Komentarze 2005 (VII-IX)

    Włosi częściej czeszą swoje włochy - TVN24 (4 lipca 2005)
    Burmistrz Rzymu zezwolił na otwarcie zakładów fryzjerskich w poniedziałki. To pierwsze miasto, które wyłamało się z wieloletniej tradycji.
    Być może nasza tradycja była dłuższa, choć upadła kilkanaście lat temu - u nas były nie tyle bezwłose poniedziałki, co bezmięsne (ale przecież fonetycznie podobne, bo... bezwłośnicowe, a potocznie można w obu przypadkach - bezwłośne). Podczas zwyciężania systemu rynkowego tłumaczono nam, że administracja nie będzie się wtrącała w sprawy handlu i usług (chyba że to sprawa najwyższej rangi, np. praca w niedziele i święta, czyli z dziedziny kodeksu pracy), a tu taka niespodzianka - włoscy fryzjerzy nie wyczesują Włochom poniedziałkowych włochów. Coś na rzeczy jest z tą nazwą apenińskiego buta - Włochy zamiast Italia... Może to nie od Wołochów, ale ich nagłownych włochów... Nikt tego wątku nie bierze pod włos, sorki - pod uwagę. Oby tylko wyłamało się miasto, ale nie wyłamały się zęby włoskich grzebieni, które były przyzwyczajone do poniedzielnego fajrantu. Prawdopodobnie Watykan - jako niepodległe państwo - nie musi respektować przepisów większego sąsiada i prowadzi suwerenną fryzjerską politykę... Czesi czeszą swoje włochy w Czechach i cieszą się odwiedzając Włochy wraz z ich skromnie owłosionymi Włochami.
    USA nie poprą na szczycie G-8 jakiegokolwiek porozumienia o ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych.
    Zdaje się, że nasi sojusznicy wybiórczo popierają wszelkie cywilizacyjne propozycje, i to raczej te, które przynoszą im zyski, a co bardziej kosztowne - nie popierają. Pewnie dlatego od lat bojkotują umowy ograniczające podgrzewanie klimatu Ziemi, ale stale podgrzewają nastroje dotyczące rygorystycznego ściągania tantiem za korzystanie z programów komputerowych.
    Demonstracje przed bazą okrętów podwodnych w Szkocji. Łodzie te wyposażone są w pociski atomowe.
    Okręty nie są łodziami...
    Byli pracownicy "Biedronki" żądają 2 mln zł. odszkodowania. Po skróconych nazwach rodzimych jednostek monetarnych nie stawiamy kropki.
    Wylot do Iraku 1,5 tys. żołnierzy piątej zmiany. Dość poprawnie, ale gdyby byli transportowani drogą morską, to można byłoby napisać Odpływ naszych żołnierzy? A Azjaci niecierpliwie oczekiwaliby na ich przypływ, skoro dzisiaj wypatrują przylotu? Czy załoga samolotu tuż przed startem jest na wylocie i jak się czuje z takim określeniem w aspekcie trudności utrzymania się z tej ryzykownej profesji i utrzymania się na stanowisku pracy, a już po wylocie - jak bezpiecznie ma utrzymać się w powietrzu?
    Nadal nie znany jest los porwanego ambasadora Egiptu. I nadal klawiszowcowi sympatycznej telestacji nieznana jest pisownia nazbyt literowo porwanych słów.
    Dwa dni wcześniej zdenerwowanie zignorowaniem naszego państwa (przez Putina) udzieliło się wiodącemu informacyjnemu programowi; otóż zamiast - Z okazji 750-lecia Kaliningradu odbywają się uroczystości, ale bez nas i Litwinów, Teleexpress głosem lektora informuje, że z okazji 705-lecia... Prawdopodobnie tekst przygotował kolega, popełnił roszadę dwóch cyfr i... wpadka. Tak to bywa, jeśli dziennikarz nie ma czasu zapoznać się z tekstem przed wejściem na antenę - jak zwykle oberwie się chochlikowi... Można byłoby zrewanżować się wschodnim Słowianom i Kaliningrad określać jako Królewiec, zaś ową królewiecką enklawę (Obwód Kaliningradzki określany dziwacznie jako obwód kaliningradzki) nazywać Królewia (gdyby Kaliningradem nazwano jakiekolwiek stare rosyjskie miasto, to już dawno zniknęłaby ta z nazwa z mapy świata).

    Pamiętniki sprzymierzeńcami policji - Głos Szczeciński (6 lipca 2005)
    6 lat na Pomorzu Zachodnim grasował bandyta o ps. Śpioch. Wreszcie wpadł i przedstawiono mu zarzut dokonania ponad 300 napadów, głównie na kierowców tirów, którzy odpoczywali w pojazdach na parkingach. Jak obliczyli stróże prawa, łupem Śpiocha padły dobra o wartości około 200 tysięcy złotych. Sposób działania miał nadzwyczaj prosty. Czekał, aż zmęczeni kierowcy zasną, wybijał młotkiem szybę w tirze, terroryzował pistoletem albo atrapą broni i rabował pieniądze, biżuterię, telefony komórkowe. Każdy skok dokładnie opisywał w zeszycie - data, godzina, miejsce napadu i wartość łupu, który udało mu się zrabować. Dzięki tym zapiskom udało się odtworzyć rozbójniczą działalność bandyty.
    Zwykle policja osacza gangi mające na sumieniu kradzieże tirów, ale o wielkiej wartości (z całym towarem). I są to oczywiste sukcesy naszych funkcjonariuszy. Ale kiedy pojedynczy facet, przez parę lat popełnia kilkaset napadów w strefie przygranicznej, czyli na terenie o zwiększonej (niejako z definicji) kontroli (i podejrzliwości!) to mamy do czynienia z blamażem stróżów prawa. Wpadka jest tym większa, że złodziej działał sam (bez wsparcia kumpli) oraz bez specjalistycznych narzędzi (rzecznik policji zapewne stwierdzi, że było to znakomite utrudnienie, co zasugeruje przyszłym przestępcom, że najlepiej jest "pracować w pojedynkę"). Jeśli ów rozbójnik istotnie dokonał aż tylu przestępstw, to karę powinna ponieść okoliczna policja! Albowiem to oznacza, że mając doniesienia o tylu przestępstwach (oraz masę śladów), nie ujęła zbója. Skandal, droga Policjo! Dobrze, że nie tylko kradł, ale także prowadził pamiętnik...
    Ciekawostką jest koszt wybitych szyb, który zapewne przekracza wartość skradzionych przedmiotów.

    Frustraci paraliżujący miasto nibybombami - TVN24 (13 lipca 2005)
    Policja ujęła na gorącym uczynku dwóch nietrzeźwych mężczyzn, którzy poinformowali o podłożonej bombie. Przewieziono ich do izby wytrzeźwień.
    Gdyby nic nie wypili, to policja nie dopadłaby ich podczas popełniania przestępstwa, czyli na gorącym uczynku. Pewnie pili dla ochłody (wszak gorące mamy lato), a przy okazji swych rozgorączkowanych głów - chcieli ochłodzić równie zbyt gorący uczynek i wdali się w dłuższą rozmowę, stąd policyjne namiary i sukces.
    Przed naszym wejściem do UE, zapewniano nas, że obywatele Unii nie znają instytucji w rodzaju wspomnianych izdebek. Również, że nie znają pojęcia podatku uiszczanego po nabyciu i przywiezieniu do swej ojczyzny furmanki, samochodu, statku czy samolotu... Wiele obaw związanych z akcesją się potwierdziło, zaś obie obietnice spełzły na niczym - nadal są wytrzeźwiałki oraz nadal opłacamy daninę za przywożone auta.
    Upały szkodzą nudzącym się Polakom - po tragicznym zamachu 7 lipca w Londynie posypały się idiotyczne zgłoszenia, najczęściej telefoniczne. Pierwsza lepsza łajza może w dość prosty sposób zdezorganizować życie wielkiego miasta. Gdyby taki gościu podszedł do funkcjonariusza i zabełkotał coś o bombie, to zostałby przywołany do porządku rzutem do parteru, a dalej według opisanego a sprawdzonego scenariusza - izdebka z zimnym prysznicem (ale chyba już pod nadzorem profesora od przestrzegania praw człowieka). Jeśli jednak wykręci numer (tak telefoniczny, jak i bombowy) oraz zostanie zarejestrowany przez wyspecjalizowane urządzenia, to już koniec zwykłej chryi, ale początek światowej procedury - wiadomość migiem pnie się po szczeblach mundurowej władzy z kopią do cywilnej administracji. Obie dochodzą do wniosku, że trzeba działać światowo, a jednocześnie przekazać przesłanie cywilizowanej wielkiej wiosce - jesteśmy z wami i także mamy procedury, jesteśmy gotowi dać odpór przynajmniej nieudacznikom, jeśli jeszcze nie terrorystom. Wstrzymujemy zatem ruch pojazdów, spacery ludzi; legitymujemy i pouczamy krnąbrnych mieszczan. Wszyscy z owego podwójnego łańcucha boją się podjęcia (jednak) ryzykownej decyzji - zlekceważenia alarmu, bo co będzie, jeśli nastąpi wybuch? W najbardziej demokratycznym państwie zwykły pijaczyna może znakomicie ograniczyć wolność tysiącom trzeźwych i (w miarę) prawych obywateli. Wówczas władza ma możliwość dać upust swym atawistycznym ciągotom - pouczenia bliźniego w sposób bardziej fizyczny niż słowny, i to pod szczytnym hasłem ochrony tegoż obywatela. A że oczywiście nic nie wylatuje w powietrze, to nie jest takie istotne. Ważne jest, że Europa odbiera sygnał o naszej gotowości do walki z terroryzmem, a służby i obywatele mają dramatyczne ćwiczenia (wartościowsze niż zaplanowane), zaś horrendalne koszty akcji można spróbować przerzucić na telefonicznego maniaka, który w życiu nie widział więcej niż kilkanaście banknotów o najwyższym nominale.
    Skądinąd wiadomo, że terrorysta typu Madryt-Londyn nie zapowie zamachu tuż przed eksplozją, bowiem zależy mu na zadaniu maksymalnych strat. Póki co, u nas nie ma politycznych organizacji (jak w innych krajach), które z oczywistych powodów jednak informują o podłożeniu bomb, zaś polscy gangsterzy szantażujący swych konkurentów albo przedsiębiorców podkładają bomby w "ściśle adresowany" sposób i nawet jeśli policja otrzymuje takie sygnały, to jednak nie ogłasza jawnego alarmu, lecz dyskretnie urządza zasadzkę. Ponadto, z każdą taśmą z donosem o bombie, zapoznają się specjaliści i z pewnością mają wyrobiony pogląd o prawdomówności zamachowca. Niestety, ani oni, ani władze, ani niżej podpisany mądrala, nie wezmą odpowiedzialności za ewentualny wybuch zbagatelizowanego ładunku. Sprawę mógłby załatwić wyłącznie funkcjonariusz odbierający telefon - gdyby zrugał frustrata i zignorował jego "cenną" informację, to zaoszczędziłby miastu powszechnego stresu i sporych wydatków, zaś donosicielowi paru lat więzienia. Ale rozmowa jest nagrywana i nikt nie zaryzykuje zlekceważenia wieści. I pewnie dlatego, tego typu ostrzeżenia co pewien czas będą irytowały i niepokoiły mieszkańców oraz funkcjonariuszy - miejmy nadzieję, że niezbyt często i wyłącznie testująco. A zwiększona wykrywalność (jednak!) głupawych żartownisiów będzie najlepszym ostrzeżeniem dla niespełnionych życiowo aktorów jednej kiepskiej (a przy nagminnych powtórkach - tandetnej) sztuki.
    Nazajutrz władze Warszawy ogłosiły, że przeznaczają nagrodę 150 tysięcy złotych dla osób, które przyczynią się do ujęcia bombiarza. W kraju o tak wielkim bezrobociu i niewielkich pensjach (pracujących jeszcze szczęściarzy) można dojść do iście Szwejkowego wniosku: donieść wprzódy o bombie, a zaraz potem - na siebie. Dla chorawego, porzuconego przez rodzinę pechowca to całkiem zgrabne rozwiązanie - na hasło otrzymuje nagrodę przelaną na internetowe konto, przez kilka lat żyje na państwowym garnuszku, po połowie wychodzi za dobre zachowanie. Wprawdzie facet obywa się bez wizyt w kinie i pubie (poza przepustkami), ale też żadnych problemów z pracą, z szefem, z kadrami, z dostawą materiałów, z rzetelnością podwykonawców. Lekarz przyjmuje poza kolejnością i w pudle przez parę owych lat można wykurować wszelkie dolegliwości przynależne wolnym górnikom, stoczniowcom i rolnikom, którzy nie mają ani dojścia do służby zdrowia, ani czasu na badania. Można sporo czytać, grzebać po internecie i uczyć się języka. To "grozi" nawet zrobieniem matury, i to tej najnowszej. Naraz niemotawi kumple z podwórka oraz nieprzyznająca się do nas rodzina, ma swego bohatera - odwiedzają, znoszą paczki i snują plany o wspólnym dalszym życiu.
    Może o wysokich nagrodach pomyślą władze innych miast, wiosek i osiedli? Już tylko krok od powstania filmu na bazie tej idei... A życie bywa jeszcze bardziej pomysłowe - czy ktoś uwierzyłby, że owym stołecznym pseudobombiarzem jest były a niedoceniany policjant? W końcu szlachetna propozycja odmiennego barwienia olejów (napędowego i opałowego) zaowocowała powstaniem największej mafii i największymi przekrętami na szkodę pustawego budżetu. I powstanie niejeden film o braku oleju, także wśród urzędniczych głów...

    I jak tu wierzyć własnym oczom? - Głos Koszaliński (16 lipca 2005)
    To szokujące zdjęcie nasz fotoreporter wykonał wczoraj na kołobrzeskiej plaży! Nie był to żaden bombowy dowcip, lecz prawdziwa detonacja. Morskie fale odsłoniły bombę lotniczą z czasów II wojny światowej. Wybuchowa pamiątkę wyciągnięto, zakopano w piasku i zdetonowano. Nad wszystkim czuwali saperzy. Choć na zdjęciu wygląda to groźnie, wybuch był w bezpiecznej odległości od zatłoczonej strzeżonej plaży.
    Istotnie, na zdjęciu (jeśli nie jest "poprawione"), na pierwszym i drugim planie widać licznych plażowiczów. A zaraz za nimi - tumany dymu i piasku. Trudno uwierzyć oczom - wybuch jakby zaraz za tłumem, ale nawet jeśli to złudzenie albo "artystyczny retusz", to w jakiej odległości zdetonowano bombę, skoro jej odłamki oraz kamienie mogłyby jednak zagrozić urlopowiczom? Nie bez kozery redakcja zdjęcie określiła jako szokujące... I jak tu (nie) wierzyć własnym oczom?

    Nie ma silnych na drogowych pijaków? - Głos Koszaliński (16 lipca 2005)
    4,5 roku więzienia i 7 lat zakazu prowadzenia pojazdów - taki wyrok wymierzono policjantowi z Koszalina. Rok temu po pijanemu (2 promile) spowodował wypadek. Zginął jadący z nim kolega po fachu. Oskarżony miał uprawnienia policjanta i powinien stać na straży porządku prawnego. Kara w zawieszeniu byłaby rażąco łagodna. Wyrok nie jest prawomocny. Ku naszemu zdziwieniu, sędzia nie zdecydował o ujawnieniu danych policjanta, który po pijanemu wsiadł za kierownicę i ma na sumieniu śmierć człowieka!
    W dalszym tekście zaznaczono, że prokuratura także nie wystąpiła o ujawnienie danych, choć zapowiadała, że w taki sposób przyłączy się do walki z piratami drogowymi. Na innej stronie zamieszczono komunikat sądu, w którym wymieniono z imienia i nazwiska innego drogowego pijaka (1,7 promila). Oczywiście, jak przystało na urzędowe ogłoszenie, rzadkie nazwisko pirata zamiast w dopełniaczu (jak imię) podano w mianowniku. Taki powszechny zwyczaj piętnowany przez polonistów... A przecież można przeredagować tekst na niekłopotliwą mianownikową modłę. Przy okazji zamieszczono pełne dane osobowe ofiary z obszernym opisem doznanych obrażeń. I jak znam życie - zapewne nikt nie pytał pechowca o pozwolenie, bowiem ochrona danych dotyczy przestępców, nie ich ofiar, co niejednokrotnie udowadniano w mediach... Półtora roku w zawieszeniu w porównaniu z dwoma latami rzeczywistej odsiadki przewidzianej prawem, to jednak zbyt mało - raczej pół roku, ale bez zawieszenia, byłoby sprawiedliwszą karą. Ale przecież takie prawo mamy jedynie dla zastraszenia bojaźliwych tudzież porządnych (pewnie jedno idzie w parze z drugim...) obywateli, a nie dla permanentnych piratów - koneserów łamania prawa. Nie wyjaśniono również - kto zapłaci za leczenie rannego oraz za jego ewentualne moralne i finansowe szkody? Można zaryzykować twierdzenie, że znacznie większe koszty poniesie społeczeństwo oraz poszkodowany i jego rodzina, niż winowajca. I to jest sprawiedliwość?
    Każdy kierowca o alkoholowych ciągotach powinien wykupywać dodatkowe obowiązkowe ubezpieczenie, które pomagałoby mu wyjść z finansowej opresji (ale nie więziennej!). Wniosek o takie ubezpieczenie składałby sam potencjalny pirat albo policja (po "pozytywnej" kontroli) lub właściwy sąd (w ramach wyroku). W pierwszym przypadku składki - z oczywistych powodów - byłyby niższe. Odpowiednie kwoty byłyby comiesięcznie przelewane na konto towarzystwa ubezpieczeniowego odpowiedzialnego za wypłatę odszkodowań dla ofiar wypadków oraz kosztów ich leczenia. Podczas dłuższych i  potwierdzonych przerw w kierowaniu pojazdami, pobieranie składek byłoby zawieszane. W przypadku zaniedbań w uiszczaniu składek, byłyby one naliczane wraz z dodatkowymi odsetkami i egzekwowane przez komornika.
    Końcowe zdanie, zakazujące oskarżonemu "prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych w ruchu lądowym na okres 2 lat" jest dość zabawne w niemal tragicznej sprawie - nie może on prowadzić motoroweru, ale mógłby kierować statkiem i samolotem... Nie wiadomo, jak sąd zakwalifikowałby poduszkowiec - pojazd jeżdżący tuż nad ziemią, może zatem jednak latający?
    Redakcja zapytała jednego z prokuratorów, dlaczego nie występuje o upublicznienie danych pijanych kierowców? - "Ponieważ na razie nie ma żadnych przepisów, które nakładałyby na nas ten obowiązek". Otóż to - nowoczesny unijny urzędnik nie ma odpowiedniego przepisu, i nawet jeśli organicznie nie znosi pijanic za kółkiem, nie zaproponuje ujawnienia danych. Taki praworządny! Mija 25 lat od sprzeciwu obywateli, którzy działali niezupełnie zgodnie z ówczesnymi przepisami i gdyby wszyscy mieli wówczas podobne podejście...
    Potrzeba takich przepisów jest zasadna jednak z innych powodów - sytuacja przypomina dowolność urzędnika w podejmowaniu administracyjnych decyzji, według swego uznania, a niewykluczone, że również według "życiowych potrzeb owego urzędnika i kopertowych możliwości petenta". Nawet na najuczciwszych prawników społeczeństwo może krzywo spozierać...
    Z lektury gazet można wyciągnąć ciekawe wnioski - na jeździe w pijanym zwidzie łapani są politycy, księża, policjanci, lekarze, prawnicy. Ale nie czytałem o dziennikarzach. Rachunek prawdopodobieństwa nie zdaje tutaj egzaminu. Albo istotnie są najbardziej świadomą grupą społeczną (oraz stosunkowo nieliczną), albo... (nie, tego żaden dziennik i tak nie przedrukuje).
    Niestety, należy także skrytykować "odwagę" wielu redakcji. Nie podają nazwisk przestępców (nie tylko w opisanych sprawach), "ponieważ sądy nie zezwoliły na publikację". A formalne pytanie do "walczących o lepszą Polskę" redaktorów - jakaż to kara groziłaby wam za wyłamanie się i podanie owych danych? I kto miałby bronić przestępców - ich obrońcy, urząd ochrony danych osobowych czy miliony czytelników, widzów i słuchaczy? Nie mogę doczekać się pierwszego takiego procesu, w którym odważna redakcja zostanie pozwana przez przestępcę... Jakie dolegliwości finansowe wchodzą w rachubę w przypadku przegranej? Czy wzrost nakładu gazety nie zrekompensowałby takiej szkody? I dlaczego podajecie nazwiska przestępców zagranicznych - nie boicie się, że wystąpią o światowe (milionowe) odszkodowania? Czyżby polski kodeks dotyczył jedynie osób łamiących prawo na polskiej ziemi?
    Trochę o języku - "Zginął jadący z nim kolega po fachu". Nazbyt protekcjonalne, zwłaszcza w poważnym artykule o tragedii. Przecież nie napiszemy o księdzu, ministrze, senatorze - "to był jego kolega po fachu". W podobnym tonie jest sporządzona notatka z kroniki policyjnej - Mężczyzna wszedł do rzeki. Chciał ją pokonać wpław, ale z rowerem na grzbiecie. Ludzie widzieli jak zaczął tonąć i zniknął pod wodą. Mężczyznę wyłowiono, ale już nie żył. Pobrano krew, by sprawdzić, czy był pijany. Skoro już o grzbiecie, to może kontynuować styl - Facet wszedł do rzeki. Chciał ją pokonać wpław, ale z rowerem na grzbiecie. Ludziska widziały jak znikł pod wodą. Gościa wyciągnięto za kulasy, ale już nie dychał. Wkłuto się w żyłę, aby sprawdzić, czy nie był narąbany. Słownictwo poważnej kroniki powinno być cokolwiek urzędowe. A może chodziło o rower wodny, który był holowany przez pływaka stylem grzbietowym?

