Komentarze 2005 (IV-VI)
Unijne statki dla unijnych pracowników - Budownictwo Okrętowe (1 kwietnia 2005)
Po wejściu do UE armatorom z Zachodu często - ze względu na ponoszone koszty ubezpieczenia - nie opłaca się zatrudniać Polaków. Nasi marynarze wypierani są przez obywateli spoza Unii.
Niby ta Unia ma inteligentne zasady współpracy, ale jak już coś wymyśli to płakać się chce. A jaki to problem, aby na unijnych statkach zatrudniano wyłącznie obywateli Unii? Że armatorzy mniej zarobią a konsumenci pewnie nieco więcej zapłacą (bo frachty, a zatem i towary, pomijalnie podrożeją)? Przecież na podobne problemy natrafia Unia i USA - są zarzucani towarami chińskimi (tekstylia i truskawki) i nie wiedzą co począć. Trzeba wprowadzić właściwe cła i posiadać sprawne a nieprzekupne służby celne. Ilu to celników powinno siedzieć z grylem w okiennym tle, ponieważ wzięło w łapę, a nieuczciwy handlarz wwiózł towar o zaniżonej wartości celnej, zaś polski przemysł tekstylny został zrujnowany, a truskawkowy interes pada? Tu przy okazji trzeba zaakceptować antykorupcyjny pomysł UE, aby na zewnętrznej granicy naszej federacji, zainstalować międzynarodowe służby paszportowo-celne. Może to uwłacza naszej narodowej dumie, ale poziom uczciwości i polskiej wiarygodności znakomicie wzrośnie.
W numerze opisano sprawę płacową - Armator zmienił banderę z pierwszego na drugi rejestr i płaci Polakom trzy razy mniej niż Niemcom. Po protestach (popartych przez niemieckich dokerów) uznano zasadność roszczeń Polaków, ale armator zagroził zmianą bandery z norweskiej na fińską.
Armatorów postrzegamy jako zamożnych ludzi. Zapewne mają kłopoty jak każdy (bogaty) człowiek, jednak nie można tolerować pazerności - przecież to jawny rozbój i wyzysk opisywany przez Marksa. W obrębie Unii należy wprowadzić jedną banderę (być może najostrzejsze wymagania należy nieco przytępić). Nie dopuszczać do pracy obywateli spoza UE, chyba że nie ma chętnych do pracy na danym stanowisku. Nie rejestrować "dziwnych" firm na terenie UE oraz nie wpuszczać do portów Unii jednostek zarejestrowanych pod tanimi (albo szczwanymi - jak opisany przypadek) banderami. Jeśli nie zrobimy porządku z armatorami, to zwykli obywatele również zaczną kombinować - może samochody zarejestrują "daleko od Polski", przecież nie muszą tam pojechać, aby załatwić formalności, ponieważ powstaną u nas rzutkie przedstawicielstwa. Ileż to statków "nie widziało" swoich "tanich" portów macierzystych? Nawet nie pływało po morzach z tymi portami!
Często pytamy się obywateli o patriotyzm. Nikt już nie każe nam wykazywać się bohaterstwem na barykadach. Niestety, i bogaci, i biedni szarpią się ze swym losem, aby coraz więcej mieć. Dziwimy się ubogim Polakom, że tracą godność za możliwość pracy u "lepszych" obywateli UE, ale co myśleć o bogatych armatorach ze Skandynawii? Powinni wytyczać obywatelskie standardy, a są łapani na żenujących manipulacjach skarbowo-podatkowych... Być może, że - przy swoim bogactwie - są jeszcze bardziej żałosnymi ludźmi niż nasi rodacy imający się każdej pracy. Bogatym unijnym właścicielom należy wyraźnie określić margines działania, poza który nie mogą wychodzić. I nie ma tam miejsca na przenoszenie swych firm do "rajów podatkowych". Jeśli wolą zmienić obywatelstwo i/lub miejsce zamieszkania (na pozaunijne), to droga wolna, jednak z zakazem bezcłowego handlu z Unią. A ich nazwiska oraz firmy powinny być zamieszczone na antyobywatelskiej liście, co skutkowałoby ignorowaniem ich na forum towarzyskim. Przecież w ramach Unii nie mogą funkcjonować państwa zwane rajami podatkowymi z oczywistych powodów - w obrębie jednego obszaru nie mogą panować całkowicie różne systemy podatkowe, podobnie jak w określonej objętości nie mogą być różne ciśnienia. Mam nadzieję, że Cypr i Malta otrzymały odpowiednie zalecenia w tej sprawie.
Cóż począć z obywatelami spoza Unii? Niech zmieniają swe kraje na podobieństwo Europy rozumianej jako związek państw. Niech spełnią kryteria i zostaną przyjęci do europejskiej braci. Niech zwiększą swe płace i wydajność pracy. Niech nie przyjeżdżają do Unii proponując swą pracę znacznie taniej, bo czynią jak dawni łamistrajcy (albo dawne łamistrajki?). Niestety, my również tak czynimy - chyba zbyt wcześnie weszliśmy do Unii, która także traktuje nas jak obywateli drugiej kategorii. Należy przejrzeć wszystkie grupy zawodowe pod kątem trudu pracy i odpowiedzialności oraz zwiększyć płace - mniej Polaków będzie wyjeżdżało do "starej" Unii, wszak i u nas jest wiele do zrobienia. Należy zmniejszyć oprocentowanie kredytów, ponieważ wysoka stopa hamuje rozwój produkcji oraz zbyt towarów i usług. Właściciele firm oraz bankierzy muszą kierować się nie tylko maksymalizacją swoich zysków, wszak nie wezmą tego wszystkiego co nachapią, na lepszy ze światów.
Dążenie do zysku za wszelką cenę i brak troski o dobro wspólne doprowadziły do skoncentrowania ogromnych bogactw w nielicznych rękach, podczas gdy reszta ludzkości cierpi nędzę i zaniedbanie (JPII - orędzie na Światowy Dzień Pokoju, 20 grudnia 2002).
Słowa te nie czynią żadnego wrażenia zarówno na eleganckich dworach, jak i na przaśnych spotkaniach przy grylu. Epatują się nimi wyłącznie dziennikarze i etycy od wielkiego dzwonu. Bogacze pokażą się na mszy, przyjmą uwagi w pokorze, wrzucą na tacę "odstępne od morałów" i... świat toczy się nadal ku mamonie.
Szczególnie groteskowo brzmią odezwy wielu kapłanów wzywających do skromności i apele lewicowców odwołujących się do wrażliwości społecznej, podczas gdy oni sami żyją... ponad stan, zaprzeczając swym pierwotnym ideom!
Norwedzy to praktyczny naród - nie chcą wejść do UE, ponieważ nie chcą dzielić się swymi bogactwami (w szczególności naftowymi). Ich prawo, jednak skoro są poza Unią, to nie mogą korzystać z unijnych przywilejów. Zresztą sam norweski rząd musi nałożyć na swych obywateli pewne rygory, aby nie kombinowali poza swą ojczyzną. Nie dziwmy się biedniejszym naszym rodakom, zwłaszcza przy naginaniu (trefnego!) akcyzowego prawa przy sprowadzaniu aut zza Odry, skoro Skandynawi (nieco krócej niż wg słowników) chytrzą na całego! Nie może być tak, że zaistnieje kuriozalna sytuacja - w jedną stronę statek będzie płynął pod banderą Norwegii, a z powrotem pod banderą Finlandii! Nie może być tak, że rządy odwołują się do moralności milionów zwykłych podatników marzących o tańszych samochodach, a tolerują brak etyki u setek chciwych armatorów. Niech państwa ustalą wysokie normy dla bogaczy, niech dokładnie przyjrzą się ich przechodzeniu (z wielkimi a drogimi statkami) przez ucha igielne urzędów skarbowych, a potem testują etykę podatkową na zwykłych obywatelach.Dla kogo jest prawo? - Fakt(1 kwietnia 2005).
Nie lada fantazją wykazał się mieszkaniec Parczewa. Zajechał wieczorem z fantazją pod same drzwi komendy policji. Chwiejąc się na nogach wszedł do budynku chcąc się dowiedzieć, jaki jest los tatusia zatrzymanego za znęcanie się nad rodziną. Okazało się, że kierowca ma ponad 2 promile alkoholu, a samochód, którym przyjechał, został kilka dni wcześniej skradziony. - Fakt (1 kwietnia 2005).
Miejmy nadzieję, że dziennikarzom starczy werwy, aby to wydarzenie opisać do końca - ile gościu spędzi za kratownicą latek za oba czyny... Ciekawe, czy wyrok będzie odstraszający, bowiem przepełnione więzienia oraz niskie wyroki nie zniechęcają menelowego towarzystwa do zawieszenia półświatkowej działalności...
Ta notariuszka dla pieniędzy zrobiłaby wszystko. Dla bossa mafii sfałszowała akt notarialny, żeby nie przepadło mu luksusowe mieszkanie. Sąd skazał oszustkę na dwa lata więzienia w zawieszeniu, 50 tys. zł grzywny i zakaz wykonywania zawodu przez 5 lat. - Fakt (1 kwietnia 2005).
Zgoda, nawet wyrok dość ostry, choć owe "zawiasy" to jednak śmiech w żywe oczy... Przecież notariusz powinien świecić przykładem (jak ksiądz i... polityk). Pomogła przepisać mieszkanie mafioza na jego syna, aby skarb państwa nie przejął lokalu na poczet kar. Zatem ośmieszyła, upokorzyła i wykorzystała nasze Państwo, jego system prawny i nas wszystkich. I za to tylko kara w zawieszeniu? To jedynie przewałowa zachęta w stosunku do kolejnych prawników z Orłem na piersi. Może redakcja zainteresuje się owym zakazem wykonywania zawodu, bowiem znane są przypadki sędziego zawieszonego w wykonywaniu zawodu, który sobie nic z tego nie robi!
Prawdopodobnie niewydolność serca, a nie - jak sądzono - oblanie wodą przez młodych ludzi było przyczyną zgonu 72-letniej mieszkanki Stalowej Woli. Kobieta miała wprawdzie mokry płaszcz, ale nie potwierdziły się przypuszczenia, że stało się to w wyniku ataku młodych ludzi z wiadrami wody. - Dziennik Bałtycki (29 marca 2005).
Ongiś, na filmie pokazano wygłup polskiej młodzieży podczas wdrażania nowej tradycji - przebrali się za niemożebne stwory i nastraszyli brzemienną znajomą. Czyn był na tyle brzemienny w skutkach, że zmarły obie ofiary młodzieńczych figli. Trzeba wykazywać się niekiedy stalowymi nerwami (nie tylko stalową wolą), aby przetrzymać nieprzemyślane wyczyny rozwydrzonej młodzieży. Oczywiście - owa pani nie jest matką znanego polityka, zatem nikt nie będzie dowodził oczywistego związku wiadra z zimną wodą wylanego na spacerującą, z jej niespodziewaną śmiercią. Bowiem wówczas dolegliwości dla osądzonej młodzieży byłyby jednak przykre, a przecież nie można jej przeszkadzać w szkolnej nauce tudzież w poszukiwaniu pracy.
Kilka lat temu na Wybrzeżu, pewien młodzian tak się zagadał przez komórkę ze swą lubą, że znacznie przekroczył dozwoloną prędkość i wypadł z trasy zabijając na przystanku dwie uczennice. Kiedy ochłonął, skorzystał z dobrodziejstwa naszego prawa - pomógł mu szlachetny adwokat (taka jest jego obywatelska rola), który wystąpił o odroczenie kary z powodu sumiennego pobierania nauki. Przecież nie można młodemu a ambitnemu człowiekowi utrudniać pięcia się po społecznej drabinie i to już na szkolnym szczeblu - może mieć to bardzo negatywne skutki w rozwoju młodej osobowości.
Gdyby panią postrzelono kamieniem z procy, to uznano by związek rany z ową bronią, ale po wodolejstwie (także opiniotwórców) zarzut byłby poważniejszy, zatem udawajmy, że nie ma związku wiadra ze śmiercią. A ja wiem swoje - ta pani żyłaby dzisiaj, gdyby głupole nie oblali jej wodą!
Pięciu księży podejrzanych jest o wyłudzenie dotacji z Agencji Rynku Rolnego na około 700 tys. zł. Duchowni przez ponad 3 lata mieli wyłudzać pieniądze za fikcyjne przechowywanie zboża. - Fakt (18 marca 2005).
Około 3 promili alkoholu miał kierowca, który uderzył samochodem w przydrożną kapliczkę. Kierowca był już dwukrotnie karany - nie ma prawa kierować pojazdami do 2008 r. - Fakt (24 marca 2005).
Na obu przykładach widać, że polscy kontrolerzy nie potrafią sobie radzić ze sprawami już na dość niskim szczeblu. Jak można przez parę lat nie sprawdzać stanu faktycznego? Być może sądzili, że jeśli osoba jest duchowna, to jest również uduchowiona... Niestety, coraz więcej mamy sygnałów świadczących o doczesnych pokusach, którym ulegają nie tylko zwykli świeccy śmiertelnicy. Jeśli przestępstwa popełniają prawnicy, lekarze, politycy, księża (a zwłaszcza księża!), to nie powołujmy się na prawo, że będą traktowani jak przeciętni obywatele. Oni przynoszą wstyd nie tylko swoim grupom, zaś wydźwięk ich przestępstw jest daleko głośniejszy, niż gdyby zbłądzili zwykli rodacy (jakiś zwykły spawacz czy inżynier). Kodeks powinien przewidywać wyższe kary dla osób, które powinny świecić przykładem. Powinna być sporządzona lista takich odpowiedzialnych zawodów tudzież funkcji. Osoba szczególnego zaufania czerpie rozmaite profity (nawet niekoniecznie materialne), ale po blamażu swego imażu wobec społeczeństwa, powinna zostać sądowo cokolwiek surowiej potraktowana przez zawiedzionych obywateli.
A jakie możliwości ma Temida w walce z pijanymi kierowcami? Nie dopracowano się sposobu rozsądnego traktowania takich obywateli, którzy po utracie prawa jazdy, ponownie piją i prowadzą pojazdy bez uprawnień. I cóż można im zrobić? Odebrać prawko, którego nie mają? Przecież za taką jazdę grożą 2 lata paki, a tu pijacka recydywa i bezprawna jazda.
Od razu widać, że polskie prawo jest bezsilne tak wobec niewielu wysoko postawionych rodaków jak i wobec wąskiego marginesu społecznego. Najgorzej ma najliczniejszy środek zwykłych obywateli - można im dolegliwie zachwiać umiarkowaną stabilność życiową, ponieważ nie mają zasobów pozwalających im na przetrwanie sądowych przygód, natomiast jeszcze przejmują się swą opinią w rodzinie, środowisku sąsiadów i w zakładzie pracy. I obrońcy naszego prawa doskonale o tym wiedzą - precyzyjnie uderzają w tę grupę wiedząc, że tutaj będą mieli najlepsze efekty swego posłannictwa. Ta grupa podnosi prestiż sądownictwa; gdyby nie ona, prawnicy nie mieliby niemal żadnych osiągnięć w swej jakże trudnej i niewdzięcznej pracy...
50-letni zakonnik z jasnogórskiego klasztoru paulinów spędził noc w kieleckiej izbie wytrzeźwień. Prowadził auto po pijanemu - miał 2 promile. - Fakt (1 kwietnia 2005).
No właśnie - i co zrobić z obywatelami zaprawiającymi się trunkami zamiast zaprawiać się w bojach z grzechami? Przecież za to grozi 2 lata pudła i to nie w konfesjonale... Oczywiście, nikt nie traktuje tego przepisu poważnie, bowiem nie wystarczyłoby miejsc w więzieniach, chyba że wzniesiono by wielkie namioty z demobilu. I co - jeśli jedzie zygzakiem i rowerem prostolinijny chłopek-roztropek, to go zamknąć, ale kiedy jedzie furą skomplikowany duchowo duchowny, to przymknąć oko? Co o tym sądzą władze świeckie i kościelne? I jakie są działania po wspólnym napiętnowaniu zła? A gdyby tak przejrzeć losy podobnych spraw, ale sprzed paru lat? Myślano o wysokich grzywnach, konfiskacie auta i czort (onże ci ich podkusza) wie o czym jeszcze, i co? Nico!
Natomiast policjanci w Gdyni, co pewien czas (np. 24 marca, tuż przed Wielkanocą) karzą przechodniów, którzy przechodzą przez jednokierunkową ulicę z hali targowej. Spieszą się na autobus, a do najbliższych pasów i z powrotem jest 150 m. Wyłapali dwoje młodych ludzi, bowiem wiedzieli, że są wypłacalni. Obok szła babinka z dwoma wielgachnymi siatami i to ona stwarzała większe zagrożenie dla ruchu drogowego, ale zapewne uznano, że jest biedna, że podniesie jazgot, że nie pokaże dokumentów, i że będzie kłopot z odstawieniem zrzędy i jej siat na komendę. Dziennie setki ludzi przechodzi w tym miejscu; ja przechodziłem tam wielokroć i nawet nie wiedziałem, że łamię przepisy...
Dlaczego Polska pełna jest afer i aferzystów, a policjanci czepiają się drobiazgów? Skasują przed świętami parę osób, zepsują im nastrój, zniechęcą do siebie, a w kraju jak był chaos, tak i pozostanie. A można ustawić znak ograniczenia prędkości, można także nanieść dodatkową zebrę. I byłoby bezpieczniej, a Polska wyglądałaby nieco sympatyczniej. Czasami to podziwiam państwowych sabotażystów za brak politycznego myślenia - zamiast pomagać obywatelom to czynią wszystko, aby ich utwierdzić w przekonaniu, że Państwo poluje na maluczkich zamykając oczy na bokiem przemykające przestępcze watahy.
Piłkarz Arsenalu skazany 1 marca na 3 miesiące więzienia za jazdę po pijaku, został po 31 dniach zwolniony. Założono mu jednak specjalną elektroniczna obrożę, dzięki której jest pod stałą kontrolą policji. - Fakt (1 kwietnia 2005).
Ile u nas dostanie sportowiec za taką jazdę? Powinien również odsiedzieć miesiąc, a potem (na własny koszt!) zaopatrzyć się w obrożę. Ale zagraniczni obywatele traktują nasz kraj jak biedne trzecioligowe państwo - wiedzą, ile by u siebie dostali za pochlaj, ale u nas udają niewiniątka licząc na przychylność sądu. Znane są przypadki jazdy po pijaku zagranicznych sportowców grających w naszych klubach. Czy ktokolwiek z nich siedzi?
Koszykarka Powell z Lotosu Gdynia odwołała się od decyzji Polskiej Ligi Koszykówki Kobiet, która zdyskwalifikowała ją do końca sezonu i nałożyła grzywnę 10 tys. zł. Koleżanki chcą, aby rozgrywająca, która dotąd decydowała o obliczu zespołu, nadal kierowała grą Lotosu. - Każdy widzi, że bez niej gramy dużo słabiej i możemy mieć kłopoty z obroną mistrzostwa Polski. - Gazeta Wyborcza (1 kwietnia 2005).
Podczas meczu Powell sfaulowała Serbkę, która leżąc na parkiecie lekko ją kopnęła w stopę. W odwecie Amerykanka uderzyła ją pięścią w twarz. Po meczu przeprosiła i zaproponowała Serbce zapłatę, aby nie wytoczyła jej procesu o odszkodowanie z powództwa cywilnego. Krakowska Temida chciała wytoczyć Amerykance proces za chuligaństwo na obiekcie sportowym. Byłaby to dobra ilustracja na równość obywateli wobec prawa - kibice a zwłaszcza znani i zamożni sportowcy są jednakowo traktowani, cudzoziemcy nie mogą liczyć na taryfę ulgową, nie można zakulisowo dogadywać się w sprawie incydentu, którego świadkami było wielu sędziów, sportowców oraz kibiców, także telewizyjnych.
Byłaby to wspaniała lekcja konstytucyjnej obywatelskiej równości wobec prawa, znacznie bardziej pouczająca niż cały semestr wykładów na katedrze prawa, które pokończyli nasi prawnicy. Prawdopodobnie takiej lekcji nie będzie, ale nie przeszkodzi to naszym wykładowcom a profesorom prawa za niemałe pieniądze wykładać polskim studentom górnolotne zasady naszej konstytucji. Dobrze byłoby, gdyby dziennie choć parę minut poświęcili znanym przypadkom łamania prawa, choćby posiłkując się doniesieniami prasowymi. Tak na wszelki wypadek, aby przyszli sędziowie nie zapomnieli, w jakim państwie żyją...
A rektor znanej uczelni, moralnie odpowiedzialny za bajzel podczas przyjmowania studentów na wydział prawa oraz za przyjęcie swej córki na ten wydział z ważnych względów społecznych? Ma się całkiem dobrze - prolongowano mu piastowanie funkcji. W czasach komuny w prolongatę umoczona byłaby wiodąca partia i nie można byłoby o tym pisać. Teraz wszystko można pisywać, ale cóż z tego, skoro wybory były uczciwe i demokratyczne - tak życzył sobie akademicki światek. Podobnie obywatelskie są referenda dotyczące aresztowanych burmistrzów - zbyt niska frekwencja i gościu w państwie poległych robotników (pamiętamy za co oni zginęli?) nadal rządzi zza krat otrzymując stosowne gratyfikacje. Ateiści powiedzą - dobrze, że Oni tego nie widzą z nieistniejącego nieba, ale co mają powiedzieć wierzący? Że patrzą na tę całą naszą narodową głupotę? Że zginęli tylko po to, abyśmy teraz mieli pomniki, przed którymi możemy się zadumać - na ile odeszliśmy od naszych młodzieńczych marzeń i jak niewiele nam z nich pozostało?Wpuścili w pitowe maliny - Dziennik Bałtycki (12 kwietnia 2005)
Redakcja postanowiła pomóc zbłąkanym podatnikom, zatem przez kilka dni zamieszczała wielostronicowe porady. Nawet ładnie opracowano temat - grafika, kolory. Po raz pierwszy postanowiłem skorzystać z rad, ale na wszelki wypadek rzucałem (kontrolnie) okiem do oficjalnych wytycznych. I dobrze, bowiem popełniono kilka błędów...
Spójrzmy więc na artykuł - Z Kwiatkowskimi wypełniamy PIT-37. W komentarzu o polach 89 i 90 - Tu wpisujemy różnicę pomiędzy przychodami a zapłaconymi składkami (pola 56 i 83), ale na kopii zamieszczonej w gazecie widzimy, że chodzi o dochody (czyli jednak pola 58 i 85). Suma "kratek" dla małżonka (85 i 88) daje poprawny wynik (w kratce 90), ale dla głównego podatnika analogiczne sumowanie wykazuje błąd.
Największy dramat rozgrywa się w polu 99. Każą tam wpisać połówkową (średnią arytmetyczną obojga małżonków) kwotę z pola 98 pomnożoną przez 0,19 i podzieloną przez dwa. Pomijając drobiazg, że należy nie podzielić, ale pomnożyć, popełniono podstawowy błąd - owszem, najpierw powinniśmy pomnożyć przez 0,19, ale odjąć od tej liczby 530,08 zł i dopiero tę kwotę pomnożyć przez dwa. W polu 101 podano kwotę 10081,02 zł, a powinno być 9020,86 zł, czyli zawyżono podatek o ponad tysiąc złotych.
Czy kwota może wyjść? Owszem - w komentarzu do pola 106 napisano - Tutaj wpisujemy kwotę, jaka wyszła po odjęciu składek... Zatem szanowni czytelnicy, posiłkujący się poradnikiem poczytnej gazety, dostarczą do urzędu błędnie wypełniony pit i... wyjdą jak Zabłocki na mydle. Czy są podatnicy, którzy wypełnili pity bazując na gazetowych poradach? Czy ktoś zgłosił redakcji błędy? Czy w urzędzie skarbowym będzie to jakieś usprawiedliwienie? Dzisiaj (27 kwietnia) składałem zeznanie w gdyńskim US i szkoda, że na ścianie w korytarzu, nie zawieszono błędnej strony zakreślonej jaskrawym flamastrem. Albo żaden urzędnik nie czyta zawodowych porad (bo i po co?) albo (co gorsza) zauważył błąd, jednak uznał "a co mnie to obchodzi?".
PIT-37 kończy się deklaracją - Oświadczam, że są mi znane przepisy Kodeksu karnego skarbowego o odpowiedzialności za podanie danych niezgodnych z rzeczywistością.
Miliony podatników (także i ja) podpisują oczywistą nieprawdę - przecież nie znamy tych przepisów, nawet ich nie widzieliśmy na oczy. Natomiast domyślamy się z tonu oświadczenia, że jest to poważna sprawa, że nie możemy napisać prawdy, bo zaraz nas wzorcowo prześwietlą i w przyszłości odechce się nam mędrkowania.
Co byłoby, gdyby ktoś wpisał - Niestety, ale nie znam przepisów ustawy karnej skarbowej, ale zeznaję prawdę pod rygorem poniesienia kary? Ministerstwo Finansów może spać spokojnie: wymyśliło formułę, która zmusza do składania fałszywego świadectwa przez podatnika i znacznego pogorszenia jakości jego snu.
Zatem proponuję zmienić ów zapis na - Podanie nieprawdziwych danych przez podatnika może grozić sankcjami karnymi. Nieznajomość prawa może nie być uznana za okoliczność łagodzącą wymiar kary (co skądinąd wiadomo...).
Albo - Domyślam się, że podanie nieprawdy może grozić sankcjami karnymi (ewentualnie podarować karnymi, bowiem nie słyszałem o innych sankcjach).
Pewnie czynność domyślanie nie jest poważnym zajęciem wobec znania, ale ważniejsza jest prawda niż fałsz... Chyba, że całe nasze życie i prawodawstwo oparte jest na zwodzeniu współmałżonka, rodziny, współpracowników, szefów, fiskusa, Państwa i Boga...
Jeśli jeszcze istnieje związek pomiędzy znaczeniem strumienia słów w naszym języku a logiką, to ktoś powinien zwracać uwagę na tego typu "nieprawidłowości językowe". Codziennie mamy do czynienia z ofertami, które (po zasięgnięciu bliższej informacji) odbiegają od pierwszego naszego odczucia - posługujemy się językiem od dziecka i wydaje się nam, że wszystko (zwłaszcza proste określenia) rozumiemy, a sympatyczny przedstawiciel banku, biura turystycznego czy supermarketu uzmysławia nam, że słowo pisane w ofercie nijak się ma do słowa objaśnianego... I nie ma organów kontrolnych czułych na tak oczywiste manipulacje (jeśli nie oszustwa!).To my napluliśmy na groby naszych bohaterów - media (16 kwietnia 2005)
W 65. rocznicę zbrodni katyńskiej przedstawiciele Rodzin Katyńskich, władz państwowych i samorządowych, harcerze złożyli w sobotę wieńce na płycie Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie. W 1940 r. na mocy decyzji radzieckich władz rozstrzelano 22 tys. polskich oficerów i cywilów wziętych do niewoli po napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 r. Rosjanie nie uznają zbrodni katyńskiej za ludobójstwo, ale za zbrodnię, która ulega przedawnieniu.
Rosjanie kłamali bodaj zawsze. Niechętnie to piszę, bowiem osobiście nic do nich nie mam. Nawet im współczuję, ponieważ cierpiąc na manię wyższości, byli na tyle odlegli od cywilizacji zachodniej, że nie mogli sobie z tymi kompleksami poradzić. I ta imperialność wysysana z mlekiem matki. Do tego stopnia, że znani antykomuniści, którzy swoje ucierpieli w Sowietach, czują, że taka Polska jednak powinna być im podporządkowana i nigdy nie powinna wybiegać przed ich (jeszcze ciągle wielką) orkiestrę, także teraz. Również prawosławna Cerkiew ma kompleks Watykanu. Zniosłaby każdego zachodniego papieża (naszego również, ale... dosłownie), jednak nie z obszaru uznawanego przezeń za podległy Rosji (a zwłaszcza z Polski!). Nieważne, czy Rosjanie woleli cara czy komunę - oni nie mogą ścierpieć, że tacy Polacy zawsze psuli im szyki. Choćby w 1920. Za obronę Zachodu przed zalewem komunizmu i za ośmieszenie przedsowieckich (jeszcze nie istniał ZSRR) sił zbrojnych, wymordowano naszych oficerów na nieludzkiej ziemi. Potem wyzwolili nas spod ich dawnego wielkorzeszowego sojusznika, ale narzucili nam swój (najpierw okrutny, potem nieefektywny) system społeczny. I nawet nie idzie o ten system, ale o sposób sprawowania władzy nad nami po zakończeniu epoki Stalina. Gdyby nie nasza wrodzona krnąbrność, to pewnie nadal byśmy mieli demoludową Europę. Przykro, że inne wschodnie narody zadziwiająco łatwo (zważywszy ich twardszą socjalistyczną rękę wobec przeciwników władzy) zmieniły system (dzięki nam!) i potrafiły zmienić gospodarkę bez wielkich przekrętów, a my pozostaliśmy z tyloma aferami. Zbyt długo epatowaliśmy się zwycięstwem i oczekiwaniem na oklaski ze strony Zachodu oraz ze strony innych byłych ludowych krajów, że zagapiliśmy się w tej euforii - inni nas prześcignęli (spójrzmy na PKB na głowę mieszkańca nowych sąsiednich państw UE), a nasi cwani rodacy rozkradają Polskę i nie widać ani końca tego procederu, ani antykorupcyjnego pomysłu zbyt ślepej Temidy. A może wspomniana krnąbrność jest przydatna jedynie w walce z okupantem i zaborcą? Może świat ceni nas tylko za to, a kiedy już zrzucamy jarzma, to nikt nas nie traktuje poważnie ani wojskowo, ani gospodarczo?
Szkoda, że runął tak szybko ów poprzedni (nie)ład. Nie, żebym tęsknił za wojskami radzieckimi i za kartkami na mięso. Tak nam wmawiano owe socjalne plusy, że większość w nie uwierzyła. Więcej - to mogło być reformowalne, wszak nawet Wałęsa nie walczył o kapitalizm w Polsce, ale o lepsze warunki dla robotników, o system z ludzką twarzą. Dlaczego podczas wyborów 1989 nie było referendum z kilkunastoma pytaniami o szczegóły ustroju naszej III RP? Nasz entuzjazm wykorzystano do obalenia nieznośnego systemu i obsadzenia stanowisk przez kolejną nomenklaturę. W czym lepszą? Pewnie w tym, że aprobując prawa człowieka nie może nas więzić za cokolwiek, ale zapoznając się z obecnymi problemami społecznymi i poszczególnymi sprawami pojedynczych ludzi, to nadal łamane są normy przyzwoitości.
Niepotrzebnie rozdano własność narodową w obce ręce za bezcen, a wiele zakładów w skandaliczny sposób przechwycili nasi rodacy i to nie ci gnębieni przez komunę, ale ci, co dowodzili (często argumentem siły) o jej wyższości nad burżuazją. Teraz oni sami są takimi krwiopijcami. I nie ma na to prawa - nikt nie poniósł kary za wmawianie ludowi pewnych idei, które zostały totalnie sponiewierane przez samych piewców. A gdzie ich godność? Pytanie retoryczne...
Nowi nasi reprezentanci (jedni niesplamieni, drudzy nawróceni) widząc owo zło, twierdzą, że takie są koszty transformacji. Że za kilkanaście lat będzie normalnie. Nie wierzmy im - oni wiedzą, że albo sami teraz zbrukali swój honor i mają udział w zawłaszczeniach albo czują, że przez ich zaniedbania Polska nie przypomina kraju marzeń. A wszyscy oni zdają sobie sprawę że gdyby do swoich obowiązków przyłożyli się z takim trudem, jak pozostali Polacy, to Ojczyzna byłaby piękniejsza. Zbyt wiele uwagi poświęcali swym stanowiskom, gratyfikacjom, chwale. Zbyt mało bliźnim. Chętnie chodzili do kościoła, raczej na pokaz i aby tłumić wyrzuty sumienia. Większość z nich to dyletanci, krętacze, kombinatorzy i cwaniacy.
Na tysiącach przeciwników nowego ładu poległych po wojnie można było choć spróbować zbudować po 1989 roku uczciwe Państwo współczesnych Polaków. Byłoby to obrzydliwe - mielibyśmy Państwo oparte na mogiłach szlachetnych ludzi, ale byśmy Ich uczcili tworząc Polskę opartą na pośrednich ideach obu skrajności - bez zupełnych biedaków i bez jednoosobowych bogaczy. Coś pośredniego pomiędzy państwem roszczeniowych robotników a państwem zachłannych posiadaczy. Może jednak dałoby się ustalić coś pomiędzy Marksem a Janem Pawłem II? Choć w części byśmy zwrócili zagrabione majątki przedwojennym właścicielom (a właściwie ich spadkobiercom), przecież także niecałkowicie prawym (popatrzmy wszak na dzisiejszych nowobogackich burżujów - chyba nie mamy złudzeń, że cała przedwojenna "święta" własność była tworzona zgodnie z zasadami miłości do bliźniego swego...). Ale to, co uczyniono przez 15 lat po upadku PRL, to woła o pomstę do nieba. Postsocjalistyczne przemiany, w tym złodziejska prywatyzacja, to naplucie na groby bohaterów poprzedniego półwiecza. A przejęcie znacjonalizowanych firm przez byłych komunistów jest największym chichotem historii. Czy ktoś zna większą groteskę w dziejach ludzkości? Ci, co kiedyś budowali państwo robotników i chłopów, zabierając niemal wszystko prywatnym właścicielom, teraz zdradzili lud i przejmują znacznie większy (uprzednio znacjonalizowany) majątek, niż przedtem posiadany przez "wrogów ludu"!
I od kilkunastu lat do Katynia jeżdżą ludzie, którzy kiedyś nie chcieli znać prawdy o zabójcach naszych oficerów. I to w najlepszym przypadku, bowiem wielu z nich (albo ich ojców) szykanowało, a nawet torturowało, swych rodaków o innych poglądach. To się w głowie nie mieści! Ci ludzie dzisiaj są częstokroć sympatyczni, wykształceni (i to w krajach kiedyś oficjalnie uznawanych w PRL za wrogie), zatem obeznani ze światem i znający języki. Więcej - oni w zachodnich krajach są godniej przyjmowani, niż ci, co ich obalali! I to jest sprawiedliwe?! I to jest w porządku?! A rodziny poległych bohaterów, często zmagające się z niedostatkami dnia codziennego i imające się byle jakich zajęć, to często ludzie nieradzący sobie w obecnym życiu - nie wsiedli do pociągu zwanego kapitalizmem. Nie mieli biletu, czyli znajomości albo układów, choćby członkostwa na szczycie jedynie słusznej partii. Nie mieli odpowiednich stanowisk do właściwego odbicia się, bowiem często z oczywistych powodów nie mieli wymaganych kwalifikacji - na społecznej drabinie byli przez dwa pokolenia na dolnych szczeblach. Nie tylko nie weszli do wagonów - oni nie dostali się nawet na peron! A do tego nie pałali chęcią zemsty, co wykorzystano ustalając grubą kreskę. No i mamy, co mamy, jednak nie o to chodziło ani studentom 1968, ani robotnikom 1970, ani "Solidarności" 1980.
Rosjanie mają jeszcze gorzej - różnice w dochodach pomiędzy skrajnymi grupami społecznymi są większe niż w Polsce. I to w państwie, którego obywatele byli dwukrotnie dłużej oszukiwani co do wyższości kolejnego wymyślnego systemu. Oni w swej większości zupełnie nie mogą sobie poradzić. Oczywiście, mniejszość tamtejszych cwaniaków jeszcze bardziej cynicznie (niż u nas) okrada swych rodaków. Szokujące są informacje, że w samej Moskwie jest więcej najnowszych mercedesów niż w całych Niemczech. A proszę obejrzeć nowe dzielnice stolicy byłego Kraju Rad - nuworysze wybierają apartamenty wespół z marinami dla jachtów. Rosjanie są narodową czołówką wydającą kosmiczne kwoty w turystyce. Skąd mają? Okradli swych ziomków i wywieźli walutę do wielkiego świata, a tamże nikt nie pyta "skąd masz", ale proszą "wydaj jeszcze". A przecież w Sowietach zginęło nadaremnie dziesiątki milionów ludzi! Nadaremnie (istotnie, to okropne określenie), ale żeby choć na ich grobach rzeczywiście zaistniało państwo sprawiedliwości. A są takie państwa (no, może jest jeszcze tam coś do zrobienia...) - na grobach Indian, Aborygenów oraz innowierców. Kolejne cywilizacje, niekoniecznie godne pochwały, jednak wzniosły demokratyczne państwa, państwa przyzwoitego ładu społecznego, choć według naszego Papieża, to jednak nie kapitalizm bez ograniczeń jest właściwym współczesnym rozwiązaniem. Tym bardziej należy żałować, że my, w ojczyźnie największego z nas, całkowicie pogrzebaliśmy możliwości utworzenia państwa jednak sprawiedliwości społecznej - po uregulowaniu własności prywatnej, ale bez gromadzenia wielkiego kapitału u garstki kolejnych burżujów. Bezpowrotnie zhańbiliśmy pamięć o tylu istnieniach ludzkich i zmarnowaliśmy swoje wieloletnie wyrzeczenia. Teraz mamy tylko komisje i procesy, które kosztują, ośmieszają i nic nie wnoszą - jeśli nawet kogoś skarzemy na wieloletnie więzienie, to i tak nie odzyskamy straconych lat i straconych możliwości, że o wyprowadzonym kapitale jedynie napomknę. Młodzież wyjeżdża z Ojczyzny mając Ją w pogardzie, bo uważa, że została zdradzona, sprzedając nie tylko swoje zawodowe umiejętności, ale i godność, zaś emeryci z obawą patrzą na socjalistyczne świadczenia przy kapitalistycznych cenach w wyludniającej się i starzejącej Polsce.
Rosjanie uznali (tuż po wojnie, podczas procesu w Norymberdze) zgładzenie naszych oficerów za ludobójstwo. Wprawdzie wskazywali innych sprawców, ale byli wówczas rozdarci pomiędzy prawdą a polityką (nasi zachodni sojusznicy również...). Obecnie wystarczy dotrzeć do pożółkłych radzieckich materiałów, zapoznać się z wszechstronną argumentacją i... odkurzyć. Jeśli będą niejasności, to można poprosić międzynarodowe trybunały o rozwianie wątpliwości w tej materii.
I w kolejną, 65. rocznicę zbrodni katyńskiej, jadą pokłonić się nasi dobrze ułożeni postkomuniści - ludzie ongiś tuszujący historię, a dzisiaj współodpowiedzialni za gospodarczy i etyczny upadek Polski. Oni nie mają moralnej legitymacji naszego Narodu do oddawania (udawania?) takich pokłonów. Nie tak, większość z nas, wyobrażała sobie wolną Ojczyznę. Czy możliwe jest powstanie sprawiedliwej Polski bez superbiedaków i bez superburżujów?
W pamiętne a ważne rocznice pomyślmy o poległych żołnierzach i robotnikach - oddanych Ojczyźnie obywatelach. Pomyślmy, czy Oni zginęli za taką Polskę? Polskę o takim dziwnym ustroju, o takich nieprzyjaznych prawach, o takim rozwarstwieniu społecznym? To my napluliśmy na Ich groby!
Jeszcze raz Naród pójdzie do urn i zawierzy kolejnym obietnicom, bo taka jest Jego rola w Historii.Roboty przymusowe - Newsweek (17 kwietnia 2005)
Praca zaczyna się o piątej rano. Czasem trwa ponad 12 godzin. Zbiór szparagów wymaga nie tyle kwalifikacji, co wytrwałości. Wolnego dnia nie ma nawet w weekendy i święta. I tak przez dwa miesiące - 5, 42 E za godzinę.
Ponieważ w Niemczech jest teraz rekordowe bezrobocie, przeto tamtejszy rząd zamierza zagonić swoich obywateli do roboty zamiast płacić im zasiłek. Jednak rodowitym mieszkańcom jakoś się nie chce pracować - wolą dostawać zasiłki. Zresztą Polacy za owe europy są gotowi do większych poświęceń. I wydajność mają znacznie większą.
I jedni i drudzy zachowują się racjonalnie. Niemieccy bezrobotni migają się od prac sezonowych, bo niewiele przez to tracą. Za to Polak pracujący w Niemczech w rolnictwie lub gastronomii może sporo zyskać. Po miesiącu zostaje mu na czysto zwykle 600-700 E. W tym roku jednak pracodawcy będą musieli odprowadzać naszemu ZUS-owi składki dla polskich gastarbeiterów, czyli w kieszeni zostanie zaledwie 2,80 E. Dla niemieckich farmerów i hotelarzy to czarny scenariusz. Wierzą, że rządy w Berlinie i w Warszawie porozumieją się, a w ostateczności, że przedsiębiorczy Polacy znajdą sposób na obejście przepisów.
Niemcy dzięki swym organizacyjnym umiejętnościom zatrudniają Polaków na najtrudniejszych stanowiskach pracy. Większość naszych sąsiadów woli zasiłek niż wynagrodzenie za ciężką pracę. Są przekonani, że to im się należy, że są lepsi od nas i nie muszą aż tak ciężko pracować. I pewnie mają rację. My budujemy ich dobrobyt wyręczając w najgorszej robocie, jednocześnie łagodząc nasze trudności w słabo płatnej pracy albo zmniejszając dolegliwości bezrobocia. Wielu rodaków załatwia sobie zwolnienia chorobowe, renty, zasiłki i wyjeżdża do pracy za granicę. Czy za to grożą sankcje? W USA jest masa detektywów, którzy tropią wyłudzaczy odszkodowań wypadkowych - facet wygrywa setki tysięcy dolców za złamanie ręki a filmowiec nagrywa go cichcem podczas rąbania drewna lub podczas walki na ringu i zanosi kasetę do sądu...
Oczywiście, u nas Polak potrafi kombinować aż do tego stopnia, że sami Niemcy wierzą, że i tym razem zrobi w konia berliński rząd. Sąsiedzi zarobią na naszych biedaczkach tudzież cwaniaczkach, a po latach i tak o tym zapomną - będą opowiadać, że ci zza Odry to nieźli kombinatorzy. Taka jest natura ludzka. Przecież my podobnie ocenimy kolegę, który zwierzy się nam, że wykolegował polski budżet (nawet wówczas, kiedy i nam przy tym coś skapnęło). Można powiedzieć - każdy obywatel kombinuje, niezależnie od narodowości, jednak poziom, zyski i fason tych przewalików jest bardziej ucywilizowany w wykonaniu bardziej rozwiniętego narodu. Dla przeciętnego Niemca, Duna, Itala, czy Hiszpana, taki Polak, Eston czy Słowak będzie jednak obywatelem niższej kategorii. I nie oponujmy - my, Polacy, sąsiadów zza wschodniej miedzy traktujemy dokładnie w ten sam sposób. Jesteśmy w bogatej Unii łapciami do roboty - my zarobimy (urabiając się po łokcie) więcej niż w ojczyźnie, zaś zachodni producent (organizując robotę) zarobi krocie na całym oddziale przybyłych naszych rodaków. Jest to wyzysk w międzynarodowej skali, choć oczywiście "miękki", bowiem nikt z obcych nas do tego nie zmusza. Polaka zmusza brak perspektyw w ojczyźnie, wobec mizerii miejsc pracy, wobec wyzysku rodzimych burżujów i wobec kiepskich rządów naszych wybrańców. Niemniej jest to już wieloletnie zjawisko, a to nie powinno być obojętne przeciętnemu Polakowi - to trąca już pohańbieniem. Myślę, że porządnym unijnym obywatelom to również nie jest w smak, bowiem znaczne rozwarstwienie wśród mieszkańców wielkiej Unii burzy jej obraz jako matki jednako kochającej swe dzieci oraz Superojczyzny równo szanującej swych obywateli.
A jak są traktowani nasi rodacy (w szczególności rodaczki) w starych unijnych krajach, to wystarczy oglądać wieści dotyczące pracy wszelakiej. I to nie tylko przez zdegenerowanych pracodawców i pośredników (często to także Polacy), ale przez policjantów, urzędników i zwyczajnych mieszkańców. Już dziesiątki lat mamy łatkę tanich, sprzedajnych i niegodnych. Nie dotyczy to oczywiście Polaków (w tym i Polek), którzy osiedli tam jako naukowcy, wynalazcy, dyrygenci, sportowcy... Również nie dotyczy to współmałżonków oraz rodzin z Polski, którzy urządzili się w lepszym świecie dzięki pochodzeniu i łączeniu rodzin. Także nie dotyczy biznesmenów i złodziei, bo oni również mają w nosie ów napływowy (według nich) motłoch ze starej ojczyzny. Wszyscy oni wstydzą się tej biednej napływowej współczesnej watahy, bowiem (o)pływając na wygodniejszej zachodniej tratwie, zauważyli wespół z sytymi starounijnymi obywatelami, że już nie ma dla wszystkich tam miejsca... I jest to zjawisko podobne do już szanowanej w USA meksykańskiej warstwy, której się powiodło, a która z zażenowaniem obserwuje południową granicę bogatej ich nowej ojczyzny - wcale nie zależy im na jej otwarciu, a tam to dopiero mają przygraniczny żenujący koszmar!Benedykt XVI - telestacje (19 kwietnia 2005)
Dzisiaj, w tak szczególnym dniu, który przechodzi do historii, telestacje miały sporo pracy z redagowaniem wieściowych pasków u dołu ekranu. Część mediów zamieściła błędnie - nowy papież Joseph Ratzinger przybrał imię Benedykta XVI, ale część poprawnie - przybrał imię Benedykt XVI (przecież to nie jest kobieca postać Benedykta Szesnasta; wątpliwości typu niewolnica Isaura - kto/czyja?)
TVP1 - Na świecie jest ponad miliard katolików, niemal połowa żyje w Ameryce Łacińskiej i Północnej. Niezręczność - część krajów zaliczana jest do AŁ i do AP. Krócej i poprawniej byłoby - w obu Amerykach. Obu naszych korespondentów (panów Piotrów), na żywo relacjonujących wydarzenia z Placu Świętego Piotra*, "podpisano" - Rzym. Ale TVN24 oraz Trwam poprawnie - Watykan. Natomiast obce telestacje po hiszpańsku i angielsku to obecnie najważniejsze państwo określały kolejno jako - Ciudad del Vaticano oraz Vatican City, a mogły krócej - Vatican(o); przy okazji - należy podkreślić państwowość, nie "miastowość". Francuska TV5 podpisała widok na Bazylikę Św. Piotra* - Place Saint-Pierre - De Rome (Italie). Cóż za precyzja - w nawiasie ustalono nawet państwo, którego stolicą jest Rzym. Jednak popełniono błąd - plac znajduje się na terytorium państwa Watykan, zatem ani to Rzym, ani Włochy/Italia. Pan Jacek wspominając pontyfikat JPII popełnił gafę - po wybraniu naszego papieża Włosi szybko pochowali, przepraszam - pokochali. Chyba nikt nie będzie tego wywlekał - gdyby był politykiem, którego media nie lubią...
Niemieckojęzyczna ciekawostka - Habemus Papam - mamy Papieża (w ojczystym języku nowego zwierzchnika Kościoła Katolickiego** - haben = mamy oraz mieć).
Niemiecka Wikipedia podaje - Josef (albo wcześniejsze) Joseph (hebr.: iosef); nasi sąsiedzi Józefów nazywają rozmaicie, jednak oryginalne imię kolejnego papieża istotnie pisze się według angielskiego standartu (skoro większość mawia [o standarcie]...)
* - w ten sposób powinny być pisane mikrogeograficzne nazwy (obowiązujące słowniki są innego zdania)
** - nie Kościół katolicki, ewentualnie katolicki KościółSkandal w mięsie - Onet (20 kwietnia 2005)
Nie ma zepsutych wędlin. Kontrola inspektorów weterynaryjnych w zakładach mięsnych Constar wykazała uchybienia, ale nie znaleziono zepsutych produktów. Przewodniczący rady nadzorczej poinformował, że "były błędy, przyznaliśmy się, naprawiliśmy wszystko. Zmierzamy do tego, żeby spełnić wszystkie zalecenia, które otrzymaliśmy od służb weterynaryjnych i żeby rozpocząć produkcję". Dziennikarze wykryli, iż Constarze zapleśniałe kiełbasy pracownicy odświeżają olejem, a wędlinom na etykietach przedłużają terminy ważności. Inspekcja Weterynaryjna wstrzymała pakowanie i wysyłanie wędlin w zakładach mięsnych. Tego samego dnia rada nadzorcza spółki podjęła decyzję o wstrzymaniu całej produkcji. Odwołała także prezesa firmy.
Cały kraj został wstrząśnięty dziennikarskimi rezultatami śledztwa przy zastosowaniu ukrytej kamery. Czołowe zakłady miały wszelkie atesty na technologię wytwarzanych wyrobów, także zachodniounijnych. Dotychczasowe marudzenia strony rosyjskiej uznawaliśmy za polityczne - jakże to, wymagający Zachód bierze od nas świetne wędliny, zaś łapczywy Wschód stawia dziwne wymagania (polityka albo ktoś dał za mało w łapę). Cóż za kompromitacja! Zachód czeka na wyjaśnienia, zaś Wschód tryumfuje - a nie mówiliśmy, że coś w Polsce kuleje (najwyraźniej zwierzyna po uboju)? Być może Wschód doskonale orientuje się w pełnej gamie szwindli i uników wobec kontroli (przecież to nasi pobratymcy po języku i zwyczajach), zaś Zachodowi do głowy nawet by nie przyszło, aby inspekcja weterynaryjna ustalała swe wizyty z producentem... Miejmy nadzieję (taka jest teraz nasza racja stanu!), że przerabiane mięsiwo trafiało wyłącznie na polski stół - rodacy fałszowali, niech i oni zajadają się, natomiast niewinni cudzoziemcy nie powinni trzymać się za brzuchy, co najwyżej z powodu śmiechów - a to sprytni Polacy nas wykołowali z całym tym zachodnim ISO...
No, ale powyższe wieści nie potwierdzały najważniejszych zarzutów - do czasu. Onet po sześciu godzinach wyjaśnił sprawę - Były zepsute produkty. Wcześniej dyrektor powiedział, że nie stwierdzono produktów przeterminowanych, a jedynie mające krótki termin przydatności do spożycia oraz produkty nieoznakowane. W drugiej rozmowie wyjaśnił, że nie zajrzał do drugiego protokołu kontroli, który zawierał informacje o przeterminowanych produktach. Uchybienia nie zagrażały zdrowiu konsumentów. Nieprawidłowości zostały już wyeliminowane.
Pracownicy zamkniętych zakładów protestowali przed kamerami twierdząc, że telewizja pokazała nieprawdziwe wydarzenia. Oczywiście - dla nich to bezrobocie, a jeśli latami widywali i tolerowali karygodne i nielegalne odświeżanie mięs wszelakich, to przywykli do tego i nie widzieli w tym nic zdrożnego. Zresztą pewnie nie oni to jadali. Gdyby tak z pracownikami innych zakładów (choćby mleczarnie) uczciwie porozmawiać (kiedy są już na emeryturze...). Jeśli u progu trzeciego tysiąclecia kontrolerzy dystrybuowanych paliw na stacjach donoszą, że co dziesiąty litr jest oszukany i nie ma mocnych na ów równie haniebny proceder, to w którym miejscu jest nasze praworządne państwo? W sektorze mięsnym i paliwowym zawsze dochodziło do największych przekrętów już w poprzedniej epoce, ale wówczas nie było dociekliwych dziennikarzy i całe pokolenia rodzin tam zatrudnionych czerpało garściami nieuzasadnione korzyści. Przecież tylko wścibskim mediom i coraz sprytniejszej obserwacyjnej technice zawdzięczamy gwałtowny wzrost ujawnień omawianych spraw oraz korupcyjnych z udziałem urzędników, lekarzy, prawników i celników. Wyobraźmy sobie, ile ci nieuczciwi ludzie przejmowali naszych dóbr bez podatków i bez większego wysiłku. I czynią to nadal, ale już z widocznymi trudnościami. Tak się przyzwyczaili do szwindli, że po złapaniu twierdzą, że to nie ich rękę ucapiono. Nawet po okazaniu nagrania!
Prokuratura chce zbadać, na ile ujawnione metody poprawiania żywności mogły być szkodliwe dla nabywców. Szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi - przecież jeśli do kotła wpadnie czyjaś sztuczna szczęka, to nie jest dla mnie aż tak istotne, czy ta osoba była chorowita. Niech nawet wykażą, że była zdrowa i codziennie traktowała specjalnymi tabletkami (przy okazji reklama mile widziana) owe zębate precjoza, zaś wyrób został potraktowany izotopem albo zalany lizolem - co mnie to obchodzi! Przecież w restauracji wskazujemy muchę czy włos w zupie niezupełnie z powodów zdrowotnych i higienicznych. Idzie o zwykłą estetykę i przyzwoitość - nie można kupować wędlin, do których wpadają "surowce" spoza specyfikacji materiałowej oraz artykułów przeterminowanych, odzielenionych i ponownie elegancko zapakowanych. Myśl o obrzydliwych technologiach powoduje niechęć do konsumpcji nawet najlepszych wyrobów wędliniarskich w naszym kraju. Zwykle jadamy nie wnikając w recepturę i procedury, choć wiele w życiu nasłuchaliśmy się - dopóki dokładnie nie pokazano obrzydliwych zachowań, dopóty łudziliśmy się, że to niemożliwe, że to nieprawda, że może inni jedzą byle co, ale nie my. Woleliśmy tego nie wiedzieć, nawet jeśli były przecieki informacyjne (tak przecież zachowuje się większość "normalnych" ludzi w znacznie poważniejszych sprawach - patrz zbrodnia katyńska, eliminacja Żydów, niedawne wojny na Bałkanach).
Ale teraz wiemy i co? A może jako patrioci i obywatele zwalczający bezrobocie oraz (coraz mniejsze) luki rynkowe powinniśmy na owe bezeceństwa przymknąć swe oczęta i ochrzanić media za wścibstwo, chęć rozgłosu i podniesienia swej wartości (także wynagrodzenia) kosztem może niezbyt uczciwych pracowników, ale za to ciężko pracujących, wręcz w czoła pocie cieknącego do mieszalnika z żarciem dla nas?! Jeśli jednak dojdziemy do takich wniosków, to uznamy, że niewiele się zmieniło w naszej mentalności i w podejściu do obowiązków zawodowych, że nie wspomnę o zwykłej uczciwości wobec klientów, którymi w istocie przecież my wszyscy bywamy.
22 kwietnia, tuż po północy, Onet spostrzega - Constar mętnie się tłumaczy. Przedstawiciele zaprzeczają, że w zakładzie miał miejsce proceder "odświeżania" wędlin, tj. przemetkowywania produktów celem ponownego wprowadzenia ich do obiegu. Śledztwo prowadzi Prokuratura Rejonowa w Starachowicach. Rozważane jest przejęcie sprawy przez Prokuraturę Okręgową w Kielcach - poinformował rzecznik tej prokuratury, Bogdan Karp.
Pan Karp reprezentuje jakby inną frakcję - wygląda na szczęśliwą rybę, zaś w sprawę zamieszane są ssaki, tak naczelne (rządzące) jak i stadne (konsumpcyjne), ale może właśnie dlatego wytypowano go jako najbardziej bezstronnego fachowca.
Wieczorem, w porze Teleekspresu (niesłusznie określającego się jako Teleexpress), Onet kontynuuje sprawę - Wycofane wyroby wędliniarskie krążą w samochodach po Polsce, gdyż nie można znaleźć miejsca na ich składowanie. Wskutek braku systemowych uregulowań prawnych o sposobie postępowania w takich przypadkach samochody te przez kilka dni jeździły po Polsce.
Teraz wiemy, czyja to wina. Nie ludzi, ale przepisów. Pół wieku mamy po wojnie a spore europejskie państwo (już unijne!) nie ma uregulowań prawnych... Z powodu ich braku samochody sobie jeździły parę dni - pewnie bez kierowców i bez paliwa. Proponuję ustanowić kolejne (ale kardynalne) prawo - jeśli nie ma uregulowań, to kierowcy wyłączają silniki.
Czy my, konsumenci, możemy poprosić, aby producenci pasztetów i innych wyrobów (przy których wzrok może nas zawodzić), zamieszczali w internecie dokładny skład oraz technologiczny opis przetwarzania. Wczytywalibyśmy kod producenta z opakowania i ze smakiem zapoznawalibyśmy się z danymi i to potwierdzonymi przez niezależną właściwą inspekcję.
Przy okazji - w jaki sposób nabiera się klientów w słodszej branży. Na tabliczce umieszczamy napis Czekolada deserowa o czarującej nazwie Fascynacja firmy nazwą nawiązującej do Kujaw. Umieszczamy ją pośród innych, ale z wabikiem Promocja. Nie dziwimy się więc niskawej cenie i spokojnie kupujemy, zwłaszcza że opisana jest w czterech językach. Podczas domowej degustacji, "czekolada" okazuje się być tabliczką czekoladopodobną... Termin przydatności do spożycia został jedynie wytłoczony (bez druku) i trzeba specjalnego oświetlenia tudzież lupy do przeczytania - 250X05 (najważniejsze, ale nieczytelne X). Ktoś powie - nazwa czekolada zobowiązuje, języki również, w Unii jesteśmy (pewnie firma spełnia ISO), a towar nie odpowiada nazwie, zaś sposób oznakowania skandaliczny. I co? Nic!Udupić dizajn! - Ozon (nowy tygodnik - nr 1, 21 kwietnia 2005)
Ciekawa odmiana tlenu (trzymajmy kciuki za nowe czasopismo na jakże trudnym, bo niezamożnym, czytelniczym rynku) zasypuje nas designem - Po kilkudziesięciu latach przerwy design znowu wkracza w naszą codzienność. Ale czy on (wkraczając) wie o tym? Czy parę dekad temu także nazywał się design? A jeśli nie, to jak się wówczas nazywał i komu to przeszkadzało?
Trzej krakowscy miłośnicy designu redagują internetowy magazyn projektowy "Rzeczy". Strona jest często doładowana porcją świeżych informacji o wydarzeniach w polskim i zagranicznym designie. Chciałoby się powiedzieć - nawet we wszechobecnym designie Polska nie zagi(g)nie!
Znajdziesz tu niecodzienne pomysły projektantów z wyobraźnią. Dlaczego nie designerów?
Okładki magazynu projektuje coraz to inny młody grafik. Nie designuje?
Dotowana instytucja zajmująca się designem - Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Może nazwę zmienić na Instytut Designu Przemysłowego?
Takie designerskie łaciate laptopy można oglądać na www.rzeczy.net. Cóż byśmy zrobili bez angielskiego słownictwa? Wzorzyste łaciate? Trochę prostackie - za to designerskie brzmi bardziej bajerancko... Ale na podanej witrynie przeszli już na spolszczoną wersję - dizajn.
Wielki słownik ortograficzno-fleksyjny ma design, ale jako słowo... nieodmienne. Zatem zastosowane uprzednio formy designu, designie, designem są błędne? Ortograficzny słownik języka polskiego (A. Markowski) ma designer, ale nie ma design (całe szczęście, że ma projektant i projekt).
Kopaliński wyjaśnia, że design jest to szeroko pojmowana sfera wzornictwa, a ponadto - marketing i organizacja produkcji, tworzenie atrakcyjnej formy wyrobu i wizerunku producenta na rynku. I tu dochodzimy do sedna znaczenia - okazuje się, że owo tajemnicze pojęcie jest tak szerokie, że polskie przaśne słownictwo nie jest w stanie objąć tego zjawiska. Dlaczego angliści mogą wytworzyć słowo szerszego znaczenia i wmówić użytkownikom ogólniejszy sens, zaś poloniści nie mogą. Pewnie wynika to z różnicy w gratyfikacjach, bowiem już dawno udowodniono, że lepiej opłacane warstwy społeczne zwykle dają swemu narodowi i światowej cywilizacji wyższe plony (plon - tutaj szerzej niż rośliny). Jeśli Polacy i inne narody nie nadążą za językiem angielskim, to w przyszłym wieku zanikną ich języki. Reasumując - dizajner to jest taka znakomita figura, która potrafi wszystko to, co pomysłodawca, projektant, konstruktor, producent, organizator, handlowiec i imażysta (kreator wizerunku/imażu firmy; można powiedzieć - niezbyt znane słowo, ale tutaj w nowym znaczeniu; w końcu nasz język rozwija się i RJP może zaaprobować słownictwo, które wprawdzie jeszcze nie wali doorami i windowami, ale właśnie nieśmiało puka do polszczyzny). Albo - jeśli nie potrafi wszystkiego - jest szefem skupiającym specjalistów o wymienionych umiejętnościach.
Na innej stronie artykuł pt. Zagłębie designu czytamy - Zamkowa Góra stała się również mekką designerów. Nie zapomina się o nowych pokoleniach designerów. Nie słyszałem o poprzednich pokoleniach tychże - co na to polscy ojcowie dzisiejszych dizajnerów? A matki dizajnerki? I dziwnie brzmi to angielskie słowo przy zdaniu - Można się tu nauczyć tkactwa, garncarstwa czy koronkarstwa. Ale koniec już typowo swojski - A najważniejsze jest to, że działania Zamku są naprawdę profesjonalne i nie mają w sobie nic z prowincjonalnego upupienia.
Przy okazji ostatniego słowa trącającego Gombrowiczem - można zajrzeć do Wikipedii. Okazuje się, że ów sławny Polak "urodził się w Małoszycach w dość zamożnej rodzinie szlacheckiej", ale aż "do połowy lat 60. mieszkał w Argentynie żyjąc na granicy ubóstwa". Zatem dzięki rodzicom żył znośnie, ale dzięki sobie, na krańcu świata - przymierał głodem... Ponieważ zmarł w 1969, przeto nie nażył się długo w dostatku (parę lat). Tuż przed wybuchem wojny wypłynął z Gdyni do Buenos Aires, gdzie "postanowił przeczekać wojnę". Miał zatem 35 lat, a ojczyzna zmagała się z odwiecznymi wrogami licząc na pomoc z całego świata swych synów... "Wszystkie swoje dzieła pisał wyłącznie po polsku, jednak obowiązywał zakaz publikowania ich w Polsce". No i to jego upupienie - czy obcokrajowcy dobrze przetłumaczyli owo słowo na swe języki, jako my ten nieszczęsny dizajn (po polsku - konstrukcja, projekt, deseń, wzór, plan, zamysł, krój)? Może ktoś zna odpowiedniki w najważniejszych językach świata? I jak obcokrajowcy odróżniają upupienie od udupienia? Niemcy mają Verarschung, ale to raczej mocniejszy odpowiednik... A może ów subtelny naród o twardym języku i takichże rygorach nie odróżnia takich niuansów?
Skoro dizajn/design, to może dojrzeliśmy do hasła dizel zamiast diesel? Chyba, że komuś (złośliwie) zależy na udupieniu rozsądnej propozycji...Syndrom zajączka i niedźwiedzia - media (9 maja 2005)
1 maja 2005 pokazano nasze problemy w UE - wójt Żebrak mówił o złożonym podaniu o dotację do budowy drogi, rolnik Dziedzic oznajmił o otrzymanej dotacji do swego pola, zaś rybak Nędza podzielił się swymi kłopotami z limitami połowowymi na Bałtyku. Zaskakujący związek nazwisk z pracą (w aspekcie jej święta) oraz z polską rzeczywistością...
5 maja 2005, podczas debaty sejmowej (nieudane samorozwiązanie naszego Sejmu), podczas ogólnego lamentu pośród parlamentu, przebiło się kasandryczne wieszczenie - "nadchodzi widmo kaczyzmu". Kwestię wygłosiła najwłaściwsza (fonicznie) osoba o doskonałej onomatopeicznej predyspozycji do naśladowania drobiu o nazwie nawiązującej do owego widma. Po osadzeniu lwicy (o)polskiej lewicy to bodaj teraz najsłynniejsza posłanka gasnącej frakcji, o głosie oddalającym myśl wszelaką o jakiejkolwiek frykcji (i to mimo wiosny!). W tle przewijała się milcząca a przybita postać posła (o bardzo popularnym polskim nazwisku) bijącego rekord do słynnej księgi w niejedzeniu (piąty miesiąc?), który z mieszanymi uczuciami konstatował (pod transparentem podającym swe internetowe dane), że Sejm wystawia na parę kolejnych apatycznych miesięcy nie tylko miliony Polaków, ale i jego samego - trudna wszak do zniesienia będzie obserwacja kolegów posłów konsumujących apetyczne kanapki podczas obrad...
TVP3 (6 maja 2005) - Pokonany przeciwnik złożył gratulacje Tony'emu Blair'owi. 15 piętnaście osób odniosło obrażenia w zamachu w Tikricie. Potępienie paktu Ribbentrop- Mołotow. W Rosji skradziono statek, którym weterani mieli płynąć po rzece Moskwie.
Apostrof zbędny w nazwisku i podwójne oliczebnikowanie. Obok paktu, należy potępić należy również niesymetryczne ustawienie dywizu. Pływamy po rzece Moskwa, nurkujemy w głąb morza Bałtyk (nie Bałtyku), mieszkamy w państwie Polska (nie Polsce), spacerujemy po dzielnicy Redłowo (nie Redłowie), odpoczywamy nad jeziorem Wigry (nie Wigrami), przemawia burmistrz miasta Nowy Jork (nie Nowego Jorku), obraduje rada miasta stołecznego Warszawa (nie Warszawy), byłem w górach Tatry (nie Tatrach), choć oczywiście - pływamy po Moskwie, nurkujemy w głąb Bałtyku, mieszkamy w Polsce, spacerujemy po Redłowie,odpoczywamy nad Wigrami,przemawia burmistrz Nowego Jorku, obraduje rada Warszawy,byłem w Tatrach. Oni płynęli statkiem "Batory" albo Oni płynęli "Batorym"; Byliśmy na filmie "Lalka" albo Byliśmy na "Lalce".
Henryk Sienkiewicz nowelę Sachem rozpoczyna - W mieście Antylopie, położonym nad rzeką tegoż nazwiska, w stanie Teksas..., a powinien - W mieście Antylopa, położonym nad rzeką tegoż nazwiska, w stanie Teksas (przecież nie Teksasie)...
Parę miesięcy temu, słynny polonista nie rozwiał wątpliwości w swej audycji radiowej - stwierdził, że wszystko zależy od konkretnej sytuacji, a to oznacza, że nie należy liczyć się z jakąś unifikacją. Jeszcze jedna trudność naszego języka - gdyby zliczyć wszystkie niedogodności (wręcz kłopoty) językowe i porównać z innymi powszechnie znanymi językami... Biedni rodacy Polacy, ale co z cudzoziemcami?
TVP3 i TVN24 (7 maja 2005) - Australijskie służby ratownicze podały, że najprawdopodobniej samolot rozbił się i nikt katastrofy nie przeżył. Złamano (na antypodach?) niepisaną zasadę - nie oznajmia się o śmierci (nawet najprawdopodobniejszej) przed znalezieniem zwłok (formalnie - po roku od zaginięcia). Od kilku dni nasze media podają, że w Sanie utonęły 3 osoby, zaś 2 uznawane są za zaginione. Nikomu nie przyszło do głowy pisać otwarcie - utonęło 5 osób.
Na pasku z gorącymi wiadomościami (czerwonym) parokrotnie pisano - o. Zięba spotkał się... Zdanie powinno zaczynać się od dużej litery, ale uznano, że O. Zięba ktoś odczyta jako np. Onufry Zięba, a nie ojciec Zięba i "świadomie popełniono błąd". Zgoda - o. (ojciec) oraz p. (pan, pani) dziwnie wygląda jako początek zdania, niemniej zasady są bezwzględne - zawsze zaczynamy z dużej litery. Aby uniknąć takiej niezręczności należy raczej pisać pełnym wyrazem (wybór - błąd czy wygoda?). Przy okazji - skoro część językoznawców woli termin wielkie litery, które przez innych nazywane są tylko dużymi, to może pójść na kompromis i nazwać je niemałymi (zatem litery małe i niemałe)?
TVN24 (9 maja 2005) - Na Placu Czerwonym trwa defilada. Nad Placem przeleciały samoloty. Przed Grobem Nieznanego Żołnierza złożono wieńce. Ciągle błędne pisanie nazwy placów, w szczególności owego Czerwonego (choć tak w przyszłości będziemy pisać, jeśli tylko RJP obudzi się z letargu). Jednak - i to niezależnie od tego snu i opcji - jedynie nad placem przeleciały samoloty. Oczywiście, skoro Grób od wielkiej, to i Plac powinien być od takiejże.
Nazajutrz poinformowano, że na berlińskim Placu Poczdamskim odsłonięto Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Popieram, ale póki co napisano błędnie.
Kilkanaście dni temu pisano - w Grotach Watykańskich pod bazyliką św. Piotra, co - mimo bardzo poważnej chwili - było językowo śmieszne: pod wielką i słynną (tylko) bazyliką (aż) Groty. Podziemna wielkoliterowa część małoliterowej kolosalnej budowli? Powinno być również - pod Bazyliką Św. Piotra (tutaj także jest sporo do zrobienia, bowiem słowniki mają - Bazylika św. Piotra, ale kościół Mariacki, czyli kolejne dziwactwo niekonsekwencji!).
No i ten rusycyzm - z dużej litery. Tak jest popularny, że chyba nie należy go potępiać w czambuł, chyba że w rocznicę zakończenia II wojny światowej, choć dla Rosjan to Wielikaja Otieczestwiennaja wojna. Putin mówił o WOw, zaś tłumacz o II w.św. Także rozbieżność, gdyż dla nas wojna zaczęła się 1 września 1939, zaś dla nich... 22 czerwca 1941, zatem świętowaliśmy zakończenia niezupełnie tych samych wojen... Pewnie dlatego my sytuujemy Katyń podczas wojny, zaś dla naszych wschodnich braci, tenże sam Katyń należy jedynie do ich przedwojnia...
Podczas defilady na Placu Czerwonym zlekceważono Polskę, kiedy to Putin wymienił trzech koalicjantów oraz niemieckich i włoskich antyfaszystów, zaś nie wspomniał o naszej ojczyźnie. Prezydent RP, po powrocie do stolicy, na konferencji bronił Putina, że jednak wymienił Polskę jako "inne państwa koalicji", że nie mógł w krótkim przemówieniu wyliczać wszystkich sojuszników. No tak, ciekawe, które to państwa czułyby się obrażone, gdyby jednak wymienił nasz kraj (i zajęłoby mu to pół sekundy, zaś u nas nie ma audycji i artykułu bez tego wątku)? Nie przychodzi mi jakoś żadna nazwa, godna choć w połowie naszej Polski. Pewien dziennikarz dał nawet szansę kompromisowego wybrnięcia prez. Kwaśniewskiemu z opresji, sugerując pozadyplomatyczne podejście do tematu, takie odczucia zwykłego polskiego obywatela - niestety, nie dostrzegł tej polubownej drogi, choć korona (chyba nawet cierniowa, bo jechał i wracał jako... męczennik) jednak by mu nie spadła, a większość Polaków byłaby choć częściowo usatysfakcjonowana. Pewnie wystąpił tu syndrom zajączka i niedźwiedzia - jeśli szaraka złośliwie ochlapie przejeżdżający przez kałużę misio, to drobiazg tłumaczy dziennikarzom, że te plamy to tylko od deszczu... Wszak przyznanie, że duży futrzak spostponował mniejszego, dyskretnie ucieszyłoby obóz wielkiego oraz głośno ośmieszyłoby frakcję małego. Taki już los małych gryzoni. I łatwo pomylić zająca z orłem - pierwszy bielak, drugi bielik.
Za co Rosjanie mają nas lubić? Za powstrzymanie marszu na Zachód pod Warszawą (1920), a może za rozpad ZSRR (1991)? Czyli za dwie katastrofy wschodzącego i zachodzącego Kraju Rad? I nigdy nam tego nie wybaczą. Dlaczego z sympatią popatrujemy na Francję, Węgry, Włochy, Japonię, USA i Norwegię, zaś żywimy animozje do paru ościennych krajów? Bo przez setki lat polubiliśmy dalszych sąsiadów, zaś z bliższymi mieliśmy zatargi. I to jest obserwacja prawdziwa dla relacji pomiędzy bodaj wszystkimi państwami świata. Jak to mówią? Z sąsiadami wychodzi się najlepiej na zdjęciu...
A swoją drogą, jeśli dyplomacja jest sztuką przekuwania słów w czyny albo chociaż w emocje, to Putin miał niepowtarzalną okazję - dodając jedno słowo Polska pozyskałby sympatię paru milionów Polaków niewiele tracąc z imperialnej dumy. Za tak niewiele miałby aż tak wiele... Czyżby nie wiedział, że Polacy są przewrażliwieni na punkcie udziału w wojnach? A jeśli wiedział i uczynił to świadomie... Cóż za polityczny blamaż!Gesty - niby nic wielkiego, a jednak... - media (13 maja 2005)
Decyzję o beatyfikacji ogłoszono w 24. rocznicę zamachu na polskiego papieża.
Dwa państwa - jedno największe na globie, drugie zajmujące tylko 44 hektary.
W Rosji prezydent wygłosił (jako jedyny) przemówienie, w którym raczył zauważyć kilka państw uczestniczących w największej z wojen - paru koalicjantów i dwóch antyfaszystów (pewien dziennikarz dodał z sarkazmem, że podczas Powstania, na większej ulicy naszej stolicy było więcej przeciwników Hitlera niż w niejednym całym kraju, którego naród próbował choć symbolicznie zmyć swą hańbę). Polska nie została wymieniona w przeciwieństwie do państwa, które nie przyszło nam z pomocą (mimo traktatu), pomniejszało znaczenie naszej walki podczas kampanii wrześniowej (choć samo wypadło znacznie gorzej w bardziej sprzyjających warunkach), jawnie współpracowało z okupantem (utworzono nawet specjalny twór państwowy), zaś jego obywatele gremialnie wysyłali Żydów do obozów na terenie okupowanej Polski oraz tworzyli słabszy ruch oporu niż polski. Ale zostało wymienione wraz z dwoma antyfaszystowskimi blokami, których obecni mili przywódcy byli reprezentowani przed Kremlem w towarzystwie sympatycznego premiera, którego naród wydał podręczniki szkolne, zaprzeczające zezwierzęceniu swych żołnierzy po zajęciu Państwa Środka. Wszyscy najważniejsi politycy świata zbili się w grupkę wokół Putina, który jednoznacznie określił miejsce Polski w 60 lat po wygranej/przegranej wojnie. Zapewne uznał, po zbilansowaniu plusów i minusów (liczba ofiar, straty materialne i terytorialne, narzucenie obcych ekonomicznych, społecznych i prawnych zwyczajów), że istotnie - Polska jednak przegrała II wojnę światową. Nie ma innego europejskiego państwa, które by zostało aż tak znieważone; tak przez ostatnie 60 lat, jak i na owym Placu Czerwonym*.
W Watykanie, kolejny papież, tym razem Niemiec, o którym - my, Polacy - myśleliśmy z pewnymi obawami, ogłasza całemu światu, w rocznicę zamachu na Jana Pawła Wielkiego, Jego przyspieszoną beatyfikację.
W obu przypadkach, obaj przywódcy, zastosowali medialne gesty, które mają kolosalny wpływ na miliony Polaków. Energię jądrową można zastosować do rozwoju cywilizacji albo do jej unicestwienia. Publicznymi wypowiedziami można zniechęcić albo pozyskać masy. W kilka dni przeżyliśmy szok i euforię - jeden stracił resztki poważania milionów Polaków podczas markotnego mataczenia na placu, drugi pozyskał takie miliony naszych rodaków podczas entuzjastycznego wygłoszenia nowiny, ale na innym placu. W tym tygodniu, została przesunięta granica sympatii ze strony rosyjskiej na niemiecką, wszak jeśli większość Polaków pomyślała w opisany sposób w mniejszej czy większej skali, to po pomnożeniu przez liczbę naszych rodaków...
Nawet, jeśli przyjąć, że obaj wykonali gesty pod publikę, to jednak jeden wykonał pozytywny (a przecież nie musiał!), zaś drugi negatywny (choć nie powinien!). W obu przypadkach - gesty, które albo jednają albo poróżniają narody. To jest umiejętność wpływania poprzez media na miliony ludzi. Jeden robi to z wdziękiem (i wygląda na sympatycznego staruszka - nie takich Niemców przez lata nam pokazywano), drugi z zachował się obrzydliwie (a przecież jest Rosjaninem - przez lata ukazywano jego nację wyłącznie pozytywnie). Niemiecki papież ma szansę zbudować solidny most przyjaźni polsko-niemieckiej, zaś były komunista koniecznie chce poróżnić dwa słowiańskie narody. W jaki sposób ocenią te trzy narody (z których dwa wespół napadły na trzeci) obu przywódców - czas pokaże, ale Niemcy mogą już być dumni ze swego rodaka, w przeciwieństwie do Rosjan.
Nazajutrz Watykan podał, że nie widzi przeszkód, aby beatyfikacja JPII odbyła się w Polsce. Obecny papież robi co może, aby zmyć okrutne wrażenie pozostawione w duszach naszych przez swych rodaków a nazistów, zaś prezydent Rosji nie wykazuje żadnej klasy, choć pochodzi z imperium lansującego system o jeden szczebel wyższy, bo... jednoklasowy - istotnie, dyplomaci dzielą się na dystyngowanych i na siermiężnych.
* - proponowana przeze mnie pisowniaObiektorzy - ludzie sprzeciwu - media (15 maja 2005)
15 maja przypada Międzynarodowy Dzień Objectora (odmawiacza służby wojskowej ze względu na swe przekonania). Znowu światowcy wystawiają na ciężką próbę ortodoksów naszego języka - aż handy (skoro mamy trendy) opadają... Szkoda, że nie wymyślono takich obiektorów tysiąc lat temu - wszyscy panowie wstąpiliby do kółek odmawiających walki zbrojnej z agresorem, którego przecież by nie było, z oczywistych powodów. Kobiety zajmowałyby się nie tylko dziećmi, obiadami, ale i ustaleniami granicznymi. Pełne już milenium nie byłoby wojen - dlaczego dopiero teraz pomyślano?! Lepiej późno niż wcale?
Internetowy słownik PWN ma obdżektor - człowiek odmawiający pełnienia służby wojskowej ze względu na przekonania lub wyznawaną religię (ang. objector, od object - przeciwstawiać się). Słowniki portalu wiedzy Onet - nie mają tego wyrazu, ale proponują kilkanaście znaczeń słowa object, m.in. - protestować oraz... zgodzić się. Wielki słownik ortograficzno-fleksyjny zawiera również wspomniany koszmar językowy - objector (patrz obdżektor), a to oznacza, że jednak wielu polonistów spotkało się w tej sprawie i wymieniło poglądy, które "zaowocowały" owym okropieństwem. Gdyby jednak zastanowili się, to nawiązaliby do lekko zmurszałego słowa obiekcja i zaproponowaliby wyraz obiektor - 'człowiek mający obiekcje', czyli 'zgłaszający zastrzeżenia' (ogólnie) oraz właśnie ów 'odmawiacz komisjom wojskowym' (w szczególności). Czyżby wszyscy żołnierze demokratycznych armii walczących na naszym globie mogli być obiektorami? A jednak nie są - co nimi kieruje? Kłopoty rodzinne, brak innej pracy, pieniądze, chęć poszalenia, nuda, patriotyzm?
Obiektor to również astronom niezgadzający się z teorią geocentryzmu albo heliocentryzmu (w zależności od humoru), wielu innych protestujących naukowców, a także grono amatorskich polonistów, którzy "mają w głębokim poważaniu niby-poważne ustalenia" zawodowych językoznawców (choćby owa dziwna, bo dywizowa, pisownia z cząstką niby, w przeciwieństwie do łącznej pisowni z innymi cząstkami, np. z super). Obiektorka to pani odmawiająca panu życia na kocią handę, zaś po ślubie (po poproszeniu o handę) - odmawiająca bycia wyłącznie gosposią (w przeciwieństwie do kobiety wyzwolonej, która pierwszą sprawę załatwia bezproblemowo, czyli od handy, ale o drugiej nie chce nawet słyszeć i macha przecząco handami; przy okazji - kobieta wyzwolona to niezupełnie niewiasta oswobodzona spod okupacyjnej władzy, zaś Murzynka jako takaż kobieta, to nie uwolniona niewolnica południowych Stanów).
Tegoż dnia urocza spikerka TVN24 - Podczas zamachu zginęło kilku irackich żołnierzy, ale generał wyszedł bez szwanku. Mniej szczęścia miał inny wysoki oficer [zastanawiamy się: stracił nogę, słuch albo auto, ale nie...], który zginął od bomby. Mówienie o mniejszym szczęściu w znaczeniu śmierci jest nietaktem. Owszem, w czarnych komediach albo dowcipach, ale w oficjalnym serwisie informacyjnym? Czyżby poprawne (ale nie językowo) były zdania: Pilot wyszedł bez szwanku, ponieważ uratował się na ukrytym spadochronie, ale pasażerowie mieli mniej szczęścia - wszyscy zginęli. Więźniowi udało się zbiec z konwoju, jednak jego koledzy mieli mniej szczęścia - zostali rozstrzelani. Nazistowskie represje przeżyło o głodzie jedynie parę tysięcy Żydów, ale ich rodacy mieli mniej szczęścia, bowiem zostali zgładzeni w obozach śmierci.
Na pasku z wieściami (owa telestacja oraz TVP3) - Benedykt XVI: Zadaniem kościoła jest otwieranie granic między narodami oraz obalanie barier klasowych i rasowych. W kościele nikt nie może być zapomniany ani upodlony. Oczywiście, w obu przypadkach chodzi o Kościół (nie kościół, wszak nie o budynku mowa), natomiast poprawnie napisano - Odczytano list pasterski we wszystkich polskich kościołach. Tego błędu nie popełnił Onet - W Kościele nikt nie może być zapomniany lub upodlony, ale przy okazji omawiania tego tematu, popełnił tradycyjne błędy - Podczas mszy odprawionej w niedzielę rano w bazylice świętego Piotra oraz - na Placu świętego Piotra. Watykan ma tak niewiele bazylik i placów, a redaktorzy tak uparcie popełniają błędy...Akcyzowa kompromitacja władzy - Dziennik Bałtycki (18 maja 2005)
Gazeta zamieszcza obszerny wywiad z J. Nenemanem z Ministerstwa Finansów.
Dlaczego rząd chce wprowadzić podatek ekologiczny od samochodów?
Po pierwsze to walka z procederem zaniżania wartości aut sprowadzanych z zagranicy. Wszyscy wiemy, że umowy są fałszowane.
Ale mi państwo - urzędnik wysokiego szczebla informuje wszystkich, że wszyscy wiemy, że wszyscy fałszują umowy kupna-sprzedaży. I wiedzą o tym policjanci, sędziowie i ministrowie oraz ich rodziny? I co - oni umowy spisują wzorowo? A może podobnie działają jak p. Zyta, która jest bardzo szlachetną i dostojną damą, że nikt by nie pomyślał, że może robić coś nieetycznego? A może są, jak policjanci opisani w Fakcie - po skasowaniu mandatów za przekroczenia prędkości, sami kilkakrotnie złamali przepisy ruchu drogowego (gazeta zamieszcza kilka dowodowych zdjęć)?
Dziwna argumentacja - aby walczyć z fałszowaniem danych, wprowadzamy podatek ekologiczny... To może, aby ograniczyć oszukiwanie na paliwach, wprowadźmy podatek optyczny - im lepiej komuś patrzy z oczu przy dystrybutorze, tym niższy.
A poważnie - dlaczego nie wprowadzimy podatku ekologicznego od palaczy papierosów (w knajpach, na ulicy, w wagonach), od kominów zasilanych piecami na paliwa dymiące, na motocykle bez tłumików hałasujące w dni co bardziej słoneczne?
Drugim powodem jest większa dbałość o środowisko, a Unia popiera działania ekologiczne.
Nie czarujmy się - UE kwestionuje każdy podatek (niezależnie od nazwy - cło, akcyza itp.), który jest zbyt wygórowany przy rynkowej cenie auta. Ministerstwo Finansów złapało się akurat ekologii jak tonący brzytwy - może Unia poprze rząd, ponieważ ten odwołuje się do modnego hasła, czyli ekologii (a to spryciarze; ciekawe, co na to Unia - czy da się oczarować tematem?). A dlaczego nasz urzędnik nie wyjaśni, że Unia może nakazać zwrot wszystkich nielegalnie pobranych akcyz wraz z odsetkami?
Dla nas ważne jest także bezpieczeństwo - im nowszy samochód, tym bardziej bezpieczny.
Również i tym modnym hasłem nasi urzędnicy chcą przechytrzyć Unię - taki ich zachodni kolega nabierze się na to bardzo humanitarne a nośne zawołanie, wszak na Zachodzie wartość człowieka jest parokrotnie wyższa niż w Polsce - wystarczy zapoznać się z wysokością odszkodowań (i składek ubezpieczeniowych). Jeśli administracja chciałaby istotnie zadbać o bezpieczeństwo, to budowałaby autostrady, zalewałaby uliczne dziury i kontrolowałaby solidniej jakość sprzedawanego paliwa oraz stan techniczny używanych przez nas samochodów. Jednak te problemy są zbyt trudne - władza nie potrafi sobie poradzić z branżą paliwową oraz ze stacjami diagnostycznymi, zatem najłatwiej wprowadzić podatek pod byle nazwą.
Czy rząd zauważa, że im więcej urzędników, ministrów i posłów, tym średnia ich inteligencji obniża się, zatem poziom bezpieczeństwa państwa jest również redukowany? Także - im więcej kierowców i samochodów, tym mniejsze bezpieczeństwo na drogach. Może zatem umożliwić dostęp do samochodów jedynie politykom i biznesmenom? Obie klasy jeżdżą samochodami o wartości nijak korespondującej z poziomem życia Polaków - pierwsi kupują auta za pieniądze z podatków, zaś drudzy kupują z zysku ze sprzedawanych nam towarów i usług, czyli i jedni i drudzy na czterokołowe luksusy mają od nas - podatników a konsumentów.
Troskę rządu można zacząć traktować poważnie, jeśli jednako będzie traktował wszystkie samochody poruszające się po naszych drogach - sprowadzone ostatnio oraz zasiedzone od dawna (i nieźle zajeżdżone). Z autami powinno być jak z dziećmi - wszystkie traktujmy równo, niezależnie od łoża, czyli od miejsca (re)produkcji.
A przy okazji - dlaczego rząd miłujący bezpieczeństwo na naszych szosach nie uporał się z plagą kierowców ignorujących obowiązkowe ubezpieczenia (w tym cudzoziemców) oraz z wysypem pijanych kierowców? Nie można wprowadzić stanu wojennego dla tych mętów społecznych? Nie można powołać się na wytyczne przygotowane 13 grudnia 1981 i rozprawić się z chuliganami szos? Ilu mamy żołnierzy, których można przysposobić do masowej kontroli na drogach? Rokrocznie wyłapuje się setki tysięcy pijaczyn uzbrojonych w tonowe pojazdy zdolne do zabijania. Gdyby ktoś jeździł rowerem z bombą, to zaraz by wojsko go zgarnęło... A tu niemal miliony ton stalowych bolidów z paliwowymi bombami w bakach pod nadzorem potencjalnych morderców i co? A gdyby tak brać od nich od 1000 do 10000 zł, to ile budżecik miałby więcej? Ale najprościej kazać zapłacić akcyzę szarej obywatelskiej masie!
Rząd może zlikwidować akcyzę i nie wprowadzać na jej miejsce innego podatku, ale musiałby na przykład podnieść akcyzę na paliwa.
Oszacujmy - o ile podrożałby litr paliwa? Obecnie sprowadzamy (zaokrąglam dane, aby uzyskać rząd wielkości) milion samochodów rocznie. Przyjmując średnio tysiąc złotych akcyzy (jeśli będzie większa, to sprowadzimy mniej aut) mamy miliard złotych wpływu. Corocznie sprzedajemy 10 milionów ton paliw, a to oznacza, że likwidując ową akcyzę, litr paliwa podrożałby 10 gr. Dużo? Może i dużo, ale paliwa (planują również podwyżkę ceny energii elektrycznej) drożeją co parę dni i doprawdy - jaka jest różnica z jakiego powodu? Czy ktoś pamięta, dlaczego w ostatnich latach cena została aż tak wywindowana i jakie ma to znaczenie?
Z drugiej strony - dlaczego budżetowe braki rząd musi wypełniać podatkiem w branży motoryzacyjnej? Uczepił się tych samochodów jak pijany płotu - niech zapomni o autach sprowadzanych z zagranicy. Można opodatkować tysiące innych rzeczy i tylko nieznacznie omawianą branżę - przecież na szkolnictwo nie łożą wyłącznie rodzice, wszak także czynią to bezdzietni.
Ponadto - kiedy wchodziliśmy do Unii, to rząd lepiej od narodu wiedział, że cła na samochody zostaną zlikwidowane. I wiedzieli wodze, że musimy podporządkować się unijnym wytycznym. Ale ci mądrale stosują chwyty, które im odpowiadają - jeśli unia każe podnieść ceny na banany albo na salonowe samochody w Polsce, to podnosimy, jeśli jednak każe obniżyć inne ceny, to rząd udaje mało rozgarniętego ulicznego grajka i wymyśla teorie harmonicznych podatków (ustalono w stolicy, że samochody należą do grupy wyrobów niezharmonizowanych i wymykają się unijnym przepisom - takie słowno-muzyczne kluczenie w mętnych wodach fiskalnej literatury; tacy mądrzy, ale dlaczego przed referendum nikt nie pisnął słowem o owej harmonii?). Każdy kolejny rząd obiecywał obniżenie kosztów swego funkcjonowania i nigdy nie dotrzymał obietnicy. A ile można zaoszczędzić na urzędnikach? Kto pomnoży tysiące zbędnych etatów przez roczną średnią krajową płacę i dorzuci koszty utrzymania urzędów (energii, sprzętu, remontów...)?
Nowe samochody będą się sprzedawały kiepsko, a ludzie będą oszukiwali na fakturach. Nie może być tak, że państwo za pomocą prawa stymuluje obywateli do nieuczciwych zachowań.
Nowe auta kiepsko są sprzedawane w salonach z kilku powodów - bogacze (uczciwi oraz złodziejscy) obkupili się już w poprzednich latach, koszty utrzymania wzrosły (biedniejsi dłużej oglądają każdą złotówkę), kredyty udzielane są na lichwiarskich warunkach (sztucznie hamowana jest sprzedaż wszystkich nowych towarów, w tym samochodów), kredyty były zaciągane na podstawie lepszych rokowań (wielu nabywców samochodów straciło pracę albo mniej zarabia), paroletnie zadbane samochody są kilka razy tańsze niż nowe (zaoszczędzone pieniądze można przeznaczyć na remont mieszkania, podróże albo ich... po prostu nie ma).
Poziom motoryzacji i jej stan (technika, ekologia, bezpieczeństwo) jest wypadkową sytuacji gospodarczej, nastrojów społecznych, rokowań ekonomicznych kraju na tle świata. Średni wiek auta w Polsce oraz liczba zabitych na liczbę przejechanych kilometrów jest miarą naszego ucywilizowania. Metodami administracyjnymi sterowano przez pół wieku nasze zachowania, także w tej dziedzinie. Nawet po zmianie systemu, kolejne rządy podejmowały decyzje metodami zbliżonymi do poprzednich (mamy to chyba już we krwi!), a zapomniano, że wejście do Unii to nie tylko splendor dla polityków, którzy nas tam zapisali, ale również całkowita zmiana mentalności. Za nami stoją już unijni urzędnicy (to prawda, że ich też jakby zbyt wielu) oraz proobywatelskie przepisy, które jednak muszą być przestrzegane.
Obywateli naszych stymulowano przez wieki do takich zachowań - a to zaborcy, a to okupanci, a to władza ludowa. Jesteśmy zaprawieni w takich bojach. Jeśli demokratyczni prawodawcy wymyślają głupawe przepisy łamiące unijne ustalenia, to sami sobie są winni i sami sobie wystawiają ocenę - nie nadają się do współrządzenia! Obywatele z niekłamana rozkoszą wykorzystają luki prawne, ponieważ tysiące polskich cwaniaków okradło nas, dzięki takim lukom, i to na miliardy złotych. Przez nich i przez kiepskich urzędników mamy najniższy poziom życia wśród nowounijnych państw. I jeśli ktoś na tonącej tratwie może złowić dla siebie cichcem choć trochę rybiego drobiazgu - to jego!
Odwoływanie się do uczciwości, podczas gdy urzędnicy i funkcjonariusze Państwa pokazują niemal codziennie, w jaki sposób okrada się Naród, jest bezczelnością!Kłębek nerwów a nici ze studiów - TVN24 (21 maja 2005)
Na pasku z wieściami kolejne zaskoczenie składnią. Otóż poruszono problem opłat wnoszonych przez kandydatów na studia (80 zł za każde podanie od każdego wybranego kierunku) - Problem w tym, że wyniki matury poznają dopiero pod koniec czerwca. Jeśli okażą się kiepskie, to ze studiów nici, a pieniądze przepadną. Okazuje się, że ten tekst o swawolnej treści, jest żywcem ściągnięty z prasy (można sprawdzić wyszukiwarką), jednak nie problem z prawami autorskimi, lecz powagą informacji - na wieściowym pasku należy umieszczać lapidarne teksty bez infantylizmów i potoczności. Co uchodzi (w) swobodnej notatce prasowej, nie uchodzi dostojnej treści wyświetlanej na linii u dołu ekranu. Nerwy mogą puścić...
Nazajutrz Onet - Papież pozdrowił Polaków na Placu św. Piotra. Po raz pierwszy od swego wyboru Benedykt XVI pozdrowił w niedzielę Polaków przybyłych na Plac świętego Piotra na południową modlitwę Anioł Pański.
Ileż można tłumaczyć? Piszemy plac Świętego Piotra albo plac św. Piotra, ale nie Plac świętego Piotra... Osobiście jestem za pisownią Plac Świętego Piotra albo Plac Św. Piotra, jednak póki co redaktorzy i autorzy słowników są bezlitośni i niereformowalni...
Może by tak na udeptaną ziemię na placu (z nićmi chirurgicznymi)? Skoro o ziemi; otóż TVN24 (24 maja 2005) - Odkryto planetę odległą 15 tysięcy lat świetlnych od ziemi. No cóż - klawiszowcy nie odróżniają subtelności ziemia/Ziemia...Dziennikarska kaczka i medialna bomba - Trojmiasto.pl. (25 maja 2005)
Kilka dni temu znalazłem ciekawą witrynę - Trojmiasto.pl. Okazało się, że tamże prowadzą rubrykę "Co mnie gryzie". Wysłałem mój artykuł do portalu o Międzynarodowym Dniu Obiektora. Następnego dnia (20 maja 2005) otrzymałem miły post od sympatycznej pani A. Bomby - manager (wg mnie - menadżer) ds. rozwoju portalu. Informuje w nim, że ukazał się mój artykuł oraz że czekają na mnie dwa bilety na wybrany film (do Kinoplexu, choć słowniki sugerują Kinopleksu, co również mnie gryzie). Ponieważ w Gdańsku bywam od wielkiego dzwonu, przeto poprosiłem syna o odbiór nagrody.
Nie sądziłem, że za zamieszczenie artykułu, hojny portal daje takie cenne nagrody, ale ponieważ nigdy nie byłem w owym gdańskim kinie - a całą rodziną nie byliśmy w takim przybytku kultury od lat - pomyślałem: a może wyślę kolejny artykuł, dostanę dalsze dwa bilety i wybierzemy się całą rodzinką autkiem najpierw do supermarketu (nieopodal kina) a potem przed wielki ekran, zatem spędzimy miły wieczór, jak przystało na drobnych mieszczan w nowej inteligentnej Polsce.
Po włączeniu kompa i odbiorze postów okazało się, że p. Kaczorowski (inna miła postać dramatu) informuje (23 maja 2005) o zamieszczeniu drugiego artykułu (o akcyzowej kompromitacji naszej władzy) i prosi o odbiór dwóch kolejnych biletów. Moje szczęście sięga zenitu, bowiem szykuje się całorodzinny wyjazd do sąsiedniego miasta wojewódzkiego i to parę dni po Cannes (nieco światła tamtejszych ramp poraziły mi umysł). Euforia trochę opadła, bowiem okazało się, że syn odebrał bilety tylko za pierwszy artykuł ok. godz. 14, a post był nadany ok. 12, zatem myślę - szkoda, że mają w firmie bajzel (mogli włożyć dwie nagrody do jednej koperty), ale cóż - darowanym koniom nie zaglądamy i trzeba będzie w pokorze ponownie jechać po drugą nagrodę...
25 maja 2005, przed wyjazdem syn przezornie zadzwonił, czy istotnie bilety są do odbioru i tu... bomba - bilety jednak się rozpłynęły! Po powrocie z pracy odbieram emajlową (tak powinniśmy pisać) pocztę od p. A. Bomby - Witam; Przez nieuwagę kolega i ja równocześnie napisaliśmy do Pana w sprawie biletów. Wprawdzie bilety są za artykuł, ale nie umieszczamy dwóch tekstów tej samej osoby w ciągu tygodnia.
Pytam się (siebie i redakcję) - jaka nieuwaga, przecież oboje zamieścili dwa różne artykuły, za które przyznali nagrody, zatem nie ma tu żadnego przewału (w przeciwieństwie do bliskiego redakcji sądu). Z odpowiedzi dodatkowo wynika rzecz nieprawdopodobna w wolnym i nielimitowanym świecie - portal może zamieścić tygodniowo jeden artykuł jednego autora... Być może pomylili się, ale to ich sprawa, nie moja (napisali - nie umieszczamy, ale umieścili!). Gdyby w pierwszym liście, obok gratulacji, dołączyli regulamin, z którego wynikałby ów zakaz, to albo kolejny artykuł wysłałbym po tygodniu, albo pod innymi danymi i z innego kompa (Polak jednak potrafi!), albo bym wysłał z adnotacją o zrzeknięciu się nagrody (oni jednak piszą nie tyle o zakazie dwukrotnego nagradzania, ale o zakazie dwukrotnego zamieszczania tekstów w jednym tygodniu!).
Nie zaszczycę słynnego kina w nowej dzielnicy starego grodu, nie wydam setek złociszy w sąsiednim markecie, nie zintegruję się z rodzinką dzięki "rozumnej a przyzwoitej" redakcji Trojmiasto.pl. Jeszcze wieczorem odesłałem do redakcji owe wygrane bilety. Niech dziadują beze mnie! Zaproponowałem przekazanie mieszkańcom domu dziecka - niech chociaż ktoś skorzysta na całej hecy. A regulamin trąca starą epoką - dziwaczny i niedostępny (skąd my to znamy). Może zaproponują olimpijczykom ćwiczącym przed Pekinem - jeden zawodnik może startować tylko w jednej dyscyplinie - albo w puszczaniu kaczek na wodzie, albo w podrzucaniu bomby kobaltowej.
Weszliśmy do mądrej Europy, mamy internet i coraz więcej wykształconych ludzi. Ale kiedy mamy wykreować coś rozsądnego, to urzędniczą głupotą paprzemy wszystko - nie tylko na ministerialnych szczeblach. Prawdopodobnie dyskryminacyjny obyczaj redaktorów prowadzących portal jest niezgodny z konstytucją, ale któż to zbada, skoro jest znacznie więcej poważniejszych spraw do rozstrzygnięcia...
Portal po północy zamieścił motto - Brudną sprawę ujawnia zwykle tylko czysty przypadek (Stefan Pacek). No i masz ci babo placek - tylko przez przypadek straciłem bilety, a już witałem się z kaczką, znaczy gąską! Ludziska przez parę lat w cudowny sposób stają się miliarderami, a ja myślałem, że uda mi się zostać biletowym krezusem... Zapewne jednym sprzyjają regulaminy, a innym - nie.
PS Przed owym nieporozumieniem wysłałem jeszcze trzeci artykuł. Oczywiście, ani nie podziękowano, ani nie zamieszczono, ani nie podano powodu niezamieszczenia, ale przynajmniej wiem - nie wszedł na portal z powodu regulaminu...O panu Kaliszu, ale o mieście Kalisz? - Dziennik Telewizyjny (29 maja 2005)
Dowcipny program satyryczny Jacka Fedorowicza słusznie zajął się słownictwem ministra Kalisza, bowiem jego zamiana ą na om jest irytująca - naszom policyjnom ciężkom pracom. Przy okazji zwrócono uwagę na błąd w dwutysięcznym piątym roku zamiast w dwa tysiące piątym roku oraz skrytykowano zbyt powszechne w miesiącu maju. Jednak sama redakcja także nie odróżnia sędziny (żony sędziego) od (pani) sędzi. A na końcu programu mamy TVP S.A. - powinno być SA (o czym już szeroko rozprawiano; u nas USA, w Stanach Zjednoczonych - U.S.A.) oraz TWP (Telewizja Polska, nie Televizja Polska; podobnie abonament rtw, nie rtv - w naszym alfabecie nie mamy liter q, v, x).Uczciwość nie popłaca - Komputer Świat (8 czerwca 2005; tytuł od redakcji)
A przynajmniej nie w Nowej Zelandii. Na tej wyspie skala piractwa komputerowego należy do najniższych na świecie. Tymczasem właśnie Nowozelandczycy muszą płacić dwa razy więcej za oficjalne kopie programów niż mieszkańcy USA. Firmy sprzedające oprogramowanie na zielonej wyspie narzucają wysokie ceny, bowiem kary za używanie pirackich kopii są tam horrendalne.
Wielu mieszkańców Wielkiej Europy narzeka na ceny w europach*, bowiem one (po rezygnacji z własnych walut) jednak wzrosły (jednak, chociaż władze zapewniały, że to niemożliwe). U nas, tuż po wejściu do Unii, nawet rodaków zachęcano, aby donosić na bliźnich w przypadku windowania cen. Pewnie nie o to chodziło rządowi - najwięcej donosów jest nie na bliźnich, ale na... ów rząd, który (bezprawnie!) wprowadził w życie przepisy o akcyzie na wwożone do Polski auta. Urzędnicy (i inni cwaniacy) zapewne na całym świecie (takoż Polacy, jak i Nowozelandzi*) rozumują w podobny sposób - zdzieraj z tłuszczy ile się da! Antypodzi mogą się obnosić ze swoją uczciwością, ale wynika ona nie z wrodzonej pozytywnej cechy, lecz z powodu... wysokich kar. Są kraje, w których niemal wcale się nie kradnie, bo... ucinają łapy. Są kraje, w których niemal nie ma narkotyków, bo tną możliwie wysoko (jednak to nie fryzjerstwo). U nas, abyśmy nie kombinowali, można byłoby sprawdzać auta - a na cóż one sobie tak jeżdżą? Na opałowym czy na napędowym oleju? Ponieważ uznano, że i tak będziemy kombinować (dawać w łapę kontrolerom, których będzie i tak zbyt mało), to próbowano wprowadzić najgenialniejsze rozwiązanie - wszystkie oleje, na których można jeździć, sprzedajemy po jednakowej cenie. Może rzeczywiście, wobec ogólnonarodowej tendencji do wzajemnego oszukiwania się obywateli i rządu, rozwiązanie to jest najlepsze? W końcu wszyscy ministrowie byli kiedyś szarymi obywatelami, a któż (jak nie oni) lepiej się orientuje - w jaki sposób zrobić państwo w konia (ostatnio nawet w... mechanicznego). Jednak wdrażanie kontrowersyjnego pomysłu powinno trwać kilka lat. No i równolegle nie zdołano zaproponować rozwiązań ochronnych dla obywateli (i firm), którzy wyrzucili piece kaflowe zamieniając je na ekologiczne olejowe kotłownie. Oczywiście, że po akceptacji równych cen i zasad zwrotu nadpłaty dla właścicieli kotłowni, pojawią się szwindle z fakturami i z przekręconymi licznikami zużywanego medium. Jednak z dwojga złego wolałbym, aby na paliwowych przewałach nieco się wzbogaciło parę milionów obywateli, niż bajońsko kilkuset mafiozów*. W pierwszym przypadku gawiedź nabędzie parę milionów lewych (w znaczeniu "nielegalnych") butów i pociągnie masowy przemysł krajowy, zaś w drugim przypadku mafioelita* powiększy swój stan posiadania o kilka helikopterów jednostkowo ciągnąc przemysł zagraniczny (żeby tylko poprzestać na porównaniach w dziedzinie transportu). Skoro już o przemieszczaniu - szefem mobilnej (w planach) gospodarki jest p. Jacek Piechota, a powinien być raczej p. Ścigaczewski; może szybciej dogonilibyśmy Zachodnią Europę...
Gwoli ścisłości - Nowa Zelandia nie jest wyspą, ale typową dwuwyspą* (pod. - dwukolejka, dwukonka, dwururka, dwusetka, dwuwładza, dwuzłączka, zatem dwuwyspa) - Wyspa Północna i Wyspa Południowa. Zielona Wyspa to jednak Irlandia. Także Grenlandia trąca nią w tłumaczeniu. Nowozelandzi* stolicę owej dwuwyspy* nazywają Wellington czytając po angielsku, zaś dla nas jest to Welington* czytany po polsku (pod. Washington - Waszyngton). Swe państwo określają jako New Zealand, czyli również nieco inaczej niż my...
W tym zajmującym czasopiśmie mamy jeszcze jedną "ciekawostkę". Otóż wat - jednostka mocy elektrycznej, iloczyn napięcia i prądu (raczej natężenia prądu). Niepotrzebnie ograniczono znaczenie do pojęcia z dziedziny elektryczności. Powie ktoś - skoro czytelnicy interesują się komputerami, to zainteresuje ich jedynie niepełna definicja. Jednak jeśli oni rzeczywiście się interesują tą nowoczesną techniką, to doskonale wiedzą co to jest wat (także w znaczeniu mechanicznym i cieplnym) i można było sobie podarować to wyjaśnienie w dziale "Co to jest". Ufolodzy mogą wyjaśnić pojęcie statek jako wyłącznie kosmiczny, zaś rasiści mogą człowieka określać jako obywatela o wyłącznie białej karnacji skóry. I jedni, i drudzy wytłumaczą, że zwracają się jedynie do swoich czytelników o... wąskich zainteresowaniach. Może tutaj istotnie czepiam się niesłusznie?
Tamże zachęca się do odwiedzenia witryny www.bulgaricus.com, jednak określono ją jako bułgaricus. Poprawniej byłoby albo bulgaricus, albo bułgarikus. Niefortunnie (kilkanaście stron od siebie) zamieszczono wyjaśnienie nazw piksel/megapiksel.
Należy pochwalić redakcję za terminy superkrzyżówka/supernagrody, ponieważ osobna pisownia ciągle nas straszy (np. sklepowe super ceny) oraz za surwiwal (tak właśnie napisany!), bowiem jeden z ze znanych polonistów odpisuje (http://slowniki.pwn.pl/poradnia) - Na razie zdecydowanie częstsza jest forma survival i ją właśnie podajemy na pierwszym miejscu w słownikach, które przygotowujemy do druku. Na drugim miejscu podajemy spolszczony wariant surwiwal, który z czasem może się upowszechnić. To samo dotyczy pochodnych przymiotników (survivalowy/surwiwalowy). Może poloniści przestaną notować częstsze formy, ale będą proponować prawidłowsze*?
A na zakończenie owych wymądrzeń dodam odredakcyjny matrymonialny humor gloryfikujący mój stan (małżeńsko-zawodowy) - Który dobry? Otóż: żadnego lekarza! Wszystkie babki lecą na lekarza. Prędzej czy później ucieknie z pielęgniarką albo z młodą symulantką. Ale nic takiego nie spotka cię przy mężu inżynierze! Prawników też wyklucz, zwłaszcza adwokatów. Chyba nie sądzisz, że zbudujesz związek oparty na uczciwości i zaufaniu z kimś, kto kłamie za pieniądze? A łatwo unikniesz tego problemu, wiążąc się z inżynierem. On nie jest na tyle wyrobiony towarzysko, żeby kłamać w przekonujący sposób. Unikaj handlowca - on uczciwy jest tak samo jak prawnik. Natomiast firma, w której pracuje twój mąż inżynier, przywiąże go do biurka z komputerem, przy którym będzie tkwić do końca pracy. Lepiej też trzymać się daleko od strażaka, policjanta, konserwatora konstrukcji stalowych. O ile nie zginie w wypadku, najprawdopodobniej zostanie pokiereszowany i to w czasie, kiedy ty będziesz przeżywać rozkwit waszego związku. Jedyne niebezpieczeństwo, na jakie będzie narażony twój inżynier, to ślepota, której nabawi się od monitora. Ale to ma też dobre strony - nie zauważy, kiedy się zestarzejesz, i tak będziesz jedną rozmazaną plamą. Na zawsze zapamięta cię taką, jaką cię poznał.
* - językowe propozycje (każdy urzędnik może coś majstrować w ekonomii, zatem dlaczego obywatel nie mógłby w ojczystym języku?)Zniszczone gniazda - Fakt (9 czerwca 2005)
Rośnie wysokość nagrody za wskazanie sprawców masakry kormoranów. Informator dostanie 10 tys. zł i zestaw kina domowego. Kilka dni temu zabito setki piskląt obcinając im głowy! Część ptaków miała połamane nogi i skrzydła, złamane kręgosłupy i odcięte nogi. Policja szuka sprawców mordu.
Pokazywano na ekranie - koszmar. Kto mógł posunąć się do takiej zbrodni. Biedne pisklęta! Ekologiczni działacze krytykujący zabójców wspomnieli o nadwyżce kormoranów w pewnych rejonach Polski. Omawiali również możliwość odstrzału kilkuset dorosłych ptaków. Legalny odstrzał ma się do wyrżnięcia jak kara śmierci do linczu - kwestia nazwy... I nie trzeba dawać nagrody, choć za myśliwską akcję ktoś będzie musiał zapłacić. Ile?
Kilka dni temu pokazywano (u nas oględniej, ale w innych krajach więcej - rozpoznano i ofiary, i zabójców) mord na sześciu Słowianach dokonany przez innych Słowian. Opinia publiczna została wstrząśnięta tym obrazem. Kiedy zamordowano tysiące mieszkańców Srebrenicy nie zrobiło to wielkiego wrażenia, bo nie było widać ofiar, choć - trzeba przyznać - pokazywano parę dokumentalnych filmów. Wojska NATO miały chronić to miasto przed agresorami, ale żołnierze wycofali się, umożliwiając dokonanie ludobójstwa na niespotykaną skalę w powojennej środkowo-zachodniej Europie.
Kiedy pokazano poległego w Iraku naszego korespondenta wojennego, to polscy dziennikarze zaprotestowali. Jednak nie pamiętam, aby protestowali przeciwko ukazywaniu bardziej dantejskich scen - wojenne egzekucje, zgarnianie spychaczami zwłok po wyzwoleniu obozów śmierci; także zasypywanie żywcem Chinów* przez Japonów*. Parę dni temu emitowano dokumentalny film o Berii - podjechały dwie wojskowe ciężarówki z kilkoma przeciwnikami Kraju Rad, żołnierze (strażnicy systemu) założyli im pętle i po chwili odjechali zostawiając nieszczęśników na szubienicach. Pokazano kilkanaście sekund na pograniczu - jest Człowiek i nie ma Go (a przecież to nie gra komputerowa - to dar jednego jedynego życia!). Takie obrazy są bardziej wstrząsające niż suche dane o zabitych. Przepraszam rodzinę zmarłego reportera, ale dlaczego cenzura miałaby dopuszczać do emisji materiały bardziej wstrząsające, a blokować mniej koszmarne? Bo obcy i nasz? Bo nie-Polacy i Polak?
Ptasi oprawcy powinni ponieść karę. Całe społeczeństwo tego pragnie. Ale dziesiątki polskich nienarodzonych dzieci spotyka podobny los - są rozdrabniane i wyłuskiwane ze swych matczynych gniazd. I większość z nas woli nie wiedzieć o tym, nie widzieć zdjęć. Bo skoro nie widać, to nie myślimy o tym, udajemy, że nie ma problemu, sądzimy, że liczby nie odpowiadają prawdzie, że to u sąsiadów - nie u nas. W wielu polskich rodzinach pozbyto się takich ludzkich piskląt kormoranią metodą i wielu moralizujących Polaków udaje, że to ich nie dotyczy. Wielu z nich (nas!) jest oburzonych prymitywnym i odrażającym postępkiem siepaczy, szuka winnych i wyznacza nagrody. Sami nie lepsi - a szczególnie obrzydliwi i zakłamani "ludzie z porządnych domów" (wysyłający córki "do ciotek") oraz chciwi lekarze (z założenia broniący życia, ale za "odstępne od zasad" gotowi do haniebnych usług). Gdyby ogłosić nagrodę za każdy taki zbrodniczy czyn? Efekt taki sam, jak w przypadku kormoranów - jeśli wie tylko najbliższa rodzina, to prawdy się nie dowiemy... A może dopadniemy leśnych oprawców i kinem domowym zagłuszymy nasze sumienia zapominając o naszych winach? Przecież parę ujawnionych ludzkich przypadków zakończyło się żenująco niskimi wyrokami - dlaczego ptasi siepacze mają zostać surowiej ukarani? I jedni, i drudzy uznali (z jakichś powodów), że wskazane przez nich istoty nie mają prawa do życia. Ukazanie kolorowych okrutnych obrazów w jednej sprawie, zaś pominięcie ich w drugiej, jest dziennikarskim sterowaniem opinią publiczną - tłum jest gotowy do zlinczowania jedynie wskazanych oprawców.
* - nowe formy; wszak nie -czyków (zbyt niepoważne, zwłaszcza w takiej sytuacji)
PS Po kilkunastu dniach od ujawnienia wymordowania młodych kormoranów, w Łodzi ustawiono wielkie kolorowe fotografie przedstawiające rozkawałkowane ciałka nienarodzonych a niechcianych dzieciaczków. Porażające podobieństwo ze wspomnianymi zdjęciami roztrzaskanych piskląt. W "ludzkim" przypadku nie zamieszczono jednak apelu o nagrodzie dla informatora za podanie nazwisk oprawców, jak to uczyniono w "ptasim" koszmarze - czyżby za zabicie zwierzęcia groziła większa kara niż za zabicie człowieka; czyżby rzeź kormoraniątek była większym przestępstwem niż rzeź dzieciątek? Łódzka wystawa była też testem na prawne meandry jej zainstalowania. Wszak dla parad i marszów wymagane są zezwolenia. A tu ktoś wynajął miejsce i zapłacił za dwa tygodnie z góry. Podobno nikt (ani instytucja udostępniająca trotuar, ani władze miasta, ani policja) nie doszukał się prawnych obiekcji. Nie może być tak, że wniosek o paradę rozpatruje najwyższy urząd w mieście z dobrym biurem prawnym, zaś nad wnioskiem o ulicznej wystawie duma urząd niższej rangi, który zwykle rozważa problemy sadzenia krzewów i organizowania rabatek... I co - taki urzędnik, co to dobrze nie obejrzał owych zdjęć, dał pozwolenie i teraz przez dwa tygodnie nie ma mocnych na jego decyzję? Przez kilkanaście dni na te koszmary mają patrzeć dorośli i dzieci; wrażliwi i nieczuli? Niezależnie od poparcia dla owej akcji, brak negatywnej reakcji świadczy o błędnej interpretacji prawa - przecież nie można umieszczać w publicznym miejscu makabrycznych obrazów, nawet jeśli mieliśmy szlachetne intencje. Można wyobrazić sobie równie szokujące sceny inspirowane przez przeciwników kary śmierci albo ukazujące ofiary alkoholowych piratów drogowych. Po ataku na WTC nie zamieszczano afiszów z ludźmi wyskakującymi z okien palących się budynków - dlaczego? Żaden "artysta" nie chciał w ten sposób skrytykować współczesnych terrorystów i przejść do historii (choćby sztuki)? Natomiast można (w sensie technicznym, nie prawnym) byłoby, w ramach nieposłuszeństwa lub protestu, rozrzucać ulotki z takimi zdjęciami, także rozklejać większe afisze, jednak pod groźbą ujęcia i wytoczenia procesu, co przecież poruszyłoby społeczeństwo bardziej niż omówiona legalna akcja.Alei/Alej - Kurier 3 (10 czerwca 2005)
U dołu, na wieściowym pasku - Informacja o podłożeniu bomby w okolicach skrzyżowania Alej Jerozolimskich z ulicą Marszałkowską.
Większość napisałaby Alei, ale słowniki dopuszczają tę niecodzienną formę!
Spójrzmy do portalu Wiedzy Onet - słownik ortograficzny oraz odmiana wyrazów.
Mamy aleja, tej alei; te aleje, tych alei a. alej - słownik / alei; alej (brak alei) - odmiana;
baja, tej bai, te baje, tych baj a. bai / baji*; (brak bai, baj);
boja, tej boi; te boje, tych boi (brak boj) / boji*; (brak boi, boj);
chryja, tej chryi; te chryje, tych chryj (brak chryi) / chryi; chryj (brak chryi);
epopeja, tej epopei; te epopeje, tych epopei (brak epopej) / epopei; epopej (brak epopei);
faja, tej fai; te faje, tych faj (brak fai) / faji*; (brak fai, faj);
keja, tej kei; te keje, tych kei (brak kej) / kei; kej;
knieja, tej kniei; te knieje, tych kniej a. kniei / kniei; kniej (brak kniei);
koja, tej koi; te koje, tych koi (brak koj) / koji* (brak koi, koj)
leja, tej lei; te leje, tych lei (brak lej) / lei; lej (brak lei);
Maja (imię), tej Mai; te Maje, tych Maj (brak Mai) / brak w znaczeniu imienia;
nadzieja (także imię Nadzieja), tej nadziei; te nadzieje, tych nadziei (brak nadziej) / nadziei; nadziej (brak nadziei);
odyseja, tej odysei; te odyseje, tych odysei (brak odysej**) / odysei; odysej (brak odysei);
ostoja, tej ostoi; te ostoje, tych ostoi (brak ostoj**) / ostoi; (brak ostoi, ostoj**);
Pompeja, Pompei; (brak liczby mnogiej) / Pompei; Pompeje, Pompej (brak Pompei);
paranoja, tej paranoi; (brak liczby mnogiej) / paranoi; paranoje, paranoj (brak paranoi);
reja, tej rei; te reje, tych rej a. rei / reji*; rei a. rej;
ruja, tej rui; (brak liczby mnogiej) / rui; ruj (brak rui);
sekwoja, tej sekwoi; te sekwoje, tych sekwoi (brak sekwoj) / sekwoi; (brak sekwoi, sekwoj);
soja, tej soi; (brak liczby mnogiej) / soji*; soi (brak soj);
szleja, tej szlei; te szleje, tych szlei a. szlej / szlei; szlej (brak szlei);
szuja (mężczyzna), o tym szui; te szuje, tych szujów oraz szuja (kobieta), tej szui; te szuje, tych szuj / szuji*; szui a. szuj;
szyja, tej szyi; te szyje, tych szyj (brak szyi**) / szyi; szyj (brak szyi**)
tuja, tej tui; te tuje, tych tui a. tuj / tui; tuj (brak tui);
Troja, Troi; (brak liczby mnogiej) / Troi; Troje (brak Troi)
trója, tej trói; te tróje, tych trój (brak trói**) / trói; trój (brak trói**);
tuleja, tej tulei; te tuleje, tych tulei (brak tulej) / tulei; (brak tulei, tulej);
ukleja, tej uklei; te ukleje, tych uklei (brak uklej) / uklei; uklej (brak uklei);
zawieja, zawiei; (brak liczby mnogiej) / zawiei; (brak zawiei, zawiej**)
zbroja, tej zbroi; te zbroje, tych zbroi (brak zbroj**) / zbroi; (brak zbroi, zbroj**);
zgraja, tej zgrai; te zgraje, tych zgraj (brak zgrai) / zgrai; zgraj (brak zgrai);
Złotoryja, Złotoryi; (brak liczby mnogiej) / Złotoryi; Złotoryje, Złotoryj (brak Złotoryi);
* - jednak błąd, wszak nie -ji
** - zapewne słuszny brak podanej formy
W liczbie mnogiej mogą występować dwie formy -ei/-ej (zwykle dla rzeczowników materialnych), choć są odstępstwa; zaskakujące, że wymienione formy bywają w słowniku, ale nie ma ich w "odmianie wyrazów" (i odwrotnie); niekonsekwentne potraktowanie imion Maja i Nadzieja. Koszmar dla Polaka, ale dla cudzoziemca to istna katorga...Miłuj geja swego - Polityka (10 czerwca 2005; tytuł od redakcji tygodnika)
Wystarczy przecież popatrzeć na warszawskie billboardy, żeby się przekonać, że opcja seksualna jest w przestrzeni publicznej demonstrowana niezwykle intensywnie i niewątpliwie za zgodą władz miasta. Tyle że jest to opcja heteroseksualna. Trudno też sobie wyobrazić, by ktokolwiek zabronił demonstracji rodzin heteroseksualnych domagających się na przykład zasiłków dla dzieci.
Zacznijmy od najłatwiejszego - raczej bilbordy.
Kilkadziesiąt lat temu (ba, jeszcze kilkanaście) nikt nie mówił o żadnych opcjach - nie mówiono nawet o opcji heteroseksualnej, bowiem w powszechnym odbiorze innej nie było. Dość żałosni są obrońcy nienaturalnych opcji - założę się, że 20 lat temu mieli dokładnie takie samo zdanie, co większość dzisiejszych Polaków, ale w demokracji każdy jest filozofem i jeśli już uczepi się jakiegoś modnego nurtu, to nie popuści. Zwłaszcza osoby publiczne. Panowie dziennikarze - kto wymyśla określenia rodzina h. albo małżeństwa h. (gdzie h = hetero-/homoseksualny). Małżeństwo i rodzina nigdy nie miały dodatkowych przymiotników; owszem - szczęśliwe małżeństwo, niepełna rodzina, ale w "obrocie medialnym" nie pamiętam, aby stosowano na masową skalę słownictwo aż tak delikatnej natury (kiedyś wymyślono eksport, potem epizodycznie znaliśmy eksport wewnętrzny, ale powróciliśmy wyłącznie do eksport; miejmy nadzieję, że z małżeństwem będzie podobnie). Dawniej nigdy w szkołach i w gazetach nie poruszano wstydliwych tematów. Czasami w nocnych programach telewizyjnych albo w prasie specjalistycznej. Teraz każdy dziennikarz musi coś napisać "w temacie" nawet w lokalnej gazecie.
Oczywiście, tylko krowa nie zmienia poglądów, zatem nie mam pretensji, że ludziska zmieniają zdanie. Kiedyś niewolnictwo uznawano za naturalną formę międzyludzkiego współistnienia i wielu dżentelmenów oraz dam nie wnikało w beznadziejne położenie rabów. Żyli sobie dostatnio wyzyskując owych biedaków, chodzili do kościoła i nie zdawali sobie sprawy z (najoględniej pisząc) niestosowności sytuacji. Wiele trudu (setki lat) wymagało wykazanie, że niewolnictwo jest niezgodne z naturą, konstytucją, etyką i religią, aby zlikwidować to koszmarne zjawisko. Znacznie krócej trwało zauroczenie pewnego narodu wielkim nazistą oraz ich wspólne przekonanie, że upokarzanie (a nawet eliminowanie!) innych narodów jest zgodne z ludzką naturą. Obecnie święci tryumf "bezgraniczny" kapitalizm, na którego szczycie usadowiło się parę procent przedstawicieli homo sapiens, przekonanych, że można bogacić się na wszystkich, na wszystkim i wszelkimi możliwymi sposobami. I trudno im pojąć, że bycie nadludzko bogatym jest równie nienaturalne, jak wiele innych dewiacji. Gorzej - z szeregu krwawych rewolucji nie wyciągnęli żadnych wniosków. Część z nich jest zapewne (także głęboko) wierząca, ale również nie przejmują się karzącą ręką Boga, zwłaszcza że kapłani są zwykle nad wyraz wyrozumiali dla superbogaczy.
Ludzkość nie znosi próżni - wymyślono równouprawnienie dla gejów. Nie wystarcza im palec, czyli konstytucyjne uznanie, że większość społeczeństwa nie powinna ich, nie tylko wyśmiewać (prywatnie), ale również nie gnębić (służbowo); oni chcą teraz całą rękę. W Polsce jeszcze czynią to dość nieśmiało, ale patrząc na ich wyczyny na Zachodzie - prognozy są oczywiste. Powołują się na stare i uznane w świecie konstytucje, dowodząc, że nie zabroniono tam homożeniaczki*. Owszem, autorom do głowy nie przyszło podczas pisania ustaw zasadniczych, że dwie panie albo dwóch panów zechcą przed urzędem i/albo przed ołtarzem zawrzeć umowę lub przyjąć sakrament. A prawnicy dowodzą - co nie jest zabronione, jest dozwolone. Ten słynny slogan należy w końcu moralnie i prawnie obalić, bowiem z jego powodu ludzkość podąża ku katastrofie (tak w sferze obyczajowej, jak i ekonomicznej). Równie dobrze można byłoby się powoływać na stary kodeks drogowy, w którym nie określono dopuszczalnych prędkości, bowiem twórcy znali jedynie konie jako najszybsze urządzenia transportowe i nawet największym fantastom do głowy nie przychodziły drogowe bolidy, rozwijające prędkości, które jednak należałoby ograniczyć.
W międzynarodowych badaniach porównawczych na pytanie: "Czy chciałbyś mieć za sąsiada geja?", 55% Polaków odpowiedziało: "nie!". Wśród krajów starej unijnej "15" najwięcej takich odpowiedzi udzielono w Irlandii - 27%, czyli dwa razy mniej niż w Polsce.
A cóż to za ankieta? Czy chciałbyś oznacza - masz wolę, marzysz czy tolerowałbyś? To zasadnicza różnica. Równie dobrze, można byłoby zapytać - czy chcesz mieć sąsiada chorego na AIDS lub gruźlicę, bogatego a cwanego biznesmena lub biednego i ułomnego menela, garbatego jeżdżącego rowerem lub przystojniaka kilkusetkonnym autem? A pytanie dobre 20 lat temu - czy wolałbyś wydać córkę za kawalera z Niemiec Wschodnich czy za rozwodnika z Niemiec Zachodnich? I podawać procenty - świetna lektura... No to do kompletu brakuje - czy chciałbyś mieć syna geja? Ankietowe pytania często nie są przemyślane - wystarczy przeglądać niemal codzienne ankiety zamieszczane na portalach (niefortunne pytania w referendum schyłkowego socjalizmu były niejednokrotnie krytykowane), zaś obcojęzyczne bywają nieprecyzyjnie tłumaczone. Zdarza się, że firma przeprowadzająca ankietę ma swą wizję spodziewanych odpowiedzi, zatem sposób zadawania pytań i metoda opracowania ankiety mogą być nieuczciwawe*.
Kulturowa otwartość Zachodu wobec odmiennych postaw seksualnych nie jest jednak jakimś stanem odwiecznym. Przyszła wraz z późną nowoczesnością. Dzisiejszy stan osiągano stopniowo przez całe poprzednie półwiecze. Jeszcze czterdzieści lat temu homoseksualizm był karalny i przymusowo leczony nie tylko w USA, lecz także w Anglii.
Konstytucja demokratycznego państwa mówi, że wszyscy obywatele są równi. W USA pewnie jest to wyraźnie zapisane "od zawsze", czyli ponad dwustu lat. Ów zapis jednak nie przeszkadzał większości Amerykanów na tolerowanie nie tylko rasistowskich obyczajów, ale formalnych zapisów, zwłaszcza w południowych stanach. Kiedy już Murzyni wywalczyli swoje prawa (niemal pół wieku temu), geje ciągle byli szykanowani - groziły im kary więzienia i grzywny za kontakty, nawet "za zamkniętymi drzwiami", czyli w prywatnych mieszkaniach. U nas w tym czasie nie słyszałem, aby sądy wydawały jakieś wyroki na owych nieszczęśników. W Polsce przez ostatnie pięć dekad (bo tyle mniej więcej obserwuję nasze społeczeństwo) traktowano homoseksualistów bez większych emocji, natomiast Amerykanie najpierw zmodernizowali swoje zachowania wobec czarnych, a potem wobec gejów. Można zaryzykować zdanie, że mieli podobny do nich stosunek, co Niemcy do Żydów w latach 30. A u nas i dawniej, i dziś - tolerancja jest na podobnym poziomie, ze wskazaniem na jej zwiększanie. Kiedy w bardziej światowych państwach urządzano łapanki na gejów, Polska nie wtrącała się w cudze sprawy i nie pouczała, że nie jest to zbyt konstytucyjne. A teraz wahadło zbytniej nietolerancji wahnęło się przesadnie w stronę przeciwną i doszło do nadmiernej tolerancji - oba skrajne rozwiązania (w krótkim czasie i pod mocą tej samej konstytucji!) nie są zbyt fortunne. Być może mają wyrzuty sumienia. Nawet ostatnio, kiedy w USA "pożeniono" sporo "jednobiegunowych" par (a potem zaraz rozwiązano owe nietypowe więzy, boleśnie kompromitując amerykańskie prawo), Polska była zaskoczona przebiegiem "zaślubin" i "rozwodów", ale nie pouczała na oficjalnym szczeblu społeczeństwa amerykańskiego. Jeśli przez wieki Polacy byli najbardziej tolerancyjni w Europie wobec Żydów, raczej nigdy nie popierali niewolnictwa, uznają równość na wielu płaszczyznach, a teraz nie chcą dopuścić do zrównania w jednej jedynej dziedzinie, to trudno to uznać za kontynuację jakiejś wrodzonej historycznej nietolerancji; raczej jest to objaw wyższości zdrowej logiki narodu polskiego ponad dziwną światową modą. My, Polacy, nie chcemy po prostu zbyt dużo słyszeć o gejach, lesbijkach, transwestytach, onanistach, rogaczach i innych nieszczęśliwcach, niepodlegających kodeksowi karnemu oraz o ich (jakże często) wydumanych problemach. Następnym krokiem będzie próba uznania związków kazirodczych (ale jeszcze nie pedofilnych) - wszak konstytucja zapewnia wolność prawo wyboru dorosłym i można odwołać się do sprawdzonych staroegipskich tradycji.
Jeśli ktoś nie interesuje się astronomią, to dlaczego w imię tolerancji ma znać się na czarnych dziurach, gwiazdach, kometach i orbitach? Co to nas obchodzi, że astronomi* chcą maszerować z transparentami, lunetami i wygłaszać pogadanki. Jeśli koniecznie chcą sobie zorganizować capstrzyk, to niech wynajmą stadion i toczą dyskusje, byleby nie chcieli na siłę wyjaśniać różnic pomiędzy prawami Keplera oraz byleby nie naciskali na zmianę istniejącego prawa. Jeśli taki astronom zechce nająć do pomocy ładną panią, która wysłużonej żonie pomagałaby kręcić globusem albo nawet modelem całego Układu Słonecznego, to ich prywatna sprawa. Z kolei, jeśli astronomce nie wystarcza w oglądzie nieboskłonu optycznie ślepawy mąż, to też ich sprawa. Dopóki nie wyjdą ze swoimi problemami na ulice, do szkół, urzędów, zakładów pracy, dopóty społeczeństwo ze zrozumieniem i spokojem patrzy na ich rozterki. Ale im mało - chcą zaprzątać swoimi problemami umysły wszystkich - i dzieci, i młodzież, i prawodawców, znakomicie ożywiając (i niepokojąc!) stateczny naród. No i wzywają na pomoc nowoczesnych astronomów z zagranicy, a ci to bez żenady dają do zrozumienia, że ciemnawe czasy, kiedy na niebo patrzono przez okopconą szybkę już dawno minęły i pora na nowoczesne spojrzenie. Oni na siłę chcą wyjaśniać trzy prawa Keplera, kiedy nieastronomi* albo wcale się tym nie interesują, albo udają zainteresowanie, bo to jest akurat medialnie modne (żeby ominąć koszmarne słowo trendy, które jest ostatnio... trendy).
Przecież nikt nie zabrania obywatelom skrzywdzonym przez los, realizować się w nauce, technice, sztuce i sporcie. Większość z nich nie chce obnosić się ze swoim niewidocznym (na szczęście) kalectwem - pracują i uczą się jak większość, z pokorą znosząc swój garb, który zesłał im los. Jednak ich samozwańczy przywódcy, nie mogąc zaistnieć w żadnej z wymienionych dziedzin, koniecznie muszą narozrabiać - taki już mają charakter. Największe wojny i rewolucje wywoływane były przez kilka procent społeczeństwa. A koszty ponosiły całe narody, nie tylko nawiedzeni działacze.
Obecnie większym problemem (etycznym, religijnym i ekonomicznym) jest umieranie zwykłych obywateli (czy ktoś informuje nas o ich seksualnych predyspozycjach na łożu śmierci?), ponieważ budżet Państwa nie przewidział ich w grafiku leczenia Narodu. Codziennie odchodzą z tego padołu zlekceważeni ludzie, często w doskonale wyposażonych szpitalach, w obecności najlepiej wykształconych lekarzy. To są ofiary eutanazji po polsku i gdzie jest cywilizowany świat, w tym Unia Europejska? Gdyby pokazano w mediach zdjęcia obozów koncentracyjnych (z ostatnich lat), w których z głodu giną ludzie, to zajęłyby się tym wszystkie właściwe organizacje, zaś parlamenty uczciłyby ową martyrologię minutą ciszy. Zawsze łatwiej oddawać hołd ludziom zza gór i rzek (Bałkany, Afryka, Korea Płn.), a jakoś nie chcemy słyszeć o pechowcach umierających kilka ulic od nas. Ale to znane zjawisko - wszyscy występowaliśmy (dawniej) o osądzenie zbrodniarzy niemieckich oraz (niedawno) radzieckich, jednak bez specjalnego zapału żądamy więzienia dla polskich oprawców - to takie wstydliwe...
Po pięćdziesięciu latach w tej samej konserwatywnej Brytanii "The Economist", renomowany - i na pewno nie lewicowy - tygodnik establishmentu gospodarczego, poucza sekretarza Rumsfelda, że "Ameryka powinna uczyć się od swoich sojuszników i zezwolić gejom na służbę w siłach zbrojnych". W Wielkiej Brytanii, w której niedawno homoseksualizm karano więzieniem, pary służących w wojsku gejów, którzy zawarli formalny związek cywilny, otrzymują od armii wspólne służbowe mieszkania.
Jeżeli ów renomowany organ gospodarczy (dobrze, że nie znane pismo muzyczne...) doradza amerykańskim wodzom, aby posadzili za sterami gejów, bo pewnie jest coraz mniej ochoczych wojaków a heteroobywateli*, to (po dopuszczeniu pań do służby wojskowej) można przyjąć, że jeśli każde imperium kiedyś się rozpadnie, to uczyni to z nadmiaru... demokracji. Jednak wojownik, rycerz, żołnierz (zwłaszcza lotnik) kojarzy się z męskim zdecydowanym charakterem "o zachowaniach od wieków uznanych za typowe". Podczas największej wojny być może wielu pilotów było "na rozdrożu" (płciowym), ale nie obnosiło z tym się (bo nie było ani klimatu, ale przede wszystkim nie było to niezbędne!) i zapewne wielu bohatersko ginęło za ojczyznę. W kronikach wymieniani są jako Amerykanie, Rosjanie, Polacy, Niemcy. W dokładniejszych zestawieniach zapewne jako Murzyni, Indianie, Eskimosi, Żydzi, Aborygeni (wszystko od wielkich liter, aby nikogo nie urazić). Jeśli wśród nich byli geje/gejowie to nie pisano o tym w ogóle, co najwyżej dla rodzin i znajomych było to owiane (wstydliwą!) tajemnicą (bo i czym się chwalić?). Nikomu nie przychodziło do głowy ujawniać preferencji, a na marmurowych tablicach także nie umieszczano seksualnych uwag - bo i po co?!
Skoro geje mają w NATO wspólne mieszkania, to pewnie na pokazach lotniczych (podniebne parady równości?) będą latać osobne homoklucze* i (póki co w większości) heteroklucze*... Oczywiście mile już widziane eskadry pilotek, także w seksualnych podkluczach (tradycyjne oraz lesklucze*). Wojsko, to poważne - ze swej istoty - skrzydło państwa, ale jego podwaliny nie tylko zniewieściały, ale pomału gejowieją*. A przecież owi nieszczęśliwcy mogliby sobie wybierać pracę (i służbę) w każdym zawodzie, jednak ktoś ich wyraźnie namawia, aby czynili to z coraz większym rozgłosem. I jeśli już by przeszli wszelkie wojskowe testy i kontrole, to powinni okazać "minimalną społeczną lojalność" i dyskretnie milczeć w temacie. Ale nie, oni muszą się z tym obnosić (piechurzy, a w lotnictwie - ...oblatywać). A może liczą na popłoch, który wywołać jest zdolna informacja na Bliskim Wschodzie - na terrorystów planowany jest atak kilku gejowskich eskadr? Wszak stosowanie żeńskich oddziałów wobec arabskich wojowników zawsze wywierało porażający skutek, to może homooddziały* rozbiją w puch ostatnie bastiony oporu...
Do niedawna wydawało się, że kluczem do sukcesu miasta jest kapitał ludzki, czyli duża liczba dobrze wykształconych osób. Dziś dominuje już nieco inny pogląd - twórcza atmosfera wymaga odpowiedniej twardej infrastruktury (kawiarni, klubów, pasaży), sprzyjającej kontaktom, stwarzającej forum dla spotkań, wymiany myśli, pomysłów i inspiracji. Potrzebna jest też jednak infrastruktura miękka - zestaw odpowiednich zwyczajów decydujących o społecznych postawach. Jedne zwyczaje mogą bowiem sprzyjać rozwojowi, a inne go skutecznie blokują. Normy prorozwojowe to: tolerancja, otwartość i zaufanie, które "umożliwiają powstanie łańcuchów twórczych idei i innowacji. Ksenofobia sprzyja nieefektywności". Gdzie kwitnie życie kulturalne, ludzie chcą się spotykać, a gdy się spotykają, rodzą się pomysły.
I co - jeśli będą się spotykać częściej w swych ulubionych monopłciowych konfiguracjach, to nasza polska gospodarka z umęczonego a powolnego konia pociągowego, zamieni się w rączego a zadowolonego konia wyścigowego? Twórcze spotkania w firmie, organizowane w celu podniesienia wydajności pracy, nie powinny w ogóle zahaczać o omawiane sprawy, natomiast spotkania po pracy w tolerancyjnym społeczeństwie są prywatną sprawą obywateli. Jaka ksenofobia? Masz być zwykłym uprzejmym i porządnym człowiekiem i pracownikiem. Jeśli masz wady czy dewiacje, to staraj się je tuszować, bo w przeciwnym wypadku (narzucając się lub tylko upubliczniając) to właśnie ty będziesz nietolerancyjny! Są firmy, w których pracownicy nie mogą chodzić toples, z fryzami irokezami, brwiowymi kolczykami. I porządny bankier nie zatrudni (chyba na zapleczu) takich osób, nawet jeśli miałyby mu zyski wzrosnąć. To nie ksenofobia, to pewien porządek rzeczy. I większość obywateli to czuje i rozumie. Dramat zaistnieje, kiedy niedogolony gościu, nabity ćwiekami w nozdrzach i o erotycznych tatuażach, wygra proces sądowy, w którym nawiedzeni i uczeni sędziowie przyznają mu prawo do pracy "za okienkiem".
Z tej perspektywy ciekawe jest doświadczenie Irlandii i Dublina. Dwadzieścia lat temu Irlandia była ubogim krewnym Europy, a Dublin należał do najbardziej ponurych europejskich miast. Dziś irlandzki dochód narodowy na głowę przewyższa brytyjski, Irlandia jest drugim po USA eksporterem oprogramowania, a w Dublinie działa blisko tysiąc firm wysokich technologii. Ale - na przekór powszechnej opinii - mechanizm irlandzkiego cudu nie zaczął się od reform gospodarczych i nie skończył się na obcinaniu podatków. Jego trwałym elementem jest świadomie prowadzona zmiana kulturowa. Zaczęła się ona w 1969 r. od radykalnej ulgi podatkowej przyznanej artystom. Ulga obowiązuje do dziś i kosztuje 35 mln euro rocznie. Nie jest to może mało, ale dzięki tej uldze Dublin stał się podatkowym rajem artystów i przyciągnął tysiące twórców, także z zagranicy. Napływ bohemy zmienił konserwatywną stolicę niewielkiego państwa w jedno z najciekawszych, tętniących życiem, wielokulturowych miast europejskich.
Owszem, przykład Irlandów* jest zaskakujący, aż do tego stopnia, że można byłoby zwątpić w poprawność przyjętej obliczeniowej metody uzasadniającej aż tak nagły wzrost dobrobytu. Ale skoro sami Bryci* nie negują owej matematyki... Autorzy powołali się na ulgę podatkową dla artystów. I co, niby owa sekstolerancja miałaby pchnąć ten naród do sukcesu? Żyję już ponad pół wieku i nigdy nie spotkałem żadnego geja ani lesbijki. Jeśli wierzyć statystyce, to w szkołach, w pracy i w rodzinie powinienem nie tyle poznać (bo pewnie się kamuflowali i czynią to nadal), co choć napotkać, dziesiątki "odmiennych" kolegów i wpółpracowników. Konstytucja zapewnia równość wszystkim obywatelom i nie powinniśmy szykanować ludzi za inne wyznania, poglądy i kolory skóry. Tolerancja ma dwie strony medalu - nie można ludzi pytać o wyznanie, poglądy i kolor, ale oni nie powinni nam opowiadać o swych preferencjach! Oczywiście, w przypadku koloru skóry raczej jest wszystko widoczne i kultura polega na widzeniu Murzyna, ale udawaniu, że go nie widzimy (w USA i w RPA także odwrotnie). Przecież w przypadku inwalidów nikt raczej do tego się nie przyzna, ale jeśli nasz wzrok natrafi na drastyczną formę kalectwa, to nie wgapiamy się w biedaka ostentacyjnie, jednak dyskretnie każdy coś tam obserwuje i ocenia skalę odstępstwa od normy. Jedynie całkowicie zaaferowani ludzie mogą przeoczyć takiego inwalidę i właśnie to może być ocenione jako zobojętnienie na cudzą krzywdę. I ponownie - kultura nie polega na niezauważaniu nieszczęścia, ale na taktownym udawaniu, że tego nie dostrzegamy. A dla wrażliwszych i zamożniejszych - na pomocy oferowanej nieszczęśnikom, także aby łagodzić wpływ kalectwa i zbliżyć ich ciała do normy (ale nie utwierdzać ich w przekonaniu, że odstępstwo jest godne pochwały!).
Natomiast nie popierałbym organizowania wszelkich parad urządzanych przez inwalidów, którzy ukazywaliby dokładny bezmiar swego kalectwa, aby uzyskać jakiekolwiek korzyści. Od tego są etycy, dziennikarze, posłowie, służba zdrowia - w porze nocnej niech przekazują widzom swe drastyczne obrazy i sugestie, jednak nie za dnia na ulicach!
Owszem, Dublin jest bardzo ciekawym miastem, zwłaszcza dla polonistów - od wielu lat nie mogą się zdecydować, w jaki sposób powinniśmy wymawiać jego nazwę w polskich tekstach [dAblin/dUblin].
Zdaniem prof. Floridy (eksperta od ekonomii miast) kapitał twórczy budują trzy "T": Talent, Technologia i Tolerancja. Talent to liczba ludzi pracujących twórczo (naukowcy, artyści, projektanci, analitycy). Technologia to liczba zgłoszeń patentowych. Natomiast by mierzyć tolerancję, profesor zastosował Gay Index, czyli odsetek osób o orientacji jawnie homoseksualnej. Uznał, że jeśli geje i lesbijki nie obawiają się otwarcie komunikować swojej odmienności, to znaczy, że społeczność jest otwarta na szczególnie trudną do zaakceptowania odmienność i będzie też otwarta na inne odmienności, częste u osób twórczych. Otwarte środowisko nie tylko przyciąga różne twórcze osoby, ale też umożliwia im funkcjonowanie publiczne, dzięki czemu zasilają społeczność swoimi ideami i przyspieszają jej rozwój. Sztandarowym przykładem działania trzech "T" stało się San Francisco, słynące z doskonałych uczelni, instytutów badawczych i przemysłu komputerowego, a jednocześnie mające największy w USA odsetek homoseksualistów.
Z powyższych wywodów można byłoby wywnioskować, że jeśli społeczeństwo jest tolerancyjne wobec homoseksualistów, to szybszy jest wzrost poziomu techniki i w ślad za tym - zamożność narodu. Zakładając (z nadwyżką), że owych "innych" jest 5%, to nawet gdybyśmy im stworzyli wyjątkowo sprzyjające warunki, co dałoby dwukrotny (zatem nieprawdopodobny) wzrost efektywności ich pracy, to ogólna wydajność pracy w społeczeństwie wzrosłaby tylko do 105%. A pomijamy tu negatywny wpływ na 95% pozostałych pracowników, którzy byliby wystarczająco sfrustrowani cieplarnianymi warunkami tworzonymi dla omawianej mniejszości (no bo przecież nie stać nas na stworzenie równie atrakcyjnych warunków dla "normalnej" większości), że ich spadek wydajności byłby znakomicie większy niż zyski osiągnięte na dopieszczeniu "innych". W Polsce można ten efekt sprawdzić na pracownikach zakładów pracy - jeśli zatrudniono nowych i młodych pracowników dając im niemal te same pensje, co wieloletnim pracownikom (choćby dlatego, że za mniejsze kwoty nie ma chętnych do pracy), to straty finansowe i moralne z powodu animozji nie rekompensują zysków na wydajności owego młodego człowieka, który wprawdzie (jako szczególnie obdarzony zaufaniem pracodawcy) "daje z siebie wszystko", jednak wobec braku doświadczenia oraz niemożliwości utrzymania wysokiej wydajności przez dłuższy czas - może być towarzysko ignorowany w firmie.
W Rzeszy i w ZSRR osiągano wysoką wydajność pracy nie szafując wysokimi płacami. Odwoływano się do ideologii, miłości do wodza i ojczyzny oraz do groźby utraty życia w razie nieposłuszeństwa. Podobnie na polu walki. Nikomu nie życzę powrotu do tych metod, ale są to przykłady na efektywne (choć niedemokratyczne) zwiększenie jakości roboty... Należy uznać, że przyjazność w miejscu pracy podnosi wydajność, jednak nie można przesadzać z głaskaniem ułomnych (pod jakimkolwiek względem) obywateli. Jeśli są honorowi, to mogą czuć się urażeni. Zresztą mamy dowody na patologię - wielu cwanych przedsiębiorców, pod hasłem zatrudnienia niepełnosprawnych, uzyskało nienależne dopłaty z budżetu państwa. Można wyobrazić sobie zakład pracy chronionej dla "odmieńców seksualnych", co wobec wysokiego zagrożenia bezrobociem, mogłoby spowodować, że pracownicy o tradycyjnej orientacji byliby zainteresowani zdobyciem stosownego zaświadczenia, które byłoby przepustką do jeszcze paru lat pracy. A o sposobach uzyskania takiego dokumentu nie trzeba nad Wisłą zbytnio się rozpisywać... Już nakręcono film opisujący sytuację, w której pracownik zagrożony utratą pracy, w akcie rozpaczy i walki o przetrwanie, podpisuje współczesną folkslistę - podaje się za geja i udowadnia, że zakład go szykanuje. Oczywiście, firma zwalnia innego pracownika, który nie dojrzał jeszcze do takich sztuczek. Iluż to uczniów uzyskało zaświadczenia o dysleksji, aby mieć fory w szkole? Niebawem znerwicowanych i ślepawych pilotów dopuścimy do prowadzenia statków powietrznych, bo jakże to - szykanować porządnych ludzi?
Najprzyjaźniejsza forma współpracy w firmie to tolerancja na wszystkie odchylenia i wynaturzenia, jednak przy kulturalnej zasadzie - nie afiszujemy się ze swoim kolorem skóry, wyznaniem, upodobaniami obyczajowymi. Nie próbujemy wytargować lepszej pozycji powołując się na odmienność. Jednocześnie oczekujemy, że jeśli już komuś zaufamy i zwierzymy się z problemów, to nie zostanie to sensacyjnie rozwleczone po firmie. W pracy należy zachowywać się rozsądnie i według uznanych delikatnych reguł. Jeśli pracujemy w innym kraju albo regionie, to właśnie wówczas nie obnosimy się z jakąkolwiek odmiennością - jesteśmy gośćmi i powinniśmy podporządkować się lokalnym zwyczajom. Przecież będąc u kogoś w domu nie wprowadzamy swoich porządków. W firmie skupmy się na świadczeniu pracy. W wolnych chwilach możemy spokojnie przedyskutować wszelkie tematy, jednak taktownie i z osobami chcącymi nas posłuchać. Jeśli kogoś nie interesuje astronomia albo transwestyci, to właśnie w ramach tolerancji - nie bądźmy namolni, a tym bardziej agresywni!
Teraz społeczeństwu dochodzi kolejny kłopot - politycy i dziennikarze, którzy opowiadają się za całkowitą tolerancją wobec homoseksualistów, powołują się na spostrzeżenie - im większa liczba tolerowanych gejów, tym większy dobrobyt społeczeństwa, zatem jeśli ktoś nie zgadza się z nimi, ten zostaje automatycznie hamulcowym rozwoju gospodarczego Polski, niejako sabotażystą! A wiele przecywilizowanych społeczności światowych wraca do ekologicznej żywności i tęsknie spoziera ku mniej wybetonowanym polskim rzekom. Nie przesadzajmy z tym postępem - nawet depresyjni Holendrzy (może zbyt wysoki poziom morza zaszkodził im w wielu społecznie nieprzemyślanych - z naszego punktu widzenia - rozwiązaniach?) jednak jeżdżą tradycyjnymi (choć okrutnie tandetnymi!) rowerami... A jeśli to oni się mylą?* - zastosowałem szereg słów, których nie ma w naszych słownikach; liczę jednak na tolerancję, do której namawiamy się nawzajem...
Co z Brakiem, mężem Picassa? - The Guardian/Forum Onet (13 czerwca 2005)
Pod tytułem Mąż Picassa ukazał się obszerny artykuł na portalu Onet. Tytuł tyle skandalizujący co w modnym ostatnio stylu, zwłaszcza w aspekcie parad maści wszelakiej. Treść również wskazująca (może tutaj akurat niesłusznie), że artyści mają szczególny dar kierowania uczuć "w niewłaściwą" stronę (obecnie należy starannie dobierać słownictwo - ani słowa o zboczeniach! to nie jest prawomyślne - można pomyśleć, ale nie pisać!).
Oto fragmenty obfitujące w odmianę interesującego nazwiska.
Był pierwszym kubistą - Picasso zabiegał o jego względy, jak o względy kochanki. Co takiego miał w sobie Georges Braque, który uchodzi za jednego z trzech najważniejszych twórców modernizmu, lecz to Matisse i Picasso dzierżą prym. Braque pozostaje w cieniu... Podobnie było z Brakiem, którego nie interesowały niekończące się rozmyślania nad interpretacją treści obrazu... Tak czy inaczej, znane słowa Picassa, który mówił o Braque'u jako o swojej żonie lub eksżonie ("to kobieta, która kochała mnie najbardziej"), stały się pożywką dla późniejszych komentarzy... Znajomość z Braque'em była do pewnego stopnia najbardziej satysfakcjonującym związkiem w jego życiu... Picasso nie byłby Picassem bez Georges'a Braque'a...
Weźmy takie nazwisko (również firma, marka samochodów) Peugeot - tego Peugeota, o tym Peugeocie. Owszem, t przechodzi w c, co jest w naszym języku powszechne (kot/kocie) i taką deklinację dla obcych nazw przeciętny Polak znosi dość dzielnie, ale z owym malarzem Brakiem (czyli o nazwisku Braque) to już jednak przesada. Tego nie wymyślił "lud pracujący miast i wsi" (RJP oraz twórcy słowników powołują się na zwyczaje panujące pośród wspomnianego ludu), to musiał wymyślić finezyjny polonista (oczywiście, nie musiał - miał kaprys)... Braque to po polsku rasa psa, a dokładniej - wyżeł (w kabaretowych kręgach określany jako łyżew). Gdybyśmy na wyżła mawiali z francuska, czyli brak, to pewnie większość Polaków, zwłaszcza psich miłośników, nie miałaby kłopotów z dziwną odmianą nazwiska (dziwnego?) twórcy. Można nadmienić, że polski brak (manko) to francuskie manque a. manquant. Natomiast nasz barak to ichni baraque. Podobnie - bank/banque, barok/baroque, Bask/Basque, zatem tego typu francuskie nazwiska w narzędniku przechodzą w... polskie słowa.
Aby wiedzieć, że deklinujemy - Georges'a Braque'a, Georges'owi Braque'owi, Georges'em Brakiem, o Georges'u Braque'u to należy wiedzieć "jak piszemy imię oraz jak je odmieniamy". Powiedzmy, że większość Polaków przebrnie przez te wstępne problemy, ale z nazwiskiem - zwłaszcza w aspekcie Braka (Braque'a) - to już niewielu rodaków sobie poradzi. Abyśmy nie mieli zbyt wielu braków w wykształceniu (i kompleksów), należałoby dopuścić formę z Braquem albo z Braque'em (taką też formę zastosował tłumacz w przedostatnim cytowanym zdaniu), skoro podobnie zakończone nazwisko Paul Cézanne odmieniamy - Paula Cézanne'a, Paulowi Cézanne'owi, Paulem Cézanne'em, o Paulu Cézannie. Najwięcej problemów mamy bodaj z francuskimi nazwami, przy czym układacze dyktand mają szczególne zamiłowanie do ich zamieszczania w swych tekstowych pułapkach.
Może spolszczyć owego Braque'a na Braka? Jak wielu innych, choćby - Descartes/Kartezjusz, Montesquieu/Monteskiusz, Chopin/Szopen. Mielibyśmy - Brak, Braka, Brakowi, Brakiem, Braku, państwo Brakowie. Ten dość sławny facet całemu światu namieszał (farbami) w kubizmie (cubique - sześcienny); więcej - on go stworzył! Można by go żartobliwie określić jako pan Kubik i odmieniać - Kubika, Kubikowi, Kubikiem, Kubiku albo (dla ambitniejszych tudzież frankofilów) - Cubique, Cubique'a, Cubique'owi, Cubikiema. Cubiquem a. Cubique'em, Cubique'u. Gdyby Polacy mieszkający we Francji chcieli zmienić swe nazwiska Kubrak albo Żebrak na Cubraque oraz Zebraque, to podczas wizyty w starej ojczyźnie spotkania odbywałyby się z (i tak)... Cubrakiem i Zebrakiem.
Zarówno nazwisko Chirac, jak również Chiraque, w narzędniku przechodzi w z Chirakiem. Podobnie z Celtikiem - zarówno od Celtic, jak od Celtique.
Tak czy owak - na każdym kroku (również w języku polskim, choć nazwiska zupełnie niepolskie) mamy poważne braki...
Jeśli prace Tycjana i Picassa można określić jako tycjany i pikasy, to dzieła Braque'a jako... braki.
Australijska piosenkarka Kylie Minogue nie musi obawiać się dziwnej (ale poprawnej!) deklinacji, ponieważ ma przywilej (zgodnie z zasadami) nieodmieniania swego nazwiska w naszym języku. Jednak już jej męscy koliganci zostaliby dość dowcipnie potraktowani - Peter Minogue, z Peterem Minogiem... Przy "powrotnym" tłumaczeniu ktoś mógłby zauważyć niezaprzeczalny związek z ichtiologią, zatem Peter mógłby komercyjnie to wykorzystać na (swych) antypodach i prowadzić knajpę Pod Minogiem serwującą i wiadomą muzykę, i oczywistą potrawę. Ciekawe, czy twórca kubizmu zdawał sobie sprawę, że w Polsce jego nazwisko nie kojarzy się z rasą psa, ale z błędami podczas produkcji lub sklepowymi kłopotami w zaopatrzeniu...
Jeśli odróżniamy język potoczny od wykwintnego, to może jednak opracować prostszą deklinację trudnych obcych nazw (dopuszczalną także na dyktandach)? A przy okazji - na dyktandach z języka polskiego nie powinniśmy popisywać się znajomością niepolskich wyrazów (niespolszczone nazwy geograficzne, marki, nazwiska), wszak cudzoziemcy na swoich podobnych egzaminach nie żonglują czysto polskimi hasłami.
Tacy zachodni Europi* sobie napiszą tylko Braque i na tym kończą się ich umiejętności oraz wymagania wobec nich stawiane - nie obchodzi ich niemal żadna odmiana, a dla nas (także biednego tłumacza) to dopiero początek męki przeszukiwania szarokomórkowych zasobów i ułatwiających katorgę słowników... Nie dość, że bogatsi, to jeszcze na dyktandach nie zaprzątają im głowy polskimi wyrazami typu - Wałęsa, Łódź czy Śląsk (pewnie pomijają polskie "ogonki", zaś przy geograficznych nazwach nawiązują do łacińskich źródeł). I jak tu nie zazdrościć? Słowianom w każdej dziedzinie wiatr w oczy - a to wojny, a to rewolucje, a to transformacje, jednak to wszystko w ramach wspólnego mianownika - w atmosferze językowych skomplikowanych zasad...
* - Europejczycy (krócej)Olej opałowo-napędowy - Uwaga, TVN (15 czerwca 2005)
O nielegalnej stacji w Goręczynie, nieopodal Kartuz wiedzą wszyscy. Choć już dwa miesiące temu do miejscowej policji wpłynęło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa - stacja nadal funkcjonowała. Zamknięto ją dopiero po naszej wizycie. Właściciele dystrybutora mają w rodzinie krewnego policjanta, dlatego nikt nie reaguje.
Na prywatnej posesji ustawiono cysternę z paroma metrami sześciennymi oleju opałowego. Redaktorom zajęło parę godzin zgromadzenie materiałów dowodowych, których nie zdołała zebrać przez ok. 60 dni ani policja, ani Urząd Celny w Gdyni. Każdy kierowca przejeżdżający przez wieś mógł zatankować owo paliwo nieprzeznaczone do stosowania w środkach transportu. Medium wlane do przezroczystego kanistra dekonspirowało się jako olej opałowy (barwiony na czerwono). Nielegalne jest już samo napełnianie baku pojazdu. A gdzie pozostałe zezwolenia - budowlane, pożarowe; gdzie zgoda na prowadzenie działalności gospodarczej? Prowadzący ten interesik ludzie nie sprawiali wrażenia krezusów - działka i budynek nie rzucały się w oczy. Prawdopodobnie dorabiali, aby jakoś w naszym kraju przeżyć do pierwszego. I w tym stylu wypowiadali się internauci broniący tych mieszkańców - zgoda, czynili to z biedy. Gdyby sobie coś tam cichcem tworzyli na własny użytek, to przecież nie czyniono by z tego afery...
Wystarczy taki materiał pokazać telewidzom zachodniej części Unii, aby tamtejsi zwykli obywatele i baczni urzędnicy, doznali szoku - oni nas przyjęli do siebie stawiając parę warunków; między innymi wymóg szczelności na granicach zewnętrznych oraz walkę z przestępczością gospodarczą. I obdarzyli nas pewnym poziomem zaufania. Na całym świecie obywatele starają się coś wyłowić dla siebie ze wspólnego jeziora, ale jednak poza wiedzą policji. Jeśli państwowi funkcjonariusze są zamieszani w sprawę i nie jest to incydentalna sprawa, to afera może być przedstawiona na najwyższym unijnym szczeblu.
Istnieją kraje, w których stosowanie oleju opałowego w pojazdach grozi wysokimi karami, a u nas drogowi inspektorzy mają drogocenny sprzęt (zapewne z unijnych środków) i co - pozorują wykonywanie swych obowiązków? Należy wprowadzić międzynarodowe lotne brygady drogowe (także na granicach zewnętrznych), bowiem nasi funkcyjni rodacy są zbyt powiązani z rodakami konsumpcyjnymi. Prawdopodobnie kontrolowani są ludzie przypadkowi i drobni cwaniacy, a największe przekręty są udziałem funkcjonariuszy, którzy w najlepszym razie są zbyt leniwi, aby właściwie wykonywać swe obowiązki. Może należałoby powołać wspólne oddziały o nowym i jednolitym umundurowaniu - jedynie niewielkie naszywki byłyby symbolem kraju, z którego pochodziłby dany funkcjonariusz. Nie byłoby obaw, że po naszych polskich ziemiach kręcą się jakieś ... (tu nazwa wybranej narodowości i to w wersji nazbyt potocznej) typki. A nasi mundurowi kontrolerzy służyliby również w innych państwach UE.
W Kolumbii biedni rolnicy uprawiają podejrzane zielska a bogacą się na nich pośrednicy i jest to także karalne. Jednak tamtejsze wojsko - przy pomocy wielkich zagranicznych pieniędzy - dość skutecznie przeczesuje nielegalne plantacje i wybuchłby wielki skandal, gdyby okazało się, że funkcjonariusze otrzymali sygnał, który zbagatelizowali. A u nas policja wie o przestępstwie i nic nie robi, choć ma zobowiązania nie tylko wobec naszej Temidy, ale teraz również wobec unijnej!
Czy w demokratycznym państwie można wyprowadzić wojsko z koszar na drogi i kontrolować środki transportu? Jeśli podniosłoby to bezpieczeństwo na drogach ("wyskokowe" kontrole kierowców) oraz ukróciłoby machloje z opłatami ubezpiezpieczeniowymi i wspomniane paliwowe sztuczki, a przy okazji ujęto by wielu motoryzacyjnych złodziei i innych miglanców poszukiwanych listami gończymi?
Mamy dobrotliwą naturę, np. krytykujemy lekarzy, że biorą w łapę, ale kiedy ujawniono parę dni temu słynnego chirurga (ortopedę, specjalistę od tej kończyny), to podniosły się głosy - jakże to, fachowiec, zatem należy mu się godna płaca (no i choć ma poważne zarzuty, jednak nadal operuje).
Ten popularny - a demaskujący działania współczesnych przestępców - program pokazał drobny epizod naszej gospodarki na małą skalę, ale wpleciony w wielkie paliwowe przekręty.
Wielu Polaków oburza się już na samo pytanie - czy należymy do Europy? Twierdzą - zawsze byliśmy w Europie. Szanowni Rodacy - nikt nie ma wątpliwości co do geografii, natomiast co do zwyczajów, to nie oburzajmy się - jeszcze nie jesteśmy w cywilizowanej Europie, o czym świadczą właśnie takie prezentowane programy. Tak, to przykre dla naszej narodowej dumy, ale z faktami trudno polemizować.
Opisany przykład pokazuje ogromną przepaść pomiędzy starą Unią a nami. To co u większości tamtejszych obywateli uchodzi za oczywiste przestępstwo, u naszych jest tolerowane. Tam ludziska również kombinują, ale nie tak bezczelnie. Jest różnica - złodziejaszek czeka na noc i deszcz, aby wejść do sadu i urwać parę jabłek oraz - ostentacyjnie wchodzi do sadu i ucina cały konar z jabłkami. W Holandii za przyłapanie na oleju opałowym w aucie grozi wysoka kara, że rzadko kto ryzykuje. A u nas niemal jawnie jeżdżą na takim paliwie. Prawdopodobnie właściciel firmy transportowej, który leje "oranżadę" (czerwony olej opałowy) do baków, kiedy ma jego wóz pojechać za Odrę, to każe kierowcy zmienić paliwo, bo w razie kontroli utraciłby koncesję albo samochód. Unia wyświadczyła nam wielką łaskę przyjmując do swego cywilizowanego towarzystwa. Nasz urząd skarbowy wezwie podatnika, bo pomylił się o złotówkę, ale nikt ze skarbówki nie interesuje się jawnymi a lewymi cysternami!
Po tym programie to Policja i Główny Urząd Celny powinny przeprowadzić kontrolę w całej Polsce. A Bruksela powinna nałożyć na Polskę karę, abyśmy zrozumieli, że unijne zobowiązania prawne to nie socjalistyczne ustalenia w rodzaju książeczek mieszkaniowych czy posagowych, które nie są w pełni respektowane przez polski rząd. Sprawa akcyzy za sprowadzane auta to drugi przykład olewania (...to od tego oleju...) unijnego prawa, i to na jeszcze wyższym (bo ministerialnym!) szczeblu. Powie ktoś - przecież karę zapłacimy my, czyli podatnicy. Owszem, ale jak raz zapłacimy to może będziemy bardziej pilnować podobnych spraw. Przecież za strajki, które obaliły komunę także my płaciliśmy - wszak nie ówczesny rząd ani wolny a kapitalistyczny Zachód!
Bądźmy szczerzy - gdyby podobny program telewizyjny powstał w "bardziej wschodnim państwie", kandydującym do (już) naszej Unii, to mielibyśmy doskonały argument przeciwko przyjmowaniu ich do naszej wspólnoty! A tu taka narodowa kompromitacja, przy czym ów blamaż nie dotyczy ukazania zwykłych ludzi "coś tam sobie kombinujących" (bo tacy są na całym świecie), ale ujawnia owe działania przy pełnej wiedzy instytucji państwowych!
Nikt z nas zapewne nie jest święty - a to kafelki kupione na szwagra (i odliczone w ramach ulgi remontowej), a to komputerowy program bez koncesji, a to wiele innych małych przewalików - także wśród prawniczych, dziennikarskich i ministerialnych rodzin. Nikt nie zwalczy owych milionów drobnych cwaniactw, ale setki wielkokalibrowych, jawnych a publicznych przekrętów, to jednak już przesada.
Możemy krytykować ostrą formę redaktorów programu Uwaga, ale oni działają jak lotna brygada. A gdyby nie polscy dziennikarze, to największe afery pozostałyby nieujawnione. Ilekroć to ważne państwowe persony pokrętnie się wypowiadały podczas konferencji prasowych albo podczas zeznań przed sejmowymi komisjami?Bezsensowna śmierć - Uwaga, TVN (17 czerwca 2005; tytuł od redakcji)
14-letnia Asia opalała się nad brzegiem zalewu ze swoją koleżanką. Nagle podeszło do nich dwóch chłopców. Jeden z nich miał 14 lat i ponad promil alkoholu we krwi. Dziewczynka kurczowo trzymała się barierki krzycząc, że nie umie pływać. Pomimo tego została wrzucona do głębokiej wody. Sprawcy natychmiast uciekli.
Gdyby podczas okupacji dwóch niemieckich chłopaków wrzuciło do rzeki młodą Żydówkę, to ów czyn byłby oceniony jako jeszcze jeden z wielu przykładów eksterminacji. Gdyby podczas ostatniej wojny na Bałkanach dwóch młodych Słowian postąpiło identycznie z równie młodą Słowianką (ale o innej narodowości), to uznano by to jako kolejny przejaw "czystek etnicznych" (nazwa tyleż bezsensowna, co skandaliczna). A gdyby obie sceny przypadkiem zarejestrowano na nośnikach właściwych technicznemu poziomowi czasów popełnienia zbrodni, to obecnie cały świat mógłby obejrzeć je oraz skomentować, zaś odpowiednie trybunały mogłyby rozpatrywać owe incydenty w przewidzianym trybie (kilkanaście dni temu świat zapoznał się z zabójstwem niewinnych ludzi dokonanym przez sąsiadów na Bałkanach, którzy nigdy nie byliby ukarani, gdyby sami nie nagrali tej sceny). Ale polska Asia została zamordowana przez dwóch głupich napitych młodych Polaków i nijak nie pasuje to do narodowościowych animozji. Zatem nie będzie jej młode życie (oraz bezsensowne zakończenie) rozpatrywane w górnolotnym aspekcie nienawiści bliźniego do sąsiada. Nie będzie wielkich protestów na międzynarodowym szczeblu, nie będzie not protestacyjnych - wszak nikt nie kierował się rasistowskimi poglądami. A złapani chuligani nie otrzymają wyroku za zabójstwo na rasistowskim tle. Są kraje (choćby USA), w których podobny mord dokonany przez młodych białych (lub czarnych) na czarnej (lub białej) dziewczynie odbiłby się szerokim echem i mógłby wywołać zamieszki porównywalne z innymi (a było właśnie tak po ujawnieniu nagrania pobicia czarnego obywatela przez białych policjantów). Zatem - owi młodociani przestępcy będą podlegać procedurom przewidzianym dla młodzieżowych wygłupów, a ich czyn będzie oceniony jako wypadek. Wysoko opłacani i kształceni adwokaci staną na wysokości zadania i uwypuklą niewykształcone a porywcze sylwetki dzisiejszej sfrustrowanej młodzieży, doprowadzając do wydania symbolicznego wyroku - żadna poważniejsza kara im nie grozi w naszym wyrozumiałym aparacie sprawiedliwości. Można powiedzieć, że się nie stało.
Sąsiad rodziny zauważył - wśród młodych postępuje zdziczenie obyczajów, brak opieki rodziców, dzieci piją alkohol i wychowuje ich ulica.
To przecież nie jest właściwy temat dla polityków, niezależnie od opcji, bowiem oni wszyscy wiedzą, że żadna z partii sobie z tym nie poradzi. O, gdyby to była nie jakaś chuligańska sprawa, ale polityczna, to co innego - zaraz wykorzystano by ją do machania odpowiednimi sztandarami.
Istotnie, gdyby stopniować sens czyjejś śmierci, to ta nie miała najmniejszego sensu. Może ktoś zorganizuje kolejny "czarny marsz", który utwierdzi nasze społeczeństwo w wieloletnim przeświadczeniu, że młodocianym przestępcom nadal nic nie grozi - nasi milusińscy "po prostu" znowu nie wytrzymali ciśnienia w nowej rzeczywistości...
PS Właśnie ujęto trójkę młodych podpalaczy - podpalili kamienicę, zginęły 4 osoby, zaś straty wyniosły ok. 1 mln zł. Szok w Polsce, ale gdyby ów akt był na tle narodowościowym, to można sobie jedynie wyobrazić komentarze o Polakach na całym świecie przez wiele dziesięcioleci... Temida sobie i tak nie da rady, ale chociaż politycy odetchnęli z ulgą.Gdzie nadzór nad społecznym mieniem? - Dziennik Bałtycki (17 czerwca 2005)
Księgowa Jolanta G. jest podejrzana o zdefraudowanie prawie 300 tys. zł należących do Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Gdańsku. Przez 6 lat okradała szkołę. Przestępstwo wyszło na jaw dopiero po kontroli przeprowadzonej przez urzędników gdańskiego magistratu. Pieniądze pochodziły z wynajmu szkolnego basenu. Prokuratorowi tłumaczyła, że większość pieniędzy oddała siostrze mającej szóstkę dzieci oraz samotnie wychowującej dziecko córce.
W socjalizmie największym złem (poza politycznymi aspektami) był brak poszanowania paliw i energii, co prowadziło do zdewastowania środowiska, kradzieży energetycznych mediów i windowania cen produkowanych towarów. Obecnie największym błędem jest całkowity brak nadzoru nad społeczną kasą. Pomijając największe afery, w których złodzieje (bazując na wykorzystywanych przepisach do granic możliwości) przejmują nasz narodowy majątek, największą plagą są tysiące księgowych fałszujących dokumenty i przelewających społeczne środki na swe prywatne konta. Gdyby choć nieco pomyśleć, to chyba każdy by uznał, że w systemie, w którym pełno jest towarów na półkach, zaś kasjerzy zarabiają niewiele, to bodaj każdemu przychodzi do głowy mały przekręcik, którym testowane są procedury zabezpieczenia mienia społecznego.
Jeśli ktoś zawłaszczy setkę złotych i zorientuje się, że żadna kontrola tego nie ujawniła, to podnosi poprzeczkę wobec swych wymagań i marzeń w aspekcie swego sumienia. Zatem - należy uznać, że większą winę za wieloletni proceder zawłaszczania społecznego mienia ponoszą zwierzchnicy takich księgowych. Jeśli przez 6 lat udawało się jej w sposób niezauważony przelewać szkolny budżet na prywatne konto, to oznacza, że jej szef powinien uczyć dzieci, sprzątać klasy albo pilnować szatni ale nie nadaje się do pilnowania naszego majątku. A po finansowej wpadce, powinien otrzymać nie mniejszy wyrok niż opisana podejrzana. Jak nieprywatna szkoła mogła zatwierdzać bilans, podejmować decyzje, występować o dotacje oraz zatwierdzać podwyżki dla personelu, skoro wybierano jej tysiąc złotych tygodniowo i "nic się nie działo"? Gdyby spostrzeżono pracownika zawłaszczającego pierwsze sto złotych, to skończyłoby się naganą, pracownik uznałby profesjonalizm zwierzchników i do głowy by mu nie przyszło drugi raz kombinować. Do emerytury byłby wartościowym obywatelem. Teraz szkoła nie ma pieniędzy (przecież nie odzyska ich), kasjerka spędzi parę lat w więzieniu (za nasze pieniądze, a mogłaby z siebie jeszcze coś dać Polsce) i wszyscy mamy moralne rozterki - jakże to tak, przez lata można niezauważenie podkradać taką forsę? Każdy z nas (także inni księgowi, ich zwierzchnicy oraz współpracownicy) zastanawiamy się - ile takich podobnych "prywatnych projektów" jest właśnie realizowanych oraz ile wyjdzie na jaw za parę miesięcy? Gdyby dzisiaj szef delikatnie dał małemu złodziejaszkowi po palcach, to sąd sporemu złodziejowi nie musiałaby dawać po łapach za parę lat. Zamiast taniego rozwiązania stosujemy drogie - zbyt kosztowne dla Polski. Kiedy będą karani przełożeni i kontrolerzy osób pracujących przy społecznych pieniądzach?!
Jakże inaczej wyglądałaby nasza ojczyzna, gdyby wspólne nasze pieniądze były przeliczane z równą starannością, co prywatne? Taki szef księgowej swoje 10 zł będzie oglądał aż okulary pogubi, ale szkolne tysiące wytracił, bo go one w ogóle nie interesowały. Czy nie ma procedur nakazujących właściwą kontrolę, a kodeks nie przewiduje dolegliwości dla sprawdzających dyletantów? Jeszcze parę lat, a Polskę rozkradną niskoszczeblowi kasjerzy, bo wszyscy patrzą na ręce tylko wysokoszczeblowym urzędnikom i to od niedawna... Jak w dzikiej przyrodzie - wielkie kęsy rwą nieliczne a żarłoczne wilki, zaś bezpańskie a pozostawione resztki wybiera masa szczurzego drobiazgu. A mazgajowaci pracusie wychowani na porządnych ludzi i bojący się wyciągnąć rękę do cudzej kieszeni, borykają się z trudami dnia codziennego. Na pociechę pozostaje wierzyć im, że w swoim czasie Najwyższy to doceni.
mirnal1402
Strona główna