Komentarze 2006 (VII-IX)
O Szampani i Orunii - TVN24 (5 lipca 2006)
Przez kilkadziesiąt minut (jeszcze podczas meczu) krążyły wieści - Francja wygrywa z Portugalią 1:0. Francja: Silne burze w Szampani spowodowały...
Po zakończeniu meczu natychmiast zmieniono zapis - Francja wygrała z Portugalią 1:0. Ale jak krążyła "gdyńska" (w Gdyni) przykrótka końcówka w Szampani, tak wirowała bez zmian... Czujność? Tak, ale wybiórcza - sportowa, lecz nie ortograficzna... A może nadmiar szampana? Skoro już o mundialu - w studiu logo z napisem Germany 2006. Może jednak Germanie/Germanowie (wszak nie redaktory)? Ale i tak to lepiej brzmi (po polsku) niźli... France 1998.*
W 5. rocznicę wielkiej powodzi na gdańskiej Oruni, podpis pod archiwalnym filmem (Kurier3, 9 lipca 2006) - w Orunii. Gdzie kontrola jakości? Też zalana? Ale gdyby pewien hobbysta wyhodował rybkę w zalanym akwarium i na cześć owej dzielnicy nazwał orunia (ale nie [oruńa], lecz [oruńja]), to wówczas mielibyśmy fotografie orunii, nie oruni. Zresztą - łacińska nazwa miejscowości Orunia to Orania i zapewne w odmianie jednak Oranii.
* - żartSpaleni pośród toplaski i hot-dogów - Fakt (6 lipca 2006)
W rubryce z tą datą znajdujemy krótką notkę - Ośmioro pasażerów spłonęło żywcem wskutek eksplozji autobusu w drodze do Lwowa. Tragedia wydarzyła się ok. godz. 4 rano.
Z tekstu wynika, że koszmar wydarzył się 3 godziny przed kupnem gazety, co jest mało prawdopodobne. Ale mniejsza o szczegóły, bowiem może było to dzień wcześniej (choć podają dokładny czas, a co z datą?). Czy ktoś z Państwa dowiedział się z mediów (telewizja, radio, portale) o tym dramacie? Informację podano w gazecie na ostatniej stronie, którą czyta się powierzchownie, po kilkunastu stronach wyczytywania wyczerpujących a plotkarskich tematów. Większość już tych drobnych wieści nie jest czytywana, tylko przechodzi się do zwyczajowego oglądania toplesowych panienek - tym razem panna Iza z Bytomia (obszary zagrożone tąpnięciami wskutek drążenia) w aspekcie podwyżki szczęśliwego numerka (jednak chodzi o podniesienie, ale... stawek toto-lotka). Obok obszerny artykuł o nastolatce, która czyta książki "do góry nogami" (inaczej nie potrafi) oraz notatka o facecie, który wrąbał prawie 54 hot-dogi. I w takim otoczeniu podaje się tragiczną informację! Skandal!
A przecież kilka dni temu wydarzyła się katastrofa w hiszpańskim metrze i cały świat o tym trąbił, zaś my zastanawialiśmy się, czy (nie) ucierpiał któryś z naszych. A tu - potworny wypadek pod Lwowem i nikt o tym nie mówi, nikt nie pyta o Polaków, choć tereny znacznie gęściej zasiedlone rodakami niż w Iberii. A dlaczego - bo nowoczesne redakcje chcą zainteresować nas zamożnymi, słonecznymi i dalekimi rejonami, a ubogie, choć bliższe, niespecjalnie leżą w obszarze naszych zainteresowań. W Hiszpanii mógł zginąć przebojowy młody Polak, który wybrał tam pobyt i pracę w ramach wielkiej Unii, co jest modne i rozwojowe, zaś pod Lwowem mógł zginąć nasz niezaradny starszy rodak, który złożył papiery o powrót do macierzy, a urzędnicy go olali z uwagi na skromne finansowe możliwości. Bardziej trendy jest pokazać zrozpaczoną rodzinę na tle Seata i budowanego domu, niż na tle Zaporożca i walącej się klitki. Dziady nikogo nie interesują (poza wieszczem Adamem), a ludzie sukcesu - i owszem. Dlatego będziemy się interesować wypadkami w dalekiej Hiszpanii, ale nie na dawnych polskich ziemiach współczesnej Ukrainy. Pierwsi to wzór do naśladowania, zaś drudzy to wyrzut na sumieniu. Na naszym sumieniu. A nasze zainteresowania są sterowane przez dziennikarzy - wolą jechać do słonecznej egzotycznej Hiszpanii i usłyszeć, co przeżywają Iberzy* (Hiszpanie oraz Portugale*), niż odwiedzić skromnych sąsiadów i przekazać, jakie problemy mają Ukraini*.
Wypadek nie był typowy - ani autobus nie wpadł na przeszkodę, ani nic nie uderzyło w ów pojazd. Kierowca zatrzymał wóz, aby zlokalizować usterkę. Nie mogąc znaleźć powodu awarii, zaczął wypompowywać paliwo z baku do kanistra. W tym momencie nastąpiła eksplozja.
Jeśli to prawda, to tym bardziej ta katastrofa powinna być omówiona w Polsce, bowiem może tu również dojść do podobnej tragedii.
* - propozycje językoweDziewczyna? Do ilu lat? - Fakt (7 lipca 2006)
Redakcja ogłosiła kolejny wielki konkurs dla dziewczyn - w ankiecie uczestniczka powinna wpisać "imię i nazwisko dziewczyny", szereg innych danych oraz zgodę na publikację swego wizerunku. Obok zamieszczono zdjęcie toplesowo leżącej na plaży pani Joli i podpisano -
Na jej ciele ani jednego białego śladu od pasków po staniczku. Dziewczyny, idźcie w ślady odważnej Joli i przysyłajcie nam swoje zdjęcia. Możecie wygrać mnóstwo atrakcyjnych nagród.
Istotnie, pani Jola nieźle się prezentuje, zważywszy, że ma... 46 lat. Jest to najstarsza (znana mi wirtualnie) dziewczyna. Ale przecież młoda panna może mieć ponad sto lat. A z kolei dziewczynki to młode osóbki do lat około dwunastu, potem panienki, a jak zasmakują w rozrywkowej branży, to i ponownie zostają... dziewczynkami, co może trwać niemal do pięćdziesiątki.
A cóż można robić w lipcu, kiedy jest się ministrem Lipcem (od sportu), a polska piłka nożna sięgnęła mundialowego dna? Otóż -
Lipiec dobrał się do Polskiego Związku Biathlonowego, w którym wykrył fałszowanie dokumentów i usunął nieuczciwe władze polskiego biathlonu.
Powinien jeszcze usunąć nieszczęsne h w nazwie dyscypliny sportowej, zwłaszcza, że wyraz maraton (nie marathon) wskazuje właściwą drogę...
Urodzony w Polsce piłkarz Mirosław Kloze ma nietypowe jak dla Niemca imię, które w akcie urodzenia miało eł, lecz obecnie przeszło w zwykłe el tracąc kreseczkę (ponadto w imieniu zmieniono w/z, zaś w nazwisku - z/s). A my straciliśmy kolejnego świetnego polskiego sportowca. No cóż, pracowite a znające swoją wartość pszczoły, lecą do lepszego ula i dają tam lepszy miód. Serce tego owada też łatwiej przestawić, jeśli pszczelarz akuratniejszy... Ojciec p. Mirka zauważył, że syn (już Miroslav Klose, ps. Miro) nic Polsce nie zawdzięcza, tylko nowej ojczyźnie i właśnie jemu, czyli ojcu.Staż dyskutanta - pilkanozna.pl (11 lipca 2006)
Czasopismo "Piłka Nożna" ma (jak przystało) swój internetowy portal, a tamże forum. Ponieważ parę lat temu opracowałem propozycję regulaminu gry w piłkę nożną i wysłałem do owej redakcji (rutynowo nikt nie odpowiedział), przeto sobie pomyślałem - skoro mają witrynę, zarejestruję się i wpiszę regulamin w nowoczesny sposób. Ustaliłem hasło, wypełniłem formularz i wysłałem "wszystko co trzeba". Po paru minutach zostałem przywitany -
Witamy na Forum PilkaNozna.pl
Prosimy o zachowanie lub wydrukowanie tego email'a [błąd]. Informacje o Twoim koncie są następujące:
[tu moje dane]
Twoje konto jest obecnie nieaktywne. Nie możesz go używać zanim nie odwiedzisz poniższej strony:
[tu podano namiary na tę stronę]
Nie zapomnij swojego hasła, ponieważ zostało zakodowane w naszej bazie danych i nie będziemy mogli go odzyskać. Jeśli jednakże zapomnisz hasła możesz otrzymać nowe, które będziesz musiał aktywować w identyczny sposób jak to konto.
Dziękujemy za rejestrację.
Po pewnym czasie dosłano - Twoje konto zostało utworzone. To Forum jednakże wymaga aktywacji kont, poprzez podanie klucza aktywującego, który otrzymasz w specjalnej wiadomości email. W niej też znajdziesz dalsze instrukcje postępowania.
Odczekałem na aktualizację otrzymaną w specjalnej emajlowej przesyłce, wybrałem dział do dyskusji i wpisałem regulamin (projekt). Na wszystko (w tym także zredagowanie pisma) straciłem (jednak) sporo czasu (wyrównanie, pogrubienie - w końcu to ok. 15 tys. znaków). Wysłałem, ale trzeba było dopisać temat. Wpisałem i... ukazała się informacja -
Nie masz wystarczającej liczby postów do założenia tematu.
Z pewnością taki (zapewne uzasadniony) wymóg podyktowany jest sprawiedliwością społeczną: "przecież nie może nowy gościu wpisać od razu co mu ślina na język przyniesie" i zapewne jest to omówione w bogatym dziale typowych problemów. Ale moje pytanie brzmi - to podczas redagowania (i kilkakrotnego podglądu przed wysłaniem) nie można było od razu wyświetlić tej informacji? A jeszcze lepiej - podczas logowania mogli przestrzec, że musi upłynąć jakiś staż, nim dyskutant będzie mógł napisać swoją opinię. I taką mamy "logiczną" załogę elektronicznej gazety... Straciłem i czas, i nerwy, a przede wszystkim - złudzenia, że można coś załatwić w cywilizowany i przyjazny sposób...
I na tym zakończyła się moja krótka przygoda (z francuskiego... randewa) z tym portalem. Regulamin wysłałem również na emajlowy adres redakcji, ale (rutynowo, a jakże...) nie otrzymałem ani potwierdzenia, ani odpowiedzi. No i znowu się czepiam. Dlaczego to znowu ja?Sport - szlachetna rywalizacja? - Onet (17 lipca 2006)
Po 9 latach Lidia Chojecka otrzyma brązowy medal 6. Halowych Mistrzostw Świata, które w 1997 roku odbyły się w Paryżu. Zawodniczka Pogoni Siedlce zajęła wtedy czwarte miejsce w biegu na 1500 m, ale po dyskwalifikacji za doping drugiej na mecie Amerykanki Mary Decker-Slaney przesunęła się na trzecie.
Amerykance nakazano zwrot medalu oraz nagrody 10 tys. dolarów, jednak nie podporządkowała się zaleceniom. Replikę medalu już wykonano, ale sprawa wręczenia nagrody jest niezałatwiona. Jak to - w kraju o najlepiej skonstruowanym prawie i o najlepszym systemie jego przestrzegania, od niemal dziesięciu lat nie ma mocnych na załatwienie tej kompromitującej sprawy? Czy to Stany Zjednoczone, czy mały kraik rządzony przez marionetkowego dyktatora? A jeśli nie ma sposobu na wydobycie zawłaszczonych baksów przez nieuczciwą obywatelkę USA, to przecież taki działacz federacji w ramach dobrze pojmowanego wstydu, powinien Polce przekazać czek nawet z własnego konta, choćby dla uniknięcia wstydu. Kompromitacja Amerykanki, Stanów i Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych! I z odsetkami! Przecież jaki to problem ściągnąć z Amerykanki głupie 10 patoli? Tam prawo działa super!
W 1999 roku wyszło na jaw, że przeprowadzone u Slaney latem 1996 roku badania antydopingowe wykazały stosowanie przez nią niedozwolonego środka wspomagającego. Już wówczas amerykańska biegaczka powinna zostać zdyskwalifikowana przez macierzystą federację, co wykluczałoby jej start w halowych mistrzostwach świata w 1997 roku.
Trzy lata zwlekano z dyskwalifikacją, w milczący sposób aprobując nieuczciwe metody poprawiania rekordów. A gdyby to była nie Amerykanka, ale Polka? Także by się tak patyczkowano? Kolejna kompromitacja wielkich tego świata!100 lat - nowy wiek emerytalny! - Dziennik (17 lipca 2006)
Po dwóch miesiącach, które minęły od nominacji, Anna Kalata nareszcie odsłoniła karty. Przygotowuje kompleksową reformę systemu emerytalnego. Jej najważniejszy element to zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn.
"Kobiety pracują krócej od mężczyzn, gorzej zarabiają i mają niższe świadczenia. To niesprawiedliwe. System ubezpieczeń społecznych nie powinien nikogo dyskryminować ze względu na płeć" - przekonuje Kalata.
Brawo dla odważnej kobiety! Nareszcie wip (tu wipka?) apeluje o sprawiedliwość. Istotnie, system emerytalny powinien być zgodny nie tylko z tym uczuciem, ale też z Konstytucją 1997, zatem nie powinien dyskryminować.
Przedstawię zatem pani minister dość powszechny przypadek. Mamy bliźniacze rodzeństwo - oboje mają po 50 lat. Pani idzie teraz na wcześniejszą emeryturę, zaś jej brat ma jeszcze 15 lat do przepracowania. Pani rozpoczęła pracę wcześniej od brata, bo ten dopiero po technikum i po nieudanych studiach. Dama pracowała w biurze (przecież nie będzie spawaczem lub monterem), zaś brat w przaśnych a męskich warunkach "na produkcji" zakładu przemysłu ciężkiego (przecież nie będzie sekretarką). Siostra ma jedynaczkę i pracowała jedynie na kosmetyki (od zarabiania na życie ma przecież męża!). Brat ma trójkę dzieci i musiał solidnie pracować, także w nadgodzinach i w dni wolne od pracy (sic!). Brat dał Polsce z 10 razy więcej niż siostra i jeszcze da sporo, wszak jeśli będzie zdrowy, a zakład nie padnie, to jeszcze Ojczyzna z niego sporo wyciągnie. Za 15 lat pójdzie na emeryturę i będzie dostawał może dwa razy większe świadczenia od siostry. Z tym, że siostra przez te 15 lat zajmowania się wnukiem i pichceniem mężowi (już nie pracując zawodowo) weźmie sporą emerytalną sumkę. A co bratu po większej emeryturze, jeśli statystyczna średnia życia w Polsce da mu tylko kilka lat życia w "obfitościach zusowskich"? Przypomnijmy - średnia życia Polek to ok. 80 lat, zaś Polaków - ok. 70 lat, czyli pani siostra będzie 30 lat na emeryturze, zaś pan brat tylko 5 lat! Zresztą - średnia średnią, lecz ciężko pracujący robotnik żyje krócej niż naukowiec i urzędnik, że o jakości tego życia już w ogóle nie wspomnę. Rodzeństwo spotyka się regularnie na rodzinnych uroczystościach i opinia całej rodziny jest jednobrzmiąca - emerytalny system jest niesprawiedliwy, a brat może jedynie pozazdrościć siostrze, że zdołała z "uczciwego systemu" czerpać całymi garściami, podczas gdy brat czuje się ośmieszony jako obywatel i wykorzystany jako człowiek. I takie dysproporcje zdarzają się w nowoczesnym i uczciwym (ponoć) państwie. Zatem - gdzie jest sprawiedliwość, pani minister?Dlatego należy opracować rzeczywiście sprawiedliwy system emerytalny. Oto propozycja.
Każdy pracujący odprowadza należności na swe konto, czyli w każdym momencie stan owego konta reprezentuje pewną wartość.
Jeśli ktoś studiuje, odbywa służbę wojskową albo zajmuje się milusińskimi, to Państwo za niego uiszcza składkę z budżetu.
W każdej chwili można przejść na emeryturę i otrzymywać stosowną a matematycznie obliczoną kwotę.
Wiek emerytalny należy ustalić na... 100 lat. Każdy pracownik mógłby pracować do stu lat. Przecież nawet urodzinowe toasty wznosimy w tej wysokości. No, może nie chodzi w nich o pracę, lecz o dożycie, ale cóż życie jest warte bez możliwości pracy (niekoniecznie w kopalni czy na polu, przecież można zajmować się czymś lżejszym i ciekawszym).
Pracownik sygnalizowałby chęć przejścia na emeryturę po przepracowaniu pewnego minimalnego okresu, np. 5 lat, aby pracodawca mógł znaleźć kolejnego pracownika. Grzecznościowe sytuacje, kiedy to pracodawca udaje, że mu zależy na pracowniku, ale przepisy emerytalne mu na to nie pozwalają, odeszłyby do lamusa (panie Kowalski, pan wie, że bez pana to my sobie tu nie poradzimy, ale wie pan, te nieludzkie przepisy zmuszają nas do wysłania pana na zasłużony wypoczynek...).
Wysokość emerytury byłaby obliczana wg obecnych zasad, zatem świadczenie po 5 latach pracy byłoby znacznie niższe, niż po 10, 25, 50, czy po... 85 latach.
Wolność człowieka w dziedzinie pracy polega na świadczeniu pracy przez okres odpowiadający uzdolnieniom, żywotności i chęciom. Jeśli pracownik wygra na loterii, otrzyma spadek, zaniemoże fizycznie lub umysłowo, zmieni stan cywilny wraz z materialnym (dzięki współmałżonkowi), to ma prawo w dowolnym momencie przejść na emeryturę. Albo jeśli kiepsko się czuje, chce hodować króliki, łowić ryby, podróżować, pisać wiersze... Jego człowiecze prawo! W ten sposób należy interpretować konstytucyjną wolność jednostki do decydowania o sobie w aspekcie zgromadzonych środków na swoim osobistym emerytalnym koncie.
Jeśli obywatel dowie się, że jest poważnie chory i chce godnie a z fantazją pożyć parę miesięcy? Ma prawo? A może z tych środków miałby w końcu na ekstraleczenie? A jeśli zdarzy się cud i wyzdrowieje? To należy wprowadzić obowiązkowe ubezpieczenie w podobnych przypadkach. Zresztą, tzw. emerytura to nie jednorazowa wypłata wszystkich zasobów (choć i taką możliwość należałoby również wziąć pod uwagę), ale comiesięczne wypłacanie należnych świadczeń.
Wolny obywatel, przebywający na emeryturze (nawet już po 5 latach pracy), mógłby w dowolnej chwili podjąć pracę i kontynuować wpłacanie stosownych kwot na swe emerytalne konto. Wypłata dotychczasowej emerytury byłaby zawieszona albo niezawieszona (stan emerytalnego konta w obu przypadkach byłby powiększany przez bieżące składki oraz byłby pomniejszany w drugim przypadku o niezawieszone wypłaty).
Obecnie istnieją zawody, w których jeden rok pracy ma wagę pracy np. dwóch lat pracy. Zapis ten byłby anulowany. W zamian byłaby przekazywana (przez pracodawcę na fundusz emerytalny pracownika) odpowiednio wyższa składka.
Jeśli pracownik miałby wypadek albo zachorowałby obłożnie, to należna emerytura (obecnie renta) byłaby obliczana wg stanu zgromadzonych środków.
Renty zasadniczo byłyby zlikwidowane. Dla osób pracujących niecałe 5 lat oraz dla osób, które nigdy nie pracowały (problemy zdrowotne nękające od urodzenia albo choroby nabyte w późniejszym czasie) przewidziana byłaby renta socjalna, która byłaby wypłacana po zatwierdzeniu przez właściwą komisję lekarską (z prawem do odwołania się od jej decyzji).
Wolność obywatela, to nie tylko wolność słowa i podróżowania, także wolność podejmowania i przerywania pracy oraz swoboda w dostępie do środków przezeń wypracowanych.
W statystykach nastąpiłoby zmniejszenie liczby obywateli bezrobotnych i rencistów, zaś powiększyłaby się liczba emerytów. Jest wielu rodaków, którzy chętnie przeszliby wcześniej na emeryturę i chcieliby zająć się tym, co lubią. A na zwolnione miejsca pracy czekają obywatele młodsi, pełni marzeń i złudzeń oraz z wielkim zapałem do pracy. Nie musieliby aż tak licznie wyjeżdżać poza Ojczyznę i bogacić obce narody swą pracą oraz przynosić nam tyle wstydu.
Zatem - postuluję wprowadzenie nieograniczonego wieku emerytalnego: wolny obywatel mógłby pracować tak długo, jak pozwalałyby mu na to chęci i stan zdrowia, zaś świadczenia emerytalne mogłyby być wypłacane już po 5 latach pracy.
Oczywiście, w Konstytucji byłby mile widziany odpowiedni zapis!
PS Ponieważ obecnie mamy emerytury na pewnym poziomie (opinia głosi, że na zbyt niskim), które się jakoś bilansują w budżecie Państwa, to po wprowadzeniu proponowanego systemu obecne emerytury byłyby niższe, bowiem wielu rodaków otrzymywałoby emerytury wcześniej (teraz z oczywistych powodów ich nie otrzymują; więcej - wielu składkowiczów nie otrzyma ich nigdy!). Musimy wybrać - albo tłustszą śmietanę zbierają wybrańcy, którym Los dał długie życie (tak jest teraz), albo chudszą śmietankę spijać będą wszyscy, proporcjonalnie do wypracowanych środków. Nie zapominajmy, że miliony Polaków nie dożywają czasu emerytury (wg dzisiejszych kryteriów wiekowych) albo krótko cieszą się tym stanem błogości popadając przedwcześnie w jej finalny stan, składkami zaś zasilając wyjątkowo żywotnych szczęściarzy. Czy taki system jest sprawiedliwy? Obecny jest przyjaźniejszy dla wybrańców Losu, zatem należy się spodziewać, że propozycję poprą raczej osoby młode, oprotestują zaś go osoby pobierające już emerytury.Podstępny rak toczy służbę zdrowia - trojmiasto.pl (18 lipca 2006)
W gdyńskim szpitalu operowano zdrowych gangsterów. Potem ich tkanki podmieniano na próbki osób chorych na raka i wysyłano do badań. Dzięki temu bandyci unikali więzienia - o tym jak za 40 tys. zł gangsterzy przebywali fikcyjne choroby i uciekali od prawdziwych kłopotów z prawem pisze Rzeczpospolita.
To piękne portowe miasto zawsze było podatne na pokusy życia doczesnego - port i dobrobyt. I lekarze, którzy przynieśli wstyd naszej Gdyni. Wzięli stosunkowo niewiele, ale jakie straty społeczne? Jeśli będą kilka lat w izolacji, to wydatki na studia częściowo przepadły, koszty śledztwa, procesu i więzienia, koszty operacji, używania urządzeń i stosowania leków (które często były nieosiągalne dla "normalnych" pacjentów), koszty badań i ekspertyz wykonywanych poza Gdynią przez nieświadomych przekrętu specjalistów. Po zliczeniu będzie milion złotych? A do tego można dodać straty poniesione przez zwykłych rodaków, wszak złodzieje, którzy wymigali się od Temidy, nie przebywali na urlopie wypoczynkowym... No i niepoliczalne koszta - kompromitacja polskiej służby zdrowia, także przed światem. Za to wszystko zapłacimy my - pieniędzmi i resztkami dobrej opinii.
Ten przykład pokazuje, że w Polsce to już chyba każdy bierze (jak może). Aby walczyć z przestępczością, należy znieść humanitarną zasadę odraczenia wykonania wyroku z powodu choroby. To nazbyt kryminogenne - lekarze nie potrafią się oprzeć atrakcyjnym pokusom półświatka. I bardziej byłoby sprawiedliwe - popełniasz przestępstwo, to nie licz na ulgowe traktowanie. Jesteś rachitykiem, to nie bierz się za przekręty. A teraz to opłaca się być rencistą i przestępcą. Ileż to razy cwaniak zdrów jak rydz, po ujęciu najmował sprzedajne znakomitości medyczne i załatwiał sobie żółte papiery albo (jak teraz) - rakowe. Wykorzystanie choroby uznanej za jedną z najobrzydliwszych oraz wycinki tkanek osób chorych (może konających?) jest szczególnie odrażające.
W sprawę zamieszani są też prawnicy - oni nadawali bieg sprawie także za sowite koperty. Jeśli te dwie grupy zawodowe coraz częściej są przyłapywane na szwindlach, to jaka jest moralność polskiego społeczeństwa? Przedstawiciele zawodów o wyższym społecznym uznaniu (w powszechnym mniemaniu) powinni podlegać wyższym karom, niż "zwykli" obywatele. Inaczej nie zwalczymy przestępczości wśród inteligencji.Dublińska niedola (językowa) - Newsweek (30 lipca 2006)
W artykule "To idzie starość" powiało młodością: wysyp anglicyzmów - w tym wieku też można być sexy, to był news, rozebrane gwiazdy kina i topmodelki, kilkuset VIP-ów, cztery dekady historii rock'n'rolla, wróciła w sequelu "Nagiego instynktu". To w cyklu "Kultura. Trendy". Mam nadzieję, że ostatnie słowo jest po polsku...
Tygodnik zapowiada, że wyda w kolejnym tygodniu poradnik "Dublin bez przewodnika". Czytamy - Jak zgubić się w Dublinie? Jak chodzić po Dublinie. Dziennikarze wybrali się do Dublina.
Niestety, dziennikarze tyle razy napisali o Dublinie, ale nie wyjaśnili, jak mamy wymawiać - [dublinie] czy [dablinie]...
Okazuje się, że stolica Irlandii jest bodaj ostatnią niespolszczoną nazwą stolicy niemałego przecież europejskiego państwa. Kiedyś znacznie rzadziej stosowano tę nazwę, ale teraz nie ma dnia, abyśmy nie słyszeli o Irlandii i jej najważniejszym mieście. Na czym polega poprawne spolszczenie? W uproszczeniu można ująć problem tak - "piszemy jak mówimy, mówimy jak piszemy". Zatem mamy dwie możliwości - albo pisać Dublin i czytać [dublin], albo pisać Dablin i czytać [dablin]. Najczęściej Polacy pisują Dublin, ale wymawiają [dablin], czyli nie ma mowy, aby uznać tę zależność za właściwą, chyba że uznamy, iż nie należy tej nazwy przyjąć do zbioru wyrazów polskich. Większość nazw państw i ich stolic jest spolszczona. Im mniejsze państwo albo im dalej położone od Polski, tym nacisk na spolszczenie jest mniejszy. Jednak w obecnej sytuacji wydaje się konieczne ustalenie właściwej nazwy stolicy Zielonej Wyspy.
"Nowy słownik poprawnej polszczyzny" PWN podaje pisownię Dublin i wymowę [dublin], rzadziej [dablin]. I zamieszcza bzdurę, ponieważ niemal w stu procentach ludziska mawiają [dablin], także w mediach. Chyba że słownik wyraża życzenie - mamy mówić [dublin], a sporadycznie to możemy sobie rzec [dablin]?
Poloniści z dwóch wariantów polskiej nazwy stolicy Irlandii (Dublin [dublin], Dablin [dablin]) wbrew zwyczajom wybierają pierwszą wersję. Zgadzam się ze słownikiem, że powinniśmy mówić [dublin], jednak ludzie mediów albo tego słownika nie mają, albo nie mają zajęć z polonistami, albo nie docierają do nich biuletyny o języku polskim, albo przegapili wykłady na temat stolicy Irlandii, albo całkowicie i świadomie nie zgadzają się ze słownikiem. A myślałem, że powinni kształtować naszą polszczyznę czerpiąc natchnienie ze słowników, a jeśli z nimi się nie zgadzają, to niech to wyraźnie powiedzą lub napiszą.
Większość spolszczonych nazw geograficznych przyjęliśmy z języka angielskiego wg schematu - "piszemy po angielsku, czytamy jednak po polsku": Alabama, Arizona, Arkansas, Atlanta, Dakota, Indiana, Kansas, Labrador, Montana, Oklahoma, Oregon. Teksas i Newada zostały ładnie spolszczone, nawet Wirginia (niepolską literę v zastąpiono polską, zaś g czytamy [g], nie... [dż]). W każdym języku nazwy te są czytane wg zwyczajów danego języka albo po angielsku, jeśli zabrakło fantazji we własnym języku. Szereg nazw stanów USA (Idaho, Kentucky, Ohio, Utah, Wyoming) czytujemy po angielsku z braku lepszych a polskich propozycji. Spolszczanie nazwisk to delikatna materia, ale angielskie Darwin najczęściej czytamy [darwin] odchodząc od angielskiego [daruyn]. Podobnie jest w przypadku miasta Darwin oraz pojęcia darwinizm. Angielskie w przeszło w polskie w (choć wg wymowy powinno przejść w ł/u) również w szeregu innych nazw - Kuwejt, Hawaje, Ottawa. Może wydać się to szokujące, ale ten sposób przyjmowania angielskich słów do naszego języka jest słuszny. Zresztą Anglicy czynią dokładnie to samo - zamiast Varshava piszą Warsaw, czyli przepisali sobie niemal całkowicie naszą nazwę, ale wymawiają... po swojemu. W każdym bodaj języku nazwa naszej stolicy rozpoczyna się od w (w wymowie), ale u nich musi być (wyjątkowo) inaczej.
I co, drogi Newsweeku?! Wyjaśnisz w jaki sposób czytać tytuły Twoich poradników? Czy dociekliwi dziennikarze zapoznali się ze stanowiskiem polonistów? Wariant Dublin [dablin] (jako oczywisty i niepolski) nie wchodzi w rachubę - przynajmniej nie w tej dyskusji... A może niefortunnie zaproponujesz... Dablin doprowadzając wielu polonistów do załamania nerwowego?Pewna ręka - Hala (17 sierpnia 2006)
Przechodząc przez gdyńską Halę, pomyślałem - kupię śliwki. Cena 3,50 zł za kilogram i proszę o tyleż. Pani wrzuca na elektroniczną wagę, która pokazuje dokładnie jedynkę z zerami, czyli trafiła w dziesiątkę bez dorzucania lub wybierania. Ale mam 5 zł i myślę sobie - skoro już plastykowa siatka (jednak... worek) ma się ekologicznie zmarnować, to niech to zrobi za całego piątaka. Proszę o dosypanie do wartości owej monety. Pani dorzuca i za pierwszym razem licznik pokazuje dokładnie należność 5,00. Ale pewna ręka! I nieprawdopodobny podział śliwek, wszak każda z nich mogła "odchylić wynik" poza dokładną jedynkę (kg) i piątkę (zł)!Czy kara śmierci ograniczyłaby skalę przestępczości? (5 września 2006)
Podobno kara śmierci ma tyluż zwolenników, co przeciwników. W nowoczesnej Europie zrezygnowano z tej kary. Nawet Rosja, Ukraina i Turcja.
Nie tylko w Polsce popełniane są okrutne zabójstwa. Jeśli w Rosji jest parę razy więcej mieszkańców niż w Polsce, to na każde koszmarne morderstwo u nas, tam przypada kilka. Czyli - jeśli u nas pokazują w telewizji upiorny przypadek zabicia jednego człowieka, tamże pokazują (albo mogliby pokazać) w to miejsce kilka razy więcej podobnych przypadków. A jednak oni również zrezygnowali z kary śmierci, choć z pewnością (jako zwykli a podobni nam ludzie) mają swoje zdanie i w większości (jak my) są za przywróceniem kary śmierci. I znacznie częściej są bombardowani obrzydliwymi relacjami niż my, Polacy. Nawet jedyny ujęty terrorysta odpowiedzialny za masakrę w Biesłanie otrzymał dożywocie.
Kara powinna być sygnałem dla potencjalnych zabójców (czyli dla nas wszystkich), że jeśli zostaną ujęci, to zostaną również zgładzeni. Kościół przez tysiące lat aprobował tę karę i nie wiadomo dokładnie, co się takiego stało, że nagle zmienił zdanie. W dobie terroryzmu można sobie wyobrazić, że w końcu ktoś u nas świadomie spowoduje wielką katastrofę i zginie wielu ludzi. I co? Terrorysta otrzyma dożywocie? Większość z nas z tym zapewne się nie zgodzi, ale tak właśnie będzie.
Często podaje się przykłady filmowe, na których ukazano wykonanie kary śmierci. Owszem, wygląda to koszmarnie i nie ma nic wspólnego z humanitaryzmem i miłością do człowieka. Rzeczywiście, można ją postrzegać jako odwet na zabójcy. Ale jeśli potem pokażą nam okrutną śmierć niewinnego człowieka zabitego przez siepacza, to nieco nam przechodzą skrupuły. Inna sprawa, że w obecnej dobie sterylne zabicie zbrodniarza (niejako z urzędu) już nie musi być aż tak makabryczne. Przecież można podczas snu, według komputerowego programu, wtłoczyć trujący gaz do celi i mamy rozwiązany problem unicestwienia człowieka, na którego zapadł surowy, ale sprawiedliwy wyrok. Tylko komputer "wie" - co, kiedy i jak... Dziesięciu sędziów uruchamia program parę miesięcy przed "zaśnięciem", który zdejmie ze stanu osobowego krwawego zabójcę o nieustalonej (dla ludzi) porze. Cyniczne? Tak, ale do przyjęcia wśród cynizmów tego świata.
Prawdopodobnie należałoby zmienić przepis mówiący o pełnej świadomości skazańca podczas wykonywania wyroku. Z jednej strony uznajemy, że świadome wykonanie kary jest zbyt okrutne, a z drugiej strony etycy nie zgodzą się na... nieświadome odejście zabójcy. Pętla moralna. Każdego roku w Polsce ginie kilkanaście osób podczas kąpieli, bo coś ulatniało się z piecyka. To coś, to czad. Czy widzicie powód, by zbrodniarzowi nie zaaplikować podobnego składu chemicznego? Oczywiście, poza argumentami (aksjomatami), że człowiek jest dobrem najwyższym, że nie można odpłacać mu tym samym i poza stwierdzeniem, że będąc w UE już nigdy nie wykonamy wyroku kary śmierci.
Ongiś kara śmierci była orzekana tylko w przypadkach najcięższych zbrodni popełnianych świadomie i z wyrachowaniem. Pomijam tu przestępstwa typu szpiegostwo (zdrada ojczyzny) i przestępstwa gospodarcze. Zatem, nawet jeśli dzisiaj funkcjonowałaby ta kara, to i tak nie orzekano by jej za każde zabójstwo. Pewnie takich przypadków byłoby jedynie parę rocznie. Poważnym problemem są koszmarne pomyłki sądowe, których wiele jednak popełniono (mówi się otwarcie o tym po zastosowaniu badań DNA w kryminalistyce, zwłaszcza w USA, gdzie jednak ta kara ciągle obowiązuje).
Mimo że kara śmierci powinna być orzekana jedynie w oczywistych przypadkach (bez poszlak), to jednak istnieje groźba popełnienia pomyłki. Ostatnio w Polsce ujawniono przypadek skazania na dożywocie domniemanego zabójcy, który przyznał się do zbrodni (sic!), a jednak po latach ujęto prawdziwego zbrodniarza (inna sprawa - czy ów niewinny, a niezaradny człowiek, przyznałby się do winy, gdyby groziła mu kara śmierci?). To poważne zarzuty wobec (jednak czasami błądzącego) wymiaru sprawiedliwości. Co byłoby, gdyby zdążono wykonać karę?! Jak czują się prawnicy, którym pewnie zimny pot wystąpił na plecach (unieważnienie wyroku a sprawa kary śmierci).
Na koniec poruszę nieomawiany przypadek ewentualnego wykonywania kary śmierci za przestępstwa gospodarcze. Rozumiem, to niepopularne zagadnienie, bowiem kojarzy się z chińskimi koszmarami pokazywanymi czasami w mediach. U nas też wykonano bodaj parę podobnych wyroków. Myślę, że nikt nie poprze kary śmierci w aspekcie finansowych przewałów w naszej rzeczywistości, kiedy kara ta ma szlachetnych przeciwników już za ohydne zbrodnie, a co dopiero za zabór mienia. Ale zapytam przewrotnie - o ileż godniej by nam się żyło, gdyby po 1989 r. orzeczono by (i wykonano!) parę ostatecznych wyroków? Bylibyśmy wszyscy bardziej uczciwi. Gdyby zlikwidowano kilku cwaniaków, którzy ograbiliby zakłady pracy i banki na miliony złotych, to Polska byłaby piękniejszym krajem. Owszem, na trupach superzłodziei. I cóż z tego, zapytam nieetycznie i niezbyt po chrześcijańsku? A teraz - dyrektor banku ukradł klientowi parę milionów złotych. Bank nie chce oddać tych pieniędzy (bo uważa, że nie odpowiada za to), a zaborcy mienia grozi parę lat odsiadki. Po dwóch latach wyjdzie na wolność za dobre zachowanie i do końca życia nie będzie musiał pracować. Klient może popełnić samobójstwo, a my patrzymy na jego zmagania, jak na zebry przechodzące stadem przez rzekę, w której krokodyl wybrał sobie jednego paskowatego dziwaka ze stada - co to resztę obchodzi, najważniejsze, że my przeszliśmy bezpiecznie. A złodziej śmieje się! Śmieje, bo i ja - gdybym Was, drodzy Czytelnicy, okradł w biurze turystycznym, na giełdzie, w komisie samochodowym, w notariacie, w banku, to także bym serdecznie a szczerze obśmiał się w Wasze okradzione a pełne miłości do bliźniego twarze! I wszystkim emerytom, którzy w tym frajerskim kraju będą otrzymywali po niecałym tysiącu złotych miesięcznie za swe zmarnowane życie w robocie dla siebie i dla ojczyzny. Bo demokratyczna Temida w dziwnym kraju jest słaba i śmieszna.
Gdyby ów dyrektor wiedział, że grozi mu za taki przekręt kara śmierci, gdyby uczęszczając do szkoły już wówczas dowiedział się, że za to grozi kara śmierci, z pewnością nie ukradłby tych pieniędzy. Wyobraźmy sobie - wprowadzając karę śmierci za przewały, mielibyśmy uczciwszych celników, urzędników, lekarzy, prawników, działaczy sportowych, księży. Za cenę paru szczególnie zaborczych typów przynoszących wstyd naszej cywilizacji, mielibyśmy parokrotnie uczciwsze i szczęśliwsze społeczeństwo. Kara śmierci byłaby wykonywana jedynie w przypadku udowodnienia wielkich afer i w przypadku niezwrócenia zagarniętego mienia w całości wraz z dodatkowymi karami i kosztami prowadzenia sprawy, czyli prawdopodobnie nie doszłoby do jej wymierzenia z oczywistego powodu.
Można sobie odpowiedzieć na pytanie - czy widmo kary śmierci przeciwdziałałoby rozszerzaniu się przestępczości? Owszem, w wielu sektorach naszego życia, zwłaszcza finansowego (przestępstwa "białych kołnierzyków" oraz zwykłych bandytów w zaborze wielkich kwot). Na pewno nie ograniczy liczby popełnianych zabójstw na tle emocjonalnym, ale też poprzednio w takich przypadkach nie orzekano najwyższej kary, więcej - nie zasądzano także dożywocia ani nawet 25 lat pozbawienia wolności. Ale kary śmierci nikt poważny nie przywróci w Polsce. Żaden polityk nie zaryzykuje swej kariery, zwłaszcza po ostrych brukselskich reprymendach dotyczących zaledwie chęci zgłoszenia tematu do dyskusji w Unii Europejskiej. Być może w sejmowym tajnym głosowaniu i owszem, ale musiałaby odbyć się jawna debata. Co ciekawe, jeśli przeciętny człowiek jest za karą śmierci, to po otrzymaniu mandatu posła, zmienia swe poglądy. Dlaczego? Bowiem orientuje się, że uczciwe wyrażanie emocji podczas imienin, to jedno, a moralizowanie i pouczanie społeczeństwa z sali sejmowej, to zupełnie inna sprawa...
Czy jestem za wprowadzeniem kary śmierci? Proste pytanie, ale niełatwa odpowiedź. Niech każdy sobie odpowie na nie, jak również na podobne pytanie - czy jestem za dopuszczalnością aborcji? Zbyt ogólne problemy - każdy przypadek powinien być oceniany osobno. Nie jestem za powszechnym wprowadzeniem kary śmierci, ale za jej dopuszczalnością w wyjątkowych przypadkach (i podobnie jest z aborcją). A moja opinia - większe zło wyrządza społeczeństwu superzłodziej okradający setki ludzi i pozbawiający ich środków do życia, zwykle rozbijając ich rodziny oraz skłaniając do popełnienia samobójstwa, niż bandyta pozbawiający życia niewinnej ofiary, zapewne wywoła konsternację wśród eleganckich i dobrze ułożonych rodaków. W przypadku świadomego zrujnowania firmy mamy dramat całej społeczności, upadek ważnych zasad prawnych często w glorii wykorzystywanego prawa, ryzyko zamieszek społecznych i wypaczenia moralne w dłuższych horyzontach czasowych. Natomiast śmierć jednej niewinnej osoby jest tragedią tylko dla jej rodziny i nie wprowadza większego zakłócenia w funkcjonowaniu społeczeństwa (jakkolwiek brzmi to okrutnie i cynicznie), zwłaszcza że najczęściej ofiara nie ma możliwości uniknięcia tragedii. Owszem, jest to zwykle historia medialna i podsycana przez media, ale groźniejsze dla społeczeństwa są przestępstwa gospodarcze, czego nikt nie zauważa... Codziennie ginie ok. 15 osób w wypadkach drogowych oraz kilkanaście osób popełnia samobójstwa. Poza rodzinami zwykle nikogo to nie interesuje. Pojedyncze dramaty. Społeczeństwo funkcjonuje "jakby nigdy nic". Natomiast wielkie gospodarcze przekręty sieją spustoszenie w moralności społeczeństwa, deprawują niemal wszystkie jednostki tej gromady i mają negatywny wpływ na postęp cywilizacyjny.
Co ciekawe, prawo dopuszcza indywidualny odwet - jeśli natychmiast zabijesz napastnika, choćby tylko złodzieja roweru, telefonu, radyjka, to będziesz (w zasadzie) uniewinniony. I w ten sposób ideały postępowej ludzkości są zachowane. Wilk syty i owca cała. Gdyby jednak wprowadzono karę śmierci, to corocznie kilku Polaków byłoby uratowanych, ponieważ potencjalni mordercy (choćby w ostatniej chwili) zrezygnowaliby z makabrycznego planu. Ale czy warto ratować paru rodaków (którzy nawet by nie wiedzieli, że los ich oszczędził - nie zdawaliby sobie sprawy, że żyją dzięki karze śmierci, wprowadzonej w kodeksie karnym) rezygnując ze szczytnej a humanitarnej idei likwidującej karę śmierci? Prawdopodobieństwo, że to właśnie my zostaniemy zamordowani jest znikome, a jakiż komfort bycia Europejczykiem przez wielkie E. Ale o taką (podobno) Polskę walczyliśmy...
Dlaczego mądrale a etycy nie aprobują kary śmierci za przestępstwo gospodarcze, nawet jeśli godzą się na nią w niektórych demokratycznych państwach za pewne rodzaje zabójstw? To dość proste i praktyczne - oni są przekonani, że nie zamordują dla korzyści materialnych, natomiast NIE wykluczają, że oni (lub ktoś z ich rodziny) nie połaszczą się na te korzyści w "białych kołnierzykach"!
Czy kara śmierci może ograniczyć poziom przestępczości? Jeśli ja (Ty, oni) nie zabiję tudzież nie zrujnuję firmy dla pieniędzy, ponieważ boję się kary śmierci i lęk (potencjalnego mordercy) przed tą karą spowoduje, że rocznie kilku ludzi zostanie ocalonych, to mamy pośredni dowód na zmniejszenie liczby zabójstw w przypadku wprowadzenia kary śmierci. Jednak teraz sprawa jest polityczna i nikt jej nie zaproponuje w Europie na poważnie. Inteligentny a wygadany polityk może w Europie pięknie mówić o humanitaryzmie zlikwidowania kary śmierci, zaś w Stanach Zjednoczonych, tenże sam polityk, mógłby przekonywać o słuszności tejże kary i agitować za jej pozostawieniem w kodeksie karnym...Lewe monety - Dziennik (6 września 2006)
Zamiast na wystawne życie, gangsterzy z Bydgoszczy zyski ze sprzedaży kradzionych samochodów zainwestowali w mennicę. Gdy policjanci weszli na zaplecze sklepu mięsnego mennica pracowała pełną parą. Za podrabianie pieniędzy grozi nawet 25 lat więzienia.
Dawniej za podrabianie środków płatniczych otrzymywało się karę śmierci. Owo przestępstwo należało do jednych z "najwyżej ocenianych" przez sądy, bowiem godziło w gospodarkę państw zarządzanych jeszcze przez feudałów.
Teraz ich ranga podupadła, ale widać, że formalne zagrożenie jest i tak bardzo wysokie. Jednak niech gazeta - zamiast pisania o maksymalnej wysokości kary - opisze parę znanych przypadków z lat minionych. Kto i ile lat otrzymał oraz po ilu latach wyszedł, a dla pełnego obrazu oraz (aby odstraszyć kolejnych "wybijaczy" monet) - jakie finansowe a dodatkowe ogłoszono kary. I wówczas potencjalni przestępcy (my, czytelnicy) mieliby uczciwy pogląd na sprawę. Ale dziennikarze nie wykorzystują swych możliwości wychowawczych wobec społeczeństwa a tylko opisują ciekawe historyjki, zaś podawanych maksymalnych kar przecież nikt poważny na poważnie w tym kraju i tak nie bierze... Już uczniowie doskonale wiedzą, że grożenie karami to tylko dydaktyczna sztuczka, którą wszyscy znają i nie biorą na serio.
Gdyby zamieszczono kilkanaście nazwisk z ostatnich dziesięciu lat z podaniem wyroków i rzeczywistych długości odsiadek, to każdy planujący podrabianie pieniędzy, zadumałby się nad tą listą. Gdyby także w innych przestępczych dziedzinach załączano takie wykazy, to niewątpliwie spadłaby liczba złoczyńców. Oczywiście pod jednym warunkiem - wysokości rzeczywistych wyroków byłyby istotnie odstręczające, a nie ośmieszające Temidę...To Państwo odpowiada za przestępstwa ciągłe popełnione przez swoich funkcjonariuszy! - Fakt (7 września 2006)
Wystawiał przepustki, załatwiał pracę, pisał pozytywne opinie. Wystarczyło zapłacić odpowiednią sumę. Taki interes rozkręcił w areszcie śledczym jego pracownik i za to teraz sam posiedzi w areszcie.
Informacje, że celnicy, policjanci, księża, prawnicy robią przekręty już spowszedniały. Ciekawostką nawet nie jest to, że oficer śledczy w pomieszczeniu bez krat, kombinował pod bokiem przełożonych biorąc w łapę i przesadzą go "za ścianę" z mniejszym okienkiem z "grylem"* na tle nieba, mniejszą powierzchnią roboczą i zawieszoną pensją. Najciekawszy jest błąd redakcji, która poza opisywanym artykułem pt. "W więzieniu handlował wolnością", dwie strony dalej zamieściła krótszą notatkę pt. "Wypuszczał więźniów za łapówki", w którym opisany jest (przez innego dziennikarza) tenże sam zaradny łapownik pobierający od kilkuset do kilku tysięcy złotych za przepustki i przerwy w odsiadkach. Pierwszy raz udało mi się przyłapać (jakąkolwiek) gazetę na tego typu błędzie...
Obok opisano położne, które przez 5 lat pobierały drobne opłaty za darmowe badania oszukując ponad dziesięć tysięcy pań. Wyobraźmy sobie - dwie spokojne panie w białych czepkach, przez ponad tysiąc dni służby, kasuje codziennie ok. 10 schorowanych kobiet i nikt nic nie wie! Na tej samej stronie opisano kierowcę, który jechał 26. raz po pijaku z (oczywiście) fałszywym prawem jazdy. Był kontrolowany przez 20 ostatnich lat i posiedzi 1,5 roku, zaś prawo jazdy odebrano na... 85 lat. Ciekawe, ile razy rzeczywiście jechał na bani, skoro złapano go tyle razy? Mam nadzieję, że Księga Guinnessa przegapi ten wstydliwy dla nas rekord.
Powyższe trzy przykłady pokazują, jak Polacy potrafią sobie radzić w sytuacjach, kiedy przełożeni i odnośne władze nie sprawują właściwego nadzoru. Jeśli oficer i pielęgniarki przez całe lata kombinowały w miejscu pracy, to większą winę ponoszą ich przełożeni - nie zauważyli, nie dopatrzyli, nie skontrolowali. Nawet nie posądzam ich o współudział, ale po prostu o indolencję. Sam nie wiem, czy gorsze dla sprawy jest udowodnienie szefom współsprawstwa, czy głupoty. Inteligencja na służbie przestępstwa kontra ociężałość umysłowa. Co lepsze?
I dopóki szefowie nie będą karani za brak odpowiedniego nadzoru, dopóty podwładni będą kombinować "jak się tylko da". W przypadku zmotoryzowanego pijaka mamy do czynienia z kompromitacją naszej państwowej władzy. Trudno sobie wprost wyobrazić, aby facet przez niemal ćwierć wieku był łapany średnio co rok na jeździe "na gazie" i z fałszywym prawkiem! To oznacza, że Państwo nie potrafi sobie radzić z takimi przypadkami! To sygnał dla innych rodaków - jeśli już pijesz, to zbytnio nie przejmuj się, gdyż nic ci nie zrobią. Przecież po wyjściu z paki nie będzie gościu czekał na odzyskanie prawa jazdy, bowiem mu życia nie starczy i wiadomo, że po opuszczeniu kazamatów wsiądzie do samochodu. Pytanie - w jakiej odległości od kierownicy? Obstawiamy warianty?
Jeśli Państwo sobie nie radzi z nieuczciwymi pracownikami spod znaku Temidy, w służbie zdrowia oraz z pijanymi kierowcami, to - w przypadku przestępstwa ciągłego - Państwo powinno odpowiadać (choćby finansowo) za szkody wyrządzone przez przestępców przy biernej postawie Państwa. Należy konstytucyjnie zagwarantować wypłaty odszkodowań z budżetu Państwa (niestety z naszej wspólnej składki) przy surowej karze finansowej orzekanej wobec przestępców oraz ich nieudacznych zwierzchników.
W ten schemat wpisuje się (cóż za słownictwo, ale ostatnio modne!) instytucja wcześniejszego zwalniania z więzień oraz nieposyłania skazanych tamże z powodu... braku miejsc w owych smutnych budynkach. Jeśli z powodu takiej błędnej decyzji złoczyńca popełni kolejne przestępstwo, to ofiara powinna otrzymać dodatkowe odszkodowanie z tytułu błędu popełnionego przez przedstawiciela Państwa!
* - w słownikach języka polskiego powinna być nazwa *gryl* (nie *grill*), ponieważ znane jest podobne słowo *grylaż*; a zatem również *wieczorne grylowanko* (nie *grillowanko*)"Tragedia Posejdona" - kpiny z fizyki! - telestacja (13 września 2006)
Z pewnością każdy z nas oglądał film "Tragedia Posejdona" choć w jednej z wersji (34 lata temu lub teraz, nowszą). Bodaj w każdym filmie zdarzają się wszelkiej maści gafy (zegarki u rycerzy, adidasy u żołnierzy, w tle anteny satelitarne). Ale rzadko zdarza się błąd, którego niepopełnienie położyłoby ideę stworzenia filmu.
Zauważyłem trzy poważne takie błędy.
1. Statek przewraca się do góry dnem. Niezależnie czy pływa "normalnie" (dno u dołu), czy odwrotnie, to podlega tym samym prawom fizyki. Zatem jego ciężar (także z przyjętą wodą po zalaniu) równy jest wyporowi. Ale ludzie zamknięci są w powietrznym bąblu, czyli w wolnej od wody przestrzeni i cały ciężar statku "wisi" na tej poduszce powietrznej, zatem ciśnienie powietrza jest znacznie większe niż atmosferyczne. Jednak nie zauważamy żadnych kłopotów - pasażerowie zachowują się normalnie, jak my na co dzień (nie licząc oczywiście stresującej sytuacji niemającej wpływu jednak na zmniejszenie ciśnienia).
2. Ekipa ratująca wykonuje otwór w kadłubie, aby wydobyć ocalałych pasażerów z katastrofy. Już podczas wykonania pierwszego przewiertu, powietrze ze sprężonej poduszki powietrznej powinno buchnąć pod dużym ciśnieniem w ratowników, zaś po wykonaniu otworu umożliwiającego przejście człowieka, rozprężane powietrze powinno uciekać ze znaczną prędkością z dziurawego kadłuba. W miejsce gwałtownie uchodzącego sprężonego powietrza, wdzierałaby się woda z odmętów, powodując pogrążanie się statku w oceanicznej toni. Co dzieje się z wnętrzem samolotu lecącego na kilku kilometrach ponad Ziemią, kiedy odpadną drzwi? To wiemy z filmów katastroficznych - pasażerowie i luźne przedmioty bywają wyssane z aeroplanu.
3. Przez kilkanaście minut pasażerowie przechodzą kładką ponad gejzerami palącego się paliwa. Są kilkanaście metrów ponad płonącą powierzchnią. I co? Nic się nie dzieje - grzebią się niemiłosiernie z przechodzeniem, a my wnikliwie rozważamy (z nimi) wszelakie aspekty indywidualnych osobowości. W rzeczywistości nikt nie przeszedłby ponad palącym się paliwem, ponieważ gorąco od płomieni oraz gazy (spaliny) uniemożliwią taką przeprawę bez specjalnego skafandra!
Rozumiem, że filmy powstają, aby widz przeżywał dreszcz emocji oraz rozważał poważne problemy moralne, które zawarte są w przesłaniu filmu, jednak ewidentne błędy w dziedzinie fizyki bywają zaskakujące.
Pierwsza wersja filmu (oryginalna, sprzed lat) jednak jest lepsza od drugiej. Zwykle tak bywa. Pewnie dlatego, że poznaliśmy główne problemy moralne już za pierwszym razem. Badanie obiektywne polegałoby na obejrzeniu dwóch filmów w odwrotnej kolejności przez widownię, która nie widziała żadnego z tych filmów.Reklamowi naciągacze - internet (22 września 2006)
Komfortowe wkładki do butów, dzięki którym schudniesz bez żadnego wysiłku! Nie musisz zapisywać się na siłownię, pocić się, biegać, męczyć. Nie musisz stosować żadnych środków farmakologicznych, ani karkołomnych diet, aby schudnąć ponad 7 kilo! Wystarczy, że będziesz... chodzić - oto tekst reklamujący jeden z cudownych środków odchudzających.
Czy produkty promowane w ten sposób są wiarygodne? Czy tego typu ogłoszenia nie powinny być przedstawiane do oceny różnym towarzystwom (lekarze, dietetycy, konsumenci) i, po ustaleniu ich prawdziwości, redagowane?
Po uzyskaniu opinii ekspertów, wyrób mógłby otrzymać certyfikat, zaś my (jako potencjalni nabywcy) mielibyśmy przynajmniej cień gwarancji, że to nie jakiś propagandowy kit, odzierający nas ze złudzeń i pieniędzy. Zamieszczenie reklamy bez zgody i certyfikatu byłoby ścigane z urzędu, zaś o karach informowano by w mediach (jak obecnie w przypadku firm telekomunikacyjnych). Bez takich certyfikatów nie byłoby możliwe zamieszczenie ogłoszeń reklamowych w prasie, radiostacjach, telestacjach, internecie oraz we wszystkich innych mediach. Firmy, które nie uzyskałyby certyfikatu, a zmieniłyby nazwę i ponownie by starały się uzyskać aprobatę, jednak nieskutecznie, byłyby ostrzegane i wymieniane z nazwy na specjalnej internetowej stronie prowadzonej przez Federację Konsumentów wespół z Policją. W bardziej kryminalnych przypadkach byłyby zamieszczane nazwiska (nie)odpowiedzialnych prezesów tych firm wraz z ich imażami (wizerunkami, facjatami - jak kto woli).
Redakcje (zwłaszcza prasowe) nie mogłyby wykpiwać się lapidarnym zastrzeżeniem "nie odpowiadamy za treść ogłoszeń". Doskonale wiedzą one, że to forma oszustwa, ale z oczywistych względów przyjmują ogłoszenia do druku współuczestnicząc w przestępstwie. Dziennikarze zwykle apelują do lekarzy, polityków, sędziów o wyższy poziom etyki, ale wobec siebie nie są zbyt surowi - "za kanty w ogłoszeniu nie odpowiadamy, ale chętnie pieniążki bierzemy".
Bezkrytycznie emitowane są oferty typu "schudniesz 10 kg w 10 dni". Nikogo to nie interesuje? Pojedyncze osoby nieco się podenerwują i rozchodzi się po kościach (nadal obrośniętych... sadłem). Często w tych szwindlach uczestniczą znane a lubiane osoby publiczne, zwykle aktorzy i aktorki. Nieładnie, szanowni Państwo! Dla pieniędzy sprzedajecie swoich wielbicieli! Czy ktoś położy kres takim oszustwom? Może na 20-lecie wolnego rynku w Polsce coś mądrego wymyśli 40-milionowy naród? Trzymam kciuki i chudnę z nerwów!
mirnal1402
Strona główna