    Chini kontra Stani - Gazeta Wyborcza (22 lipca 2005)
    Z wielkim medialnym hukiem agencje donoszą o (rzekomej) walutowej rewolucji - Chiny ugięły się pod naciskami świata, zwłaszcza USA - umocniono juana wobec dolara, ale tylko o 2,1%. Ale mi rewolucja... To jak nazwano by zmianę dwudziestoprocentową? Ale teraz najciekawsze wnioski - Decyzja Chin może przynieść niewielką ulgę dla polskiego rynku, bowiem nasze firmy, handlujące z Chinami, mają zwykle kontrakty zawarte w dolarach albo w euro. A nieco wcześniej - Z decyzji Chin najbardziej zadowoleni są Amerykanie. Dlaczego oni się cieszą, a my nie? Czyżby oni zawierali umowy w juanach? Albo oni są zawsze uśmiechnięci, a my zawsze naburmuszeni?
    Deficyt handlowy USA z Chinami sięgnie w tym roku 225 mld dol., zaś w ubiegłym wyniósł - 162 mld dol. Ponadto Stani obwiniają Chinów o utratę 2,8 mln miejsc pracy. Przecież handel światowy, a zwłaszcza w wykonaniu USA, to wolna wymiana - nikt nie zmusza Amerykanów do zwiększania deficytu. Jeśli nie potrafią taryfą celną walczyć z mniej lub bardziej uczciwie konkurującymi Azjatami, to niech przejrzą nasze taryfy z czasów komuny - na samo cło za sprowadzane z Zachodu auto musieliśmy pracować parę lat (a i teraz, wbrew ustaleniom, potomkowie poprzednich profesorów ekonomii, ustalają nielegalne akcyzy). Niech rzucą okiem na nasze pomysły - może nareszcie zastosują u siebie coś polskiego... A z drugiej strony - może dzięki utracie miejsc w Stanach, skośnoocy Chini zyskali 10 razy więcej miejsc pracy u siebie? Dlaczego mamy mówić, że jedno koło jest zepsute? Zauważmy, że trzy mają się dobrze i trzymają się podwozia - wszak świat to jedna wielka wioska i nie ma znaczenia dla Ziemian, czy pracuje Amerykanin, czy Chin. A jeśli zamiast jednego Stana pracuje 10 Chinów, to jeszcze lepiej dla świata...
    Nie mogę zrozumieć (przy całej sympatii dla USA), dlaczego doskonale urządzona kapitalistyczna amerykańska maszyneria chce wpłynąć na chiński kurs walutowy? Przecież to prywatna sprawa każdego niepodległego państwa - czy my sugerujemy naszym przyjaciołom zmianę kursu dolara wobec złotówki? Oczywiście, kiedy widzę chińskie zwijane dwumetrowe miarki w cenie biletu autobusowego albo słyszę o truskawkach tańszych od polskich (po uwzględnieniu kosztów transportu - ich zza Uralu, naszych z Kaszub) to wszelkie zdroworozsądkowe obliczenia biorą w łeb. Jednak od setek lat znane są cła - i co? A przy okazji - dlaczego Polacy nie wożą owoców i warzyw do zachodniej części Unii, skoro mogliby tam parę razy drożej je sprzedać niż w Polsce, a Chini zarzucają Europę swymi wyrobami? Im się chce telepać tysiące kilometrów, a nam się nie chce za miedzę? Zamiast godnie sprzedawać produkty naszej ziemi, to służalczo sprzątamy im ulice i biura...
    Do Chin płynie kapitał spekulacyjny, nie udaje się zahamować gorączki inwestycyjnej. Ta z kolei sprawia, że chiński popyt podbija światowe ceny surowców.
    Owszem, ceny węgla i stali koszmarnie poszły w górę, jednak trudno zrozumieć chińską matematykę - jeśli budowana tamtejsza  fabryka podrożała niemal dwukrotnie z powodu zwyżki ceny surowców, to jak ma się to do biznesowego planu? Przecież wszystkie wskaźniki uległy pogorszeniu. Aby utrzymać cenę owych miarek, należałoby obniżyć pensje i tak biednym Azjatom. Jeśli świat nie potrafi wpłynąć na chińskich fabrykantów, aby płacili swym rodakom więcej za pracę, jeśli nie potrafi ochłodzić ich cłami, no to patrzmy sobie nadal spokojnie, jak oni wykończą naszą amerykańsko-europejską gospodarkę, ku uciesze naszych nabywców i ku rozpaczy naszych pracowników (zasadniczo to te same osoby!). A ten kapitał spekulacyjny to niby skąd płynie? Przecież nie kradną go obywatele Państwa Środka z zachodnich banków, ale to sami praworządni kapitaliści wysysają ów kapitał z własnych ojczyzn, pozbawiając pracy swych ziomków. W ten sposób zdają współczesny egzamin z patriotyzmu - dla większych korzyści zaprzedają się Mamonie, spychając rodaków w sferę bezrobocia.
    A gdyby tak Chiny zmieniły swą walutę na dolara - połowa ludzkości przestałaby przeliczać kursy walutowe (juana na dolara i odwrotnie)...
    Świat pozytywnie ocenia decyzję Chin - pochwały spływają z Japonii, Francji, Niemiec... Ludzie, wystarczyło zmienić kurs o 2% i listy dziękczynne im ślą! A co będzie, jeśli Chini zrewaluują juana o 20-30%, bo tyle sobie życzy Międzynarodowy Fundusz Walutowy? Może nasz rząd pójdzie w podobnym kierunku i zacznie ktoś nas w końcu chwalić?
    Jeśli juan będzie się wzmacniał, to Chiny zaczną więcej importować i inwestować za granicą. To pomoże im się włączyć do gospodarki światowej. Dla globu nie ma znaczenia, w którym jego miejscu trwa produkcja. Nie jest to ważne, podobnie jak nie wiemy dokładnie, gdzie znajdują się nasze skrzynki emajlowe - ważne, że działają... Zresztą - gdzie Chini znajdą tańszych robotników? Będą więcej importować, ale - znając ich niewygórowane wymagania oraz niskie płace - raczej surowce, aby je przerabiać na coraz tańsze miarki, którymi dokumentnie zaleją świat.

    Paryż i Paryża poza Londynem - Twoje Imperium (25 lipca 2005)
    Aktorka i dziedziczka fortuny hotelarzy Hiltonów z USA, Paris Hilton (24), pożegnała się z marzeniem o ślubie w londyńskiej katedrze Świętego Pawła. Tam właśnie chciała poślubić pochodzącego z Grecji narzeczonego, również multimilionera, 27-letniego Parisa Latsisa.
    Anglicy nie zgodzili się. I słusznie - Stany Zjednoczone oraz Grecja, skąd pochodzą młodzi, to republiki, zatem wyspiarze wolą nie zadawać się z owymi bogatymi i młodymi  koniami (wyjątkowo nie końmi) trojańskimi. A do tego - oboje mają jednakie a prowokacyjne imię... Stolica Francji od dawna Brytom kojarzy się z gardłowym rozwiązaniem problemu i monarchii. Legendarny Parys w aspekcie końskiego podstępu, jest dodatkową przestrogą dla współczesnych Brytów. Wystarczy im kolejowe połączenie tunelem z obalonym królestwem...
    Jeśli polscy rodzice chcieliby dać na imię swoim latoroślom owe imiona, to chyba jako Parys albo Paryż (dla chłopca) oraz Parysa albo Paryża (dla dziewczynki), ponieważ zgodnie ze słusznymi wytycznymi polonistów, polskie imiona muszą spełniać szereg wymogów.

    Ziemia czy ziemia? - Fakt (28 lipca 2005)
    W złowieszczym artykule pt. Lot z wyrokiem śmierci, mamy kłopoty z odróżnieniem ziemi od Ziemi -
    Podczas powrotu promu na Ziemię powłoka termiczna chroni pojazd i załogę przed usmażeniem się w rozgrzanych do kilkuset stopni Celsjusza warstwach atmosfery.
    Tak wysoka temperatura powstaje na skutek tarcia powierzchni rozpędzonego do tysiąca kilometrów promu i gazów wysoko nad ziemią.
    Cały świat ma jeszcze przed oczami gigantyczną eksplozję wracającego na ziemię promu Columbia.
    NASA raczej nie zdecydowałaby się na ściągnięcie uszkodzonego promu na ziemię.
    Usmażenie nie jest właściwym słowem wobec ewentualnej kolejnej tragedii! Liczba mnoga rozgrzanych warstw nie jest poprawną interpretacją zjawiska, wszak to prom się rozgrzewa (nie warstwy) przetłaczając się przez coraz gęstszą atmosferę, co zasygnalizowano w kolejnym zdaniu. Zapis o gazie jest zwodniczy - jest to niemal "normalne" powietrze, choć znacznie rozrzedzone (wprawdzie powietrze jest również gazem, jednak w podanym kontekście, większość czytelników może myśleć o jakimkolwiek innym gazie). Podano nibyprędkość (brak wzmianki o czasie). We wszystkich podanych zdaniach myślano o naszej planecie, zatem Ziemia (nie ziemia).
    Natomiast istotnie o ziemi (nie Ziemi), a dokładniej - o pomyśle nie z tej ziemi (o, tutaj można od małej litery; podobnie plażowicze nieźle usmażyli się na słońcu - nawet tu nie razi owo usmażenie) napisano w artykule o dwóch młodzieńcach, z których jeden zapewne będzie nominowany do Nagrody Darwina. To całkowicie porażająca informacja!
    Dwóch chłopaków wybrało się przed północą na szlak kolejowy. Wymyślili zabawę - Jeden z nich wdrapał się na czterometrowy słup i dla żartu zaczął brzeszczotem ciąć kabel. Nagle rozbłysła łuna i za chwilę chłopak leżał na ziemi.
    Na zdjęciu, nad torami widzimy (gołe) przewody trakcji elektrycznej, zatem to jednak nie kable...
    Od strony Torunia zbliża się mercedes. Kierowca grzeje ponad 100 kilometrów na godzinę! Szok - za kierownicą siedzi znana aktorka.
    Okazało się, że aktorka zwalczająca (w audycjach) piractwo drogowe i propagująca światełka odblaskowe, miała nieważny blankiet prawa jazdy. Za ów brak oraz za przekroczenie prędkości zaliczyła 10 punktów karnych i kilkusetzłotowy mandat. Nieładnie z grzaniem, ale choć prędkość określono poprawnie...
    Prasa rozpisuje się o przezroczystawych strojach naszych zawodniczek startujących w Montrealu. Nie zapomniano załączyć materiały ilustrujące problem - tekstylne materiały. Damskiego tematu nie przegapiła  męska część redakcji. Nie poinformowano, czy nasi pływacy mają podobny problem - i całe szczęście!
    Dla dziewczyn to bardzo krępująca sytuacja - mówi Jan Wiederek z Polskiego Związku Pływackiego.
    Okazuje się, że to włoski producent dostarczył kostiumy, zatem nie dziwota, że nie tylko włoski prześwitują. A pan Wiederek mógłby wylać na nasze panie parę wiaderek przed wyjazdem i (wzrokowo, w związkowym zaciszu) rozwiązać (ale bez rozwiązłości) problem testując (wyłącznie) stroje. Zapewne nastroje reprezentantek byłyby mniej nerwowe, gdyby prezentowały jedynie walory sportowe. Ciekawe, ile wydano na stroje?
    Tytuł Absurdalne oskarżenia reżimu Łukaszenki. Białoruski reżim absurdalnie oskarża Polaków, czy my oskarżamy ów reżim? Podobnie - Polacy walczyli z Niemcami (kiedyś przeciw sobie na frontach, a teraz wespół o podnoszenie stopy życiowej w UE).
    Viagra może popsuć wzrok. Co na to krety? W końcu (bez aluzji!) oko mętnieje także po wielogodzinnym wgapianiu się w monitor, a co bystrookiemu orłowi po tępym dziobie? Co komu po różach, kiedy płoną lasy?

    Polskich zł ciąg dalszy - Gazeta Wyborcza (29 lipca 2005)
    Ustawa antylichwiarska, która właśnie czeka na podpis prezydenta, na pierwszy rzut oka wydaje się inicjatywą słuszną i szlachetną. Ma jednak wady, które sprawią, że przyniesie ona więcej szkody niż pożytku. Autor, prof. W. Orłowski, jest doradcą prezydenta RP. Wskazuje na pierwszą wadę - zachęta dla czarnego rynku (zamiast chronić konsumenta przed nadmiernymi ciężarami finansowymi, najprawdopodobniej doprowadzi do powstania lichwiarskiej szarej strefy ze znacznie wyższym oprocentowaniem.
    Niestety profesor ma rację. Oczywiście, że jeśli już społeczeństwo zostało przyzwyczajone do korzystania z pewnych rozwiązań na skalę masową, to będzie chciało z tej formy korzystać, nawet wbrew swym dalekosiężnym interesom. To zło zostało uczynione społeczeństwu już parę lat temu, a teraz fachowcy zbijający kabzę na prolichwiarskich recenzjach, dowodzą swej racji. Ale ta racja ma dwa końce! Otóż policja może zaproponować zalegalizowanie handlu narkotykami. Z dokładnie takich samych powodów! Można zliberalizować podejście w obu dziedzinach (Holandia w narkotykach, Polska w lichwie) i uznać - każdy dorosły może czynić wszystko, byle nie szkodził innym. Wymóg zakładania pasów w autach oraz uczęszczania do szkół niższego typu, zadaje kłam, że żyjemy w takim państwie, choć niemal wszyscy dostrzegają zalety owych nakazów. W końcu każdy może zażywać narkotyki oraz zadłużać się co nie miara - jego sprawa. Można dyskutować, czy wyłącznie jego, no bo przynajmniej rodzina również jest w to zamieszana. A w razie kłopotów ze zdrowiem lub spłatą, to krąg zainteresowanych jednak się powiększa...
    Musimy odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytanie. Jeśli uznać narkotyki i lichwę za zła tego świata, to nie można przymykać oka na rozwijanie się tych zeł. Zwiększenie walki z handlarzami narkotyków i lichwiarzami powoduje zwiększenie cen ich produktów/usług, ale też większe trudności z dostępem do tych dewiacyjnych interesów.
    Można również zlikwidować ograniczenie prędkości na jezdniach. Niech każdy jeździ jak chce - będzie więcej nieszczęść? Będzie, ale bez lichwiarskich ograniczeń - także będzie! I na nic gadka - ludzie mają rozum i wolną wolę. Najlepszy prawnik RP także ma rozum i wolną wolę, jednak bezprawnie wyszedł z obrad komisji sejmowej oraz uznał, że przekaz latorośli z najlepszego kraju na Ziemi, dla wysokiego urzędnika dumnego państwa środkowej Europy, opiewający na 100 000 dolarów, nie był pożyczką. A jeśli się pomylił, jak wielu naszych prawników i ekonomistów czyni to codziennie?
    Skoro już o Stanach Zjednoczonych, w których kształcił się ów prawnik za pieniądze rodaków odcinających kartki żywnościowe, tu - nad Wisłą. Jak wygląda moralność polityka, który mając proletariackie poglądy, zrobił karierę na robotniczych grzbietach, korzystał z uprzejmości klasowo i politycznie wrogiego zaoceanicznego narodu, wierząc (albo udając wiarę!) w wyższość swych poglądów i aż tyle trudu poświęcił wychowaniu swych dzieci, że nie potrafił ich zatrzymać w Ojczyźnie, której teraz chciałby nieco poojcować? Jeśli ma być równie roztropnym ojcem Narodu, to powinien zastosować wobec Niego dokładnie ten sam wzorzec miłości ojcowskiej - do cna zniechęcić do życia w Polsce, przedstawić same uroki USA, no i uruchomić wszelkie znane sobie znajomości, aby rodacy wyjechali tam budować swe szczęście osobiste i zawodowe, bo w Polsce jest miejsce tylko dla kombinatorów i doradców ekonomicznych... Czy będzie równie dobrym ojcem dla wszystkich Polaków, jako i dla swoich dzieci?
    Inny przykład zmiany poglądów naszych myślicieli - dlaczego rząd wprowadził zwolnienia podatkowe (remont, pomoce naukowe itp.) powołując się na kapitalistyczne kraje tuż po upadku komuny? Chciał nas skokietować i przekonać do nowego systemu? Zobaczcie, będzie u nas, jak na Zachodzie, a zatem polepszy się! A po latach stwierdzono, że zbytnio kombinujemy przy pitowych rozliczeniach, a ponadto budżet jakby pusty (zapomniano o nadprodukcji urzędników). I co - aby zmniejszyć pokusę popełnienia wykroczeń skarbowych oraz zachowanie coraz liczniejszej rzeszy urzędniczej kasty, wyeliminowano ulgi podatkowe. Obiektywnie to i racja - im mniej faktur i liczenia, tym mniej "prawdopodobnych, ale naciąganych" tytułów do uszczupleń podatkowych, ale ile mogłyby uczynić lepszego dla Ojczyzny te tysiące zbędnych urzędniczych działaczy szczebli wszelakich?
    Autor pyta - Skoro pomysł walki z lichwą jest tak dobry, to dlaczego krytykuje ją większość znanych mi ekonomistów, rząd i NBP? Autorzy ustawy maja jasną odpowiedź: bo wszystkich krytyków przekupiło albo zmusiło do kłamania "lichwiarskie lobby". Ja mam odpowiedź inną, równie prostą: bo mimo szczytnych intencji ustawa jest prawnym bublem.
    A ja mam jeszcze inną odpowiedź - powyższą opinię dają ludzie zamożni, którzy nie mają zwykłych problemów w codziennych zmaganiach z wyborem pomiędzy najtańszymi wiktuałami. Większość tych ekonomistów otrzymuje wynagrodzenia z naszych podatków (także koszty ekspertyz zlecanych im przez firmy to niby z czego są opłacane?) w wysokości bajońskiej i całkowicie niezasłużonej. I żeby jeszcze dbali o interesy tych podatników, zwłaszcza uboższych. U schyłku komuny mieliśmy ministra od chrupiących bułeczek - podobno wyjechał do skrajnie burżuazyjnego państwa. Przed wojną mieliśmy ministra, który pięknie (do łez) mówił o najcenniejszej cnocie - o honorze, co u większości Polaków podniosło patriotyczne nastroje (i więcej Ich zginęło niż w innych broniących się krajach, bo tam nie było takich mówców), zaś ministrowi nie było dane wykazać się w boju. Krótko pisząc - dzisiejsi doradcy wezmą kasę i nie będą odpowiadać za skutki społeczne swych decyzji. Oczywiście, powie ktoś - tacy amatorscy pisarze, jak niżej podpisany, również niczym nie ryzykują. Otóż to! Jeśli mamy dwa rozbieżne zdania, to powinniśmy kierować się moralnością. Zatem - z jednej strony mamy liberalny stosunek do lichwy i narkotyków, z drugiej - naganny. Wypowiadać się powinni raczej etycy, czyli osoby zajmujące się moralną istotą ludzkości, niż ekonomiści, czyli spece od finansów. Ludzie często są jak dzieci - grają w trzy kostki licząc na wygraną; po przegranej składają donos na cwaniaków i żądają ich ścigania. A przecież nikt ich nie zmuszał do obstawiania. Podobnie jest z narkotykami i lichwą - nikt nas nie zmusza, wychwalamy naszą mocną wolę, do czasu, kiedy wpadniemy w sidła. I wówczas żałujemy, że państwo za nas nie decydowało, nie zabroniło, a kombinatorów nie osaczyło...
    A jak powinno wyglądać oprocentowanie lokat i pożyczek? Powinno być możliwie uczciwe. Oczywiście, powie ktoś - uczciwość i kapitalizm? Czy to możliwe? Podstawową stopą powinna być stopa inflacji, obliczana  i podawana przez niezależną instytucję na bieżąco, czyli codziennie; podobnie jak kursy walutowe. Kwoty odsetek byłyby naliczane komputerowo, co nie powinno nastręczać zbytnich trudności w obliczaniu nawet codziennych należności. Ale powiedzmy, że stopa inflacji byłaby ogłaszana rano w każdy poniedziałek, zatem kwoty byłyby naliczane co tydzień. Każdy posiadacz kapitału składanego w banku otrzymywałby odsetki lokacyjne podwyższone o kilka punktów procentowych ponad stopę inflacji (im dłuższy okres lokaty i/albo im większa kwota pożyczki, tym wyższe oprocentowanie). Każdy występujący o pożyczkę, otrzymywałby ją (po spełnieniu zwyczajowych wymagań), uiszczając odsetki podwyższone o kilka punktów procentowych ponad odsetki lokacyjne (im dłuższy okres pożyczki i/albo im większa kwota pożyczki, tym niższe oprocentowanie). Już z tego rozważania widać, że najmniejsze różnice pomiędzy odsetkami lokacyjnymi a pożyczkowymi, byłyby dla wyższych kwot i/albo dla dłuższych okresów zawieranych umów. Ponadto, aby zapewnić opłacalność prowadzenia kont z kwotami niewielkimi na krótkie okresy (tak dla lokat, jak i pożyczek), banki mogłyby pobierać stałe kwoty manipulacyjne za każdorazową operację, co zniechęcałoby do lokowania niewielkich kwot i/albo na krótkie okresy (już teraz zresztą ustalane są minimalne kwoty wpłat). Owe opłaty nie wchodziłyby do oceny "poziomu lichwiarstwa". Każda transakcja wypłaty odsetek od lokat byłaby opodatkowana. Również od każdej transakcji bank opłacałby również podatek dochodowy. W obu przypadkach, dochodem byłaby różnica pomiędzy kwotą końcową a początkową. W obu przypadkach należałoby rozważyć uwzględnienie kosztów prowadzenia rozpatrywanego rachunku.
    Umawianie się "z góry" na stałe odsetki tak lokacyjne, jak pożyczkowe, jest matematycznie niesprawiedliwe - jedna ze stron może odnieść nieuzasadnione nadzwyczajne zyski albo ponieść niespodziewane straty, co w społeczeństwie dążącym do osiągnięcia poziomu możliwie powszechnej przyjazności (szczęśliwości?), byłoby ze wszech miar niepożądane.
    Obecnie najuczciwsze transakcje są zawierane pomiędzy osobami prywatnymi (rodzina, znajomi) - pożyczkobiorca umawia się z pożyczkodawcą, ustalając odsetki w wysokości wyższej od bankowej lokaty oraz niższej od bankowej pożyczki. Oczywiście, w świetle obecnych (tradycyjnie rozumianych przepisów), osoby pożyczające powinny zapłacić mało sympatyczny podatek (powszechnie ignorowany), ale po wypowiedzeniu wojny lichwiarzom, można byłoby nie płacić go w ramach obywatelskiego nieposłuszeństwa. Albo powołać się na interpretację omawianego kandydata na prezydenta RP - przekazane pieniądze na nieautonomiczne cele, nie są pożyczką...
    Największym moralnym i ekonomicznym złem jest pazerność właścicieli banków, którzy ustalają bodaj kilkukrotne przewyższenie odsetek pożyczkowych ponad lokacyjnymi, co powoduje rozkład gospodarki. Posiadacz znacznej kwoty powinien założyć bank, ponieważ produkcja bodaj żadnego towaru czy usługi nie da mu większego zysku. Bankierzy tłumaczą się znacznym ryzykiem transakcji, kosztami prowadzenia banku oraz wszelakimi trudnościami, co nie przeszkadza im pobierać bajońskich apanaży. Banki powinny być przeciętnie dochodowymi firmami, które dawałyby Polakom poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Wówczas będziemy mieli Państwo oparte na finansowej moralności, w przeciwnym przypadku rodacy będą uważać się za obywateli oszukiwanych przez bankierów, czyli zalegalizowanych kombinatorów, zaś w konfliktowej sytuacji, choćby teraz, podczas rozpatrywania kwestii lichwy, nie mogą liczyć ani na głowę Państwa, ani na tzw. wybitnych ekonomistów. Niech taki mądry profesor weźmie kredyt na niepromocyjnych warunkach, założy firmę godnie płacącą pracownikom oraz dającą konkretne towary i usługi (ale nie jakieś tam pośrednictwo mieszkaniowe, handlowe; nie ekonomiczne i prawne doradztwo), to zmienię zdanie o takich mądralach. Wyalienowali się ze społeczeństwa, wykonują ekspertyzy na rzecz firm obliczonych na maksymalny zysk przy wykorzystaniu luk prawnych, które często powstały z powodu ich przebiegłości lub nieudolności. Jest to klasa nierobów, która pasożytuje na pozostałej reszcie zdrowego społeczeństwa, nic konkretnego nie dając, jeśli nie liczyć kosztownych rad, które pogrążają nas w coraz większym rozwarstwieniu - z każdym dniem mamy coraz więcej cwanych dorobkiewiczów i coraz więcej (relatywnie) uboższych pracowników. W kraju najlepiej mają się doradcy i bankierzy tudzież pośrednicy oraz prezesi monopolistycznych firm. Z pospólstwa najlepiej mają rodacy, którzy wyjeżdżają za granicę pomnażając bogactwo tamtejszego społeczeństwa (a siebie przy okazji!). Czas pomyśleć o zmianach opartych na zwykłej przyzwoitości. Lichwa zawsze była złem, zaś jej obrona prowadzi do załamania się ekonomii najbiedniejszych obywateli, a ponadto - sposób jej uzasadnienia będzie argumentem do legalizacji innych zeł*.

    * - słowniki mają zwykle odmianę dobro, a "zapomniały" o haśle zło, zaś Onet/Potral wiedzy/odmiana wyrazów pokusił się o pełną odmianę i podał... (zło zła złu złem źle zł złom złami złach; stąd tytuł) zamiast zeł; może istotnie, dzięki temu my, Polacy, powinniśmy mówić jedynie o dobrach, a nie o złach, choćby z powodu słownikowych braków; może Onet ocenił, że skrót naszej narodowej waluty jest homonimem wszelakich polskich zł?

    Pętla niemocy a 25-lecie 'Solidarności' - Chwila dla Ciebie (4 sierpnia 2005)
    Konieczny jest przeszczep szpiku - powiedział doktor. - Im szybciej, tym lepiej. Ale poszukiwanie odpowiedniego dawcy może potrwać. Poza tym kolejka oczekujących na zabieg jest długa. - A czy nie można jakoś przyspieszyć przeszczepu, kiedy już znajdzie się dawca? - Jest taka szansa, ale to będzie kosztowało. - Ile? - Około 40 tysięcy złotych.
    Rodzice nie mogli pomóc, za stary samochód dostaliśmy 10 tys. zł. W końcu otrzymaliśmy szybki kredyt od firmy niewymagającej żyrantów - aż na 50%. Na szczęście szybko znaleziono dawcę szpiku. Zrobiono przeszczep. Dzięki Bogu, przyjął się.
    Jednak lichwiarskie firmy domagały się spłat wraz z odsetkami. Postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce. Kupiłam telefon komórkowy i zostałam "dziewczyną na telefon".
    Trudno powiedzieć, czy symbol Solidarności miał na myśli wszelakie prace ręczne, kiedy zachęcał nas, po obaleniu komuny, do brania spraw we własne ręce. Po kilkunastu latach transformacji, odeszliśmy na tyle od pięknych ideałów Sierpnia 1980, że dla wielu rodaków obchody będą gorzką refleksją - jakże mogłaby piękniej wyglądać nasza Ojczyzna, gdyby nie popełniono kilku zasadniczych błędów.
    Setki tysięcy energicznych Polaków wyjechało do bogatszych krajów pomnażając tam i tak wysoki standard życia tamtejszym obywatelom, przy okazji wybierając wy/godniejsze (?) życie za uczciwą pracę. Wielu z nich wykonuje tam prace nieodpowiadające ich ambicjom, często z powodu nieznajomości języka, nadmiaru rąk do pracy w danym fachu, kłopotów rodzinnych albo bezrobocia w Polsce. Padają ofiarą oszustów i wyzyskiwaczy wszelakiego autoramentu, często rodem nie tyle z piekła, co z... Polski.
    Tysiące działaczy, którzy będą stać w pierwszym szeregu, przyjmując delegacje z całego wolnego świata i gratulacje od nich, a wielu także - honory i odznaczenia, dawno odeszło od kłopotów dnia codziennego. Nie rozumieją zwykłych ludzi, którym wywalczyli paszporty do ręki i wymienialną walutę za świadczoną pracę.
    Niezamożne państwo, lekceważone na międzynarodowym forum, o skłóconych przedstawicielach rządu, Sejmu i Senatu, upada moralnie w dziedzinie pracy, płacy, nauki, służb mundurowych, biznesu zwłaszcza paliwowo-energetycznego i służby zdrowia.
    Jakie stanowisko finansowe i moralne może zająć Państwo i Kościół w omawianej sprawie? Czy jest jakaś rozsądna wskazówka? Czy lepiej nie zajmować się takimi delikatnymi a wstydliwymi przypadkami? Kto odpowiada za taki trudny wybór? Los, bo wskazał i skazał na chorobę dziecko z niezamożnej rodziny? Państwo, bo nie potrafi uporać się z finansami służby zdrowia? Rodzice, bo są mało zaradni i nie potrafią lepiej zarabiać albo okraść bliźnich? Wynalazcy, bo powymyślali kosztowne techniki ratowania życia ludzkiego i wykańczają biedniejsze społeczeństwa identyczną metodą, zastosowaną przez Amerykanów w zbrojeniowym wyścigu z Krajem Rad?
    Trzy patologie toczące polskie społeczeństwo - nieuczciwie zorganizowana a przeurzędniczona służba zdrowia, lichwiarskie pożyczki udzielane przez niekontrolowany sektor i prostytucja (tu jako wyraz walki ze ślepym losem, niemocą ekonomiczno-lekarskich dyskutantów i bankierów zbijających kokosy na ludzkim nieszczęściu). Jeśli wzruszaliśmy się za młodu czytając lektury pozytywistów ukazujących w swych nowelach życie wyzyskiwanych i upadlanych ludzi w XIX wieku, to dlaczego coraz mniej wykazujemy współczucia wobec dzisiejszych dramatów? Czy ludzkie nieszczęścia aż tak bardzo zmieniły się w ciągu ostatnich niemal dwustu lat?

    Niezadowalające pierdoły - TVN24 (7 sierpnia 2005)
    Marynarze są wyraźnie zmęczeni, ale sądząc po oznakach zewnętrznych, ich stan "jest zadawalający". Nie wiadomo, czy Rosjanin powiedział coś nie tak, czy tłumacz niewłaściwie przełożył, ale słowniki podają formę zadowalający. Chyba że korzystał z nieocenionej pomocy internetu (Onet/Potral wiedzy/odmiana wyrazów), gdzie istotnie jest podana cała błędna odmiana z A (obok poprawnej z... O).
    Warmińsko-mazurskie: mieszkańcy Biskupca wybierają burmistrza. Klawiszowiec zasugerował się małoliterową zasadą pisania nazw województw. Gdyby nie owa dziwna zasada, która powinna być możliwie niezwłocznie zmieniona (czyż nie ładniej Morze Południowochińskie?), to nie popełniłby błędu. Owszem, póki co piszemy (niestety) - województwo warmińsko-mazurskie, woj. pomorskie, ale krócej - Warmińsko-Mazurskie, Pomorskie (i dość oryginalnie - w Warmińsko-Mazurskiem i w Pomorskiem).
    A przed południem, podczas wizyty redaktora w pewnym urzędzie, zirytowany petent wyraził swe niezadowolenie - Załatwiając jedną małą pierdołę, należy przychodzić parę razy do urzędu. Słowniki  mają wyraz pierdoła zwykle w znaczeniu niedołęga, choć istotnie, inne poradniki podają także w znaczeniu bzdura (inaczej również pierdołki/pierdółki; ciekawe, że nie podają liczby pojedynczej, choć jest stosowana przez rodaków). Człowiek ma prawo się wkurzyć, nawet zboczyć w kierunku przymiotnika lub czasownika (bazując na owej pierdole), ale ktoś jeszcze decyduje o emisji materiału do narodu... Redaktorzy! Trzymajcie fason, choć w niedzielę i w południe!

    Kopanie padłego Orła - Onet (11 sierpnia 2005)
    Policja ustaliła rysopis młodego mężczyzny, który w czwartek dokonał napadu na oddział jednego z banków w Krakowie - poinformowała wieczorem PAP Katarzyna Padło z zespołu prasowego małopolskiej policji. Poszukiwany mężczyzna ma ok. 185 cm wzrostu, 28-30 lat, szczupłą sylwetkę, krótkie, ciemnyblond włosy. Z nieoficjalnych informacji wynika, że łupem napastnika mogło paść ok. 20 tys. zł.
    Prawdopodobnie zastanawiano się, kto ma poinformować media i losowo padło na panią Kasię Padło. Łupem mogło paść (i pewnie padło) sporo grosza (choć przecież nie majątek). Ile strzałów padło podczas akcji? Ani jeden strzał oraz ani jeden (na całe szczęście) klient. Jednak na redaktora zapewne napadło kilku językowych ortodoksów, bowiem powinien napisać ciemnoblond włosy.
    Dwa dni później - Łódzki sąd aresztował na trzy miesiące syna byłego premiera z czasów PRL Andrzeja J. "Prokuratura wnioskowała o areszt ze względu na wysoką karę i obawę matactwa" - powiedział rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania.
    Może dość tego kopania szlachetnie rodzonych ziomków? Facet miał trudne dzieciństwo oraz młodość, zatem więcej wyrozumiałości. A tu, nie dość, że szukają chłopca do bicia, to jeszcze i do kopania.
    Polska jest chyba jedynym aż tak wyrozumiałym państwem na świecie - informacje z mniej albo bardziej normalnych krajów zawierają pełne dane osób podejrzanych (wystarczy przejrzeć notki nt. znęcania się nad irackimi więźniami oraz pedofilii w Belgii oraz dziesiątki innych sensacyjnych wieści). Ale u nas mamy Rzecznika Praw Obywatelskich, ochronę danych (jednak nie ofiar; wręcz przeciwnie!) oraz setki nieruchawych sądów. Ich wyrozumiałość nie wynika z ludzkiego podejścia do przestępców. Mają zbyt wiele roboty, zaś po ujawnieniu danych, zleciałoby się tysiące dodatkowych świadków, co zablokowałoby szalkową wagę polskiej Temidy na całe pokolenie.
    Po to mamy media, aby informowały obywateli, że Iksiński najprawdopodobniej popełnił przestępstwo, co znakomicie zmniejszyłoby liczbę naruszeń prawa (przecież wzrośnie ich wykrywalność oraz czas odosobnienia cwaniaków). A jeśli ktoś zostanie fałszywie oskarżony to otrzyma stosowne odszkodowanie.
    Więcej - u nas mamy przygłupawe sądy, które częstokroć nie pozwalają na ujawnienie danych przestępców nawet po uprawomocnieniu się wyroków! Tak już naszym sędziom padło na głowy, że nawet spora doza kopania ich po dolnych plecach nic im nie pomoże. Czyżby Orzeł z Koroną nie zobowiązywał do solidnej pracy na rzecz Społeczeństwa? Chyba nie jest to zwykłe odlane metalowe ptaszysko? Co dało 25 lat Solidarności w prawniczej branży?

    Miał mieć - TVN24 (14 sierpnia 2005)
    Słynny już pasek u dołu ekranu - Nie wiadomo o której delegacja polskiego rządu wróci do kraju (samolotem z Afganistanu). No cóż, jednak pewien fason powinien obowiązywać w poważnych relacjach, wszak nie piszemy - nie wiadomo, z którą ożeni się lubiany aktor; jednak wypada dodać godzinie (w pierwszym przypadku) i wybranką (w drugim).
    Według relacji wojskowego lotnika F-16, który eksortował... W Atenach miał mieć międzylądowanie. Parogodzinna literówka mogła być irytująca, zaś określenie lotnika zbędne (jeśli ktoś nie wie, co to jest F-16, to raczej przymiotnik powinien być przed owym symbolem). Podwójne mienie, podobnie jak chodzenie (poszli się przejść), nie jest wysokiego lotu (choć nie jest jeszcze katastrofą językową).
    Dwa dni później poinformowano, że we wspomnianym rządowym samolocie wymieniono opony, które uległy awarii. Opony rozdarły się o wystające kątowniki, zatem nie uległy awarii, lecz zostały zniszczone. Wybita szyba w oknie również nie ulega awarii, lecz zniszczeniu. Podobnie jak dwa samoloty w ostatnich dniach nie uległy ani awarii, ani kolizji (bo i tak pisuje się o podobnych tragicznych wydarzeniach!), ale uległy katastrofom!

    Bez honoru - Onet (26 sierpnia 2005)
    Zwycięstwo 'Reds' zapewnił rezerwowy Djibril Cisse, który wszedł na boisko w 79 min. i trzy minuty później zdobył ręką po podaniu Luisa Garcii wyrównującą bramkę dla triumfatorów Ligi Mistrzów, doprowadzając do dogrywki.
    Akurat transmitowano koncert Jarre'a. Wzruszający i nawiązujący do historii. Ciekawe, jak Jarre uczył się we francuskich szkołach nazwy naszego pięknego miasta a symbolu "Solidarności" - Gdańsk, Gdansk czy Danzig. Jeśli coś w rodzaju ostatniego słowa, to z pewnością musiano go cierpliwie pouczać o właściwym nazewnictwie, bowiem gdyby wyrwało mu się jednak Danzig... Ale na całe szczęście nie wyrwało się. Co innego, gdyby to niemiecka Erika urodzona w podbitej (przez jej tatusia) Rumi, chciała zbudować muzeum wypędzonym ziomkom z Danzigu i w Danzigu. Musielibyśmy przełknąć tę żabę - zresztą nikt tym by się specjalnie nie przejął, ponieważ niemal wszyscy Niemcy tak mówią myśląc o naszym Gdańsku. I mają prawo, a może nawet (niemiecki) obowiązek (podobnie jak my w stosunku do utraconych wschodnich miast). Jednak niemiecki polityk odwiedzający to polskie miasto - jestem przekonany - w przemówieniach do Gdańszczan (wbrew słownikom, nazwy mieszkańców miast i wsi pisuję od wielkiej litery) starałby się w wymowie zbliżyć do naszej nazwy. W przypadku ewentualnej wizyty Benedykta XVI w słowiańskim grodzie, jestem przekonany, że papież z rozbrajającym uśmiechem, starałby się wymówić trudniejszą dla niego nazwę, a milszą naszym uszom.
    Zatem gdyby w takim dniu słynnemu kompozytorowi wyrwało się Danzig, to cały patriotyczny nastrój prysłby jak mydlana bańka.
    Na moment przełączyłem na mecz - nawet nie wiedziałem kto gra i o co. Akurat padło wyrównanie w meczu drużyn z Liverpoolu i Moskwy. W powtórce jednak było widać wyraźną rękę. Niestety, piękna idea sportu została ośmieszona i to przez... technikę. Gdyby nie wideo, to nikomu by nie przyszło do głowy kwestionować zdobytego właśnie gola - nawet bramkarz i obrońca (byli parę metrów od zdarzenia) nie sygnalizowali spotkania piłki z ręką, a przecież w takich sytuacjach gestykuluje się często "na wszelki wypadek".
    Gwoli ścisłości - gol nie został zdobyty ręką (jak pisze Onet), ale po odbiciu od niej. Dziwne było zachowanie naszych komentatorów - początkowo (ale już po wideopowtórce, podczas której wyraźnie widać było niesportowe zagranie!) stwierdzili, że ręka była nastrzelona niechcąco i sędziowie poprawnie ocenili sytuację. Dobrze, że choć z czasem zmienili zdanie, lecz jak tacy fachowcy mogli uznać, że gola można zdobyć po aż tak nieprzepisowym dotknięciu piłki ręką?! Odgwizdywano mniej wyraźne zagrania ręką, zatem sędziowie nie popełnili błędu interpretacji, ale po prostu... nie zauważyli niesportowej zagrywki. Ale przecież właśnie ten sędziowski błąd spowodował, że puchar otrzymała drużyna, której on się nie należał. I to jest spostrzeżenie natury ogólnej, nie tylko sportowej... Jak się poczuje sędzia i federacja, kiedy po obejrzeniu nagrania, pojmą, że nagrodę otrzymał niewłaściwy zespół? Czy jest to problem moralny sportowców, działaczy, sędziów i kibiców?
    Oczywiście, powie ktoś, że taki jest sport. Ale - z jednej strony patriotyczny nastrój podczas koncertu i podsumowanie 25 lat "Solidarności" i konstatacja, że nie o to walczyliśmy na ulicach Trójmiasta, bowiem prawo nie jest stosowane właściwie w stosunku do cwaniaków. I z drugiej strony - mecz i spostrzeżenie, że prawo sportowe również nie sprzyja uczciwości na boisku. O ileż bym przyjemniej wspominał dzisiejszą gdańską uroczystość, gdyby piłkarz podszedł do sędziego i wyjaśnił, że dotknął ręką piłki i poprosił o unieważnienie gola. Byłaby to rewolucja w sporcie omawiana latami. Piłkarz otrzymałby nagrodę "fair play" i trafiłby do kronik sportowych jako wzór człowieka uczciwego, choć pewnie wyleciałby z drużyny, która nie zdobyłaby pucharu. Uwierzyłbym nareszcie w (zamożnego) człowieka sportu, podobnie jak 25 lat temu uwierzyłem w (biednego) człowieka pracy. Niestety, uczciwość pozostaje niewiele wartym hasłem. Politycy przyznają się do błędu jedynie wówczas, jeśli niczym nie ryzykują. Czyli do małych pomyłek, które mają przekonać pospólstwo, że są podobni do niego, że mają pewne (nieistotne w rządzeniu?) słabostki, a to jest obliczone na... zdobycie kolejnych głosów. Być może ów piłkarz również przyznałby się do zagrania ręką, ale... podczas prowadzenia większą liczbą bramek, co przecież nie byłoby żadnym bohaterskim wyczynem.
    Do tej pory znane są przypadki oddania cennych przedmiotów, znalezionych przez nieznanych nikomu ludzi i okazuje się, że to... biedacy. Jednak ciągle czekamy na zamożnego a prawego polityka i sportowca. Im człowiek jest starszy, tym otrzymuje coraz więcej dowodów, że frajerstwo idzie w parze z biedą, podobnie jak cwaniactwo kojarzy się z bogactwem.
    Parę dni temu poinformowano, że polski pływak odrzucił ofertę katarskich bogaczy - miał zmienić obywatelstwo i zdobywać dla nich trofea. Nie zgodził się, choć proponowano bajońskie (jak na polskie relacje cenowe) pieniądze. Jednocześnie dowiedzieliśmy się, że słynny zachodni bolidowy wyścigowiec zapragnął podwyżki za swe sportowe usługi - zamiast 35 mln europów rocznie, życzy sobie 40 mln E. I pewnie dostanie. Wielu naszych rodaków podczas internetowych dyskusji uznało, że owszem - ma facet rację, że za dobrą pracę należy się godziwa płaca... Ciekawe, jak oceniają naszego pływaka? Pewnie mają go za frajera, a jeśli go jednak podziwiają, to głównie dlatego, że sami postąpiliby inaczej.
    Czy można budować uczciwy system prawny, kiedy podczas wielkich widowisk sportowych dochodzi do jawnego łamania uczciwych zasad przyzwoitej gry? Przecież kibice (młodzież, robotnicy, naukowcy) nie mogą traktować orzecznictwa sportowego z przymrużeniem oka, zaś poza sportem, w życiu codziennym - dokładnie przestrzegać prawa albo walczyć o jego zmianę w kierunku większej sprawiedliwości... Spotykany rozziew pomiędzy sportem a codziennością, jest demoralizujący i przypomina związek pomiędzy fikcją gier komputerowych a realnym światem, co niekiedy prowadzi do wielkich tragedii.

   Wyzysk proletariatu w Szwajcarii i w Polsce - Fakt (1 września 2005)
    Kontrola ujawniła, że sześciu robotników z Francji i Niemiec otrzymywało wynagrodzenie na poziomie francuskim, czyli o ponad połowę niższe od stawek wywalczonych w umowie zbiorowej przez szwajcarski związek zawodowy (ok. 8 E za godzinę zamiast 18).
    Budowali willę (pewnie kolejną) najlepszemu niemieckiemu mistrzowi kierownicy, który ostatnio zasłynął z żądania podniesienia swej gaży z 35 na 40 mln europów rocznie.
    Ciekawe - mieszkasz przy granicy i płacą ci za godzinę pracy 8 europów, przejeżdżasz rowerem do Szwajcarii i za taką samą robotę płacą ci ponad 2 razy tyle. To lepsze niż króliczki z kapelusza. A najciekawsze, że nie wynika to z doraźnych uzgodnień, ale z umowy zbiorowej - związki zawodowe alpejskiego kraju wywalczyły dla robotników lepsze płace, czyli okazały się lepsze od działaczy robotniczych PRL i RP razem wziętych (no i lepsze od francuskich i niemieckich socjalistów).
    U nas dyskutuje się nad zbyt wysokimi płacami minimalnymi - im wyższa taka płaca, tym większe bezrobocie, bowiem biznesmen niechętnie zatrudnia robotnika za np. 2 europy, skoro może za jednego europa. Trzymając się tej logiki, to prawdopodobnie w Szwajcarii nikt nic nie buduje, bo skoro ma płacić aż tak wiele... I tamtejsi bezrobotni górale zapewne wyjeżdżają do ościennych krajów za pracą, bowiem "dzięki" związkom windującym minimalne płace, nikt nie zatrudnia ich w krainie słynącej z banków i mlecznej czekolady.
    Ponieważ płace wliczane są do kosztów i wartości wytwarzanych dóbr materialnych, to dom, garaż, czy wiata budowane w Polsce, Francji i Szwajcarii mają różne wartości, a te wchodzą do PKB. I mamy częściowe wytłumaczenie, dlaczego w innych krajach obliczają (i mają!) znacznie wyższe PKB niż u nas - większa wywalczona płaca dla robotnika powoduje zwiększoną wartość budynku, zatem... wyższy PKB. Słowo "wywalczone" brzmi dość egzotycznie w Alpach, bowiem cały świat wie, że to polski robotnik (także pielęgniarka, nauczyciel, górnik i kolejarz) o coś zawsze walczył i walczy, a niewiele z tego wynika, zaś o walce robotnika o wyższe płace w Szwajcarii jakoś nikt w świecie nie słyszał, ale (o ironio losu!) tamtejszy proletariusz ma się doskonale... Czy słyszano o robotniczej klasie Szwajcarii albo o szwajcarskim proletariacie albo chłopstwie?
    A przy okazji - czym różni się robotnik w Szwajcarii od inżyniera w Polsce? Bo tam sporządza się umowy z robotnikami, które można oprotestować, jeśli dzieje się jakiś przekręt, zaś u nas inżynierowie zwykle nie podpisują żadnych umów (albo czynią to po wykonanej pracy) i często nie otrzymują żadnych pieniędzy za wykonaną pracę, ponieważ nieuczciwi zleceniodawcy dowodzą, że nie otrzymali należności od kontrahentów albo uznają, że skoro nie podpisano umowy... I dlatego gazety pisują o wyzysku (kilkanaście europów) robotnika w Alpach, a nie pisują o wyzysku inżyniera (kilka europów) nad Wisłą...

    Skwar późnego lata, Skwer w Gdyni i denne swary - Życie na gorąco (8 września 2005)
    Na gdyńskim Skwerze Kościuszki odbył się Wielki Finał Lata z Radiem. Niespodzianka dla mnie - jestem mieszkańcem Gdyni, ale dopiero z tej lektury dowiedziałem się o imprezie, na którą wielu przemierza dziesiątki kilometrów. I nieniespodzianka - stały błąd ortograficzny, wszak skwery, place, ulice nawet w nazwach pisujemy małoliterowo, co irytuje - jak widać - również dziennikarzy, którzy uczyli się języka polskiego, powinni pisać zgodnie z (często wyjaśnianymi) zasadami, ale słowniki mają w... Jeśli jednak ich pisownia wynika z obywatelskiego nieposłuszeństwa i świadomego lansowania nowego sposobu pisania podobnych nazw (popieram!), to chwała im za kawał dobrej roboty, jednak powinni ogłosić to światu z odkrytą przyłbicą - może słownikowi poloniści zmienią w końcu nielogiczną zasadę, ponieważ wielu z nich odwołuje się chętnie do ogólnych zwyczajów Narodu. Pewnym rozwiązaniem jest grawerowanie eleganckich mosiężnych tabliczek, umieszczanych na elewacjach budynków - SKWER KOŚCIUSZKI. I dostojnie, i poloniści mogą naskoczyć. Nazwy w atlasach również wyłamują się słownikowym okowom - zamiast województwo pomorskie, częściej widujemy WOJEWÓDZTWO POMORSKIE. Zapewne miliony telewidzów rzuca okiem na prognozę pogody w TVN Meteo. A tam na okrągło kwitnie (jak glony w jeziorach) błędna ortografia - nie tylko widujemy (na pasku u dołu ekranu) nazwy typu Jez. Żarnowieckie (co jest poprawne), ale rażą nazwy typu Jez. Mamry (z oczywistym błędem).
    Na sąsiedniej stronie napisano Na Placu Zbawiciela, ale nie popełniono błędu, ponieważ omówiono film pod tytułem... Plac Zbawiciela (pisownia Plac w tym przypadku jest oczywista).
    Stewardesa musi znać język angielski - Przyjaciółka (również 8 września 2005). Ciekawe, która ze stewardes potrafiłaby wyjaśnić zagadkę - dlaczego nieangielskie słowo stewardesa (po angielsku stewardess) czytamy z angielska? Może istnieje język niby-angielski? Sympatyczny steward (czytany steward jak polski Edward?) opisuje etycznie dwuznaczną historyjkę - Na pokład próbował upchnąć swój liczny bagaż pewien dżentelmen, ale ów dzielny pracownik Lufthansy chciał mu to uniemożliwić. Kiedy jednak okazało się, że jest to Ricky Martin, który za przysługę obiecał ponadto zaprosić załogę na koncert, rura obsłudze zmiękła (o rurze jeszcze będzie). Oczywiście, zmieściliśmy wszystkie jego walizy, a on dotrzymał słowa - wieczorem pod nasz hotel podjechała limuzyna i zabrała nas na ten koncert. Prawda, jakie to sympatyczne? Słynne osobistości są świadome swej wyższości ponad zwykłym ludem, zaś ów lud - choć zwykle przestrzega przepisów - czuje, że dla nadludzi można czynić wyjątki. I to nie na pokładzie polskiego samolotu, ale... niemieckiego. Sympatyczne opisy przypadków łamania ostrych przepisów mają ujemny wpływ na kształtowanie się poglądów na niewinne formy łapownictwa. Jeśli dodamy opowieści aktorek, które unikają płacenia mandatów serwując uśmiech wraz z autografem... Przeciętni czytelnicy między wierszami dowiadują się, że jednak można bezkarnie a interesownie odstępować od czynności służbowych. Jakże dziwnie zabrzmiała opowieść, że Polak budujący dom w USA, postanowił przekazać brygadzie budowlanej (w uznaniu za jej sumienność) pewną kwotę, jednak pracownicy odmówili, wyjawiając, że mają to zabronione kontraktem.
    Nazajutrz na pasku TVN24: Czesko-polsko-niemiecki gang przemycił do Polski 3,5 mln litrów spirytusu i Skarb Państwa stracił 264 mln zł. A jakiż to był trunek, skoro same podatki (cła?) oszacowano na ok. 80 zł za litr?
    Koszty, jakie poniesie budżet USA, przekroczą 100 mld dolarów (o spustoszeniu przez huragan Katrina). Ponieważ budżet to zestawienie przewidywanych albo aktualnych dochodów i wydatków, przeto lista nie może ponieść kosztów. Raczej skarb państwa albo społeczeństwo tudzież obywatele.
    Niemiecki kanclerz odrzucił zastrzeżenia prezydenta Kwaśniewskiego dot. rosyjsko-niemieckiego gazociągu przez Bałtyk. Jakie to proste - ktoś zgłasza pewne uwagi, a inny ktoś odrzuca je. Zapewne nie tylko większość Polaków jest oburzona kolejną historyczną umową naszych milusińskich sąsiadów ponad naszymi głowami, ale pewnie obywatele zainteresowanych krajów ościennych przynają nam rację w głębi duszy, choć oficjalnie popierają swych przywódców. Jak to punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia... Zawsze dzieje się coś ciekawego nad Bałtykiem - a to ongiś zgłaszano pretensje do korytarza, potem do zaskorupiałych związków zawodowych, a teraz do... rury. Gdybym był Rosjaninem, to pewnie także chciałbym pograć na nosie nieznośnym nadwiślańskim braciom a Słowianom, jednak należy dziwić się Niemcom, którzy wespół z nami tworzą UE i powinni być lojalni wobec wszystkich państw Unii. Cóż pomyślelibyśmy o sąsiedzie, który kierując się chęcią zysku, uruchomiłby taśmociąg ponad naszym ogrodem, aby transportować dorodne jabłuszka z sadu innego naszego sąsiada, który nie kryłby się z niechęcią wobec nas? I to po wystawnym przyjęciu z grylem, wódką i zapewnieniami, że stworzymy wielką spółdzielnię dbającą przede wszystkim o nasze wspólne interesy? A co na to Brukselka, która czepia się, jakże wątłej naszej obniżki akcyzy na paliwa (o kilkanaście groszy!), a nie zauważa, że kontrakt na rurę został podpisany niezgodnie z ideą współpracy wewnątrzunijnej i pewnie wbrew konstytucji UE? Inne państwa Unii zachowują się według znanego przedwojennego monachijskiego scenariusza - polityka strusia. Ale numer wycięłaby Norwegia, gdyby wcześniej położyła gazociąg do Polski - podobno nie mogą krzyżować się dwie denne (dwojga znaczeń) magistrale...

    Bojaźliwi redaktorzy - Fakt (15 września 2005)
    Odważna zazwyczaj gazeta (choćby krytyka Kalwasa - Ministrem sprawiedliwości był Pan [cóż za wyszukana elegancja] beznadziejnym) jednak tchórzliwie podaje informację o spektakularnej ucieczce rodaka.
    Krzysztof N. zadarł z prawem w 1988 r. Jadąc po pijaku spowodował śmiertelny wypadek. Sąd skazał go na 3,5 roku więzienia w zawieszeniu [już dawniej Temida miała coś z głową i ferowała śmieszne wyroki...]. Rok później za rozbój dostał 2,5 roku i w ten sposób uzbierało się 6 lat. Miał stawić się w więzieniu, by je odsiedzieć, ale zniknął [no tak, zawiadomili go pewnie, że pościel zmieniono a celę wywietrzono, zaproszono na dłuższą wizytę, ale gościu i tak olał polską (więzienną) gościnność...]. Wpadł w poniedziałek na lotnisku, gdy szykował się do odlotu do Dortmundu. Zamiast wrócić do rodziny, miał trafić do aresztu, ale brakowało klauzuli wykonalności  wyroku. W czasie oczekiwania na dokument...
    Co tu jeszcze dodać? Kiedy urzędnicy wystawiali klauzulę, zapewne zgodną z ISO i pod egidą unijnych praw człowieka, facet wyrwał się policjantowi, pobił go i uciekł w sinawą dal. To tyle o nieudolności policji w aspekcie groteski owej egidy.
    Jednak czepiam się dziennikarzy omawianej gazety. Otóż oni okazują się równie naiwni, a do tego głupawo przestrzegają prawa, nazbyt ostrożnie, bowiem zamieścili zdjęcie z opaską na oczach oraz parokrotnie wymienili dane przestępcy, ale jako... Krzysztofa N. Z jednej strony śmieją się z okpionej policji, z drugiej - przyznają, że facet ścigany jest listem gończym, zatem dlaczego sami czynią możliwie wszystko, aby utrudnić ujęcie zbiega. Gazety mogłyby pełnić rolę afiszów, które kiedyś rozwieszano (zwłaszcza na Dzikim Zachodzie), aby sprawniej oczyszczać społeczeństwo z mętów wszelakich. Nie były wówczas nagłaśniane prawa człowieka i wymyślne sposoby ochrony danych osobowych, zatem na afiszach ukazywano poszukiwane facjaty w pełnych krasach (na ile poligraficzna technika pozwalała...) i cokolwiek jednak były one podpisywane pełnymi nazwiskami. Niestety, nasi redaktorzy tak się boją polskich sądów, które skazałyby zbyt odważnych poszukiwaczy uciekinierów (za ujawnienie danych osób poszukiwanych?!), że nie mają zamiaru ryzykować kilkusetzłotowych grzywien ani kilkudniowych odsiadek w zawieszeniu. I marnują papier oraz farbę - zdjęcia i podpisy są niekompletne, bowiem zamazane, zatem nie spełniają oczekiwanej roli listów gończych, znanych nam z filmów o prawych kowbojach w lewych wczesnokapitalistycznych czasach.
    Co ciekawe - gdyby gazeta miała dziwny kaprys podania pełnych danych, ale dzień przed ujęciem przestępcy, to... mogłaby to uczynić, bowiem nasze chore polskie prawo nie zezwala dekonspirować ujętych osób (tak twierdzą media), ponieważ taką mamy interpretację ochrony ich godności. No, ale tutaj jednak polscy gryzipiórcy całkowicie się sfrajerowali - opisali faceta, który jednak ponownie uciekł, zatem cóż stało na przeszkodzie zdjęcia ocznej opaski ze zdjęcia?
    Ostatnio śmiesznie było z Wachowskim (w sprawie niejawności danych) - telestacje całkowicie się pogubiły. A to podawano nazwisko a na pasku u dołu ekranu były jedynie inicjały albo odwrotnie; także pewne media podawały pełne dane, inne niepełne, a nawet - te same stacje przekazywały owe wieści dwoma wspomnianymi sposobami. Śmiechy na małym ekranie. Zresztą pojawiają się równie często jak długie weekendy - co parę miesięcy cała Polska śmieje się z redaktorów odczytujących inicjały osób powszechnie znanych. I co - czy Wachowski (tudzież inna sława) wytoczył komukolwiek proces o ujawnienie wysoce szlachetnych danych osobowych?
    Od dziecka wpaja się nam, Polakom, że jesteśmy dzielnym narodem, ale gdyby ktoś nieznający naszej historii miał nas oceniać po dziennikarskiej odwadze w mediach...
    Czy Temida jest łaskawa tylko wobec zmotoryzowanych pijaków? Nie, nieopodal czytamy notatkę Lekarki pomagały bandytom. Parę lat w zawieszeniu otrzymały panie wykonujące zawód szczególnego zaufania - w zamian za łapówki chętnie wymyślały przestępcom różne choroby, aby ci unikali kar więzienia. Wysłano kolejny sygnał do inteligentnej warstwy społeczeństwa - bierz w łapę i nie przejmuj się karami, które są jawną zachętą do popełniania podobnych przestępstw przez zachłanne elity. Porażający jest brak kontroli - przecież choć jedna wyrywkowa kontrola ujawniłaby proceder i znacznie wcześniej przerwałaby smutne pasmo pobierania gratyfikacji od półświatka przez (pracującą) inteligencję. Przy okazji - podwójny moralny upadek, bowiem lekarz współpracujący z przestępcą, to ponadto klasowe upokorzenie, chyba że w wielu przypadkach przestępcy prezentują już wyższą klasę niż lekarze, ale to już kolejny powód do mocniejszego przeżywania owej degrengolady... Zawieszenia wykonalności kary nie odstraszają, wręcz przeciwnie. A może decydują także czynniki humanitarno-ekonomiczne? Czyżby należało zamknąć z tego powodu niemal wszystkich sędziów, celników, lekarzy, instruktorów, kontrolerów? Ile by to kosztowało? Nareszcie by solidnie drgnęło w budownictwie. Szkoda, że w... więziennym.
    Nawet 10 lat więzienia grozi naczelnikowi urzędu skarbowego, który podejrzany jest o branie kolosalnych łapówek (rzędu 2,5 mln zł) w zamian za odraczanie podatków za handel paliwem. O, tutaj warto było załatwiać podejrzane sprawy za takie pieniądze. Frajerami są policjanci, którzy odstępując od czynności służbowych przy dyskretnie uchylonej kieszeni, tracą pracę i grożą im podobne wyroki (ale za pobór 50 zł!). Podobne wyroki powinni otrzymać przełożeni naczelnika, którym nie chciało się kontrolować podległych pracowników. Ale ilu podatników miało kłopoty za kilkudziesięciozłotowe pomyłki graniczące z zarzutami malwersacji? Pamiętamy również o pewnej nauczycielce, która pomyliła numer ewidencyjny w zeznaniu podatkowym - grożono jej kilkoma pensjami grzywny. Jednakże wobec naczelników skarbowych i kandydatów na prezydentów, wykazujemy sporą dozę wyrozumiałości.

    Mięśniak kontra pedały - Angora (18 września 2005)
    Wiatr zerwał dach budynku, którego drewniana konstrukcja tak namokła, że zawaliła się pod własnym ciężarem.
Brak w tym logiki - albo wiatr zerwał ten dach, albo zawalił się pod ciężarem. I to nie pod własnym, ale z wodą, która weń wniknęła. Pewnie błąd tłumaczenia artykułu z prasy światowej.
    Po tajfunie Nabi znaleziono martwą Japonkę. Kobieta najprawdopodobniej wypadła z pokładu statku, który dobijając do portu, targany był silnymi podmuchami wiatru. Najpierw poinformowano, że śmierć nastąpiła wskutek tajfunu, później jednak stwierdzono, że kobieta wypadła ze statku przypadkowo.
    Jeśli usłyszymy, że podczas zsyłki Polaków na Sybir tysiące naszych rodaków zmarło w chorobie albo z zimna (bo nie mieli ciepłej odzieży), to także wytłumaczmy sobie "po japońsku" - oni zginęli przypadkowo, wszak byli w podróży... Porażająca logika! Aby obniżyć straty?
    Wstrzymano setki lotów, pociągi i przeprawy promowe, zablokowano autostrady, a setki podróżujących zostało uziemionych.
    To ostatnie słowo jest przekładem z japońskiego na polski poprzez angielski? Jeśli nawiązuje do samolotów, to powinno być zastosowane zaraz po wątku lotniczym; jednak w tej konfiguracji trąca młodzieżową mową, a to (wobec tragedii) nie jest na miejscu. Raczej (skoro wstrzymano setki lotów) - pociągów i przepraw promowych. Setki unieruchomionych pasażerów zrobiłyby wrażenie w Lichtensztajnie/Lichtensztynie (tak powinno być po polsku, skoro już niemal wszystkie europejskie nazwy państw zostały spolszczone), ale w Japonii? Chyba że uziemienie oznacza zasypanie obsuwającą się ziemią (w co jednak wątpię).
    Gdy tajfun przesunął się na północ od Noto Peninsula na Morze Japońskie... Raczej półwysep Noto, skoro jednak nie Japan Sea. Chyba że zagraniczne gazety wymieniają nasz uroczy Półwysep Helski (w ten właśnie polski sposób)...
    W nonszalancko prowadzonym Przeglądzie tygodnia czytamy - Mięśniak wygrał z gejami. Gubernator Kalifornii zawetował ustawę zezwalającą na zawieranie małżeństw przez osoby tej samej płci. Powołał się na plebiscyt, w którym mieszkańcy stanu zdecydowali, że "małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety".
    Redaktor nazwał słynnego aktora mięśniakiem, choć on go pewnie nie nazwał pismakiem. Nie starczyło mu odwagi na zamianę wyrazu gej na pedał, bowiem czytelnicy lubią ostrych dziennikarzy, którzy żartują z polityków albo ich znieważają, natomiast owa zamiana zalatuje dyskryminacją, na którą szczególnie uczuleni są konstytucyjni prawnicy. Z mięśniaka można się pośmiać, ale za pedała można mieć sprawę... Przy okazji - słownik angielsko-polski (i odwrotnie) Onetu ma angielskie słowo gay (m.in. radosny, rozwiązły, homoseksualista; czyżby w angielskojęzycznym świecie dostrzeżono jakieś podobieństwa pomiędzy tymi znaczeniami?), natomiast nie ma polskiego słowa gej (cudze chwalicie, swego nie znacie). Może będziemy mawiać gejowe na radosne wydarzenia w naszym kolorowym, wesołym i nieco rozwiązłym życiu? Ale gejowo było na prywatce... Czy filozofom śniło się kiedyś, że na styku tysiącleci gawiedź będzie roztrząsać w plebiscycie definicję małżeństwa? Pewnie najznakomitsi uczeni pederaści starożytnej Grecji zdawali sobie sprawę, że są odmieńcami, może paru z nich było z tego lekko zadowolonych (jednak nie ich rodziny), ale z pewnością żaden z nich nie podważał znaczenia małżeństwo...
    24 września TVN24 informuje - Tysiące Meksykanów ucieka z Texasu do północnych stanów Meksyku przed huraganem Rita. Niektóre słowniki podają Meksykan. Nie sprecyzowano - czy nielegalni przybysze wracają do ojczyzny, czy to obywatele USA pochodzenia meksykańskiego. Pewnie nie ma to wielkiego znaczenia, ale gdyby dziesiątki Polaków wyjeżdżało ze Stanów do Polski, to takie pytanie byłoby zasadne... Oczywiście, polska nazwa tego stanu to Teksas (czyżby klawiszowiec wrócił z wielkiego świata i nie zna nazw geograficznych w naszym języku? Gdyby nie napisano o eksodusie (nie exodusie jak podają "polskie" słowniki) do północnej części Meksyku, to telewidzowie mogliby pomyśleć, że do południowej? Gdyby wyjeżdżano do Kanady, to wyjaśniono by, że do południowej... Jeśli uciekają nie przed huraganem Ritą, ale przed huraganem Rita, to może jednak rada miasta Gdynia (nie rada miasta Gdyni), burmistrz miasta Nowy Jork (nie burmistrz miasta Nowego Jorku), w stanie Teksas (nie w stanie Teksasie)?
    Ponadto - 12. października rozpoczynają się Targi Pracy. Rozumiem, że nie można zatrudnić mistrza ortografii (kłopoty finansowe telestacji), ale któż to pisze kropki w datach?! Przecież nie jest to finezyjny błąd, ale abecadło korekty!
    A 25 (bez kropki!) września dwa wielkie wydarzenia. Tym razem stacja TVP1 "błysnęła" na pasku u dołu ekranu - Polskie siatkarki obroniły Mistrzostwo Europy. W finale pokonały Włochy 3:1. Oczywiście, że "jedynie" mistrzostwo. I pokonały Włoszki (skoro polskie siatkarki). Albo W finale pokonaliśmy (my, Polacy) Włochów, albo W finale Polska pokonała Włochy. Mistrzostwa znakomite dla nas, ale irytujące było znikanie bieżącego stanu meczu (jeśli ktoś zmieniał programy albo musiał oderwać się od odbiornika na parę chwil, to nie mógł doczekać się ujawnienia tabliczki z wynikami, które organizator zawodów w(y)łączał sobie a muzom.
    I druga gafa - w pierwszych sondażach po wyborach podano, że dwie partie (mając jednakowe procentowe notowania) miałyby niejednakowe obsady w Sejmie (różnica 12 osób). Po kilkunastu cyklach zorientowano się w błędzie i skasowano stany osobowe, pozostawiając jedynie udziały procentowe.

    Natura również popełnia błędy - Dziennik Bałtycki (20 września 2005)
    Żylaki powstają (mówiąc najprościej) na skutek zwiększonego ciśnienia krwi w żyle, które powoduje jej rozciągnięcie, a w konsekwencji niedomykalność zastawek.
    Żylaki i inne choroby żył - cena za to, że około półtora miliona lat temu człowiek wyprostował się i stanął na dwóch nogach.
    Inne stworzenia także wypiętrzyły się, a  niektóre są znacznie wyższe od człowieka. W ciągu niecałych stu lat samoloty, telewizja i komputery przeszły tak przyspieszoną ewolucję, że aż wstyd, że przez miliony lat ewolucji, Natura (zwykle genialna) nie wypracowała przyzwoitego systemu krwionośnego. Przez tyle lat inne organy przystosowały się do nowych warunków, ale żyły jakoś się zagapiły... Albo Stworzyciel miał ważniejsze sprawy i nie przyłożył się do skonstruowania doskonalszego organizmu, albo ewolucja poszła niezbyt właściwą drogą.
    Od tamtej pory krew żylna musi pokonać dłuższą drogę pod górę i większą siłę przyciągania ziemskiego.
    Tyle krwi płynie w górę, co spływa, zatem mamy zrównoważony układ, podobny do klasycznego systemu grzewczego. Płynąca woda w kaloryferach nie stanowi specjalnego utrudnienia dla pompy - nie ma większego znaczenia wysokość słupa wody, jeśli wszystkie odcinki sa wypełnione cieczą. Opór zależy od długości rur i ich stanu (wewnątrz), ale nie od wysokości. Oczywiście, od tego parametru zależy ciśnienie usiłujące rozerwać rury. No i siła przyciągania ziemskiego jest niemal identyczna na poziomie stóp i głowy nie tylko człowieka, ale i żyrafy, zatem wątek o większej sile przyciągania ziemskiego wyraźnie przesadzony...
    Prasowy tekst jest omówieniem książki, której autorem jest specjalista od wąskiej medycznej dyscypliny. A takich szczególnych dyscyplin jest multum i każdy autor wskazałby jakieś uchybienia Natury, "dzięki" którym miliony lekarzy na całym świecie mają ręce pełne roboty, realizują się oraz (w normalnych krajach)... bogacą się. Bowiem na wszystkim można zarabiać, nawet w uczciwym, rzetelnym (i dającym satysfakcję) lekarskim rzemiośle, któremu często udaje się wygrać z Naturą popełniającej inżynierski błąd w układaniu klocków, co każdemu może się zdarzyć... O ileż poważniejszy byłby problem bezrobocia, gdyby nie medyczne problemy?

    Firma "Świteźja" czy "Świteźia"? - Świat Nauki (wrzesień 2005)
    Różnica masy między samcem słonia afrykańskiego (ważącym około 6000 kg) a przedstawicielką najmniejszego gatunku mrówek (ważącą 0.01 mg) przekracza 11 rzędów wielkości.
    Aby roztrząsać aż taki iloraz (nie różnicę!) wystarczy napisać o słoniu (dzielenie masy samca czy samicy tego ssaka przez masę owada mieści się w owych 11 rzędach). No i "grawitacyjna pułapka": masa słonia - 6 000 kg (6 ton), ale słoń waży 6 000 kG (ok. 60 000 niutonów, czyli 60 kN). Z mrówką identyczny błąd (w imię konsekwencji). Masy - owe zwierzęta - mają uniwersalne we Wszechświecie, zaś ważą (w podany sposób, lecz w jednostkach kG oraz mG) jedynie na Ziemi. Tej klasy pismo nie powinno mylić masy z ciężarem.
    Tyle błąd, ale mamy postępujące zjawisko wypierania przecinka przez kropkę w ułamkach dziesiętnych - wszystkie takie liczby czasopismo podaje z obca: 21.3 doby, mającego 3.2 mln lat, aktywa 99.5 mln dolarów... Nie słyszałem, aby poloniści zgodzili się na taka pisownię - owszem, jedynie w przypadkach związanych z obliczeniami, bowiem program albo kalkulator może nie zadziałać po wpisaniu przecinka... Czy ktoś w naszym kraju sprawuje językową kontrolę nad wydawnictwami (i to z górnej półki!)? I nie mam na myśli incydentalnie popełnianych błędów, ale powolne i (niestety) skuteczne zmiany w (niepożądanym!) kierunku.
    Napotkąć tamże można (językowo) ciekawy wyraz lagranżjan (znamy wronskian - także matematyczne pojęcie), bowiem słowniki podają lagrangian (o wymowie zapewne nawiązującej do nazwiska Lagrange; "zapewne", gdyż nie wyjaśniają wymowy). Jeśli jednak ta pisownia jest poprawna i nawiązuje do zasady, że po c, s, z piszemy j (zaś po innych spółgłoskach - i), to należałoby rozszerzyć ową zasadę nie tylko na - ż, ale również na cz, rz, sz, , . Zatem zamiast lodżia (loggia) - lodżja, mickiewicziana - mickiewiczjana, glediczia (roślina) - gledyczja, Czuwaszia - Czuwaszja, babeszioza (choroba) - babeszjoza. Gdyby nazwę Fidżi chciano zmienić, to raczej na Fidżja niźli Fidżia, podobnie państwo leżące na Madagaskarze to Malgasja, ewentualnie Malgaszja, ale nie Malgaszia; stan w USA to raczej Dżordżja niż Dżordżia (gdyby ktoś się uparł). Trudno znaleźć przykłady na inne wymienione zakończenia, ale odwołajmy się do intuicji - jeśli wymyślono państwo Utopia, to w powieści można byłoby wykreować państwo Sabotażja (nie Sabotażia) lub Imażja (nie Imażia), także Komentarzja (nie Komentarzia). Jest przymiotnik erzjański, który czytamy [r/z] jak marznąć, jednak gdyby miał być erzjański [eżjański] to przecież nie pisalibyśmy erziański! Gdyby od nazw geograficznych tworzono inne nazwy (np. firm albo wyhodowanych kwiatów), to Warszawa - Warszawia, Gdańsk - Gdańskia, Sopot - Sopocja, ale Łódź - Łódźja (nie Łódźia), Witeź - Witeźja (nie Witeźia). Nieprawdaż? Język polski ma niewiele wspólnego z matematyką, jednak nad pewnymi logicznymi kwestiami można się zadumać...
    Niemal każdy rodak wie, że Gdynia [gdyńa] (nie [gdyńja]) w kilku przypadkach ma postać Gdyni (nie Gdynii). Jeśli jednak ktoś nazwałby firmę albo rybkę akwariową Gdynia/gdynia i chciałby ją czytać [gdyńja]... A gdyby ponadto ta rybka uzyskała łacińską nazwę gdynia (lub podobnie), to (jako nazwa obca) odmieniałaby się jako... gdynii? Obecnie mamy już takie pary - Ksenia/ksenia (Kseni/ksenii), Mania/mania (Mani/manii), Linia/linia (Lini/linii).
    W omawianym czasopiśmie mamy również - Sto bilionów Słońc oraz Planeta trzech słońc. Wszystkie znaki na słonecznym niebie wskazują, że Słońc/słońc napisano poprawnie - w pierwszym przypadku autor ma na myśli wielokrotność masy naszego Słońca (jedynego o takiej nazwie wśród słońc; podobnie jak Księżyc wśród księżyców), zaś w drugim mowa jest o pewnym układzie planety z trzema słońcami (bywają planety z kilkoma księżycami). Nasza Ziemia należy do Układu Słonecznego, ale istnieje mnóstwo innych układów słonecznych. Wiele słowników nie podaje liczby mnogiej rzeczowników uchodzących za jedyne. Ale przecież można tworzyć (choćby w porównaniach) zdania zawierające takie rzeczowniki (choćby owe biliony Słońc). Onetowski portal wiedzy miał jeszcze niedawno dział odmiana wyrazów, w którym były zamieszczone nazwy miast w liczbie mnogiej (wraz z pełną deklinacją!). I bardzo dobrze - szkoda, że po krytyce niektórych słów... zlikwidowano ów dział. Wielu rodaków zapewne chętnie zapoznałoby się z liczbą mnogą, np. 5 Gdyń czy Gdyni, Rum/Rumi, Ziem/Ziemi, Zamości/Zamościów, Bab(e)li/Bab(e)lów, Nieb/Niebios... O, nieba!
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna