Komentarze 2006 (I-III)

    Winne lampki na balu - TVN24 (5 stycznia 2006)
    Tanie linie lotnicze zanotowały 233 proc. wzrost pasażerów. Albo 233 procent wzrostu, albo 233-procentowy wzrost. Jednak nie pasażerów, ale liczby pasażerów. Inaczej reklamujemy linie, które rzekomo zwiększają wzrost osób korzystających z latających firm (nie dość, że tanich, to jeszcze... wydłużających). Dla Małysza i zakompleksionych Napoleonów - jak znalazł...
    Tamże Skaner Polityczny; komentarz na planszy - Na "monolicie" PiS rysują się rysy. Niefortunne to maślane masło, nawet bardziej niż - Na horyzoncie (za)rys(owyw)ują się Rysy.
    7 stycznia 2006 - Na jeziorze Rusałka wylądował mały samolot pasażerski. Załodze nic się nie stało. No tak, ale co z pasażerami? Jeśli nie na jeziorze Rusałce, to dlaczego w mieście Gdyni (może jednak w mieście Gdynia)?
    Niemal codziennie popełniany jest błąd polegający na wstawianiu loga TVN24 pomiędzy zdaniami dotyczącymi tego samego wątku (powinny być jedynie pomiędzy tematami). Dzisiaj aż podwójny błąd tego typu - dwa zdania informujące o stanie zdrowia Szarona były oddzielone od siebie opisanym logiem. Podobnie dwa zdania o zmianie pań w naszym rządzie (na stanowisku ministra finansów).
    Podczas transmisji z uroczystości owej wymiany i zaprzysięgania pani Zyty Gilowskiej, osoba prowadząca uroczystość pozwoliła sobie zapowiedzieć - W imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej Polski. Większość naszych rodaków (ja także miewam kłopoty) nie odmieni prawidłowo oficjalnej nazwy naszego państwa (w dwóch wersjach), jednak podczas takiej uroczystości, transmitowanej nie tylko na całą Polskę... Przy okazji - słowniki powinny informować o wyjątku dotyczącym nazwy gazety "Rzeczpospolita". Otóż, jeśli chodzi o tę nazwę, to nigdy się nie spotkałem z obocznością, zatem pewnie jej nie ma... A jeśli tak, to zapewne nie będzie jej w przypadku ochrzczenia samolotu, statku czy jachtu imieniem Rzeczpospolita (i to powinno być nadmienione w słowniku).
    Wieczorem Wydarzenia (Polsat) na całoekranowej planszy komentują wypadkowość w aspekcie niezapinania pasów na siedzeniach przednich i tylnich (jednak tylnych).
    8 stycznia 2006 oglądaliśmy kolejną edycję "Eureko, ja to wiem!". Ciekawostką raczej (niźli poważną turniejową zagadką) można określić pytanie: Rakousko - które to państwo po czesku? Okazuje się, że Austria... Zapytano również o konstruktora prysznica (do wyboru dwa słynne nazwiska i niejaki Priessnitz, którego to nazwiska znakomita większość Polaków nijak poprawnie by nie napisała). Ciekawe, że poloniści upierają się co do pisowni diesel (silnik skonstruowany przez Niemca Rudolfa Diesla), choć mamy szereg polskich nazw jednostek fizycznych, pierwiastków i wynalazków, które zostały przyjaźnie spolszczone. Powinno być dizel (jak ów prysznic oraz dżul, kiur, czy żyletka). Ale jeśli w ten sposób językowi decydenci kształtują swe... image'e (nie imaże?!). Podano adres witryny, na której można sprawdzić swą wiedzę. Owszem - można, ale nie są tam podawane prawidłowe odpowiedzi, jedynie czas trwania sprawdzianu oraz krótka informacja - Dziękujemy za podjęcie próby rozwiązania testu. Twój test mogłby być lepszy. (pewnie, ale raczej mógłby). Nawet jeśli nie wstawimy żadnych odpowiedzi, to otrzymamy tę ironiczną uwagę, ale za to czas będziemy mieć rewelacyjny... A przy okazji - w teście umieszczono nazwę jednostki fizycznej Niuton (a powinno być niuton, choć oczywiście genialny Newton).
    Od rana tegoż dnia, TVN24 informuje na przesuwającym się pasku, że były trener naszej piłkarskiej reprezentacji a obecnie poseł, po trzech godzinach pozwolił na ustalenie poziomu alkoholu we krwi. Również popełniono błąd z logiem (dano je pomiędzy dwoma zdaniami tego samego wątku). W wywiadzie były trener przyznał się do trenowania w dyscyplinie podnoszenia szampańskich i winnych lampek do ust (pewnie to one były najbardziej winne w sprawie). Narzekał, że funkcjonariusze byli przesadnie sprawni w jego ujęciu. Prawdopodobnie był zdumiony ich szybkością działania, a padł był ofiarą nowej interpretacji starych przepisów. Oczywiście, nie powie nam - ileż to razy prowadził swój pojazd pod wpływem alkoholu, ale przecież dla takiego dżentelmena, to z pewnością nie pierwszyzna. A zresztą - jako osoba wybrana przez Naród - powinien być zbudowany wysoką jakością pracy służb mundurowych! Media często miewają pretensje nie tylko do zawianych kierowców, ale też do ich znajomych, że widząc wychylanie toastów przez rajdowców oraz ich wsiadanie do bolidów - nie reagują. No i co na to organizatorzy, koledzy tudzież partnerki do tańca? Pito z nim, wywijano po parkiecie i odholowano do wozu. Łatwo krytykować prosty ludek na festynach w remizie. A tu sama sportowa śmietanka i też się... zwarzyła. Za jazdę po pijaku grozi dwuletnia odsiadka i chyba nikt nie wierzy, że znana osoba tyle posiedzi, bo to jest przepis dla rodaków trzeciej kategorii. Jednak wyjaśnienia powinny również złożyć osoby towarzyszące mistrzowi na Balu Mistrzów Sportu. A wystarczyło zadzwonić po taksówkę...

    Gwiaździe z koniami - Wieczór Wybrzeża  (7 stycznia 2006)
    Edyta Górniak wygrała sprawę sądową przeciwko kolorowej prasie. "Super Express" ma zapłacić gwieździe 55 tys. zł odszkodowania, a jej mężowi 20 tys. zł. Gazeta w sposób rażący naruszała prawa artystki do prywatności, poczucia bezpieczeństwa, spokoju i wizerunku.
    Nareszcie nasze prawo bierze stronę sławnych obywateli, którzy nie życzą sobie, aby ktoś zbijał kasę na ich prywatnych sprawach. Prasa stosuje tę samą taktykę - zamieszcza i ewentualnie dogaduje się z gwiazdami poza fleszami. Często zaradni wipi awanturują się, aby tym bardziej zwrócić uwagę na siebie. Ale co zrobić, jeśli gwiaździe rzeczywiście nie podoba się formuła i nie chce być ani na okładkach, ani wewnątrz numeru? Media zachowują się jak mężczyźni, którym wydaje się, że jeśli dama odmawia, to... przyzwala. I w obu przypadkach nie są ważne powody odmowy - nie oznacza nie.
    Słowniki wprawdzie podają gwieździe, ale skoro (zamiast końmi) włóczyliśmy się ze starymi koniami (także jeśli w paczce były dziewczyny) to jednak - Na planie filmowym, kolejnej gwiaździe oświetlono przedpole za kilkoma rezerwowymi koniami trojańskimi oraz Informatycznej gwiaździe naszej firmy, udało się rozprawić z paroma koniami trojańskimi (trojanami).
    Ale zejdźmy z nieba na ziemię, a tu rzeczywistość skrzeczy - Fakt (6 stycznia 2006), w krótkiej notce Narkotyki w gaciach donosi - Do 10 lat więzienia grozi dwóm dilerom, którzy przemycali amfetaminę do Niemiec. Narkotyk chowali w gaciach i przechodzili przez granicę. Na zimę solidnie ogacili nerki i myśleli, że grubsze gacie nie wzbudzą podejrzeń (panie latem, to by nic nie przemyciły w stringach). Redakcja ciągle pracuje nad swym luzackim image'em - stąd zbyt wymownie o niewymownych. Już przyjęto diler zamiast dealer, to może wizerunek wreszcie trąci imażem. Może jednak (poprawniej) chowali w gacie (w buty i worki), niźli w gaciach (w butach i workach)? Albo chowali do gaci (do butów i worków)? Jeszcze można chować po gaciach.
    Onet (9 stycznia 2006) dodaje nam otuchy - W przygotowania kadry skoczków narciarskich do igrzysk olimpijskich w Turynie od kilku dni włączył się fizjolog, profesor Jerzy Żołądź, który pracował już ze skoczkami w latach największych sukcesów Adama Małysza. Mile widziana oboczność w zależności od znaczenia - O gwiaździe Małyszu pisuje się od lat, także o jego gwieździe, czuwającej nad nim po wyjściu z progu.
    Ale skoro już o gwiaździe Małyszu, konikach, fizjologu i gaciach - co połowa ludzkości ma w tych ostatnich? Ładniejsza połowa nie musi wiedzieć, ale brzydsza powinna (jednak nie wie!).
    Internetowy Słownik Onetu podaje żołądź po angielsku/włosku - glands/glande (anat.) oraz acorn/ghianda (bez opisu i nie wiadomo, czy to coś z dębu, czy z kart), po francusku/niemiecku - tylko gland/Eichel (może we wszystkich znaczeniach?), po hebrajsku są dwa słowa - tiltan oraz balut, jednak bez podanych dziedzin, natomiast w języku hiszpańskim oraz rosyjskim pewnie nie ma takiego słowa, bo... pusto w słownikowej materii.
    Internetowy Słownik języka polskiego www.sjp.pwn.pl wyjaśnia dokładnie trzy znaczenia (drzewiarstwo, sekcjarstwo* i karciarstwo), a ponadto informuje, że we wszystkich znaczeniach owo słowo jest rodzaju żeńskiego. Jednak internetowy słownik Onet/Polszczyzna (oparty na Ortograficznym słowniku języka polskiego - A. Markowski) wyróżnia ta żołądź (żeński rodzaj) myśląc o... męskiej końcówce, natomiast w sprawie podobnego owocu dębu i w kartach (trefl) jest bardziej wyrozumiały - można w obu płciowych (a nawet obupłciowych) rodzajach, czyli ta/ten żołądź (trzeci to nijaki i nie wchodzi w rachubę). Ten sam pogląd wyraża Inny słownik języka polskiego (M. Bańko), ale ponadto ilustruje to przykładami. Są one dość ryzykowne, bowiem w znaczeniu 'owoc dębu' mamy - śliska żołądź, zaś w znaczeniu 'trefl' - Zostały mi w ręku dwa żołędzie. Dwuznaczności wyczerpano w obu znaczeniach, zatem w trzecim pojęciu (anatomicznym) już członkom (...) redakcji nie wystarczyło inwencji.
    Z uwagi na kłopoty rodzajowe i deklinacyjne, naszej młodzieży pozostaje podwórkowa i filmowa nazwa (jednak cokolwiek większej całości), która także ma oboczności ch/h (poprawna/błędna), ale w razie trudności zawsze można odwołać się do języka rosyjskiego - tam to słowo brzmi swojsko, zatem można zapisać je jedynie z początkowym x, a ono nijak się ma do h - wyłącznie ch. Problem jest beznadziejny - większość Polaków nie zdeklinuje poprawnie wyrazu żołądź w omówionych znaczeniach (takoż oficjalnej nazwy swej ojczyzny - Rzeczpospolita Polska). Zatem, w końcowym słowie, zaproponuję jeszcze inne podejście do słowa z końca słownika i nawiązującego do (jakże) męskiego końca. Trywialnie w przypadku dębu i kart - ten jeden żołądź, tego jednego żołędzia, temu jednemu żołędziowi, ten jeden żołądź, (ewentualnie według dopełniacza, zwłaszcza w dziedzinie drzewostanu - widzę dąb i jego zielonego żołędzia), tym jednym żołędziem, o tym jednym żołędziu, ty żołędziu jeden; te jedne (pewne) żołędzie, tych jednych żołędzi, tym jednym żołędziom, te jedne żołędzie, tymi jednymi żołędziami, o tych jednych żołędziach, wy żołędzie jedne. W delikatniejszej materii proponuję równie subtelną odmianę (ale wyłącznie dla wytrawnych znawców tematu) - ta jedna żołądź, tej jednej żołądzi, tej jednej żołądzi, tę jedną żołądź, tą jedną żołądzią, o tej jednej żołądzi, ty żołądzi (ewentualniepotocznie żołądzio) jedna; te jedne żołądzie, tych jednych żołądzi, tym jednym żołądziom, te jedne żołądzie, tymi jednymi żołądziami,o tych jednych żołądziach, wy żołądzie jedne. Niby to bardziej skomplikowane, ale po wbiciu do głowy podobieństw - ten śledź/żołądź (z wymianą ą/ę) oraz ta miedź/żołądź (bez wymiany ą/ę), pójdzie jak po maśle. A gdyby jeszcze zmienić dębowo-karciany mianownik na ten jeden żołędź, to dwie ścieżki deklinacyjne ten żołędź/ta żołądź byłyby i przejrzyste, i łatwe do pojęcia - nie byłoby wymiany ą/ę w obrębie rodzaju.
    Internetowa Nowa encyklopedia powszechna PWN szeroko omawia hasło dąb i czytamy tam m.in. - orzech w zdrewniałej miseczce (tzw. żołądź). Nie wiadomo, jak czytać - tak zwana/tak zwany? Może poradniki będą rozwijać skrócone formy w niejednoznacznych sytuacjach?
    Poradnia Językowa PWN www.slowniki.pwn.pl/poradnia wyjaśnia - Żołądź w znaczeniu 'owoc dębu', a także 'kolor w kartach' i 'karta w tym kolorze' na [raczej ma] nawet nie dwa, ale trzy rodzaje, co pokazują zdania: Widzę tę żołądź, Widzę ten żołądź, Widzę tego żołądzia [jednak żołędzia]. Tylko w znaczeniu anatomicznym żołądź ma wyłącznie rodzaj żeński. No tak, trudne to nawet dla polonisty wprawionego w bojach, a co dziwić się prostemu ludowi polskiemu... Nie omówiono wołacza rodzaju żeńskiego liczby pojedynczej, który jest interesującym przypadkiem. Ale za to napomknięto o trzech rodzajach. Czy ktoś mawia - Już spadła z dębu brunatna żołądź?
    Po tych niewymownie trudnych polskich naszych sprawach, może będzie łatwiej nam (panom) zaglądać do własnych niewymownych - tam nigdy zawartości nie okrzykniemy małyszami (to u innych!), zawsze wielkisze.
    Co do nazwisk występujących w zdarzeniach nawiązujących do nich - otóż 10 stycznia 2006 telestacje pokazały dwóch panów. Pan Kościelny ślubował czystość do ślubu (pewnie kościelnego), zaś pan Kula był przeciwny utworzeniu pierwszego prywatnego więzienia w Polsce (zatem będzie kulą u nogi radnych, ale za to może produkować specjalne kuliste ciężarki na łańcuchach do bezpośredniej łączności z kończynami galerników i hamujące zapędy ku wolności).
    Nieładnie żartować z oryginalnych nazwisk? Redaktor naczelny Nowego Dnia (na stronie tytułowej pisanego jako NOWYDZIEŃ, zatem Nowydnia, jak Wielkanocy?) nadał (12 stycznia 2006) swemu komentarzowi tytuł Marek Jurek - kiełbasa i sznurek. To i ja pozwoliłem sobie...
    * - nie mylić z sekciarstwem (sekcja, nie sekta)

     Plac i słońce - www.us.edu.pl (10 stycznia 2006)
   Na witrynie Uniwersytetu Śląskiego - Kobiety lubią giełdę próżności; niekoniecznie chcą się sprzedać, ale chcą znać kurs. - Hugo Dyonizy Steinhaus (1887 - 1972) wybitny matematyk polski. Siedziba UŚ znajduje się przy ulicy Bankowej, zatem kursa wszelakie nie są tam obce, także w pozafinasowych sprawach... Prężnie działająca tamże Internetowa Poradnia Językowa Instytutu Języka Polskiego przeoczyła językowe usterki witryny - drugie imię to Dionizy, niezależnie od pisowni, którą zastosowano ongiś, choćby w metryce uczonego. Przecież w encyklopedii nie ma hasła Marja Konopnicka, zaś miasto Bratjan przemianowano na Bratian, a to oznacza, że obowiązują dzisiejsze zwyczaje pisania imion.
    Z prawej strony witryny umieszczono bardzo pożyteczne wiadomości o Słońcu i Księżycu, ale dlaczego tytuły poddziałów napisano od małych liter, zaś wschody i zachody opisano od wielkich liter? Wszak poprawniej byłoby... odwrotnie. Czytamy tam:
słońce - Słońce jest w znaku Koziorożca. Świt żeglarski od 7:22. Świt cywilny od 8:03. Wschód Słońca o 8:41. Południe prawdziwe o 12:51. Zachód Słońca o 17:02. Zmierzch cywilny do 17:40. Zmierzch żeglarski do 18:21.
księżyc - Wschód Księżyca o 1:04. Zachód Księżyca o 18:07. Księżyc zbliża się do pełni. Najbliższa pełnia Księżyca: sobota, 14 stycznia o 11:48.
dzień - Długość dnia (od wschodu do zachodu Słońca) 8,35. Oświetlenie nieba (od świtu do wschodu Słońca i od zachodu Słońca do zmierzchu) 1,26. Całkowite oświetlenie (od świtu do zmierzchu) 9,60.
    Portal Wiedzy Onet podaje - wschód słońca, wstać wraz ze słońcem; wiele słońc w galaktyce, ale: zaćmienie Słońca, plamy na Słońcu, odległość Ziemi od Słońca, zatem uzależnia wielkości początkowych liter od znaczenia hasła.
    Dlaczego na stronach przedstawiających współpracowników Poradni widnieje adres: Uniwersytet Śląski - Wydział Filologiczny, Instytut Języka Polskiego, 40-032 Katowice, Plac Sejmu Śląskiego 1? Czyżby poloniści bojkotowali poprawny styl, popierając moje propozycje w tej materii (nazwy placów, skwerów, alei powinniśmy pisać podobnie jak nazwy mórz, jezior, nizin i wyżyn) i dlatego napisano Plac, a nie plac (jak życzą sobie twórcy słowników polskich)?
Identyczny błąd (w tym samym adresie...) popełniono na stronie katowickiego oddziału TMJP. Ponadto - wspomniany IJP powinien być ostatnim instytutem, na którego witrynie przed numerem faksu napisano... fax.
    Może na cześć znanego polonisty i zgodnie z proponowanym stylem pisania nazw, Uniwersytet Śląski będzie kiedyś przy Ulicy Bańkowej?

    Kiedy plastykowe wydanie Rzecz(y)pospolitej? - Rzeczpospolita (12 stycznia 2006)
    Pierwsze plastikowe legitymacje ubezpieczeniowe trafią do rąk emerytów i rencistów...
    I zapewne niektórych czytelników także trafia, ale szlag, że plastikowe, nie zaś plastykowe. Internetowy Słownik języka polskiego www.sjp.pwn.pl ma plastykowy (od plastyk) i podaje przykłady - plastykowa filiżanka, torebka; plastykowa okładka zeszytu, plastykowe pantofle; bomba plastykowa. Jeśli wpiszemy jednak plastik, to (przyjaźnie) kieruje (w znaczeniu substancji) do plastyk. Jednak jest to wyjątek, bowiem większość słowników (choćby Ortograficzny słownik języka polskiego oraz oparty na nim słownik Onet-Wilga pod red. A. Markowskiego) wymienia wprawdzie plastyk (tworzywo) i plastykowy, jednak (nieprzyjaźnie) kieruje do... plastik/plastikowy, czyli działa wbrew interesowi naszego języka (ale za to pod sztandarami obiektywnego badania faktów, bo od tego podobno są owi "frekwencyjni" licznicy słów występujących w naszej mowie).
    Nagminnie stosowane słowo plastik jest nieporozumieniem językowym. Sami poloniści wpadają w pułapkę - wg nich jest plastik (także, ale rzadziej, plastyk, jednak czy ktokolwiek widział na pojemnikach do recyklingu napis plastyk?), ale tylko termoplastyk (a czym owe tworzywa się różnią pomiędzy sobą, pomijając termiczne aspekty?). Do plastiku proponują dodawać plastyfikatory - kolejny bubel logiczny (brak konsekwencji). No i jakoś (aby odróżnić osobę od substancji) nie wpadli (a mogli!) na pomysł w rodzaju kosmetyk (osoba zajmująca się branżą kosmetyczną) i kosmetik (obecnie kosmetyk, czyli produkt branży upiększającej), zapewne tylko dlatego, że mamy zniewieściałą nazwę kosmetyczka (osoba i torebka - co na to emancypantki?). Trudno uznać język polski za język osadzony na solidnych fundamentach... I co - pokrywanie plastikiem to plastikowanie? Jeśli już poloniści nie są zbyt poważni, to przynajmniej redaktorzy poczytnego dziennika tacy (takimi) być powinni!
    Tamże - Na wczorajszym spotkaniu z Janem Kozłowskim, marszałkiem województwa Pomorskiego, przedstawiciele dwóch związków zawodowych... Oto konsekwencje absurdalnych zasad wymyślonych i hołubionych przez polskich uczonych - zamiast ujednoliconej pisowni typu Zatoka Pomorska (ciekawe, sąsiaduje nie z Województwem Pomorskim, ale z Województwem Zachodniopomorskim - tak powinniśmy pisywać nazwy własne województw!), dla okręgów administracyjnych wymyślili styl zatoka pomorska, aż redaktorzy i korektorzy pogubili się pisząc w stylu... zatoka Pomorska. [Odwrotny błąd popełniła Wirtualna Polska (17 stycznia 2006) informując o wymianie policyjnych legitymacji. Fragment - legitymacja zawiera nazwę jednostki Policji (np. Komenda Główna Policji) lub województwo (np. Województwo łódzkie), co jest dodatkową ilustracją palety możliwych błędów, które naród popełnia z powodu nadmiaru dziwnych zasad wprowadzonych przez filozofów naszego języka].
    Również w tymże numerze gazety - Kibice piłkarscy z austriackiego miasteczka Braunau, gdzie urodził się Adolf Hitler, salutowali w nazistowskim geście, podczas wizyty w obozie koncentracyjnym w Mauthausen.
    Nareszcie wiemy, skąd wziął się brunatny kolor koszul faszystów - od nazwy rodzinnego miasta nieludzko pogiętego nazisty. Ostatnio ponownie pisano o polskim obozie koncentracyjnym. Jeśli obóz założono w Austrii (której również formalnie wówczas nie było), to obóz opisano by dzisiaj jako austriacki? A jak to byłoby w języku niemieckim, wszak austriacki i niemiecki (od nazw państw - Österreich/Austria, Reich/Rzesza) brzmiałoby podobnie, coś jak amerykański i południowoamerykański - pierwszy przymiotnik obejmuje obie Ameryki oraz potocznie (najczęściej) tylko Stany Zjednoczone, zaś drugi - wyłącznie południowy kontynent.
    Jeśli chodzi o nazwę dziennika, to nigdy się nie spotkałem z jej obocznością (np. Rzecząpospolitą), zatem pewnie jej nie ma (niepisana zasada?), choć w znaczeniu naszego państwa oboczność ta jest dość nagminna... Niestety, w stopce redakcyjnej parokrotnie zamieszczono fax (przy adresach i telefonach; przy telefonach jednak nie piszemy phone). Porządne polskie gazety powinny stosować polski wyraz faks.
    TVN24 (13 stycznia 2006) - Prawie 1,5 mld. gotowy jest zapłacić PKN Orlen. Zbędna kropka.
    Kurier3 (14 stycznia 2006) - Spłonęło muzeum Ernesta Hemingway'a. Zbędny apostrof.
    Kolejna edycja Eureko, ja to wiem (15 stycznia 2006) - Gdzie u człowieka najwięcej produkuje się estrogenów? Chyba jednak chodziło o kobietę, bowiem okazało się, że w jajnikach. Oczywiście, to tylko kiepski dowcip z mojej strony, ale w języku angielskim mają problem. O której godzinie wybuchło Powstanie Warszawskie? Spośród trzech podpowiedzi (do wyboru), jedynie 5 osób na 12 odpowiedziało poprawnie, co sympatyczna prowadząca program skomentowała - bardzo dobrze, świetnie! Tylko 42% pozytywnych odpowiedzi i zachwyt? To przy jakim procentażu pani byłaby rozczarowana? Ale może to dobry wynik, zważywszy na nieznajomość daty wprowadzenia stanu wojennego w Polsce?

    Ustawa a dziennikarze - Rzeczpospolita (dodatek Ekonomia i Rynek, 12 stycznia 2006)
     Na ośmiu stronach, w poważnych artykułach, mamy zbyt wiele swobodnych określeń, choćby w wielkim tytule na pierwszej stronie - Banki wyciskają klientów. Na innych stronach - jeśli spadają stopy procentowe...; za "zielonego" płacono...; takiego haka - jeśli istnieje - mógłby użyć rząd...; nie wiadomo, jakiego haka zawiera umowa... I odwieczny problem - biernik męski: potocznie - mieć na kogoś haka, ale dostojniej (jeżeli można mówić tu o elegancji) - jednak biernik równa się mianownikowi.
    Gdyby rosyjska firma sprzedawała cały gaz na eksport, zarobiłaby w tym roku ponad 36 mld dolarów. Czy rolnik sprzedający swe produkty za 100 tys. zł, zarabia tyle? Czy należy odjąć koszty (energia, pasze, nawozy, podatki)? Wszak stocznia "zarabiająca" 50 mln dolarów na statku, może być niemal bankrutem... Przecież ona nie zarabia, ale sprzedaje za tę cenę. W specjalistycznych artykułach definicja zarabiać powinna być poprawnie rozumiana.
    Brytyjskiemu operatorowi transakcja otworzy rynki Ameryki Łacińskiej. Z naszej, polskiej, perspektywy nie ma większego sensu stosować nazwę Ameryka Łacińska. Jest archaiczna i rozumiana raczej intuicyjnie. Można było napisać po prostu - otworzy rynki Ameryki. Ameryka Łacińska to w zasadzie cała Ameryka bez USA i Kanady oraz kilku małych wyspiarskich angielskojęzycznych państewek. Albo - otworzy rynki nieangielskojęzycznej Ameryki, ale po co taka drobiazgowość? Tak zapewne opisano w niepolskim oryginale i wiernie przetłumaczono...
    Do Podróże TV należy też firma turystyczna... Skoro do Polskich Kolei Państwowych, to również do Podróży TV.
    W tabeli kursów czytamy - dolar amerykański, australijski, kanadyjski, dolar hong kong. Skoro przymiotniki, to hongkoński (niewyszukane, prawda?), a tak to nie wiadomo co (od małych liter?). Fryzura z Hong Kongu to hongkoński ogon koński? Ładniej hongkongijski.
    Na kilka godzin wstrzymano ruch statków w holenderskim Rotterdamie. To w korespondencji z Brukseli; jednak nie napisano, że z belgijskiej. Umówmy się, że Czytelnicy (takiej) Gazety [tu wielkości liter podyktowane ukłonem] wiedzą, gdzie leży to wielkie portowe miasto.
    Dokerzy przyjadą manifestować w Strasburgu, gdzie rozpoczyna się sesja Parlamentu Europejskiego. Ale Komisja Europejska opracowała nową propozycję, którą ma głosować w przyszłym tygodniu Parlament w Strasburgu. Jak przekonuje Komisja, porty są ostatnią dziedziną... Owszem - Ministerstwo Sprawiedliwości, ale w dalszym tekście jednak ministerstwo, zatem - parlament, komisja, chyba że jest to tekst umowy, innego ważnego dokumentu lub uroczystego albumu (wówczas stosuje się grzecznościowo wielką literę także w nieoficjalnych nazwach).
    W artykule p. Nieboraka - Poruszane na łamach "Rzeczpospolitej"... Jeśli autor napisze "Rzeczypospolitej" to korekta ujmuje y, ponieważ ma zalecenia, aby nie stosować oboczności. Dobry to pomysł, zwłaszcza że ogólnie stosowany, jednak powinien być dostrzeżony przez autorów słowników (należy dodać hasło Rzeczpospolita w znaczeniu tytułu gazety i zauważyć, że nie ma oboczności). Są poloniści, którzy nie słyszeli o tej modzie. Tamże również - Istnienie tzw. safety net, czyli siatki bezpieczeństwa finansowego... Kierowano się zasadą one size fits all (jeden rozmiar dla wszystkich). Poloniści zalecają wykursywiać obce frazy.
    W Niemczech przez utworzeniem Bundesanstalt für Finanzdienstle/istungsaufsicht... Niemcy pogubili się w swoich językowych zasadach, ale na mój, polski gust, to mamy błędny podział (niepodzielne lei czytane [laj]) przenoszący do niższego wiersza. A na początku jednak przed.
    Będzie swego rodzaju labiryntem kompetencyjnym, przypominającym drzewko bożonarodzeniowe, które "przyozdobione" wieloma dekoracjami (funkcjami) nie jest jednak w stanie wypełniać swych zadań. Skoro zastosowano (sympatyczną) świąteczną przenośnię bez cudzysłowu, to nie psujmy tymi znakami pisząc o ozdóbkach - subtelna a przenośna atmosfera roztacza się po całym zdaniu. I pewnie przecinek by się przydał (przed nie).
    Pana Nieboraka przedstawiono - pracownik Wydziału Prawa i Administracji UAM w Poznaniu. Zbyt skromnie, wręcz nieelegancko. Wprawdzie prof. Religa jest pracownikiem Ministerstwa Zdrowia oraz Kliniki Kardiochirurgii w Zabrzu, ale jednak nie piszemy o nim w ten sposób (pracownik Religa?).
    Notowania - wymieniono nazwy warzyw, owoców i grzybów o niejednolitej liczbie gramatycznej: jabłka, gruszki, banany, selery, buraki, ziemniaki, pieczarki, ale cebula, marchew, kapusta. Skąd taki galimatias? Należy to ujednolicić.
    Tabela kursu walut - wymieniono (w rubryce "kraj"): Czechy, Szwajcaria, Szwecja, USA, W. Brytania , UGW. Ponieważ Unia Gospodarcza i Walutowa nie jest krajem, przeto powinna być tam raczej Unia Europejska (UE) z gwiazdką objaśniającą, że dotyczy to krajów, w których przyjęto euro (czy jak kto woli - europa).
    W tabeli kursów USD i EUR umieszczono nazwy szeregu państw, w tym Jugosławię. Jednak w encyklopediach można znaleźć informację, że państwo to istniało od 27 kwietnia 1992 do 4 lutego 2003 i od tego dnia istnieje nowe państwo - Serbia i Czarnogóra, zatem Jugosławia jest nazwą... nieistniejącego państwa. Tabelkę podzielono na dwie części - "w nowych krajach członkowskich UE" oraz "w Europie Wschodniej". Ten drugi wykaz oparto na podziale politycznym Europy jeszcze z czasów "żelaznej kurtyny", czyli sprzed kilkunastu lat, bowiem trudno byłoby obronić tezę, że wszystkie wymienione kraje (Rosja, Białoruś, Ukraina, Bułgaria, Rumunia, Chorwacja, Macedonia i wspomniana Jugosławia) należą do Europy Wschodniej w sensie geograficznym. One kiedyś (także pod innymi nazwami) należały do Europy Wschodniej, ale w znaczeniu politycznym. To i Turcja zapewne leży w Europie Wschodniej (wg Rzeczpospolitej)...
    Nikt, kto chce zmniejszenia ilości gospodarstw, nie próbował... Raczej liczby - policzalne.
    W tabelkach umieszczono opisy jednostek stosując trzy sposoby: bez nawiasów - szt., tys. zł, %; w nawiasach - (szt.), (tys. zł), (%) oraz z przyimkiem w - w proc., w tys. zł, w zł, w PLN. Proponuję ujednolicić zapis jednostek - najładniej (jednostka) albo nawet [jednostka].
    Pod wykresami napisano - kurs min. oraz kurs maks., ale w tabelkach - min. oraz max. Proponuję ujednolicić w kierunku "bardziej polskim" (podobnie faks, nie fax).
    No i rarytas dla łowcy błędów - przeliczenie wg. kursu dolara w NBP oraz wg. raportów jednostkowych, czyli szkolne błędy z "nadmierną" kropką.
    Przy okazji - gazeta stosuje dziwną, lecz irytującą zasadę. Widać wprawdzie akapity, jednak z wyjątkiem pierwszego nibyakapitu (bo go... nie ma). Skąd przywędrowała ta kiepska maniera? Jeszcze żeby to był polski wynalazek, to pewnie byłbym z tego dumny, ale przywlokło się toto z innych krajów i bezkrytycznie przyjęło...
    Rada Przedsiębiorczości Rzeczypospolitej Polskiej wydała oświadczenie... Google wykazują tylko jedną jedyną taką frazę - na witrynie... Rzeczpospolitej. Kiedy skasujemy y w nazwie rady, to nie ma żadnych podpowiedzi. Zatem - cóż to za rada, której nie ma w internecie?
    Banki chcą, żeby coraz więcej klientów korzystało z ich usług przez Internet bądź telefon.
    Gdyby Bell, który wynalazł telefon, stworzył wielką sieć telefoniczną o nazwie Telephone, to czy cały świat powinien tak pisać o dzisiejszym telefonie, niezależnie od tego, czy jest to aparat telefoniczny, czy (zwłaszcza) system przekazu? Nie przesadzajmy - geniusze wymyślają urządzenia i systemy, zaś  wynalazki te powinny być opisywane we wszelakich językach według ich indywidualnych zasad. Niemcy pisują Abwehra, a Polacy - abwera; zresztą sąsiedzi mają mniej kłopotów, bo wszystkie rzeczowniki piszą od wielkich liter i nie mają połowy naszych kłopotów (a u nas ciągłe problemy - Internet, Województwo Pomorskie, Skwer Kościuszki, Bulwar Nadmorski, Plac Św. Piotra). Niektórzy argumentują, że gdyby nazwa Internet była prawnie chroniona, to można byłoby sądownie ścigać piszących internet. A gdyby firma przewrotnie ustaliła nazwę na internet, to Niemców by ukarano za stosowanie terminu Internet? Nie sądzę! Rosjanie narodowości opisują od małych liter, a przecież świat nie obraża się na nich za to. Nazwy wynalazków: elektroluks, dizel, rower, szrapnel, prysznic, żyletka pochodzą od nazwisk lub nazw firm i zapewne wszyscy są dumni z przyjęcia ich nazw do narodowych języków i na pewno nie mają pretensji, że "nieco" zmieniono ich pierwotny "kształt", jeśli jest zgodny z zasadami innych języków.
    Banki tłumaczą się, że prowizje i opłaty rosną, bo maleje oprocentowanie kredytów. A właściciele banków chcą, żeby te zarabiały coraz więcej. Otóż to - RPP obniża stopy, a banki ciągle utrzymują swoje stopy kredytowe w okolicach 20%, czyli to one przechwytują rządowe prezenty! Nie ma miesiąca, abym nie otrzymywał propozycji z różnych banków (także telefoniczne) - same korzystne raty i terminy spłat. Ale wystarczy zapytać agenta o inflację w Polsce oraz o rzeczywistą stopę oferowanego produktu (teraz w bankach mają... produkty), to sami telefonujący przyznają, że to lichwiarstwo - ich kredytowe odsetki są dziesięciokrotnie wyższe niż stopa inflacji. Przecież to skandal! Czy ktoś zna przykład innego państwa, które chce być uznawane za cywilizowane z takimi dysproporcjami? Najkorzystniej pożyczać od kogoś z rodziny na kilka procent - i tak zaoferujemy znaczenie więcej niż bank, zatem obu "pozabankowym" stronom to się opłaca. Do Księgi Rekordów Guinnessa (w kategorii "szczyty lichwy") należałoby zgłosić nasz łupieżczy system bankowy!
    Tamże - Nie informuje, że do nowej karty można używać tego samego kodu, który był przypisany do starego plastiku. Nie stary, ale 'poprzedni, zdezaktualizowany'. I przy okazji plastik. Słowniki dopuszczają dwie formy, ale polskojęzyczna gazeta powinna być ostatnia, która pisuje plastik! Jeśli polscy dziennikarze, latami studiujący na renomowanych uczelniach, piszą plastik, choć mogliby plastyk, to jestem załamany wizją przyszłej i patriotycznej Polski. Oczywiście, powie ktoś - patriotą można być także bełkocąc co drugie słowo "z cudzoziemska"; owszem, pewnie można, ale więcej będziemy mieli nowoczesnych patriotów, jeśli ich śmiałe dążenia i marzenia będą oparte na prawidłowo rozwiniętym języku ojczystym. Nazwa omawianego dziennika brzmi dumnie i powinna reprezentować państwo i to nie byle jakie, bo naszą Ojczyznę - Polskę. Spośród dwóch akceptowalnych słów, z których jedno jest żywcem przepisane z języka obcego, zaś drugie zostało poprawnie spolszczone, tylko jedno powinno być stosowane w czołowej polskiej gazecie! Jako obywatel Polski protestuję przeciwko nadużywaniu słów obcych i polskawych w polskich mediach, zwłaszcza mających w swych nazwach (tytułach) odwołania do narodowych symboli!
    Jeśli niemal 7 lat temu uchwalono Ustawę o języku polskim, to chyba nie po to, aby odfajkować pewną ambitną patriotyczną pozycję, ale byśmy poważnie się do niej ustosunkowali - my, Polacy. Dziennikarze i specjaliści od naszego języka krytykują handlowców za wywieszanie niezbyt polskich nazw na swych okiennych witrynach, ale sklepikarze nie mają możliwości wyrażenia negatywnej opinii o pracy mediów i polonistów. System jest równie niesymetryczny, jak istniejący w ruchu drogowym - policjanci wlepiają mandaty za przekroczenie dozwolonej prędkości, ale sami często to bezkarnie czynią.
    Za trud przeczytania gazety z 12 stycznia i wynotowania błędów (w dwóch opracowaniach) zawartych w tym tylko jednym numerze, myślę, że Redakcja mogłaby nagrodzić moją kilkunastogodzinną pracę, roczną prenumeratą poczytnego swego dziennika...

    Szybki osąd - tańsze państwo - Nowy Dzień (12 stycznia 2006)
    Jeśli będziesz przeszkadzał sąsiadom, grozi ci trzymiesięczna eksmisja z własnego domu! To nie jest pomysł z "chińskiej" Korei (choćby dlatego, że nie mają tam domów na własność). To pomysł premiera Blaira, Bryta z Wysp Brytyjskich.
    Uznał on, że Brytyjczycy [krócej Bryci] zbyt często zatruwają życie swoim sąsiadom: hałasują w nocy, wyzywają się, a nawet opluwają. Jego pomysł ma na celu nauczenie sąsiadów wzajemnego szacunku. W ramach akcji premier domaga się, by wzrosły grzywny za zakłócanie porządku publicznego, a chuliganów karano by na miejscu przestępstwa np. pracami społecznymi.
    I bardzo dobrze. A ponadto, niech ten zachodni pomysł osłabi protesty opozycji, która sypie piach rządowi pragnącemu wprowadzić podobne prawo, o którym marzy wielu Polaków, choć oficjalnie wielu z nich (nas) boi się lub wstydzi do tego przyznać. Chuligani, złodzieje, oszuści, pijacy (zwłaszcza za kierownicą), powinni być aresztowani i sądzeni natychmiast. Zamordyzm? Tak, ale dla wymienionych złoczyńców. Spokojna większość obywateli nie ma czego się obawiać. Protesty są spowodowane obawą rodaka (zwykle wpływowego polityka, prawnika, redaktora, czyli ludowych mądrali), że on (lub ktoś z jego rodziny) siądzie po pijaństwie za kółkiem lub oszuka ludek w swej nibyfirmie.
    Tego samego dnia Rzeczpospolita przekazuje uzasadnienie Ministerstwa Sprawiedliwości - Społeczeństwo domaga się szybkiego i surowego karania sprawców przestępstw określanych mianem "pospolite". Takie czyny, jako najbardziej dokuczliwe społecznie, powinny spotkać się z surową represją karną. Sprawy te będą rozpoznawane w trybie przyspieszonym, a zajmować się nimi będą m.in. sądy 24-godzinne. Wyjaśniono także, że sąd nie będzie mógł odstąpić od orzeczenia grzywny nawet wówczas, kiedy dochody sprawcy nie rokują jej pobrania.
    A co myśli prof. Filar o proponowanych procedurach? To wszystko już kiedyś przerabialiśmy. Nie rozumiem chęci nowej władzy do wkładania starych butów. Jestem przeciwny wszystkim zmianom, które usztywniają politykę karania. To sąd jest od wymierzania sprawiedliwości. Proponowana definicja czynu chuligańskiego jest mało precyzyjna i zła. Chciałbym też zapytać autorów, gdzie zamierzają tych ludzi zamykać, bo więzienia pękają w szwach.
    Od paru lat obserwuję pana Filara, bowiem produkuje się w wielu programach telewizyjnych. Czasami miewa rację, ale zwykle jest nazbyt ślimakowaty - mdły i mało wyrazisty. Reprezentuje uczonych prawników, którzy egzystują wygodnie na poziomie uniwersyteckiej katedry a nie na poziomie ulic i stadionów. Przez ostatnie 15 lat obrośli owi naukowcy sloganami i wymądrzają się nazbyt elokwentnie. A tu trzeba konkretnych działań, raczej bliższych rózdze niźli medytacji. Jaka "polityka usztywniania metod karnych"? Wręcz przeciwnie - proponuje się rozszerzenie palety karnej. Jaki sąd jest od wymierzania sprawiedliwości? Leniwy i skorumpowany? Przecież telestacje pokazują owych mądrali, co to miesiącami będą wertować kodeks zanim kogoś posadzą. Mamy dość oglądania trzydziestu opasłych tomów na stole sędziowskim po kilku latach prowadzenia postępowania i któregoś tam odwołania w sprawie, którą w innych krajach załatwia się od ręki. A kto płaci za ich przemądrzałe strojenie min i robienie karier w sądownictwie? Ile mieliśmy zwolnień od odbywania kary, bo nawiedzony filozof uznał konieczność wyjazdu zbrodniarza na żniwa, do rodziny albo do sanatorium? I ile było z tego powodu krzywdy - ponowna zbrodnia podczas zawieszenia kary?
    Panie Filar - tu trzeba młodych prawników, którzy stracili cierpliwość na styku rozzuchwaleni młodociani przestępcy i dobrotliwi akademiccy starcy. Polska wymaga śmiałych działań, bo pogrążamy się w przestępczym bajorze. Jeśli młodym chce się uzdrowić naszą Ojczyznę, to błogosławmy ich chęci, a nie sypmy im własnym wygodnickim i pyszałkowatym piaskiem w tryby! "Mało precyzyjna definicja chuligaństwa"? Od lat czołowi seksuolodzy zastanawiają się nad dokładną definicją pornografii oraz dewiacji wszelakich, dzięki ich opiniom stada zboczeńców powracają do społeczeństwa, aby nadal uprawiać swój haniebny proceder, zaś niektórzy z bardziej znanych w owej niezwykle zajmującej branży - sami toną w bagnie bezeceństwa. Jeśli czołowy prawnik boi się zaostrzenia prawa z powodu braku celi i kolejek do nich, to może świadczy o jego ekonomicznym umyśle, ale co to ma wspólnego ze sprawiedliwością? Jeśli każdy statystyczny Polak w ramach podatku dałby dodatkowo tylko 10 złotych to mielibyśmy niemal pół miliarda złotych na zbudowanie i prowadzenie nowych miejsc odosobnienia. A do tego oszczędności ze skrócenia istniejących (skandalicznie długotrwałych) procedur. No i oczywiście - wprowadzenie opłat za wikt i opierunek wobec skazańców, a jeśli brak środków - udzielenie im kredytu bankowego. Spłacą po wyjściu, kiedy będą pracować albo kombinować po swojemu (bo zwykle tak się dzieje). Dopiero, jeśli istotnie nie będą mieli środków, to umorzymy im długi, czyli wówczas dopiero zaistnieje stan, który teraz jest tuż po ogłoszeniu wyroku.
    Jednym słowem - ów prawnik nie może być wzorcowym filarem polskiej Temidy. Zdecydowanie wolę konstrukcje żebrowe. I za odważnymi rządami opowiedział się Naród podczas ostatnich wyborów.
    Kilka tygodni temu pewien cudzoziemiec ranił nożem taksówkarza. Gdzież on teraz jest? Już go zwolnił jakiś przekupień w imieniu polskiej Temidy. Czy wyobrażamy sobie, aby Polak niemal zabił obywatela cywilizowanego kraju i zdołał wyjechać stamtąd przed upływem 10 lat? Sami nie szanujemy siebie i inni nas nie szanują. Prawo musi być restrykcyjne, choć nie musi od razu rozdzielać po dysze.
    Tamże, ale na innej stronie, pan Małolepszy zamieścił artykuł pod chwytliwym tytułem - Makdonaldyzacja wymiaru sprawiedliwości. Z jednej strony przyznaje - Sama idea przyspieszenia postępowania w sprawach karnych na pewno zasługuje na akceptację. Ale potem narzeka na radykalizm pomysłu, aby na końcu artykułu rzecz spłycić do hamburgera, czyli do takiego małolepszego kotleta - Czy będziemy żyć w świecie, w którym procesem karnym będą rządzić dopracowywane od lat zasady procesowe, czy też w świecie, w którym sędzia, po przełknięciu kęsa hamburgera, będzie późną nocą przesłuchiwał oskarżonego.
    Po pierwsze - zasady są solidnie (a nawet - zbyt solidnie) dopracowywane, bowiem w stosunku do prostych chuligańskich wybryków, zasady te są przewymiarowane (zbyt czasochłonne, zatem zbyt kosztowne). Są szkoły mówiące, że lepiej dodatek socjalny (choćby słynne becikowe) dać wszystkim (i bogatym, i biednym), niż różnicować według dochodów przy kosztownym aparacie kontrolnym, który po drodze popełni sporo obiektywnych błędów albo nawet zostanie częściowo skorumpowany. Ponadto - co z rodzinami, których dochody przekroczą o złotówkę magiczny poziom upoważniający do otrzymania pomocy? A jeśli otrzymają wszyscy, to dla bogatego jest to żaden pieniądz, on i tak ma wielki wkład w pulę podatkową (i można owe becikowe potraktować jako częściowy zwrot podatku). W systemie podatkowym także można korzystać z uproszczonych zasad rozliczania, choćby sposób ryczałtowy (ile traci budżet na ryczałtach - przecież w wielu przypadkach to oczywiste, choć zalegalizowane, obejście ścisłego obliczania, które dałoby przecież wyższe wpływy do narodowej puli). W matematyce i fizyce niekiedy nie opłaca się obliczać skomplikowanej formuły, ale znacznie szybciej skorzystać z uproszczonego wzoru przy pomijalnym spadku dokładności. Jeśli kupujemy tonę węgla albo kilogram cukru, to nikt nie waży z dokładnością do jednego grama, bo zakupy stałyby się katorgą. Zatem ustalmy podobnie - nie opłaca się prowadzić kosztownych procesów, aby wycyzelować wyrok - nie pół roku a 5 lub 7 miesięcy. Awanturnikowi (po przedstawieniu dowodów) można zaproponować połowę wyroku i grzywnę. Jeśli ujmiemy gromadę rozwydrzonych stadionowych chuliganów i mamy niezbyt dokładne zeznania i wizyjne nagrania, to przed zmierzchem proponujemy wszystkim po kwartale za kratami albo po tysiąc złotych lub - jeśli ktoś się nie zgadza - kierujemy na tradycyjną ścieżkę, jednak z zastrzeżeniem - jeśli dowody okażą się mocne, to wyroki będą parokrotnie wyższe. Taki poker, który i w życiu bywa... Oczywiście, szczególnie drastyczne przestępstwa dokonane podczas owych burd będą surowo oceniane według obecnych procedur, przy czym nie powinno być mowy o zwolnieniu do domu (bo nie istnieje groźba mataczenia).
    Po drugie - całe niemal społeczeństwo żyje i pracuje coraz szybciej. Konstruktorzy dawniej dłużej ślęczeli nad rysunkami, które były drobiazgowo sprawdzane i były wykreślane przez kreślarki. Teraz czynią to szybciej i bez dokładnej kontroli. Owszem, to zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu, ale takie jest tempo obecnego życia. Szybciej i taniej, bo konkurencja. Sądy z nikim nie rywalizują i mogą ślimaczyć swe procesy, a środki z budżetu rzeką płyną... Lekarze pracują po nocach zagryzając hamburgerami, takoż piloci, górnicy, stoczniowcy, kierowcy, kolejarze. Czy istnieje powód, aby sędziowie wychodzili z sądów w okolicach piętnastej zostawiając bezrobotny majątek, który się dekapitalizuje także przez pozostałe 16 godzin doby?
    Ale skoro o Rzeczpospolitej (ciekawe, ale w znaczeniu 'tytuł gazety' nie spotyka się oboczności Rzeczypospolitej); na innej stronie czytamy - Byli policjanci (naczelnik rzeszowskiej drogówki i jego zastępca) wydawali fikcyjne prawa jazdy osobom, którym sąd zabrał dokumenty za jazdę po pijanemu. Skazanych także zostało osiem innych osób, którym policjanci wystawiali dokumenty. Zobaczmy zatem, jak wyglądają dopracowane (od lat...) zasady procesowe, o których pełno w ustach teoretyków. Dwaj najważniejsi policjanci (nie stójkowi) w okolicy, ale faceci, którzy mieli kształtować moralność w społeczeństwie III RP - dostali (kolejno) dwa lata i 10 miesięcy. Cóż tak mało? Za tak poważne przestępstwo tylko tyle? Wpuścili na szosy potencjalnych zabójców i w razie śmierci innych użytkowników dróg, mieliby postawiony zarzut współuczestnictwa w zbrodni? A zawiedzione społeczne zaufanie? Za to powinni dostać dwa razy tyle. Ale dobre i to - posiedzą, zmądrzeją a inni zastanowią się po usłyszeniu wyroku i pewnie nie popełnią podobnego przestępstwa. Ale cóż to czytamy dalej? Wyroki w zawieszeniu? Bo dobrowolnie poddali się karze? Czy ktoś sobie żartuje z Narodu  i Temidy? Jaka to przestroga dla innych? Żadna! A dla nich samych - należy wątpić. Kilka dni temu zginął gościu nielegalnie przelewający gaz do aut. Był po wyroku skazującym w zawieszeniu, bo "dobrowolnie poddał się karze" i pierwsze co zrobił, to - okazując właściwy szacunek do polskiego sądownictwa - ostro przelewał dalej i... przegiął, ale z Losem, nie z frajerską Temidą. O, surowe mamy prawo w stosunku do (już niemal legendarnego) ucznia, co to parę miesięcy przesiedział (autentycznie!) w pace, a żadna medialna mądrala nie doradziła mu dobrowolnego poddania się karze! Oczywiście, nikt z pionu więziennego nie wpadł na ten dobroduszny pomysł, bowiem statystykę trzeba jakoś wypełnić drobnymi płotkami, aby szczupaki (tu policjanci) mogły sobie popływać w zawieszeniu pomiędzy moralnym dnem a pogodnym lustrem wody.
    Wiemy to z wieloletnich obserwacji - każde opóźnienie powoduje rozmydlenie sprawy (sprawca hardzieje przy pomocy adwokata i rodziny, poszkodowanemu ból łagodnieje). Przedłużające się rozprawy to wyższe koszty dla społeczeństwa i utrata autorytetu przez Temidę. To także większe prawdopodobieństwo mataczenia i korupcji. Proszę wejść do pierwszego lepszego sądu - wielkie korytarze i sale, pełno klienteli i prawników, masa wokandowych list na drzwiach. Czy ktoś policzył - ile z naszych podatków płacimy na utrzymanie sądów? Płace, czynsze, remonty, media? To koszmarne koszta. A do tego cały sektor więziennictwa! I biznesowe pytanie - o ile spadłyby nasze wydatki, gdyby wprowadzono nadgodziny dla pracowników sądu? Owszem, nieco by wzrosły z powodu owych nadgodzin, ale o ile by obniżono je w związku ze wzrostem wydajności pracy? O ile spadłaby przestępczość i jej koszty społeczne (w tym finansowe)? Terminologia ekonomiczno-proletariacka? Może i tak, ale działania powinny być szybkie i skuteczne, a nie takie grzebanie się much w smole, bo tak postrzegana jest praca "starych wyżeraczy sądowych". Popatrzmy na sądy amerykańskie - wchodzi po kolei kilkunastu (wątpliwych) dżentelmenów, sędzia proponuje przyznanie się do winy okazując dowody i oferując w zamian niski, ale pewny wyrok. Obija stół młotkiem (jak na licytacji) i gościu wędruje do pudła. A jak się nie zgadza (bo faktycznie uważa się za niewinnego, albo idzie w zaparte) na szybką ścieżkę, to proces trwa dłużej, ale w razie winy posiedzi jednak dłużej i zapłaci za proces, że jeszcze kredyt zaciągnie na wysoki procent. A u nas każdy winny działa zgodnie z poradą - złapią cię za rękę, to mów, że to nie twoja. Menele i inteligenci (zbiory raczej rozłączne, choć nie zawsze) kręcą, odwołują się i - przeciąganiem drobnych a oczywistych spraw - kompromitują sądownictwo polskie, czyli nas jako naród przed światem. Społeczeństwo nie jest raczej mściwe - woli, aby każdy winny posiedział nawet krótko, ale zaraz po ujęciu, niż jedynie co trzeci winowajca (bo dwóch wykpiło się znajomościami lub łapówką) dostanie dychę. Przestępcy wiedzą, że miejsc za kratami jest coraz mniej - czytają o oczekujących latami na wolne miejsce w celi. Jeszcze chwila a będą sporządzane... listy kolejkowe (jak kiedyś za maszynami do szycia, ale emeryci nie będą w nich wystawać, bo i tak końca kolejki nie doczekają).
    Zanim zakończę ten artykuł, życie (a dokładniej Onet, 16 stycznia 2006) podsuwa dalsze przykłady nowoczesnego a liberalnego podejścia do złodzieja samochodów, którego ostrzelała  i ujęła policja.
    Złodziej, widząc zbliżającego się policjanta, rozpędził skradzione auto w jego kierunku, usiłując go przejechać. Funkcjonariusz został potrącony. Drugi z policjantów użył broni strzelając w kierunku odjeżdżającego samochodu.
    Proszę zwrócić uwagę na dwa kolejne spostrzeżenia - Funkcjonariusze rozpoznali złodzieja, notowanego już za tego typu przestępstwa i zdecydowali się go zatrzymać. Jak się okazało, korzystał on właśnie z przerwy w odbywaniu kary pozbawienia wolności za inne kradzieże.
    I tu podwójny kompromitujący skandal - notowany facet, który powinien siedzieć (bowiem na wolności jedynie kradł), spaceruje sobie po mieście? Zapewne poprzednie wyroki odsiadywał w stopniu symbolicznym i wyszedł dzięki uczynnemu adwokatowi oraz sympatycznemu sędziemu. Ostatnie przestępstwo popełnił podczas przerwy w odbywaniu kary. Groteska?! A piwo przez nich nawarzone spija policja wraz z obywatelami. Należy zatem ustalić prawo, które zwiększy odpowiedzialność karną i finansową osób zwalniających przestępcę z więzienia (na przepustki i przedterminowe wyjścia) . Błędy tych osób (nawet najobiektywniejsze) muszą być badane według procedur charakterystycznych dla innych popełnianych błędów (służba zdrowia, ruch drogowy, wznoszenie budowli).
    W programie telewizyjnym wyemitowanym 17 stycznia 2006 ukazano specjalną grupę powołaną wyłącznie do ścigania samochodowych złodziei. Oficer przekazał informacje, które już nie szokują (przyzwyczajono nas do takich wieści) - Złodzieje po wyjściu z więzienia nie mają zamiaru żyć uczciwie, wręcz szkolą się w fachu podczas przymusowego postoju, a na przepustkach kradną kolejne samochody!
    W przypadku recydywy zawsze częściową winę ponosi system prawny, który dopuścił do powtórnego występku. Należy opracować procedury utrudniające powrót przestępców na niecną drogę oraz skonstruować system nagród i kar dla osób decydujących o zwalnianiu podsądnych z miejsc postronnych tudzież osób nieinteresujących się dalszymi losami byłych aresztantów.

    Tylko powstanie i aż Parada? - telestacje (13 stycznia 2006)
    Telestacje podały, że w sprawie Parad Równości w Warszawie i Poznaniu... Jakich Parad, co najwyżej parad! Jeszcze w liczbie pojedynczej można byłoby dyskutować, ale w mnogiej? Nawet bardziej szanowane wydarzenia pisujemy małoliterowo - rewolucja francuska, wydarzenia grudniowe, często powstanie warszawskie. A tu Parady Równości... Kiedy poloniści zaprotestują? Nawet powstała specjalna Komisja Języka Religijnego przy RJP - ileż religijnych określeń zmieniono w kierunku zmniejszenia pierwszej litery. Dziennikarze trzęsą spodniami? Nie napiszą Słuszny Protest Klasy Robotniczej, ale Parada Równości i owszem? Bo protest nie był zgłoszony do legalizacji, zaś Parada była? To może 1 i 3 maja odbędą się zalegalizowane obchody, zatem Obochdy Pierszomajowe oraz Obchody Trzeciomajowe? Co na to czołowi specjaliści od naszego języka?
    A przy okazji - właśnie odwiedziłem witrynę RJP i zapoznałem się z informacją - 22 grudnia 2005 r. Senat Rzeczypospolitej Polskiej przyjął uchwałę o ustanowieniu roku 2006 Rokiem Języka Polskiego. O obchodach tego święta będziemy informować na naszych stronach internetowych. Dobrze się składa - myślę, że oprócz akademii i zwyczajowych wyżerek (archaicznych konsumpcyj lub współczesnych konsumpcji), nasi czołowi poloniści zdwoją walkę z błędami w mediach. Wysyłam im wszelkie zdobyte materiały - oczywiście, zapomnijmy o jakichkolwiek podziękowaniach, bowiem wszelka działalność naruszająca monopol w jakiejkolwiek dziedzinie, jest niemile widziana - to podstawowe a odwieczne prawo obrony naznaczonego terytorium przez znakomitą większość żyjątek, w tym ssaków, w tym naczelnych, w tym ludzi, w tym polonistów.
    Kurier 3 (27 stycznia 2006) - Na Morzu Banda we wschodniej Indonezji. Jednak morze Banda (także morze Marmara), bowiem jedynie nazwy zawierające przymiotnik (Morze Czerwone) i rzeczownik w dopełniaczu (Morze Łaptiewów) piszemy z wyrazem Morze. Gdyby Banda pochodziło od nazwy zespołu Banda i Wanda, to byłoby Morze Bandy i Wandy, jeśli od gangu Olsena, to Morze Gangu Olsena. Jeśli odkrywcy mórz nie chcieliby uczcić imienia lub nazwiska, to byłoby (właśnie!) Morze Bandy oraz Morze Gangu... Gdybyśmy chcieli uczcić nazwiska Band i Gang, to wówczas byłoby Morze Banda oraz Morze Ganga. Jeszcze dziwniej byłoby, gdyby nazwy pochodziły od nazwisk pań; wówczas mielibyśmy Morze Band oraz Morze Gang, podobnie jak powieść (Henryka) Sienkiewicza oraz rola (Krystyny) Sienkiewicz. Jest kilka nazw mórz, które mogą sprawić kłopot - są rzadko stosowane i sugerują (błędnie!) pochodzenie od nazwisk. No, ale czy to jest powód do zmian sposobu pisania takich nazw? Nad tym problemem właśnie zastanawia się RJP.
    Tamże (22 stycznia 2006) - Obchodzona jest 143 rocznica powstania styczniowego. Niedobór kropki po liczbie porządkowej, zaś nazwa powstania powinna być od wielkich liter (może istotnie należy poprzeć szkolne wychowanie patriotyczne?). Czy wielkości tych liter mogą zależeć od stopnia poszanowania klawiszanta (lub jego szefa) dla tego (czy innego) powstania? Gdyby telestacje nie popełniały błędów, to można byłoby rozumować - pewne nazwy powstań dana redakcja preferuje pisać od wielkich liter, inne od małych; można byłoby dyskutować i spekulować, ale - z uwagi na mnogość błędów - nie wiadomo, na ile zapis został spowodowany świadomie, a na ile z nieprzemyślenia... Może skorzystać z pomysłu TVN24? Od paru miesięcy wszystkie litery na paskach u dołu ekranu, ukazywane są jako wielkie, czym (dzięki czemu) autorzy tych wiadomości gwałtownie polepszyli swoją polszczyznę - znacznie mniej popełniają błędów ortograficznych...

    "Surowy" wyrok dla piłkarza - Interia (25 stycznia 2006)
    Pod takim tytułem ukazała się krótka notka na witrynie, ale bez cudzysłowu. A cóż to za surowy wyrok? Jednak tytuł wyraźnie przewymiarowany (aby czytelnicy kliknęli), bowiem już na początku czytamy -  Jak przyznał sąd i obrońca, który nie wziął nic za swoją rolę - wyrok był dość surowy. No jeśli obrońca uznaje wyrok za niezbyt surowy, to znaczy, że jest on całkowicie mizerny. Zobaczmy, czy się pomyliliśmy.
    Były piłkarz Lecha Poznań został zatrzymany do kontroli drogowej 22 września 2004 r., ponieważ przekroczył dozwoloną prędkość. Okazało się, że ma około jednego promila alkoholu we krwi. Z dokumentów wynikało, że samochód jest pożyczony, a prawo jazdy kierowcy budziło zastrzeżenia - pisze "Gazeta Poznańska". Okazało się, że zarówno pieczęć, jak i podpis wystawiającego są podrobione. Również sam druk różnił się od oryginału. Obrońca zaproponował łącznie rok i trzy miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata próby, siedem tysięcy złotych grzywny, zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na dwa lata, 600 zł na cel społeczny i podanie wyroku do publicznej wiadomości. Zarówno prokurator, jak i sąd przychylili się do tego.
    No to teraz wiemy - za jazdę po pijanemu oraz za podrobienie dokumentów jedynie 15 miesięcy w zawieszeniu. A ile kosztowały budżet kilkuletnie poszukiwania naszego piłkarskiego reprezentanta oraz wszystkie czynności procesowe? Znane są przypadki autentycznego siedzenia za podrobienie błahszych dokumentów, ale w "sprawiedliwej" Polsce nie każdy ma dojścia do adwokata.
    Mirosław O. w 1993 r. miał już zabrane prawo jazdy na pół roku. Niefortunne, raczej zabrano.
    Musiało minąć prawie półtorej roku, aby w półtorej godziny we wrzesińskim sądzie zakończyła się sprawa Mirosława O., dawnej gwiazdy polskiego futbolu.  Może nie musiało, a na pewno nie półtorej roku, bowiem rok nie jest rodzaju żeńskiego. Częsty błąd i wystarczająco często objaśniany.
    Skoro zezwolono na podanie wyroku do publicznej wiadomości, to dlaczego jedynie Mirosław O.? Super Express (15 grudnia 2005) nie miał tylu skrupułów - Czy były gwiazdor Lecha, jeden z najbardziej utalentowanych zawodników w historii polskiego futbolu, wciąż nazywa się Mirosław Okoński, czy już tylko Mirosław O., pseudonim Oko? Podają, że za "Okoniem" zostanie wysłany list gończy. Grozi mu kara do 7 lat więzienia.
    Czy ksywka  nawiązuje do sieci czy do ryby? Przy okazji można dostrzec rozbieżność pomiędzy groźbą (7 lat) a karą (w zawieszeniu). Śmiechy... Jeśli w większości osoby znane, lubiane lub wpływowe (choć niekoniecznie lubiane) otrzymują mizerne wyroki, to może zamieścić w konstytucji odpowiedni zapis o forach dawanych osobistościom? Może internauci poruszą sprawę na swoich forach? Będzie jasno i uczciwie postawiona sprawa. A pewnie i sprawiedliwie, bo czy sprawiedliwość musi być równa dla wszystkich? Przecież sławnym ludziom należą się przywileje - nie po to dążą do szczytnego celu, rozsławiając Polskę w świecie, aby traktować ich jak pierwszych lepszych meneli... Jeśli jest na to społeczne przyzwolenie, to istotnie - wpiszmy to do zasadniczej ustawy. Owszem, podczas procesu sąd bierze pod uwagę poprzednie zachowania, w tym także obywatelskie osiągnięcia, ale dlaczego wyraźnie tego nie zapisać? Oczywiście, każdy z nas oburzy się - jak to, wszystkich należy traktować jednakowo, a może nawet wipi powinni być traktowani surowiej, jednak po wstawieniu do "wzoru na sprawiedliwość" konkretnych danych osoby ogólnie lubianej, tracimy bojowy zapał do równego traktowania wszystkich "jak leci".
    Po ustaleniu sposobu zapisywania wyrazów typu superdziewczyna, supercena, super-Polka, należałoby zmienić nazwę gazety na Super-Express, a nawet (po spolszczeniu drugiego segmentu) na Super-Ekspres lub Superekspres  (podobnie Teleekspres). Kiedyś wydawano kuryery, np. Ilustrowany Kuryer Codzienny. Redaktorem naczelnym był Marjan (tak wówczas pisano) Dąbrowski. Jednak teraz są kuriery (także kurierzy) i Marianowie (i Mariany - wyspy).
    Z początkowego groźnego tytułu, surowy pozostał jedynie tatar serwowany w pobliskiej restauracji, na który mogli się udać prawnicy stron obojga , aby dokonsumować ogłoszoną ugodę...
    Wydarzenia/Polsat pokazały (25 stycznia 2006) idiotyczną interpretację ochrony danych osobowych. Zdaje się, że to prawny wymóg naszego państwa, zatem trudno winić redakcję. Ukazano plakat z kilkoma przestępcami grupy, którą dowodził niejaki "Ojciec". Ponieważ tego ostatniego ujęto poprzedniego dnia, zatem przestał być poszukiwany listem gończym oraz uzyskał status podejrzanego i będzie oskarżony w procesie. Jakie to ma plusy? Ano zasłonięto mu oczęta i nie podano dokładnych danych. Resztę (ciągle poszukiwaną) pokazano w pełnej krasie i wymieniono z nazwisk. Błazeńskie prawo i cyrkowe jego wykonanie - kamera wodziła po plakacie, zaś zamazane (a ruchome) lico "Ojca" ledwo nadążało za obiektywem... Śmiechy czy absurd?

    Karykatury w "Rzeczpospolitej" - Interia (4 lutego 2006)
    Dzisiaj karykatury Mahometa zamieściła "Rzeczpospolita". Wolna prasa i wolne państwa nie mogą ulec szantażowi - pisze gazeta. Dodaje, że należy bronić wolności wypowiedzi "nawet, jeżeli nie zgadzamy się z ich treścią". Do publikacji gazety odniósł się premier Kazimierz Marcinkiewicz, który ocenił, że "wykroczono poza granice dobrze zrozumianej swobody wyrażania poglądów". Według premiera "rolą mediów nie może być prowokowanie nienawiści i propagowanie wrogości" oraz "ta niepotrzebna prowokacja ma miejsce w momencie, kiedy przez świat muzułmański przetacza się fala protestów w związku z wcześniej publikowanymi karykaturami".
    Wolność wolnością, ale (nie)odpowiedzialność leży po stronie wolnej prasy. Weźmie to na siebie? W ramach swobody i braku cenzury, prasa drukuje to, co "geniusz" rysownika mu podpowie. A autor kieruje się paroma zasadami - aby było głośno o jego rysunku, aby wzrósł nakład jego gazety, aby zyskał sławę i został doceniony finansowo przez szefów. Nie bierze pod uwagę nieszczęścia, które może dotknąć jego naród. Owszem, ryzykuje osobiście swoim życiem lub zdrowiem, bowiem rozmaici a krewcy potrafią być mieszkańcy w turbanach. Ale czy bierze pod uwagę, że może zostać zniszczone lotnisko w Kopenhadze lub słynny most w jej okolicy, a u nas budynek redakcji wraz z przyległościami. Po takim zamachu, okoliczni mieszkańcy (co przeżyją) będą przeklinać "bojowników o wolność słowa".
    Duni* to mały naród i w razie międzynarodowej zawieruchy, schowa się za plecami wielkich Stanów, które kolejny raz wyślą swoich synów, aby ratować światowy pokój. Zachowują się jak przedszkolak, który wie, że jeśli narozrabia w piaskownicy, to starszy a silniejszy brat załatwi sprawę za niego, nie wnikając dokładnie kto miał rację. Nasi "odważni" dziennikarze, zauroczeni ideą wolności słowa, solidaryzują się z takimi gawroszami. Ale w przypadku konfliktu to nie oni pojadą na linię frontu, to synowie zwykłych polskich a spokojnych obywateli tam pojadą. A naczelni wodzowie wolnej prasy skorzystają z trzech przywilejów globalnej wolności - wezmą paszport w garść, zawartość konta prześlą internetem i odlecą w bezpieczne miejsce nietanimi liniami... Mieliśmy kiedyś bohaterskiego ministra sprawa zagranicznych, który w maju 1939 roku wygłosił bardzo patriotyczne przemówienie, jednak nie on położył głowę za słuszną sprawę - został internowany w Rumunii, gdzie zmarł przed zakończeniem wojny i to chyba na niezupełnie waleczną modłę.
    Gdyby w międzywojennej Polsce istniała wolna (jak dzisiaj) prasa, to czy redakcje mogły zamieszczać karykatury z Hitlerem lub swastyką w roli głównej? Czy nasi (wątpliwi) sojusznicy pochwalaliby ten rodzaj swobodnej wypowiedzi wolnych obywateli? Być może, że nawet polscy dziennikarze machali zadziornie szabelkami i rozsierdzali hitlerowców, ale może byli nieświadomi grożącego niebezpieczeństwa. Jak ratownicy w Czarnobylu, którzy walczyli z żywiołem, dokładnie nie wiedząc, że promieniowanie ich zabije za parę miesięcy. Jak nasi rodacy, którzy demontowali elementy azbestowe w zgliszczach po nowojorskim WTC. Jak tamtejsi policjanci i strażacy, którzy nieśli ratunek, jednak niezupełnie świadomi zawalenia wież.
    Próbkę wyrażania swobody myśli mieliśmy tuż po odkryciu zbrodni w Katyniu - chcieliśmy sprawiedliwego osądu sowieckiego czynu licząc na poparcie wolnego Zachodu, ale ten nie miał zamiaru zadzierać z nowym sojusznikiem - istotnie, okazał się całkowicie... wolny w sprawie polskich żołnierzy, bowiem były ważniejsze (globalnej natury) interesy.
    Cóż zrobić z nawiedzonymi dziennikarzami, którzy dla własnej kariery działają wbrew polskiej racji stanu? Oczywiście - kto ma oceniać styk takiej kariery z ową racją? W latach osiemdziesiątych Jaruzelski był gotów akceptować rozmowy z konstruktywnymi krytykami, ale był podobny problem - kto miał zmierzyć konstruktywność zgłaszanego do rozmów krytyka?
    U nas mieliśmy podobny dylemat z panią (już) Znalską - gdyby doszło do poważnych zamieszek ulicznych, to władze wydałyby odpowiednie dyrektywy nie tyle bezpruderyjnym "twórcom", co "nowoczesnym" dyrektorom galerii. Ale sprawa się rozmyła w karykaturze procesu i niemal zniknęła, zatem czekamy na większy skandal, bo rozwój kultury (i "kultury") dłuższych przerw nie znosi. Teraz to Duni* podnieśli temperaturę sztuki przez duże "S", a za nimi inni nawołują do solidarności przez równie wielkie es. Oczywiście, wszyscy udają, że nie czytali przepowiedni Nostradamusa dotyczących konfliktu na pograniczu świata zachodniego z arabskim.
    Arabi* (w tym Saudzi*) przeżywają dwudziestokrotnie większą tragedię niż nasza chorzowsko-katowicka sprzed tygodnia. Na Morzu Czerwonym (Red Sea) kolejny menadżer* podjął decyzję wyzywającą Los na pojedynek pomiędzy nakładami a zyskami - zapewne zbyt wiele ciężkich pojazdów umieszczono ponad linią wodną statku i... kolejna katastrofa. Zabrakło łodzi ratunkowych, zatem powtórzono błąd z Titanica. A kapitanowi szczęśliwie udało zwinąć się (zamiast żagli, bo ich nie było). Podobnie może być z walecznymi redaktorami.
    W gdyńskiej Stoczni Remontowej Nauta kończy się skomplikowana przebudowa statku Red Sea, któremu zmieniono nazwę na American Freedom (Amerykańska Wolność). Odważnym dziennikarzom (Dunom* oraz rodakom z Rzeczpospolitej) proponuję wybrać się w rejs tym statkiem do portów Iraku i Iranu z pokojową misją, w ramach której nieśliby gołąbka pokoju oraz zajmujące interpretacje karykatur w aspekcie wolności, z darmowym ich rozdawnictwem...
    [Skoro już o czerwieni, Onet (4 lutego 2006) epatuje tytułem - Usunąć Lenina i Stalina z Placu Czerwonego  zapominając, że przymiotnikowe nazwy mórz, słowniki opisują od wielkich liter, zaś takich placów od... małych (żeby nie było za łatwo). Dwukrotnie wpisałem do forumowego kajeciku tę uwagę, ale cenzor skasował. I co parę dni dziennikarze nabierają się na te same numery - aż to zaczyna być nudnawe... Niech w końcu ustąpią poloniści pod naciskiem uzusu, wszak to dobry pretekst, a taka unifikacja dobrze zrobi wszystkim Polakom...].
    Kiedyś widziałem (w zachodnim czasopiśmie) fotkę wątpliwego płaskorzeźbiarskiego* dzieła - na krzyżu wisiał Syn Boży z wyeksponowanym a karykaturalnie wyolbrzymionym tematem zajmującym wiele miejsca w twórczości omawianej już pani, choćby w jej kontrowersyjnej instalacji. Zapewne "dzieło" popełnił jakiś liberalny profanator, ale nie jest wykluczone, że mógłby je popełnić jeden z wielkich uznanych światowych twórców, choćby w malignie albo pijackim zwidzie, i co wówczas? Zniszczyć, zapomnieć, nie zamieszczać w albumach, zamknąć w sejfie, pokazywać tylko wybranym znawcom sztuki? Może zamieszczono by w małonakładowym fachowym piśmie, jednak z pewnością nie byłby to wizerunek (wszak nie "imaż"*) powszechnie obnoszony, choćby podczas kolędowania, na pamiątkowych obrazkach dla dzieci.
    Czy będzie świętokradztwem stwierdzenie, że gdyby Jezus dzisiaj żył i nauczał, to - dostrzegając teraz znacznie większe dysproporcje wśród ludu swego - powiódłby wyzyskiwanych ludzi ku bezkrwawej proletariackiej rewolucji zwalczającej nazbyt chciwych burżujów? Czy taka artystyczna wizja mogłaby być przedstawiona w telewizyjnym teatrze katolickiego kraju? Pewnie nie w 1990 roku, ale po kilkunastu latach niepohamowanego okradania ludzi pracy?
    Duni* (i *Skandynawi* w ogólności) mają coraz większe kłopoty ze spijaniem nawarzonego mleka - Arabi* nawołują do bojkotu ich znakomitych wyrobów z białego płynu, zamykane są fabryki, pracownicy tracą miejsca pracy, konsulaty oblewane są farbami, zaś flagi są bezczeszczone. Bo komuś zachciało się manifestować wolność słowa w mediach docierających do ludów nieznających tego pojęcia, a mających gorące piachy, paliwa do aut, lufy karabinów i takież głowy.
    Co ciekawe - niepapierowe media komentując cały skandal... pokazują owe rysunki licząc na swego rodzaju immunitet. Arabskie gazety również zapoznają swych czytelników, odpowiednio zagrzewając ich do boju.
    Rzeczpospolita powinna być gazetą informacyjną, stonowaną, niepodlegającą emocjom oraz kontrolowaną przez rząd (jako jedyna powinna być dziennikiem rządowym!). Jeśli Niemcy, Rosjanie, Arabi* lub Chini* uczynią nam afront, to owo medium powinno być ostatnim organem, któremu puszczają nerwy. Ktoś musi trzymać fason w naszym kraju. Albo niech gazeta zmieni tytuł, choćby na Pospolita i wówczas może sobie eksperymentować częściej niż pod obecną nazwą (przy znacznie niższym nakładzie, bowiem - im mniejszy nakład, tym na więcej można sobie pozwolić, także z machaniem czerwoną płachtą przed tonowym bykiem...). Czy polska gazeta odważy się zamieścić, w ramach bronionej wolności słowa, niewybredne karykatury z gwiazdą pogromcy Goliata lub przedrukować dowcipy naszych zachodnich sąsiadów na nasz temat, np. (o innym Dawidzie): Dlaczego David Copperfield musiał odwołać swój występ w Polsce? Ponieważ nie było żadnego zainteresowania - znikanie w Polsce nie jest niczym niezwykłym.
    Dochodziły do nas sygnały o zachodnich audycjach szydzących z Jana Pawła II, także dowcipy i karykatury. Czy również w tym przypadku dziennik - o nazwie naszej Ojczyzny - równie gorliwie stosował wolność słowa i jego przekazu?
    W świecie polityki także są wybuchowi działacze (choćby rosyjski szef nacjonalistycznej partii), przy których nie należy wygłaszać zbyt prowokacyjnych poglądów, bowiem grozi to wodooblejstwem*, a nawet mordoobiciem*.
    Jak zareagowalibyśmy, gdyby za granicą naszkicowano ptaki siadające na dachu, który wali się pod ich ciężarem z komentarzem - polskie gołębie miłujące pokój w Domu Bożym...
    Nazajutrz dyskutowano w telewizji o homofobii. Biskup Pieronek napomknął coś o dewiacji i ktoś zauważył, że w takiej Szwecji miałby za to proces. Jeszcze chwila, a nie będzie można wyrażać stonowanych uwag dotyczących okaleczonych a nieszczęsnych ludzi, którym krzywdę wyrządziła Natura lub sposób bycia, a którzy nachalnie chcą zajmować coraz szersze pasmo społecznego zainteresowania, znacznie szerszego, niż wynikałoby to z ich liczebności. Ale będzie można szydzić z religii! Ot, w jakich czasach przyszło nam egzystować... Wzorem powieści o Szwejku, po knajpach będą szwendać się tajniacy zapisujący na mankietach opinie o gejach. Po kilku dniach, właściwe służby zapukają do naszych drzwi i w kajdankach odstawią na przesłuchanie. W drodze do komisariatu zauważymy bilbordy z reklamą kaszki dla niemowląt, którą Matka Boska podaje Synowi, zaś w areszcie obejrzymy sobie kolejne gazetowe karykatury, tym razem związane z rocznicą odejścia naszego wielkiego rodaka. Nigdzie żadnego dowcipu o gejach. Nawet z podręczników fizyki zniknie definicja moment dewiacyjny, aby nie urazić niedowartościowanych współobywateli... Także zboczenie z kursu statku będzie prawnie zabronione, a jeżeli już do niego dojdzie, to cenzura zatrzyma taką informację.
    Jeśli inżynier popełni błąd w obliczeniach albo weźmie kopertę za "uproszczenie metod obliczeniowych", zaś strop może runąć albo istotnie runie, to jest pociągany do odpowiedzialności za sprowadzenie zagrożenia dla życia ludzkiego. A co z dziennikarzem sprowadzającym znacznie większe zagrożenie na cały naród? A co z politykiem?
    Przy okazji o tytule gazety. Właśnie prof. Bralczyk w swojej telewizyjnej audycji napomknął, że jej nazwy raczej nie odmienia się (w Rzeczypospolitej, z Rzecząpospolitą). Mała poprawka - bodaj nikt nie deklinuje w piśmie w podany sposób (w mowie bardzo rzadko), choć wielu stosuje deklinacyjną oboczność w przypadku oficjalnej nazwy naszego państwa. Istnieje umowa w (polskim) świecie dziennikarzy w tej materii, która jeszcze nie dotarła do świadomości polonistów i autorów słowników (nie nadążają). Informacja z pierwszej ręki, czyli z redakcji Rzeczpospolitej - Odmianę typu "Rzeczypospolitej" stosujemy na łamach "Rz" tylko wtedy, gdy chodzi o nazwę państwa. W tytule naszej gazety nie odmieniamy pierwszego członu.
    Powyższy tekst przesyłam również do omawianej redakcji, ale w ramach wolności słowa nie zostanie wydrukowany, nie wspominając o ewentualnej wierszówce... A może zawstydzą mnie i potrząsną sakiewką?
    * - propozycje dla geografów i polonistów

    Tysiąc za dziecko - Dziennik Bałtycki (6 lutego 2006)
    Od 9 lutego ruszą wypłaty tzw. becikowego. Wszyscy rodzice dzieci urodzonych po 1 listopada 2005 otrzymają 1 tys. zł.
    Jednak nie wszyscy rodzice dostaną po tysiaku - jeśli dziecię ma dwoje rodziców to dostaną po połowie, czyli po 500 zł (choć nadal jest to tysiączek, jednak na rodzinę, nie na rodzica). Ale popełniono merytoryczny błąd i istotnie mogą dostać po tysiąc złotych rodzice zameldowani w dwóch różnych gminach. Państwo nie jest technicznie przygotowane na sprawdzenie zbyt zapobiegliwych rodziców, którzy wezmą podwójne becikowe, a nie starczyło urzędnikom inwencji, aby wypłacać po prostu w miejscu zameldowania oseska.
    Ponadto rodzice mogą otrzymać jeszcze 1 tysiąc złotych. Kwota ta przysługuje rodzinom, w których dochód na osobę nie przekracza 504 zł.
    A co z rodzinami, u  których dochód wynosi 505 zł na osobę? Czy mogą przeznaczyć datek na zbożny cel, aby zejść poniżej zaczarowanej granicy i czy takie działanie jest legalne? W naszym prawie powinna zaistnieć fundamentalna zasada, że przekroczenie pewnego limitu powoduje stopniowe zmniejszanie świadczenia, a nie całkowite jego wstrzymanie. To powinno być raz na zawsze ustalone, aby nie kompromitować logiki stosowanej na społeczeństwie. Brak logiki zarzucano sądowi w sprawie zarzucenia pomysłu ze zrzucaniem dachowego śniegu. Brak logiki mamy po wejściu Polski do Unii (wszelkie opłaty za wwożone auta miały być zlikwidowane). Braki mamy także w konstytucji, w której wiele napisano o bezpłatności w sferze nauki i opieki zdrowotnej. Skoro na wysokim szczeblu popełniane są poważne błędy logiczne, to czego wymagać od zwykłych obywateli?
    Każdy szlachetny pomysł rodzi szereg możliwości obejścia przepisów. To powoduje konieczność opłacenia kosztownego aparatu sprawdzającego, sądzącego, więziennego. Po roku okaże się, że przestępczość w Polsce wzrosła z powodu wprowadzania pięknych idei. Ileż przewałów notuje się po wprowadzeniu szczytnych haseł w życie - fundacje, zbiórki, zasiłki socjalne, pomoc powodzianom...
    Nazajutrz telestacje doniosły, że pani Tysiąc poskarżyła się na nasz rząd w trybunale w Strasburgu. Zdumiewające są niektóre stanowiska rządów (nie tylko polskiego) - w sytuacjach, kiedy unijni sędziowie najczęściej zajmują stanowisko proobywatelskie, władze brną w ślepe uliczki, na końcu których jest kompromitacja wymiaru sprawiedliwości i konieczność wypłaty odszkodowania. Nasz rząd mógłby ponieść znacznie niższe koszty w postępowaniu ugodowym, ale doprowadzając sprawę do Strasburga, buduje (niechcący!) obywatelskie prawo. Zdaje się, że wyrok w sprawie pani Tysiąc przysporzy jej nie tylko (gorzkiej) sławy, ale i paru tysięcy europów i będzie dotyczyć tysięcy Polek. A może ów tysiąc becikowego to na cześć omawianego nazwiska? Jak meserszmit (samolot) na cześć Messerschmitta, ajnsztajn (pierwiastek) - Einsteina, aksel (element jazdy figurowej na lodzie) - Axela i dizel (silnik) - Diesla?
    Omawiana gazeta nie tylko wspomina o urodzeniach. W notce pod tytułem - Zmarł majstarszy medalista pisze o 94-letnim włoskim medaliście z Los Angeles (1932). Byłby majstarszy, gdyby zmarł w maju, a teraz, to raczej lutstarszy...

    Dobra wiadomość - Fakt (9 lutego 2006)
    Bezpośrednią przyczyną śmierci hinduskiego marynarza był zawał serca. To dobra wiadomość - oznacza, że ptasia grypa może nie dotarła jeszcze na Litwę.
    Pocieszającą informację proszę wysłać rodzinie. Inne dobre wieści ostatniej dekady - wszystkie ofiary zawalenia hali zginęły natychmiast, nie w wyniku zamarznięcia. I media mają rację - skoro już ktoś umarł, to dlaczego pozostali przy życiu szczęściarze nie mogą doszukiwać się plusów w wielkim minusie? Samopoczucie się nam poprawi, a pechowcom już i tak nic nie zaszkodzi. A jednak wyczuwamy gafę, nieprawdaż?
    Tuż poniżej zamieszczono informację o kolejnym biciu rekordu. Jednak w tytule rekordzistę nazwano Fossett, zaś w treści - Fassett. Wyszukiwarka przekonywa (40 lat temu, w podręczniku fizyki napisano - wahadło wykonywa ruchy, jednak jest to forma poprawna jeszcze dzisiaj!) do pierwszej wersji. Jego pożywieniem będzie mleczny koktail z witaminami. Nie podano, kto mu będzie serwował, ale powinno być koktajl. To każe przypuszczać, że poprawną formą długiego odpowiednika poczta elektroniczna (w naszym języku) powinien być wyraz emajl (nie e-mail). Dawniej pisano coctail, zatem jest nadzieja, że będą adresy emajlowe. I to (dopiero) jest dobra wiadomość!
    Onet (11 lutego 2006), po udanym pobiciu rekordu (ponad 42 tys. km; także dobra wiadomość) - Poprzednią próbę okrążenia ziemi na superlekkim samolocie Fosset podjął w ubiegłym roku. Facet okrążył Ziemię, a my nawet nie potrafimy poprawnie napisać nazwy najważniejszego (dla nas) globu...

    Bykołówstwo - TVN24 (9 lutego 2006)
    W resorcie będzie odpowiadał za rybołóstwo. "Dzięki" takim bykom, rozkwita moja branża - bykołówstwo... Nazajutrz, przed rozpoczęciem igrzysk w Turynie, pokazano panią z Wirginii, ale podpisano turystka z Virgini, serwując nam dwa błędy na obu skrajach wyrazu (skrajne ortograficzne błądzenie?). Mogła być z Alaski lub Arizony, ale pech chciał, że ze stanu o kłopotliwej nazwie. Czekamy na wizyty mieszkańców Californi, Texasu, New Yorku. Inna sprawa, że większość rodaków, jeśli już zdoła napisać po polsku Wirginia, to czyta ni to po polsku, ni to po angielsku - [wirdżińja], a jeśli po angielsku, to wówczas powinna być zamorska pisownia - Virginia, jednak nie jest to nazwa polska, i... (błędne) kółko się zamyka. Już w szkołach podstawowych należy wpajać uczniom, że "polskie wyrazy piszemy i czytamy po polsku", zatem stan oraz imię żeńskie Wirginia, tytoń wirginia oraz imię męskie Wirginiusz, czytamy w krytycznych miejscach (jak w polskich wyrazach) - w [wir], g [giń]. Anglicy nazwę instrumentu virginal mogą czytać po swojemu, ale po polsku piszemy i czytamy wirginał.
    Redakcja ma wielkie poszanowanie dla niewielkiego alpejskiego kraju - 11 lutego, podczas omawiania kredytowego problemu (zaciągać w złotówkach, czy w obcych walutach), podpisała na planszy - kredyty we Frankach Szwajcarskich. Może istotnie pewne waluty zasługują na większy szacunek, wszak nie sądzę, aby napisano Złotówki lub Ruble. Tegoż dnia - Izraelski samolot wojskowy ostrzelał samochód wiozący bojowników palestyńskich. Niezbędny przymiotnik, bowiem moglibyśmy podejrzewać, że to pasażerski samolot ostrzelał auto. Jednak nadal nie wiemy, czy wóz był cywilny, czy również wojskowy. Prawdopodobnie w Izraelu nie nazywają  tych Palestynów* aż tak elegancko. Językowe nerwy by nam puściły, gdyby ktoś wysadził nam największy dworzec, ale z oddali stać nas na dyplomatyczne nazewnictwo. W razie czego, to i Czeczeni oraz Tybetanie* są także bojownikami o wolność (co na to Rosjanie i Chini*?).
 * - nowe spojrzenie na nazwy narodów (z Niemcami, Czechami, Włochami, zatem również z Filipinami)

    Obrazu obraza - TVN24 (11 lutego 2006)
    No i mamy kolejną aferę - na okładce pisma Machina znajduje się przeinaczenie słynnego obrazu - zamiast Madonny Jasnogórskiej, zamieszczono wizerunek piosenkarki Madonny z jej córką (o imieniu... Lourdes) zamiast dzieciątka. Każdy taki wyczyn obliczony jest na skandal i na zamęt, i w każdym znanym przypadku, osoby (nie)odpowiedzialne recytują wyuczone formułki typu - "nie było i nigdy nie będzie naszym celem obrażanie niczyich uczuć religijnych czy jakichkolwiek innych" (i tak było w tym przypadku). Oczywiście, każda z tych osób doskonale wie, że wywoła skandal i obrazi tysiące osób, ale z udawaną inteligencją "pali głupa". W telestacji TVN24 wystąpił Wojciech Cejrowski. Jak nigdy dotąd, musiałem zgodzić się z tym kontrowersyjnym podróżnikiem i moralistą - wypowiedzi wyważone i trafne. To nie był wizerunek zacietrzewionego fanatyka religijnego. Gość programu doskonale wyłuszczył problem w aspekcie aktualnego polskiego stanu katolicyzmu. Nawet popijanie peruwiańskiej herbatki nie przeszkadzało w zrozumieniu jego poglądów. To, co uchodzi w "postępowej" Ameryce, niełatwo trafia na polski niepodatny grunt. Ten wywiad powinien być opublikowany w papierowych mediach!
    Istotnie - każdy może tworzyć cokolwiek mu ślina na język przyniesie albo farba na płótno. Kwestia upowszechnienia, a ta leży w gestii osób publikujących dzieła i "dzieła" - dyrektorów galerii i mediów. Tak było w sprawie Nieznalskiej, kopenhaskiej karykatury i "machinalnej" aluzji do obrazu z Jasnej Góry. Przecież można sobie wyobrazić nawet, że podobną wizję przedstawiliby podczas wolnych zajęć (albo nawet podczas lekcji) studenci teologii a nawet przyszli księża w seminarium duchownym. Jako żart i forma dyskusji - dlaczego nie? No, może jednak bez słowa cycki przy wizerunku Madonny!
    Gdyby omawiana przeróbka ukazała się choć wewnątrz numeru, ale nie - to miało szokować na całego i od samego początku, zatem dano na okładkę!  Ważne też są intencje autorów - jeśli ktoś sobie nasmaruje dziełko na ścianie w piwnicy, w brudnopisie na wykładach to takie działanie ma inny wydźwięk, a inny, jeśli czyni to świadomie dla kasy. A komercyjne rozpowszechnianie to już poważne uchybienie wobec (w opisywanym przypadku) konserwatywnych (ale nie zacofanych!) katolików polskich.
    Jakie byłoby najrozsądniejsze rozwiązanie w wolnym kraju? Podjęcie przez dziennikarzy bojkotu rozprzestrzeniania informacji o takich skandalach. To same media służalczo donoszą o wszelkich odstępstwach od normy i nakręcają skandal, a przecież o to właśnie chodzi prowokatorom! A co było z rozszyfrowaniem nazwy PZPR albo z piosenką opiewającą alkoholowe zapędy księdza? Podanie sprawy do sądu jedynie roznosiło wieści, które - zdaniem powoda - powinny być ocenzurowane. Zatem, jeśli komuś autentycznie zależy na spokoju, to nie powinien nagłaśniać sprawy. Ale w towarzystwie plotkarzy (tu media) - kto solidarnie przemilczy niemiłą aferę? Wystarczy jeden wyłom, a zaraz ruszy cała lawina, zatem w praktyce jest to niemożliwe...
    Gdzie jest kres profanowania? Można przecież reklamować zalety dystrybuowanego gazu na tle bramy z napisem "Arbeit macht frei" na słynnej bramie największego obozu zagłady, z wyjaśnieniem owego koszmarnego cytatu, że "ciężko się w życiu już napracowałeś, zatem zasłużyłeś sobie na nowoczesny kocioł, który zwolni cię od niewdzięcznej pracy przy dotychczasowym piecu". (Przy okazji - skoro można dać na imię Lourdes, to może i Auschwitz lub Birkenau?). A nieograniczone możliwości rolki okołosedeskowego papieru? Tam można wszystko zamieścić? Motywy religijne, flagę państwową, słowa hymnu, lubianych i nielubianych polityków, słynnych homosiów (a dla równowagi także heterosiów), budynki typu Pałac Kultury i Nauki, okrągły Sejm, świątynie? No i co z tego, że po miesiącach prawnych i medialnych bitew okaże się, że jednak popełniono występek? Autorzy mają to wkalkulowane w koszty. Czy jest granica wolności (ordynarnego) słowa tudzież obrazu? Nie ma - jutro "twórca" przyoblecze w stringi symbol Państwa albo Kościoła i powie, że nie chciał nikogo obrazić...

    Kobieta - samica człowieka - Newsweek (12 lutego 2006)
    Branża nierówności męsko-damskich nie jest drażliwa jak hetero-homo. W ciekawym artykule Laser namierza oszusta (zastosowanie nowoczesnej techniki w czytaniu myśli) zamieszczono komputerową sylwetkę człowieka. Pojęcie człowiek większości kojarzy się z mężczyzną (nie z kobietą) do tego stopnia, że bodaj wszystkie pisma (naukowe i popularno-naukowe; oczywiście z wyjątkiem artykułów o zdrowiu dam) ukazują wyłącznie samca najbardziej naczelnego ssaka i do głowy im nie przyjdzie, że jest to wbrew wpajanym nam zasadom równości płci. W czułej gejowskiej dziedzinie mielibyśmy już stertę protestów pisanych i szarpaninę protestów ulicznych, prawników maści wszelakiej oraz wypowiedzi antyhomofobów, w tym samych kobiet, które jednak w opisanym przypadku nawet palcem nie kiwną. Chyba pogodzono się, że przedstawicielem ludzkości jest człowiek mężczyzna, zaś kobieta to samica człowieka (jak słoń i samica słonia, choć pewnie żyrafa i samiec żyrafy - to na pocieszenie emancypantek...). Owe ludzkie samice są za to chętnie pokazywane na przeróżnych ilustracjach całkowicie odbiegających od wizerunków cyfrowych warstwic, wręcz przeciwnie - są jak najbardziej cieliste (nie numeryczne), zaś warstwa odzieży jest najczęściej mnożona przez nikły wskaźnik przezroczystości, i tylko w tej formie zapewniają sobie znakomity filmowy, kioskowy i internetowy zbyt... Modne są także modowe wybiegi dla osobniczek płci pięknej. Ponieważ miejsce pokazu przypomina wybiegi dla pięknych rasowych zwierząt (konie, psy), zapewne stąd i przyjęta nazwa także wobec (właśnie) samic człowieka. Zresztą często nie mają więcej na sobie niż niejedna... klacz (z derą na grzbiecie, czy uzdą), zatem - istotnie - termin człowiek byłby tu przewymiarowany...
    Tygodnik nie oparł się erotyce - Operatorzy kamer telewizyjnych nie będą odstępować olimpijczyków nawet na krok, co wobec rozdawnictwa gumowych precjozów mających chronić bardziej przed chorobami niźli przed rozpustą, nabiera ciekawego pozasportowego znaczenia, choć też dotyczy zmagań... Każdy krok ma swój urok, zatem wyczyny nabierają (różowych) rumieńców.... Pod koniec numeru zamieszczono wizerunki pięknej Mai (ubranej i nagiej - słynniejsze dzieło mistrza Goi) z podtytułem Dzisiaj sztuka nie zna tabu i dlatego jest mniej zmysłowa. Niech wezmą to pod uwagę kamerzyści od wspomnianego kroku, ponieważ dotyczy to również sztuki telewizyjnej. A przy okazji potwierdzono poprzednią tezę o człowieku - kobiety zwykle rządzą w domu, nawet generałami, ale nauka (i niestety wojna), to domena samców. Tamże dowiadujemy się, że sztuką może zostać niemal już wszystko - Gwiazda sztuki zdołała wywołać skandal instalacją "wszyscy, z którymi spałam" - namiotem, którego wnętrze ozdobione zostało nazwiskami osób, z którymi artystka dzieliła łoże. Pismo nie podaje liczby zaszczyconych szczytem ze szczytową (topową) damą u szczytu jej łóżka (i kariery), ale i tak to porządna (albo skryta) niewiasta - nie załączyła (pominęła milczeniem?) plansz z napisem "facet nieznany". Apropo (przestrzennej) instalacji - prokreacyjny balet to także sztuka: sztuka dynamicznej instalacji. Gdzie sztuka, tam również aktorzy, i dlatego uczestnicy posuwistego (nie tańca i nie tarcia, choć to siostrzane branże) spektaklu Eroticon, każą się tytułować aktorami (czynni aktorzy pojedynczej roli, bierne aktorki powielalnej roli). Instalator to model, zaś instalatorka to modelka. No i nie można już wyśmiewać dwóch instalatorów w parze (także instalatorek, choć parzenie jest niemożliwe) - grozi to pozwem sądowym...
    PS  W tygodniku poinformowano (jak w większości mediów) o odgruzowywaniu i wydobywaniu spod gruzu, jednak na placu po byłej hali w Chorzowie (nie w Katowicach!) nie zauważono ani muru, ani cegły. Zalegają tam poskręcane konstrukcje stalowe, szkło, no i zapewne połamane płyty kartonowo-gipsowe, które mogły przypominać gruzik, chociaż bardziej tynk.

    Na wyspie Rugia! - TVN24 (15 lutego 2006)
    Na porannych paskowych wieściach - Na niemieckiej wyspie Rugii znaleziono kilka padłych ptaków. A gdyby znaleziono na polskim Wolinie, to napisano by - na wyspie Wolinie? Wieczorem już zmieniono na - Na niemieckiej wyspie Rugia... Pewien polonista radzi, aby pomijać wyrazy typu wyspa, miasto, stan i wówczas nie będzie kłopotów. Ale co zrobić, jeśli ktoś się uprze i nie skorzysta z rady (co nie jest przecież błędem), zwłaszcza że często widz może nie znać geograficznej kategorii omawianej nazwy (wielu nie wie co to jest Sambia, choć leży ona niedaleko miasta Gdańska/Gdańsk, a bardzo daleko od miasta Nowego Jorku/Nowy Jork; na półwyspie Sambii/na półwyspie Sambia; w stolicy Warszawie/w stolicy Warszawa?). Dziesiątki problemów językowych sobie stworzyliśmy i po wiekach ciągle w nich grzęźniemy. Na pocieszenie przydałyby się równie hiobowe wieści rodem z innych języków. Ale poloniści jakoś nas nie pocieszają - może nie znają obcych języków (w stopniu umożliwiającym dyskusje)? Albo nie chcą nas zamartwiać podobnymi idiotyzmami panującymi w obcych językach...
    Na podobną minę wszedł Kurier 3 (20 luty 2006) - Na niemieckiej wyspie Rugii rozpoczęto prewencyjne wybijanie drobiu. Również w landzie Meklemburgia Pomorze Przednie... (przed Pomorze powinien być dywiz).
W Niemczech wykryto kilkadziesiąt przypadków zarażenia ptasząt koszmarną odmianą grypy. U nas jeszcze nie potwierdzono żadnego. Właśnie - nie potwierdzono! A to nie oznacza, że nie było! Z rachunku prawdopodobieństwa oraz z analizy poziomu naszej techniki medycznej w aspekcie oszczędności w branży ochrona (sic!) zdrowia, można wysunąć niemal pewne twierdzenie - skoro w Niemczech stwierdzono wiele grypowych ptasich dramatów, to w Polsce mamy już tę plagę, jednak jej jeszcze nie odkryto...
    Kiepsko coś nam, Polakom, idzie na zimowych igrzyskach w Turynie. Takoż i na językowym polu. Mamy tam szereg dyscyplin o nazwach zbyt obco brzmiacych, żeby się przy tym nie zarumienić. Zdumienie budzi słowo biathlon. Wydawać by się mogło, że już zostało "dokładnie i ostatecznie"spolszczone, a tu taka gafa... Przecież piszemy maratHon, zenitH, AfgHanistan, BagHdad, EstHera, gHetto, NazaretH, RHen (z pominiętym H). Co dzieje się z naszymi dziennikarzami? Chodzili do szkół, pisali matury, ukończyli studia i co? Brak w nich polskiej duszy? Jeśli mamy dwa zaakceptowane słowa, z których jedno jest "bardziej polskie" (np. biatlon/biathlon, dizel/diesel, imaż/image), to które słowo powinien zastosować polski dziennikarz, w ogóle Polak?

    Włocha włoski włosek - Onet (18 lutego 2006)
    Skandal we Włoszech - dymisja ministra. Włoski minister ds. reform Roberto Calderoli z Ligi Północnej podał się do dymisji w związku ze skandalem, jaki wywołał nosząc koszulki z karykaturami Mahometa. To właśnie z jego zachowaniem wiąże się gwałtowną demonstrację przed włoskim konsulatem w Bengazi w Libii, w której zginęło według tamtejszej policji 11 osób. Jego ustąpienia żądał premier Silvio Berlusconi i cała opozycja.
    I niejaki Calderoli wypadł (na własne życzenie) z roli, można wręcz powiedzieć, że sam się wyrolował. Gdyby rysunki nosił cokolwiek niżej, np. na swych reformach (czyli na końcu swoich ministerialnych właściwości; tamże spłynął zapewne jego cały rozum), to dopiero byłby skandal wśród włochów i innych kędziorów. Włosi są za wolnością słowa i publikacją żartów wszelakich? To może niech przetłumaczą (jeśli to możliwe) wszystkie polskie możliwe a niewybredne gry słowne związane z naszą nazwą ich państwa, okraszone odpowiednimi rysunkami - włochy i włoski na Włoszkach; miła Włoszko, pokaż swe urocze Włochy, a ja przybliżę ci moją krainę; Italia, Włochy i Kudły/Kudlia to nazwy jednego państwa.
    Nie trzeba być Polakiem, aby - patrząc na mapę Obuwii (Obuwia) - zauważyć związek z butami i szewską pasją, ale trzeba być Polakiem, aby - słysząc o Kudłach (Kudlii) -  zauważyć związek z fryzurą i cyruliczą pasją. Ongiś Włosi (Itale/Italowie) mieli rację, prosząc nas o zmianę nazwy na Italia, a właściwie powrót do niej. Właściciele biur turystycznych oraz ich klienci wolą ulegać zaproszeniom do słonecznej Italii niż do słonecznych Włoch. Te ostatnie są dobre raczej na deszczowy zjazd fachowców od strzyżenia z nadmiaru włosia lub specjalistów od niedoborów tegoż. Po łacinie pilus (włos) przypomina swojski wyraz pijus, a już włosy to po łacinie pili, zatem wszystko jasne - Włosi zbyt dużo ostatnio pili!
    Obserwując zachodnich polityków (także już i naszych) z niepokojem można odnotować, że wyśrubowane wynagrodzenia fundowane przez unijnych (w tym polskich) podatników, powodują gwałtowne zmiany osobowości naszych kosztownych reprezentantów - stan zdrowia psychicznego znakomicie podupada. Coraz więcej młotków bawi się w chuligańską politykę, zyskując menelską sławę kosztem życia innych ludzi. Jeśli dziecko bawi się zapałkami w stodole, to wiemy co robić, ale kiedy polityk bawi się nimi na beczce prochu, to procedury zawodzą. Czy tacy palanci nie czytali przepowiedni Nostradamusa?
    A nazajutrz Onet donosi - Nowy napis na koszulce włoskiego ministra. Zmuszony w sobotę do dymisji za noszenie koszulek z karykaturami Mahometa włoski minister ds. reform Roberto Calderoli ma już nowy T-shirt przygotowany na kwietniową kampanię wyborczą. Widnieje na niej napis: "Jestem dumny, że jestem chrześcijaninem". "Moja nowa koszulka nie jest przeciwko islamowi, lecz jest pochwałą chrześcijaństwa. Tym razem jej wydźwięk jest pozytywny, ale idea pozostaje ta sama" - powiedział Calderoli, cytowany przez niedzielną prasę włoską. Minister kultury Rocco Buttiglione, gorliwy katolik, pochwalił najnowszy pomysł Calderolego. "Też założę taką koszulkę" - dodał.
    Gdzież niby owa italska kultura? Światowe osiągnięcia w architekturze, muzyce, literaturze, filmie, spora przerwa i mamy - karykatury na koszulkach... Upadek kultury Rzymu! Zaraz inni politycy będą wdziewać fatałachy z ponadreligijnymi napisami - jestem nieprzekupny, jestem uczciwy, nie biorę... Ale co uczynią wierzący, jeśli złośliwi celnicy, policjanci, prawnicy, rektorzy, lekarze założą podkoszulki, mundurki, togi, czy kitle z napisami typu - Nie biorę, choć jestem wierzący?
    Na północy Polski mamy również radnego o sympatycznym nazwisku Koziołek (po łacinie - Capellus). Jest bardzo religijny i nawet ogłosił się mesjaszem. Ale Calderoliemu zaszkodziło italskie słońce; nie wiadomo co naszemu Capellusowi? Polska zima z grubodachowym śniegiem? Ale kiedyś była sławna Włoszka (choć z Węgier, czyli nasza bratanica) niejaka Cipolina, Cycolina, czy Ciciolina, która parlamentarnym chłopakom pokazywała przeróżne własne (już włoskie) włoski oraz - jakże dowcipne a nieparlamentarne - (c)uda... I to wszystko o rzut biretem od Watykanu?!

    "Nowy Dzień" daje 5 milionów zł! - Nowy Dzień (23 lutego 2006)
    Dyrygent Filharmonii Poznańskiej dzięki lukratywnemu kontraktowi podpisanemu przez byłego marszałka województwa wielkopolskiego zgarniał 1 mln zł rocznie!
    Po zmianie wachty okazało się, że nie jest łatwo pozbawić dyrygenta posady - grozi to wypłatą znacznego odszkodowania. Z jednej strony mamy pusty państwowy skarbiec, na straży którego stoją budżetowi działacze państwowi oraz niższych szczebli. Powinni być gospodarzami powierzonego majątku i roztropnie nim dzielić się z tłuszczą. Istotnie, zdaje się, że są oni rozważni w stosunku do plebsu, zaś wyjątkowo sprzyjają kulturze. Szkoda, że za podatników pieniądze. Nie o takich mecenasach marzyliśmy.
    Dziwne jest i to, że ubogi polski naród, który jest rządzony przeważającymi siłami ludzi, którym wychodzi słoma butami, nie opracował procedury kontrolującej wydatki hojnych miłośników kultury na rzecz (choćby najwybitniejszych) osobistości tejże dziedziny. Każdy kontrakt powinien być jawny i umieszczony w internecie. Przez trzy miesiące dziennikarze, politycy oraz polscy obywatele (a podatnicy), mogliby wnosić zastrzeżenia natury moralnej i finansowej, w aspekcie kulturalnego geniuszu geniusza. Nie można zwykłym rodakom wciskać opowiastki o jego biedzie i braku kasy na operacje ratujące życie, a jednocześnie informować o finansowo wybujałych kontraktach z wybrańcami losu. Można być mecenasem za swoje, a za składkowe należy wyliczać się przed ludem z wydatków. A teraz to upadły wojewoda może grać na cymbałach w orkiestrze milionera jako klakier tego dyrygenta i swoich pomysłów. Jak były niemiecki kanclerz, który za gigantyczne pieniądze będzie przetaczał gaz prezydentowi Rosji, ze Wschodu przez Morze Wschodnie (Ostsee).
    Lalka miś Colargol, plastikowe figurki Pszczółki Mai i komiksy z Bolkiem i Lolkiem. Na niecodzienny  pomysł założenia muzeum, wpadł Wojciech Jama. - To świetny pomysł, wchodzimy w to - mówi Marcin Stopa, rzecznik prasowy. Stopa to właściwe nazwisko, zważywszy na czynność wchodzenia (choćby w interes), jednak należy uważać, aby nie wdepnąć w jakąś finansową pułapkę, czy inną jamę. No i z racji sporządzenia notatki prasowej przez redaktora Huka, należy pomyśleć także o hucznym rozpropagowaniu idei. Dlaczego miś od małej litery, zaś Pszczółka została wyróżniona? Pracowitsza? Do bani z plastikiem!
    Szwedzcy luteranie będą mogli wpłacać na tacę kartami płatniczymi - poinformowano nas w notce pt. Rzucą na tacę plastykową kartę. Nareszcie ktoś porządnie napisał o plastyku i ma rację - mamy termoplastyki i plastyki, a nie jakieś tam... plastiki (dlaczego nie plastic, skoro są diesle i image?). Tylko patrzeć, kiedy nasi księża będą podczas kolęd przeciągać plastyki przez czytniki, a koperty odejdą w zapomnienie.
    Z kolei (ale nie o kolei, lecz o tanich liniach lotniczych) pisze pani Pochrzęst. Tutaj omówiono jedynie część stopy - Depczą po piętach tradycyjnym przewoźnikom i ich apetyty wciąż rosną. Najpopularniejszym kierunkiem jest Londyn. Na kilka dni Polacy chętnie latają także do: Paryża, Dublina, Rzymu i Madrytu. Aby nam nie chrzęściło w językowej logice nazw stolic europejskich, nazwa irlandzkiego miasta powinna być czytana "na polską modłę" (jak pozostałych czterech metropolii). Od paru lat chrzęści także w logice cen biletów przewoźników niskokosztowych. Gdzie tkwi szwindel? Jak można samolotem wozić (cenowo) pasażerów niczym taksówką, ale na trasach stukrotnie dłuższych? Przecież "normalny" samolot zużywa ok. 50 gramów paliwa na jednego pasażera na drodze jednego kilometra, zatem dość łatwo obliczyć, ile idzie (a raczej - leci) samego paliwa, które należy wliczyć w cenę biletu. Albo zwykłe linie "zawsze" oszukiwały, albo tanie linie coś kombinują. Jeśli mamy latających geniuszy, to może w innych dziedzinach także się objawią? Może samochodowi producenci będą sprzedawać swe wyroby za pół ceny, bo przestaną wydawać klientom kawki w swych salonach. Może zlikwidują salony, dilerów, roczne gwarancje? A jeśli w każdym towarze tkwią ukryte możliwości zbijania ceny i ruszy cała lawina obniżek?
    Pan Brykner opisuje kolejny skandal w wykonaniu (tym razem jedynie) samorządu - Gminy niezgodnie z prawem pobierają od mieszkańców pieniądze na budowy wodociągów i kanalizacji. Z orzeczeń sądów wynika, że gminy naciągnęły setki tysięcy Polaków, którzy współfinansowali inwestycje. Cóż jeszcze może nas zdziwić? Nielegalne akcyzy pobierane od wwożonych aut po wejściu Polski do Unii? Nielegalne kasowanie studentów i pacjentów (niezgodne z Konstytucją 1997)? Im więcej przepisów i ludzi wykształconych w Polsce, tym bardziej przyrasta liczba informacji o nielegalnych poczynaniach ekip rządzących maści wszelakiej. Jak długo jeszcze będą sobie brykać po naszych kieszeniach nasi wybrańcy ludu?
    Polacy długo stronili od mambo czy salsy, bo te tańce wydawały się nam zbyt wyuzdane. - Tańce kojarzą się nam bardzo erotycznie i wydają się rozwiązłe. Głównie z powodu ruchów biodrami i obnażonego ciała. A to są przecież tańce ludowe, które Latynosi tańczą u cioci na imieninach - mówi Sylwia Raźna.
    I zapewne czynią to całkiem raźnie, jako i pani Sylwia.
    Na innej stronie zwierza się aktorka Kasia Bujakiewicz. - Po wielu latach walki z samą sobą stwierdziłam, że odchudzanie nie ma żadnego sensu. I ma rację - jej lekko wybujała figura (jednak jeszcze daleka od innej aktorki, która przychodzi tutaj na myśl) jest atutem w filmach. Co drugi dzień chodzi na siłownię. I cóż tam robi? Oczywiście - buja się na specjalnych maszynach...
    - Bohaterka grana przez Kasię, miała marzyć o karierze modelki. Reżyser Marek Pieprzyca zaproponował zatem, aby na potrzeby tej roli pozbyła się kilku kilogramów. Prawdopodobnie - jak to bywa w polskim kinie - zanosi się na pieprzne sceny, ale chude aktorki nie robią wrażenia na wybrednych polskich wzrokowcach...
    Dzisiaj rzucono do kiosków ostatnie wydanie omawianej gazety, ale orkiestra gra, kiedy Titanic tonie - na dwóch stronach jeszcze przedstawiono trzy najpopularniejsze kuracje odchudzające. Spory wkład (informacyjny oraz do gara) ma dietetyczka o sugestywnych danych (szczególnie smakowite jest imię) - Jagoda Kuchta.
    Zwykle każdy chce grać pierwsze skrzypce, ale nie pan Skrzypiec. W ostatnim dniu Nowego Dnia, wydrukowano krótki list p. Skrzypca - Droga Redakcjo "Nowego Dnia"! Szkoda, że 23 lutego 2006 r. to ostatni "Nowy Dzień". Ale takie są prawa rynku. Jest to ostatni zacytowany list od czytelnika, który istotnie zagrał ostatnie skrzypce, jak na najsłynniejszym (a tragicznym) pasażerskim statku.
    Wydawca podaje, że przestaje wydawać swą gazetę z powodów finansowych. Ale całej prawdy dowiadujemy się w informacji - Ostatni raz wielka loteria Bankoteria. Kończymy dzisiaj konkurs, w którym można wygrać 5000 tys. zł., i drukujemy wszystkie brakujące części banknotu. No, jeśli szafowano takimi wygranymi (5 milionów złotych!) , to chyba żadna gazeta nie wyszłaby na swoje... Chyba jednak pomylono się i chodziło o 5000 zł (może częściej Polacy mylą się w interesach niż inne nacje - stąd nagminne klapy?). A przy okazji - po nie stawiamy kropeczki.
    Niejednakowe szanse zdobycia nagrody mają konkursanci gazety - w środowym dzienniku pojawił się pierwszy kupon, a w wydaniu czwartkowym - dwa ostatnie kupony. Zgodnie z regulaminem konkursu - 1000 pierwszych osób, które przyślą do redakcji 3 kupony, otrzyma pocztą w prezencie płytę. Zatem, jeśli ktoś w Świnoujściu wyśle komplet kuponów parę godzin przed mieszkańcem stolicy, to i tak przegra nierówną walkę. A można było zapisać przyjaźniej - 28 lutego br., spośród wszystkich zgłoszeń, będzie wylosowanych 1000 płyt. Regulaminy typu "kto pierwszy ten lepszy" nie są zbyt życzliwe, choć może bardziej życiowe - sprzyjają mocniej rozpychającym się łokciami (ale w opisanym przypadku odległość jest decydująca, nie inicjatywa).
    A jak TVN24 niejednoznacznie zapowiedziała zniknięcie gazety? 22 lutego 2006 na pasku czytamy - Dziennik "Nowy Dzień" przestanie się ukazywać od 23 lutego. I nie wiadomo, kiedy zostanie wydany ostatni numer (22 czy 23 lutego). A można było napisać jednoznacznie - 23 lutego ukaże się ostatni numer dziennika "Nowy Dzień". Równie niejasny był zapis na planszy owej telestacji (24 lutego 2006) - Czy mile zastąpią kilometry? Bez dokładnego wysłuchania felietonu na powyższy temat, nie wiadomo - kilometry mogą zostać zastąpione milami, czy odwrotnie (w zależności od miejsca rozważania sprawy). Podobne nieporozumienia - telewizor zamienię na komputer, europy wymieniam na dolary, pożyczyłem 100 zł.

    Za zwierzaka do więzienia - National Geografic (3 marca 2006)
    Na początku marca zaskoczono nas niecodzienną informacją - pewien zabójca poczuł się urażony nazwaniem go zwierzęciem. Uczyniła to matka ofiary. Została pozwana do sądu za... zniesławienie. Prawnicy uznali, że nawet największy zbrodniarz pozostaje człowiekiem i nie można go wyzywać od najgorszych.
    Gwoli formalności - nie wiadomo, co złego jest w nazwaniu kogoś zwierzęciem? Są zwierzęta maści (choć oczywiście nie o kolor idzie) wszelakiej: barany, świnie, osły, byki, bydlaki, jelenie, małpy, misie, lisy, łosie, żmije, ślimaki, sępy, kociaki, krowy, flądry i ropuchy. Każde nawiązanie do tych (i innych) przedstawicieli fauny dotyczy zwykle wąskiej dziedziny życia (inteligencja, pracowitość, moralność, wygląd). Kierowcy obrzucają się zwykle baranami. Nie wiadomo, jak by zareagował użytkownik (dziurawych) szos, gdyby ktoś go nazwał waranem. Brzmi jak baran, ale z początkowym w (co można byłoby udowodnić na powtórce nagrania) nawiązuje do innego zwierzaka, i to całkowicie. I co uczyniłby sąd w takim przypadku?
    Facet został nazwany zwierzęciem, ale jakim konkretnie? Ogólnym? Nie ma takiego zwierzęcia. A są także zwierzęta o nazwach: kangur, kawka, orzeł, okapi, marabut, mrówka, meduza. Kojarzą się z pozytywami albo z... niczym.
    Ludzie swym okrucieństwem przewyższają "umiejętności" zwierząt. Często czytamy, że nazwanie kogoś zwierzęciem jest ubliżaniem tym mniej inteligentnym stworzeniom. I kto daje sprawę do sądu? Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami?
    3 marca 2006 pokazano film o porwaniu samolotu z zakładnikami, ich mordowanie i akcję antyterrorystów. Amerykański agent zabójcę kilku osób nazwał zwierzęciem. Wyemitowano to w kilkudziesięciu krajach (w wielu o wyższym poziomie Temidy), a u nas parę dni po obrażenia polskiego mordercy. I co? Nic - nikt nie da sprawy do sądu. A program oglądało kilka tysięcy prawników, etyków i innych (z założenia) szlachetnych ludzi. Dlaczego nie pozwą owego agenta, twórcy filmu albo naszej telewizji?
    3 marca również czytamy wielki tytuł (Fakt) - Największy frajer Europy. Artykuł dotyczy Gorbaczowa, ktorego ponadto określono - "najbardziej nieudolny sowiecki przywódca". I kto da sprawę do sądu o zniesławienie? To w Polsce nie można obrazić menela, ale można laureata Nagrody Nobla? Pod hasłem, że wszyscy jesteśmy równi, fory dajemy lumpom, a gnębimy przywódcę, który (jednak pokojowo) zdemontował światowe społeczno-ekonomiczne dziwactwo (inna sprawa, że zastąpiliśmy je polskim złodziejskim dziwolągiem). Gdyby zginęły setki tysięcy ludzi, to nikt by go nie nazwał frajerem. Jak widać - jesteśmy okrutni w stosunku do polityków o ludzkich odruchach, zaś nieproporcjonalnie wyrozumiali w stosunku do polityków o zakrwawionych rękach. Kto nazwał Hitlera albo Stalina frajerem?
    Są szkoły, które także człowieka umieszczają w świecie zwierząt. Zatem jaki sens ma informacja - "nie wprowadzać zwierząt" albo "Iksiński to zwierzę"? Nie powinni tam wchodzić także ludzie, a Iksiński istotnie jest naczelnym ssakiem, zatem (według wielu naukowców) - również... zwierzęciem. A weterynarz jest medykiem wszystkich zwierząt, zaś lekarz - tylko... ludzi. Może językoznawcy i biolodzy wybronią pozywanych ludzi, którzy myślą jak my, a mówią więcej, bo usłużnie podsuwane są im mikrofony...
    Mamy podobną liczbę mieszkańców co Hiszpania. Prawników mamy parokrotnie więcej. Jednak spraw u nas jest bez liku - przez lata nie wygrzebiemy się spod procesowej góry.
    5 marca pokazano polską Temidę w akcji. Facet obciął dla siebie kawałek bluszczu (wycena - 2,50 zł), aby go posadzić w doniczce. Zamiast wypisania mandatu, sprawa trafiła do naszych pracowitych sędziów - kilkanaście miesięcy trwa proces i końca nie widać. Kto za to wszystko płaci darmozjadom w togach? A tu jeszcze szykują się procesy o... zniesławianie więźniów.
    Jesteśmy jednym z nielicznych państw, w których nie podaje się danych osób ciąganych po sądach (poza osobami publicznymi, i to nie wszystkich kategorii). Dopóki jest ścigany listem gończym, to i owszem, ale po ujęciu - dziennikarska facjata w kubeł i ani pary z gęby. Często nawet po prawomyślnym wyroku nie są podawane nazwiska morderców, oszustów, złodziei. Aby zatrzeć nieco ów narodowo-prawny idiotyzm, media nader chętnie podają (w zamian?) nazwiska zagranicznych występnych obywateli. I to nie na etapie orzeczenia wyroku, ale już na etapie ujęcia i pierwszych przesłuchań.
    Co będzie, jeśli zapadnie wyrok nakazujący wypłatę odszkodowania zniesławionemu więźniowi? Zostaniemy zasypani masą pozwów z zagranicy. Aby podwyższyć w Polsce poziom praworządności i ocalić Skarb Państwa, należy przejrzeć wszystkie książki oraz filmy i wyeliminować wszelkie dialogi, w których od najgorszych są wyzywani Hitler, Stalin i tysiące innych, mniej znanych, siepaczy. Nie można ich obrażać także i dlatego, że nie zostali osądzeni (bo nie dożyli), a zgodnie z domniemaniem niewinności, nie powinniśmy ich zanadto szkalować... Inaczej wszyscy spadkobiercy obrażonych morderców złożą pozwy do naszych sądów, a my nie wypłacimy się nigdy, dorzucając owe odszkodowania do już miliardowych zadłużeń.

    Obywatelskie nieposłuszeństwo (językowe) - Kurier 3 (6 marca 2006)
    Ptasia grypa, modny temat. Dziennikarz rozpoczął felieton na tle drogowskazu z nazwą województwa, w którym leży Toruń. Na tablicy widzimy trzy wyrazy napisane niezgodnie z zasadami ortograficznymi - Woj. Kujawsko-Pomorskie. Słowniki nakazują nam pisać woj. kujawsko-pomorskie, co jest oczywistą profanacją tak danego województwa, jak i logiki dotyczącej nazw własnych. Przeciętni ludzie podświadomie czują, że należy pisać w ten sposób nazwy województw, zwłaszcza że słowniki nakazują pisownię wielkoliterową dla "skróconych" nazw województw, np. Kujawsko-Pomorskie.
    Nieszczęsne łabądki spacerowały po Bulwarze Filadelfijskim w mieście pierników, co odnotowały media, ale również zapomniały w ferworze podawania groźnawych informacji, że powinno być bulwar Filadelfijski. Także i to dziwoląg - u nas, w Gdyni, wolimy pisać Bulwar Nadmorski, bo to i rangę podnosi, i estetyczniejsze w wyglądzie. Zresztą nie tylko w Gdyni - w całej Polsce zwykli ludzie chcą pisywać nazwy województw oraz nazwy z planów miast i osiedli (a nie tylko z map) wielkimi literami, ponieważ tak jest dostojniej, logiczniej i łatwiej (unifikacja). Ale poloniści to nie normalni Polacy, ale niezwykli rodacy, zatem uparli się i nie zamierzają rychło tego zmienić. Ale skoro nie chcą zmieniać, to niech chociaż zgłoszą do odpowiednich władz błędną pisownię omówionego województwa na przydrożnej tablicy. Chyba że ustawa o języku polskim to jeden wielki pic na wodę (w zimowej wersji - woda o bardziej namacalnym stanie skupienia, czyli pic na śnieg i lód). Poloniści przypominają celników, którzy widząc przemycane towary, nie reagują zbyt energicznie, bo uznają, że łamanie przepisów zmienia skrzeczącą rzeczywistość w dobrym kierunku.
    W nowoczesnych autobusach miejskich są zainstalowane równie nowoczesne wyświetlacze trasy, z których można odczytać kolejne ulice oraz inne elementy planu miasta. W Gdyni wszystkie nazwy pisane są niezgodnie z ortograficznymi zasadami - Plac zamiast plac, Skwer zamiast skwer, Aleja zamiast aleja. Zapewne w innych miastach jest podobnie, ale mają tam większe pole do popisu - Rondo, Węzeł, Nabrzeże, Bulwar.
    Już tylko te trzy przykłady pokazują, jak zasady naszego języka, wykreowane przez naukowców, oddaliły się od językowego wyczucia naszego pomaturalnego ludu. Po wielkich politycznych wydarzeniach, może nadchodzi czas jawnego obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec niereformowalnych wodzów języka polskiego? Ale świadomego nieposłuszeństwa, bowiem opisane przypadki są owocem nie tyle buntu, co... niewiedzy.
    9 marca wyemitowano kolejny raz świetną komedię "Nie lubię poniedziałków". Niemal na początku, niezapomniany Wicherek (czyli Czesław Nowicki; starsze pokolenie pamięta prognozy pogody w Jego wykonaniu - rysowanie kredą na tablicy oraz pokazywanie frontów kijaszkiem zakończonym strzałką) mówi z telewizora ustawionego przed kamerą - Proszę panią! (zamiast Proszę pani!). No, jeśli sympatyczne i powszechnie lubiane osoby propagują błędne wzorce w mediach (za aprobatą lub przy niewiedzy osób odpowiedzialnych za stan języka), to nie dziwota, że miliony Polaków popełniają błędy w zwrocie z panią...

    Polska w ogniu - Wydarzenia (21 marca 2006)
    Pani Dorota Gawryluk (Wydarzenia) na wstępie przyprawia nas o palpitację serca, strasząc - Polska w ogniu i zaraz poprawia się - Polska w ogonie. Ogon to ścisła końcówka państw UE, której słabo wychodzi parę problemów ważnych dla obywateli Unii (m.in. opieka zdrowotna). Oczywiście - jeden z ministrów (w wywiadzie) nic nie wie o tym ogonie, bo jeszcze... nie zaznajomił się z unijnym raportem, jednak miliony Polaków znają problem bez czytania specjalnych opracowań.
    Pani Barbara Czajkowska (Linia Specjalna) w wywiadzie z prez. Kaczyńskim (21 marca 2006) zaserwowała w cudzysłowiu zamiast w cudzysłowie, zaś dwa dni wcześniej, z min. Ziobro - przekonywujący zamiast przekonywający lub (lepiej) przekonujący.
    Onet (21 marca 2006, Niewinny pomocnik Hitlera) podaje - Dostrzegł też czarne buty dyktatora wystające spod przykrycia w czasie transportowania zwłok na zewnątrz, gdzie zostały spalone. Czyżby obok zwłok leżały buty i to dyktatorskie obuwie zostało spalone? Zatem choć buty w ogniu, skoro nie Polska...
    W jakże patetyczny a subtelny sposób zareklamowano film Tajemnica Brokeback Mountain - Osadzony w pięknych krajobrazach Ameryki, film opowiada historię dwóch młodych mężczyzn, których od pierwszego spotkania łączy nierozerwalna więź, dowodząca wiecznej siły przyjaźni. Na Brokeback Mountain mają miejsce wydarzenia, które na zawsze odmienią dotychczasowe życie Enisa i Jacka. Przyjaciele postanawiają jednak zachować je w tajemnicy...
    Gdyby udało się im zachować tę tajemnicę także przed scenarzystami, to nie mielibyśmy tego kontrowersyjnego filmu (albo obrazu, jak wolą niektórzy)... Sympatyczne podejście do tematu można byłoby zastosować przy okazji tych i innych trudnych problemów ukazanych w kolejnych obrazach, na przykład - Film opowiada o pięknej miłości dwóch młodych Holendrów, którzy z dobroci serca załatwiają eutanazyjkę swoim dziadkom.

    Niekulturalni i niepatriotyczni redaktorzy - Fakt (24 marca 2006)
    Czy w prasie obowiązują zasady dotyczące kulturalnego krytykowania pewnych ludzi, choćby istotnie pacanowatych? A można dostrzec parę inwektyw w stosunku do właściciela najnowszego Maybacha - Gdy widzę Pana tępawą facjatę na tle sejmowego budynku, ogarnia mnie rozpacz. Na kolejną kadencję Pan się nie załapie, bo tylko kretyn wziąłby Pana na listę. Mógłby Pan być właścicielem agencji towarzyskiej, a nie posłem. W innym miejscu tytuł - Wyrzucili palanta na bruk, zaś w notatce - Największy palant RP.
    W dobie walki z uprzedzeniami innych narodów do Polaków (reklamy Media Markt, ucha wewnątrz filiżanek, afera ze skórami, pijaństwo) należy walczyć z redakcjami obwieszczającymi całemu światu, że istotnie jesteśmy tacy, jak o nas myślą. Otóż pewien nocny spacerowicz przemierzający cmentarz (czy normalny człowiek spaceruje mroźną nocą pośród mogił?) usłyszał dochodzące z grobu przeraźliwe wycie. Miał podwójnego pecha: najadł się strachu i złamał nogę, bo uciekając, zahaczył kończyną o nagrobek. Wczołgał się za jakiś nagrobek i zaczął się żarliwie modlić. Ale po kilkunastu minutach zrozumiał, że skowyt to nie wycie ducha, ale bełkot pijaka uwięzionego z wykopanym grobie. To miejscowy grabarz tak się spił podczas pracy, że nie mógł się wywlec z własnoręcznie wykopanego dołu. Spacerowicz trafił do szpitala, a grabarz wyleciał z roboty.
    Czy ów nocny wałęsa mógłby podać grabarza do sądu? Wszak przez niego poniósł uszczerbek na zdrowiu... A winowajca? Jaka praca, takie rozwiązanie umowy - kopał w robocie i został wykopany. Jeśli mamy za złe cudzoziemcom, że o nas złośliwie piszą, to nie wciskajmy im argumentów w łapy. Zatem apel do redaktorów - nie piszmy o naszych narodowych przywarach, bo współunici nigdy nie przestaną nas traktować jak pijaków. Stara wypróbowana praktyka - jeśli nie czytamy o skandalach, wszystko wskazuje na to, że ich (po prostu) nie ma! My się pośmiejemy ze zrozumieniem, ale oni nam to wytkną z poważną złośliwością. Takie sprawy zamiatamy pod dywany!
    Czyżby już z górki? Co to znaczy - osoba w starszym wieku? W Poznaniu starsza pani wraz z zięciem  ustalili: wyłudzą z banku pół miliona. Gliniarze nie kryli zdziwienia, kiedy okazało się, że 50-letnia kobieta i 25-letni mężczyzna, których zatrzymali za oszustwo, to teściowa ze swym zięciem.
    Krótka i znamienna historyjka, a niesie dwa przesłania. Negatywne - półwieczna dama to już starsza pani (czekamy na głosy oburzenia miłych, wysportowanych a starszych już pań; gdyby to były gejowskie przytyki, to prokurator byłby już w redakcji) oraz pozytywne - solidarna współpraca teściowej z zięciem rzuca się cieniem na odwieczne a złośliwe kawały na ich temat. I to jest jedyny jasny promyk w tej sprawie.
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna