywiście widnieje cena 100 zł i właściwa trasa).
    Przedstawiciel kolei jest zaskoczony. A niby czym? Że ktoś w sposób nowoczesny sprzedaje powierzony towar za cenę niższą niż nominalnie? Czy piekarz może sprzedawać chleb 10 groszy taniej niż wychodzi mu to z kalkulacji, bo zrezygnuje nieco ze swego zysku, a chce być konkurencyjny? Czy stomatolog może wziąć za ekstrakcję o 20 zł mniej niż jego koledzy, bo zależy mu na przyciągnięciu szczękowo obolałych pacjentów? A może jest to nielegalne? Tak to wygląda, bowiem dziennikarz zamieszcza wątpliwości - Przyglądamy się temu procederowi, bo nie wydaje się, żeby był legalny. Już słowo "proceder" sugeruje... przestępstwo.
    Co ciekawe, nowoczesne Allegro już uznało taką działalność za nielegalną. Argumentacja - Kilka lat temu walczyliśmy z internetowymi konikami, którzy kupowali bilety na koncerty i sprzedawali je drożej na aukcjach.
    No i przedstawiciele Allegro popełniają logiczny błąd. Konikowie (konicy, koniki) nabywają bilety legalnie w kasie i sprzedają wielokrotnie drożej powodując złorzeczenia klientów, którzy nie dostali upragnionego biletu w normalnej cenie. To oczywiście powinno być karane i piętnowane. Bowiem nie tylko nie płacą podatków od zysku, ale okradają potencjalnych nabywców.
    Natomiast kto traci na opisanej działalności? Koleje sprzedają bilety za pośrednictwem agencji i otrzymują wpływy ustalone w umowie. Z części zysku rezygnują agenci. Więcej - ponieważ bilety są jednak tańsze niż kupione w kasie kolejowej, to zgodnie z równowagą popytu i podaży, z pewnością więcej biletów sprzedaje się po cenie niższej niż po cenie wyższej, zatem koleje mają większe i dochody, i większe zadowolenie ze swoich usług (bo cóż może kolejarza bardziej uszczęśliwić, jeśli nie pełnawe przedziały z pasażerami?). A dziwne raczej jest to, że kolejowe władze nie wpadły na ten sam pomysł. Przecież nie ma ograniczeń w myśleniu wśród działaczy kolejowej braci. Jeśli kogoś uwiera, że ktoś inny sprzedaje jego wyroby taniej (choć otrzymuje wynegocjowaną cenę!), to niech zrobi dokładnie... to samo! Przecież agencje nie opatentowały swojego pomysłu i nie uczynią tego! Niech kolej sprzedaje na internetowych aukcjach swoje bilety dokładnie na tych samych zasadach!  I zyski pozostaną w kolejowej kasie, zatem będzie skąd brać na remonty i utrzymanie czystości w wagonach oraz na podwyżki dla kolejarzy. A skoro prowizje są aż tak wysokie (do 40%), to może koleje zejdą z cenami, choćby dla osób kupujących za pośrednictwem internetu wprost w kolejowym biurze? Więcej sprzedanych biletów to mniej aut na szosach i mniej spalanego paliwa. A dla pociągu to prawie nie ma znaczenia, czy w przedziale jedzie jedna, czy 5 osób. Różnica w zużyciu paliwa jest niewielka, zaś zużycie torów takie samo. Może w ramach proekologicznych działań warto nieco dopłacić do kolejowego biletu z budżetu państwa? Ale to dyskusja na zupełnie inny temat.
    Cóż to jest nielegalność? Tuż przed upadkiem komuny złapano "cwaniaków" i zlinczowano (całe szczęście, że tylko medialnie przed opinią publiczną) handlarzy śledziami. Oni nad Bałtykiem kupowali od rybaków tę szlachetną rybę i wieźli w góry, na drugi koniec Polski, nieźle zarabiając i dostarczając znacznie świeższy towar, niż ówczesna Centrala Rybna. Rozprawiono się zatem z nimi, choć pewien dziennikarz (że też nie miał kłopotów?) zastanawiał się głośno (na ile można głośno dyskutować w prasie, zwłaszcza wówczas...), czy przypadkiem owi handlowcy nie mają właściwego podejścia rynkowego. Argumentował - jeśli coraz więcej kupców będzie się zajmować handlem rybami, to z czasem zaopatrzenie z dala od morza będzie wzorowe a ceny będą obniżane. I tak się stało w kilka lat po obaleniu planowanego (jednak kiepsko) ustroju.
    Tym dziwniejsze jest to, że niemal 20 lat po socjalistycznej klapie ktoś uważa, że opisana sprzedaż biletów kolejowych jest nielegalna a ktoś inny zrównuje tę działalność ze złodziejstwem koników biletowych (mecze, kino). Cóż za sposób myślenia?! Nawet dziennikarz (mógłby być synem opisanego wyżej) napisał - Za to kupujący, choć wiele wskazuje na to, że biorą udział w nielegalnym procederze, na razie mogą swobodnie kupować bilety. Swobodnie i taniej (zapomniał dopisać), a czyż nie jest to celem wolnego i coraz mniej wykorzystywanego człowieka? Swoboda i tanie kupowanie? Zatem - cóż w tym "niecnym procederze" (czy może być cny proceder?) jest nielegalnego???
    Gdyby media ogłosiły, że od jutra tanieją bilety kolejowe, ponieważ budżet dopłaci do biletów, to większość podróżnych ucieszyłaby się. Jeśli budżet nie dopłaca do biletów, kolej otrzymuje za sprzedane bilety umówione kwoty, zaś pośrednicy sami dotują (nie budżet!) bilety, to gdzież tu mamy przestępstwo? A może jest to jakieś dziwaczne rozumowanie rodem z niektórych gazet, których redakcje zastrzegają sobie, że nie można sprzedawać po innej cenie, niż uwidoczniona na okładce? I nie można sprzedać archiwalnych roczników po innej cenie? Czyżby podstawowe zasady kapitalizmu były kwestionowane i to w niecałe 20 lat po obaleniu socjalizmu?
    PS Przeglądając Allegro w poszukiwaniu biletów, można natknąć się na oferty biletów lotniczych. Ktoś rezygnuje z przelotu i można odkupić (bez zysku i bez straty) u niego bilet, ale przebukowanie kosztuje... kilkaset złotych. I to jest skandal, którym powinny zająć się federacje konsumenckie! Przeciętny Polak musi pracować parę dni, aby przewoźnikowi zapłacić za zmianę nazwiska na bilecie? To dopiero jest nieporozumienie, wręcz zdzierstwo! Można pobierać wyłącznie symboliczną opłatę manipulacyjną! I takim problemem powinni zająć się dziennikarze!

    Czeski błąd, czeski film oraz czeska nazwa państwa - Salon24 (25 października 2007)
    Zwykle stosuje się nieoficjalne nazwy państw - Polska, Luksemburg, Laos, Dania, Czechy... To ostatnie wymienione państwo przesadnie często określane jest jako Republika Czeska. Nazewnictwo to byłoby uzasadnione w przypadku wymieniania wszystkich państw w oficjalnej formie - Rzeczpospolita Polska, Wielkie Księstwo Luksemburga, Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna, Królestwo Danii oraz (właśnie) Republika Czeska.
    Powyższy brak konsekwencji wynika - jak sądzę - nie tyle z mody, co z kłopotów językowych, jakie mają Anglosasi z przetłumaczeniem nazwy Czechy na swój światowy język i stosują Czech Republic. Podobna sytuacja ma miejsce z napisem Czech Team zamieszczanym na koszulkach czeskich reprezentantów podczas międzynarodowych zawodów sportowych.
    Stosowanie określenia Czechy, zwłaszcza na mapach, ma i tę zaletę, że w przypadku ewentualnej zmiany oficjalnej nazwy wspomnianego państwa (na choćby Królestwo Czech), nie zajdzie konieczność wymiany map tylko z tego powodu. Powyższe rozważania dotyczą także, choć w mniejszym zakresie, stosowania nazwy Republika Słowacka zamiast Słowacja.
    Niemal 10 lat temu wysłałem do RJP sugestię, aby Rada uznała za niefortunne nadużywanie nazwy Republika Czeska i aby polskim mediom i wydawnictwom kartograficznym zasugerowała stosowanie lapidarniejszej nazwy Czechy. Myślałem, że choć w jakiejś prasowej notatce jakikolwiek znany polonista zwróci uwagę na ten problem. Albo nikt nie napisał, albo nikt takiej propozycji poważnie nie potraktował, skoro na mapach naszego regionu nadal widnieją nazwy - Polska, Niemcy, Rosja, Białoruś, Ukraina, Słowacja i... Republika Czeska.
    Prof. W. Pisarek odpisał (13 luty 2001) - Pańska sugestia, jakoby nazwa "Republika Czeska" wynikała z kłopotów nazwania tego państwa po angielsku, jest bezpodstawna. W prasie angielskojęzycznej często występuje forma "Czechia".
    Na stronie www.czechia.org czytamy - Czechia neighbors are Poland, Slovakia, Austria and Germany. The Czech Republic was officially created on January 1, 1993. From 1918 to 1992 it was a part of Czechoslovakia. The other part exists now as the Slovak Republic. Czechia is the official one-word name of the Czech Republic. In 1993 the Ministry of Foreign Affairs of the Czech Republic in its memorandum to all Czech embassies and diplomatic missions recommended to use the full name "Czech Republic" only in official documents and titles of official institutions. In all other cases, the one-word name Czechia should be preferred. Czechia in English, Tschechien in German, Tchéquie in French, Chequía in Spanish, Cecchia in Italian, Čechija in Russian.
    Z tekstu wynika, że to sami Czesi byli niezadowoleni z przydługawej nazwy swego państwa w pozaurzędowych (mniej oficjalnych) sytuacjach i to oni zaproponowali w 1993 nazwę Czechia. Zauważyli, że nazwa ich kraju jest niekonsekwentna w zestawieniu z mniej oficjalnymi nazwami innych państw. Inne źródła podają, że Czesi po latach starań rezygnują z naciskania na stosowanie tej krótkiej i przyjaznej nazwy. Okazuje się, że angielskojęzyczni urzędnicy nie przepadają za tą nazwą i zdecydowanie częściej pisują Czech Republic. Nawet sportowcy na koszulkach nadal mają długie nazwy (Czech Team - Czeski Zespół).
    Profesor wytłumaczył postępowanie cudzoziemców, choć sugerowałem nie tyle zmiany na świecie, lecz w polskich warunkach. Ciągle widuję mapy i artykuły, w których występuje długa urzędowa nazwa państwa naszych południowych sąsiadów, choć inne kraje są opisywane mniej patetycznie... Zamiast przyjaźnie a twórczo zareagować na moje pismo, to - w typowo polski sposób - krytykuje się faceta (mnie) zgłaszającego problem. I po wielu latach sprawa utknęła w miejscu. Bo zamiast wziąć się za konkretną robotę (choćby w czynie społecznym; wszak ja nie mam środków na walkę z opisaną bzdurą), to mamy polskie wymądrzanie: nie popchnąć sprawy do przodu, ale z racji swego stanowiska utrzeć nocha malkontentowi. I nadal (jakby nigdy nic) pojawiają się polskie mapy zawierające irytującą nazwę Republika Czeska (i dziwnym zbiegiem okoliczności na angielskojęzycznych mapach - Czech Republic). Gdyby 10 lat temu wysłano do instytucji państwowych (np. kartograficznych) oraz do szkół zalecenia stosowania nazwy Czechy zamiast Republika Czeska, dzisiaj nie zgłaszałbym tej sprawy niejako w ramach reklamacji. Szanowni poloniści -  przespaliście sprawę i nadal na mapach widujemy niekonsekwentną nazwę państwa ze stolicą w Pradze!
    Na pewnym oficjalnym międzynarodowym spotkaniu (www.pardon.pl/artykul/2838) dostrzegamy nazwy czterech państw w ich narodowych językach - Estonia, Niemcy, Dania i... Republika Czeska (Česká republika), a to oznacza, że na krótszej nazwie nie zależy ani urzędnikom w języku angielskim, ani samym Czechom, albowiem gdyby byli zainteresowani, to napisano by w opisanym przypadku Česko, a w przypadku stosowania angielskiej pisowni - Czechia. Jednak ich niechęć do krótszej a nieoficjalnej nazwy Czechy nie może tłumaczyć nas, Polaków.
    Zresztą Google są bezlitosne w zliczaniu - wystarczy wpisać hasła "Olympic Games" i "Czechia" oraz "Olympic Games" i "Czech Republic", aby ujrzeć dysproporcje. Postępując podobnie, ale z dwoma nazwami naszego państwa (Polska, Rzeczpospolita Polska) uzyskujemy spodziewane a "normalne" wyniki. Zresztą można pominąć aspekt sportu i rozpatrywać liczbę występowania nazw państw w dwóch formach - w bardziej i w mniej oficjalnej wersji. Angielskojęzyczny świat ma wielkie trudności z krótką nazwą państwa naszych południowych przyjaciół. Na mapie Europy (w języku angielskim - www.en.wikipedia.org/wiki/Europe) jedynie Czechy są opisane oficjalnie (Czech Republic), pozostałe państwa cokolwiek mniej patetycznie... Ale co tam świat - my także niekonsekwentnie piszemy. Na mapie Polski (w naszym języku - www.pl.wikipedia.org/wiki/Polska) ościenne państwa opisano potocznie, ale Czechy (złośliwie czy bezmyślnie?) jako Republika Czeska...
    Można pisać, zwracać uwagę, prosić i błagać, a buractwo ma się dobrze... Może wzorem polityków, którzy nie przebierali w słowach przed wyborami 21 października 2007, należy wydawców, encyklopedystów, kartografów i polonistów powyzywać od dyplo(mowanych)matołków? Bo kulturalne zwracanie uwagi niczego w Polsce nie zmienia... Zresztą nie tylko w Polsce, bo jak widać na przykładach, także angielskojęzyczni oraz... czescy urzędnicy lekceważą problem!
    Do pojęć "czeski błąd" oraz "czeski film" dochodzi zatem "czeska nazwa państwa".

    Miś więcej wart od menela - iThink (30 października 2007)
    Misie i ludzie rodzą się aniołkami, ale z czasem przeistaczają się w diabełki. Mniejsze albo większe.
    Parę dni temu, niemal jednocześnie, media zajęte były dwoma podobnymi sprawami.
    Kilku turystów zabiło ponadrocznego niedźwiadka, który wszedł im w drogę. Podobno wymuszał jedzenie, ale także podobno (świadkami są domniemani sprawcy) rzucił się na nich z zębami i pazurami. Obdukcja u turystów tego nie potwierdziła (jedynie zadrapania), jednak niedźwiadek został zatłuczony kamieniami, kijami oraz wrzucony do potoku.
    Sąd ogłosił niewysokie wyroki w zawieszeniu na kilku sąsiadów, którzy zmasakrowali swego krajana, bo od lat wchodził ludziom w drogę, czasami z nożem tudzież tasakiem. Krytycznego dnia z maczetą zaczepiał okolicznych mieszkańców, zaś policjanci zbagatelizowali zgłoszenie o incydencie.
    Wypowiedzi w mediach, w tym w internecie, były niemal jednakowe - turyści to bandyci, skoro zamordowali misia w samoobronie szeroko (a nawet najszerzej) rozumianej, zaś tubylców opinia publiczna rozgrzesza, bowiem w podobnym rozumieniu samoobrony zatłukli aspołecznego menelowatego dziada, który połowę życia spędził za kratami i żadnych wniosków nie wyciągnął.
    Czy życie niedźwiadka jest więcej warte niż życie menela? Fanatyczny etyk (a zwykle etycy są fanatykami) odpowie, że życie nawet najnikczemniejszego człowieka jest więcej warte niż życie sympatycznego zwierzaka, który ponadto jest pod ochroną. Gdyby poszczególne życia ludzi i zwierząt oceniać w sposób indywidualny, przy zastosowaniu cen rynkowych (cokolwiek byśmy przez to rozumieli na użytek doraźnej kalkulacji), to niewątpliwie wiele zwierząt żyjących w Polsce (na wolności, w hodowlach, czy w ogrodach zoologicznych) ma większą wartość niż niejeden nasz rodak.
    Na świecie są państwa, w których za zabicie chronionego prawem zwierzęcia grozi wysoka kara, a nawet kara śmierci. Szacuje się, że w polskich Tatrach jest kilkanaście niedźwiedzi. Dziadowatych meneli (zwykle uchodzących za święte krowy) jest wielokrotnie więcej...
    Zbieg okoliczności (zabicie młodego i sympatycznego misia oraz starego i niesympatycznego dziada) każdego z nas (jeśli w ogóle zastanawiamy się nad owymi przypadkami) wystawia na trudną próbę - która z opisanych ofiar jest bardziej opłakiwana w naszej ojczyźnie (podobno połowa katolików czynnie uczestniczy w mszach świętych - tak oceniono podczas dorocznego liczenia)?
    Właściwie na to pytanie (czytając internetowe opinie) odpowiedź jest jednoznaczna. Można zapytać - dlaczego większość ludzi stawia żywot (w tym prawo do istnienia) czworonożnego tatrzańskiego ssaka ponad życie dwunożnego warmińskiego ssaka? Zapewne na swój użytek (bo przecież wielu głośno się nie wypowie) uznamy, że żal po utracie misia jest większy niż po utracie menela.
    Pokazano zabitego małego niedźwiadka i miliony telewidzów złorzeczyło (nie czekając na sąd) na zabójców kudłacza. Media nie pokazały zatłuczonego bandyty z rozłupaną głową i miliony telewidzów uznało lincz za słuszny - w końcu ludzie wzięli sprawy w swoje ręce, kije i szpadle przy biernej postawie instytucji odpowiedzialnej za społeczny ład i porządek.
    Na grobie misiowego aniołka wiele dzieci chętnie nasadzi kwiatki, a co myślą sąsiedzi o człowieku (bo to jednak był homo sapiens!)? - To był diabeł wcielony, zakała nasza! Jak go gdzieś w okolicy pochowają, to go wykopiemy i zrobimy z nim porządek! Nikt nie chce mijać grobu tego zbrodniarza!
    Gdybyż to można było zamieniać złoczyńców na misie... I żeby one nie rosły zamieniając się w groźne niedźwiedzie i aby nie jadały innych zwierzątek... Zlinczowany nieszczęsny bandyta też był kiedyś uroczym oseskiem, który mógł być Polakiem, z którego bylibyśmy dumni. Nie będziemy - jednak został szubrawcem.

    Społeczeństwo tworzy język a nie językoznawcy - iThink (1 listopada 2007)
    Oznajmia sekretarz Rady Języka Polskiego w artykule Inżynier zabronił "H" (Super Express). I dalej - "Nie możemy zabronić ludziom używania już utrwalonych nazw". A co z nowymi nazwami? Czy język polski zastał się*?
    Zatem, nie wiedzieć dlaczego, szef pani sekretarz zwrócił kiedyś mi uwagę, że powinniśmy mawiać od wielkiej litery, a nie z wielkiej litery? Wszak większość społeczeństwa mówi z, a to jest rusycyzm (także wg RJP), czyli be. Społeczeństwo podobno tworzy język, ale Rada nie zgadza się na szłem, włańczać i na wydaj tą książkę w oficjalnych wypowiedziach. Może społeczeństwo także zmieniło ustalone wcześniej nazwy geograficzne - NRF na RFN oraz Malajzja na Malezja, Erywań na Erewan? Z tą ostatnia nazwą jest największe zamieszanie. Także społeczeństwo znielubiło hobbista i zażądało hobbysta? Czy to nasze polskie społeczeństwo chociaż wie, że może aż tyle? To może zgłaszać pomysły językowe i zbierać sto tysięcy podpisów albo zorganizować referendum? Ale po co w takim razie RJP?
    Społeczeństwo jednak chyba nie wie, że tyle może ... A ponieważ w grupie musi być ktoś, kto zaproponuje nowe słowo, to może na początek - dizel (zamiast diesel), imaż (zamiast image), emajl (zamiast e-mail, skoro koktajl), eksodus (zamiast exodus) oraz Dublin [dublin] (zamiast [dablin])? Ta ostatnia sprawa jest zresztą omówiona przez słowniki, które uważają [dublin] jako formę właściwszą i (co ciekawe!) jako... częstszą (co jest nieprawdą!). Innym proponowanym wariantem spolszczonej nazwy stolicy Irlandii jest Dablin [dablin]. Oczywiście Dublin [dablin] nie jest słowem polskim! Może być stosowane (i jest), ale nie może być włączone do polskiego zbioru zawierającego nazwy typu Waszyngton, Paryż, Londyn.
    Dziwne, ale nazwa stolicy Nigerii (ang. Abuja , hiszp. Abuya, isl. Adútja, esperanto Abugo) została spolszczona jako Abudża (podobnie uczyniono w paru innych słowiańskich językach), choć nazwa ta jest znacznie rzadziej stosowana niż Dublin (jedna z teoryj polonistów zakłada, że w pierwszej kolejności spolszczamy słowa częściej stosowane). Jeśli przykładów znajdziemy więcej, to teoria ta legnie w gruzach...
    PS1  Już 20 lat temu istniały słowa - acydofile, acydoliza, acydoza, acydymetria, acyliczne, acyl, acylowanie (Encyklopedia Popularna PWN 1982). Na kosztownych plakatach reklamowane jest mleko acidofilne. A powinno być acydofilne.
    PS2  W związku z ustaleniem pisowni rzeczowników typu supercena oraz super-Polak, to zapewne nazwę gazety Super Express powinni(śmy) zmienić na Superekspres lub na Super-Ekspres biorąc również pod uwagę, że litera x nie należy do alfabetu polskiego? Takoż nie Teleexpress, ale Teleekspres. Dawniej pisano Kuryer, ale obecnie Kurier (w nazwach gazet i programów). Mimo że Dunikowskiemu dano na imię Xawery, to w encyklopediach widujemy Ksawery Dunikowski.
    Patrz opinia RJP - "Piszemy ks, nie x (nie ma litery x we współczesnym alfabecie polskim), np. Aleksandra, Ksenia, Ksymena, także na końcu wyrazu, np. Aleks, Aleksa, Aleksowi... nie: Alexandra, Xenia, Xymena, Alex".
    PS3 No i nie wiem, dlaczego skrót min. to od minister oraz minimalny, zaś min to od minuta? Czy to bezkropie to kolejna kompromitacja... polonistów?
    Co na to RJP, ustawa o języku polskim i... organa ścigania? Niniejszym składam doniesienie...
    * zastać się - (o stawach lub mięśniach oraz o... języku**): zesztywnieć wskutek braku ruchu
    ** - język jako narząd mowy może stanąć kołkiem, zaś jako narzędzie międzyludzkiej komunikacji może stanąć przed ścianą niemocy (impotencji) polonistów (jednak w pierwszym znaczeniu choć sztywnieje...).

    Warmia czy Mazury, drzewo czy drewno, Ubiji czy Ubii? - iThink (3 listopada 2007)
    1 listopada 2007 TVN24 zamieszcza wieści pisane u dołu ekranu - Polski pojazd został trafiony granatnikiem. Prawdopodobnie tubylcy po wystrzelaniu całej amunicji rzucili sprzętem w nasz wóz. Potem pomyślano i zmieniono - został ostrzelany przez granatnik.
    Dziennikarz twierdzi, że jedynie kamera TVN ukazuje wypadek, w którym uczestniczyły dwie ciężarówki (w tym jedna z przyczepą wypełnioną drewnianymi balami). Widok koszmarny i dobrze, że nikt nie zginął. Jednak reporter parokrotnie mówił o drzewie - wywróciła się naczepa z drzewem, nie wiadomo, kiedy zostanie uprzątnięte to drzewo. W bodaj wszystkich językach odróżnia się drzewo od drewna. Drzewo to roślina, która rośnie w ziemi albo jest przesadzana a nawet jest ścinana, jednak po rozdrobnieniu (rąbanie, cięcie) zamienia się w drewno.
    Wypadków (niestety nie tylko językowych) było więcej. Na pasku - Łódzkie: samochód zderzył się z...; Warmia i Mazury: jedna osoba zginęła w wypadku... I redakcyjna wpadka - byłoby poprawnie, gdyby napisano Warmińsko-Mazurskie (jak owo Łódzkie), jednak - choć obie krainy są zwykle wymieniane jednocześnie - są to jednak dwa obszary, zatem wypadek wydarzyć się mógł albo na Warmii, albo na Mazurach, chyba że zdarzył się dokładnie na granicy obu tych regionów.
    Słusznie dostrzega problem Wikipedia, że Olsztyn jest stolicą województwa warmińsko-mazurskiego*, leży w południowej części Warmii oraz "wbrew powszechnej opinii nie jest położony na Mazurach".
    Jest państwo o nazwie Trynidad i Tobago. Wypadek mógłby się wydarzyć albo na wyspie Trynidad, albo na wyspie Tobago. Jednak można byłoby napisać, że "katastrofa miała miejsce w Trynidadzie i Tobago" mając na myśli państwo, a nie konkretną wyspę. U nas nie ma krainy Warmia i Mazury, a zatem mieszkać (konkretny adres) można albo na Warmii, albo na Mazurach, nie zaś na Warmii i Mazurach.
    Nazajutrz Dzień Dobry TVN podano ciekawe przepisy kulinarne, z których jeden sugerował nam, aby wziąć 3 kg mąki przennej, zaś inny miał 9 składników z podaną masą wyrażoną w dekagramach skróconych do dkg, choć od kilkudziesięciu lat uczą w szkołach, że skracamy jako dag (identyczny błąd popełniono kilka dni później w programie p. Kuronia - nie tylko parokrotnie napisano dkg, ale z kropką, czym całkowicie dobito błędną pisownię).
    TVN24 obwieścił (na planszy), że najbogatszym człowiekiem jest pewien Hindus, który jest chojny. Zapewne nasz ekranowy pisarz nie dostanie po premii (smutne święta i bez tego), jednakowoż nie dorobi się majątku na polskiej ortografii...
    Minister obrony narodowej przekazał tragiczną wiadomość - "dzisiaj w godzinach rannych trzech Polaków zostało rannych i jeden zabity". Niby poprawnie, jednak niefortunnie - raczej porannych a lepiej - wczesnych. Taki lapsus (nie... lapsós).
    Okazuje się, że Pojazd najechał na minę w Diwaniji. Ponieważ nazwa tej miejscowości została spolszczona, zatem podlega ona polskim zasadom językowym, czyli - Diwanii (napój rakija - rakii, samolot Mrija - Mrii, nazwiska Gdynija - Gdynii, Linija - Linii, Marchwija - Marchwii, Odija - Odii, Ubija - Ubii, Wywija - Wywii, Zabija - Zabii). Postać Diwanii jest/byłaby w trzech przypadkach; nie tylko od nazwy Diwanija, ale również gdyby nazwano to miasto Diwania albo Diwaniya. Najwłaściwsza para (w naszym języku) to Diwania - Diwanii. Pierwsze hasło powinno mieć parę rakia - rakii. Jeśli komuś nie podobają się obecne zasady, to może zaproponować ich zmianę, choćby Radzie Języka Polskiego, która wprawdzie uważa, że to społeczeństwo tworzy język, jednak ma plan zajęć własnych i pewnie nie znajdzie czasu na rozpatrzenie społecznych pomysłów, a na pewno nie sugestii od osób prywatnych.
    * - historyczne i administracyjne nazwy województw, obwodów, ziem powinny być pisane jak przystało na nazwy własne - od wielkich liter (wg zasad dotyczących nazw mórz, jezior, wysp, półwyspów...), zatem Województwo Warmińsko-Mazurskie (wszak Jura Krakowsko-Częstochowska).

    100 tysięcy zł czeka na Ciebie - iThink (5 listopada 2007)
    Kilkanaście dni temu radio WAWA zakończyło radioturniej (skoro mamy wyraz teleturniej...) pt. "Sto tysięcy za dychę". Niemal codziennie o godz. 8.15 podawany był numer banknotu dziesieciozłotowego, który to banknot do obiegu komisyjnie wprowadzał organizator konkursu. Słuchacze mieli godzinę na
poinformowanie o posiadaniu banknotu o podanym numerze. Setki tysięcy słuchaczy owładniętych było amokiem poszukiwania numeru wśród zgromadzonych
dych.
    Niektórzy mieli w domu ponad tysiąc banknotów; jeden z konkursowiczów znakomicie przygotował się do walki o mamonę - zamroził (wycofał z obiegu) ponad 4 tysiące dziesięciozłotowych banknotów. W skali kraju z pewnością zamrożono niezły kapitalik. Ale nie to było destruktywne. Otóż tysiące Polaków
sprawdzało, zapisywało numer, poszukiwało, nadsłuchiwało wieści z radia, krótko pisząc - w skali kraju miliony godzin było marnotrawionych przez rodaków. I
jeśli były to godziny prywatnie tracone, to można powiedzieć - osobista sprawa radioturniejowicza. A jeśli co setny pracownik (kasjer, bankier, sprzedawca,
urzędnik, nauczyciel, lekarz, maszynista, pilot, górnik) wciągnął się w turniej i codziennie o tej porze sprawdzał numer?
    Oczywiście redakcja tego czy innego medium nie musi zastanawiać się nad reperkusjami wprowadzania swoich pomysłów, choć jednak powinna, zwłaszcza
że media często krytykują polityków za ich nieprzemyślane czyny. Oni chcą pokonać konkurencję, która również wymyśla rozmaite chwyty zachęcające do
słuchania, oglądania lub czytania właśnie ich i tylko ich programów lub artykułów.
    Parę razy dziennie ogłaszano hasło - "Nie wydawaj dziesięciozłotówek. Każda dycha może być warta 100 000 zł", co skutecznie podgrzewało atmosferę walki o kasę... Nawet emitowano reklamkę, w której szef zarządza naradę o porannej porze, a podwładni sugerują zmianę czasu spotkania z oczywistego powodu, co
spotyka się z całkowitym zrozumieniem...
    Ponieważ numer podawany był wyłącznie o wspomnianej godzinie, to oczywiście bywał wielki zamęt wśród pracusiów w okolicach tej godziny oraz wśród...
śpiochów. Pierwsi wydzwaniali nerwowo (bo pamiętali wprawdzie, ale akurat mieli nawał roboty i byli z dala od odbiornika) do redakcji, znajomych i
nieznajomych, także grzebali po internecie. Drudzy czynili to samo, ale z powodu przespania. Oczywiście, redakcja mogłaby umieścić poszukiwany numer na
swym portalu albo po prostu podawać co parę minut na falach eteru, ale nie byłoby to aż tak zabawne. Ile to utrudnienie kosztowało i nerwów, i czasu w skali
pracującej Polski?
    Szkoda, że organizatorzy nie zdradzali w ramach codziennych porcji danych np. że dzisiaj ujawniany banknot został wprowadzony do obiegu na przykład 3
dni temu. Wówczas rodacy uwalnialiby do obiegu pieniążki blokowane ponad owe trzy dni i... w dwójnasób zaopatrywaliby się w "świeższe" walory... Polak
potrafi.
    Wszystkie bodaj ujawniane dwuliterowe serie miały początkowe G oraz H. Z tego wynika, że serie o "wcześniejszych" literach zostały wycofane z obiegu i
zmielone, zaś następne litery będą dopiero zastosowane podczas druku kolejnych banknotów. Zwykle NBP twierdził, że tego typu informacje są objęte tajemnicą, a przecież można dość łatwo obliczyć ile banknotów dziesięciozłotowych jest w obiegu...
    19 września konkurs wygrała dziewczyna, która zadzwoniła do redakcji i bez emocji podała cyfry numeru wzbudzając wielkie zainteresowanie owym spokojem. Potem okazało się, że ma tylko 15 lat.
    Redakcja - "Jadziu, jutro nam powiesz, na co planujesz wydać nagrodę, bo pewnie jeszcze nie wiesz?". A młodociana Jadwiga z rozbrajająca szczerością -
"już wiem - na rower i komputer"...
    Wyciąg z postanowień ogólnych konkursu -
    W konkursie mogą uczestniczyć wyłącznie osoby pełnoletnie, mające obywatelstwo polskie, spełniające wymagania nałożone niniejszym
regulaminem.
    Posiadacz wybranego banknotu od momentu odczytania numeru banknotu ma 60 minut na skontaktowanie się ze studiem RADIA WAWA
telefonicznie lub sms-em pod wskazane numery telefonu, osobiście lub faxem.
    Po polsku nie piszemy fax podobnie jak nie televisor, telephon, xerokopia.
    No i nie wiadomo, w jaki sposób redakcja potraktowała niepełnoletność panny Jadzi. Czy wypłacono nagrodę, czy powołano się na regulamin? W końcu który z uczestników czyta regulamin dość poufnie zagnieżdżony w internecie? Podstawowe warunki powinny być uczciwie cytowane tuż przed odczytywaniem serii i
numeru poszukiwanego banknotu. W takim przypadku dziecię dzwoniłoby do rodzica i onże zgłaszałby banknot do zamiany na sto tysięcy złotych.
    Kiedyś TVP spaprała sprawę, kiedy to pewien niepełnoletni młodzian w konkursie telefonicznym wylosował samochód, ale czujnie prowadzący redaktor
zorientował się w jego niepełnoletności i podziękował za udział oraz zachęcił do dalszego brania udziału w konkursach (ale już jako osoba starsza albo w przy
udziale swoich rodziców). Następny telewidz zadzwonił i wygrał auto, zaś rodzina chłopaka oddała sprawę do sądu. I słusznie, bowiem konkursy powinny być
przyjaźnie organizowane! I jeśli obywatel płaci za udział w turnieju, to ma prawo do wygranej bez ograniczeń!
    Nawet detektyw Inwektyw (nowa a kultowa postać w radiu WAWA) nie odkrył regulaminowej "niewłaściwości wiekowej" owej panienki. Miejmy nadzieję, że zapis o pełnoletności nie był przeszkodą w przekazaniu wygranej małoletniej Jadzi lub jej rodzicom.
    Parę dni później echo owego problemu pojawiło się podczas telefonicznego zgłoszenia numeru banknotu przez słuchaczkę o imieniu Estera. Prowadzący
(nie)dyskretnie zapytali o wiek zaraz po oświadczeniu przez nią, że wiadomością podzieli się z mamą. Zwyciężczyni oszacowała swój wiek na 29 lat. Jednak po
godzinie zmieniła zdanie w kwestii rzekomo posiadanego banknotu wartego 100 000 zł, ponieważ... błędnie zinterpretowała zasady turnieju. Trudno ocenić, co
można było źle zrozumieć, ale redakcja grzecznościowo i z wrażenia (w końcu zaoszczędzono niezła kasę tego dnia) nie zapytała o kolor fryzury owej damy...
    Wymóg polskiego obywatelstwa w dzisiejszych czasach (wszak należymy do Unii, zaś nierówne traktowanie obywateli jest problemem konstytucyjnym) to
nadzwyczaj ryzykowna sprawa. Że też żaden prawnik i żaden redaktor nie poddał tego warunku pod dyskusję? Przecież to przejaw dyskryminacji! Byłyby hece, gdyby szczęśliwą dychę miał cudzoziemiec! Afera byłaby na cała Unię i Polska znowu byłaby postrzegana jako wieś tylko dla Polaków.
    A może każdy taki konkurs powinien być oceniany z urzędu i otrzymywać zgodę na emisję (albo i... nie).

    Swen czy Sven? - iThink (8 listopada 2007)
    Na sąsiedniej Ukrainie można nadawać chyba dowolne imiona, nawet Traktor... Ale czy to dobrze? Sprawować kuratelę nad obywatelami, czy nie - oto problem demokratycznego państwa.
    Sympatyczny aktor Edward Linde-Lubaszenko apeluje na łamach prasy do syna Olafa (również aktora) o wnuka, który godnie kontynuowałby drzewo genealogiczne, bowiem wnuczka Marianna najprawdopodobniej zmieni swoje (taty i dziadka) nazwisko. Ponieważ ród pochodzi ze Skandynawii, aktor wymarzył sobie nawet imię dla wnuka - Sven. Niby drobiazg, ale imię w takiej postaci raczej nie zostanie nadane polskiemu obywatelowi w RP.
    Otóż urzędy stanu cywilnego mają wytyczne dotyczące nadawania imion. Na portalu RJP www.rjp.pl mamy "Zalecenia dla urzędów stanu cywilnego dotyczące nadawania imion dzieciom osób obywatelstwa polskiego i narodowości polskiej".
    Zatem kilka wskazówek z owych zaleceń -
    Piszemy ks, nie x (nie ma litery x we współczesnym alfabecie polskim), np. Aleksandra, Ksenia, Ksymena, także na końcu wyrazu, np. Aleks, Aleksa, Aleksowi... nie: Alexandra, Xenia, Xymena, Alex.
    Piszemy w, nie v, a więc np. Wirginia, Wioleta.
    Piszemy -j-, nie -i-, w połączeniach: samogłoska + j-, np. Rajmund, nie Raimund.
    Piszemy k, nie c, w imionach pochodzenia łacińskiego, a więc Benedykt, nie Benedict; Klaudia, nie Claudia; Klemens, nie Clemens.
    Z powyższego tekstu wynika, że polskie imiona nie mogą mieć niepolskich liter x oraz v; zapewne również q, którą to literę przeoczono. Prawnik mógłby być bezlitosny (co nie jest zabronione, jest dozwolone), a skoro nie wykluczono litery q z imion, to nie musimy wnikać, dlaczego to uczyniono. Czy prawnicy znają instytucję przeoczenia ("ustawodawca zapomniał")? Czyżbyśmy przez nieuwagę mogli nadać imię Jacqueline zamiast Żaklina?
    Na portalu RJP można zapoznać się z opiniami na temat innych imion -
    Imieniu Oliwier (pisanemu przez w, nie przez v) nie można niczego zarzucić - pozwala na odróżnienie płci dziecka, nie jest ośmieszające ani nieprzyzwoite. Nikola to często stosowany polski odpowiednik imienia Nicole. Z dwóch form Oliwia oraz Olivia jedynie pierwsza jest odpowiednia jako polskie imię. Forma Olivia zawiera literę v, a więc nadanie go obywatelce polskiej stałoby w sprzeczności z zaleceniami. Podobnie Iweta to odpowiednik francuskiego Ivette/Yvette. Kewin zamiast Kevin.
    Pewna entuzjastka imienia Liv otrzymała odpowiedź RJP -
    Rada Języka Polskiego jest instytucją opiniodawczo-doradczą w zakresie używania języka polskiego, w związku z czym do jej kompetencji nie należy wydawanie zakazów czy nakazów dotyczących używania jakichś form, także imion. O tym, czy - jak to Pani ujęła - istnieje możliwość nadania dziecku jakiegoś imienia, zgodnie z art. 50 ustawy Prawo o aktach stanu cywilnego (DzU 1986 nr 36, poz. 180), decyduje kierownik urzędu stanu cywilnego.
    Zatem ostatecznie kłopot zrzucono na kierownika, choć ten ma przecież Zalecenia cytowane na wstępie.
    Można jeszcze przedyskutować znaczenie "zalecenie", bo może się okazać, że te wytyczne nadają się do dyskusji, lecz nie mają umocowania prawnego. Jeśli ktoś obywatelowi zaleca, aby udał się na przejście graniczne A, to obywatel może skorzystać z zalecenia albo udać się na przejście B a nawet na C. Jeśli producent auta zaleca korzystanie z punktu usługowego U, to obywatel może to wziąć pod uwagę, ale nie musi się dostosować. Zalecenia są fakultatywne czy obligatoryjne? W razie kłopotów ze zrozumieniem owego hasła, ponieważ to tu, to tam coś zalecają, można po prostu pozalecać się do... kogoś. Ryzyko jednak także istnieje - można dostać kosza (i to po wybraniu zeń kwiatostanu przez wybrankę serca). A najlepiej zalecać się po sprawdzeniu, czy wybranka ma poprawne... polskie imię.
    Imię Sven jest na tyle interesujące, że mogłoby funkcjonować w naszym języku, jednak jako Swen.
    Imię Olaf pochodzi również ze Skandynawii i Skandynawi (polecam, wszak to krócej niż Skandynawowie; podobnie Rumunii i Rumuni, nie Rumunowie) nadają chłopcom je w formie także Olaff, Olav, Olave i Olov, które nie spełniają "polskich wymagań językowych".
    W internecie można znaleźć odpowiedniki imienia Sven - Svein, Sveinn, Svend, Swain, Swen, Swensen oraz Swenson, wśród których istnieje już forma przyjazna naszemu językowi, co wybawia nas z językowej opresji, bowiem nie musimy wymyślać polskiego odpowiednika, lecz wystarczy przyjąć imię Swen i przekazać tę informację p. Edwardowi.
    Przy okazji - co począć, kiedy Polacy (patrioci?) najpierw nieźle poczynają sobie, potem poczynają dzieci, zaś na koniec owych poczynań nadają im imiona typu - Etiennette, Fabienne, czy Xavier? Zmienić pogląd na współczesny patriotyzm, czy udawać, że nic się nie dzieje? Można sobie i tak poczynać?.

    Refleks szachisty - iThink (9 listopada 2007)
    Złośliwego dziadka można szukać miesiącami, zaś rewelacyjne wyniki mogą oczekiwać tysiące lat na swoich odkrywców.
    Pewien staruszek w Kaliszu strzelał z procy do pojazdów na najbliższym parkingu - uszkodził szyby i karoserie wielu aut. Do zatrzymania doszło dzięki sąsiadom, którzy w końcu zamontowali na bloku kamerę. Jak długo zajęło to obywatelom wspomaganym przez policję? Okazuje się, że... półtora roku. Gdyby ostrzelano parking wipów z Ministerstwa Sprawiedliwości, to funkcjonariusze okazaliby się znacznie szybsi. Równość obywateli jest deklarowana w Konstytucji 1997 (a ponadto bezpłatność w dostępie do ochrony zdrowia i nauki), ale codziennie media obalają te sympatyczne skądinąd mity.
    W mieszkaniu nerwowego pana znaleziono proce i spory zapas kamieni. Seniorowi grozi teraz nawet do pięciu lat więzienia. Z pewnością nie posiedzi ani dnia, bowiem kodeks straszy wszystkich, ale sadzają tylko nielicznych (a to wiek - podeszły albo przedszkolny, a to choroba, a to wzorowy obywatel, a to trudne dzieciństwo, a to immunitet, a to kaucja i niechęć do mataczenia).
    Ale również Amerykanie wykazali się refleksem szachisty, choć całkiem w innej dziedzinie (może już obcej dziadziusiom?).
    Otóż tamtejsi psycholodzy ewolucyjni (a nawet... owulacyjni) szukają motywacji dla ludzkich działań w chęci rozpowszechniania swoich genów (rozmnażanie się oraz chęć przetrwania). Amerykańscy badacze u striptizerek stwierdzili większe zarobki w płodnej fazie cyklu niż pozą tą fazą - wydają się wówczas bardziej urodziwe. Wprawdzie ten fach jedynie zazębia się z najstarszym zawodem, zatem już tysiące lat temu wystarczyło zaproponować "opiekunom" dłubanie w glinianych tabliczkach i wyznaczanie w ten sposób zależności kasy od stanu ciała.
    Naukowcy konstatują, że dzięki nim tancerki posiadły wiedzę, w jaki sposób powiększyć swoje zarobki... Parę miesięcy uczeni spędzili w interesującym towarzystwie za pieniądze podatników i doszli do dość oczywistych a odkrywczych wniosków - skoro z nich odkrywcy to i odkrywali...
    Jest to również dowód na to, iż mieszkanki całej Ziemi ciągle mogą czerpać z mądrości najlepszych naukowców i to bez kosztownych opłat za badania czy licencje. Zatem to nieprawda, że Amerykanie każą sobie płacić za wszystkie swoje wiekopomne teorie...

    Pieprz pod prysznicem - iThink (15 listopada 2007)
    Męska rzecz? Cóż to takiego? To cotygodniowy dodatek do dziennika "Polska".
    Po raz pierwszy wczoraj zajrzałem do dodatku "Męska rzecz" (cotygodniowy dodatek do dziennika "Polska"), który okazał się dość archiwalny (22 października 2007) i od razu notatka zachęcająca do ostrej jazdy (o tytule jak wyżej), zwłaszcza że obok artykulik o prawdziwym czadzie czterech kółek, z którego dowiadujemy się, że Napoleon, Dżyngis-chan* i Juliusz Cezar razem wzięci mniej zdziałali na polu zmian społecznych, niż wynalazca auta.
    Okazuje się, że nie jest to mało romantyczna zachęta do igraszek pod tuszem (czyżby głodnemu chleb na myśli?), nie jest to również kulinarna propozycja na kolację w łazience, lecz jest to reklama... żelu pod prysznic (zaprawionego czarnym pieprzem i energetyzującą guaraną), który przeznaczony jest dla (zaprawionego w bojach) polskiego woja, a któremu (jeśli wierzyć ulotce) "kąpiele z nową Naturią upodobnią cerę dorosłego nosorożca do pupy niemowlaka".
    Co komu jednak po błędnie zrozumianej odezwie, skoro może być awaria? I tym problemem zajęto się kilka stron dalej - całostronicowe zdjęcie (w znaczeniu fotografii, nie demontażu, bowiem to subtelny dodatek) spodni (choć żaden spodni atrybut nie wyziera spod karteczki z napisem "AWARIA" wiszącej na pasku na tle rozporka). Nie trzeba kupować Viagry, bowiem Clavin to (jak napisano na opakowaniu) "podpora erekcji o natychmiastowym działaniu". I tak dobrze, że nie sup(p)ort (jak w przypadku występów na estradzie).
    Na następnej stronie p. Lato spłodził artykuł "Ten mały drań", w którym powołuje się na znany autorytet (to prof. Lew-Starowicz), który im starszy, tym bardziej lwią grzywą potrząsa i zapewne (skoro taki mądry) sam ostro pląsa (i to nie w "Tańcu z gwiazdami"!). Obok zachwalane są bezreceptowe środki wspomagające męską silną wolę, zatem temat  "jak na lato", choć już pogoda zimą trąca. M.in. jest tam korzenna herbatka dla panów, którą uczciwie oceniono - "Aby wprowadzić w życie** reklamujące produkt hasło 'Im człowiek starszy, tym korzeń twardszy', trzeba by tej herbatki wypić kilka wiader". I tak gagatek nie utrzymałby nawet jednego wiadra z czajem na swym końcu, bowiem moment gnący w utwierdzeniu (długość nicponia rzucona na poziom razy ciężar napełnionego naczynia) byłby koszmarnie duży (rząd dwudziestu niutonometrów) i trwający właśnie... moment.
    W rogu strony znany i lubiany rysownik Mleczko (od dawna niebojący się żadnych wyzwań) zamieścił kolejną szykanę komunizmu w Polsce - gościu stoi (sam, z mizerią zamiast jurnego hultaja) przed swą roznegliżowaną wybranką, a ta z rozczarowaniem (także marksizmem) w głosie zrzędzi - "wybacz, ale nie możesz zwalać wszystkiego na czterdzieści lat komunizmu". Żadnej wyrozumiałości dla rodaka walczącego ze wspomnianym systemem. Taka krytyka może zwalić*** co najwyżej z nóg - nic ponadto. Nasze wiekowe panie są jak wino - łudzą się, że z latami są coraz lepsze, zaś w winie utwierdzają (miast nim uraczyć) swoich panów...
    Na sąsiedniej stronie kłujący po oczach tytuł - "Dla kochających wnętrza". Jednak to nie kontynuacja delikatnej tematyki. Nie, żadnych trzewi - to redakcja zachęca do doboru modnego koloru ścian i do zaprojektowania swoich czterech kątów (mieszkalnych). No cóż, skoro herbatki nie podziałają na huncwota, to pozostaje choć zadbać o domowe**** pielesze...
    Tenże dodatek (ale 12 listopada 2007) ukazuje cykl rysunkowy (również mistrza Mleczki). Na pierwszym szkicu (zagajenie historyjki) pewien pan pyta napotkaną damę: czy mógłbym panią zaprosić na kolację? Na drugim (rozwinięcie) - pani stosunkowo romantycznie odpowiada: a potem chciałby pan mnie wydymać?! Na trzecim (finał) - zdegustowany a nieudany inicjator kolacji i dalszych rutynowych tzw. innych czynności seksualnych: już nie. Nie dojdzie do podniosłego aktu erekcyjnego z udziałem zagęszczonego mleczka, zatem szanse na poczęcie kolejnego naszego rodaka zostały spalone na panewce. Może i dobrze? Mało to choróbsk i donosów na szefów, kiedy podwładne tracą mandaty społecznego zaufania?

* - kiedyś pisano i zamiast y (co dobrze rokuje wyrazom typu intyfada, reżym, ryksza)
** - dobrze, że nie "w rzycie"
*** - "konia z rzędem temu, kto zgadnie, co wchodzi w skład suszu" czytamy nieopodal nt. reklamowanej owocowej herbatki miłości
**** - skoro słowniki podają: pielesze - zacisze domowe, to może przymiotnik jest zbędnym powtórzeniem?

    Ateiści chcą pokazać pornografię w kościele! - iThink (28 listopada 2007)
    No, nie sposób przejść obojętnie obok takiego tytułu bijącego z ekranu monitora! Pojęcia "kościół" oraz "pornografia" są bardziej dysonansowe niż woda i ogień.
    Dziennik (26 października 2007) szokuje -
    To będzie skandal, jakiego jeszcze nie było. Ateiści chcą w zabytkowym kościele w Toledo pokazać zdjęcia pornograficzne. W dodatku przedstawiające postaci Jezusa, Maryi i świętych. To wyjątkowo perfidna prowokacja, bo właśnie w Toledo mają swoją siedzibę hiszpańscy prymasi. Lubieżnie uśmiechający się Jezus pokazujący środkowy palec w obraźliwym geście, Maryja trzymająca na kolanach świnię zamiast dzieciątka, naga święta Juana Ines w wyuzdanej pozie. Oto zdjęcia, jakie zamierzają wystawić ateiści w Toledo. Wcześniej opublikowano je w albumie. Trudno się dziwić, że budzą ogromne oburzenie. Na zlot w Toledo umówili się członkowie Międzynarodowej Federacji Ateistów. Za nic mają uczucia religijne hiszpańskich biskupów i wielu organizacji protestujących przeciw tym planom. Ateiści postanowili wywołać szok i tego się trzymają. Dodatkowo oburza fakt, że wystawa ma się odbyć w zabytkowym kościele św. Wincentego. Jednak władze kościelne nie mogą jej zakazać, bo bazylika od 15 lat jest pod zarządem Koła Artystów w Toledo. A ono jest współorganizatorem skandalicznej wystawy. Autorem oburzających zdjęć jest niejaki Montoya.
    Analizując nazwisko "artysty" (mont, toy, toi - języki romańskie oraz angielski) to mamy mieszankę górowania (głupoty), szczytowania (ale nie w pięknych górach, lecz w mrocznych intelektualnych dolinach), zabawowego traktowania poważnych spraw, a także nikczemne pomysły rodem z sedeski na porcelitowym meblu.
    Zwykle Hiszpania, jako kraj (liczba ludności oraz historyczne przejścia), jest porównywana do Polski. Najczęściej jawi się jako wzorzec do naśladowania i (póki co) jest raczej niedościgła w gospodarce, autostradach oraz w... piłce nożnej. Ale w kategorii etyki oraz religii także przekroczyła wszelkie nasze wyobrażenia. Na minus! Polskie skandale wywoływane przez naszych "twórców" oraz przez "artystki" (w rodzaju Znalskich) zostały przelicytowane przez Hiszpanów, którzy przez wieki byli postrzegani jako spokojni i religijni (poza inkwizycją, podbijaniem ludów Ameryki i wojną domową). Oczywiście, po umocnieniu swej pozycji na sekstargach w Barcelonie można było jedynie typować termin wybuchu kolejnego sekskandalu. No i mamy! "Postępowi" Europi (Europejczycy) uważają, że Hiszpania od lat zrzuca jarzmo ciemnogrodu i zaścianku (we wspomnianej niemal dwumilionowej Barcelonie jest aż 30 tysięcy prostytutek).
    Koło artystów organizuje taką wystawę? To jednak w Polsce jeszcze nie jest do pomyślenia, aby w kościele jakieś koło mogło tak profanować nobliwe miejsca. Ile Hiszpanom brakuje do wprowadzenia seksaktorów do katedry i uczynienia z koła innej figury, choćby trójkąta albo i czworokąta? Jeden krok lub nawet kroczek? A może krocze?
    Nie dzieliłbym ludzi na wierzących i niewierzących. Jednak i owszem - na przyzwoitych obywateli i na prowokujących głupców. Wygląda na to, iż Polska oraz Hiszpania, które są postrzegane jako katolickie państwa, konkurują ze sobą w (jeszcze) nieolimpijskiej dyscyplinie o nazwie "perfidne religijne prowokacje". Zapewne idzie o świadome albo tylko o podświadome dowodzenie, że oba kraje wyszły ze średniowiecznych ciemności, czym chcą zyskać tani poklask wśród innych unijnych krajów. Szkoda, że w prostackich dziedzinach, które wywlekane są na szerokie fora*. To przypomina młodzieńca lub pannę, którzy chcąc zyskać prymitywną akceptację wśród mało ambitnych rówieśników, zniżają się do nieetycznego (a często i przestępczego) postępowania. Rosjanie i Hiszpanie byli kiedyś omamieni szaleńczymi ideami, ale kiedy pierwsi zlikwidowali magazyny i kinoteatry w świątyniach, to drudzy kilkadziesiąt lat później wprowadzają tam "sztukę ze środkowym wyprostowanym palcem". Koło historii i koło artystów... Miejmy nadzieję, że żaden polski "twórczy intelektualista" nie będzie próbować przelicytować owego Montoi o manierach rodem z toi-toi.
    Tamże (4 października 2007) dostrzegamy tytuł "Amerykańscy ateiści zwierają szeregi". Jeden z organizatorów konferencji twierdził - "Moralność ateistów w niczym nie różni się bowiem od moralności wierzących". Jednak (w aspekcie opisanej wystawy w Toledo) można mieć poważne wątpliwości co do tego twierdzenia. Wprawdzie nie było tam "dzieł sztuki" podobnych jak w Toledo, ale rozwieszone hasła i nadruki na koszulkach w rodzaju "Głupie chrześcijańskie legendy są dla dzieci" dowodziły intelektualnego ubóstwa tej imprezy. Owszem, ateistą można być, jednakże pewien fason należy utrzymywać, pewne minimum jest wymagane. A amerykańscy ateiści uznają, że mają mniej praw niż homoseksualiści. Zapewne to opinia nielicznej (choć niestety uznającej się za przywódców) grupy. Coraz głośniej o zespołach ludzi, które się a to zespalają, a to zwierają. Dokąd to zmierza?
* - fora ze dwora i z kościoła!

    Klient nasz Pan... - iThink (28 listopada 2007)
    Takie hasło (o, paradoksie!) mniej lub bardziej obowiązywało w systemie, który doktrynalnie zwalczał panów. Teraz panowie ponownie rządzą, ale klienci do nich się już nie zaliczają...
    Nie wiem, jak to się stało - wieczorem 15 lipca 2006 poprzez internet poleciłem przelać kwotę 80 zł na konto pewnego dżentelmena. Chyba cofnąłem coś (nie byłem pewny adresu odbiorcy) i drugi raz pojawiła się prośba o wpisanie numeru z następnej zdrapki. Po kilkunastu minutach zorientowałem się, że chyba przelano podwójną kwotę, czyli 2 razy po 80 zł. Ponieważ polecenie wystosowałem w piątek wieczorem, a dopiero w poniedziałek od rana realizowane są przelewy, przeto pomyślałem, że przetestuję system bezpieczeństwa klienta w banku, w szczególności czytanie i reagowanie na emajlowe pisma w sprawach finansowych. Suma niewygórowana, zatem można przeprowadzić spokojne doświadczenie. Internetowo wypełniłem bankowy formularz. Zaproponowałem bankowi, aby w przyszłości (proceduralnie, komputerowo) założył blokadę, która działałaby, gdyby klient dwukrotnie polecił wysłanie dwóch identycznych kwot. Chyba prosty i łatwy pomysł do realizacji. Odpowiedź przyszła dopiero po przelewie (jednak!) podwójnym. Niestety, odpowiedź banku nie była zielonym światłem dla tego pomysłu - dość skomplikowanie wytłumaczyli, że to można załatwić w inny sposób (oczywiście, nie w tak prosty, jak zaproponowałem) i że nic nie zmienią w procedurach. Dali tym samym do zrozumienia, że klient nie zawsze ma rację, nawet jeśli daje rozsądne propozycje... Tak po prawdzie, to podświadomie i jako Polak żyjący w tym dziwnym kraju byłem pewny, że polski bank nie kiwnie palcem, aby coś zmienić wskutek przedstawienia pomysłu przez byle jakiego polskiego obywatela. Owszem, jeśli taki standard wymyślą na Zachodzie, to bardzo szybko go wdrożą, ale nie z powodu jakiegoś rodaka namolniaka podsyłającego kłopotliwe pomysły.

    Ja piszę do banku
    15 lipca 2006 pomyliłem się i dwukrotnie przelałem z mojego konta kwotę 80 zł plus koszty manipulacyjne 2x50 gr. Ponieważ faktyczne przelewy są wykonywane w dni robocze, wiedziałem, że dopiero 17 lipca br. pieniądze te będą rzeczywiście przelane na konto pewnego dżentelmena. Spokojnie wszedłem na właściwą internetową stronę Banku i wpisałem - "Wczoraj omyłkowo podwójnie poleciłem przelać kwotę 80 zł. Drugą operację proszę anulować". Liczyłem na to, że przez kilkadziesiąt godzin nowoczesny Bank przeczyta mój monit i zareaguje, to znaczy - anuluje drugie polecenie przelewu, które przez dwa dni leżały w dziale "środki nierozliczone". Niestety, w poniedziałek (17 lipca br.) przelano 2x80 zł. Zatem mój apel nie zdał się na wiele, aby nie powiedzieć - "zdał się psu na budę". I teraz - skoro Bank mnie zawiódł - będę musiał przetestować odbiorcę, czy istotnie jest dżentelmenem.
    Powyższa pomyłka każe zastanowić się nad dwoma sprawami - dlaczego Bank nie reaguje (odpowiednim programem sprawdzającym) na podwójne identyczne kwoty z identycznym tytułem płatniczym, nadane w tym samym czasie? Przecież to oczywiste, że taki przypadek powinien być wychwycony jako pomyłka. No i co by się stało, gdyby to nie było tylko 80 zł, a znacznie więcej? Proszę zbadać sprawę - dlaczego nie zareagowano na mój monit oraz wprowadzić odpowiednie zmiany w programach komputerowych, co uniemożliwiłoby popełnianie podobnych błędów przez roztargnionych klientów. I ciekawe - jak podobne sprawy rozwiązywane są w zachodniej części naszej Unii?
    Pozdrawiam!
    MN

    Bank odpowiada 21 lipca 2006
    Szanowny Panie,
    W odpowiedzi na Pana zgłoszenie informujemy, że Centrum Bankowości ***, w ciągu ostatnich trzech miesięcy, nie otrzymało od Pana żadnego zgłoszenia, dotyczącego transakcji na kwotę 80,00 PLN. Jeżeli zgłoszona sytuacja jest nadal aktualna, prosimy o ponowny kontakt i wskazanie odpowiednich szczegółów, które pozwolą na rozwiązanie zgłoszenia i przedstawienie Panu wyjaśnień w tej kwestii.
    Z poważaniem,
    Barbara K.

    Bank odpowiada także 24 lipca 2006
    Szanowny Panie,
    W odpowiedzi na Pana korespondencję dziękujemy za przekazane w niej uwagi dotyczące funkcjonowania serwisów bankowości elektronicznej oraz jakości obsługi Klientów. W odniesieniu do Pana uwag dotyczących dwóch przelewów zrealizowanych w dniu 17 lipca 2006 roku, na kwotę 80,00 PLN, informujemy, że usunięcie przelewu w serwisie internetowym lub telefonicznym *** jest możliwe wyłącznie w przypadku dyspozycji zleconych z przyszłą datą realizacji. Takie przelewy są prezentowane na liście transakcji oczekujących, a ich usunięcie jest możliwe poprzez wybranie opcji "anuluj". Jeśli przelew został zlecony z datą bieżącą i znajduje się w "środkach nierozliczonych", Bank nie ma możliwości jego usunięcia.
Informujemy, że Bank nie wprowadzi zmian w przedmiotowym zakresie. Przepraszamy, jeżeli przedmiotowa sytuacja była dla Pana przyczyną jakichkolwiek niedogodności. W przyszłości proponujemy upewnianie się po zleceniu transakcji, czy została przyjęta do realizacji. Przelewy z bieżącą datą realizacji są prezentowane w "środkach nierozliczonych", a transakcje zlecone z datą przyszłą są prezentowane na liście transakcji oczekujących, w sekcji "Transakcje".
Jednocześnie zapewniamy, że w przypadku sytuacji podobnych do opisanej przez Pana Bank może na Pana prośbę podjąć próbę kontaktu z bankiem odbiorcy dwukrotnie zrealizowanego przelewu, w celu uzyskania zwrotu błędnie przekazanych środków.
    Wyjaśniamy również, że Bank dokłada wszelkich starań, aby odpowiedzi na wszystkie zgłoszenia Klientów udzielać w możliwie najkrótszym terminie. Zaznaczamy przy tym, zgodnie z informacjami przekazanymi Panu w poprzedniej korespondencji nie otrzymaliśmy od Pana żadnego zgłoszenia dotyczącego przedmiotowej sprawy, przekazanego po zalogowaniu w serwisie internetowym ***. W związku z tym nie mieliśmy możliwości przekazania Panu wyjaśnień w tej sprawie.
    Zapewniamy, że zadowolenie Klientów z naszych usług jest dla nas niezwykle ważne. Dlatego udzielamy odpowiedzi na wszystkie zgłoszenia Klientów. Jest nam przykro, że w przedmiotowym przypadku nie mieliśmy takiej możliwości.
Ponownie dziękujemy za przekazane uwagi, wyrażając jednocześnie nadzieję, że dalsze korzystanie z naszych usług będzie dla Pana źródłem zadowolenia.
    Z poważaniem,
    Beata S.

    Ja piszę do banku 25 lipca 2006
    Piszę do Państwa jako zwykły klient i obywatel, który nie zna się na przepisach bankowych, ale po prostu jako użytkownik, który ma prawo pomylić się podczas wydawania polecenia przelewu.
    Otóż w piątek błędnie poleciłem drugi przelew 80 zł, choć minutkę wcześniej uczyniłem to samo. Zatem drugi przelew był zbędny. Ponieważ oba te polecenia leżały sobie w dziale oczekującym (do poniedziałku), a kwota nie jest bajońska, przeto postanowiłem przetestować procedurę zaniepokojenia Państwa zaistniałą sytuacją i wysłałem alarmujący emajl drogą przewidzianą po zalogowaniu.
Byłem niemal pewien, że przez dwa dni ktoś z Banku przeczyta mój monit i zareaguje. Niestety - w poniedziałek obie wpłaty przepłynęły z mojego konta na konto kontrahenta...
    Nie mam zamiaru robić Państwu większych wymówek, ale opisane zdarzenie nasuwa pewne rozwiązanie.
    I tak - jeśli w jednym czasie Bank otrzymuje dwa identyczne polecenia (te same kwoty, ten sam odbiorca), to program komputerowy powinien zadać pytanie - "czy jesteś pewien, że chcesz podwójnie dokonać identyczną operację?". Przecież można sobie zadać logiczne pytanie - po cóż miałby ktoś dwukrotnie i jednocześnie przelewać identyczne kwoty, skoro związane to jest z podwójnym wykonywaniem czynności (w tym zdrapywanie kodu) oraz z podwójną prowizją? Pierwszy lepszy detektyw zorientowałby się, że "coś nie jest w porządku".
    Albo (mniej elegancko) pracownik przeglądający transakcje powinien wyłapać tę sytuację, pomijając zdumiewający fakt, że przez dwa dni mój emajl nie spowodował reakcji Banku. A gdyby ktoś przesłał do kolei informację o zagrożeniu na przejeździe i przez parę godzin nikt z kolejarzy by nie zareagował?
Ja rozumiem, że łatwiej jest mnie zbyć eleganckim pismem, niż wdrożyć dodatkową procedurę, ale Bank, jeśli chce się unowocześniać, to powinien czerpać z mądrości ludu i uzupełniać (rozszerzać) program komputerowy, aby podnosić jakość i bezpieczeństwo swych usług ku zadowoleniu klientów, nieprawdaż?
Podobno Bank mógł porozumieć się z bankiem odbiorcy, zatem w czym problem - w piątek wysłałem informację, zaś w poniedziałek można było wysłać prośbę do owego banku.
    Ze swej strony przygotowuję artykuł na ten temat. Oczywiście - nie podam nazwy Banku, ani żadnego nazwiska, ponieważ nie zwykłem donosić na ludzi ciężkiej pracy, niemniej za jakiś czas zadam pytanie - co się zmieniło w proponowanej procedurze. Więcej - dokonam świadomie podwójnego przelewu (tzw. podwójny przelew kontrolowany) i będę miał natychmiast odpowiedź, bez specjalnej wymiany grzeczności, które prowadzą donikąd...
    Z poważaniem
    MN
    PS Oczywiście, że korzystanie z usług Banku będzie w dalszym ciągu źródłem mojego nieustającego zadowolenia, jednak ucieszyłbym się, gdyby Bank podjął starania opisane w mojej propozycji. W tej chwili można się jednak zastanowić, czy nos jest do tabakiery, czy tabakiera do nosa...

    Bank odpowiada 31 lipca 2006
    Szanowny Panie,
    W odpowiedzi na Pana zgłoszenie dotyczące dwukrotnie zrealizowanego przelewu informujemy, że wyjaśnienia w tej kwestii zostały Panu przekazane w korespondencji z dnia 24 lipca 2006 roku.
Ponownie informujemy, że usunięcie przelewu w serwisie internetowym lub telefonicznym  jest możliwe wyłącznie w przypadku dyspozycji zleconych z przyszłą datą realizacji. Takie przelewy są prezentowane na liście transakcji oczekujących, a ich usunięcie jest możliwe poprzez wybranie opcji "anuluj". Jeśli przelew został zlecony z datą bieżącą i znajduje się w "środkach nierozliczonych", Bank nie ma możliwości jego usunięcia.
    Dziękujemy również za przekazane uwagi i sugestie dotyczące przedmiotowej kwestii. Informujemy jednak, że Bank nie przewiduje wprowadzenia zmian w tym zakresie.
    Serdecznie przepraszamy, jeśli będąca przedmiotem zgłoszenia sytuacja była dla Pana przyczyną jakichkolwiek niedogodności. W przyszłości proponujemy, po zlecaniu transakcji, upewnianie się, czy zostały przyjęte do realizacji. Przelewy z bieżącą datą realizacji są prezentowane w "środkach nierozliczonych", a transakcje zlecone z datą przyszłą są prezentowane na liście transakcji oczekujących, w sekcji "Transakcje".
    Z poważaniem
    Anna N.
    Centrum Bankowości Elektronicznej ***

    Pewnie zapomniałbym o opisanej sprawie, gdyby nie... powtórka z internetowo-bankowej rozrywki. Otóż po kolejnym a podwójnym przelaniu środków dokonuję zgłoszenia w internetowym bankowym formularzu -
    Skarga
    Kategoria Bankowość elektroniczna
    Podkategoria Serwis internetowy
    Opis zgłoszenia
    Parę minut temu próbowałem przelać 50 zł. Po wpisaniu zdrapki spod nr. 07 pojawił się napis "Transakcja nie może być zrealizowana. W tej chwili transakcja nie może być zrealizowana. Spróbuj ponownie w innym terminie". Po chwili spróbowałem ponownie i po wpisaniu zdrapki spod nr. 8 Bank (program) zaakceptował transakcję. Wszedłem w dział "Nierozliczone transakcje na rachunku" chcąc skopiować dane (aby wysłać do kontrahenta) i widzę... że pewnie dwukrotnie przelano 50 zł pobierając podwójną prowizję. Zatem - proszę wstrzymać drugi zbędny (niezamierzony) przelew oraz wyjaśnić zaistniałą sytuację.
Dobrze, że to tylko 50 zł. A gdyby było znacznie więcej?
    Pozdrawiam
    MN

    Bank odpowiada 8 listopada 2007
    Szanowny Panie,
    W odpowiedzi na Pana zgłoszenie, dotyczące dwukrotnej realizacji przelewu na kwotę 50,00 PLN, w dniu 18 października 2007 roku, przekazujemy wyjaśnienia.
    Informujemy, że przeprowadzona przez Bank analiza zapisów systemowych potwierdza, że obydwa przelewy do wskazanego odbiorcy zostały zlecone przez Pana za pośrednictwem serwisu internetowego , w dniu 18 październikiem 2007 roku. Pierwszy przelew został potwierdzony poprzez podanie kodu z pozycji numer 7 z karty kodów jednorazowych. Po jego potwierdzeniu wystąpił błąd komunikacyjny, w wyniku którego w serwisie został wyświetlony komunikat mogący sugerować, że przelew nie został przyjęty do realizacji. Serdecznie przepraszamy za wystąpienie tej sytuacji i wszelkie związane z nią niedogodności.
Informujemy, że jeśli nie ma Pan pewności, czy zlecony przelew został przyjęty do realizacji, istnieje możliwość sprawdzenia tego w serwisie internetowym. Dane przelewów zleconych z bieżącą datą wykonania są prezentowane w "środkach nierozliczonych", natomiast przelewy z datą przyszłą są widoczne na liście transakcji oczekujących. W przedmiotowej sytuacji, w kolejnym kroku, ponownie zlecił Pan przelew o szczegółach identycznych ze zleconym wcześniej, potwierdzając dyspozycję kodem z pozycji numer 8 z karty kodów.
    W związku z faktem, że obydwa przedmiotowe przelewy zostały zlecone z bieżącą datą realizacji, nie było możliwości ich anulowania. W celu uzyskania ewentualnego zwrotu jednej z transakcji prosimy o kontakt z jej odbiorcą.
    Ponownie przepraszamy za wystąpienie przedmiotowej sytuacji i związane z nią niedogodności.
    Z poważaniem,
    Beata S.
    Centrum Bankowości Elektronicznej ***

    *** - nazwy banku nie podaję; również pełnych nazwisk urzędników tej instytucji (w końcu nie oni zasłużyli sobie na publiczną krytykę, lecz ich/mój wieloletni bank).

    Komentarz.
    Rok wcześniej zaproponowałem, aby bank rękoma swoich programistów uzupełnił program, który każdą kolejną wpłatę porównywałby z bieżącą. W opisanym przypadku, kiedy to kwota, dane właściciela konta (otrzymującego wpłatę), opis transakcji są identyczne z danymi poprzedniego przelewu, a ponadto jest niewielki rozziew czasowy - to wszystko wskazuje, że wpłacający omyłkowo wpłacił podwójnie, zatem drugi przelew był zbędny i narażał klienta banku na utratę pieniędzy, zbędnej prowizji oraz niepotrzebną irytację. No i oczywiście - w istotny sposób podważa wiarygodność banku prowadzącego konto zleceniodawcy.
    Bank jednak odmówił wprowadzenia zmian w programie, choć jego najważniejszym bodaj mottem jest "wiarygodność Banku i zadowolenie Klienta".
Nie wiem, ilu rocznie klientów banków w Polsce ma takie problemy, ale w końcu banki oraz federacje konsumentów powinny zainteresować się tematem. No i istotne jest - w jaki sposób traktowani są klienci w podobnej sytuacji w bardziej cywilizowanych państwach Unii Europejskiej; czy dokładnie mają te same problemy i czy banki również lekceważą sugestie namolnawych i być może nawet (samych sobie) winnawych klientów? I cóż - klient opisanego (o przemilczanej nazwie) banku nie jest panem.
    Program komputerowy banku zapewne jest bardzo drogi. Proponowana zmiana to symboliczne koszty. Ale bankierzy nie wprowadzą zabezpieczenia, bo... nie. I wielu klientów rocznie wpada w pułapkę. Kiedyś ktoś straci parę tysięcy złotych i da sprawę do sądu cytując moją korespondencję. I czy opłaca się to bankowi? Procesy, koszty, kompromitacja i wstyd. No i po werdykcie odszkodowanie oraz wyższe niż obecnie (bo ekspresowe) wydatki na proponowane przeze mnie zabezpieczenia. W przypadku reklamy negatywnej to jakiś bank będzie się reklamował, że właśnie ma omawianą blokadę, której nie ma ów jeden z najbardziej znanych (i tu wymienią nazwę...) banków w Polsce. I kolejne śmiechy z tego banku. I będzie mądry Polak po szkodzie... Jak zwykle.
    Dżentelmen, na konto którego wpłynęła rok temu podwójna kwota, jednak nie okazał się godny tego określenia, choć to intelektualista.

    Dyktando z języka niepolskiego - iThink (2 grudnia 2007)
    1 grudnia 2007 odbyło się 20. dyktando z naszego języka. Tym razem nie zostało ułożone przez znanego polonistę, ale tekst dyktanda wyłoniono w konkursie (autorka - Renata Żemojcin z Opola). Ponieważ nie zorientowano się, czy twórczyni przebywa na sali podczas pisania w ramach turnieju, przeto (na wszelki wypadek) zmieniono parę wyrazów. Podmuchano na zimne, wszak w Wielkiej Brytanii był skandal z teleturniejem Milionerzy, gdzie "wygrano" (czyli wyłudzono) sporą sumkę funtów i to bynajmniej nie kłaków.
    Poloniści, Rada Języka Polskiego oraz MEN, a przede wszystkim organizatorzy dyktand z naszego języka, powinni opracować regulamin, w którym jednoznacznie określiliby, jakie wyrazy mogą być w treści dyktanda z języka polskiego. Z niektórymi słowami mogą być kłopoty, jednak wiele terminów można zdyskwalifikować bez dłuższych rozważań. W renomowanych słownikach powinny być gwiazdką oznaczone hasła, które nie są wyrazami polskimi (mimo że mogą występować w polskich tekstach, jednak nie w dyktandach!).
    Jeśli wymawiamy [dublin] i takoż piszemy, to może być wpleciona w tekst nazwa stolicy Irlandii - Dublin. Jeśli poloniści ustala nazwę Dablin i takoż wymawiać będziemy, to i taka nazwa mogłaby być w dyktandzie. Natomiast Dublin [dablin] nie jest polską nazwą i nie może znaleźć się w dyktandzie z naszego języka.
    Podobnie inne nazwy geograficzne, nazwiska, czy inne rzeczowniki. Szopen tak, Chopin nie. Może to szokujące, ale jeśli są niespolszczone nazwy, to nie powinny być w "polskim" dyktandzie!
    Wiliam Szekspir [wiljam szekspir], ale nie William Shakespeare [uyliam szejkspir], Kartezjusz (nie Descartes), Edynburg (nie Edinburgh), Kasablanka (nie Casablanca), Samanta (nie Samantha), Newada (nie Nevada), eksodus (nie exodus), dżez (nie jazz), dizel (nie diesel), imaż (nie image).
    Nazwa amerykańskiego stanu Tennessee mogłaby być w dyktandzie, jeśli zaakceptowano by jej polską nazwę jako np. Tenesja lub Tenezja.
    Który z poniższych wyrazów mógłby być w omawianym teście? Czy recycling [recycling], recycling [recykling], recycling [risajkling], recykling [recykling], a może resajkling [resajkling]?
    Reasumując - w pierwszogrudniowym dyktandzie nie powinno być wyrazów - poncho (chyba że jako ponczo), crescendo, capriccioso, chow-chow, jive, paso doble (chyba że jako pasodoble), twist (chyba że wymawiany [tfist], nie [tuist]; podobnie kwiz [kfis], nie quiz, kwark [kfark], nie quark), rendez-vous (chyba że jako randewu). Nieporozumieniem jest umieszczenie nazwiska Saint-Saëns (choćby z braku litery ë w polskim alfabecie).
    Zapewne w dyktandzie z języka kaszubskiego nie znajdziemy wspomnianych wyżej obcojęzycznych terminów, zaś w dyktandach z języka angielskiego, niemieckiego, czy francuskiego nie natrafimy na polskie nazwy - Piłsudski, Wałęsa, kiełbasa, wódka, Góry Świętokrzyskie, Gorzów Wielkopolski.
Czy to oznacza, że my, Polacy, nie powinniśmy znać wyrazów negatywnie tu zaopiniowanych? Nie! Im więcej wiemy, i umiemy - tym lepiej. Jednak jeśli mamy pisać dyktando z języka polskiego, to powinno być to dyktando wyłącznie z języka polskiego, a nie z włoskiego, angielskiego, czy... polskawego.

    Rozchełstane modelki przed ostatnim meblem - iThink (8 grudnia 2007)
    Ludziska rozmaite rzeczy wymyślają, aby uznać ich za oryginały, aby natłuc kasę oraz aby być sławnymi gwiazdami lub przynajmniej sławnawymi gwiazdkami. Na portalu http://shipoffools.com/kitschmas można ujrzeć szereg wyrobów inteligencji homo sapiens, które mogą zaszokować co bardziej wyrafinowanego etyka, wrażliwego obywatela a nawet przeciętną łajzę pospolitą.
    Wytwory mózgu nazwano Kitschmas (bożonarodzeniowy kicz; nawiązanie do najmodniejszego języka - christmas kitsch). Jednak tylko niektóre z nich można łagodnie nazwać kiczami.
    Poduszeczka do igieł (dla koneserów krawiectwa oraz dla hobbystów) w kształcie świętego Sebastiana. Gdyby nie pudełko z nazwą, to pewnie nie każdy zorientowałby się kogo miękka figurka przedstawia. Nie każdy musi wiedzieć, że St. przed imieniem to święty (po angielsku). Dla Polaka może być "stary Sebcio".
    Ileż to już widzieliśmy gier planszowych opartych na przeróżnych fabułach? Ale tutaj niecodzienni zawodnicy - kartonowi kardynałowie, którzy walczą o godność papieża. Ponieważ w grze rozważane są teologiczne problemy, przeto taka zabawa mogłaby zachęcać młodzież (zwłaszcza męską) do studiów w tym kierunku, zwłaszcza jeśli wzmocnione jest to powołaniem.
    Klasycznym kiczem jest figurka Jezusa na motocyklu (modnie orurowanym), z cierniową koroną i peleryną rozwianą od pędu jednośladu. Śladu takiej tandety nie powinniśmy znaleźć w kulturalnym domu. Zalatuje jeleniem na rykowisku.
    Jeśli pamiętamy specjalne książki z filmów o szpiegach, które zawierały skrytki na mniej lub bardziej podejrzane materiały, to jeden krok, aby materiały te zamienić na piersiówkę z wyskokową cieczą (choćby Soplicą) i nazwę Biblia wytłoczyć na twardej okładce zastępując "Pana Tadeusza" (lub inne tytuły wszak już znane w opisanej postaci dość dowcipnego a sekretnego wyrobu). W przypadku Biblii można się spierać, czy żart góruje nad niesmakiem.
    A co powiemy na flakon wody kolońskiej poświęconej (tym razem jednak w znaczeniu "dedykowanej") Piusowi IX? Na etykiecie jest przedstawiony wizerunek tego papieża w formie kopii monety. Chyba nie jest to profanacja, skoro papieże często byli wybijani (a dokładniej - ich twarzowe imaże) na monetach lub rytowani na znaczkach pocztowych. Nas, Polaków, raczej to (także zawartość) nie zwala z nóg, bowiem od lat jesteśmy stopniowo przyzwyczajani do oklejania bardziej kontrowersyjnych alkoholowych cieczy, niż perfumy czy tylko wody kolońskie (u nas trąca to raczej wodami, ale... ognistymi).
    Dla harcerzy, czy innych skautów, może być przydatny koszerny kompas z podwójnie trójkątną gwiazdą i z nazwą Jerusalem (Jerozolima).
    Toster wytwarzający tosty z przypieczonym obrysem Matki Boskiej może wydać się niesmaczny i to także w przenośni.
    Niektóre z powyższych pomysłów są znane duchownym znającym się na żartach - zapewne wielu z nich ma opisane gadżety albo im podobne. W końcu ich życie to nie tylko modły czy umartwiania się.
    Jeśli komuś nazbyt surowa i chłodna wydaje się urna z prochami bliskiej osoby, to może sobie kupić pluszowego misia, a dokładniej - jego kosmatą powłokę (otulinę na ów pojemnik). W samotne chwile można przytulić się do takiego nadzianego (sproszkowanym ciałem) misia ułożonego na ulubionym jaśku czcigodnej a niezapomnianej osoby. Raczej szokujące niźli tandetne.
    Od wielu lat modnawe są plastykowe figurki Najświętszej Marii Panny. Pewien wynalazca zmodernizował pomysł i zamiast świeconej wody o objętości ok. 512 mililitrów, można tam gromadzić dane o pojemności rzędu 512 MB, bowiem jest to... pamięć USB w kształcie figurki NMP. Po podłączeniu do komputera włącza się czerwona dioda jako... serce. To pogranicze tolerancji osób religijnych? A może dla księży miłujących także komputery to użyteczny przedmiot i jednak "do przyjęcia"?
    Opisane wyroby to kicze, bezguścia i tandetki kosztujące od kilkunastu do dwustu złotych. Jednak kolorowa kopia obrazu Matki Boskiej z Dzieciątkiem umieszczona na... stringach to już jednak obraza. To wręcz profanacja na całego i to niezależnie od zadrukowanej strony (lewa/prawa, tył/przód). Tu mamy totalny upadek dobrego wychowania. Tylko krok od eskalowania szkaradnego pomysłu w kierunku papierów (jednak nie wartościowych!). Jeśli nie można sprzedawać majtek uszytych z flag czy bander (za co w wielu krajach grozi ciąganie po sądach), to podobne restrykcje powinny dotykać (a nawet natarczywie szarpać) wszelkiego rodzaju profanów religijnych symboli i wizerunków świętych.
    Za podobne świętokradztwa, ale w cieniu innych świątyń, ciąganie po wspomnianych budynkach byłoby zaledwie niemiłą przygodą, bowiem tam w rachubę wchodzi mało subtelne ciąganie sznurowo-szyjne. Skoro o majtkach - majtkowie z drewnianych żaglowców doświadczali (prze)ciągania pod kilem, co zwykle najczęściej nie kończyło się szczęśliwie.
    Na kartach kalendarza ściennego http://www.cofanifunebri.com/2008-calendar.htm w dość frywolnych a rozchełstanych (do pępka) kreacjach (z odrobiną wszakże zadumy) zaprezentowano kwiat młodzieży damskiej, która ma jeszcze nieco czasu (memento mori) na wypełnienie sobą finalnego a funeralnego mebla. I pewnie tym należy tłumaczyć fakt paradowania na jego tle. Dość skromne zdjęcia jak na 2008 rok, jednak córki tych pań za ćwierć wieku będą śmielsze w obcowaniu z wiekiem takiego drewnianego kontenera, po prostu - z wiekiem im to przyjdzie. Po wielu latach (jako bardziej wiekowe damy) odejdą na zawsze śladem swoich mam. Do wnętrza (w ramach wystroju) mogą zabrać swoje wypłowiałe kalendarzowe reklamówki z lat młodości, kiedy (jak to mawia się w nieeleganckim świecie) uderzą w (jednak nie ścienny) kalendarz.
    Pewnie osoby pracujące w funeralnej branży są otrzaskane z takimi reklamami podobnie jak otrzaskane są wieka omawianych mebli przez kapryśnych klientów smutnych salonów, ale na pozostałych (przy życiu) obywatelach nie robi to pozytywnego wrażenia.
    Cóż za brak dobrego smaku...

    Czy ryży ma prawo do wypowiedzi? - iThink (10 grudnia 2007)
    Jesteś ruda i piegowata, to jesteś gorszą obywatelką? Czy można zabrać ci głos?
    7 grudnia 2007 na portalu Onet, w dyskusji nt. artykułu Dwaj "buntownicy" z PiS znajdą miejsce w PO? dostrzegłem wypowiedź (http://wiadomosci.onet.pl/1,15,11,37937199,103001965,4344107,0,forum.html) jednego z dyskutantów -
"Chlebowski jest rudy a nawet ryży to zły znak. Nie powinien się wypowiadać. Wystarczy popatrzeć na jego uśmiech jaki jest wredny, fałszywy, ile zawiera w sobie jadu".
    Wśród tysięcy opinii, ta należy do najłagodniejszych pod rozmaitymi względami. Jednak uznałem, że prawdopodobnie narusza zasady prowadzenia dyskusji i zgłosiłem do redakcji Onet. Chciałem przetestować sposób rozumowania prawników tego portalu.
    Tego samego dnia otrzymałem odpowiedź - "Szanowny Panie. Komentarz nie narusza Zasad Forum, więc nie zostanie usunięty. Pozdrawiamy Redakcja Forum Onet.pl".
    Zajrzałem do owych zasad i napisałem ponownie do Onetu -
    Szanowny Onecie!
    Sprawdziłem Wasze zasady dyskusji -
    Nie należy umieszczać komentarzy, które:
    zawierają wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.);
    propagują alkohol (art. 2 (1) Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi z dnia 26 października 1982r.);
    propagują środki odurzające, narkotyki (art.1 Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii z dnia 24 kwietnia 1997r.);
    obrażają osoby publiczne (art. 23 Kodeksu cywilnego);
    obrażają inne narodowości, religie, rasy ludzkie (art. 23 Kodeksu cywilnego oraz art. 194 - 196 Kodeksu karnego);
    zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby (art. 23 Kodeksu cywilnego);
    przyczyniają się do łamania praw autorskich (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994r.).
    Krytykowana wypowiedź - "Chlebowski jest rudy a nawet ryży to zły znak. Nie powinien się wypowiadać" narusza (wg mnie) dobra osób trzecich (o rudych włosach), bowiem na końcu Zasad czytamy - "zawierają informacje obarczające niesprawdzonymi zarzutami inne osoby". Z treści wynika, że osoby rude i ryże nie powinny się wypowiadać z powodu koloru włosów i że jest to zły znak. Utwierdzany jest zatem stereotyp, który od dziecka jest sączony w rozmaitych sytuacjach (podobnie jak dowcipy o blondynkach, pederastach/gejach, Polaczkach, Żydach, Ruskich, Szwabach, Cyganach, Murzynach). Chyba że wyjaśnicie, że zarzuty obarczające osoby rude są jednak sprawdzone i wówczas istotnie nie ma podstaw do skasowania krytykowanej wypowiedzi...
    Z negatywnymi stereotypami należy walczyć przynajmniej zdejmując je z forów. Ponadto naruszona jest Wasza zasada - "obrażają osoby publiczne (art. 23 Kodeksu cywilnego)", czyli wspomnianego posła. A gdyby napisano "Chlebowski jest Żydem a nawet gejem i jest to zły znak. Nie powinien się wypowiadać"? Zdjęto by, bo nie można obrażać nacji i naśmiewać się z nietuzinkowych opcji seksualnych?
    Pozdro
    MirNal
    PS  Jest wiele jeszcze ostrzejszych wypowiedzi, które zbyt długo widnieją na forach...

    ... i na ten dłuższy wywód już nie zareagowano.
    Czy jeśli ktoś jest rudy, łysy, gruby, kulawy, garbaty, zezowaty (albo komuś się wydaje, że taki jest), to można napisać, że Iksiński jest taki czy owaki i to jest zły znak i nie powinien się wypowiadać z powodu swej faktycznej lub wyimaginowanej ułomności lub wady? A przecież defektem może być przypadłość natury nie tylko fizycznej, ale również psychicznej albo seksualnej i co wówczas? Albo komuś się nie podoba nacja lub religia interlokutora. Łatwiej zdjąć wypowiedź ośmieszającą lesbijkę, Żyda, żyda lub muzułmanina (prawdziwych lub domniemanych), a nie dojrzeliśmy jeszcze do pouczeń, że nie powinniśmy rudych (a nawet ryżych!) obrażać na forach tylko z tego powodu? A co z szyderczymi uwagami typu - "eee, to tylko kobieta/blondynka"? Pewnie doczekamy się wykładni, że nie wolno w ten sposób zwracać się do ludzi, podobnie jak już nie wolno mówić o asfaltach w znaczeniu pozaszosowym. Zawołania typu - "ty chciwy Żydzie" lub "wredny Kaszubie" albo "cwany Cyganie" powinny być zatrzymywane przez cenzurę, jeśli istotą przekazu jest obraza, w szczególności, kiedy obrażany nie jest ani Żydem, ani Kaszubem, ani Cyganem (jednak jest do zaakceptowania, jeśli zwraca się ktoś faktycznie do Żyda, Kaszuba, czy Cygana, w szczególności w ramach przekomarzania). W istocie wszystko zależy od kontekstu i najczęściej chęć obrażenia jest łatwo dostrzegalna.

    Nasza Konstytucja 1997 głosi -
    Art. 30. Przyrodzona  i  niezbywalna  godność  człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona  nienaruszalna, a jej  poszanowanie i  ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.
    Art. 32.2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
    Jak to należy rozumieć? Że Państwo ma chronić obywateli (w tym osoby publiczne) przed nie tylko wulgarnymi wyzwiskami, ale również przed epitetami uznawanymi jedynie za nieprzychylne i niepodlegające jeszcze prawnemu napiętnowaniu? Wymiana poglądów na internetowym forum to "życie społeczne"? Czyli nie można uznać rudych za gorszych obywateli? Jest ryży, więc nie ma prawa głosu? A zatem należy kasować takie opinie!
    Owszem, jeśli zdejmiemy każdą obraźliwą opinię, to okaże się, że niewiele internauci mają sobie (prawnie poprawnego) do przekazania. Ale może to właściwa droga? Może tak powinno być od samego początku istnienia nowych środków wymiany poglądów? Może jeśli nie mamy nic ciekawego do przekazania albo potrafimy to czynić jedynie w ubliżający sposób, to przerywajmy transmisję stosując cenzurę? Zresztą - skoro wielu spraw nie można omawiać w pewnych ujęciach, to znaczy, że i tak istnieje cenzura. Dla naszego dobra należy poszerzyć jej zakres. Albo posypią się procesy - już urażony internauta pozwał Wikipedię, bo nazwano go trolem. Może to właściwy kierunek wymuszania kulturalnych zachowań na raczej anonimowej niwie zwykle niestety tylko "twórczej".

    Krewkie rekordy Polaków - Salon24 (15 grudnia 2007)
    2 października 2007 podano, że niechlubny rekord ustanowił 53-letni mieszkaniec Sieradza, który tęgo popił nim przewrócił się w centrum miasta. Lekarze przecierali a to oczy ze zdumienia, a to szkiełko aparatury i w końcu ustalili 7,2 promila alkoholu. Nazajutrz opuścił szpital o własnych siłach.
     Za śmiertelną dawkę alkoholu uznaje się 4 promile. Ta granica, jak podaje się w formie anegdoty, nie dotyczy Polaków i Rosjan. W internecie można znaleźć tekst na duńskiej etykiecie podobna wartość - "Dawka śmiertelna - 4,5 promila alkoholu we krwi! Nie dotyczy Polaków i Rosjan".
     Za światowy rekord uznaje się wyczyn 46-letniego Polaka, który przeżył, mimo że miał w organizmie 12,3 promila alkoholu. Rekordowy był rok 1995 - 14,8 promila alkoholu we krwi miał kierowca, który jadąc autem spowodował wypadek pod Wrocławiem. Wynik badania był nieprawdopodobny, że pomiary parokrotnie powtarzano, jednak nasz rekordowy rodak zmarł kilkanaście dni później w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku i pewnie dlatego nie wpisano go na listę rekordów. W tymże roku nasza rodaczka ustanowiła rekord świata kobiet. Badanie krwi przeprowadzone w szczecińskim szpitalu wykazało stężenie 8,2 promila alkoholu.
     Mawiają, że krew to nie woda, ale żeby jesienią i w jesieni życia (już właściwie zimą...)? 11 grudnia 2007 podano, że pewien 93-letni wątpliwy dżentelmen w Domu Pomocy Społecznej w Kostomłotach... zgwałcił znacznie młodszą (jednak jesienną panią), bo... 69-latkę, która przypłaciła ową niechciana napaść poważnym krwotokiem. Różnica to 24 lata i nie jest to jakiś rekord, jednak jeśli Guinness prowadzi zapisy w kryminalnych dyscyplinach, to należy zauważyć rekordowy wiek pseudokasanowy (93), łączny wiek pary (162) oraz średnią ich wieku (81). Z uwagi na to, że dziadek (a raczej dziadyga) jest ostro posunięty w leciech, nie bardzo wiadomo, czy zostanie umieszczony w areszcie, choć być może bywają areszty równie przyjazne, co niektóre domy starców... Mecenas pewnie przyjmie linię obrony - klient jest rolnikiem, zatem zasugerował się nazwą miejscowości i pomylił omłoty z umizgami.
    Czy powyższy tekst nie jest zbyt żartobliwy jak na poważne sprawy a właściwie to jednak przestępstwa?
    Parę lat temu ustalono, że kierowanie pod wpływem alkoholu jest przestępstwem. I co? Sto tysięcy wyłapywanych (mniej lub bardziej) nachlanych kierowców rocznie, w tym policjanci, księża, posłowie. A ilu unika kontroli? Można było wzbogacić budżet o miliony? A karani są rowerzyści i furmani. Przecież gdyby pobierano średnio choćby 1000 zł... A przepadek albo wykup auta? Były takie pomysły i co? Okazuje się, że ktoś komuś pożyczy albo nawet powie, że wziął bez wiedzy właściciela i już Temida nie wie jak rozprawić się z drogowymi pijakami. A jeśli już ktoś zamożny to znajdzie cwanego mecenasa, który sam weźmie kasę a do budżetu nie da grzywny wpłacić.
    Dyskusyjne fora pełne są złorzeczeń wobec gwałcicieli - a to powiesić takiego, a to obciąć, a to połączyć dwa w jedno, czyli powiesić za narzędzie zbrodni. Ale to wobec 30-latka, który spostponował 20-latkę. A co ze stuletnim niemal dziadem, który połasił się na prawie staruszkę? Tu wspomniani "oprawcy" są łagodniejsi - wręcz uśmiech pojawia się na ich licu. Nie wiadomo, czy z podziwu, czy z niedowierzania. Za młodą to byśmy marsze uliczne urządzali, a za starą? Pierwsza jest podmiotem, a druga już tylko przedmiotem? Dziadydze raczej nie grozi więzienie, bo jest zbyt stary.
    Ileż to mamy przestępstw z udziałem wiekowo zaawansowanych obywateli lub pijaków? Jeśli przymykamy na to oko, to niejako przyzwalamy na przestępstwa. Wszyscy młodzi Polacy wiedzą, że do pewnej kwoty można okraść rodaka, do pewnego wieku traktują nas jak dzieci, na emeryturze mamy ulgę w sądzie, zamożni cwaniacy a krętacze mają dobrych adwokatów. Do więzień wysyłani są tylko biedni frajerzy w poborowym wieku (nie za młodzi i nie za starzy). A kogo mają posyłać, skoro owe instytucje są przepełnione (kolejny... rekord)? Miejsca są jedynie dla mało rozgarniętych współobywateli. Prawo jest kiepskie i nie zdaje egzaminu w zderzeniu z naszym przekonaniem, że nie można wszystkich przestępców osadzić. Po prostu u nas opłaca się (w ogólnym rozrachunku) oszukiwać bliźnich, co jest tematem do większych a całkiem osobnych rozważań. Wystarczy konstatacja, że opisane dwa rodzaje czynów karalnych dowodzą, iż przestępcy nie ponoszą właściwej kary. I w demokratycznej UE kary będą coraz niższe, zaś będzie coraz więcej urzędników, sędziów, psychologów obsługujących bezecników a niegodziwców. Oczywiście za nasze podatki...
    PS Tytułowe określenie "krewki" nawiązuje nie tyle do porywczości (choć również można ten aspekt zauważyć), ile do słów "krew" i "krewka", ponieważ w obu omówionych przypadkach owa tkanka jest ważną cieczą, zaś określenie ich jako "krwawe" byłoby nieco przesadzone.

    Brak glutów na Euro 2012? - iThink (16 grudnia 2007)
    Od dłuższego czasu przymierzałem się do wypowiedzi w tej sprawie, ale jakoś czasu brakowało, jednak ostatnio oglądany wyczyn w tej materii ze zmasowanym wyrzutem lepkiej materii, przełamał mój opór psychicznej materii.
    Otóż parę dni temu, podczas transmisji meczu rozgrywanego na Wyspach Brytyjskich z udziałem polskiego bramkarza w drużynie o biało-zielonej zebrze (na koszulkach), kamerzysta akurat najechał elektronicznym okiem na naszego rodaka, który właśnie wybrnął z trudnej podbramkowej opresji. Buźka na cały ekran telewizora, a bohater niniejszej scenki oryginalnie zagrzewa się (wszak jesień) do sportowej walki plując w obie łapawice i rozprowadzając organiczne śliniankowe płyny po wewnętrznych powierzchniach materiału. Jakby tego było mało (przecież jeśli jakieś damy oglądały mecz, to już zbierało im się na zwrotne odruchy żołądkowe), to zaraz zawodnik zatkał jedną dziurkę narządu węchu wierzchem przeciwległej dłoni okutanej w spostponowaną przed chwilą rękawicę i pod wpływem nagłego wzrostu ciśnienia w komorze nosowej, posłał gluta na murawę. Następnie powtórzył operację w lustrzany sposób z drugim a naprzemiennym zestawem dziurka-dłoń. Gdyby komuś wydawało się, że to koniec "uczty" dla oczu, to nasz dzielny bramkarz zdążył zastosować tradycyjną (i najczęściej spotykaną) erupcję narządu konsumpcyjnego - paraboliczne plucie w dal, kto wie, czy nawet nie z wycharchem. I to wszystko trwało kilkanaście sekund. Można powiedzieć, że realizator trafił w dziesiątkę - udokumentował ową fabułkę od A do Z w wariancie bezskrótowym. Taka anatomia męskich piłkarskich głównych a głowowych wypływów.
    Jak przeciwdziałać takim obrzydliwym obrazom, tak w znaczeniu filmowego przekazu, jak i braku etykiety? Jakie mogą spotkać szykany piłkarza, jeśli na boisku jego szykany pozostawiają wiele do życzenia? W tym momencie przypomniały mi się dolegliwości dotykające Finów w ruchu drogowym. Otóż Fini (Finowie), jako bodaj jedyni wystawiają mandaty w wysokości uzależnionej od zamożności, a dokładniej - od dochodów. Znane są przypadki, kiedy za wykroczenie drogowe owi Skandynawi (Skandynawowie; zresztą opinie są podzielone co do ich przynależności do skandynawskiej rodziny) płacą niewyobrażalne (dla większości właścicieli polskich fiacików) krocie. Zatem należałoby do regulaminu gry w piłkę nożną (zresztą może do innych dyscyplin również) wprowadzić kary za plucie na stadionach. W większości przypadków owe obmierzłe ceremonie widujemy po indywidualnej akcji danego piłkarza, który niezależnie od sportowych walorów zakończonej właśnie zagrywki (najczęściej pod bramką przeciwnika), pozwala sobie na pozbycie się swego gardłowo-ustego mililitrażu, czasami z nosowym wplotem. Czy to takie męskie? Czy to domena naszych współczesnych stadionowych wojowników? I najpewniej zdają sobie sprawę, że akurat miliony kibicujących oczu, za pośrednictwem kamer, dokładnie widzą, co nasi "bohaterowie" wyprawiają na boisku... Przecież widzą to ich żony, dzieci, rodzice, znajomi, także trenerzy, a oni sami również to widują w odtwarzanych relacjach. I co? Nic?! A im sławniejsi, im więcej zarabiają, tym więcej charchają... I nikt im nie zwraca uwagi? A media? Przecież to podstawa dobrego wychowania, już od przedszkola... Poza elegancją jest również problem tarzania się w cudzych albo i we własnych plwocinach. Wprawdzie na tak wielkich boiskach prawdopodobieństwo mazistego wślizgu jest znikome, jednak wraz ze zbliżaniem się do bramek gwałtownie ono rośnie, zaś dla bramkarzy szansa utytłania się w owych wydzielinach jest całkiem spora (owszem, najczęściej w... swoich).
    Niech międzynarodowa organizacja piłkarska podzieli takich rycerzy na kilka dochodowych grup i w zależności od tego podziału, niech owi wątpliwi dżentelmeni płacą grzywnę od kilkudziesięciu dolarów lub europów. Podczas transmitowanych rozgrywek takie kary powinny sięgać do kilku tysięcy wspomnianych jednostek monetarnych (w zależności od rangi meczu i liczby telewidzów). A ponadto za każde takie plucie (ukazane światu) nakazać kwadrans sprzątania trawiastych (lub zaśnieżonych) powierzchni płaskich danego albo równorzędnego stadionu. Co lepsi zawodnicy opisywanej dyscypliny mogliby spędzić parę godzin na resocjalizacji, choć zapewne szybko wybito by im z głowy wspomniane upłynnianie płynnych treści pośród trawiastych zagonów. Jeśli już jednak zawodnik nie może oprzeć się odruchowi powodującego u przeciętnego widza skojarzenia natury wymiotnej, przeto niech powstrzyma swe plwocinowe zapędy chociaż o te pół minuty, kiedy to obiektywy wreszcie zjadą z jego walecznej facjaty.
    Jeśli pewna śpiewająca gwiazda mogła zapłacić bajońską karę za chwilowe a sympatyczne ukazanie zgrabnego półbiuścia przed mikrofonem, to dlaczego biegający za piłką gwiazdorzy nie mieliby uiszczać grzywien za obrzydliwe doznania estetyczne? No, jeśli jednak zachować skalę doznań, to większość kibiców wolałaby oglądać efektowny żeński gruczoł mleczny naczelnego ssaka, niźli uzewnętrznione efekty działania męskiego gruczołu ślinowego...
    Wiele się mówi o kulturze stadionowych kibiców, ale pora zwrócić uwagę współczesnym gladiatorom, którzy mają być wzorem nie tylko w grze, nie tylko jak tłuc milionową kasę kończynami dolnymi i główkami, ale również jak kulturalnie zachowywać się na swym stanowisku pracy. Plujące fleje po udokumentowaniu wszystkich charchów w danym spotkaniu, regulowałyby karne opłaty przed kolejnym meczem.
    Ponieważ Polska i Ukraina są organizatorami wielkiego sportowego widowiska, zatem byłoby znakomicie, gdyby powyższe uwagi i propozycje zmaterializowały się najpóźniej na naszych piłkarskich mistrzostwach Euro 2012. Nawet jeśli nie przejdziemy do annałów z powodu liczby i atrakcyjności strzelonych bramek, to możemy przejść jako posiadacze boisk o najmniej urozmaiconej florze bakteryjnej rodem z krajowych i zagranicznych glutów i innych płynów ustrojowych. A rekordzista w liczbie utrwalonych autoerupcji, od organizatorów otrzymywałby mało zaszczytny tytuł "Lama 2012"...

    Amerykanie strzelili sobie w stopę - iThink (19 grudnia 2007)
    Kiedy już niemal wszyscy Polacy zostali przekonani, że homoseksualizm nie jest zboczeniem, że już wiele lat mija, kiedy zdjęto to dziwne zjawisko z listy chorób, kiedy wszyscy uczą się tolerancji i akceptacji (które to zjawiska niezupełnie są właściwie rozumiane, co widać w tendencyjnie i nierozsądnie konstruowanych sondach dla polskiego ludu), kiedy Amerykanie krzywo patrzą na hasło "Murzyn" i pokazują światu, że tylko mali i zakompleksieni obywatele drugorzędnych państw błędnie oceniają homoseksualizm i nieszczęśników naznaczonych przez Los, właśnie wtedy świat obiega informacja, że obywatele USA  (ci specjaliści od nowoczesnej etyki i właściwego podejścia do owego problemu...), że właśnie oni nie chcą gejów w swoich drużynach skautowskich (odpowiednik naszych harcerskich). Czyż nie jest to chichot, jeśli nie powszechnej historii, to przynajmniej historii obyczajów, a dokładniej - najnowszej historii seksualnej tolerancji?
    Cóż się stało? Otóż kilka dni temu media podały, że skauci nie chcą gejów w swych szeregach! Filadelfijski harcerski oddział odmawia zniesienia zakazu przyjmowania homoseksualistów w swoje szeregi, mimo groźby władz miejskich, że zostanie usunięty z budynku. Skandal trwa 4 lata, kiedy to na miejskim zjeździe skautów jeden z członków lokalnego oddziału ujawnił przed kamerami, że jest gejem i został natychmiast wyrzucony z organizacji.
    Tamtejsi Boy Scouts twierdzą, że homoseksualizm jest sprzeczny z wartościami skautingu, podobnie jak ateizm i agnostycyzm. I na jaką zasadę powołują się działacze? Na znaną większości (jednak tolerancyjnych) Polaków - "don't ask, don't tell" (nie pytaj i nie mów). Przecież tak było od lat, jeszcze przed modą na homoseksualne publiczne roztrząsanie problemów i przed ulicznymi marszami. Byłeś mniej lub bardziej seksualnie zdeformowany, ale byłeś dyskretny (i nikt cię nie pytał), to byłeś swojak. Zarówno jako harcerz, jak i żołnierz, nauczyciel, ksiądz. I komu to przeszkadzało? Ale świat nie lubi spokoju - jak już wielkie wojny przeminęły, to z nudów towarzystwo musi zająć się mieszaniem. Jak młodzież, dla której zabrakło historycznych wyzwań (powstania, wojny, obalania), zatem rozrabia na stadionach i w ich okolicach.
    Aby było dziwniej - Sąd Najwyższy USA orzekł, że skauci tworzą prywatną organizację i mają prawo wykluczać homoseksualistów ze swych szeregów! Czyżby prywatni właściciele autobusów, kin, restauracji mogli wpuszczać na swoje włości np. tylko niebieskookich blondynów? Przecież to dyskryminacja i to w państwie o najlepszej konstytucji! Zatem - ileż są warte te wszystkie ich i nasze dyskusje? Czy mógł ktoś zadać większy cios światowym (w tym polskim) gejom, niż owi Amerykanie? To jakby kongresmen pouczał b. prezydenta Clintona i grzmiał nad jego upadłymi obyczajami na styku (dosłownym) z panną Levinsky i okazałoby się, że tenże reprezentant amerykańskiego narodu miał podobny wybryk obyczajowy na sumieniu. I co ciekawe, a sensacyjne - właśnie tak się okazało!
    Jest wielu gejów, którzy we własnych ojczyznach byli szykanowani (albo im się tak wydawało, albo świadomie to nagłaśniali w wiadomym celu) a jednocześnie inteligentnie połączyli to z marzeniem o życiu w bogatszym kraju. W umiejętny sposób uzyskiwali azyle w USA. Ciekawe, jak reagują na waśnie wśród skautów? Może powrócą do swych ojczyzn, bo doznali szoku?
    Media niejednokrotnie pokazują sylwetki gejów, lesbijek oraz innych osób ("osobników" brzmiałoby niezbyt konstytucyjnie i jednak dyskryminacyjnie), które nie są i nie mogą być zaliczone do osób mieszczących się w przedziale uznanym za normę (w technice są pojęcia "norma" i "tolerancja"; mamy zgodność z normą i rozpatrywany obiekt mieści się w przedziale dopuszczalnej tolerancji albo się nie mieści, zaś to niemieszczenie się może być nieznaczne, ale może być jednak dość znaczne).
    Powyższe wydarzenie oddaje dwa powiedzenia - jedno staropolskie (już witał się z gąską - już obywatele nowych państw UE przyjmowali światowo rozumianą tolerancję), drugie ostatnio modne i jakież amerykańskawe (strzelić sobie w stopę - piewcy nowego podejścia sami wtykają kij w szprychy swych idei). Gdyby nie powaga problemu, to można by uznać ową historyjkę za... humorystyczną.
    Znam tylko jednego geja (p. Szymona), który się publicznie przyznaje do odmiennej opcji, a którego jednocześnie cenię za poglądy wygłaszane na jednym z dyskusyjnych portali (i jest tam powszechnie lubiany). Z pewnością czyni sporo dobrego w umiarkowany (nieagresywny) sposób - łączy, nie dzieli. Na pewno jest lepszym obywatelem, niż wielu heteroseksualistów zaślepionych swoją wyższością i niewiele dających Polsce.
    W 1973 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne uwzględniając najnowsze badania, usunęło homoseksualizm z listy psychologicznych problemów zdrowotnych. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne poparło to rozwiązanie 2 lata później. Kiedy o tym podniosłym fakcie dowiedzieli się Polacy? W znakomitej większości po kolejnych trzydziestu latach... W 1990 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) skupiająca 193 kraje członkowskie, wykreśliła homoseksualizm z Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych. Zatem ci mądrzy ludzie kilkanaście lat wadzili się i rozpatrywali ów problem, aby uznać, że homoseksualizm nie jest ani chorobą, ani nie jest nawet problemem zdrowotnym. Tysiące lat ludzkość dochodziła do takiego wniosku - pogratulować! Przynajmniej wiemy, kto jest odpowiedzialny za stereotypy - lekarze, bo to oni utrzymywali ludy na przestrzeni wieków w przekonaniu, że to jest choroba (podobnie sepsa - nie jest to choroba, ale jak działa na naszą świadomość; mało brakuje do paniki?). Brak kończyny także nie jest chorobą, ale inwalida nie jest w pełni sprawną osobą. Świat doszedł do absurdu - łysienie uznajemy za nieprzyjemną dolegliwość, zaś homoseksualizm boimy się nazwać nawet zaburzeniem. Może językoznawcy wymyślą zgrabne a niewięzienne określenie (za termin "dewiacja" można trafić za kraty, za "zaburzenie" można zostać wyklęty ze środowiska; może "nieprawidłowość"?).
    Zaryzykuję - należałoby rozszerzyć pojęcie inwalidztwa. Istnieje fizyczne i psychiczne. Może ogólną definicję powinniśmy poszerzyć także o inwalidztwo seksualne? Ponieważ nie jestem lekarzem, przeto nie będę zbytnio nachalny w tej materii, ale coś jest na rzeczy - układa się to w jakąś logiczną całość. Może WHO zajmie się niniejszą propozycją?
    Szanowny Czytelniku! Jeśli jesteś przewrażliwiony, to z pewnością uważasz mnie za homofoba. Jeśli sądzę, że osoby homoseksualne mają takie same prawa co ogół (poza oczywistymi różnicami), że o wartości człowieka nie decyduje ani kolor skóry, ani pochodzenie, ani płeć, ani rozpatrywane skłonności, to znaczy, że nim nie jestem. Przestrzeń społeczna nie może być ponadproporcjonalnie zajmowana przez wybrane grupy obywateli, bowiem jest to źródłem niepotrzebnych niepokojów i animozji.

    Niemal 117-letni Ukrain - Salon24 (22 grudnia 2007)
    W połowie grudnia Ziemię obiegła smutna i sensacyjna informacja - zmarł najstarszy mieszkaniec naszej planety (niektóre media podawały "ziemi", inne "Ziemi"). Kimże On był? Okazuje się, że był Ukrainem*, urodził się 15 marca 1891 a zmarł 14 grudnia 2007. Żył zatem 116 lat, 8 miesięcy i 30 dni, więc jednak nie 117 lat (jak to podawano; także wymieniano datę 15 grudnia). Korzystając z wiecznego kalendarza (choćby w internecie) można obliczyć, że na ziemskim padole spędził 42642 dni (parzysta liczba zbudowana z trzech kolejnych cyfr; może specjaliści mają tu jakąś teorię?), czyli 1 023 408 godzin (to jest 61 404 480 minut albo inaczej 3 684 268 800 sekund). Ponieważ serce bije ok. 75 razy na minutę, przeto owo ukraińskie miało około 4,6 mld cykli pracy i było - dość dobrze, bo metrykalnie udokumentowaną - najpracowitszą ludzką pompą w dziejach świata...
    Był kawalerem, choć nie stronił od pań. Do 90 lat pracował w kołchozie jako pastuch (pewnie sympatyczniej brzmiałoby "pasterz", ale może dziennikarze nieładnie nawiązali do określenia "staruch"?). Śpiewał piosneczki w czterech językach, bowiem jego wieś przez te lata parokrotnie zmieniała przynależność państwową. Nie wiem, jak na Ukrainie, ale u nas, ów czcigodny pan, nie byłby dobrym klientem ZUS-u, wręcz przeciwnie - budżet straciłby ponad miarę. Ale z drugiej strony nie chorował, a to oznacza, że jeśli tylko odprowadzał stosowne składki, to zachowywał się jak solidny (ukraiński) obywatel, choć jednak blokował miejsce pracy przez ćwierć wieku jakiemuś młodzieńcowi... Przy okazji wzór patrioty - pracować możliwie długo (i płacić składki), rzadko chorować i uwinąć się zaraz po przejściu na zasłużoną emeryturę.
    Przeciętny Polak przez ok. 40 lat odwiedzania swoich zakładów pracy ma na liczniku ok. 100 000 godzin (mniej lub bardziej wydajnej) pracy. Zakładając, że zarabiałby wg dzisiejszych realiów ok. 10 zł na godzinę, przez całe życie otrzymałby milion dzisiejszych złotych. Po odjęciu podatków, bieżących wydatków na życie, ubrania, sprzęty, remonty, naukę i leczenie, również na używki, wczasy, zamiłowania i na utrzymanie dzieci - ile mu pozostanie po dotrwaniu do emerytury? Gdyby nawet całość przeznaczył na mieszkanie i to licząc jedynie po 2500 zł/m kw. (cena sprzed nagłego cenowego skoku), to mógłby kupić 400 m kw., czyli niezły apartament, jednak zwykle (po wymienionych wydatkach) pozostaje mu 1/10, czyli ok. 40 m.kw. i jeśli pracował ze współmałżonkiem, to powiedzmy, że wespół mają 80 m.kw. I to wówczas, kiedy nie przesadzali z alkoholem i papierosami... Ale ów Ukrain pracował do 90 lat, zatem mógłby mieć o połowę więcej, niż przeciętny Polak (jednak pod warunkiem życia w Polsce, a nie na Ukrainie). Mógłby, ale pewnie nie miał.
    Ten długowieczny pan przebrnął niejako przez dwa życia (w przybliżeniu, wszak na przełomie tych niemal 117 lat wydłużała się średnia długość życia człowieka, a ponadto większość Ziemian żyje stosunkowo krótko, co obniża ten parametr). Kiedy się urodził w 1891, na Ziemi nie było jeszcze kilku miliardów ludzi, bowiem Los dopiero planował ich prokreację, natomiast kiedy ukraiński nestor umierał w 2007, to wspomniane miliardy ludzi zakończyły swe wędrówki przed Nim, z czego setki milionów w powstaniach, wojnach i rewolucjach...
    A jak nazywał się ów długowieczny Słowianin? Skoro Biesiadowski może być szefem restauracji, Całka matematykiem, Figura aktorką o kobiecej bryle, Fortuna jedynym Polakiem z "zimowym" złotym olimpijskim medalem, Glazur ministrem budownictwa, Kociołek mieszaczem w kotle historii ruchu robotniczego, Pisarzewska pisarką,  Tysiąc waleczną rodaczką (w Strasburgu przyznano jej wielotysięczne odszkodowanie), Ścigaczewski sprinterem, Wałęsa politykiem w światowych rozjazdach, Wspaniały trenerem supersiatkarzy, Zębaty zgryźliwym humorystą; skoro Belka mógł być premierem i głównym filarem rządu, zaś Filar jest podporą Temidy, przeto właściwym nazwiskiem obdarzono owego Ukraina - Nestor.
    Otóż Nestor (w "Iliadzie" Homera - król Pylos, najstarszy i najbardziej doświadczony spośród greckich wodzów, doradzający innym, jak walczyć pod Troją); także imię męskie; nestor (przen.) - najstarszy, najbardziej doświadczony i poważany przedstawiciel pewnej grupy. Zatem Hryhorij Nestor uchodzi za najstarszego człowieka, jednak nie żył wystarczająco długo - nie zdążono wpisać Jego danych do Księgi Rekordów Guinnessa! Ciekawe, kto zaniedbał sprawę pana Grzegorza, od niedawna przecież sławnego już Ukraina.

* - Ukrain, Rumun, Czeczen; Ukraini, Rumuni, Czeczeni

    Nowa tradycja - kolejna milenijka? - iThink (24 grudnia 2007)
    Każde życie można zapisać dwoma liczbami - początek i koniec (prawie jak wektor; on ma jeszcze kierunek). Różnicą obu liczb jest długość danego nam życia. Nim całkowicie zbliżymy się do końca naszego życiowego przedziału, na drodze czasu można przystanąć i zadumać się nad niektórymi ciekawymi liczbami.
    Podczas obliczeń można korzystać z wiecznych kalendarzy dostępnych w internecie. Mają one większy zakres "wstecz" niż Excel, który umożliwia porównywanie dwóch dowolnych dat począwszy dopiero od pierwszego stycznia 1900 roku (1900-01-01), ale jeśli chodzi o przyszłość, to obecna wersja arkusza kalkulacyjnego umożliwia wybiegnięcie w przyszłość aż do końca roku... 9999, czyli do 31 grudnia 9999 (9999-12-31). Różnica pomiędzy owymi skrajnymi datami to... 8099 lat, czyli 2 958 465dni (w tym lata przestępne). Miejmy nadzieję, że kolejne elektroniczne wersje umożliwią dogłębniejsze wędrówki po minionych czasach z uwzględnieniem kalendarzowych zmian (a może to być skomplikowane, bowiem wiele krajów dość swobodnie i niejednocześnie modernizowało kalendarz).
    Spójrzmy (kalendarzowo) na autora niniejszego artykułu. Onże urodził się 14 lutego 1953 i jego 10000. dzień życia przypadł 2 lipca 1980 (miał 27 lat, 4 miesiące i 16 dni). Oczywiście nie wiedział, że tego dnia obchodzi dziesiątą tysięcznicę (dziesięciotysięcznicę?), bowiem ani nie pomyślał o takich obliczeniach, ani takie rachunki nie były wówczas prostą sprawą. Ok. 6 lat wcześniej miał na swym życiowym liczniku interesującą liczbę 7777 i było to 1 czerwca 1974, o czym również nie miał pojęcia. Skoro o czterech siódemkach - jeśli ktoś urodził się 22 marca 1986 (a dotyczy to ponad tysiąc Polek i Polaków), to te sympatyczne "urodziny" obchodził już 7 lipca 2007 (z trzema siódemkami i czterema zerami: 2007-07-07). Może ktoś obliczył i świętował?
    Dzisiaj, w dobie komputerów, można wykonywać znacznie więcej obliczeń - i tych mniej, i tych bardziej skomplikowanych. Trzeba tylko "wpaść na pomysł". No i parę miesięcy temu określiłem 20000. dzień swej egzystencji. Otóż "to" przypadało 18 listopada 2007. Zaprosiłem rodzinkę i znajomych. Wielu z początku nie bardzo rozumiało, czego dokładnie dotyczy impreza. Trochę trzeba było się nawyjaśniać. W sumie to nie ma większego znaczenia, z jakiego powodu ludziska się spotykają, bowiem powinni widywać się często i kulturalnie... No i tak było - jak na imieninach, urodzinach, czy innych spotkaniach rodzinnych. Impreza była udana i pewnie przejdzie do historii jako jedna z pierwszych nie tyle rocznic co milenijek. Może się przyjmie jako zwyczaj? Została cyfrowo uwieczniona - na załączonym zdjęciu ukazany jest solenizant (autor) z garbem dwudziestu tysięcy dób, żona oraz ponadroczny psiak.
    Coraz rzadziej wysyłamy tradycyjne kartki z życzeniami, ale przecież można emajlowo* przesyłać świadectwa naszej pamięci - jakiż to problem. Również z okazji pełnych tysięcy dni życia, w szczególności co 5000 dni (niemal co 14 lat). Jeśli banki mają nasze daty urodzenia, to żaden dla nich problem przesłać nam sympatyczne życzenia w którąś z kolei "tysiącznicę" albo "tysięcznicę" lub wspomnianą "milenijkę". Z pewnością większość z nas będzie zaskoczona taką przesyłką. A przemysł poligraficzny również może poszerzyć swoją gamę wyrobów, wszak z okazji walentynek wykazuje się pomysłowością.
    Wiele zakładów pracy wydaje swoje kalendarze i nie jest problemem zaznaczenie w nich kolejnego tysięcznego dnia istnienia firmy. Z tej okazji (co ok. 3 lata) w przedsiębiorstwie panowałby odświętny nastrój, zaś pracownicy byliby obdarowywani sympatycznymi prezentami...
    No i coś, co dotyczy szczęśliwych par - można obchodzić pierwszą, piątą, dziesiątą, piętnastą, dwudziestą, dwudziestą piątą albo trzydziestą (to nieco ponad 82 lata wspólnego życia!) milenijkę ślubu. Najdłużej żyjący człowiek (Słowianin, kawaler), Hryhorij Nestor, przetrwał kilka wojen i 42642 dni (116 lat, 8 miesięcy i 30 dni), zatem teoretycznie (gdyby zechciał się ożenić w wieku 16 lat, 8 miesięcy i 30 dni - dla uproszczenia obliczeń) z równie żywotną panną, to mogliby wespół dożyć stu lat, jako trwale (jak na ludzkie realia) połączona małżeńska para, wszak sto lat to przecież 36524 dni, zatem mogliby obchodzić nawet aż 36 kolejnych milenijek...
    Dzisiaj, w tak szczególnym dniu, jakim jest Wigilia, wszystkim Czytelnikom życzę nieustającego szczęścia i nieco refleksji wobec przemijania...
    Jezus urodził się ok. 733 000 dni temu.

    * - niestrawne jest e-mailowo, zaś mejlowo jest nie do przyjęcia, wszak mejl to tylko potoczne słowo; a co z wyrazem koktajl?

    Czy pisać, że Paris to France? - iThink (27 grudnia 2007)
    26 grudnia 2007, poranną porą TVP1 wyemitowała film z dwoma ślicznotkami w rolach głównych pt. "Mężczyźni wolą blondynki". Panienki wybierają się z Ameryki transatlantykiem za ocean. Marilyn Monroe (gra naiwną blondyneczkę) pyta napotkane towarzystwo - "Czy ten statek płynie do Francji w Europie?", na co odpowiada jej koleżanka Jane Russell - "Czy jadąc ze Stanów do Meksyku pytamy o Meksyk w Ameryce Północnej?", dając do zrozumienia, że blondynki nie zawsze zadają mądre pytania. Podróżni pośmiali się z biednej a ślicznej blondyny (której sława przytłumiła wiele piękności o ciemniejszych odcieniach włosów, w tym ową Jane), pośmiali się widzowie przed telewizorami sądząc ponadto, że choć film jest z 1953 roku, to ciągle jasnowłose panie są bohaterkami dowcipów określonego rodzaju.
    Ale 10 godzin później ta sama telestacja wyemitowała znacznie poważniejszy i nowszy film pt. "Eksplozja". I cóż my tam widzimy? Ano napis pod miejskim krajobrazem opisany jako "Boston, USA".
    Zatem - jak to jest? Może jednak Amerykanie nie zawsze znają związek miejsca z państwem? A może filmy są opisywane z myślą o cudzoziemcach, którzy mogą nie wiedzieć, że Boston jest amerykańskim miastem, zwłaszcza że skoro Warszaw jest cała masa w Stanach, to zapewne Bostonów również by się sporo znalazło poza USA... Inna sprawa, że na naszych filmach jeśli opiszą "Warszawa" to już nie dodają "Polska" (być może, że w takiej pisowni przedstawiona jest tylko nasza stolica). Jeśli myślimy o Olsztynie pod Częstochową, to powinniśmy to zaznaczyć, ale jeśli o stolicy Warmii (także województwa warmińsko-mazurskiego o fatalnej małoliterowej pisowni; powinno być "Województwo Warmińsko-Mazurskiego", jak przystało na geograficzną nazwę własną), to nie uściślamy. Jeśli mówimy o Ameryce albo o Wenecji, to za każdym razem nie dodajemy, że nie chodzi nam o polskie miejscowości...
    Jednak przypomniałem sobie, że wielokroć widywałem amerykańskie filmy i seriale, w których podczas zmiany miejsca akcji, ukazywano (na ekranie) objaśnienia w rodzaju "Paris, France", co pewnie nas, Polaków, jednak rozweselało (to przewymiarowanie informacji), ale może w innych krajach istnieje wielka potrzeba uściślania danych niekoniecznie znanych większości widzów... Natomiast tylko chyba u nas, w Polsce, można zinterpretować to jako "Paris - superbogata sławna Amerykanka", zaś "france", no cóż - nie jest to (w naszym słowiańskim języku) eleganckie określenie... W gwarze uczniowskiej (Onet) "franca" ma kilka znaczeń - "1. ocena niedostateczna; jedynka"; 2. "język francuski"; 3. "zła nauczycielka"; 4. "osoba natrętna i nielubiana". Za moich czasów (szkolne lata 60.) "france" to były mniej więcej "zdziry" o pisowni dopuszczalnej również jako "ździry".
    Wniosek - coś, co śmieszyło Amerykanów 55 lat temu w zabawnej komedyjce, może okazać się stałą praktyką stosowaną w ich filmach i serialach... Ale dlaczego oni śmieją się aż tak bezkrytycznie?

     W przedświąteczny weekend zginęło 39 os. - iThink (29 grudnia 2007)
    TVN24 zapisuje wieści na pasku u dołu ekranu. Kiedyś pasek przesuwał się płynnie z prawa na lewo, teraz paski są wymieniane skokowo w pionie. Pierwszy sposób jest przyjaźniejszy dla oka i wygodniejszy dla redakcji (można emitować wiadomość o dłuższym tekście), zatem TVN24 powinna wrócić do poprzedniej wersji.
    Wracając do tytułu (taki właśnie tekst ukazał się na ekranie w Wigilię) - temat zbyt poważny, aby niemądrze spekulować - komu zginęło 39 os, niemniej delikatne sprawy także trzeba omawiać pod względem języka i opisu. Bartnikowi chyba nie zginęły, bo on zajmuje się pszczołami. Zapewne redaktorowi chodziło o osoby, ale skrót dający mizerne oszczędności jest niezbyt racjonalny. Niektórzy pisują przed datą słowo "dnia" skrócone do "dn." - ale mi oszczędność...
    Statystyka jest bezwzględna - codziennie na naszych drogach ginie ok. 15 osób, zatem podana liczba mieści się w codziennym kostuszym żniwie, zwłaszcza że ktoś ciężko rany w czwartek może zmarł w piątek a może umrze dopiero za tydzień i nie wiadomo, który weekend obciąży swą statystyką, ale na pewno po tygodniu nikt na informacyjnym pasku nie poprawi nieaktualnej już informacji, bo mamy... kolejny tydzień i niemal nikogo nie interesują dane sprzed paru dni.
    Tekst w modnych podpisach przemieszczających się pod ekranem powinien być możliwie lapidarny. Po cóż pisać "w przedświąteczny", skoro bieżące informacje zawsze dotyczą ostatniego (bieżącego) wydarzenia. Zatem oczywistości powinny być pomijane. Giną osoby, ludzie? Może pomijać te oczywistości? O, jeśli słoń albo parę dzików zginęłoby na polskich drogach, to wówczas to dokładnie opisać (jako ciekawostkę i przestrogę - wszak ludzie w takich wypadkach także są ofiarami).
    A wracając do skrótów - powinny być w takich wieściach stosowane możliwie często i powinny być na tyle oczywiste, że obywałyby się bez objaśnień.
Zamiast długiego tekstu -
    W wypadku drogowym w Łobzie, w województwie zachodniopomorskim, zginęły 3 osoby, zaś 5 zostało rannych, w tym dwie ciężko, można napisać krócej -
    Wypadek drogowy: Łobez (ZPom.), 3Z, 5R (2C) pomijając odmianę miejscowości, bowiem wiele nazw miejscowości jest odmienianych albo niezgodnie ze słownikiem (w dwóch słownikach odmiana bywa niejednakowa), albo według lokalnych zwyczajów (nie zawsze akceptowanych przez słowniki), albo po prostu całkowicie błędnie (wbrew słownikom i zwyczajom).
    Jeśli jakiś wypadek opisywany jest dokładniej, to zamiast - 14-letni chłopiec, 51-letni rencista, 17-letnia dziewczyna, 72-letnia emerytka można napisać: 14/M, 51/M, 17/K, 72/K albo krócej - 14 i 51/M oraz 17 i 72/K. Jeśli opisano dramat osoby o nieustalonej płci (w tym niemowlę lub starsze dziecko), to symbol N, zatem - 0/N, 5/N, 33/Nlub 0, 5, 33/N. Jeśli w przybliżonym wieku, to przed symbolami wstawiamy ok. Jeśli całkowicie wiek nie jest do oszacowania albo wiek nie jest istotny w sprawie, to oznaczenie wieku pomijamy.
    Wówczas (kontynuując przykład) - Wypadek drogowy: Łobez (ZPom.), 3Z (14 i 51/M, 72/K), 5R, w tym 2C (m.in. 17/K). Zwykle pierwsza wiadomość o wypadku zawiera ogólniejsze dane, zaś z upływem czasu wiele szczegółów jest uściślanych. Jeśli wiek jeszcze nie jest ustalony (albo nie jest tu istotny), ale płeć jest znana, to np. - Wypadek drogowy: Łobez (ZPom.), 3Z (2M, 1K), 5R (3K, 2M), w tym 2C (1K, 1M). Najczęściej wiek i płeć nie jest bardzo istotną informacją, zatem powinien wystarczyć początkowy zapis - Wypadek drogowy: Łobez (ZPom.), 3Z, 5R (2C). Również cyfrę 1 można pominąć (zamiast 1K oraz 1M pisać jedynie K, M).
    Ktoś powie - przecież to już całkowita dehumanizacja i sprowadzenie człowieka do liczb i symboli. Owszem, taki jest trend w przekazywaniu wieści - możliwie krótko i beznamiętnie. Na rozwijanie tematów (w tym tragicznych) w bardziej zaangażowany sposób są felietony, omówienia i dyskusje.
    Przy okazji - codziennie około 15 Polaków popełnia samobójstwa (liczba podobna do liczby ofiar wypadków drogowych), ale bardzo rzadko podawane są te tragiczne dane. Dlaczego?

    PS  Geograficzne nazwy własne typu - Województwo Zachodniopomorskie, Obwód Kaliningradzki powinny być pisane od wielkich liter, wszak - Nizina Zachodniosyberyjska, Wyżyna Krakowsko-Częstochowska; ta niekonsekwencja jest kompromitacją naszych polonistów i powinna być niezwłocznie zlikwidowana!

    Prezentów nie dostarczono przez 10 dni! - iThink (30 grudnia 2007)
    Tuż przed Bożym Narodzeniem pewna handlowa markowa firma weszła na Allegro ze swoimi artykułami. 17 grudnia 2007 przelałem na konto firmy stosowną należność za trzy artykuły, które jako prezenty powinny znaleźć się pod choinką.
    Nazajutrz firma przeemajlowała - "Pragniemy poinformować, że przesyłka została nadana za pośrednictwem firmy UPS i zgodnie z ich standardem powinna zostać dostarczona w ciągu dwóch dni roboczych. Uprzejmie prosimy o obecność pod wskazanym adresem odbioru i jednocześnie prosimy o monitorowanie statusu przesyłki na stronie *. Numer przesyłki H**. W chwili obecnej jest dużo przesyłek powierzonych kurierom. Jesteśmy niemal pewni, że dostanie Pan towar najpóźniej we czwartek".
    Kiedy minął czwartek, wchodzę w piątek (21 grudnia) w internetowy system śledzenia mojej paczki i widzę (ach, cóż za technika!), że prezenty zostały nadane w Warszawie 18 grudnia (wtorek) i od 19 grudnia są już Gdańsku, czyli są aż dwa dni tylko kilkanaście kilometrów ode mnie i... nie mogą dotrzeć.
    Zaniepokoił mnie nieco zapis z raportu -
    "Wystąpiło wydarzenie wyjątkowe dotyczące tej paczki. 19.12.2007  11:50  To opóźnienie wynika z pozostawienia paczki w obiekcie UPS./Przekazano do obiektu w mieście przeznaczenia".
    Jakże to - paczka niby jest pozostawiona w obiekcie kurierskiej firmy, ale przekazano ją do obiektu w mieście przeznaczenia? Ponieważ miastem docelowym jest (wg mnie) Gdynia, zatem nieco uspokoiłem się, choć - cóż to jest owo 'wyjątkowe wydarzenie'?
    Na wszelki wypadek wypełniłem w internecie formularz, w którym zgłosiłem wątpliwości co do przetrzymywania mojej paczki w nieznanym mi bliżej obiekcie wobec wyjątkowego wydarzenia... Potwierdzono odbiór i poinformowano, że sprawą zajmą się w pierwszy roboczy dzień (czyli dopiero w wigilijny poniedziałek). Do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi...
    Moimi obawami podzieliłem się z firmą sprzedającą mi (coraz mniej) choinkowe prezenty - "Ciekawe, jak oni ten fakt wytłumaczą i co to jest 'wyjątkowe wydarzenie'? Może faktycznie był napad na prezenty dla gdyńskiego Gwiazdora?".
    W sobotę odpisano -
    "Jesteśmy w stałym kontakcie z UPS. Wszystkie paczki wysłaliśmy ekspresem z gwarancją doręczenia. UPS nas zapewnia, że pracują w sobotę, niedzielę i w poniedziałek oraz że dostarczą wszystkie paczki".
    No i nadchodzi długo wyczekiwana Wigilia. Formalnie dzień pracy. W południe dzwonię do pani z informacji z pretensjami, że przesyłka ugrzęzła na 5 dni w Gdańsku. Podaję numer paczki i dostaję informacje:
- istotnie, paczka jest od paru dni w Gdańsku,
- mają nawał pracy (święta),
- nie wydano jej dzisiaj kurierowi i nie zostanie doręczona,
- najtańsze przesyłki wysyłane są jako ostatnie,
- zwrot opłaty 25 zł jest możliwy po złożeniu reklamacji...
    Podała także numer telefonu komórkowego, który jest permanentnie zajęty, ale w końcu automat podaje - "rozmowy wychodzące są zablokowane, prosimy o zasilenie konta". Czyjego konta? Mojego? Przecież dzwonię ze stacjonarnego telefonu...
    Ciekawe, że kiedy chciałem wyjaśnić - co to jest owo 'wyjątkowe wydarzenie', to pani poinformowała mnie, że nie ma internetowego wglądu do danych mojej paczki (nie widzi tego, co ja na ekranie!); więcej, stwierdziła, że "nie ma takiego programu w swoim komputerze", zatem nie może zinterpretować tego określenia...
    Gwiazdor skombinował rezerwowe prezenty (jednak nie tak okazałe). Paczkę w końcu dostarczono w piątek (28 grudnia), w tydzień po planowanym czasie, 4 dni po Wigilii, 10 dni po nadaniu w stolicy, w tym po 9 dniach przetrzymywania w gdańskim magazynie (nieopodal Gdyni!). Skandal!
    Parę lat jesteśmy w Unii, nasza Poczta Polska kuleje (utyka), inne firmy przejmują usługi kurierskie (w święta zatyka je), ale choć zapewne mają europejskie procedury i certyfikaty ISO, niestety poziom usług bywa (jak opisano) fatalny. Żadnych przeprosin, żadnych wyjaśnień (co niniejszym wytykam). Czy tak pracuje UPS w Niemczech albo w Holandii? Dobrze, że choć dostarczone elektryczne artykuły doskonale działają...

    *, ** - adres internetowej strony i numer przesyłki

    Sygnalizacja na przystanku - iThink (31 grudnia 2007)
    Uprzejmie proszę o zaopiniowanie niżej opisanej propozycji (list do ZKM Gdynia).
    Jedzie trolejbus z centrum Gdyni w kierunku Sopotu. Wjeżdża na przystanek tuż za skrzyżowaniem Aleja Zwycięstwa/Redłowska i to do samego końca zatoczki, ponieważ za nim wjeżdża kolejny taki pojazd. Wielu ludzi wysiada i szybko zmierza ku pobliskiemu przejściu z sygnalizacją świetlną. Już pomiędzy oboma pojazdami widać, że żółte światła dla pieszych niepokojąco migają zapowiadając zablokowanie przed zebrą. Po przejściu dalszych kilkunastu metrów grupa tranzytowych pasażerów z obu trolejbusów karnie staje przed czerwonym światłem i tym momencie rusza strumień samochodów korzystających z zielonego koloru.
    Na drugim końcu zebry widać, że od strony Sopotu jedzie autobus na Płytę Redłowską - skręca w prawo i tuż za skrzyżowaniem staje na swoim przystanku. Kilkunastu pasażerom z trolejbusu zabrakło dosłownie parunastu sekund, aby przejść na drugą stronę jezdni i zdążyć na skręcający pojazd. Pogoda coraz brzydsza, słychać warczenie niezadowolonych pasażerów - nie dziwota, bowiem kilkanaście minut trzeba czekać na kolejny autobus. Oczywiście, można było zaryzykować szaleńczy bieg "ostatniej szansy", który mógłby istotnie okazać się ostatnim biegiem w życiu.
    Mamy XXI wiek. Mówi się, że podróże komunikacją miejska to ekologicznie lepsze rozwiązanie. Władze miast formalnie popierają podróże autobusami, tramwajami i trolejbusami.
    Zatem dlaczego nie zastosują prostego rozwiązania? Otóż przy opisanym przejściu, na słupku sygnalizacji świetlnej, można byłoby zamontować przycisk. Po jego naciśnięciu zapalałoby się światełko po przeciwnej stronie jezdni na wiacie przystanku dla pasażerów jadących na Płytę Redłowską. Wówczas kierowca autobusu, który tam akurat wjeżdża, wiedziałby, że po drugiej stronie jezdni są pasażerowie oczekujący na zmianę świateł i poczekałaby te pół minuty a może nieco dłużej. Być może część pasażerów w oczekującym wozie byłaby zniecierpliwiona, ale z pewnością doceniłaby ten pomysł, kiedy to im przydarzyłoby się skorzystać z tej drobnej racjonalizacji.
    W jaki sposób zamontować ową dodatkową sygnalizację? Podczas najbliższego remontu skrzyżowania położyć pod jezdnią dodatkowe przewody. A przedtem - albo prowizoryczne przewody położyć napowietrznie, albo nowoczesne urządzenie znane jako "bezprzewodowy dzwonek", które kosztuje kilkadziesiąt złotych. Najprostsze rozwiązania pewnie są najtrudniejsze do wdrożenia, bowiem przeciwnicy tego pomysłu uznają, że chuligani będą dewastować to urządzenie. Ale chuligani mogą niszczyć (i niszczą!) znacznie droższe elementy wyposażenia systemu miejskiego transportu - kamery, siedziska oraz piękne a drogie wiaty z wielkimi szybami. A wiata na opisanym skrzyżowaniu ma zasilanie do świetlnych reklam, zatem żaden problem podłączyć lampkę sygnalizującą kierowcy prośbę o poczekanie na pasażera zablokowanego przez sygnalizację świetlną.
    Za tak niewielkie pieniądze można polepszyć poziom świadczonych usług i zachęcić mieszkańców do korzystania z coraz przyjaźniejszego systemu.
    A może już opisany pomysł jest wdrożony w innym mieście?
    Podobny problem występuje przy stacji kolei podmiejskiej, choćby Gdańsk Zaspa lub Gdynia Redłowo. Tam ludziska wysypują się z wagoników i pędzą na najbliższy przystanek autobusowy (na Zaspie jest to początkowy przystanek na pętli). I wówczas można byłoby nacisnąć na peronie sympatyczny guziczek sygnalizujący na najbliższych przystankach prośbę o "minutowe" poczekanie na byłych kolejowych pasażerów.
    Oczywiście, można całą sprawę załatwić w inny, mniej techniczny (a bardziej dyscyplinujący) sposób - kierowcy otrzymaliby polecenie optycznego sprawdzenia, czy po drugiej stronie jezdni stoi autobus i niejako obligatoryjnie poczekaliby na zmianę świateł plus kilkanaście sekund na przejście potencjalnych klientów oczekującego autobusu (a w drugim przypadku - widząc stojący pociąg na peronie poczekaliby minutkę z odjazdem). I takie zachowanie zaobserwowałem parę razy w życiu, jednak było to na zasadzie dobrego humoru, a nie dobrej praktyki i odgórnego zalecenia. Może faktycznie wyrzucić ów elektryczny pomysł  do kosza i wydać polecenie kierowcom do przyjaznego zachowania się? I jeśli kierowca nie poczeka, to będzie podstawa do zgłoszenia reklamacji w firmie, a nie (jak obecnie) do chwalenia kierowcy, kiedy zachowa się wyjątkowo kulturalnie?
    Na dobry początek proponuję zamontować urządzenia w opisanych miejscach i poczekać na opinie.
    Z poważaniem
    Mirosław Naleziński

Odpowiedź -

    Szanowny Panie!
    Na wstępie pragnę podziękować za przesłaną przez Pana bardzo ciekawą propozycję usprawnienia przesiadek. Nie czując się na siłach samodzielnie ocenić możliwości jej wdrożenia, zorganizowaliśmy w firmie szersze spotkania, poświęcone Pańskiej propozycji.
    Nie sposób nie zauważyć, że wprowadzane w ostatnich latach usprawnienia w sterowaniu ruchem drogowym mają na celu przede wszystkim upłynnienie ruchu pojazdów. W rezultacie, w celu zwiększenia przepustowości ulic, wydłuża się znacznie cykle sygnalizacji świetlnej. Dla pieszych coraz powszechniej stosowane są sygnalizacje inicjowane przyciskami, jednak niezapewniające priorytetu pieszemu po ich naciśnięciu. Wydłuża się zatem czas oczekiwania pieszych na możliwość przejścia przez jezdnię. Wielokrotnie zdarza się, że w tym czasie z pobliskiego przystanku odjedzie pojazd komunikacji miejskiej, nie oczekując na pieszego, który nie może w danym momencie przekroczyć jezdni.
    ZKM ma świadomość istnienia opisywanego przez Pana problemu. W odpowiednich zarządzeniach Dyrektora ZKM dość szczegółowo opisana została procedura postępowania kierowców w przypadku, gdy w określonych punktach przesiadkowych do zatoki przystankowej zbliża się kolejny autobus. Jednoznacznie w takich przypadkach nakazuje się kierowcom oczekiwanie na pasażerów, którzy mogliby skorzystać z ewentualnej przesiadki. W przypadku, gdy oczekiwanie miałoby dotyczyć potencjalnych pasażerów, oczekujących na zielone światło na przejściu dla pieszych, trudno sobie wyobrazić dobre funkcjonowanie takiej praktyki bez opisanych przez Pana urządzeń. I tu pojawiają się pierwsze bariery: ani sygnalizacja świetlna, ani wiaty przystankowe, nie należą do ZKM w Gdyni. Sygnalizacja podlega Zarządowi Dróg i Zieleni oraz Wydziałowi Inżynierii Ruchu UM Gdyni, natomiast wiaty są własnością prywatnych firm reklamowych. Bardziej realne niż zamontowanie proponowanych przez Pana sygnalizatorów na wiatach, wydaje się ewentualne ustawienie specjalnych słupków z sygnalizatorami w polu widzenia kierowcy.
    Pana pomysł, jako ciekawy i być może wart realizacji, przedstawimy wymienionym wyżej instytucjom z prośbą o ustosunkowanie się do niego. Jak tylko uzyskamy jakąkolwiek odpowiedź, niezwłocznie Pana powiadomimy.
    Z poważaniem
    Marcin Gromadzki
    ZKM w Gdyni
                                                                                                                                                                     mirnal1402
Strona główna