Komentarze 2006 (X-XII)

    Lustrzane swastyki z Discovery - Wiadomości24 (17 października 2006)
    Zapewne wielu z nas ogląda ciekawe programy na Discovery. Od lat oglądam filmy dokumentalne na temat II wojny światowej - wodzowie, batalie, żołnierze, historia. Ale...
    Z pewnością każdy z nas miał kłopoty z narysowaniem swastyki na nieprzyjacielskim czołgu podczas lekcji rysunku w szkole podstawowej, z owym szatańskim symbolem, który pochodzi z Indii i do czasów III Rzeszy, miał całkowicie inne znaczenie. Zresztą stosowanie symbolu jest zabronione i nie można, ot tak sobie rysować go (choćby na murach).
    Ostatnio w telewizji, na kanale Discovery, emitowany był cykl pt. Blitzkrieg . Na ówczesnej mapie Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i ZSRR pokazano zmiany na froncie podczas obrony Moskwy i Leningradu. Jednak wszystkie swastyki mają... odwrotnie zwrócone ramiona ("w lewo"). A wystarczyłoby zapamiętać, że swastyka to inaczej gammadion składający się z czterech dużych (wielkich) greckich liter gamma (prawoskrętne) i wszystko jasne (duża litera gamma to pionowa kreska z górną odnogą w prawo)...
    Gwoli ścisłości (Wikipedia ) - okazuje się, że omawiany znak był znany w epoce brązu w Chinach, Japonii, Italii, Grecji, Skandynawii, zaś w Indiach nadal jest znakiem magicznym. Okazuje się, że jeszcze przed II w. św. owe symbole były stosowane w wojskach Finlandii i Łotwy. Znak swastyki (pod nazwą "kołowrót") znany był wśród Słowian, również na naszych ziemiach. Symbol ten pojawił się w Wojsku Polskim w okresie międzywojennym (21. i 22. Dywizja Piechoty Górskiej i 4. Pułk Piechoty Legionów). Oczywiście, znak jeśli nawet wówczas występował pod nazwą "swastyka", to nie miał jeszcze złowrogiego znaczenia z oczywistych powodów. Hitlerowskie zbrodnie całkowicie zmieniły stosunek ludzkości do omawianej nazwy i kształtu. Można także wyróżnić swastykę prawoskrętną - "svastika" oraz lewoskrętną - "sauvastika". Jednak powody naniesienia swastyk (na mapach ukazanych w filmach na Discovery) w odwróconej wersji są mi nieznane.
    Może Czytelnicy mają jakieś teorie?

    Inwalida - językowy nietakt - Fakt (19 października 2006)
    Obrzydliwą drwinę z inwalidów, dziennikarze z brukowca "Metro" opakowali w formę plugawego dowcipu.
    Większość Polaków nie poznałaby owego plugastwa*, gdyby nie "Fakt", który zadbał o rozpowszechnienie "chamskiego żartu"*.
    Ongiś pewien opozycjonista rozszyfrował skrótowiec PZPR i - po wniesieniu sprawy do sądu - wyrok był najmniej interesujący, ale za to miliony rodaków zrywały boki wysłuchując (lub czytając) każdorazowo oryginalnego a zabawnego rozwinięcia skróconej nazwy omawianej partii. Innym razem pewien zespół muzyczny pozwolił sobie na wyszydzanie księży w aspekcie alkoholizmu i nieopatrznie sprawę podał ktoś do sądu - piosenka biła rekordy popularności, a bez szarpania przez Temidę, niewielu Polaków znałoby ten frywolny tekst.
    I teraz podobnie - nie czytałem w "Metrze" dowcipu, ale usłużny "Fakt", pod przykrywką walki ze "szmatławcem"*, przedrukował tę "twórczość". No cóż, wypada zatem napiętnować zdziczałe poczucie humoru. Zatem -

Jedzie inwalida bez nóg na wózku, obok biegnie facet i mówi:
- Co, pobiegałoby się?
Inwalida poskarżył się policjantowi, a on:
- Trzeba było kopnąć go w d...!

Poskarżył się żonie, a ona:
- Nie martw się, zrobię ci kawę. Postawi cię na nogi.

Poskarżył się księdzu, a ksiądz:
- Należy wybaczać, synu. Teraz uklęknij, to się pomodlimy.

    Prawda, że paskudne, obrzydliwe dowcipy? Należy napiętnować niekulturalnych dziennikarzy "Metra" i pochwalić redaktorów z konkurencyjnego "Faktu" za walkę z żartobliwymi nieprawościami tego świata.
    Przy okazji, czy etycy i poloniści wystąpią o zmianę słowa "inwalida" na bardziej przyjazne, bowiem to oznacza człowieka nieważnego? Nie jest to słowo przypadkiem "ideologicznie niepoprawne"?
    Invalid (ang.) - "nieważny, chory, ułomny, inwalida, cherlak, niezdolny"; a już skandaliczny jest słownik gwary uczniowskiej (Onet): inwalida - 1. "osoba głupia, tępa, ograniczona intelektualnie"; 2. "niezdara, człowiek, który robi wiele rzeczy niezdarnie, nieuważnie, flegmatycznie".
    Chyba edukację trzeba zacząć od milusińskich w szkółkach...
    * - określenia "Faktu"

    Poloniści też błądzą - Poradnia Językowa PWN (20 października 2006)
    Niemal codziennie otrzymuję drogą emajlową (wg słowników "e-mailową") porady z Poradni Językowej PWN. Jednak dzisiaj mamy dzień szczególny - otrzymałem 3 porady z... błędami. Oczywiście, ranga jest różna i pozostawiam jej ocenę Czytelnikom.
    Zaczęło się od ortograficznej wpadki osoby pytającej - Jak jest prawidłowo: "gmin gdynia i kosakowo" czy "gmin gdynii i kosakowa"? Bardzo proszę o pomoc w rozwiązaniu tego problemu.
    I odpowiedź prof. Mirosław Bańko - Z gramatycznego punktu widzenia obie konstrukcje są poprawne. Pierwsza, oparta na tzw. związku rządu, jest wygodniejsza, gdyż nie obliguje do odmiany nazwy gminy. W wypadku mniej znanych gmin taka możliwość jest nieoceniona. Często korzystają z niej urzędnicy, toteż konstrukcje typu "gmin Gdynia i Kosakowo" są charakterystyczne zwłaszcza dla języka aktów urzędowych.
    Druga konstrukcja - "gmin Gdynii i Kosakowa" - jest bardziej zgodna z duchem polszczyzny, w której wyrazy przeważnie się odmieniają. Zwłaszcza w wypadku bardziej znanych miejscowości warto jej dawać pierwszeństwo.
    Warto pamiętać o implikacjach, jakie niesie wybór jednej albo drugiej konstrukcji. Ktoś, kto mówi np. "do miasta Turek", nie tylko zdradza swoje zamiłowanie do polszczyzny kalcelaryjnej*, ale też daje powód do podejrzeń, że nie wie, jak powinna wyglądać forma dopełniacza: "Turka? Turku?".
    O ortografii zamilczę, bo każdy wie, że nazwy gmin, miast, wsi itp. piszemy wielkimi literami. Czy na klawiaturze Pani komputera zepsuły się klawisze Shift?
    * - kancelaryjnej
    Niezależnie od pomyłki z klawiszem owej pani lub od ignorancji w znajomości dopełniacza nazwy mojego rodzinnego miasta (Gdyni), udało się jej zaskoczyć pana profesora, który wprawdzie słusznie zamienił pierwsze małe litery nazw obu miejscowości na wielkie, ale przeoczył błąd zasugerowanego dopełniacza Gdynii. Czyżby skopiował bez kontroli? Niezła gratka dla łowcy byków, niby wirtualnych, jednak równie zaskakujących, co te na papierze, np. popełnionych w dyktandzie...
    Owszem, bywają mniej znane miejscowości, które mieszkańcom znacznie oddalonym od Rumi, Oruni, Chyloni, Lini, mogą sprawiać trudności dopełniaczowo-celownikowo-miejscownikowe, polegające na zdwojeniu ostatniej litery, ale "w Gdynii"?! To problem Turku/Turka schodzi na odległy plan, niczym wejście Turka/Turczyna z Turcją do Unii Europejskiej. Z pewnością nie można przesiedzieć omawianego problemu po... turecku.
    W drugiej części tegoż emajlu, ciąg dalszy święta niesłusznych zdwojeń. Ktoś pyta - Co oznacza PT i czy od tego (skrótu?) pochodzi słowo petent?
    I odpowiedź prof. Małgorzaty Marcjanik - Skrót P.T. (poprawnie pisany z kropkami) pochodzi od łacińskiego wyrażenia pleno titulo, co oznacza 'pełnym tytułem, z zachowaniem należnych tyttułów'. Wyraz petent z omawianym skrótem nie ma nic wspólnego. Pochodzi bowiem od niemieckiego rzeczownika Petent, a ten od łacińskiego imiesłowu petens. Polski wyraz oznacza - jak wiadomo - interesanta, osobę przychodzącą do urzędu, aby załatwić jakąś sprawę.
    Może zostanę tyttularnym łowcą byków (językowych)?
    Natomiast w Poradniku językowym prof. Mariana Bugajskiego (Radio "Zachód") znajdujemy inną ciekawostkę. Niejaka Fredzia pyta - Czy w pracach naukowych (magisterskich, doktorskich) nazwy łacińskie zamieszczone w tekście, piszemy w nawiasach italikiem, małymi literami z uwzględnieniem skrótu - "łac." (i nazwa)?
    I odpowiedź - Tak się powinno pisać - kursywą i ze skrótem "łać.", jeśli chcemy podkreślić pochodzenie słowa, a więc np. mianownik, łać. nominativus.
    I Profesor wpadł w pułapkę, przed którą poloniści niejednokrotnie nas przestrzegali - nie piszemy: tyś., godź., mieś. oraz łać., ale tys., godz., mies. oraz łac. z oczywistych powodów (wyrazy tysiąc, godzina, miesiąc, łacina/łaciński nie mają liter ś/ź/ć).
    Jeśli zdarzy nam się popełnić błąd i jesteśmy źli na siebie i na świat cały, pomyślmy wówczas o fachowcach - także profesorowie popełniają błędy, których uczniowie mogliby się powstydzić... Każdy może być petentem pukającym do poradni językowej, ale nawet takie urzędy czasami nie załatwią interesanta właściwie (poprawnie)...

    Jak usprawnić system podatkowy? - Wiadomości24 (20 października 2006)
    Narzekamy na obecny system podatkowy, między innymi na konieczność wypełniania formularzy PIT. Idea nowego podejścia do systemu podatkowego opiera się na paru pomysłach. Być może znawcy prawa podatkowego uznają propozycje za nierealne, ale przeżyliśmy już szereg systemów, które były niewzruszalne, a jednak je zmieniono...
    Każdy nowo narodzony obywatel naszego otrzymuje indywidualny numer (IN). Jest to uniwersalny numer, co oznacza, że wszelkie dokumenty (paszport, dowód osobisty, prawo jazdy, przepustki do zakładu pracy, książeczka zdrowia, indeks studenta, kartoteka linii papilarnych itp.) wystawione na daną osobę, mają identyczny numer, czyli IN. Oczywiście w przypadku banków, polis ubezpieczeniowych - IN stanowiłby część pełnego oznakowania. W przypadku adresu emajlowego (bo w ten sposób powinniśmy pisać; nie "e-mailowego"), IN byłby częścią tego adresu i (przy braku innych danych odbiorcy) umożliwiałby dotarcie do adresata (pod warunkiem posiadania łączności internetowej).
    Wszystkie obecne numery (PESEL, NIP itp.) byłyby unieważnione.
    Kolejny krok to zorganizowanie Banku Podatkowego (BP). Każdy podatnik posiada konto w BP, na które przelewane są wszelkie dochody (umowa o pracę, umowa o dzieło, umowa o wynajem lokalu, prawa autorskie, stypendia, alimenty, profity z wynalazków, odsetki bankowe, wygrane z loterii, wygrane w konkursach, spadki, darowizny itp.). Jeśli pewne dochody już zostały opodatkowane na podstawie osobnych przepisów przed przelaniem do BP, to kwoty te są gromadzone na osobnym koncie klienta BP.
    BP natychmiast przekazuje z konta właściciela odpowiednie kwoty na fundusze emerytalne, rentowe, chorobowe, wypadkowe i zdrowotne oraz na konta wierzycieli na podstawie prawomocnego orzeczenia sądowego.
    BP niezwłocznie przekazuje kwotę określoną przez podatnika na konto wskazanej przez niego dowolnej osoby, firmy lub banku albo przesyła przekazem na wskazany adres pocztowy.
    Kwota gromadzona w BP podlega oprocentowaniu według stopy dla lokat, obliczonej według średniej stopy z kilku największych banków w Polsce. Środki są wypłacane zgodnie z dyspozycjami właściciela konta w BP na dowolne cele, przy czym w pierwszej kolejności wypłacane są kwoty już wcześniej opodatkowane. Środki zgromadzone na koncie podatnika są podzielone na (przykładowo) tysiączłotowe porcje, z których każda jest traktowana jako osobna lokata o wysokości oprocentowania zależnej od czasu jej zamrożenia.
    Kapitał zgromadzony w BP jest wolny od podatku (co najwyżej odsetki byłyby opodatkowane). I najważniejsze - podatkowi podlegają wyłącznie środki wypłacane z konta BP! Tak długo, jak spoczywają na koncie podatnika, tak długo nie są opodatkowane! Podatek jest obliczany podczas wchodzenia kapitału w obieg finansowy Polski, podobnie do cła, które naliczane jest po wprowadzeniu towaru na terytorium naszego kraju.
    Korzystnie byłoby, aby organizacyjnie BP oraz Urząd Skarbowy (US) były zlokalizowane w jednym budynku. Każdorazowa wypłata z BP jest opodatkowana (lub zwalniana z podatku) przez US, zaś podatek jest przekazywany do Skarbu Państwa. Przy każdej wyspecyfikowanej wypłacie (przelewie) jest podana wysokość pobieranego podatku.
    BP wydaje karty płatnicze, przy użyciu których, podatnik może nabywać towary oraz usługi w Polsce i poza jej granicami. Każda wydatkowana w ten sposób kwota jest stosownie opodatkowana według wcześniej opisanych procedur.
    Towary i usługi, które są objęte ulgami podatkowymi, będą wyraźnie oznaczone w punktach handlowych, cennikach, ogłoszeniach, reklamach, informatorach. Podstawą ich oznakowania będzie lista opracowana przez odpowiednie ministerstwa, komisje sejmowe, federacje konsumenckie. Jeśli przepisy unijne nie zabraniają, to zostanie wytypowany szereg towarów produkowanych w Polsce, których zakup będzie premiowany ulgą podatkową, co zwiększy popyt i podaż (zatem także wzrost zatrudnienia) na te dobra.
    Wszelkie należności za towary lub usługi podlegające systemowi ulg podatkowych w danym roku, wnoszone są bezgotówkowo, czyli przy użyciu karty płatniczej BP, chyba że nabywca nie jest zainteresowany ewentualną ulgą podatkową obowiązującą w danym roku. BP księguje środki przeznaczone na zakup towarów oraz zgodność wydatków z ustalonymi limitami zakupów podlegających ulgom. Zlikwidowana zostaje dolna granica wydatków upoważniająca do zastosowania ulg podatkowych. Górna granica jest ustalana corocznie.
    Wszystkie wpłaty i wypłaty z konta BP będą na bieżąco zamieszczane na odpowiednim formularzu PIT, który będzie można obserwować internetowo i na tej podstawie podejmowane będą decyzje przez podatnika (na przykład przelanie określonych kwot z BP na inne konta albo ich pozostawienie na koncie BP w aspekcie korzystnego dlań rozliczenia zobowiązań podatkowych). Rozliczenie (ostatecznie wypełniony formularz) nastąpi możliwie niezwłocznie, czyli znacznie wcześniej niż z końcem kwietnia. Jeśli podatnik nie zgłosi zastrzeżeń i uwag do formularza (na przykład do końca stycznia następnego roku), to US uzna go za ostatecznie złożony. Uregulowanie ewentualnych zaległości podatkowych powinno nastąpić niezwłocznie, ale też nadpłata podatku będzie natychmiast przekazana na konto podatnika w BP jako wolna od podatku za następny rok. Zasadniczo zaległości i nadpłaty w tym systemie nie powinny mieć miejsca, bowiem na bieżąco byłyby wykonywane stosowne operacje finansowe.
    Inne pomysły, które powstały podczas rozważania proponowanego systemu.
    Podatnik może zlecić BP przekazywanie należności za telefon, energię elektryczną, gaz, wodę, raty kredytowe, czynsz itp., przy czym przelewy te podlegają opisanej procedurze opodatkowania.
    W przypadku przekazywania należności na wskazany adres pocztowy, BP wyda przekaz pocztowy na blankiecie czekowym z nazwiskiem odbiorcy, który może być zrealizowany w dowolnym urzędzie pocztowym albo podczas płacenia za towary w sklepie, jednak za okazaniem dokumentu.
    Wszelkie usługi medyczne opłacane są czekami zdrowotnymi wystawianymi przez punkty usług medycznych. Czeki te są dostarczane do BP, który sprawdza legalność ich wystawienia oraz status ubezpieczenia pacjenta i ustala należności według cenników obowiązujących w służbie zdrowia oraz obciąża, tak konto kasy chorych, jak i (ewentualnie) konto tegoż podatnika, przelewając ustalone kwoty na konto punktu usług medycznych. W punktach usług medycznych wprowadza się zakaz obrotu gotówkowego. W przypadku niezidentyfikowania pacjenta, kosztami obciąża się Skarb Państwa.

    Wprowadzenie powyższego systemu w życie, jak mniemam, spowoduje zmniejszenie szarej strefy zatrudnienia (wszelkie wypłaty powyżej ustalonego minimum będą przekazywane pracownikowi-podatnikowi wyłącznie przez BP, zaś każda zapłata powyżej pewnego minimum, przekazana bezpośrednio pracownikowi będzie uznana za transakcję nielegalną).
    Podatnik nie będzie wypełniał formularzy PIT, ponieważ uczyni to BP na podstawie posiadanej pełnej dokumentacji i to niezwłocznie po zakończeniu roku podatkowego.
    Towary i usługi podlegające ulgom podatkowym będą monitorowane na bieżąco. Imienne czeki znakomicie utrudnią kradzież (na przykład podczas napadu na doręczyciela), zaś w przypadku utraty będzie wydany duplikat.
    Czeki medyczne ograniczą patologiczne nieprawidłowości finansowe rozpowszechnione obecnie w służbie zdrowia.
    A jeśli cała Unia Europejska przeszłaby na omawiany system, to byłyby spójne procedury na wielkim obszarze, co utrudniłoby nieformalne działania obywateli skłonnych do przesadnie samodzielnego działania na własną rękę...

    Co z marginesem społecznym? - Wiadomości24 (28 października 2006)
    W sobotę 28 października, gdyński policjant jechał autobusem na służbę w komisariacie. Grupa  młodzieńców znalazła sobie dodatkowe zajęcia w pojeździe, zakazane zresztą przez przewoźnika - pili alkohol, palili papierosy i klęli. 38-letni policjant zwrócił im uwagę pokazując legitymację służbową. Ok. dziesięciu chuliganów rzuciło się na niego bijąc po twarzy i  powodując urazy kręgów szyjnych oraz klatki piersiowej. Próbowali wyciągnąć go z pojazdu na zewnątrz, jednak dopiero wówczas pasażerowie i kierowca podnieśli alarm, wobec czego napastnicy zbiegli.
    Kolejny dramatyczny i bulwersujący incydent ostatnich dni.
    Odważny policjant swą obywatelską postawą zasłużył na uznanie, jednak czy jeszcze kiedykolwiek zachowa się podobnie albo czy stanie w obronie innej napadniętej osoby? Co my uczynilibyśmy w podobnej sytuacji? Oczywiście, takich meneli trzeba izolować, ale miejsc w więzieniach jest zbyt mało, zaś to szemrane towarzystwo wiele się nie przejmuje niewielkimi wyrokami. Za napad na funkcjonariusza grozi 10 lat więzienia, ale adwokaci udowodnią, że poszkodowany legitymacji nie zdążył okazać albo było zbyt ciemno, by ją odczytać, zatem (jeśli pojmą tych zbirów) pewnie kwalifikacja będzie łagodniejsza - zwykła napaść na obywatela. Chyba że ambicją gdyńskiej policji i sądu będzie ujęcie owych zbirów i długotrwałe odgrodzenie od zwykłych obywateli.
   Stałym i nierozwiązywalnym zagadnieniem jest brak solidarności obywatelskiej wobec przemocy. Tu już chyba nic nie można uczynić, skoro do tej pory niczego nie wymyślono. Owszem, wynaleziono telefon komórkowy i ten drobny a ważny przedmiot jest w stanie uratować komuś życie, kiedy zostanie błyskawicznie użyty przez świadków. Ponadto kierowca autobusu, tramwaju, trolejbusu powinien mieć specjalny przycisk, którym automatycznie powiadomi centralę przewoźnika oraz najbliższy posterunek policji, że zaistniało poważne zagrożenie zdrowia i życia pasażerów, kontrolerów, kierowcy. I jeśli Policji rzeczywiście zależy na wyłapywaniu chuliganów słownych, rabunkowych, bójkowych czy niszczycielskich, to mogliby co pewien czas wysyłać po cywilnemu swoich paru funkcjonariuszy, aby jeździli z pasażerami bacznie obserwując zachowanie podejrzanych typków. A za autobusem dyskretnie niech jedzie policyjna furgonetka o wzmocnionej karoserii. W razie rozróby od razu niech jadą z zaskoczoną chuliganerią do sędziego, który natychmiast wymierzy właściwy wyrok. Taka jedna akcja co parę dni, a każde miasto zyska sobie określenie przyjaznego miejsca pod słońcem.
    W końcu pewien odważny straceniec nabędzie broń palną, wyćwiczy rękę i refleks, przełamie bariery psychologiczne i ruszy wieczorem w miejskie czeluści. Rano usłyszymy o kolejnych ofiarach samotnego rycerza-zabójcy... Może w końcu ktoś weźmie sprawy we własne ręce...
    W związku z chuligańskimi wydarzeniami sprzed tygodnia, w wyniku których nie żyją Bartosz i Ania, opisane bandyckie zachowanie w Trójmieście ma dodatkowy wydźwięk i jest rękawicą prowokacyjnie rzuconą naszej policji. Pewna część młodzieży daje wyraźne sygnały, że nie ma zamiaru szanować ani prawa, ani obywateli, ani służb strzegących porządku publicznego. Co robić z marginesem społecznym, który nie chce się ucywilizować?
   Co da wieloletnia izolacja chuligana, skoro on sam nie chce zmienić się i w celi będzie rozmawiał niemal wyłącznie o wymyślnych sposobach kradzieży, rozboju i życia na cudzy rachunek? Co z nimi począć, kiedy nie reagują na prośby i groźby rodziców, wychowawców, pracodawców, księży, etyków, współmałżonków? Czy jesteśmy w stanie wymyślić rozsądny program resocjalizacyjny? Jakie są kierunki na studiach nawracania przestępców na "porządną drogę", na studiach, na których nauki pobierają osoby raczej o naukowym podejściu do zagadnienia i jakże często o zbyt delikatnej konstrukcji psychicznej? W mediach występują głównie mądrzy naukowcy oderwani od rzeczywistości, o ustach przepełnionych chrześcijańską troską oraz helsińskimi prawami człowieka, zatem osoby lejące nam miód na dziegciową przaśną rzeczywistość. Gdzie konkretni ludzie czynu, choćby również lejący, ale pałami po chuligańskich grzbietach?

    Dlaczego gwiazda spadła z firmamentu? - Wiadomości24 (28 października 2006)
    Joanna Liszowska i Robert Kochanek odpadli z programu "Taniec z gwiazdami". U sędziów zdobyli najwięcej, bo aż 38 punktów. Było to ex aequo (ale bardziej zrozumiale i łatwiejsze w pisowni - na równi) z inną parą. Niestety, odpadli głosami telewizyjnej publiki, co wydawało się nieprawdopodobnym wydarzeniem. Jak to, p. Joanna, seksbomba, nadająca ton i dodająca pikanterii programowi poza czołówką? Czyżby panowie nie kwapili się do masowego wydzwaniania na rzecz pociągającej (i to nie narządem węchu) panny? Owszem, fiszbinki jakby nieco oklapły, ale pewnie było to życzenie realizatorów, aby całkiem nie znokautować przeciwników... A może męska część telewizyjnej widowni była tak pewna wygranej najseksowniejszej tancerki, że szkoda było im tej przysłowiowej złotówki, że o stawce 22% (VAT) jedynie nadmienię? Przegrana jest na tyle dręcząca, że należy znaleźć jakieś wytłumaczenie, choćby niezbyt... logiczne (tak zapewne ocenią niektórzy Czytelnicy).
    Wiele zacnych dam (nie jakieś tam młode kozy), które określane są w niektórych złośliwych kręgach jako zwolenniczki wełenki koziego pochodzenia o stosunkowo trudnej nazwie, zresztą (politycznie) wylansowanej całkiem niedawno (i tym należy chyba tłumaczyć dość często popełniany błąd ortograficzny - zamiast H pisują CH); otóż te nobliwe damy hołdujące cnotom wszelakim, a zwłaszcza obyczajowym, one głosowały na wszystkie inne panie, które nie tańczyły z kochankami. Ponieważ jedynie p. Joasia tańczyła z kochankiem, przeto miała przechlapane. Owszem, gdyby wszystkie jawnie do tego się przyznawały, ale jedna?! I przypłaciła tę szczerość wypadnięciem (a młodzieżowo - wypadem) za burtę (jak to mówią nad morzem).
    A skoro program był poświęcony Elvisowi Presleyowi, to można nadmienić, że to oryginalne imię jakoś nie przyjęło się w Polsce, a szkoda. Oczywiście, jedynie w postaci Elwis (a pani - Elwisa), bowiem tylko  taka forma byłaby zgodna z wytycznymi Rady Języka Polskiego. Jeszcze parę osób wierzy, że Mistrz żyje. Mówi się również, że i u nas zostanie wydany znaczek pocztowy z jego wizerunkiem, bo mamy poważne filatelistyczne zaległości w tej materii.
    Jeśli już o sędziach - niekiedy ich nazywamy bardziej egzotycznie: jurorzy albo jurorowie i wymawiamy "jak piszemy". Ale już zespół (takich) jurorów określamy jako jury, które wymawiamy [żiri], co nijak nie przypomina słowiańskiej mowy. Ponieważ znamy podobne polskie słowa obcego pochodzenia (jurysdykcja, jurysta), które przy niewielkiej zmianie znaczenia, nie zamieniają się w dziwne a obco brzmiące tworki, przeto proponuję stosować wyraz jura deklinowany i wymawiany jak Jura Krakowsko-Częstochowska, czyli na przykład - jak Państwo znajdujecie bezstronność czteroosobowej jury oceniającej pary taneczne programu "Taniec z gwiazdami?".
    Niestety, program ma to do siebie, że jedna z par musi spaść z turnieju jak gwiazda z firmamentu. I tak się stało. Jeśli istnieje jakiś wpływ imienia, nazwiska lub pseudonimu na losy ludzkie, to może to jest właśnie taki przykład...

    Autograf szczęśliwej Motylii - Wiadomości24 (29 października 2006)
    Dzisiaj odbędą się zawody pływackie z udziałem słynnej naszej ozłoconej Motylii, czyli Otylii Jędrzejczak.
    Pani Otylia przeszła dramatyczną drogę. Wielkie tryumfy i szczęście z tym związane, potem wielka tragedia, do której przyłożyła swą rękę niewłaściwie ułożoną na kierownicy pojazdu otrzymanego w nagrodę za zwycięstwa. Koszmar.
    I pewnego dnia (pół roku temu) przypadkowo wszedłem na jedną z internetowych aukcji. Ujrzałem kartkę pocztową z autografem naszej Motylii. Na kartce uśmiechnięta i szczęśliwa nasza Mistrzyni. Na olimpijskim (Ateny) stemplu data 2 sierpnia 2004. Zatem wydana jeszcze przed tragedią (wypadek samochodowy, w którym utraciła ukochanego brata). Ale kiedy p. Otylia podpisała się na kartce? Napisałem emajla z prośbą o wyjaśnienie tej kwestii i oto odpowiedź - Kartka została wydana przez Polski Związek Filatelistów Oddział Ruda Śląska w kwietniu 2004 roku w nakładzie 1000 szt. Pani Otylia Jędrzejczak podpisała ją na spotkaniu filatelistów z mistrzynią olimpijską w dniu 26.11.2004 w Gimnazjum nr 1 w Rudzie Śląskiej, co potwierdza kasownik okolicznościowy, który wydaliśmy na tę okoliczność. Pani Otylia, która pochodzi z Rudy Śląskiej, na tym spotkaniu rozdała około stu autografów, głównie dla dzieci w szkole, w której przy tej okazji otwarto kryty basen.
    Wygrałem licytację i stałem się właścicielem uśmiechniętego wizerunku złotej Motylii z odręcznym szelmowskim uśmiechem pod autografem. Była u szczytu sławy i nic jeszcze nie zapowiadało tragedii. Niestety, po niecałym roku runął świat tej dziewczynie, a wszyscy obserwowali, jak sobie poradzi nie tyle z ukochanym pływaniem, ale z osobistymi przeżyciami, w których przecież miała swój negatywny udział. Tak już bywa, że sławni ludzie obserwowani są przez niemal wszystkich tak w sytuacjach radosnych, jak też tragicznych - cena sławy. Biedna i dzielna dziewczyna - większość rodaków trzyma za nią kciuki!
    Każdy z nas wielokrotnie przegląda swoje zdjęcia, listy, może i zeszyty szkolne. Porównuje z opisaną datą i zamyśla się - to jeszcze było przed tym wydarzeniem, a to kilka dni po nim...
    Niebawem święto tych co odeszli. Tym bardziej zadumamy się nad upływającym czasem, który zabiera bliskich i dalekich, biednych i bogatych, sławnych i nieznanych... Wszystkich.

    Dodać zegary do reklam! - Wiadomości24 (29 października 2006)
    Ilu z nas chciałoby wiedzieć, ile czasu pozostało do końca bloku reklamowego w przerwie filmu?
    Każdy z nas sobie przeskakuje po rozmaitych programach dzięki urządzonku zwanym pilotem, zwłaszcza jeśli właśnie oglądany film ma przerwę na reklamy. Co pewien czas wracamy sprawdzając, czy już wznowiono emisję "naszego" filmu. Niekiedy uda się trafić tuż przed zniknięciem ostatniej reklamy, czasami parę sekund po, i wówczas nie wiemy ile straciliśmy.
    Tak sobie skacząc palcem po małej klawiaturce, pomyślałem - czy telestacja serwując nam cykl reklam, nie może na ekranie zamieścić zegara wskazującego czasu pozostałego do wznowienia filmu? Niektóre telestacje dają nam wytchnienie (od... najciekawszej sceny filmowej) na dwie minuty, inne na dziesięć. Po latach treningu można dość dokładnie "wstrzelić" się w kontynuację akcji w zależności od telestacji...
    Czasami udaje się trafić w dziesiątkę - akurat jest kontynuacja akcji, zaś u dołu ekranu jest nazwa filmu, co oznacza, że przed chwilą wznowiono emisję (gdyby nie ów napis, to moglibyśmy pomyśleć, że przepadło nam parę minut filmu). A bywa, że wracamy i... lecą już napisy końcowe - lista aktorów i realizatorów, bo spóźniliśmy się pół minuty i przepadła nam najciekawsza scena filmu, i to końcowa. Można wyć do księżyca, bo 90 minut poszło na
marne, gdyż koniec zawierał najważniejsze przesłanie dzieła...
    Kiedy miałem czarno-biały telewizor z dwoma kanałami i musiałem każdorazowo zwlekać się z kanapy i podchodzić do skrzynki oraz przekręcać wielkie pokrętło, a potem małą gałeczką w osi tego pokrętła dostroić obraz, bo się rozkojarzał, to (po obaleniu komuny) ów pilot* był tak rewelacyjny, że trudno było go krytykować. No cóż, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia.
    Małych fiacików (umiłowanych ongiś) już prawie nie ma, zatem może wejść na wyższy stopień rozwoju i wymagań... Może czas poprosić telestacje o zamieszczanie takich zegarów? A jak nie poprosić, to... zażądać, także przy pomocy Federacji Konsumenta?
    Ktoś powie - ależ chłopie, przecież nie po to dają reklamy, abyś je (najoględniej pisząc) omijał... No tak, ale z drugiej strony żadna telestacja nie może także uznać, że reklamy oglądamy za karę. Jeśli robi nam uprzejmość nadając reklamę, to chyba świadczenie tej usługi uznaje (przynajmniej oficjalnie) za wielką uprzejmość w zapoznawaniu widza z najnowszymi trendami konsumpcyjnymi, a nie za dopust... telewizyjny. Wszak każdy usługodawca przedstawia swym klientom pewne plany, np. linie autobusowe mają przystanki z rozkładami jazdy. Nie po to, aby pasażer omijał je szerokim łukiem, ale aby skoordynował swe potrzeby z ofertą firmy transportowej. Aukcje internetowe też wychodzą frontem do klienta, informując go, że za 5 minut albo dni zakończy się impreza i pora podbijać cenę.
    Być może z niechęcią, ale telestacje powinny zamieścić takie zegary, bo "klient nasz Pan" (stare a dobre hasło, jeszcze z czasów PRL). Należy tylko im przedstawić swą prośbę, a w razie potrzeby poprosić o pomoc... Rzecznika Praw Obywatelskich.
    Wiele reklam jest dobrze zrealizowanych - to są małe dzieła sztuki i bardzochętnie je oglądam. Ale paronastokrotne śledzenie tych samych filmików nie musi być marzeniem telewidza, zwłaszcza że również musi wyjść z psem albo nastawić pralkę. I wówczas taki zegar to prawdziwy skarb a doradca.
    Zresztą - same telestacje nigdy nie wpadłyby na pomysł graficznego znakowania rodzaju filmu (porada dla oglądających), nigdy by same nie ograniczały pory emisji filmów "dla dorosłych", nigdy by nie zakazały reklamy alkoholu, zatem także w tej materii inicjatywy nie okażą, co jest oczywiste "samo przez się"...
    Aby była pełna jasność - zegary nie mają liczyć czasu od zera wzwyż (żeby telestacje nie udawały, że nie wiedzą o co chodzi...), ale mają liczyć do zera, czyli - ile czasu zostało do wznowienia emisji przerwanego programu. W ten sposób ujawniany jest czas czystej gry w hokeju i koszykówce.
    Żyjemy w wolnym kraju - telestacja ma prawo emitować anonse, zaś widz ma prawo wiedzieć, ile czasu będą trwać reklamy. Co uczyni z nabytą wiedzą - jego prywatna sprawa, zatem pytać widza "a po co Pani/Panu wiedzieć - ile minut pozostało do zakończenia bloku reklamowego" byłoby nietaktem. Jawność to cecha wdzierająca się w każdą niemal dziedzinę naszego życia. Prosimy o ujawnianie danych podczas emisji reklam! A jeśli to komuś nie jest
potrzebne, to nie musi z takich informacji korzystać. Są ludzie, którzy nie czytują rozkładów jazdy autobusów, bo chodzą pieszo albo jeżdżą własnymi autami.

* - tak, wiem - niektórzy zamożniejsi Polacy mieli kolorowe telewizory z
pilotami jeszcze przed upadkiem PRL...

    Włochy - spór o toaletę - Wiadomości24 (31 października 2006)
    U nas dyskusje dotyczą tolerancji wobec innoseksualistów. Jeśli ktoś myśli nieprawomyślnie, to należy oskarżyć go o odszczepieństwo i wykluczyć ze społeczeństwa, a przynajmniej wypisać z klubu dyskusyjnego. Wszędzie węszymy, czy nie mamy homofoba. A we Włoszech?
    A we Włoszech trwa spór o toaletę, w szczególności dla transwestyty, a właściwie - transwestytki. Pewna deputowana stwierdziła, że nie życzy sobie (i pewnie innym), aby posłanka Vladimira Luxuria nachodziła ją w damskiej toalecie, skoro owa Vladimira urodziła się jako dżentelmen, choćby i wątpliwy. Niektórzy posłowie proponują utworzenie trzeciej toalety. Kwestię ma rozstrzygnąć komisja parlamentarna.
    A to owa Luxuria ma na czole napisane, że była facetem? Widać po niej męskie pochodzenie? Przeżycia męskiego (poprzedniego) życia wycisnęły na niej głębokie piętno? W którym miejscu? Kraj, w którym toczy się ta debata, to najwłaściwsze miejsce do takich dyskusji - należy jeszcze sprecyzować, czy owe kudełki (synonim z polskiej nazwy państwa o obuwniczym kształcie) strzyżone są w trójkącik, czy w kółeczko. I według geometrii iść na stronę (ale nie internetową). Jest coraz popularniejsze fryzjerstwo nie tyle z górnych partii ciała, co ze środkowych. I od tego uzależnić uznanie płci - kobieta czy mężczyzna...
    I co na to krytycy jakichkolwiek opinii, które nie są zgodne w stu procentach z jedynie słuszną linią liberalnej Europy?
    Ponieważ nazwisko tej pani brzmi oryginalnie, przeto można rzucić okiem do słownika, które słowa kojarzą się z nim. Otóż - luksus, rozkosz, bujność, płodność, zmysłowość, bogactwo... Co ta posłanka chciała nam przekazać przyjmując takie nazwisko? Że to wszystko ma, czy o tym wszystkim marzy? Że już jest szczęśliwa, czy dopiero będzie?
    Włochy? Rozczesać owe kołtuny w ramach walki z kołtunerią i ocenić płeć, najlepiej kolektywnie i komisyjnie w Unii Europejskiej!

    Czy mediom wolno kompromitować armię swego kraju? - Wiadomości24 (1 listopada 2006)
    Wszyscy pamiętamy obrzydliwe zdjęcia wykonane przez Amerykanów w bagdadzkim więzieniu. Ukazano na nich dręczenie więźniów, tortury, gwałty i molestowania. Bezczeszczono żywych, umarłych i symbole religijne. Oprawcy byli na tyle bezczelni i bezmyślni, że nie krępowali się ukazywać swoich twarzy, przy czym wiele facjat nie przypominało troglodytów, ale jednak inteligentnych (przynajmniej z wyglądu) ludzi.
    Archiwa dysponują tysiącami zdjęć z czasów II wojny światowej, na których ukazano zbrodnie i to wyrafinowane. Jeśli w dziedzinie zabijania jeszcze czegoś nie widzieliśmy do dzisiaj, to zobaczymy jutro. Technika codziennie podsuwa nam kolejne sposoby utrwalania i przekazywania obrazów. Sposoby są coraz tańsze, a przez to dostępne nie tylko dla zawodowych korespondentów wojennych, ale dosłownie dla wszystkich - cwaniaków, zboczeńców, karierowiczów i... etyków. Zwykle okrutne zdjęcia wykonywane są przez zdemoralizowanych osobników, którzy w czasach pokoju najczęściej byli całkiem przeciętnymi ludźmi. My, Polacy, jesteśmy przekonani, że polscy żołnierze są lepsi od innych pod względem moralności. Tak nas chyba wychowywano przez dziesiątki lat.
    Ale spójrzmy logicznie - jeśli Amerykanie wychowywani w demokracji (nigdy nie było tam totalitaryzmu) dopuszczali się zbrodni w Wietnamie, a potem w Afganistanie i w Iraku, teraz także Niemcy (czujący wstręt do faszyzmu i mający pewne kompleksy wynikające ze zbrodni wojennych, które były zapoczątkowane i wykonywane na masową skalę przez ich przodków) wykonują filmy dokumentujące ich makabryczne (wy)czyny w Afganistanie, to moje pytanie brzmi - na ile polscy żołnierze, którzy w cywilu mieliby na sumieniu "niemoralne wyczyny" doprowadzające do samobójstwa gimnazjalistkę, byliby szlachetniejsi (od Amerykanów i Niemców) wobec ujętych Irakijek lub Afganek? Na ile polscy pseudokibice, niszczący mienie (na stadionach, autobusach, ulicach) oraz zabijający kibiców innych klubów sportowych i posyłający policjantów na renty - na ile oni byliby szlachetni (jak postacie znane nam z historycznych powieści) i nie torturowaliby pojmanych przeciwników na podbitym obszarze, na którym żaden ich czyn nie podlegałby krytyce, chyba że sami dokumentowaliby swe zbrodnie, a filmy te zostałyby później przejęte.
    I dochodzimy do tytułowego pytania - czy media mogą ujawniać popełnione zbrodnie przez żołnierzy (także służby więzienne, policyjne, ochroniarskie) własnych armii oraz wojsk sprzymierzonych?
    Wolność to brak cenzury, zatem każdy dziennikarz mający udokumentowane zbrodnie - natychmiast je publikuje. Dlaczego? Z trzech powodów - wolno mu, zarabia na tym oraz "jeśli on tego nie uczyni, to kolega z konkurencyjnej gazety to zrobi". Układ jest prosty. Ale czym to grozi? Otóż redaktor naczelny i właściciel tytułu medialnego (prasa, telewizja) rozpowszechnia  materiały kompromitujące swoich rodaków (lub obywateli sprzymierzonych z ojczyzną). I do pewnego momentu jest to działalność czysto informacyjna, choć patrioci mogą mu zarzucić działanie antypaństwowe (bo obiektywnie rzecz biorąc, kompromitacja własnej armii jest sprzeczna z racją stanu danego państwa). Jednak to nie koniec. Opinia światowa zaczyna protestować przeciwko operacjom zbrojnym, które były podjęte przy poparciu ONZ, bowiem założenia interwencji były "cokolwiek szlachetne" (jakby to nie brzmiało!). Żaden chyba polityk i generał nie lubi dziennikarzy ujawniających zbrodnie (i nie tylko, bo także - afery obyczajowe, narkotykowe, przemytnicze, korupcyjne) swych żołnierzy. Ale to także nie koniec sprawy - dochodzimy do ważniejszego problemu, dawniej nieznanego. Otóż po publikacjach, miejscowi bojownicy zwiększają akcje odwetowe (na podstawie ujawnionych zdjęć) - pojmują nie tylko żołnierzy, ale także innych obywateli państw interweniujących, których nie tylko mordują w wyrafinowany sposób, ale także zamieszczają okrutne sceny w internecie, a ponadto - wysadzają obiekty z ludnością cywilną na terenie interweniującego kraju.
    Dawniej takich problemów i pytań nie było - urządzenia zapisu wizji były trudno dostępne i stosunkowo drogie, a prasa nie zamieszczała (jeśli już redakcja posiadła) wszystkich ohydnych materiałów. Początki publikacji bez cenzury sięgają wojny w Wietnamie. A pierwsze bezpośrednio przekazywane przez media obrazy wojenne to amerykańskie wyzwolenie Kuwejtu. Już wówczas sugerowano cenzurowanie wojennych koszmarnych obrazów. Jeśli podczas okupacji, Niemcy mordowali dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, to nieliczne fotografie docierały do wolnego świata po paru tygodniach, zaś politycy nie wierzyli owym czarno-białym niewyraźnym dokumentom. Owszem, po wojnie były to dowody świadczące przeciw ludobójcom. Ale ukazywanie pojedynczych scen ostrzelania przez załogę helikoptera pojedynczych osób, często rannych i bezbronnych, to w zasadzie ich zamordowanie. Dramat jest pokazany przy zastosowaniu noktowizora, co oznacza, że strzelający żołnierze (i my) obserwują ludzi po kolei mordowanych, a ofiary nawet nie wiedzą, że są widoczne jak za słonecznego dnia. I takie zdjęcia zrobione kilka dni przed publikacją bardziej oddziałują na opinie publiczną niż archiwalne zdjęcia mordowania tysięcy ludzi podczas II wojny światowej.
    Należy zapytać polskich redaktorów naczelnych (pracujących w wygodnych fotelach klimatyzowanych pomieszczeń, z dala od bulwersujących wydarzeń) - czy mając filmy dokumentujące sceny zabójstw albo tortur, w wykonaniu naszych żołnierzy, rozpowszechnią je, wiedząc, że po ujawnieniu owych zdjęć, zostanie zabitych kilku naszych obywateli w ramach akcji odwetowej oraz że zostanie podwyższone ryzyko ataku na polskie lotniska, wieżowce, rafinerie czy kościoły? Takie pytanie można już postawić, nie czekając na pierwsze dostarczone okrutne zdjęcia. I nie (nawet słusznie) dowodząc, że ujawnienia służą skróceniu interwencji oraz poprawie wizerunku naszego wojska. Czy mają prawo do głoszenia prawdy kosztem poniesienia masowych ofiar?
    Oraz pytanie do Ministerstwa Obrony Narodowej i zwykłych obywateli - czy Państwo może ograniczyć niezależność mediów, jeśli uzna, że podawane informacje mogą zagrozić Polsce i Polakom?

    W demokracji zło zwycięża - Wiadomości24 (2 listopada 2006)
    W szkole już było niemal wszystko - upokarzanie nauczycieli, ordynarne zachowanie uczniów - wulgaria, bijatyki, smarowanie po ścianie, rozbijanie wyposażenia i (niedawno) zabójstwo tuż przy szkole. Teraz bandytyzm sięgnął szczytów lub raczej dna - uczniowie na oczach całej klasy upokorzyli koleżankę a ponadto nagrali tę obrzydliwą scenę. Dziewczyna nie mogąc sobie poradzić z urażoną dumą, popełniła samobójstwo. Prawdopodobnie nagranie i groźby zamieszczenia w internecie, przepełniło szalę goryczy popychając do realizacji ostatniej w życiu rozpaczliwej decyzji.
    Cała Polska w szoku! Czternastoletni zboczeńcy okazali się (pośrednio) mordercami. W pierwszym odruchu większość zbulwersowanych rodaków najchętniej by posadziła zbirów na długie lata do więzienia albo (w afekcie) - zabiłaby na miejscu szubrawców.
    Autobusy pełne są takich kmiotów - wulgarni, wyzywający swym zachowaniem. Inna sprawa, że jadące z nimi koleżanki nie są specjalnie zdegustowane. Może nie mają wyjścia, skoro muszą razem dojeżdżać do szkoły, uczyć się i egzystować. W zakłamanym świecie większość nich ulega chamstwu, aby nie być narażoną na niewybredne zaczepki. A lumpy zapewne ich zachowanie biorą za przychylność i eskalują prostackie zachowanie - błędnie myślą, że to właściwa droga do bycia popularnym w klasie. Te bardziej godne padają ofiarą hordy przy obojętności większości klasy.
    Potem organizowane są marsze przeciw przemocy. Dawniej nie było marszów, wolnych sobót, zbyt wielu wolnych dni z paru bardzo ważnych powodów, komórek z bajerami, komputerów z głupawymi grami (przemoc i nieograniczona liczba żyć), narkotyków i dyskotek dla małolatów. Im więcej marszów, tym więcej przemocy? Może marsze ograniczają przestępczość. Kto to udowodni? Dyskusje będą podobne do - czy wprowadzenie kary śmierci ograniczyłoby liczbę ciężkich przestępstw?
    A jak sprawy wyglądają w totalitarnych państwach albo w krajach arabskich? Jakże mało mamy danych na ten temat. Wszelkie informacje o obyczajowych przestępstwach pochodzą z "wolnych i ucywilizowanych" krajów. A jak zachowuje się młodzież amerykańska? Na filmach widzimy - każdy ubiera co chce, żuje gumę, lekceważy nauczycieli, lekcje kończy dzwonek, nawet jeśli nauczyciel jest w pół słowa. I nie jest ważne, czy tak jest w większości amerykańskich szkół - nasza młodzież to widzi i naśladuje. Ukazanie "nowoczesnej" amerykańskiej (a co ze Stanów to najlepsze i wzorcowe) młodzieży wyrządza wiele zła. Kto wie, jeśli byłby zakaz emisji owych osiągnięć światowej kinematografii... Ale zaraz - cenzura, zagrożona wolność przepływu informacji i zapoznawania się z inną kulturą (kulturą?!), a wszystko chyba pod dyskretnym urokiem kasy, czyli burżuazji... Nie po to twórcy ("twórcy"?!) inwestują dziesiątki milionów dolarów, aby im pół świata zbojkotowało wyświetlanie w kinach... Spójrzcie czasami na taki film - przecież to zwykły szmirowaty chłam opakowany w jakąś atrakcyjną fabułkę, szybkie samochody i podobne dziewczyny.
    Dawniej nauczyciel autorytatywnie wymierzał karę linijką albo odesłaniem do kąta. Psychologów było jak na lekarstwo. Jak dziecię oberwało, to cieszyło się, kiedy rodziców dodatkowo nie wzywano do szkoły. Każdy wolał parę razy "mieć wrzepione", byle w domu się o tym nie dowiedziano. A jeśli już były przecieki, to często rodzic pochwalał ówczesne (podobno średniowieczne) metody wychowawcze, i jeśli młodzian przyznawał się, że oberwał, to jeszcze dostawał domową poprawkę. A teraz biedne dziecię poskarży się rodzicowi, to tenże z rozpuszczoną buzią leci nie tylko do szkolnej dyrekcji, ale i telewizję nasyła oraz wywiadów chce udzielać - jakaż to krzywda spotyka jego niewinne pacholę. Bo Helsinki, prawa człowieka i obywatela, w tym ucznia. I młodzież wie, że szwedzcy koledzy mogą donieść na rodziców jak sławny Pawlik Morozow na swoich ongiś w Sowietach. I póki co, na nauczycieli donoszą.
    Ale po szoku i chęci pozabijania wszystkich małoletnich szubrawców, przychodzi refleksja. Każdy chrześcijanin, innowierca i ateista powinien przebaczać. Tym łatwiej mu to przyjdzie, bowiem dramat nie dotknął jego rodziny. Ci zwyrodnialcy to jeszcze dzieci. Może rodzice to także byłe męty? Może miały trudne dzieciństwo? Może jeszcze wyrosną na ludzi i dadzą ojczyźnie swój zapał i talent? Tej dziewczynie życia nikt już nie przywróci, a oni jeszcze przyłożą się do budowy lepszej Polski? Trudne warunki życiowe wypadałoby jakoś zrekompensować i start na studia ułatwić. Może preferencyjne kredyty na mieszkanie i nowe auto? I jakieś dodatkowe punkty podczas egzaminów na uczelnie? Wykazali się przecież zaradnością i umiejętnościami w kierowaniu zespołem. Zastraszyli ofiarę i całą klasę - czyż mamy lepszy materiał na przywódczą elitę? Przecież widzą w mediach, że wodzami zostają łgarze, fałszerze, gwałciciele, pedofile, złodzieje, kombinatorzy. A może to jest właściwy kierunek rozwoju społecznego? Teraz poprawczak? Owszem, jeśli już trzeba, ale bez przesady - podłączyć im internet, dać dostęp do najciekawszych gier, pozwolić na komórkę - wszak muszą rodziców informować na bieżąco o niesmacznym śniadaniu i niezbyt ciepłej wodzie w prysznicach.
    Pamiętacie film "Parszywa dwunastka"? Bohaterami są skazańcy, których od krzesła elektrycznego ratuje patriotyczna akcja wojenna. Ich widzimy, podziwiamy na filmie, za nich trzymamy kciuki. Oni są podmiotem, bo są żywi i mają ważną rolę do spełnienia. Przedmiotami są ich ofiary, o których ledwo wspomniano, bo ich już nie ma, nie widzimy ich rodzin, ich rozpaczy i pustki w życiu.
    Jeden z "bohaterów" afery ArtB został szefem fabryki. Zapytani (a w skali kraju przecież okradzeni) robotnicy o szefa, który zrobił przewał, stwierdzili - takiego szefa nam trzeba, bo potrafi sobie poradzić z każdymi przeciwnościami losu. Ręce opadają a idee upadają. Świat zmierza ku moralnemu samounicestwieniu.

    Orły schodzą na dziady - Wiadomości24 (3 listopada 2006)
    Od kilkunastu lat obserwuję nasze ulice, budynki. Polska pięknieje - domy kolorowe, na ulicach nowoczesne auta i supermarkety jak z bajki. I od parunastu lat mam wielkie pretensje do... szyldów. One są po prostu paskudne! Niemal wszystkie tablice informacyjne (białe z nazwami ulic oraz czerwone z nazwami urzędów) na budynkach użyteczności publicznej (komendy, szkoły, przedszkola, urzędy) zostały wymienione po upadku komuny i... to chyba najgorsza lipa i nędza, która mogła być przybita do murów. Tylko nieliczne wyjątki słabiutko a nieśmiało przeczą wspomnianej tezie.
    Za komuny takie szyldy były zrobione solidnie - tabliczki emaliowane, wypukłe, co zwiększało ich sztywność. Przez lata nie rdzewiały i nie zaciekały. Napisy były wyraziste i wygląd dodawał splendoru budynkowi a powagi władzy. Wyrób był wykonywany solidnie i zgodnie z Polską Normą. A teraz? Pewnie nie ma pieniędzy na porządne blachy i przetargi wygrywają niedorobieni malarze... Wstyd także i dlatego, że "stare" orły (bez symbolu na głowie) są trwalsze niż "nowe" (z koroną), a tu już niewybredni złośliwcy mogą mieć używanie...
    Gdzieniegdzie jeszcze można zobaczyć takie stare tabliczki - jeśli nazw ulic nie zmienił wicher historii, to można podziwiać ich wygląd i jakość. Nawet po kilkudziesięciu latach. A te nowe? Parę lat mają i już są wyblakłe i wypaczone (bo zawieszono je jako płaskie, bez wypukłości) oraz... zaciekają - tandety! Gdyby ktoś je zdjął na czas remontu, to dziatwa mogłaby pomyśleć, że to złom i bawiłaby się nimi znakomicie...
    A do tego można dodać beznadzieję panującą przy takich tabliczkach, zwłaszcza krótszych, które zastąpiły dłuższe - braki w tynkach (gdzieniegdzie widać... cegły), braki w malowaniu - koszmar. Piękno naszych ulic jest dezawuowane przez takie tabliczki. Urzędy miejskie, gminne, szpitale, instytucje typu ZUS - makabra.
    Czy nikogo nie interesuje uroda naszych budynków użyteczności publicznej, tu - ścian z szyldzikami? Oczywiście, wszelkie wulgarne smarowidła malarskich "dzieł" naszej młodzieży przebijają brzydotę owych tabliczek, jednak jeśli jedynym charakterystycznym widokiem na ścianie urzędu jest tabliczka nowego typu, to zwykle grozą wieje nawet w pogodny dzień, a co dopiero podczas jesiennych zawieruch. Czy żaden architekt nie czuwa nad wyglądem naszych urzędów? Owszem, nowe tynki, nowe okna (bo stare już niemodne albo z framug "wypadliwe", czyli - wypadające w razie niewymienienia na nowe), baśniowe niemal drzwi -  robią wrażenie, ale szyldy?!
    Czy postęp techniczny w tym jednym jedynym przypadku doznał zastoju? Zamiast gramofonów mamy laserowe odtwarzacze, zamiast radzieckich lustrzanek - cyfrowe aparaty, zamiast złoconych (także radzieckich) nakręcanych zegarków - plastykowe bateryjne azjatyckie czasomierze, zamiast budek telefonicznych - komórki. A tu - jakiś paranoidalny zastój w rozwoju technicznym, jakiś koszmarny regres. Czy zapomniano, w jaki sposób można wykonywać eleganckie, wypukłe, wyraziste i trwałe szyldy? Nikomu nie wstyd?!

    Obosieczny miecz demokracji - Wiadomości24 (4 listopada 2006)
    Pani OP zamieściła na W24 (2006-09-07 18:00) artykuł pt. *Mayhem do rządu RP: "Pocałujcie nas w tyłek"*. Nie dość, że cytuje w tytule inwektywy obrażające rząd RP, to również w artykule zamieszcza cytaty w rodzaju - *Faszystowsko-religijny europejski rząd skrywa się za fasadą demokracji. [...] Czy to może oznaczać nową formą religijnej dyktatury i inkwizycji? [...] Jak długo będziemy cierpieć ze strony fałszywych, chorych, zaburzonych polityczno-religijnych dyktatur? [...] Gdzie jest granica wolności wypowiedzi, sztuki, religii? Może w tyłku ich papieża? Chciałbym powiedzieć polskiemu premierowi i jego rządowi, aby pocałowali nas w tyłek i odpieprzyli się od nas!*- pisze Csihar.
    Jak widać, p. OP w ramach cenionej przezeń wolności słowa, pozwala sobie na cytowanie tekstów obraźliwych wobec rządu RP oraz papieża. I nikt nie zauważa, że to są inwektywy. Czy w ramach cytatów można zamieszczać zniewagi, obelgi czy wulgaria?
    I 4 listopada 2006 pani OP zdjęła moją krytyczną wypowiedź korzystając ze swoich prerogatyw, przy czym nie poinformowała, które słowa uznała za obraźliwe i wobec kogo. Prawdopodobnie chodziło o słowo zdzira/ździra nieskierowane ani do OP, ani do żadnej konkretnej osoby, która mogłaby się czuć obrażona. Skąd nagle ta troska o słownictwo na W24? No i nie rozumiem stanowiska Redakcji, która nie potrafi ocenić co to są inwektywy. Nie wystarczy ocena jednego słowa, to musi być cały obraźliwy kontekst, a według mnie nie jest obraźliwszy, niż zacytowane fragmenty.
    I to zamieszcza osoba oddana sprawie równości wszystkich ludzi niezależnie od wiary, seksualności i poglądów? Jeśli ktoś zamieszcza wulgarny list jakiegoś drugorzędnego zespołu, to albo się z tym tekstem utożsamia, albo krytykuje. Ponieważ p. OP komentuje ów list - Powodem była obawa przed obrazą uczuć religijnych ze strony zespołów - uznanych gwiazd metalu. O repertuarze w Proximie nie decyduje oczywiście rząd czy władze miasta, jednak wystosowały one apel do rektora o odwołanie koncertu, proponując "wszelką pomoc prawną, finansową i ze strony straży miejskiej" w razie problemów z odwołaniem imprezy. a to oznacza, że utożsamia się z oburzeniem tego zespołu, wszak gdyby było inaczej, to zbojkotowałaby ten bełkot niewydarzonego muzyka, a ponadto nie oceniałaby zespołu jako uznane gwiazdy metalu.
    Poza tym - jaką wiarygodność ma p. OP, jeśli zdejmując komentarz o zdzirach/ździrach jednocześnie zarzuca rządowi bezprawną ingerencję w działalność uznanych gwiazd metalu? I jakże groteskowo wygląda skasowanie mojego wątku, a jednocześnie zamieszczenie przez p. OP wypowiedzi o hołocie - Część z nas dziś zaśnie wyjątkowo spokojnie, w poczuciu dumy z naszego ministra, który wreszcie zaprowadzi w tej tajemniczej hołocie należyty porządek. (*Zero tolerancji, czyli wojna dorosłych z dziećmi* - 3 listopada 2006)?
    Jak na specjalistkę psychologii oraz jak na osobę popierającą wolność słowa, to zaiste jednostronne korzystanie z tej wolności - sama garściami czerpie z zasad konstytucji, ale wobec innych jest cenzorem. Czy tak przedstawia się moralność przyszłej dziennikarki?
    Idąc ustalonym tropem wytyczonym przez szlachetną p. OP - jeśli obiektywnie zamieściła list zespołu, bo uznała, że jest jej takie dziennikarskie prawo lub nawet obowiązek, to czy ja mogę dokładnie to samo uczynić?
    Proponuję zatem zamieścić mój list o podobnym przesłaniu przypominając o obosiecznym demokratycznym mieczu...
    Nawiedzona absolwentka psychologii skrywa się za fasadą demokracji. Czy to może oznaczać nową formą przyszłej dyktatury i inkwizycji? Jak długo będziemy cierpieć ze strony fałszywych, chorych, zaburzonych psycholi/psychologów? [...] Gdzie jest granica wolności wypowiedzi i krytyki? Może w tyłku Redakcji W24? Chciałbym powiedzieć miłej p. OP i sympatycznej Redakcji, aby pocałowali mnie w tyłek i odpieprzyli się ode mnie!- pisze w swym oświadczeniu niejaki Mirnal. I dodaje - Kto wreszcie zaprowadzi porządek w tej tajemniczej hołocie?

    Pozioma drabinka bezpieczeństwa - Wiadomości24 (23 listopada 2006)
    Wszyscy pamiętamy tragiczną noc, kiedy nasz statek "Jan Heweliusz" maksymalnie przechylił się na burtę i zatonął.
    Na pomysł wpadłem w rok po katastrofie polskiego statku, kiedy byłem na dużym statku w suchym doku Stoczni Gdynia. Szeroki kadłub robił wrażenie. Kiedy chodziłem korytarzami, pomyślałem: co byłoby, gdyby taki statek przewrócił się nagle na bok i osoby będące w korytarzu poprzecznym znalazłyby się w (pionowej przecież!) studni, przy czym zalanie jednej burty spowodowałoby częściowe zatopienie takiego korytarza, a dodajmy w scenariuszu zimną wodę i wyłączenie światła - koszmar.
    Korytarze wzdłuż statku nie są równie niebezpieczne w przypadku przewrócenia się na burtę, chyba że znajdą się w okolicach pechowej burty (wówczas są zalane i szanse uratowania znajdujących się tam ludzi są nikłe). Taki korytarz ma zamienioną podłogę ze ścianą, zatem jedyną trudnością jest chodzenie po... ścianie, która staje się podłogą. No, ale kiedyś z korytarza wzdłużnego wychodzimy w końcu w korytarz poprzeczny i jesteśmy w studni. Modyfikując pomysł, można byłoby drabinki zamontować na suficie korytarza, dzięki czemu nie byłoby przerw w drabinkach na drzwi.
    Zatem zmobilizowałem się i opisałem mój pomysł oraz go rozesłałem. Pewnie kiedyś założę muzeum niezrealizowanych pomysłów Mirnala...
    Oto pomysł sprzed lat
    Z analizy wypadków morskich wynika, że podczas tonięcia statku przy dużym przechyle na jedną z burt, osoby znajdujące się w korytarzach mają trudności z wydostaniem się na zewnątrz z uwagi na znaczne pochylenie podłóg korytarzy poprzecznych (prostopadłych do płaszczyzny symetrii statku). Utworzone w ten sposób studnie stają się często śmiertelnymi pułapkami dla pasażerów i załogantów. Istniejące poręcze nie zawsze są właściwe dla ratowania osób mniej sprawnych (np. kontuzjowanych podczas katastrofy).
    Aby podnieść poziom bezpieczeństwa na statkach proponuję zamontowanie w korytarzach poprzecznych w odległości ok. 10 cm nad podłogą poziomych drabinek bezpieczeństwa. Byłyby estetycznie wykonane z metalu, drewna lub tworzyw sztucznych. Odstęp stopni - 30 cm. Szerokość drabinki mogłaby być zwiększona do wysokości poręczy w korytarzach. W tym przypadku jedna z pobocznic drabinki byłaby jednocześnie poręczą. W miarę możliwości, drabinkę można byłoby umieścić na równo z szalunkiem oraz zainstalować oświetlenie awaryjne pod drabinką.
    Gdynia, 5 grudnia 1994
    Adresaci opisu pomysłu: Urząd Patentowy RP, Polski Rejestr Statków, Główny Urząd Morski, Stocznia Gdynia, Stocznia Gdańska, Stocznia Szczecińska, Polskie Linie Oceaniczne.
    Nie zauważyłem zainteresowania opisanym pomysłem...

    1 listopada 2006 zatonął szwedzki statek "Finnbirch", który był o ok. 30 m dłuższy od "Jana Heweliusza". Zginęło dwóch marynarzy. Media podały, że po przewróceniu się statku na burtę, łodzie ratunkowe były bezużyteczne (jeden szereg znalazł się pod wodą, przeciwległy był nie do zastosowania). A ile kosztowały takie łodzie, ich certyfikaty oraz zatwierdzenie ich rozmieszczenia, to wiedzą tylko przedstawiciele stoczni, armatora i towarzystwa klasyfikacyjnego... Należy wymyślić inne sposoby ratowania ludzi z przewróconego statku.
    "Jan Heweliusz" - polski prom kolejowo-samochodowy typu RORO, wybudowany w roku 1977 (dł. 126 m, szer. 17 m, nośność 2500 ton, prędkość 14 węzłów); zatonął 14 stycznia 1993 ok. godz. 4:36.

    Czy Państwo odpowiada za swych niepoczytalnych obywateli? - Wiadomości24 (24 listopada 2006)
    15 listopada 2006 "Głos Wielkopolski" opisuje niecodzienną sytuację - Przystojny mężczyzna w średnim wieku. W minionych tygodniach ubierał się w dżinsowe spodnie i kurtkę, wcześniej zakładał marynarkę i muszkę. Zamawia drogie dania w restauracjach, a gdy przychodzi do płacenia rachunku, informuje, że nie ma pieniędzy i prosi o wezwanie policji.
    Okazuje się, że ów "dżentelmen" od paru miesięcy odwiedza restauracje i zamawia wykwintne dania. Stratni restauratorzy zgłosili ok. 40 przypadków na kwoty od ok. 200 do 400 zł, w sumie 5850 zł. Ponieważ badania psychiatryczne wykazują niepoczytalność jegomościa, przeto sąd nakazał umorzenie wszystkich dochodzeń, ponieważ taka osoba nie może odpowiadać za swoje czyny. Gość raczej jest spokojny, choć zdarzyło mu się zdemolować lokal i nie wiadomo, czy kiedyś nie zaatakuje kelnera.
    Wydawać by się mogło, że w normalnym i nowoczesnym społeczeństwie są poprawnie zdefiniowane przynajmniej dwie dziedziny - zdecydowana władza sądownicza oraz solidna opieka społeczna. A jednak oba sektory są bezradne wobec opisanego przypadku.
    Władza nie funkcjonuje, skoro jej funkcjonariusze twierdzą, że nic nie można zrobić niepoczytalnemu obywatelowi. To jak inni porządni mieszkańcy naszego Państwa mają się czuć? Wysyłany jest oto sygnał, że każdy nieszczęśliwiec może okraść dowolną osobę, a Temida pozostanie bezczynna i bezradna? Przecież okradani rodacy płacą podatki Państwu miedzy innymi za utrzymywanie porządku i za ochronę przed kradzieżami, zwłaszcza sygnalizowanymi (spodziewanymi). I Państwo nie wywiązuje się z obowiązków, choć "ma płacone za to". A jeśli ktoś zauważy w końcu, że można grać bezkarnie Szwejka i doskonale wczuje się w taka rolę - będzie udawać niepoczytalnego, zwłaszcza jeśli mu niewiele do tego dziwnego stanu brakuje? Chyba znane są w świecie tego typu przykłady? Zresztą - cóż by się stało, nawet gdyby wykryto, że ów pan wystawia psychiatrów do wiatru? Dostałby pewnie niewielki wyrok (bo pierwszy proces w życiu) i zmieniłby wikt z ekskluzywnego na bardziej wodnisty, co oszukanym restauratorom by przecież nie uregulowało "zaległych i zapomnianych" rachunków, ale przynajmniej przez dwa lata nikt by ich bezkarnie nie... objadał.
    A druga sprawa - czy osoba niepoczytalna ma jakiś majątek? Nie można zlicytować czegokolwiek, choćby "dla oka i spokoju sumienia" oszukanych oraz dla poczucia przyzwoitości pozostałych (czyli nas wszystkich)? A jeśli biedak nie ma niczego, to gdzie mieszka, gdzie pracuje, z czego żyje? Czy kogoś to interesuje? No i może najważniejsze - czy osoba niepoczytalna może sobie robić co chce w naszym kraju (który podobno z trudem, ale przecież buduje imaż państwa praworządnego): bywać darmowo w restauracjach, korzystać z windy, przechodzić przez jezdnię, kierować samochodem, pracować w odpowiedzialnym fachu, obsługiwać kuchenki gazowe? Przecież to grozi wypadkiem a nawet katastrofą! I co Państwo powie poszkodowanym, jeśli dom wyleci w powietrze? Że nie mogliśmy nic zrobić, bo prawo jest ułomne jak ów nieszczęśnik?! Ale po takiej tragedii zbiorą się mędrcy i jednak ustalą pewne zmiany w prawie, co tylko potwierdzi znane porzekadło - mądry Polak po szkodzie...
    Jeśli Państwo w swej dobroci uznaje kogoś za nietykalnego z opisanych powodów, to powinno wziąć na siebie wszystkie straty i krzywdy, które taki obywatel wyrządzi innym. No jak to? Wspaniałomyślność "do połowy"? Tylko wobec zabłąkanej owcy? A co z drugą połową? Co z obywatelami stanowiącymi trzon Państwa?

   Lekcja wychowania obywatelskiego... - Wiadomości24 (24 listopada 2006)
    20 listopada 2006 media zapoznały nas z szokującą informacją: 28-letnia nauczycielka rozpijała młodzież.
    Za moich (młodych) czasów krążyły niesprawdzone informacje o woźnym, który zadawał się z młodzieżą (wódeczka, papieroski; słowo "narkotyki" było niemal nieznane, a cóż dopiero one same). Owszem, licealni pedagodzy bywali zamieszani w romansowanie z uczennicami, co było starannie tuszowane. Nie muszę dodawać, że nauczycielki były poza podejrzeniami, zaś nauczyciele nie flirtowali z młodzieńcami (jeszcze nie nastały te modne czasy).
    Teraz dowiadujemy się, że nauczycielka zapraszała do domu uczniów na sesje narkotykowe, że dzieliła się z dziatwą swymi zapasami, a jak brakowało, to wysyłała do dilera. W tym jednym zdaniu łamała kilka przepisów prawnych i to przez dłuższy czas. Nie jednorazowo! I miliony Polaków ze zdumieniem słuchają tej opowieści. Pracę zaczęła w wieku 21 lat. Wcześnie, ale teraz wszystko rozpoczyna się dość wcześnie. Miała dobrą opinię wśród kolegów, rodziców i uczniów. I mamy uwierzyć, że przez niemal 7 lat była wzorowym wychowawcą, a zbłądziła jedynie w ostatnim czasie? Kto w to uwierzy? To musiało trwać już parę lat. Sprawa wyszła na jaw, bo rodzice zajrzeli do komputera swej pociechy. Gdyby zajrzeli za 3 lata, to przeczytalibyśmy dokładnie to samo - nauczycielka z dziesięcioletnim stażem pracy zaklina się, że narkotykowy proceder trwa jedynie od paru tygodni...
    Jaki jest stan umysłowy inteligencji polskiej (tu nauczycielki języka angielskiego), skoro zajmuje się (prawda, raczej incydentalnie) narkotykami wraz z uczniami, wobec których powinien być jednak choć minimalny dystans (a nie wiadomo, czy ta odległość nie została zmniejszona do wartości ujemnych).
    Imprezy odbywały się z uczniami paru klas, czyli o sprawie wiedziała spora grupa młodych obywateli. I co oni sądzili o codziennych doniesieniach prasowych o handlarzach narkotyków i o dyscyplinie szkolnej? Musieli mieć niezły ubaw! Dławili się ze śmiechu? Jak celnicy, co to czytali o przemytnikach paru butelek wódki a sami przepuszczali całe kontenery? A dzisiejsi uczniowie z innych szkół? Także są rozanieleni, a za parę miesięcy dowiemy się, że kolejna nauczycielka o narkotykowo-nimfomańskim charakterze zabawiała męskie grono o niewinnych kiściach...
    Parę lat temu głośno było o równie młodej a wesoło usposobionej nauczycielce, która romansowała z uczniami, przy czym słowo "romans" jest tu użyte wyłącznie w celu uchronienia uszu od podwórkowych epitetów.
    Wśród Polaków są obywatele stawiający młodzież na piedestale i wierzący, że jest ona wspaniała. Coraz bardziej wątpię w tę młodzież - a to cała klasa biernie uczestniczy w molestowaniu koleżanki, a to parę klas miesiącami czynnie bawi się z nauczycielką w używki. Szok! A do tego mamy rodaków, którzy na cokole stawiają kobiety. Wręcz nie dadzą o nich złego słowa powiedzieć. Tak dobrze zostali wychowani, że nie dopuszczają na łamy nawet tylko lekko wulgarnawych określeń na niewiasty, bowiem one są dla nich zjawiskami niemal nadprzyrodzonymi. Dla nich to prawdziwy wstrząs. Jeśli oglądali niemiecki film o pożegnaniu z Leninem i z murem berlińskim (wolałbym pisownię "Mur Berliński"), to podobnie powinni być trzymani pod kloszem, z dala od takich serwisów... Bo jak określić taką nauczycielkę? Czy nie zabraknie nam przyzwoitych słów w zanadto wymuskanym słowniku?
    Nie przeczę, że wielu uczniów może jedynie pozazdrościć rozrywkowych nauczycielek, bo to niezła uciecha mieć w wieku parunastu lat takie przygody, zwłaszcza że rówieśnice kręcą zanadto nosami (wolą starszych chłopaków), a tu magisterskie i wyzwolone ciało pedagogiczne kręci wszystkimi narządami tylko nie aparatem węchu.
    Przecież to kompromitacja uczelni, dyrekcji szkoły i całego systemu oświaty. Jeśli nauczyciel nie odróżnia dobra od zła i nie widzi swych uchybień... System seryjnie produkuje pedagogów, z których wielu tam trafia przypadkowo, a wobec młodzieży grzeszą nieodpowiedzialnością.
    Oj szkoda, że ten kapitalizm z nowoczesnymi belferkami ze słabiutkimi hamulcami i o krzywym - daruję sobie tłumaczenie na języki zachodnie - prowadzeniem, nie przytrafił mi się 40 lat wcześniej...
    Wasz stetryczały komentator z maturą AD 1972.

    PS  I kto uwierzy, że dama otrzyma wyrok 8 lat? To menel tyle by może dostał, ale nie intelektualistka, która pewnie pierwszy raz w życiu weszła w konflikt z prawem. A że ośmieszyła Polskę oraz narobiła szkód szkolnictwu i młodzieży znacznie więcej niż cały tabun podwórkowych dilerów białą śmiercią? To już wina Temidy, która nie panuje nad problemem sprawiedliwości. Jeśli sąd dobrze pogrzebie w życiorysie młodej pani profesor o kiepskim profesjonalizmie, to z pewnością jeszcze coś interesującego znajdzie. Nie wchodzi się ot tak, po prostu, w świat marginesu bez wcześniejszego z nim obcowania. Wskazówka dla systemu oświaty - należy przyjrzeć się wszystkim pannom i kawalerom mającym wpływ na wychowanie naszej młodzieży, bowiem brak rodziny może spowodować zbytnie odejście ciała pedagogicznego w niekorzystnym kierunku dla wychowanków. Nauczyciele z rodzinami na głowie nie mają aż tyle czasu na takie głupstwa.

    Jesteśmy niegospodarnym narodem! - Wiadomości24 (24 listopada 2006)
    Trzy tygodnie temu Gdynię obiegła elektryzująca wieść, że ma być rozebrany największy hotel w mieście. Przyzwyczailiśmy się do widoku starego hotelu - mówią zdumieni mieszkańcy Gdyni" - czytamy w gazecie "Echo Miasta" (2 listopada 2006).
    Zaskakuje owo "stary", skoro budynek liczy sobie raptem nieco ponad... 20 lat. Może w 80-letnim mieście (Gdynia) to sporo? Inaczej ocenia się tu wiek niż w Krakowie?
    Dwudziestoletnie statki uchodzą za młode, a samoloty w tym wieku jeszcze latają zmagając się z konkurencją. Jedynie samochody równolatki można uznać za wsad do pieca hutniczego, chyba że sposobimy je do muzeum.
    Pamiętam - z początku hotel nie mógł być oddany do eksplooatacji, ponieważ nie spełniał wymogów przepisów przeciwpożarowych. Kto zawinił i jak wysokie były przestojowe straty pokrywane przez ówczesne państwo robotników i chłopów - nie wiem. Złośliwi mówili o braku podstołowego datku-wziątki...
    Jestem oszczędnym człowiekiem średniej daty (choć nie aż tak oszczędny, jak wojenne pokolenie) z dodatkiem ekologicznej wrażliwości, zatem jestem zniesmaczony pomysłem - dlaczego mamy zniszczyć stosunkowo nowy budynek w kraju z poważnym niedostatkiem hoteli? Ta budowla pochłonęła kilka tysięcy ton (wówczas deficytowych) materiałów, zaś projektowanie i montaż to równowartość zawodowych żyć wielu robotników i inżynierów. Nie szkoda tego dobra tak szybko zmarnować i zniszczyć?
    A środowisko naturalne nie poniesie szwanku? Statek po złomowaniu przedstawia wartość przynajmniej odzyskanych metali, a betonowe zgliszcza? Parę tysięcy ton gruzu należy wywieźć na wysypiska spalając staw paliwa. Zanieczyszczenie powietrza, zużycie ciężarówek i ulic, zakłócenia komunikacyjne w centrum miasta oraz praca ludzi, którzy mogliby w tym czasie budować kolejny hotel w innym miejscu.
    Czy ktoś rzeczywiście się zastanowił? I po co? Aby w okolicach wyburzonego obiektu powstał nowy, ładniejszy, tańszy w eksploatacji? A kto społeczeństwu przedstawił biznesowy plan - całkowite koszty budowy, eksploatacji i zysków hotelu *Gdynia* oraz prognozy na najbliższe lata?
    Czyżbyśmy mieli zbyt wiele hoteli w Trójmieście? Polska jest koszmarnie zadłużona i takie marnotrawstwo to fatalny sygnał dla społeczeństwa, które jest pouczane i wzywane do oszczędzania energii, paliwa, surowców wtórnych. Jaki przykład dajemy młodzieży? Z jednej strony zbieranie plastykowych butelek, a z drugiej zniszczenie "młodego" jeszcze budynku - skandal! Kto za to odpowiada? Czy wystarczy mieć pieniądze, aby dewastować wszystkie dokonania poprzednich pokoleń?
    Czy można dawać demoralizujące przykłady pokazując plik pieniędzy? Czy każdy może kupić wywrotkę lekko czerstwego chleba i ostentacyjnie przejechać koło placówki oczekującej na każdy dar z żywnością, wjechać na nabrzeże i wyrzucić kilkaset bochenków do zatoki pod hasłami - "dokarmiamy łabędzie i ryby" oraz "w kapitalizmie możemy robić z naszą własnością co chcemy"?
    Więcej szacunku dla pracy poprzednich pokoleń! Z materiałów zużytych na hotel *Gdynia* można wówczas byłoby zbudować kilkaset mieszkań, które trwałyby jeszcze dziesiątki lat. Już nie mamy robotniczo-chłopskiego państwa, ale owe obie klasy bacznie obserwują nowych rządców Polski oceniając ich gospodarność, która wobec wielkich zagranicznych (i pewnie niespłacalnych) długów graniczy z sabotażem.

    Restauracja "U Kononowicza" - Wiadomości24 (24 listopada 2006)
    Aukcje internetowe pełne są ogłoszeń z wykorzystaniem nazwiska Krzysztofa Kononowicza. A to sweter podobny do noszonego przez p. Krzysztofa, a to przedmioty, które onże rzekomo poleca, a także artykuły, "których nie ma nawet Kononowicz" (przewrotna reklama).
    Agencje reklamowe ostrożnie odchodzą do owego zjawiska i nie podzielają euforii internautów. Być może skierują ostrą reklamę w stronę młodzieży, bo starsi mogą być zniesmaczeni nieeleganckim wykorzystaniem wizerunku właściciela swetra i kilku zadziwiająco prostych recept na funkcjonowanie Państwa.
Pewna agencja reklamowa posunęła się do zadziwiającej konkluzji - "nie powinniśmy czerpać zysków z manipulowania ludźmi". Może błędnie zrozumiano wypowiedź, może coś chochlik napsocił, bowiem każda reklama (także wyborcza, o czym przeciętny Polak coraz lepiej wie) bazuje na manipulacji masami i na zbijaniu kapitału (nie tylko w branży finansowej) na nich... Poza branżą finansową (proste manipulacje) mamy bardziej finzeyjne (sterowanie społeczeństwem w aspekcie politycznym).
    Każdy porządny człowiek powinien dać spokój panu KK, jednak wiadomo, że jeszcze latami będzie się o nim mawiało i z pewnością powstanie jakiś film. A co parę lat, z okazji kolejnych wyborów, media nie zrezygnują z emisji gotowych starych cytatów i filmików. Pewnie ekipy udadzą się na włości najsławniejszego kandydata na prezydenta miasta i dokręcą jego nowe pomysły na zbawienie Polski. Czy ktoś chce, czy nie, pan KK na stałe wchodzi do panteoniku polskiej kultury. Wielu lepszych dobija się tamże latami i mają teraz dylemat - czy wejść na niższym poziomie, czy... wcale. A że można, to już udowodniła pewna polska artystka (bodaj Znalska) od krzyża.
Inna sprawa, że jeśli media śmieją się na całego z wszystkich niemal polityków, a ktoś nawołuje, aby p. Krzysia wyłączyć z tego rechotu, to należałoby zapytać - czy ludzi traktować jednakowo, czy niektórych ulgowo. A jeśli ulgowo, to czy w ramach nadpoprawności nie stajemy się małymi rasistami? No bo jeśli białych byśmy traktowali na serio, zaś o innych publicznie byśmy mówili z pobłażaniem... Przecież p. Krzysztof jest pełnoprawnych obywatelem RP, chyba że sąd wyda inną opinię.
    Aby odciąć się od dość humorystycznych wątków o p. Krzysztofie (kiedy to w duchu śmiejemy się do sporego rozpuku, ale w towarzystwie intelektualistów jednakowoż ów rechot wypada trzymać na wodzy) mam pomysł, na którym może zarobić w końcu sam p. Kononowicz, który obecnie w znacznej sławie jednak biedę klepie. I tylko dlatego pracuję nad tym artykułem.
    Polacy i turyści lubią dobrze zjeść, zatem propozycję kieruję do branży gastronomicznej.
    Otóż restauratorzy z Białegostoku powinni gościć u siebie najbardziej znanego białostoczanina, jakim jest niewątpliwie pan Krzysztof. Oczywiście w celach marketingowych, bowiem żywa reklama (nawet z ukochaną mamusią) zwiększy obroty tamtejszym placówkom żywienia zbiorowego. Gościć z typowa polską hojnością - może bez kawioru, ale też nie z daniem firmowym polecanym emerytom... I niech nie narzekają, bo im p. Krzysia podbiorą restauratorzy z Poznania, znani przecież z gospodarnego oka. A jak czuliby się ci ostatni, gdyby ich sławne koziołki przewieziono do Białegostoku?
    Aby zablokować pomysłowych naszych rodaków z Chicago (którzy po przeczytaniu tego tekstu z pewnością zapragną zrobić większy interes za oceanem), należy zalo(b)bować w amerykańskiej ambasadzie blokadę wydania wizy naszemu słynnemu rodakowi. Niestety, z Brukselą nie poradzimy sobie - jak tylko ktoś zapragnie, aby p. Krzysztof serwował tam brukselkę, to (niestety) nie możemy zabrać dowodu osobistego internetowemu pupilowi. Ale odwołamy się do jego patriotyzmu i pewnie nie wyjedzie za łatwiejszym chlebem.
    Restauracja (a może cała sieć?)  "U Kononowicza" powinna stosować rabaty dla raczących się gości przybywających w firmowych strojach - 5% za uszatkę (zimą) lub za koszulkę z jakimkolwiek motywem nawiązującym do kandydata albo 10% za turecki sweter (z gwiazdką - "nie można łączyć rabatów"). Obowiązkowym a wytwornym strojem dla kelnerów byłby oczywiście nowiutki i pachnący sweterek wzorowany na małoazjatyckim motywie z lat osiemdziesiątych...

    W szkołach - więcej praktyki, mniej teorii! - Wiadomości24 (25 listopada 2006)
    Ciała dwudziestoparoletnich ludzi znaleziono w samochodzie stojącym w garażu. Było zimno, zatem zamknęli auto i włączyli ogrzewanie... silnikiem (oczywiście spalinowym). Umarli. Rodzice, którzy ich szukali, doznali szoku!
    W Brodnicy dwoje młodych ludzi śmiertelnie zatruło się spalinami podczas randki. - informują media 20 listopada 2006.
    Ciała dwudziestoparoletnich ludzi znaleziono w samochodzie stojącym w garażu. Było zimno, zatem zamknęli auto i włączyli ogrzewanie... silnikiem (oczywiście spalinowym). Umarli. Rodzice, którzy ich szukali, doznali szoku!
    Co pewien czas czytamy o takich wypadkach, a to w Polsce, a to poza naszym krajem. Także są wypadki z dogrzewaniem na jachtach i w domach. W domach zwykle są wypadki z piecami węglowymi w pokojach oraz z piecykami gazowymi w łazienkach.
    Pomijając samobójstwa, których zapobieganie to zupełnie inny temat, tego typu przypadki powinny być omawiane w szkołach. Może jeden z przedmiotów powinien nazywać się "szkoła (prze)życia", który to obejmowałby podstawowe sprawy bezpieczeństwa (windy, zatrucia, porażenie prądem), rekreacyjne (skoki do wody w niepewnym miejscu, sporty ekstremalne) oraz sprawy prokreacyjne (wielki rozdział do osobnej dyskusji). Także porady w wypełnianiu formularzy, podań, rozumienie umów bankowych i gwarancyjnych.
    Cóż z tego, że młodzież poznaje historię, geografię, biologię, jeśli po latach to tylko z reguły ciekawostki przydatne w towarzystwie, teleturniejach i krzyżówkach, zaś trudności w poruszaniu się w życiu zawodowym i osobistym stawiają pytanie zasadniczej natury - czy kosztem wielu niepotrzebnych wiadomości z rozmaitych przedmiotów nie można byłoby dowiedzieć się wielu praktycznych porad, które uratowałyby nam życie oraz pomogłyby nam w poszukiwaniu pracy, w pertraktacjach z pracodawcą, a także przestrzegałyby nas przed oszustami. Inaczej - czy Polacy zamieniając w szkołach kilkanaście godzin rocznie nauk "tradycyjnych" na nauki "praktyczne", żyliby dłużej i szczęśliwiej? Odpowiedź nasuwa się jednoznacznie. A jeśli tak, to dlaczego pomysłu nie wprowadzić w czyn? Taka szkoła życia i przeżycia poprawiłaby standard naszego istnienia!
    No i jakiś konkretny pomysł (na dzisiaj) w aspekcie opisanej tragedii - każdy właściciel samochodu powinien otrzymać w urzędzie (najwygodniej podczas rejestracji wozu) emblemat (etykietę) samoprzylepną z tekstem "W garażu nie włączać ogrzewania silnikiem! Grozi śmiercią!", aby zawiesić ją nad wyjazdem z domowej zajezdni. Ktoś powie - przecież to każdy przeciętny człowiek wie. Niby wie, ale w pewnych sytuacjach może zapomina albo lekceważy zasłyszaną opinię. W końcu o zakazie przechodzenia przez tory kolejowe oraz o niestosowności włażenia na słupy energetyczne także niby wszyscy zapytani wiedzą, a rokrocznie kilkunastu Polaków ginie, bo przeoczyli zakaz albo go na ich ostatniej drodze zabrakło.
    Po kilkudziesięciu latach prowadzenia proponowanego programu, w razie dramatu byłego ucznia, zapewne statystyki wykazałyby, że pechowiec albo wagarował, albo chorował podczas "życiowych" lekcji i już tylko to dowiodłoby słuszności niniejszego postulatu.

    Geniusz miałby teraz 60 lat - Wiadomości24 (27 listopada 2006)
    Freddie Mercury (urodzony 5 września 1946 jako Farrokh Bulsara na wyspie Zanzibar, zmarł 24 listopada 1991 w Londynie, czyli 15 lat temu) - jeden z najbardziej znanych i fenomenalnych  piosenkarzy, lider brytyjskiej grupy "Queen".
Dzieciństwo spędził w Bombaju, otoczony luksusem. Studia skończył z dyplomem grafiki i projektowania. Miał niepowtarzalny głos o skali 3,5 oktawy.
    Bez oporów przyznawał się do homoseksualizmu, czyli do dewiacji, która w 1991 roku (w roku Jego śmierci!) przestała być dewiacją. Niestety, dość rozwiązły tryb życia dał się we znaki - wyznawał żartem, że "w ciągu jednej nocy miałem więcej kochanków niż Elizabeth Taylor w ciągu całego życia", no i stało się to, co w znacznej mierze zależy od rachunku prawdopodobieństwa (a miewał całkiem przypadkowych partnerów!) - zaraził się najstraszliwszą ze wstydliwych chorób. Do końca nie chciał się przyznać, że jest na nią chory - uczynił to jednak tuż przed śmiercią. Przyjaźnił się z Georgem Michaelem oraz z Eltonem Johnem, zatem z równie ekscentrycznymi artystami.
    Jego ojciec nie mógł wybaczyć Mu ogólnie niepochwalanego trybu życia, tyleż rozwiązłego, co i płciowo niewłaściwego. Jednak zdążyli się pogodzić. Kochał koty. Kiedy pani Austin (byli w siedmioletnim związku) marzyła o następnym pokoleniu, oznajmił, że wolałby mieć kolejnego kotka.
    Zwłoki skremowano i rozrzucono nad Jeziorem Genewskim, tamże postawiono Mu pomnik. Miałby teraz 60 lat i z pewnością do swych wspaniałych utworów, koncertów i teledysków/wideoklipów dołączyłby kolejne superprzeboje.
    Nie słyszałem, aby w Polsce istniał jakikolwiek obiekt Jego imienia - może ważny węzeł drogowy nazwać "rondo Mercury'ego" (choć wolałbym "Rondo Mercury'ego")?
    Wielcy ludzie, jako bezcenni Ziemianie, powinni być bardziej odpowiedzialni, bowiem ich życie i talent wnosi tak wiele do cywilizacji, że ich obowiązkiem jest tworzyć jak najdłużej. Mercury przedkładał jednak swój ryzykowny tryb życia ponad służbę całej ludzkości, czym pozbawił nas dalszych genialnych utworów.

    Homoseksualizm, osiąganie satysfakcji seksualnej z partnerami tej samej płci. Odmienność seksualna, która nie jest parafilią (zboczeniem) - to najkrótsza (i pewnie niedoskonała) definicja (kiedyś dewiacji, a teraz tylko odmienności, jednak w dalszym ciągu uchodzi za nienaturalny międzyludzki zwyczaj).

    Sport a nienawiść między narodami - Wiadomości24 (28 listopada 2006)
    Po wygranej w dzisiejszym meczu w siatkówkę z Rosjanami, internauci dali wyraz powszechnej euforii. Do tego stopnia, iż jeden z anonimowych współtwórców jednego z portali popełnił wątek pod nazwą "WPISUJCIE MIASTA KTóRE NIE LUBIą RUSKICH".
    Przejrzałem 170 wypowiedzi i uznałem, że są wśród nich jawnie rusofobiczne, zatem wysłałem w południe do redakcji portalu prośbę o zdjęcie całego wątku. Po półgodzinie otrzymałem zaskakującą odpowiedź -
    Szanowny Panie. Komentarz odnosi się do siatkarzy rosyjskich. Pozdrawiamy. Redakcja Forum Onet.pl
    Moja odpowiedź była bardziej nerwowa, bowiem przejrzałem staranniej niż owa redakcja fobiczne teksty.
    Chyba Redakcja sobie żartuje... A ja myślałem, że *RUSKIE* dotyczy pierogów. Sprawa zostanie przedstawiona na innym forum, a Redakcja niech przemyśli swe stanowisko. Jeśli gramy z drużyną z Izraela i ktoś krzyknie "żydy na przemiał", a inny będzie tłumaczyć odzywkę jako apel zatroskanego ekologa o marnowaną makulaturę ("kleksy na papierze do powtórnego przerobu surowców"; żyd to kleks) to tym kimś będzie Redakcja? Żarty sobie Redakcja stroi? Proszę podać mi parę wpisów świadczących, że chodzi o siatkarzy, bo ja widzę szereg wpisów nienawiązujacych do sportu. Wg mnie to rusofobiczny wątek!
    I załączyłem wszystkie skopiowane wypowiedzi (ok. 180), z czego teraz publikuję jedynie część (kilka głosów wzywających do opamiętania oznaczyłem *; jednak pośród anonimowego tłumu jest paru rozsądnie myślących). Zachowano pisownię oryginalną.
*Ruscy są ok. Prywatnie. Mają tylko kiepskich władców.
Zakopane nie lubi ruskich i gratuluje polskim siatkarzom
Opole nie lubi Ruskich też
*nie wpisuj sie w czyims imieniu, co? :/ JA ICH LUBIE
*chyba nikt jak wy powinniście być nauczeni tolerancji wobec innych nacji, wielki wstyd
Ja nie lubię. Zadufane w sobie, mongolskie plemię dzikich.
Gorzów tez nie trawi czerwonej zarazy
Szczecinek, też nie cierpi Ruskich!!!
*Rosjanie, to wspaniali, mili, otwarci, radośni, uczynni ...
*ALE GŁUPIA ZAJAWKA - ŻENADA!
A ja lubie Ruskich...a nie lubie Amerykanów
*A ja lubie i podziwiam Rosjan bo to wspaniali ludzie tylko mieszkaja w paskudnym kraju
CALA POLSKA NIENAWIDZI RUSKOW! PO CO TE WYLICZANKI.TAK BYLO, I TAK ZAWSZE BEDZIE!!!
*MóW ZA SIEBIE ZAKOMPLEKSIAłY CZłOWIEKU
Ciechanów też nie lubi ruskich i wcale nie pierogi
Ruskie to Ja lubie TYLKO pierogi
*odrobinę kultury? HANBA stawiać takie pytania.
Lublin,ale nie lubic to za malo powiedziane !!!!
Opatkowice to wioska, ale też ich nie lubimy!!!
*A jak byś się czuł gdyby po wygranej Rosjan jakiś tamtejszy kibic obwieścił w internecie podobne do Twojego, równie głupie, nacjonalistyczne zawołanie, że "zbiera nielubiące Polaków miasta".
*żal mi was !!czy Rosjanie to inni ludzie?naprawdę zaczynam wierzyc, że urodziłem się w kraju małej tolerancji, ksenofobii i rasistów.nie potraficie się cieszyc wygraną bez podtekstów?kocham swój kraj, a do Rosjan nic nie mam.
Lubniewice - Wszyscy wysiedleni przez ruskich mają powody by ich nnie lubieć.
*Jak można pisać taki post. Jesteście szowinistami i źle świadczycie o Polsce i Polakach. Wstyd i wiocha. Królewiec, Wilno, Grodno, Lwów- NIENAWIDZĄ ruskich!!
*Bardzo lubię Rosjan !!! Rosjanie są super. Nie lubię rosyjskich polityków spod znaku KGB.
A ja też nie lubię Ruskich, bo oni nie lubią Polaków, a poza tym mamy z nimi na pieńku
Które miasto wogóle lubi ruskich?

    Po kolejnych dwóch godzinach otrzymałem drugą odpowiedź niepokojonej przeze mnie redakcji [...] -

    Szanowny Panie
    Przykład z Izraelem nie był trafny - to byłby zupełnie inny, rasistowski komentarz (np. określenie "kleksy"). Doszliśmy do wniosku, że komentarz dotyczy siatkarzy ponieważ na to wskazywałby kontekst wydarzenia. Niemniej jednak postanowiliśmy uznać Pana racje - wątek rozwinął się w atak na cały naród. Tym samym postanowliśmy go usunąć z forum. Przepraszamy za wcześniejszą decyzję odmowną.
Pozdrawiamy
Redakcja Forum Onet.pl

    No i podziękowanie ode mnie -
    Dzięki za usunięcie. Na kleksy dawniej mówiono żydy, ale teraz to niewielu zna to określenie. Pozdro. Mirnal

    Każdy z nas cieszył się z wygranej naszych siatkarzy. Z pewnością nikt z nas, na nieanonimowym forum nie pisałby takich komentarzy, bo każdy wie, że można sobie w złości pożartować z tego czy innego narodu, z tych czy innych ludzi (rudych, tłustych, zapitych, nieszczęśliwych, porzuconych), ale czytając jakąś książkę (choćby ze złośliwymi dowcipami), nie należy czynić tego jednak w szerszym gronie (w telewizji, w domu przy młodszym pokoleniu), bowiem tak właśnie rodzą się wszelkie fobie. A że każdy z nas ma jakiś prywatny osąd i szereg przywar, to tak zawsze było. Nie nazwałbym tego hipokryzją, ale dobrym wychowaniem, przecież niemal wszyscy obgadują za plecami ludzi z rozmaitych powodów, choć tego im w oczy nie powiedzą. Świat także ma o nas wyrobione zdanie (amerykańskie dowcipy o polskich kubkach z uchami od środka, czy Niemców o ich autach garażujących już u nas), jednak przyzwoici cudzoziemcy w szerszym towarzystwie nie dają upustu swym poglądom wobec innych ludzi, choć przecież całe życie przebrnęli przez rozmaite mniej lub bardziej wybredne złośliwości kierowane także w naszą stronę.
    Rosyjscy siatkarze zlekceważyli nas: "O, Polacy wygrali już 7 meczów po trzy sety i myślą, że świat zawojowali? Daliśmy im łupnia w pierwszych dwóch setach, to jeszcze jeden i żegnajcie, nasi bracia Słowianie!". A tu taka siurpryza! 2:2 i zwycięski tajbrek dla Polski - sensacja! Przecież wielu Polaków i Rosjan, po dwóch setach uznało, że nie ma sensu meczu oglądać (oba narody, ale z innych powodów). Żona mnie woła ok. 20. - "tajbrek będą powtarzać!"; lecę i oglądam, choć znam wynik. A do męża Rosjanina, z oczywistych powodów, tamtejsza żona nie zawołała - "tajbrek będą powtarzać!", bowiem powtórki zwykle lubią oglądać... zwycięzcy.
    Niestety, niektóre stacje radiowe naśmiewały się z pokonanych Rosjan w stopniu przekraczającym zasady kulturalnej etykiety. Gdyby takie audycje były emitowane w Rosji po naszej przegranej, to uznalibyśmy je za wyjątkowo obleśne. Idee sportowe już dawno legły w gruzach!
    PS Czym wytłumaczyć, że amator zgłasza problem, a zawodowiec dostrzega sprawę dopiero po paru godzinach? Załączony znaczek pocztowy nawiązuje do Igrzysk XXI Olimpiady - Montreal 1976 (17.07. - 1.08.), kiedy w finale pokonaliśmy ZSRR 3:2 (11:15;15:13;12:15;19:17;15:7).

    ADHD - mali chuligani pod ochroną orzeczeń medycznych? - Wiadomości24 (29 listopada 2006)
    Pogryzione do krwi nauczycielki robią obdukcje, dyrekcja zakłada monitoring, a rodzice boją się o swoje dzieci - alarmuje "Metro" (27 listopada 2006).
    - Jesteśmy zaszczute przez matkę chłopca, po każdych zajęciach płaczemy. Gdy zwracamy dziecku uwagę, że tak nie można robić, mówi nam: Powiem mamie, że mnie biłaś, szmato - zwierzają się przedszkolanki. Mama małego agresora nie wierzy, że tak zachowuje się jej dziecko. - On jest taki dynamiczny - tłumaczy.
    Prawdopodobnie mamy do czynienia z ADHD. Kiedyś w programie Drzyzgi (TVN) również poruszono ten temat. Co charakterystyczne - rodzice w obu przypadkach uważają swe pacholęta za dość znośne a pretensje mają do pedagogów, dziennikarzy i wszystkich świętych. Do siebie najmniej.
    Dwukrotnie (UWAGA, ostatnio 29 listopada 2006) pokazano 16-latka, który chuligani, klnie, obraża sąsiadów, zakleja zamki drzwiowe, podpala drzwi do mieszkań, pije z kolegami. Oczywiście - mamusia nie rozumie, dlaczego wszyscy czepiają się jej synka i aż dziw, że jej auta jeszcze nie zajęto w poczet pokrycia strat i procesów. Nie orientuję się na tyle, aby orzec, czy to także dotyczy ADHD, bowiem choroba jest na tyle w naszym społeczeństwie słabo znana, że nie jest znany związek tej choroby (za młodu) z chuligaństwem (wieku dojrzewania).
    Policja jest bezradna - kilkanaście spraw w toku! Już po pierwszej audycji, aby więcej policyjnego wstydu nie pokazywano na ekranach, powinien zadzwonić wojewódzki komendant do podwładnego i zasugerować radykalne rozwiązanie. Gdyby miejska placówka naszej nieruchawej władzy wykazała się rzutkością, to nie byłoby sprawy - mandacik za nieprawidłowe przechodzenie, za wulgaria, za piwo pod chmurką, wezwanie i parogodzinne na przesłuchanie. Tak się załatwia kłopotliwych obywateli w wolnych Stanach Zjednoczonych. I nie mylić z dawną działalnością politycznej milicji, bo obecnie wskutek rozdzielenia dwóch Polsk, nowi funkcjonariusze jakby bardziej przypominają muchy w smole. Czyżby hasła o wolności i demokracji rozhartowały naszych mundurowych stróżów prawa?
    Ponieważ problematyka jest coraz bardziej znana, dzieci takich jakby coraz więcej, to sprawą powinien zająć się Rzecznik Praw Obywatela i Rzecznik Praw Dziecka. I przydałyby się badania statystyczne - jaki to jest zakres tego typu odchyleń od normy i co może ciekawsze - należy przebadać rodziców, bo jakoś dziwnie się składa, że kiedy dziatwa jest skrajnie nieznośna, to rodzice są w nawiedzony sposób agresywni i przekonani niemal o świętości swych bachorów. Należy zastosować najnowocześniejsze metody badań genetycznych, bo to nie przypadek, że dwa pokolenia są takie niespołeczne. Być może należałoby przeprowadzić wywiady z dziadkami, ponieważ dawniej nie przywiązywano wielkiej wagi do ADHD, więcej - od niedawna dopiero coraz więcej rodaków poznaje ów syndrom. Oczywiście, o chorych nie należy mówić źle, ale jeśli inwalida na wózku wykorzystuje swoją trudną sytuację i awanturuje się "na lewo i prawo", to ktoś też musi o tym nieprzyjemnym fakcie zapoczątkować dyskusję.
    Mimo że mamy od kilkunastu lat nowy-stary system to Polacy nie potrafią korzystać z prawa (w tym do obrony). Pracownicy przedszkola oraz rodzice pokrzywdzonych dzieci powinni zalać sąd pozwami przeciwko rodzicom tego niesamowitego nieszczęśnika (wg jednych) a małego chuligana (wg innych). Jeśli sąd uzna, że za chore dzieci rodzice finansowo i karnie nie odpowiadają, to za wszelkie straty odpowiedzialność powinno ponosić wspaniałomyślne Państwo.
    Dla całkowitego rozeznania sprawy, dobrze byłoby poznać sto podobnych przypadków - odszukać historie zaburzeń dzieci z ADHD sprzed kilkunastu lat i ocenić - co zmieniło się w ich życiu, czy założyły swe rodziny, czy ich potomkowie objawiają równie dziwne zachowania?
    Dyrekcja przedszkola skierowała sprawę (przedstawioną w *Metro*) do sądu rodzinnego o ustalenie przyczyn agresywnego zachowania chłopca (nareszcie!), zaś matka małego gawrosza skierowała sprawę do kuratora i prokuratury (bo... wszyscy uwzięli się na jej syna).

    Amerykańska wolności, więcej rozsądku! - Wiadomości24 (30 listopada 2006)
    Czym kierował się armator statku, remontowanego w jednej z polskich stoczni, noszącego nazwę "Red Sea", czyli "Morze Czerwone", który w szeroki świat został wyekspediowany po uroczystej zmianie nazwy na... "Amerykańska Wolność"? Odważny armator? Nieprzesądny?
    Być może większy lapsus popełniłby nazywając swą własność Ms "Titanic", bowiem istnieją nazwy, których z zasady nie nadaje się statkom. Samolotu także chyba nikt nie nazwie... "Ikar".
    I dokąd może dopłynąć taki statek? Z pewnością nie do Iraku, Iranu i paru innych krajów.
    Niedawno widziano na Bałtyku statek Ms "Kassandra". Kto nadaje takie ciekawe imiona? Wszak Kasandra to kobieta wieszcząca nieszczęście. Nie chciałbym być kasandrą (może kasandrem?), ale oby załoga owej "Amerykańskiej Wolności" (sparafrazowana dawna nazwa - "Red Sea of Blood") dzielnie walczyła ze sztormami i oby żaden terrorysta nie wziął odnowionego statku za i na cel!
    Niektóre zagraniczne dzienniki (i jeden polski) opublikowały humorystyczne karykatury Mahometa. Zabawę miał postępowy Zachód (my już pomału tam się aklimatyzujemy), złościł się świat islamu, a reszta świata patrzyła trwożnie, "co z tego wyniknie".
    Rozsądni ludzie negatywnie ocenili owe żarty - wszak rolą mediów nie jest prowokowanie nienawiści i propagowanie wrogości. Odważnym wydawcom zaproponujmy rejs statkiem "Amerykańska Wolność" do wybranych krajów z pokojową misją, podczas której dzierżyliby gołąbka pokoju oraz wieźliby ze sobą obszerne interpretacje i wyjaśnienia publikacji karykatur w aspekcie wolności propagowanej przez Zachód, z darmowym ich rozdawnictwem... Gdyby jeszcze ktoś w nocy dopisał na kadłubie dalszy ciąg tej nazwy - "for Iraq", to los posłańców zachodniego stylu życia byłby przesądzony...

    Czapeczka z przymrużeniem oczka - Wiadomości24 (30 listopada 2006)
    Cóż nam proponuje dziennik *Fakt* (30 listopada 2006) na ból głowy i depresję? Otóż zamieścił "cudowną czapeczkę", którą można sobie złożyć ze stron tejże gazety - jakie to ekologiczne!
    Okazuje się, że - Wczoraj wieczorem mistrz przyjechał do drukarni, aby przekazać cudowną moc Czytelnikom. Najpierw potrzebna była chwila skupienia, żeby przywołać dobre moce. Gdy ruszyły maszyny drukarskie, bioenergoterapeuta nasączał strumieniem uzdrawiającej energii strony *Faktu*.
    Na załączonym w gazecie zdjęciu (na zachętę?) pokazano pannę Marzenkę (22 lata), która lata niemal goła (i tyleż wesoła - ma na sobie tylko dwuczęściowy kostium oraz właśnie rzeczoną... czapeczkę) po tejże drukarni.
    Jeśli ktoś by zechciał otrzymać dodatkową cząstkę energii tylko dla siebie, to może przysłać swój szanowny wizerunek głowy ustrojonej w papierową czapeczkę, co ma zwiększyć pozytywne doznania po ponownym napromieniowaniu przez mistrza owej ceremonii. Przy okazji należy podpisać zgodę na publikację owej fotografii w poczytnej gazecie, z której można produkować takie ciekawe nakrycia głowy (postęp, bowiem za komuny prasa miała wyłączność zastosowania na antypodach korpusu).
    Ponieważ mistrz nazywa się Mrugała, nie można wykluczyć, że redakcja *Faktu* po prostu sobie dzisiaj życzliwie a przedświątecznie mrugała na Szanownych Czytelników... Ale być może za parę dni nastąpi wysyp opinii na łamach gazety, zapewniających o poprawie nastrojów osobom podatnym na brzydszą pogodę? Zatem z żartami powstrzymajmy się jeszcze te parę dni, a na wszelki wypadek przetrzymajmy ów egzemplarz do zapoznania się z opiniami naszych rodaków.

    Bohaterski Kononowicz - Wiadomości24 (1 grudnia 2006)
    Władysław Kononowicz - ur. 1820 r., zm. 4 czerwca 1863 r., pułkownik wojsk powstańczych podczas Powstania Styczniowego. Walczył w armii carskiej, z której wystąpił w stopniu majora, po czym został dowódcą oddziałów powstańczych na ziemi czerskiej. Zorganizował oddział partyzancki (jakbyśmy dzisiaj powiedzieli), w którym stoczył kilka potyczek z zaborcą, zwykle ze znacznie większymi siłami przeciwnika.
    Jego zwycięstwa spotkały się z wielką kontrakcją, podczas której został ujęty i odwieziony do Warki (razem z adiutantami Edmundem Nałęcz-Sadowskim i F. Łabędzkim). 4 czerwca 1863 r. zostali rozstrzelani na przedpolach tego miasta.
    Zatem była osoba nosząca to słynne pod koniec 2006 roku nazwisko, z której może być dumny nasz naród. Za parę lat będziemy obchodzić 150. rocznicę Powstania Styczniowego. Z okazji 120. rocznicy, na specjalnym medalu wybito podobiznę Bohatera walczącego z zaborcą oraz sztandar Powstania Styczniowego.
    Będąc oficerem, z pewnością swetrów nie zaliczał do najważniejszych elementów garderoby...
    Dla Rosjan był zdrajcą, ale dla nas patriotą. To powszechny dualizm w historii.
    Władysław Kononowicz zginął mając raptem 43 lata. Patriotyczny niepodległościowy zryw przypłacił życiem, jak wielu wielkich synów polskiej ziemi. Cześć Jego pamięci!

    Przewalanka w Polsce i w Rumunii, czyli paczki niespodzianki - Wiadomości24 (2 grudnia 2006)
    Niezłego pietra mieli kierowcy na parkingu w Przewalance (Podlasie). Wszystko wskazuje na to, że ukarany słonym mandatem kierowca, na pudle, z którego wystawały kabelki, napisał: "Inspektorom - bin Laden".
    Wezwano specjalny oddział policji i zablokowano ruch drogowy. Wielka ulga spłynęła na wszystkich biorących udział w akcji - w pudle były jakieś papierzyska i szmaty.
    Ponieważ pogróżki były skierowane do inspektorów drogowych językiem mało znanym bin Ladenowi (podobno cyrylicą) przeto można byłoby to uznać za wskazówkę, że jednak to nie arabska pułapka, a typowo słowiański wnyk. Gdyby jednak groźby były sporządzone w nieznanych nam (zdecydowanej większości rodaków) orientalnych literniczych wywijasach, to chyba tylko zabłąkany pies mógłby zainteresować swoją tylną nogę owym znaleziskiem.
    A może właśnie wówczas owo pismo (niezależnie od treści) byłoby przyczyną znacznie większego zamieszania? Zwykle duże przewały i małe przewalanki kojarzą się nam z finansowym uszczupleniem majątku, ale od wczoraj wyraz "przewalanka" może mieć znaczenie: 'podłożenie udawanej bomby'.
    Czy słyszano, aby w Polsce zlikwidowano czyjś grób, bo ktoś się pomylił albo koperta pomogła mu w "pomyłce"? Ostatnio grabarzowi coś się pomieszało i rodzina przybywszy na Święto Zmarłych ujrzała płytę nowego, a nieznanego lokatora.
    W Rumunii znacznie bardziej elegancko zachowano się wobec (pozostającej jeszcze przy życiu) rodziny. Tamtejszy ksiądz wymyślił oryginalną formę wypowiedzenia miejsca pochówku. Przesłał w paczce ekshumowane szczątki pewnego mężczyzny jego córce. Do kości dołączył buty i inne części garderoby, niestety w kiepskim już fasonie. Co by nie powiedzieć, rumuńska rodzina po takiej przesyłce nie będzie postawiona w niezręcznej sytuacji, w jaką uwikłano polską opisaną familię. No i poczta naszych unijnych (wszak za miesiąc to będą nasi niemal rodacy, bowiem wchodzą do naszej coraz większej Unii Europejskiej) przyjaciół z Rumunii działa bez zarzutu, czego i nam należy życzyć w związku z przydługim już strajkiem jej pracowników i wobec zbliżających się świąt.

    Geje a opera mydlana - Wiadomości24 (2 grudnia 2006)
    W artykule pod tytułem "Geje w operze mydlanej" ("Życie Warszawy", 29 listopada 2006) informuje, że "powstaje pierwszy w Polsce serial, którego głównymi bohaterami będzie grupa homoseksualnych przyjaciół". Premiera planowana jest na marzec 2007 roku. Zainteresowane są także zagraniczne telestacje.
    Aż dziwne, że w kraju, w którym jest ok. 5% homoseksualistów, produkcja (nie wiedzieć dlaczego) budzi kontrowersje (jak wspomniano w artykule), wszak każdy przeciętny człowiek chętnie zapozna się z problemami kilkuset tysięcy naszych rodaków. Zwykle to skromni, niewpadający w oczy a najczęściej inteligentni ludzie. Czasami są manipulowani do wyjścia na pochody, parady i marsze, ale wielu z nich ani nie ma ochoty rzucać się w oczy, może także z powodu starych dziejów, kiedy pochody były obowiązkowe. Chętnie poznamy ich zwyczaje, marzenia i troski.
    Miejmy jednak nadzieję, że serial nie bedzie prowadzony w konwencji zachęcającej do zmiany obyczajów dzielnie trzymającej się (póki co) większej frakcji rodaków hołdujących tradycyjnym sposobom dochodzenia do zbliżeń (ale nie poglądów).
    Były filmy o dyrektorach, robotnikach, chłopach, złodziejach i filantropach, Krzyżakach, faraonie, dezerterach (ck), szamance, czterech pancernych i psie oraz o żonie dla Australijczyka i o wielkim Szu, to dlaczego by nie o konfiguracji dwóch ostatnich (skądinąd sympatycznych) postaci? Mieliśmy człowieka z marmuru i z żelaza to i pewnie czas na gejów z opery mydlanej nam nastał.
    Właściwie to skandal, że tak wielka grupa społeczna naszej ojczyzny nie ma swojego serialu, ani nawet filmu! Emisje zaplanowano na wieczorowe czwartki, czyli w porze, kiedy dawniej oglądaliśmy kryminalną Kobrę. Teraz będziemy śledzić (miejmy nadzieję, że w dyskretnie zawoalowany sposób, czyli niebyt dosłownie) konfiguracje parami jednoimienne... Czy twórcy pójdą śladem innych naszych filmów, które od 30 lat są coraz odważniejsze, czy jednak zachowają jakąś kolejność i przywołają mniej (ob)sceniczne formy przekazu, choćby z okresu międzywojennego? Może pora na zmianę zapatrywań wśród telewidzów? W końcu to opera mydlana, choć sedno sprawy nie z mydła, zatem nie wymydli się.
    Nikt nie chce ujawnić szczegółów, nawet telestacje zainteresowane emisją nie są przedstawione z nazwy. Zdecydowanie więcej wiemy o F-16 i kolejnych agentach ujawnianych niemal codziennie.
    Ponieważ co ok. 20 Polak/Polka (także wśród autorów serialu i pracowników telestacji oraz wśród korespondentów W24 - tak mówi statystyka) jest gejem lub lesbijką, przeto część z nas będzie mogła fachowym a krytycznym okiem spojrzeć na przedstawione problemy).
    Kennedy powiedział kiedyś w Berlinie - jestem Berlińczykiem. Wg tej konwencji może czas powiedzieć - jestem gejem?

    Pamiętajmy o wielbłądzie! - Wiadomości24 (4 grudnia 2006)
    Ksiądz Henryk Jankowski, bohater czasu powstającej "Solidarności", symbol epoki. Po upadku komuny nie mógł sobie znaleźć miejsca. Po drodze komercyjne pomysły z winem i wodą (ale bez aluzji), a także budowa pięknego bursztynowego ołtarza.
    Na sobotnie przyjęcie z okazji 70. urodzin prałata Jankowskiego przybyło kilkaset osób. Bodaj wszyscy zadeklarowani katolicy, a przynajmniej chrześcijanie.
    Na zaproszeniu widniała adnotacja, aby kwiaty zastąpić datkami na rzecz Instytutu im. ks. Henryka Jankowskiego. Przezroczysta skrzynka szybko zapełniła się grubymi kopertami.
    Stoły uginały się od jadła wszelakiego, w tym od pieczonych prosiąt. Pito wódkę oraz wino "Monsignore" podawane przez hostesy (proponuję jedno es, jak stewardesy) w kusych sukienkach. Nazajutrz całe towarzystwo udało się pewnikiem na cotygodniową mszę świętą, zapewne w przekonaniu znakomicie spędzonego poprzedniego wieczora.
    Urodzinową imprezę poprzedził koncert zespołu "Mazowsze" w obszernej hali "Olivia". Niemal dwudziestokilogramowy tort ofiarował prałatowi gdański restaurator Ryszard Kokoszka, jednak nie zdradził z ilu jajek była owa siedmiopiętrowa budowla sporządzona (10 lat jubilata na każdą kondygnację).
    Media wspominały także poprzednie urodziny bohatera niniejszego artykułu oraz wymieniały nazwiska ówczesnych gości. Pamiętam, kiedyś tow. Edward Gierek obchodził hucznie swe równe urodziny będąc u szczytu sławy i chwały. Ilu z sobotnich gości uważało wówczas, że to była niewłaściwa impreza?
    Pomysł z kwiatami jest dobry. Czy będzie opublikowana lista datków - nazwisko/kwota? Powinna być, choćby dlatego, że tego typu listy imienne a jawne powodują darowanie coraz większych datków. Jak w międzywojennych Sowietach z oklaskami - owacje trwały bardzo długo, a pierwszy co przestawał klaskać, wyjeżdżał kibitką w nieznane, często całkiem w nieznane... To dobry chwyt psychologiczny.
    Właściwie lista taka powinna być przygotowana jeszcze przed imprezą, jak wśród gości weselnych, kiedy to wszyscy wiedzą, na co składają się młodej parze. A już dużym nietaktem byłoby złożenie kwoty mizernej będąc szychą. No i nie powinno być, aby podwładny wkładał do szklanego naczynia więcej niż jego szef, a nie daj Bóg, aby się ktoś już o tym dowiedział. Wybieganie przed szereg, czy - jak kto woli - przed orkiestrę nie jest wskazane w ustalonym już szyku - każdy winien znać swoje miejsce w społecznej nomenklaturze. To podstawa spokojnego funkcjonowania społeczeństwa.
    Można oszczędzić w tym miejscu mniej eleganckich, a nawet agresywnych opinii - nie psujmy nastroju chwili, zwłaszcza że datki są na zbożne cele, jednak kto ma zwrócić kapłanom uwagę na ich nieodpowiednie zachowanie?
    Niedawno w telewizji posłyszałem głęboką myśl z Biblii, że bogaczowi dostać się do nieba będzie trudniej niż garbatemu a pustynnemu czworonogowi przejść przez ucho igielne.

    Łukasz Adamski (tygodnik "OZON") rozmawia z profesorem Michałem Wojciechowskim.
    - Jak więc zinterpretować przypowieść Jezusa o wielbłądzie i uchu igielnym, w której Jezus mówi, że łatwiej będzie wielbłądowi przejść przez igielne ucho niż bogaczowi dostać się do nieba?
    - Jezus posłużył się tu obrazową przesadą. Mówił jednak o problemie trudnym, bo bogactwo z jednej strony jest czymś legalnym, z drugiej bardzo wielu ludzi odciąga od Boga. Jeżeli ktoś jest przywiązany do swojego bogactwa jak wielbłąd do garbu, ten ryzykuje swoim zbawieniem, bo uważa, że jego życie opiera się na posiadaniu, a więc nie opiera go na Bogu.

    Koniec liceum w pałacyku - www.trojmiasto.pl (5 grudnia 2006)
    Dotychczasowy właściciel sprzedał słynny orłowski pałacyk deweloperowi. Władze Gdyni są zszokowane. - informuje portal.
    Akademickie Liceum im. Zasłużonych Ludzi Morza od 50 lat (z małą przerwą) istnieje przy ul. Folwarcznej w Orłowie. Ta jedna z najlepszych gdyńskich szkół, będzie musiała się przenieść.
    Okazuje się, że ZNP chciał 7 mln zł za kompleks pałacowo-parkowy, zaś miasto Gdynia dawało 2 mln zł. I nagle władze grodu dowiedziały się (od dziennikarzy!) o sprzedaży deweloperowi za wyższą kwotę. Pan Leszek Ciesielski, dyrektor słynnej Jedynki, także jest zniesmaczony faktem, że owe handlowe informacje dotarły do szkoły najpierw ze strony... prasy, choć - jak przyznaje - nie jest to niespodziewana sytuacja, bowiem taki scenariusz był brany pod uwagę od paru lat.
    Kiedy uczyłem się w tym liceum (1968-1972 o nazwie I Liceum Ogólnokształcące w Gdyni Orłowie; wcześniej także... im. Bolesława Bieruta), to szkoła uchodziło za jedną z lepszych w Gdyni. Pewnie ta opinia ciągnie się do dzisiaj. A trafiłem do niego nie z powodu wrodzonej inteligencji, ale z bardziej prozaicznego powodu - rejonizacja. Czy dziś słowo "rejonizacja" coś mówi, zwłaszcza młodszym rocznikom? Miasto było podzielone na sektory i uczeń szkoły podstawowej trafiał wg przydziału do liceum. Niewielkie odstępstwa od zasady wyjaśnić można było wrażliwością decydentów na znajomości lub na koperty, choć oczywiście mogła też decydować zwykła prośba. Mimo większego zainteresowania językiem angielskim (odpłatna nauka w podstawówce) trafiłem na niemiecki grunt, bo takie były odgórne decyzje. Zresztą ten język ciągnął się za mną także przez studia wyższe. Teraz - jak czytam w informatorze Jedynki - język Goethego jest drugim językiem nauczanym w liceum. Kiedyś (za "moich czasów" i tylko dla chętnych) wykładano również... łacinę. Klasy liczyły 35-40 uczniów, a teraz ok. 25.
    Pałacyk stoi pośród drzew oraz w otoczeniu stawu. Niestety, nie było sali gimnastycznej, tylko małe boisko do siatkówki. Dopiero pod koniec mojej nauki, zbudowano boisko piłki nożnej.
    W trzeciej klasie przez Trójmiasto, Szczecin i Elbląg przetoczyły się Wydarzenia Grudniowe 1970. Ojciec mnie nie puścił do szkoły. Z domu w Redłowie słyszałem serie z broni automatycznej oraz widziałem helikoptery nad śródmieściem. Podczas przedświątecznych zakupów stały czołgi przy Urzędzie Miejskim. Wśród ofiar byli moi rówieśnicy, jednak mi nieznani.
    Dzisiaj mieliby tyle samo lat co ja i pewnie rodziny, może także pisaliby na portalach, gdzie zresztą można spotkać "aktualnych" siedemnastolatków. Moje pokolenie nie miało internetu, nawet nazwy takiej nie znaliśmy.
    Po maturze (ustna była wprawdzie w pałacyku, ale pisemna w dużej szkole podstawowej, bo organizacyjnie nie poradzono by sobie z rozsadzeniem młodzieży) i po dostaniu się na studia, po raz pierwszy wyjechałem za granicę - do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Wyjazd był możliwy dzięki właśnie podpisanej umowie pomiędzy Polską a NRD (wystarczył stempel w dowodzie osobistym oraz... książeczka walutowa). Jakże czułem się dorosłym i międzynarodowym obieżyświatem...
    Nie byłem tam przez wiele lat. W latach 80. załatwiałem odpis świadectwa maturalnego i w tym celu odwiedziłem szkołę, jednak w... innym miejscu (przez parę lat liceum funkcjonowało w pobliskiej Szkole Podstawowej nr 11). Aby znaleźć archiwalne dzienniki, z sympatycznym nauczycielem odwiedziłem pałacyk i szperaliśmy wśród kurzu na stryszku. A w latach 90., kiedy pracowałem w stoczni, to na boisku mojej byłej szkoły, grałem w paru meczach z kolegami stoczniowcami.
    Kończy się zatem pewna epoka znanego gdyńskiego liceum, którego siedziba (pałacyk) padła ofiarą kapitalizmu, czyli systemu, który (jak mnie prawie 40 lat temu tam uczono) miał upaść, a przecież ciągle trwa...
    Miejmy nadzieję, że pałacyk zostanie wyremontowany i będzie jeszcze długo służył nowym gospodarzom. Ale co z Liceum? Dokąd zostanie przeniesione? Opisany sposób sprzedaży pałacyku można uznać za skandaliczny. I co zrobić - dżungla! Codziennie dowiadujemy się o niewłaściwym dysponowaniu społeczną własnością.
    Historia pałacyku (opracowanie - Ewa Kowalska)
    W połowie XVIII wieku, w Małym Kacku, położonym w malowniczej dolinie Kaczego Potoku, rodzina von Krockow (Krokowscy), wybudowała barokowo-rokokową rezydencję dworską, otoczoną parkiem. Pałac przetrwał w niezmienionym kształcie sto lat, a kiedy posiadłość przeszła w ręce nowych właścicieli, jego architektura nabrała cech, modnego wówczas, neogotyku angielskiego i w takim stylu przetrwała do dzisiaj.
    Dzielnica, w której powstała rezydencja, w 1931 roku przyłączona została do Orłowa Morskiego, a parę lat później całość wchłonęła Gdynia. W tym też czasie obiekt nabył Związek Zawodowy Nauczycieli Polskich Szkół Średnich. Podczas II wojny światowej pałacyk był w rękach Gestapo, a w 1945 uległ częściowej dewastacji. Tuż po wojnie, razem z parkiem, został wpisany do rejestru zabytków i przekazany w użytkowanie szkole podstawowej, przekształconej z czasem w liceum ogólnokształcące.
    Pierwszego remontu zespół doczekał się dopiero na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, podczas którego w zabytkowej ptaszarni z XVII wieku, ulokowana została szkolna biblioteka i czytelnia.
    Pałac do dzisiaj jest otoczony parkiem, którego ozdobą są wiekowe cisy i drzewa liściaste oraz zbiorniki wodne, w których przed laty hodowano ryby.

    Kiedy koniec z lotami za złotówkę?- media (5 grudnia 2006)
    Częstokroć denerwujemy się, kiedy słyszymy lub oglądamy reklamy informujące o biletach lotniczych, które są tańsze niż przejazd taksówką z domu na lotnisko i to w Polsce!
    Zapewne utyskiwania doszły do uszu do przedstawicieli instytucji, które powinny stać murem za klientem (i tak uczyniły!), bowiem wydano zakaz nieuprawnionego podawania zabawnie niskich cen, które wprowadzają w błąd potencjalnego pasażera.
    Przecież najczęściej podawane są ceny towarów (usług i dóbr) w wysokości "ostatecznej, handlowej, będącej do zapłacenia", rzadziej z informacją, że należy doliczyć podatek VAT. Owszem, bywają sztuczki stosowane przez banki, które podają zawoalowane warunki kredytowe, choć zmuszono je w końcu (choć zbyt drobnym druczkiem) do podawania realnego oprocentowania. Także salonom samochodowym zdarza się podawać ceny połowiczne (nie mylić z izotopami; cena "połowiczna" to połowa do zapłacenia teraz i druga połowa w ratach), co również (zwłaszcza początkowo - teraz z tą sztuczką się oswoił) wprowadza w błąd czytelnika a potencjalnego klienta.
    Zatem uznano, że zamieszczanie cen biletów lotniczych, które przypominają rachunki za butelkę alkoholu jest nie tylko nieetyczne, ale i niezgodne z prawem. I co? Niemal nic, bowiem zakaz ma być wprowadzony pod koniec... 2007 roku.
    Media zamieszczają reklamy, które zapewne rozsierdzają nie tylko czytelników, ale i samych... redaktorów (przecież są normalnie odczuwającymi ludźmi). Czy moralne jest zamieszczanie reklam, które są ogólnie potępiane, są częściowo nieprawdziwe, a zatem wprowadzają w błąd? Czym kierują się reklamodawcy i media zamieszczając takie informacje? Pieniędzmi? Nieładnie!
    Nie zapominajmy, że samolot na każdego pasażera zużywa ok. 50 gramów paliwa na jeden kilometr drogi (lotu). Wystarczy pomnożyć to przez odległość (w jedną stronę), np. 1000 km i otrzymamy ok. 50 kg paliwa po kilka złotych za kilogram. A gdzie koszt zakupu i eksploatacji samolotu, płace załogi i lotniska, gdzie jakieś zyski dla przewoźnika (przelotnika?)?
    Reklamy są nadal zamieszczane, mimo że 17 lipca 2006 (PAP) Komisja Europejska uznała, że "Reklamy połączeń lotniczych za złotówkę nie mają nic wspólnego z prawdą i wprowadzają ludzi w błąd; czas z tym skończyć. Cena podana w ogłoszeniu ma być ceną, którą klient zapłaci". Prawda, jakie to genialne proste? Zasada tyle najprostsza co najuczciwsza oraz stosowana od wynalezienia pieniądza przez Fenicjan. I trzeba było czekać na orzeczenie KE? A gdzie stara zasada kupieckiej uczciwości? A prawda, która jest głoszona w każdą niedzielę?
    Okazuje się, że omawiana oczywistość nie dość, że nie została wdrożona w czyn na samym początku, to zostanie wprowadzona dopiero za rok. Czyli ponad rok pasażerowie będą żyli w Europie, w której cwaniactwo będzie niejako zalegalizowane. I przez ten czas wiele mediów będzie zamieszczać reklamy, wiedząc, że nie jest to etyczne, nieeleganckie i tylko warunkowo legalne. Cóż za obłuda i pęd do szmalu! Czy media wspaniałomyślnie zrezygnują z dochodów wykorzystujących oszustwo klientów jeszcze przed wejściem zakazu? Przecież byłby to pierwszy i najważniejszy krok w walce z kłamstwem, bowiem linie lotnicze pozbawione medialnego poparcia dla swych reklam, szybciej zostałyby uznane przez konsumentów za solidne (a dokładniej - zmuszono je do uczciwości).
    A przy okazji wprowadzona zostanie druga genialnie prosta i uczciwa zasada (naiwny obywatel uczciwej Europy mógłby zapytać - dlaczego dopiero teraz?) - bilet tej samej klasy kupowany jednocześnie na ten sam samolot ma kosztować tyle samo, niezależnie od miejsca sprzedaży. Jestem ogromnie wzruszony taką postawą prawodawców, jednak ja myślałem, że tak powinno być w praworządnej Europie "od zawsze".
    Na koniec opinia prof. Grzegorza Kostrzewę-Zorbasa (Polskie Radio Jedynka, 30.08.2006): "Chwyt marketingowy to jest zbyt łagodnie, oszustwo zbyt ostro, manipulacja to jest dobre określenie. Wielkie firmy dbają o to, żeby trzymać się litery prawa, chociaż już często nie ducha prawa, a duch prawa jest ważniejszy. Nie chodzi tutaj o zmuszanie ich do odchodzenia od reguł rynkowych, na przykład o zaniżanie cen, tylko o to, żeby mówiły prawdę. A ogłoście, jaka jest rzeczywista cena całego tego pakietu złożonego ze złotówki za bilet, stu złotych opłat różnych, dwustu złotych podatków i wtedy wychodzi na przykład złotych siedemset, powiedzmy. Piszcie, że rzeczywista jest nie 1 złotych, tylko 700 złotych".
    Myślę, że jest to zbyt dyplomatyczna opinia, bowiem dla większości Polaków zainteresowanych tanimi biletami to po prostu świadome wprowadzanie w błąd, czyli oszustwo. Pomijam rodaków, którzy uważają, że w handlu wszelkie chwyty są dozwolone.
    Na witrynie ONET widzimy m.in. Birmingham 29 zł oraz Szanghai 629 zł, zaś w poprzednie dni - Londyn 19 zł, Rzym 79 zł, Szanghai 1450 zł. Póki co rekordzistą jest Amsterdam za 9 zł (5 grudnia 2006). Jakże rozmaite ceny biletów do Szanghaju (nowoczesne miasto w Chinach to po polsku "Szanghaj"; pod. jak Tajwan i Tajlandia; jot nie i).
    Serwis Informacyjny Branży Turystycznej zamieszcza (2006-10-24) stanowisko UOPiK -
    *Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, uważa, że linie lotnicze wprowadzają klientów w błąd, a tym samym oszukują ich, oferując bilety za złotówkę. Nie dotyczy to tylko branży lotniczej. Zdaniem Cezarego Banasińskiego, odchodzącego prezesa UOKiK, sytuacja w poszczególnych branżach jest zła, w niektórych nawet bardzo. Deweloperzy, biura podróży, banki, ubezpieczyciele, prywatna służba zdrowia, szkoły wyższe - we wzorcach umów stosowanych przez firmy z tych branż urzędnicy znajdują wiele klauzul, które naruszają interesy konsumentów. UOKiK zarzuca liniom lotniczych nie informowanie [nieinformowanie - Mirnal] klientów o rzeczywistej cenie biletów a także reklamy, które wprowadzają w błąd odbiorców.*

    Dziennikarska (nie)rzetelność - Wiadomości24 (8 grudnia 2006)
    Rzetelność dziennikarzy to temat nie tylko polski. W Moskwie najpierw zablokowano, ale niemal zaraz odblokowano edycję czasopisma "Forbes". Pani Baturina, żona mera stolicy Łużkowa, coś powiedziała dziennikarzom, a oni rzekomo przeinaczyli.
    Każdy (w tym przypadku Rosjanin) może ocenić, czy postąpili rzetelnie. A swoją drogą - jeśli udzielający wywiadu wie, że dziennikarze są nieprzyjaźnie doń nastawieni, to czy w ogóle musi z nimi rozmawiać? A jeśli się przejęzyczy (albo popełni niezręczność, niedopowiedzenie, nieścisłość, błąd stylistyczny) to nie może zmienić wypowiedzi?
    Podany przykład dowodzi, że określone media mogą nie lubić danej osoby i co? Ktoś dzwoni do pani Baturiny proponując wywiad? A pani czuje pismo nosem, bo zna ową redakcję, że jej nie popiera i że czyha na jej błąd. A może nie ma pojęcia i udziela wywiadu w dobrej wierze sądząc, że jeśli nawet popełni lapsus, to dziennikarz podczas autoryzacji "wyprostuje" to?
    A tu mamy "niespodziankę" - pani Baturina idzie rano do kiosku i widzi, że dziennikarze nie poprawili usterki, więcej - umieścili wypowiedź na tytułowej stronie. I dwa pytania - czy dziennikarz ma prawo wypaczyć wypowiedź? Odpowiedź jest oczywista - nie ma prawa, ale on powie, że "tak zrozumiał, że może źle zrozumiał, ale". Jeśli jest nagranie i strony przedstawią je do oceny czytelnikom i sądowi, to redakcja może nawet przeprosi ową panią, jednak co gazeta nabiła kasę sensacyjną informacją, to już nikt jej nie odbierze. Nawet w razie kary i tak będzie "do przodu". Druga możliwość - pani merowa coś namieszała, coś niefrasobliwie trzepnęła i żałuje, po czym chce zmienić swą wypowiedź. I co? Powiedziała i to się liczy? A nie to, że chce zmienić? Gdzie elementarna uczciwość?
    Reasumując - jaki jest sens udzielać wywiadu gazecie, której (mamy podejrzenia) wydawca/redakcja nam nie sprzyja? Niemal każdy czytelnik chce (a przynajmniej nie widzi przeciwwskazań), aby nielubianemu (zbyt przystojny, zamożny, inteligentny) politykowi lub biznesmenowi ktoś dowalił. Albo innemu dołożyć w dwójnasób, bo na pierwszy rzut oka oceniamy go, że jest klasę gorszy od nas. Nie czas wówczas na ocenę wartości tłumaczenia się takiej osoby wziętej na cel. I bywamy rozczarowani, jeśli podczas procesu media wycofują się z podanej wersji: jak to, napisali, że jest "be", tego oczekiwaliśmy, to już przyjęliśmy do wiadomości, już ułożyliśmy swoje poglądy (wespół ze znajomymi) w tej materii, a teraz mamy to zmieniać i to w stronę korzystniejszą dla skrytykowanego? Nigdy! I mimo sądowego wyroku dla nas taka osoba i tak ma nadal "za uszami". Tak było z poprzednim prezydentem (afera ze szpiegiem) oraz z kandydatem na prezydenta (fałszywe podpisy).
    Mer Moskwy uważa, że dziennikarze postąpili nierzetelnie, zniekształcając słowa jego żony. Mer i jego żona (jej zgromadzony majątek szacowany jest na ok. 2,4 mld dol.), to nie byle kto, a pewnie nic z mediami nie wskórają, to co ma zrobić zwykły obywatel, jeśli media zagną na niego parol? U nas podobne aferki wybuchają co jakiś czas, ale to tematy na osobne artykuły...
    Czy w opisanym przykładzie mediom zależy na prawdzie? Wydawca pisma (Axel Springer Russia), chcąc uniknąć konfliktu, polecił wycofać grudniowy numer z drukarni. Redaktor naczelny rosyjskiego "Forbesa" w proteście podał się do dymisji, zaś amerykański właściciel licencji zażądał wydania numeru z artykułem o rosyjskiej miliarderce. Czyli mediom czasami zależy na zamieszaniu i na dużych pieniądzach, nie zaś na przyjaznym załatwieniu sprawy. Stwierdzono nawet, że nie ma znaczenia, czym zakończy się proces - najważniejsze, że będzie reklama pisma, którego cena przy okazji... wzrosła. A czytelnicy to taka tłuszcza (w mniemaniu wydawcy), która ma zapłacić za skandalizujący egzemplarz, mordy w kubeł i mają czytać papkę przygotowaną przez największą władzę medialnie rozwiniętego kapitalizmu...
    Częstokroć widujemy w telewizji wywiady, w których redaktor oraz osoba udzielająca wywiadu, nie pałają do siebie sympatią, łapią się za słowa, docinają sobie i można zastanawiać się - czemu służyć ma takie spotkanie i dlaczego taka osoba wyraziła zgodę na wywiad. Wywiady na żywo bywają odtworzone po pewnym czasie w formie gazetowej, a to oznacza, że można było pewne wypowiedzi pozmieniać, a jednak nie uczyniono tego. Dlaczego? Zbyt mało jest zgody wśród społeczeństwa, zatem po co podgrzewać atmosferę tam, gdzie można postarać się o przyjaźniejsze opinie i reakcje.
    Na zdjęciu - okładka rosyjskiego pisma z cytatem: "Mam gwarantowaną ochronę". Prawnicy oświadczyli, że Baturina czegoś takiego nie powiedziała i zażądali skorygowania cytatu. Stąd cały skandal.

    Drastyczne sankcje USA wobec Korei Północnej - Wiadomości24 (8 grudnia 2006)
    Na początku grudnia rząd USA zakazał eksportu odtwarzaczy multimedialnych iPod produkowanych przez firmę Apple, których miłośnikiem jest przywódca tego kraju - Kim Dzong Il. Embargo wprowadzono bez wiedzy azjatyckiego wodza, co jest wysoce naganne.
    Na zabronionej liście znalazły się również m.in. zegarki Rolex, motocykle Harley Davidson oraz samochody. Korea Północna z takim trudem buduje raj na Ziemi dla swych obywateli - głównie robotników i chłopów (bo ich jest najwięcej w tym egzotycznym dla świata kraju). Nieuprzejme Stany ingerują w eksport swych dóbr, bez których egzystencja entuzjastycznie nastawionych obywateli wobec wodza jest zagrożona.
    Owszem, pierwsze sprowadzane egzemplarze amerykańskich dóbr trafią do wyższych i najwyższych przedstawicieli narodu, a potem dopiero pod strzechy, ale przecież jest to zrozumiałe - wszak w każdym kraju uznanie dla trudu poszczególnych obywateli wyraża się przecież że proporcjonalnie do wkładu pracy.
    Decyzja USA torpeduje delikatną materię rozmów z przywódcami otwartej na wszelkie propozycje nomenklatury ludowej a demokratycznej Korei. Zresztą - czyż nazwa tego państwa nie wyjaśnia wszelkich wątpliwości? To chyba jedyny taki kraj na świecie o aż tak ludowej i demokratycznej nazwie.
    Dlaczego nieprzyjazny rząd USA ingeruje oraz podważa święte prawo kapitalistycznych firm do swobodnego dysponowania swoimi towarami? Przecież to jest sprzeczne z najważniejszymi zasadami handlu międzynarodowego!
    Naród borykający się z chwilowymi trudnościami rynkowymi zna i palcem pokazuje całemu światu niesympatyczną administrację USA, która jest odpowiedzialna za poważne niedobory niezbędnych artykułów na gościnnej azjatyckiej ziemi, może nie pierwszej potrzeby, ale też nie ostatniej...
    Jeśli spadnie eksport zegarków, motocykli i aut do KRL-D, to jak rząd USA wytłumaczy swemu narodowi konieczność zamknięcia wielu firm z braku zamówień? Komu amerykańscy robotnicy mają podziękować za zmniejszenie płac albo nawet za przejście na zasiłek? Cały postępowy świat wie - to rząd Stanów Zjednoczonych jest temu winien!
    Niech proletariusze całego świata wyrażą swój święty gniew wobec antyrobotniczej administracji burżuazyjnych Stanów Zjednoczonych i niech zaapelują o gwałtowny rozwój nieskrępowanego międzynarodowego handlu w ogólności, zaś z Koreą Północną - w szczególności!

    Norma czy obłuda? - Wiadomości24 (10 grudnia 2006)
    Pewna sekretarka w Malezji straciła pracę, ponieważ w przechwyconych emajlach wysyłała impertynencje i plotki na temat swego szefa.
    Sąd uznał jednak, że owa pani nie dopuściła się złamania międzyludzkich zasad. Korespondencję emajlową uznał za prywatną pocztę i za rodzaj plotek. Gdyby obraźliwe słowa były skierowane wprost do przełożonych, to pracownik przekroczyłby pewne normy ustalone dobrymi obyczajami.
    Na Malezyjkę nie było skarg - pracę wykonywała sumiennie, zaś emajlowo plotkowała poza "uszami" szefów.
    "To takie zwyczajne i naturalne, że personel plotkuje o wyższych rangą od siebie. Może się to zdarzyć zawsze i wszędzie - przy kawie, czy przy posiłku, a teraz także w emajlowych przesyłkach" podsumował sąd i przyznał zaległe pensje oraz odszkodowanie (ok. 14500 europów).
    A zatem - jeśli chcemy obgadywać szefów to możemy to bezkarnie czynić poza ich plecami. Bezkarnie pod względem odpowiedzialności prawnej, bowiem każdy wie, co to znaczy ostro obgadać kogoś, kiedy ten ktoś (lepiej, żeby to nie był ani szef, ani współmałżonek szefa) właśnie stoi za drzwiami i nadstawia słuchy. Jeśli ploty dojdą do szefów, to pewnie wymyślą jakąś "słodką" zemstę, jednak oficjalnie nie mogą podać takiego powodu rozwiązania umowy o pracę.
    Prawdopodobnie podaną zasadę można rozciągnąć na osoby publiczne. Jeśli ktoś obgaduje a nawet obraża znanych polityków, biznesmenów, aktorów i innych wipów (i zresztą wszystkich innych mniej znaczących obywateli) to może być pociągnięty do odpowiedzialności jedynie w przypadku publicznego obrzucania błotem. Jeśli czyni to w miarę dyskretnie, w papierowych lub emajlowych liścikach, także w lokalnie opowiadanych dowcipach, to nie można go ukarać.
    Ale co będzie, jeśli ktoś wyśle prywatną wiadomość na adres swojego znajomego, a on (lub ktoś inny po przechwyceniu) wyśle ją do redakcji gazety, która to wydrukuje? Pewnie jest to naruszenie tajemnicy korespondencji oraz prawa autorskiego (bo taki list przy okazji jest przecież utworem literackim). Ale redakcja ma prawnika, który doskonale zna przepisy i co? Po wydrukowaniu, autor listu ma nieprzyjemności, może stracić premię lub spaść na niższe stanowisko. Albo dochodzi do rozwodu, bo tekst dotyczył jeszcze innych (a modnych ostatnio) spraw. Gazeta płaci odszkodowanie, ale wzrost nakładu znakomicie rekompensuje straty. Czy redakcja może podjąć decyzje o świadomym naruszeniu prawa po obliczeniu, że jej się to opłaca? To jest dopiero problem natury moralnej typu - czy zysk jest najważniejszy... Praktycznie co parę dni wydawcy prasowi dopuszczają do świadomego naruszania dóbr obywateli licząc się z karami, ale chęć osiągnięcia wyższej sprzedaży jest dla nich ważniejsza (mniejsza o ludzi - kasa się liczy!). Późniejsze przeprosiny nie niwelują strat poszkodowanego, a straty w odczuciu społecznym są nie do ogarnięcia. Czy wyrok sądowy powinien odebrać nieetycznie zarobioną nadwyżkę?
    Opisywaną na wstępie sekretarkę nie przyjęto jednak ponownie do pracy. Sąd uznał, że pracodawca wprawdzie powinien wypłacić należności, jednak z uwagi na zerwanie delikatnej nici zaufania pomiędzy pracownikiem a pracodawcą - nie musi przyjmować go (tutaj - jej) do pracy...

    Usunięcie Łyżwińskiego z Samoobrony - Wiadomości24 (17 grudnia 2006)
    Poseł Łyżwiński tej jesieni i zimy coś nie będzie miał wsparcia (lub suportu - to bardziej z angielska) w tafli lodowej. Podobno parę lat łyżwił, jednak mróz tego roku jakoś nie trzyma i świadków jego przewin jakby coraz więcej, zatem już nie połyżwi. Choć był moment (konferencja prasowa przed paroma dniami), kiedy poseł zaimponował spokojem - audytorium go pytało przekrzykując się, a ten facet ani okiem nie mrugnął i składał przecież rozsądne oświadczenia. Podobnie jak jego szef - przysiągł na Stwórcę, że paroletnie dziecię najsłynniejszej Anety w Polsce nie jest jego. Jego pewność była iście imponująca - można spekulować tu o metodach zastosowanych przez posła, dzięki którym DNA najsłynniejszej polskiej dzieciny jednak nie pochodziło od znacznej (dosłownie i w przenośni) figury "Samoobrony", z których podmiana próbek to tylko jedna z teoretycznie możliwych wersji wydarzeń i to najmniej prawdopodobna, zaś inne pozostawiam domyślności Czytelników.
    Dopiero podsłuch innego działacza telefonicznie naciskającego (sic!) na jeszcze inną ofiarę domniemanego molestowania spowodował, że przewodniczący Lepper po zawieszeniu członka (sic!) "Samoobrony", owego właśnie Łyżwińskiego - pozbawił go legitymacji. Teraz pan Łyżwiński już nie jest członkiem (sic!) tej szlachetnej partii i pozostaje z parokrotnie wymienianą częścią ciała sam na sam, jeśli nie liczyć (własnej!) żony, która broniła go z dużą dozą (ludowej?) wyrozumiałości.
    Dzięki genialnemu Francuzowi powstało słowo "pasteryzacja", może dzięki mniej roztropnemu Polakowi przyjmie się termin "wyłyżwić", synonimicznie wspomagając wyraz "wyślizgać"...
    Niezależnie od dramatu wielu osób zamieszanych w seksaferę, nie można dostrzec dwóch spraw - komuś bardzo zależało na kompromitacji "Samoobrony" (a szkoda, że nie liczył się z odpryskowym blamażem Polski poza jej granicami) oraz domniemanie, że w świecie postawa p. Anety jest powszechniejsza, niźli nam się mogło wydawać, zatem gdyby wyciągnąć na wyznania wszystkie kobiety w sprawie załatwiania egzaminów, prac dyplomowych, awansów (także w telestacjach) i podczas obsadzania ról filmowych, a dawniej podczas przydzielania mieszkań oraz talonów na samochody, to zjawisko frymarczenia wdziękami okazałoby się dość powszechne. Jedyna korzyść z tej afery na przyszłość, to większa ostrożność płci obojga podczas planowania kariery zawodowej (zwłaszcza kiedy talenty jakby mniejsze od zewnętrznych walorów) w gronie różnopłciowym, choć ostatnio (w ramach walki z homofobią) nie można wykluczać innych układów towarzyskich... Z pewnością sprzedaż kamerek i magnetofoników gwałtownie wzrośnie i jest tylko kwestią czasu, kiedy kolejna afera będzie bogato udokumentowana przez... obie strony.

    Spory wokół budżetu  - Wiadomości24 (17 grudnia 2006)
    Gdyby min. Zyta Gilowska była nadal w Platformie Obywatelskiej, to zapewne (jako specjalistka) znalazłaby parę wad uchwalonego właśnie budżetu. Skoro tak nie jest, to okazuje się, że budżet jest... dobry. Deficyt wynosi około tysiąca złotych na każdego Polaka i niestety z roku na rok przyrasta, zatem - kiedy i w jaki sposób go wyzerujemy, zwłaszcza że mamy sporo innych długów, udział młodzieży w społeczeństwie maleje, a wielu pracowitych rodaków pomnaża dobra obcych narodów? Porównując to z dobrą sytuacją gospodarczą, można dostrzec brak wykorzystania pomyślnych gospodarczych wiatrów, aby zmniejszyć zadłużenia wszelakie. Przy tym krytycy podnoszą problem przejadania środków przez administrację, co przeczy jednemu z podstawowych postulatów wyborczych - "chcemy taniego państwa!", ponadto oponenci wyciągają (i niestety słusznie!) sprawę zmniejszenia stypendiów, zatem studenci (którzy i bez tego raczej nie kibicowali PiS-owi) tym bardziej skłonią się ze swymi sympatiami ku opozycyjnym partiom. Sprawa nie dotyczy tylko młodzieży - jeśli ktoś rok temu stawiał na PiS, to bardzo trudno wytrwać mu wiernie u jego boku... Słowa piosenki - "cóż nam zostało z tych lat" można byłoby strawestować (jednak niezbyt melodyjnie, a nawet zupełnie fałszując) - "cóż nam zostało z tych haseł"?
    Może w przyszłości wprowadzimy wymóg - jeśli jakieś partie w swych hasłach wyborczych zaproponują tanie państwo, to niech ogłoszą współczynnik potanienia, np. 25%, 30%, 50%. Po wygraniu czekamy rok na opublikowanie danych i w razie niedotrzymania wylicytowanego a obiecanego wyniku - rząd podaje się do dymisji. Złośliwi wszak podają, że obecnie mamy znacznie więcej urzędników rządowych (i wydatków!) niż za krytykowanej lewicy.

    Wpadka prezydenta - Wiadomości24 (22 grudnia 2006)
    Jeśli prezydent jakiegokolwiek państwa jest sprawcą gafy, to rumienią się wszyscy obywatele tego państwa, gdyż na zewnątrz jest nieistotne, czy Malinowski popiera swego przedstawiciela, czy nie. Nie jest istotne, czy śmiesznie lub okropnie zachowa się Jaruzelski, Wałęsa, Kwaśniewski czy Lech Kaczyński. Tu, w Polsce, możemy się ewentualnie pośmiać lub poobrażać, kierując się sympatiami (w tym partyjnymi), ale za granicą sprawa się komplikuje - wszystkim powinno zależeć na przyjaznym wizerunku naszej wspólnej głowy państwa.
    Przez ostatni rok mieliśmy parę wpadek naszego prezydenta, których nie będę tu omawiać, bo to byłoby pastwienie się nad leżącym. Boleję nad żartami i śmiechami zagranicznej prasy w aspekcie naszego najpopularniejszego bulwiastego płodu rolnego, zwłaszcza w wykonaniu niemieckiej gazety. Więcej - nie popieram takich karykatur i prześmiewczych artykułów wobec znanych osób, niezależnie od tego, czy są Polakami, czy cudzoziemcami, choć zdaję sobie sprawę, że od wieków poddani robili sobie śmiechy z królów i z ich dworów, a nawet z nich dworowali sobie (może i stąd ta nazwa?). Teraz, przy zastosowaniu wszechobecnych kamer i mikrofonów, jedynie amator może tłumaczyć się podglądem i podsłuchem. Jedyna pociecha, że obrażono polską korespondentkę - proszę sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby to była Niemka albo Rosjanka... Zapewne MSZ musiałoby "fotygować" naszego ambasadora w sąsiednim państwie. I przy okazji wyjaśniania sprawy wyszły dodatkowe dość wstydliwe kwestie - przedstawiciele Kancelarii Prezydenta (jako i on sam) nie mają - tak potrzebnej na tym najwyższych stanowiskach - ogłady towarzyskiej, są zbyt sztywni, nie znają się na żartach i nie mają telewizyjnego wyglądu (jak Kennedy, który minimalnie wygrał z Nixonem - lansowany jest pogląd, że wygrał przystojniejszy). Starsi rodacy zapewne pamiętają Chruszczowa, który walił butem w oenzetowską ławę. Na pewno parokrotnie widział to na filmie prez. Kaczyński i nieźle się obśmiał z tego Słowianina. Jednak nie wyciągnął wniosków, a wyciąganie wniosków oraz godne nas reprezentowanie, to podstawowe powinności głowy państwa. Zbyt wiele?
    Ostatni incydent w wykonaniu Prezydenta RP jest żenującą gafą, o której pragnęlibyśmy jak najszybciej zapomnieć (zwłaszcza zwolennicy głowy państwa), ale media będą to przypominać przy każdej nadarzającej się okazji...

    Obcokrajowcy popełniają samobójstwa w aresztach deportacyjnych! - Wiadomości24 (22 grudnia 2006)
    Bezduszne prawo azylu w Polsce. Przejmujemy się (i słusznie!) Polakami wykorzystywanymi przez zachodnich obywateli, a co dzieje się u nas?
    Po wejściu Polski do Unii Europejskiej słyszymy niemal każdego tygodnia, że nasi rodacy pracują w niewolniczych warunkach, są molestowani, a nawet giną w pięknych krajach - w krajach naszych marzeń, o niezapomnianych krajobrazach i o cudownej architekturze (Włochy, Hiszpania) oraz w krajach mniej urokliwych, ale o wyższych płacach za godzinę pracy (Niemcy, Wielka Brytania)...
    O ludziach z innych - biedniejszych niż nasz - krajów, o ludziach, których my, Polacy, wykorzystujemy w rolnictwie, przemyśle oraz na ulicy - nie chcemy słuchać, bo wydaje się nam, że jesteśmy narodem będącym wzorem cnót wszelakich. Nie chcemy tego wysłuchiwać, tak jak młodzi Niemcy nie chcą więcej słuchać o swoich dziadkach unurzanych we krwi podludzi w latach okupacji.
    Tym większym szokiem bywa zderzenie się naszych utartych przekonań z napływającymi danymi!
    Kiedy przeczytałem w zeszłym roku w "Dzienniku Bałtyckim", że kilku cudzoziemców popełniło samobójstwo w moim rodzinnym mieście, które jest znane z nowoczesności i z otwartości na nowinki, technikę, kulturę, obyczaje i na (zamożnych!) cudzoziemców, to długo przecierałem oczy ze zdumienia! - "Areszt deportacyjny w Gdyni może zostać zamknięty. Powód? Niedostosowanie warunków, w których przebywają zatrzymani, do przepisów unijnych".
    Beznamiętna informacja w wybrzeżowej prasie. Równie dobrze mogliby Niemcy napisać w 1942 roku, że z Żydami mają kłopoty w azylach zwanych gettami. A któż zwróciłby wówczas uwagę na taką notatkę? Który z Czytelników spostrzegł informację, że - "Funkcjonariusze wiążą zeszłoroczne samobójstwa kilku osadzonych z brakiem możliwości kontaktu z rodziną i ze światem"? To czytamy pomiędzy informacjami o podwyżce cen benzyny i o kłopotach emerytów przy nabywaniu nazbyt drogich leków. Albo nie zauważamy takiego tekstu, albo nie chcemy go dostrzec.
    Szokująca wiadomość. Oto w najnowocześniejszym i najmłodszym nadbałtyckim polskim mieście, zdesperowani obcokrajowcy odbierają sobie życie, kiedy my pracujemy, uczymy się i oglądamy telewizję? Kiedy spieramy się, czy Czeczenia powinna być wolna, czy Amerykanie wycofają się w końcu z Iraku, czy bilety trójmiejskiej komunikacji w końcu będą zunifikowane na wszystkie linie? A jakież to ma znaczenie?!
    Czytaliśmy o Polakach, którzy aresztowani przez gestapo, żegnali się z bliskimi i całymi grupami w rozpaczy kończyli swój żywot. Za kratami toczyło się życie, choć oczywiście znacznie podlejszej jakości. Ale rodacy ginęli wówczas zupełnie z innych powodów! I przynajmniej w glorii chwały i bohaterstwa - powstawały o Nich wiersze, powieści i filmy! I zachowujemy o Nich godną pamięć.
    A kto zwrócił uwagę na ową notatkę? Kogo to obchodzi? Kto odpowiada za ten skandal? Gdyby zapytać gdynian o tę sprawę, to znakomita większość nie doczytała się tej makabrycznej informacji. A to tylko Gdynia - czy mamy obraz całej Polski w tej kwestii? Czy kimś wstrząsnęła ta wiadomość?
    Parę dni temu wyemitowano w telewizji felieton o rodzinie z Kaukazu - dzieci mówią ładniej po polsku niż niejeden nasz rodak i wszyscy są związani z Polską na dobre i na złe, a ministerialny urzędnik informuje nas, że ta rodzina musi wyjechać z Polski, bo zgodnie z prawem europejskim nie może u nas przebywać! Uszom nie wierzę - miliony wykształconych Polaków wybyło z PRL na Zachód, miliony teraz wyjeżdżają do naszych zachodnich prowincji (naszych, bo już jesteśmy w Unii), a ten facet twierdzi, że nasze państwo bezprawnie łoży pieniądze podatników na szkolną naukę tych dzieci. I w naszym imieniu każe im się wynosić! A co z prezydentem, który może każdą niesprawiedliwość załatwić jednym podpisem? Przypominam, że dwóch poprzedników zwolniło kilka tysięcy przestępców z więzienia i jestem pewien, że większość z tych cwaniaków mniej zrobiła dla Polski, niż może uczynić ta wyrzucana rodzina!
    I nic to, że wyłożyliśmy pieniądze na naukę milionów rodaków a uciekinierów do lepszego życia, nieważne, że Zachód wykłada na naukę naszych prymusów, którzy dostali się na zachodnie uczelnie (i wielu z nich nie wróci do nas), ale ważne, że paru obywateli z Kaukazu będzie się uczyć języka polskiego (a już pięknie mówią!) za nasze bezcenne a zafajdane złotówki, że chcą być Polakami i będą zapewne budować z innymi uczciwymi rodakami lepszą Polskę. To nie ma żadnego znaczenia! Gdyby tę audycję obejrzeli zachodni politycy, to kazaliby naszemu rządowi stuknąć się w głowę - to my przyjmowaliśmy was całymi milionami, pomagaliśmy także w Polsce podczas stanu wojennego, wspomagaliśmy kiedyś i pomagamy teraz azylantom z całego udręczonego świata, a wy (polskie urzędnicze łachudry!) nie dość, że nie pomagacie swoim rodakom deportowanym przez władze radzieckie na dalekie azjatyckie ziemie, to nie stać was na pomoc dla jednej kaukaskiej rodziny?!
    Wstyd mi za naszych urzędasów, za ich "praworządne" decyzje, za nasz "sprawiedliwy" rząd, za upokorzenie ludzi pochodzących z zapomnianych przez Boga rejonów Ziemi! Dlaczego na urzędników mianujemy tępogłowych a bezdusznych współobywateli niegodnie reprezentujących naszych rodaków przyjaźnie przecież nastawionych do świata? Czymże ci "nasi" przedstawiciele różnią się od esbeków znęcających się nad naszymi patriotami walczącymi z komuną? Zapewne swoje decyzje opierają na bezsensownych prawach III a może już (o zgrozo!) i IV RP? Przepraszam owych kaukaskich braci w imieniu prawych Polaków i wstyd mi za naszych ustawodawców oraz egzekutorów nikczemnego prawa!

    Historia kołem się toczy - po latach nadal magiel i seksafery... - Wiadomości24 (23 grudnia 2006)
    "Gazeta Wyborcza" z 15 grudnia 1992 zamieściła najważniejsze fragmenty 45-minutowej rozmowy (pokazanej w telewizji na żywo) sprzed lat (30 listopada 1988).
    Kto pamięta to słynne starcie? Ilu Polaków oglądało je na swoich zwykle czarno-białych telewizorach lub wielkich skrzyniowych kolorowych? A nawet jeśli ktoś na peweksowskim lub baltonowskim, to już chyba (po niemal 20 latach) nikt nie ma tego odbiornika, chyba że w piwnicy albo na działce...
    Dyskusja kończy się wymianą zdań -
Wałęsa: - Idziemy na piechotę, a ludzie jadą samochodami. To mi się nie podoba.
Miodowicz: - Powiedziałem, że wsiądziemy w te samochody.
Wałęsa: - Trzymam pana za słowo. Mam nadzieję, że wsiądziemy, mam nadzieję, że zabierzemy ze sobą ludzi, bo jesteśmy przede wszystkim dla nich.
    Na dole po prawej stronie można doczytać się wypowiedzi prez. Lecha Wałęsy z 1992 -
"Patrzcie jakie bzdury od jak dawna Kaczyńscy opowiadają. Ale myślę, że odpowiem Kaczyńskim, ponieważ zaproponowano takie spotkanie typu Miodowicz. Mam nadzieję, że przyjdzie cała rodzina Kaczyńskich, a więc: Lech Kaczyński z żoną i Jarosław Kaczyński z mężem, i porozmawiamy."
    Komentator tych słów (o mężu) zareagował - "Wypowiedź prezydenta o Jarosławie Kaczyńskim zupełnie odbiera ochotę do wszelkich debat i do prezydenta. Szkoda, że Lech Wałęsa kompromituje siebie i tamte wspomnienia" i zaznacza, że dowcipy o mężu Kaczyńskiego ośmieszają urząd prezydenta, a najlepiej by brzmiały w... maglu.
    Natomiast na dole po lewej stronie pewien korespondent przypomina nam o Anastazji P. (prawdziwe nazwisko Marzena Domaros - autorka skandalizującej książki o erotycznych żywotach posłów na terenie Sejmu z udziałem ówczesnej medialnej gwiazdy, czyli samej autorki). Półtora miesiąca temu media ujawniły, że autorka "wypadła" z szafy płk. Lesiaka jako dobrze znana oficerom UOP, którzy płacili jej rachunki. A ponadto jej opowieści wpisują się w dzisiejszy klimat afery rozporkowej działaczy partii "Samoobrona". Pewnie za 20 lat będziemy mieli następny podobny skandal, bo w branży męsko-damskiej w każdym pokoleniu bywają hece dowodzące, że nie wyciąga się wniosków i nauk zdobytych przez poprzednie pokolenia... A od czasów prostego Lecha (ładujmy akumulatory) przeszliśmy w czasy kolejnego a skomplikowanego Lecha (od spieprzającego dziada i małpy w czerwonym). Magiel trwa...
    Podczas biurowej przeprowadzki natknąłem się na ową gazetową stronę, która przeniosła mnie w epokę końca PRL. Takie archiwa powinniśmy tworzyć i chronić przed zapomnieniem. Zwłaszcza w kolejnych grudniach, które w dwójnasób kojarzą nam się z ofiarnością Rodaków (1970 oraz 1981).

    A model(k)owe prawa człowieka? - Wiadomości24 (26 grudnia 2006)
    Agencje doniosły, że z powodu zagłodzenia się na śmierć dwóch modelek, wydano zakaz wstępu na wybieg superchudym i małoletnim modelkom, aby dzięki temu lansować zdrowszy kobiecy wizerunek. Po ekscesach członków niektórych partii proponowano rozwiązanie tych partii, zaś po sekscesach innych członków (podczas "występów" w miastach zachodniej Europy) także postulowano wprowadzenie zakazu odbywania takich parad w Polsce. Pomysły upadały, ponieważ obrońcy praw człowieka argumentowali, że nie można walczyć z przedstawicielami mniejszości tylko dlatego, że znalazły się tam czarne owce.
    A tu taki cios w demokratycznie działające wolne (nawet zbyt wolne w dziedzinie konsumowania) modelki: we włoskiej stolicy mody, w Mediolanie, przed odbywającymi się colutowymi pokazami, oficjalnie wydano zakaz występowania na wybiegu modelek poniżej 16 roku życia i o wskaźniku masy ciała (BMI) mniejszym niż 18,5. Pod wyrokiem podpisał się przemysł i władze miasta. Nie wiadomo czy do spisku przyłączą się Helsinki, ponieważ stolica Finlandii kojarzona jest z szeroko rozumianymi prawami człowieka, a złożony podpis pod zakazem mógłby podważyć zwykle słuszne idee tamże głoszone.
    Według zaleceń - modelki (przykładowo) wyższe niż 170 cm a lżejsze niż 53 kg nie mogłyby wybiegać przed publikę i straszyć jej swym nazbyt szczupłym wyglądem.
    Walka z niedożywioną młodzieżą żeńską została zapoczątkowana po śmierci dwóch anorektycznych południowoamerykańskich modelek o wskaźnikach 13 i 14,5.
    Nie zapominajmy także o konkursach dla puszystych pań. Wiele z nich, wiedząc, że kariery wśród szczupłych na pewno nie zrobią, to ileż mają możliwości, aby poświęcić się dla sławy na wybiegach w wadze superciężkiej? Gąski zwykle kojarzą się nam z chudymi młódkami, ale w tym przypadku (ze względu na krytykowany a nawet zabroniony siłowy sposób karmienia tych ptaków), będziemy mieli starsze a otyłe gęsi na wybiegu. I po paru podobnych tragediach (jak wśród cherlawych), organizatorzy zapewne wprowadzą ograniczenie BMI od góry? To może nie czekajmy na pierwsze ofiary i już ustalmy wartość maksymalną?
    Przy okazji wątek językowy. Otóż na konkursie piękności, na wybiegu w Paryżu, powabna Pianissima zdobyła czempionat świata. Polska Miss Świata 2004 miała wówczas rok i pochodzi ze stadniny koni w Janowie Podlaskim. A feministkom i modelkom nie przeszkadza, że kobiety walczą o trofea w świecie mody również na wybiegu? Jak konie i klacze? Mnie przeszkadza, a im nie? Czy można pogodzić szacunek z walką o sławę i pieniądze? W dzisiejszym świecie owładniętym przez mamonę, zarówno modelkom, jak również ich rodzinom, zależy właściwie tylko na jednym... I aprobuje się niemal wszystko w dążeniu do celu, w tym zagłodzenie. Modelki są jak sportowcy - każda metoda na poprawienie wyniku jest poważnie brana pod uwagę...
    Czy w demokracji można wprowadzać kolejne zakazy dla wolnych obywateli? Nie można narkotyzować się, nie można jeździć z niezapiętymi pasami i nie można zbytnio się... odchudzać. Nawet, jeśli to dobre pomysły. Co jeszcze nas czeka? I jak to się ma do praw człowieka i obywatela...
    BMI = masa [kg]/(wzrost [m] do kwadratu); Body Mass Index, po polsku "wskaźnik masy ciała".

    Lekarze biorą sprawy we własne opiekuńcze ręce  - Wiadomości24 (27 grudnia 2006)
    W związku z ograniczeniem limitu na konsultacje specjalistyczne rejestracja pacjentów odbywa się w formie zapisów na listę oczekujących. Pacjenci, którzy chcą skorzystać z porady poza kolejnością mogą być przyjmowani odpłatnie w dniu zgłoszenia (koszt porady 30 zł). - Oto odręcznie napisane ogłoszenie i wywieszone na drzwiach gabinetu okulistycznego w jednej z uspołecznionych jednostek opieki zdrowotnej w Gdyni. Biorą sprawy w swoje ręce (czasami nawet zbyt lepkie mają palce). Czy to jest wzorcowa procedura dzisiejszej społecznej służby zdrowia w Polsce? Czy jest to legalna działalność i na miarę Unii Europejskiej XXI wieku?
    Podejrzewam, że tego typu ogłoszenia zachęcają lub/oraz irytują wielu pacjentów do korzystania z prywatno-społecznego systemu opieki zdrowotnej w całej Polsce. Nie wiem, na ile jest to legalna działalność. Wielokrotnie oficjalne koła zbliżone do Ministerstwa Zdrowia uznawały rozmaite finansowe inicjatywy za nielegalne i nakazywały zaprzestania danej akcji. Idea wydawała się słuszna - za dodatkowe pieniążki stwarzano możliwości leczenia się poza kolejnością albo z wykorzystaniem urządzeń spoza zwyczajnych procedur.
    Z jednej strony Państwo żąda, aby Obywatel był lojalny podczas wypełniania zeznań podatkowych oraz aby był uczciwy podczas szacowania wartości sprowadzanego auta, jednak z drugiej strony - nie wywiązuje się ze swych obietnic i to zapisanych w Konstytucji.
    Jeśli ktoś całe zawodowe życie opłacał składki i proponujemy mu teraz wielomiesięczne oczekiwanie w kolejce albo za pewną kwotę załatwienie w trybie niezwłocznym, to etyczne podstawy przeciętnie wrażliwego Polaka wystawione są na poważny szwank. A ponadto rodak ma poczucie krzywdy - wszak został oszukany! Jeśli przeciętny lekarz ma wyższe morale niż przeciętny Polak i inaczej (szlachetniej - tak mniemam) umieszczony próg wrażliwości, to dla niego taka procedura powinna wydawać się w dwójnasób nieetyczna. A jednak mizeria zarobkowa, otoczenie dobrobytem charakterystycznym dla nowobogackich obywateli naszego kraju, którzy częstokroć nie czynią nic ważniejszego niż lekarze oraz ogólna przychylność wobec machlojek a przynajmniej nieporadność Państwa w zwalczaniu patologii, powoduje, że przedstawiciele tego godnego zawodu (a mówią, że także powołania!) staczają się chyląc czoła przed mamoną.
    Kiedyś można było kupić malucha (Fiata 126p) za ok. 70 tysięcy złotych. Pod koniec lat 70. stwierdzono, że skoro na giełdzie spekulanci biorą za autko niemal 140 tys. zł, to nic wielkiego nie stanie się, jeśli niecierpliwym policzą "tylko" 120 tys. zł w ramach systemu ekspresowego. Podgrzewało to i tak nieszczególne nastroje wśród rodaków, ale autka uchodziły za materialne przejawy socjalizmu. Teraz mamy do czynienia z handlem zdrowiem w aspekcie materialnego przejawu kapitalizmu. Które frymarczenie (autkami czy zdrowiem) jest bardziej niemoralne i społecznie trudniej akceptowalne?
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna