Komentarze 2005 (X-XII)

    Świadczenia proporcjonalne do składek - Telekurier (5 października 2005)
    Pewien burmistrz w godzinach swej podstawowej a godnej pracy, udzielał się jako nauczyciel. Nie czynił tego z biedy (tak twierdził), ale chciał jeszcze jeden rok przepracować "przed szkolną tablicą", aby uzyskać pełnię szczęścia dydaktycznego i uprawnień emerytalnych. Drobna sprawa, przecież większą aferą była półmiesięczna wizyta unijnej szychy na jachcie biznesmena i też nic się nie stało. Ale ma kilka aspektów - przed tablicą mógłby inny (bezrobotny) nauczyciel zmagać się z młodzieżą (ale podobno nie było chętnych), nie powinien obywatel (zwłaszcza na eksponowanym stanowisku) dorabiać w godzinach pracy (są firmy, które natychmiast zwolniłyby takiego delikwenta), bowiem uczy to cwaniactwa i utwierdza w przekonaniu, że w Polsce jest to normalka, nie powinien starać się o to stanowisko, skoro miał plany dydaktyczno-emerytalne, no i gdzie zwykła przyzwoitość...
    Jest jeszcze dodatkowe spojrzenie - kolejny dowód na błędny system emerytalny. Jeśli bowiem pracownikowi brakuje pewnego okresu do uzyskania wywalczonych uprawnień (gwarantowanych przez rozmaite karty, choćby nauczyciela), to w przypadku niespełnienia w stu procentach owych wymogów, świadczenia powinny być wypłacane proporcjonalnie (np. 95% w części rozpatrywanego składnika). Bywają niemal dramaty, kiedy komuś brakuje paru tygodni do spełnienia wymogu i w tym zakresie nie dostaje nic, a powinien otrzymać proporcjonalnie, zwłaszcza w państwie odwołującym się do sprawiedliwości. Znane są przypadki, że mąż zmieniał miejsca pracy (np. z taksówkarza na urzędnika), umierał w chorobie albo ginął w wypadku, zaś żona (i dzieci) nie otrzymywała renty, ponieważ okazywało się, że przez parę tygodni nie były wpłacane składki emerytalne (zwykle z powodu niedopatrzenia albo nieporozumienia). Należy zmienić prawo, które w imię fundamentalnej uczciwości, gwarantowałoby świadczenia proporcjonalne do wniesionych składek. Nie może być tak, że ktoś wchodzi do gry (tak, wszelkie socjalne - i przeważnie przymusowe - uczestnictwa, to igranie z losem na tle rządowych przepisów) wpłacając składki (niemal loteryjne losy), zaś w jesieni życia okazuje się, że przysługują mu jedynie symboliczne świadczenia albo nawet żadne.
    Nie wiem, jak pracowało się burmistrzowi na posadzie nauczyciela, ale skoro jest specjalistą od języka polskiego, to powinien się zirytować, lustrując szyld z nazwą swojej szkoły: Zespół Szkół Agro - Technicznych. Redakcja umieściła u dołu ekranu poprawną nazwę: Agrotechnicznych (łącznie, nie z dywizem i dwiema zbędnymi spacjami). Aby uczniowie z omówionej szkoły (wraz z burmistrzem a nauczycielem) nie wpadli w kompleksy, nadmienię, iż na elewacji jednego z najsłynniejszych trójmiejskich liceów można dojrzeć napis - Liceum Ogólnokształcące Nr 3 (powinno być nr).
    Nie lepsza jest TVN24. U dołu ekranu widzimy - Rogozen (kolejny wypadek polskiego autobusu), zaś spiker czyta [rogozen] a powinien [rogocen]. Jednak na przedstawionej mapie napisano Rogossen, zatem wydaje się, że to spiker czyta poprawnie, a na pasku napisano błędnie. "Wydaje się", ponieważ inne agencje podają - Roggosen i taka nazwa najczęściej pojawia się w Googlach, zatem jest najprawdopodobniejsza. Niestety, błędna nazwa Rogozen wije się niemal dobę u dołu ekranu.
    O ostatnich wypadkach dwóch autobusów oraz dwóch "sportowych" samochodów osobowych napisano już sporo, jednak jeśli ktoś myśli, że kierowcy wyciągają wnioski z zasłyszanych wypadków, jest w błędzie - katastrofa autobusu z pielgrzymującą młodzieżą nie dała do myślenia najsłynniejszej naszej pływaczce, bowiem już nazajutrz popełniła ten sam błąd, a przecież znała wstrząsającą historię rówieśników, którzy zginęli w płomieniach.
    Konstruktorzy powinni opracować bardziej wytrzymałe baki oraz przewody paliwowe (na uderzenie i zapalenie). Nieprawdopodobne - zderzenie przetrwały wielkie szyby, które okazały się koszmarną przeszkodą (niczym stalowe kraty) w dalszym życiu wielu młodych ludzi.
    Na razie telestacje zawiesiły emisje o wariatach drogowych. Okazuje się, że przyrównywanie tysięcy anonimowych kierowców do wariatów nikogo nie uraża (nie licząc przewrażliwionych a protestujących psychiatrów), ale skojarzenia z konkretnymi osobami uchodzą za nieetyczne. Owszem, jest to przyzwoite rozwiązanie problemu, ale zdecydowanie osłabia sens całej tej telewizyjnej akcji.

    Nie ma Nadziei czy Nadzieji? - Poradnia Językowa PWN (7 października 2005)
    Jak poprawnie odmieniać nazwisko Dobija? Nazwisko to oczywiście odmieniamy, nawet gdy występuje z imieniem, a powinniśmy zapisać: D. Wandy Dobii [wym. dobiji], CMs. Wandzie Dobii [wym. dobiji], B. Wandę Dobiję, N. Wandą Dobiją. Zapis jest zgodny z obowiązującymi zasadami pisowni, choć uważam, że w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku rozumniej byłoby zapisywać Dobiji. Problem dotyczy nazwisk zakończonych na -ja występujące po samogłosce. W praktyce językowej często zachowuje się j, za czym opowiadał się zainteresowany tym bezpośrednio prof. Bogusław Kreja, jako przykład można podać Filharmonię Śląską im. Karola Stryji. Jestem za tym, żeby dla nazw własnych stosować odstępstwo od wspomnianej zasady, proszę więc śmiało napisać dyplom dla Wandy Dobiji (co mimo ewentualnych wątpliwości jest dużo lepsze od formy dla Wandy Dobija).
    Zaskakujące stanowisko, i to z paru powodów. Profesor powołuje się na obowiązujący zapis Dobii, ale przyznaje, że jednak rozumniej byłoby Dobiji. Może zatem poloniści sporządzą listę wyrazów, które są w słownikach jako obowiązujące Polaków (dziennikarzy, urzędników, uczniów...), a które są przez nich samych uznawane za niezbyt rozumne. Byłaby to spora sensacja, coś na kształt odmiennych (od oficjalnych) opinii księży w kwestii celibatu lub ryzykownych zapatrywań rewolucjonistów na temat wyższości własności prywatnej nad społeczną... Zatem - którzy to poloniści organizują słynne dyktanda z języka polskiego, które nie tylko zawierają niepolskie słowa (a to oznacza, że nie powinno ich być w tych sprawdzianach!), ale czynią to również bez przekonania? Wymagają Czai, choć sami przyznają, że rozumniej byłoby Czaji?! Listę można uznać za rozpoczętą - Dobiji zamiast Dobii.
    Sam na swych internetowych łamach proponuję inne spojrzenie na szereg naszych polskich słów (imaż zamiast image, kamping/kemping, dizel/diesel, grylować/grillować, Ukraini/Ukraińcy oraz wiele, wiele innych), z czym nie zgadzają się poloniści, ale serce mi teraz żywiej zabiło w nadziei (nadzieji?) - oni w duchu popierają rozumne propozycje, jedynie są zmuszani przez zastygłą lawę (językowych dyktatorów) do stosowania nielogicznych form! I od czasu do  czasu znajduje się odważny polonista (tu z Poradni Językowej), który obnaża kulisy walki na pograniczu naszego języka - walki skostniałych zasad z rozumnymi (ale tłamszonymi!) propozycjami.
    Nie przeczę, sugestia zastosowania -iji zamiast -ii profesora jest interesująca, ale ma poważne luki. Przede wszystkim - jest skierowana jedynie wobec nazw własnych, co od razu powoduje oryginalny (ale jednak utrudniający) dualizm. Jeśli bowiem pani Nadzieja Zgraja (imię i nazwisko) będzie znowu w stanie błogosławionym, to jak napiszemy o pani Nadziei Zgrai, która jest przy nadziei i myśli o powiększeniu swej rodzinnej zgrai (wg dzisiejszych zasad)? Wg Poradni - o pani Nadzieji Zgraji, która jest przy nadziei i planuje powiększenie swej sympatycznej zgrai?
    Także - Kwiecie mai się we włosach panny Maji? Archeolog dwoi się, a nawet troi, ale niewiele już znajdzie w rozkopanej Troji?
    RJP zajęła stanowisko w sprawie odmiany wschodniosłowiańskiego imienia Marija - Pełna odmiana interesującego nas imienia to: lp.: M. Marija, D., C., Ms. Marii [wymawiane jako "Mariji"], B. Mariję, N. Mariją, W. Marijo!, lm.: M., B. Marije, D. Marij, C. Marijom, N. Marijami, Ms. (o) Marijach, W. Marije!
    Zatem w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku liczby pojedynczej mamy identyczne deklinacyjne formy jak dla polskiego imienia Maria, czyli Marii. Szkoda, że przy okazji nie podano wymowy dla formy Marii od polskiego imienia Maria, bowiem mogłoby się okazać, że mamy dwa sposoby wymawiania - [mariji] (dla obcych Słowianek) i [marji] (dla rodzimych Słowianek), co mogłoby opornych przekonać do propozycji, że istotnie powinniśmy pisać - żmiji, Złotoryji, nadzieji/Nadzieji, Maji, Nagoji. Dawne imię Zofija przechodziło w Zofiji, ale dzisiaj w Zofii (podobnie jak Zofia). Podobnie wspomniane Marija/Maria. Archaiczne imię Maryja przechodzi obecnie w Maryi, choć mogłoby w Maryji. Stolica Bułgarii to Sofija (po polsku Sofia), jednak wg obecnych zasad, obie nazwy przechodzą w Sofii. Rakija to nazwa alkoholu wytwarzanego na Bałkanach. Być może, że powinna przyjąć postać rakia (podobieństwo do nazw wspomnianych imion i stolicy), ale wg obecnych słowników, obie mianownikowe formy, w trzech najciekawszych przypadkach, przechodzą w rakii. Gdyby jednak zastosować propozycję, to - Rozsmakował się w rakii [rodzaj alkoholu] i  nalał sobie sporo trunku Rakiji [nazwa koncernu] oraz symbolicznie dla swej pupilki Rakiji [imię zwierzęcia].
   Dzisiaj wielu z nas nie napisze poprawnie epopei, odysei, gwinei, orchidei, Erytrei w mianowniku (-ea/-eja; jedną z wymienionych nazw, słowniki podają w... dwojaki sposób).
    Jednak - zgodnie z sugestią Poradni - w przypadku Białorusinki o danych Marija Tramwaja (nazwisko albo ksywa), mielibyśmy - Obywatelce Mariji Tramwaji nie pozwolono prowadzić najnowocześniejszych tramwai... (obecnie Obywatelce Marii Tramwai nie pozwolono prowadzić najnowocześniejszych tramwai [albo tramwajów]).
    Zgoda, przy takiej żmii (to już nie o tej pani) mamy wątpliwości - aż korci, aby napisać żmiji, jednak słowniki wymagają żmii (znowu rozum przeciw  zasadom?). A nazwy miejscowości Opatija i Diwanija? Opatiji oraz Diwaniji, czy Opatii oraz Diwanii? Pewnie, że rozsądniej wygląda, jeśli - Pani (także pana Koji, Ruji) Dobiji nie ma na pokładzie wodolotu, który dobija do przystani, jednak zmienianą zasadę należałoby przeanalizować we wszystkich aspektach.
    Niedawno kolega wrócił z Bieszczad i pokazał masę zdjęć. Na jednym uwieczniono planszę informacyjną zatytułowaną - Plan Wołkowyji. Klasyczny już błąd, który popełniają nawet urzędnicy, zapewne mieszkający w Wołkowyi (przecież wiedzą, że piszemy Złotoryi). Chyba że jest to świadomy protest nawiązujący do poglądu, że lokalne społeczności mogą posługiwać się nazwami regionalnymi albo wdrażają odważne poglądy rodem z Poradni Językowej PWN...
    Gdyby nie zasada, że po c, s, z piszemy (w podobnych sytuacjach) j, mielibyśmy Alicii niezależnie, czy myślimy o obcym imieniu Alicia, czy o naszym Alicja (a pisanym - gdyby nie ta zasada - także Alicia). Podobnie jest z hiszpańską krainą Galicia - jeszcze nie spolszczono, aby nie kojarzyć z bliższą nam nazwą Galicja (gdyby nie wspomniana zasada, to dla obu mian mielibyśmy w Galicii).
    Jak poprawnie zapisywać tłumaczone z języka angielskiego nazwy takich ulic jak np. 5th Avenue? Pisać: na 5 Alei? Na Piątej Alei? Na 5. Alei? Czy może alei - z małej litery? 22 września Poradnia zajmuje stanowisko w tej sprawie - W publikacjach amerykańskich znacznie przeważa forma z liczebnikiem, toteż chyba i u nas najlepiej zapisywać Piąta Aleja. Z pozostałych możliwości wybrałbym zapis z liczbą bez kropki (jest ona konieczna tylko wtedy, gdyby mogły być wątpliwości, czy chodzi o liczebnik porządkowy).
    Jak to wygląda w konfrontacji z poprzednimi wywodami? Jeśli uznać, że Aleja jest nazwą własną, to byłoby na Piątej Aleji? A gdyby ulica była na cześć Indianina, miasta lub wielkiego drzewa (o spolszczonych lub polskich nazwach Sekwoja/sekwoja), to mógłby być trakt o nazwie Aleja (wg obecnych nierozsądnych  zasad - raczej małoliterowa aleja) Sekwoji, czyli w Aleji Sekwoji ?
    Przy okazji - pogląd, że kropki stawiamy jedynie wówczas, kiedy są wątpliwości, czy liczebnik jest porządkowy, nie znajduje pokrycia w (językowych) faktach. Wszak nie jest zalecana pisownia - 2 wojna światowa, zajął 45 miejsce,
znowu była 3 w konkursie,15 Igrzyska Olimpijskie, na 7 piętrze, w 17 wieku (pomijam warianty z rzymskimi liczbami)... Ja nie mam wątpliwości, że chodzi o liczebnik porządkowy - czy mogę zatem pisać bez kropki? I cieszy, że nie skrytykowano frazy z małej litery.
    Tegoż dnia zajęto się także oryginalnym imieniem - Jak będzie brzmiała odmiana imienia Paraskowia w dopełniaczu? Chodzi pewnie o zapis, bo użyjemy oczywiście końcówki -i (także w celowniku i miejscowniku). Problem ortograficzny zaś polega na tym, czy zapisywać -i pojedyncze, czy podwojone. Zależy to od stopnia przyswojenia wyrazu, ponieważ pojedyncze -i zapisujemy w wyrazach rodzimych i przyswojonych, np. odrzwia, odrzwi, w wyrazach obcych literę końcową podwajamy, np. Jugosławii. Zgodnie z tym powinniśmy napisać Paraskowii.
    Ale jak spamiętać wszystkie podobne nazwy - rodzime, przyswojone i obce? Ludziska mylą cukini/cukinii, ponieważ błędnie oceniają "stopień przyswojenia wyrazu" (Google niemal remisowo zliczają owe wersje), zaś wyraz szałwia aż tak uznali za przyswojony, że wyszukiwarka wykazuje znacznie częściej błędną formę szałwi niż poprawną szałwii!
    Rodacy (zwłaszcza mieszkający poza Wybrzeżem) pisują - Rumii, Orunii (dzielnica Gdańska), Linii (miasteczko), Chylonii (dzielnica Gdyni), a czasami nawet... Gdynii. We włoskiej Pawii, ale w naszej Pawi Dolnej, we francuskiej Owernii, ale w polskiej Alwerni (choć na Warmii!), w szwajcarskiej Gryzonii, ale w swojskiej kawiarni. Jeśli miejsce zatrudnienia piekarzy nazwiemy Piekarnia (firma), zaś bajkową krainę zamieszkałą przez miłe a oswojone gryzonie - Gryzonia, to ile i postawimy na końcu tych nazw własnych w problematycznych przypadkach?
    Grać na waltorni utwór Hansa Waltorni(i) w austriackiej Waltornii? Słowo Cepelia jest polskim skrótowcem, a piszemy jednak... w Cepelii.
    Czarna Marchwia to malownicza rzeczka wijąca się pośród kniei. W Czarnej Marchwi żyją rzadkie okazy lilii.
    Gdybyśmy przyjęli od wschodnich Słowian nazwę kraju naszych bratanków, to mielibyśmy nie Węgry, ale Węgria (o Węgrii), a może nawet Wengrija (o Wengrii, a nawet... Wengriji - zgodnie z pierwszym wątkiem).
    Wracając do tytułu - Nie ma Nadzieji Krupskiej wśród ludu i nie ma nadziei na godniejszą przyszłość polskiego ludu (roztrząsanie problemu językowego, nie ekonomicznego). Czy w ten sposób będziemy pisywać? Należy dokładnie przemyśleć wszystkie aspekty, nim zmienimy obecnie obowiązujące zasady, bowiem zastąpienie -ii zakończeniem -iji (w mianownikowych nazwach o zakończeniu -ja) może nazbyt kojarzyć się z zamierzchłą polszczyzną albo cokolwiek razić zmysł wzroku...

    Młodociane dziewczynki - TVN (18 października 2005)
    Największe Międzynarodowe Targi Książki we Frankfurcie. Gościem honorowym jest Korea. Ale znamy dwa Frankfurty i dwie Koree, zatem (pomijając uwagę - wiadomo o które chodzi) poważna telestacja powinna podać dokładniejsze namiary. Na amerykańskich filmach pisują - Paris, France i nie jest podważany nadmiar informacyjny...
    W Brzezinach (łódzkie): uniewinniono instruktora tańca podejrzewanego o molestowanie młodocianych dziewczynek. Jednak Łódzkie. Prawidłowo dodano młodociane, gdyż bez tego określenia można by pomyśleć, że chodzi o starsze dziewczynki, czyli o panie określonego autoramentu, a te - niejako z definicji - organicznie ocierają się o hasło "molestowanie"... Uniewinniono faceta, bowiem wszyscy wiedzą, że młode dziewczynki konfabulują i nie należy im dawać wiary, zaś dziewczynki uliczne mówią prawdę i dlatego sądy je traktują poważniej (jako i one swe życie) - Bułgarowi grozi kilkanaście lat więzienia za kupienie ukraińskiej prostytutki za kilkaset dolarów i przechwytywanie jej zarobku. Śmiech w żywe oczy - dostanie rok w zawieszeniu (nie tacy gangsterzy dostawali zaledwie piątkę). W UE są tysiące takich przykładów i w bardziej nieprzekupnych środowiskach praworządniejszych krajów nie mogą sobie z tym poradzić. Gdyby chciano, to już dawno by rozprawiono się z co bardziej odrażającymi formami wyzysku. Ale nie bardzo chcą - towar jest dla chłopów i chłopy są szefami oraz wykonawcami poleceń. Zadania wykonują jedynie w takim zakresie i z takim zaangażowaniem, żeby nikt nie zakwestionował potrzeby ich trzymania na stanowiskach... Dla statystyki zatem rozprawią się dzielni polscy policjanci i to z obywatelami spoza Unii, czym dadzą tylko kolejny dowód, że pojęcie "dyskryminacja" jest nam całkowicie obca...
    Jeden z kandydatów będzie prezydenckim "psują". Nie podam nazwiska psui, ale nadmienię, że Poradnia Językowa PWN kilka dni temu zasugerowała odmienną (od obowiązującej) pisownię. Otóż w przypadku nazw własnych, można pisać o panu/pani Psuji. Zatem, jeśli ktoś zwyczajne i łajzowate psuja podniósłby do rangi ksywki Psuja, to właśnie mógłby przejść do historii języka polskiego jako legalny propagator formy Psuji zamiast Psui.
    Nazajutrz - W nowej wersji przygotowano kreskówkę The Simpsons dla krajów Bliskiego Wschodu pod tytułem Al Shamshoon. A co z arabską widownią spoza tego regionu? Obejdzie się wzrokiem?
    Wilma jest już huraganem w najwyższej- 5 kategorii. Stan pogotowia ogłoszono na Florydzie, w kilku krajach Ameryki Środkowej i na Kubie. Tego dnia wszystkie poziome kreseczki stawiano z prawą spacją, zatem to nie literówka - spacje powinny być obustronne. Po piątce jednak kropka. No i Kuba należy do Ameryki Środkowej (wszak nie - kraje skandynawskie i Norwegia należą do najbogatszych państw).
    Rozpoczął się proces dyktatora Iraku. Nie zgłosiło się ok. 40 świadków zbrodni Saddama Husajna, ponieważ boją się o swe życie. Cóż za brak odwagi - cały świat czeka na dowody i orzeczenie sprawiedliwej kary, a tu jacyś biedacy boją się o swe nędzne życie! Jakież to irytujące. Ale cóż to? Inna telestacja informuje nas jednocześnie, że nasz rodak z Łodzi ma rewelacyjne dane w makabrycznej sprawie "łowców skór". Niestety - nie chce ujawnić swego wizerunku w obawie o swoje życie. To jak z tą odwagą? Komu jej więcej trzeba? Tam, na gruzach dyktatury, czy w naszej demokratycznej ojczyźnie? Inna sprawa - cóż to za sądy i procedury w obu krajach, skoro nie potrafią zapewnić ochrony świadkom? Kurdyjski sędzia ujawnia twarz i wie, że nie tylko ryzykuje swoim życiem, ale bliskich. I już niemal za to powinniśmy uznać go za bohatera. Ludzie z ulicy pokazują twarz do obiektywu żądając kary śmierci dla byłego wodza i na pewno są odważniejsi niż nasi pseudokibice okutani w maskujące szmaty. Pierwsi igrają ze śmiercią, drudzy ze stuzłotową grzywną. A od dziecka wmawiano nam wielką odwagę i wrodzoną fantazję ułańską...
Więźniowie siedzą w klatkach, choć to określenie jednak przesadzone - są to metrowe, raczej symboliczne kojce. W Moskwie dla Chodorkowskiego oraz dla włoskich mafiozów były znacznie większe i solidniejsze klatki. I największa różnica pomiędzy sędzią a dyktatorem - pierwszy może przeżyje toczący się proces, zaś drugi niemal na pewno go przeżyje. Dopiero po wyroku ich szanse się wyrównają...
    I przy okazji o błędzie psychologicznym - owa znana telestacja poinformowała, że o godzinie *** będzie wywiad z p. Jarucką. Człowiek zajęty, nie zawsze skupiony, często wdany w towarzyskie rozmowy rodzinne. Gdyby najpierw padło hasło Jarucka, to telewidz ucha by nadstawił i wyłowił godzinę, ale owi specjaliści od mediów nie wiedzą, że kolejność ma wpływ na komunikację międzyludzką. Zatem - redaktorzy! Pierwej rzucajcie czerwoną płachtę na widza, aby go zainteresować, a dopiero potem - informujcie o godzinie zdarzenia. Przez ów medialny błąd, telestacja utraciła jednego widza, choć miał szczerą chęć obejrzenia programu.

    Oszczędzajmy nerwy i paliwo! - Dziennik Bałtycki (19 października 2005)
    Ze skrzyżowań znikną zielone strzałki warunkowego skrętu w prawo. Zły sen? Nowy pomysł Ministerstwa Infrastruktury na poprawę bezpieczeństwa pieszych. Mamy nadzieję, że ten bezmyślny pomysł ministerialnych urzędników uda się zablokować, zanim polskie ulice dużych miast zablokują się na dobre.
    Ciekawe - w państwie o kiepskim wskaźniku uautostradowienia, mamy zakompleksiałych/zakompleksionych urzędasów, którzy muszą jakoś zaistnieć i potwierdzić, że stanowisko przezeń zajmowane, jednak pozostawi jakiś ślad w cywilizacji III tysiąclecia. Szkoda, że to właśnie JAKIŚ, czyli byle jaki ślad. Zabawny felieton wyemitowano w telewizji - niektóre odcinki autostrad były oddawane parokrotnie do eksploatacji, a dowcipny redaktor zauważył, że przecinane wstęgi mają większą długość niż owe drogi...
    To może podpowiemy urzędnikom bardziej świetlisty/świetlany pomysł na oszczędności w branży oświetleniowej na skrzyżowaniach? Wszyscy kierowcy, kiedy zbliżają się do krzyżówki uzbrojonej w trójkolorowe sygnalizatory, obstawiają (niczym w loterii) czas włączenia się koloru żółtego. Oni nie wiedzą, kiedy się włączy owo światło, oni właśnie... obstawiają. Niektórzy kierowcy, zwłaszcza autobusowi i trolejbusowi, z racji kursowania po stałych trasach, niemal na pamięć znają cykle zmian świateł. Ale często jest i tak, że przeliczają się o parę sekund. I wówczas... Rozpędzony wóz załadowany pasażerami zbliża się do skrzyżowania. Kierowca błędnie ocenia, że żółte światło włączy się za 7 sekund i zwiększa prędkość pojazdu (ponad dozwoloną), aby zdążyć przed zmianą świateł. A tu zmiana następuje po 4 sekundach i rozpędzony kilkunastotonowy bolid nie hamuje (bo groziłoby to przewróceniem stojących pasażerów) i przejeżdża przez zebry już po zmianie na światło czerwone. Zdarza się, że kierowca właśnie rozpędza pojazd, ale po zmianie światła na żółte, gwałtownie hamuje przed pasami, co irytuje klientów wozu, no i oczywiście podraża koszty eksploatacji taboru. Przecież paliwo zostało bezpowrotnie utracone, środowisko niefrasobliwie zadymione, zaś układ hamulcowy, opony oraz nawierzchnia jezdni - niepotrzebnie a dodatkowo zużyte.
    Gdyby wśród pasażerów jeździli policjanci i kontrolerzy-specjaliści od ruchu drogowego i ekonomicznej jazdy, to potwierdziliby, że co dziesiąty manewr wykonywany na podstawie decyzji podjętej przed skrzyżowaniem, jest błędny. Błędny, to znaczy - niebezpieczny (potencjalnie groźny dla ludzi, zwłaszcza przechodniów) oraz kosztowny (wymienione koszty popełnienia błędu można oszacować na kilka złotych). O niepoliczalnych kosztach (frustracja, irytacja, zdenerwowanie przewożonej masy) można wspomnieć raczej jedynie dla porządku...
    Im większy samochód (autobus, ciężarówka) tym trudniej go zatrzymać przed przejściem dla pieszych. Ustaliła się pewna zasada - kierowcy wielkich wozów wiedzą, że rozpędzony pojazd "ma prawo" przejechać na styku światła żółtego i czerwonego, bowiem i oni, i przechodnie, z doświadczenia wiedzą, że nagłe hamowanie nie wchodzi w rachubę. Przechodnie często korzystają ze swoich uprawnień i wchodzą na zebrę zaraz po włączeniu zielonego (dla nich) światła. Ale ryzykują raczej przed samochodami osobowymi, bowiem liczą na sprawne zatrzymanie pojazdu. W przypadku większych bolidów, o ryzykanta jednak trudniej, choć przecież wykroczenie drogowe kierowcy jednak istnieje. A co będzie, jeśli zagapione dziecko albo zamyślony emeryt wejdzie na pasy po ujrzeniu zielonego światła, zaś kierowca tira - korzystając z niepisanego "odwiecznego" prawa do przejazdu przez skrzyżowanie na styku żółci i czerwieni - nie zdejmie stopy z pedału "gaz"?
    Wracając do pomysłu - końcowa faza trwania światła zielonego powinna być zamieniona w potrójne pulsowanie tego światła, które z daleka przygotuje kierowców na zwalnianie ruchu, a nie zachęci (jak obecnie) do podejmowania ryzyka polegającego na przyspieszaniu tuż przed nieoczekiwaną zmianą świateł. Po trzykrotnym mignięciu zielonego światła, pojazd nie powinien wjeżdżać na skrzyżowanie (byłoby to wykroczenie), ale o ten okres powinno być skrócone "świecenie" światła żółtego i czerwonego (w sumie). Inny wariant pomysłu - zamiast pulsowania zielonego światła, dodatkowo włączane jest światło żółte, zatem świecą one oba jednocześnie do momentu wyłączenia się światła zielonego (jak obecnie - pozostanie jedynie światło żółte). Nieco droższy sposób - na 9 sekund przed planowaną zmianą światła zielonego na żółte, na jednocyfrowym wyświetlaczu  (umieszczonym nad sygnalizatorem, korzystnie na wysięgniku ponad jezdnią), pokazywałaby się kolejna cyfra (od 9 do 1), zaś przy zerze następowałaby zmiana światła z zielonego na żółte. Kierowcy z odległości 100-200 metrów znaliby (na bieżąco) pozostały czas do zmiany świateł.
    Opisany pomysł (przy niewielkich nakładach finansowych) przynosiłby codziennie wymierne oszczędności  (mniejsze zużycie paliwa i innych materiałów) oraz niewymierne korzyści (spokojniejsze nerwy kierowców i pasażerów wszelkich pojazdów).

    Ile waży księżyc? - Polsat (23 października 2005)
    Przez kilka dni przygotowywano widzów na wielki teleturniej  "Eureko, ja to wiem!" z udziałem gimnazjalistów - u dołu ekranu parokrotnie zamieszczano pytanie: Ile waży księżyc? I było to (przez parę dni!) najmniej mądre pytanie, które można było zadać! Jeśli piszemy księżyc, to w astronomii (a tak właśnie można określić dyscyplinę nawiązującą do pytania) jest to bliżej nieokreślone ciało niebieskie (istnieje wiele księżyców). Zatem chodziło o jeden konkretny księżyc "przypadkowo" określany jako Księżyc (księżyc Ziemi). Mamy więc błąd ortograficzny, który powinien wyłowić przeciętnie uzdolniony dziennikarz z maturą. Drugi błąd jest bardziej finezyjny, zatem jest wielce wątpliwe, aby "zwykły" absolwent dziennikarstwa zorientował się w gafie, chyba że byłby jednocześnie miłośnikiem fizyki. Otóż księżyce, a w szczególności nasz Księżyc - nic nie waży! Nie ma pojęcia wagi (w sensie ciężaru) w układzie, w którym nie wiadomo - gdzie jest góra, a gdzie dół (w sensie kierunków). Każde ciało w naszych (ziemskich) warunkach "ileś tam" waży (miligramów, niutonów, ton itp.). I każde takie ciało możemy praktycznie zważyć (np. torbę cukru) albo matematycznie obliczyć (np. ciężar wody w jeziorze znając pole powierzchni akwenu i jego średnią głębokość oraz przyjmując masę właściwą jeziornej wody). Natomiast ciężar Księżyca jest trudny do obliczenia - w naszych warunkach musielibyśmy sprowadzić go (rozumowo) na powierzchnię Ziemi, ale wówczas (przy jego znaczącym wpływie) zmieniłyby się ciężary wszystkich znanych nam ciał, ponieważ powiększony układ Ziemia-Księżyc "mocniej" przyciągałby inne ciała, zatem ich ciężary byłyby większe. Uniwersalnym pojęciem w kosmosie jest masa ciała - jest stała i niezależna od położenia, zatem w przypadku ciał niebieskich możemy mówić jedynie o ich masach, a to oznacza, że pytanie powinno brzmieć - jaką masę ma Księżyc? Aby to pytanie zadać, trzeba było jednak uważać na lekcjach fizyki, a nie stawiać wyłącznie na stosunki międzynarodowe...
    A jak już doszło do teleturnieju, to i owszem, było pytanie z dziedziny astronomii - jakie ciało niebieskie znajduje się pomiędzy Księżycem a Ziemią podczas zaćmienia Słońca? Padły trzy odpowiedzi - asteroidy, Słońce i słońce... Porażający wpływ owej gorącej gwiazdy na naszą młodzież podczas upalnego lata...
    Tytuł turnieju porywający, ale eureka to - 'okrzyk' (którym wg legendy Archimedes podczas kąpieli oznajmił odkrycie prawa wyporności cieczy) oraz 'odkrycie' (w przenośni). Chyba że chodzi o fundację o nazwie Eureko, która wspomaga program. Pierwsze koty za płoty, jak mawiał inny filozof, który jednak nie przeszedł do historii... Trzymajmy kciuki nie tylko za młodzież, ale przede wszystkim za autorów pytań!
    Jeśli RJP spojrzy łaskawym okiem, to może rodzicom uda się córce nadać imię Eureka, w nowej (stawiającej na naukę) IV RP. A dla chłopca może Eurek?

    Totalitarne metody w amerykańskim kasynie - Dziennik Bałtycki (24 października 2005)
    100 tysięcy dolarów wygrał imigrant w kasynie w Las Vegas. Gdy chciał odebrać wygraną, okazało się, że na terenie USA przebywa nielegalnie. Efekt - trafił do aresztu, a kasyno odmówiło zapłaty wygranej.
    Gdyby ktoś zapytał przed przeczytaniem owej notki - czy nielegalnemu imigrantowi należy się wygrana, zatem - czy wypłacono ją owemu pseudoturyście? Większość z nas (tzw. intuicyjnych znawców standardów amerykańskich zachowań, na podstawie wielu zamorskich filmów oraz wszelkich opowiadań o najlepszej amerykańskiej demokracji, wolności, braku dyskryminacji i nieograniczonych możliwości biznesowych), odpowiedziałaby - oczywiście, że prawi Amerykanie wypłaciliby wygraną i wszczęliby normalną procedurę wyjaśniającą stan prawny imigranta z ewentualnym odesłaniem do Meksyku, ale bez ograbienia gracza. Każdy grający w kasynie podlega prawdopodobieństwu wygranej/przegranej. Wpłaca pewną kwotę i uczestniczy w uczciwej grze (oczywiście, pomijam przypadki oszustw, bowiem nie to jest przedmiotem wywodu). Kasyno ma wliczone wszystkie wygrane i przegrane i na tym polega jego działalność. Jeśli jednak ktoś zapłacił za los, zaś Los uśmiechnął się do niego, to niezbywalne prawo odwołujące się do fundamentalnej uczciwości, nakazuje wypłatę wygranej.
    Można było imigranta nie dopuścić do wpłaty i do uczestnictwa w grze, ale skoro już szczęśliwie przebrnął przez granicę, kontrolę uliczną oraz legalnie nabył żetony, to sprawa jest oczywista dla osób pojmujących uczciwość w kategoriach aksjomatu.
    W opisanej sytuacji - kto przejął wygraną? Właściciel kasyna? A dlaczego on? Mało mu? A może państwo ludu amerykańskiego? Czyżby było biedne i poszukiwało rezerw, podważając odwieczną opinię, że USA to raj finansowy dla każdego obywatela, który znalazł się w polu działania najszczytniejszych (pod niebem) praw? Przecież to trąca instytucją przepadku majątku na rzecz skarbu państwa, ale totalitarnego! A jaka antyreklama wolności amerykańskiej! Czy warto dla 100 tysięcy dolarów ośmieszać wielkie amerykańskie idee? Jaki sygnał przesłano światu? Że opiewana równość wobec mechanizmów fiskalnych jest mitem? A może wszyscy nielegalnie przebywający Meksykanie, Polacy i Francuzi, po wygraniu kompletu wiatraczków w promocjach, losowaniach, po poprawnym rozwiązaniu krzyżówek albo po tysiącach innych konkursów, są wszechstronnie badani pod kątem imigracyjnego prawa oraz są ograbiani i deportowani? A może setki nieodebranych nagród to plon właśnie owych "szczęśliwych" losowań i rezygnacji z uśmiechu losu, bowiem ktoś życzliwy ostrzegł - daj sobie spokój z wygraną; co ci po niej, skoro odeślą cię do ojczyzny.
    Oczywiście, pewnie okaże się, że nasza redakcja coś błędnie przetłumaczyła albo wręcz informacja podana w amerykańskiej gazecie nie została opracowana "z właściwą a wszechstronną atencją", jednak u chyba wszystkich czytelników tej notatki pozostał pewien niesmak graniczący ze zdumieniem - to byłoby możliwe wszędzie, ale nie w rajskim USA.
    Parę miesięcy temu świat obiegła podobna finansowa sensacja - w Wielkiej Brytanii pewien więzień (o długim "rokowaniu poprawy") wygrał bardzo dużo funtów (znacznie więcej niż wiele, zatem właśnie dużo). Brano rozmaite możliwości pod uwagę - także przepadek mienia, ale bodaj zwyciężył rozsądek - wygrana została zabezpieczona na poczet zasądzonych odszkodowań. Czyżby model brytyjski był bardziej elegancki niż (powszechnie wychwalany) amerykański?
    Jasne, że Ameryka jawi się jako raj dla wielu z nas. I żaden negatywny sygnał tego poglądu nie zakłóci. Bo większość z nas przypomina błądzących po polu minowym - to sąsiada oszukano w biurze turystycznym, to jemu but rozkleił się w kałuży, to jego żonie zaszyto skalpel z brzuchu. Nam nic się złego nie przytrafi, bo nad nami czuwa los. I myślimy, że każdemu z nas by powiodło się za oceanem. I pewnie większości się jakoś udaje, zaś na temat nieudanej mniejszości zapada cisza. Od czasu do czasu jedynie podają przykład takiego imigranta, którego raczej postrzegamy jako ofiarę (swego) losu, niż ofiarę (amerykańskiej administracyjnej) machiny. Właściwie to myślimy - a dobrze zachłannej łajzie; nie dość, że dostał palec (udało mu się przejść zieloną granicę), to mu się całej garści zachciało (ponad ćwierć miliona złotych); no to gościa do parteru - niech wraca do rodzinnych zabłoconych czworaków bez niebiańskiej kasiory...

    Najtrudniejsze województwo - Polsat (30 października 2005)
    Wyemitowano drugie teleturniejowe spotkanie "Eureko, ja to wiem!" z udziałem gimnazjalistów z (tym razem) województwa zachodniopomorskiego. Właśnie - sympatyczna prowadząca a aktorka, zapowiedziała tę nazwę, ale u dołu ekranu zaserwowano podwójny błąd: "zachodnio-pomorskie". Otóż piszemy bez dywizu oraz od wielkiej litery, zatem "Zachodniopomorskie". Owszem, można było napisać "województwo zachodniopomorskie" (bo w taki dziwnawy sposób proponują autorzy słowników pisać nazwę własną) albo jedynie "Zachodniopomorskie". Aby w pełni dostrzec krnąbrność naszego języka, nadmienię, że piszemy  "ZachodniopomorskiE", ale "w ZachodniopomorskiEM", co nie jest najłatwiejsze, jednak na szczeblu znakomitej redakcji (która przekazuje ciekawostki i cenną wiedzę milionom telewidzów) te subtelności powinny być dostrzegane... Jednak, aby całkowicie nie pogrążać szanownej redakcji, podam, że imaż znakomitego polonisty został uwieczniony przy równie błędnej nazwie "woj. zachodnio-pomorskie" (http://www.mirnal.neostrada.pl/tmjp.jpg; inne błędy - http://www.mirnal.neostrada.pl/bwTMJP.html). Błąd zapewne został zasugerowany (poprawnymi!) formami - "województwo warmińsko-mazurskie" oraz "województwo kujawsko-pomorskie". Z tego płynie oczywisty wniosek - nazwa omawianego województwa (pośród kilkunastu największych jednostek podziału administracyjno-terytorialnego w Polsce) jest najtrudniejszą nazwą pod względem ortograficznym... Z żadną inną "wojewódzką" nazwą, redakcja nie będzie miała już podobnych kłopotów.
    A przy okazji - podając aktualne wyniki (przy imionach), można byłoby podawać również maksymalną punktację możliwą do uzyskania. No i po ogłoszeniu prawidłowej odpowiedzi - słabo widoczne są kolory symbolizujące poprawne/błędne odpowiedzi (ni to staromodne tarki, ni to nowoczesne grzejniki łazienkowe) zawodników. Do pełni szczęścia brakuje mi informacji (w procentach albo w ułamku właściwym) o poprawności udzielonych odpowiedzi ("wskaźnik poprawności").
    Dwa dni wcześniej, na pasku z wieściami serwowanymi przez TVN24, przez kilkanaście godzin krążyło zdanie krytykujące stanowisko Iranu (wymazanie Izraela z mapy świata) - Szef dyplomacji Stolicy Apostolskiej nazwał tą wypowiedź "szczególnie groźną i nie do przyjęcia". Czym wytłumaczyć aż tak długotrwałe molestowanie ocząt i półkul telewidzów błędną formą zaimka? Przecież media kształtują poglądy mas i nie jest obojętne dla odbiorcy, czy w dziedzinie języka ojczystego popełniane są uchybienia... Są procesy o odszkodowania za błędy popełniane w branży lekarskiej, konstrukcyjnej, wojskowej, ekonomicznej. Ciekawe, kiedy pierwszy zirytowany czytelnik (albo instytucja, np. NIK, RJP, TMJP) poda (w końcu) do sądu nazbyt błądzącą telestację? Dlaczego dziennikarze wywlekają błędy przedstawicieli rozmaitych zawodów, ale sami są poza poważnymi kontrolami swego językowego warsztatu?

    Gimnazjaliści a Moulin Rouge - Polsat (6 listopada 2005)
    To już trzecie wydanie ciekawego teleturnieju "Eureko, ja to wiem!". Urocza pani świetnie sobie radziła z czytaniem roku z trzeciego tysiąclecia - "w dwa tysiące czwartym" (a nie jak większość z nas - "w dwutysięcznym czwartym"; wszak "w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym", a nie "w tysięcznym dziewięćsetnym trzydziestym dziewiątym").
    Pytania zahaczały o współczesne twarde realia  - czym zajmuje się bukmacher (odpowiedź - zakładami). Można zajrzeć do słownika Kopalińskiego, który wyjaśnia: "bookmaker - osoba trudniąca się prywatnie (i nielegalnie) zawieraniem z publicznością zakładów...", czyli sugeruje, że jest to dyskretny krętacz i przestępca (a jego klienci?). Słowniki zwykle podają bukmacher, co jest jednak dziwne - z języka angielskiego powinno być bukmaker, zaś z niemieckiego - buchmacher. I mamy... językowy mieszaniec.
    I podchwytliwe pytanie dla gimnazjalistów - "z jakim kolorem kojarzy się kabaret Moulin-Rouge?". (Poprawnie jednak bez dywizu). Jeśli ktoś nie zna francuskiego (języka), to obstawiał różowy (a tu... czerwony). Spośród masy potencjalnych pytań, wybrano pytanie w dwójnasób nietaktowne - język francuski nie jest powszechnie znany i tego typu pytania faworyzują wąskie grupy gimnazjalistów. No i powinno być stosowne do wieku zawodników. Powinna być sprawdzana wiedza ogólna (uczniów), wartościowa (dla milionowej widowni) i niekontrowersyjna (dla zawodników i widzów). Nie został tu spełniony żaden z trzech podanych warunków. Czy we Francji zapytają - z jakim kolorem kojarzy się Plac (wg słowników - "plac") Czerwony (czytany po rosyjsku)? Następnym razem proponuję zadać równie nastrojowe pytanie (w ramach kontynuacji propagowania rozrywkowej kultury wiodącego europejskiego narodu) - "z jakim placem kojarzą się kasztany?".
    Niefortunna była składnia pytania - którego gazu jest najwięcej w suchym powietrzu? A gdyby tak - którego narodu (metalu; której cieczy, energii; których ssaków, samochodów) jest najwięcej? Google nie notują ani jednego podobnego przykładu, ale ów zarzut jest najmniej istotny.
    Po turnieju, na końcu prezentacji osób i firm uczestniczących w realizacji programu, typowy błąd - Telewizja Polsat S.A. Rada Języka Polskiego usilnie walczy na swej witrynie z kropkami (powołując się na słownik z 1997), ale redakcje wolą kropki (choć U.S.A. jednak nie pisują).

    Błędy ortograficzne w mediach - TVN24 (11 listopada 2005)
    W Iraku zmarł człowiek nr. 2. Ma związek z trwającymi od 2 tygodni zamieszkami. 1000 zł na każdego nowozatrudnionego. W Sejmie "za" głosowało ..., przeciw ... Po nr, mgr, płk (w mianowniku) nie stawiamy kropek. Ładniej od dwóch tygodni (czekamy na... po 1 tygodniu). Popieram - nowozatrudniony, nowonarodzony, nowowybudowany, ale słowniki każą pisać rozdzielnie. Typowy błąd niekonsekwencji - za i przeciw powinny być w cudzysłowie.
    Dwa dni później - Warmińsko-mazurska: zatrzymano czterech mieszkańców. Raczej Warmińsko-Mazurskie, chyba że to jakaś prowincja albo obłast'.
    Tegoż dnia, w teleturnieju Kochamy polskie komedie, napisano na planszy - filip z konopii. Istotnie, redaktorzy odpowiedzialni za program wyrwali się jak filip (zając) z konopi i słuchy powinny im się powiększyć ze wstydu (jak nos Pinokiowi), aby sprawniej wychwytywać wszelkie słuszne głosy krytyki.
    Na mojej witrynie zebrałem dziesiątki błędów ortograficznych popełnionych przez telestacje i prasę. Nie widzę poprawy, choć niedawno NIK pozytywnie oceniła media...
    Media spełniają pożyteczną rolę w walce z błędami popełnianymi przez lekarzy, prawników, polityków i - z oczywistych powodów - nie zyskują poklasku krytykowanych grup społecznych. Czekamy zatem na dziennikarzy, którzy dostrzegając szkodliwy wpływ błędów (choćby ortograficznych) na czytające, słuchające i oglądające a urabiane masy, sami dobrowolnie nałożą na swój stan katalog kar za popełniane gafy. Czy poprą tę inicjatywę poloniści (w tym RJP i TMJP) oraz NIK? Telestacja popełnia błąd ortograficzny przy jednomilionowej oglądalności i losowo wybranym szkołom przekazuje słowniki o wartości 1000 zł, o czym informuje widzów (jeśli błąd popełniono na pasku u dołu ekranu i krążył tamże kilkanaście godzin, to i na pasku przez ten sam czas powinien ukazywać się tekst wyjaśniający powód zamieszczenia tej edukacyjnej informacji). Ale jak znam życie - media nie poprą owego pomysłu, zaś ani poloniści, ani instytucje zajmujące się ochroną naszego języka, ani Najwyższa Izba Kontroli, nie zajmą konstruktywnego stanowiska. I naród w dalszym ciągu będzie (bezkarnie) bombardowany błędami poważnego kalibru. A media nadal będą krytykować wszystkich dookoła, zaś siebie (jako największą władzę) pozostawią w błogim spokoju...
    No i 13 listopada obejrzeliśmy czwarte wydanie turnieju Eureko, ja to wiem. Po ubiegłotygodniowej przygodzie z paryskim kabaretem "Czerwony Młyn" nie było teraz o kasztanach ze słynnego paryskiego placu, ale poważne i trudne pytanie - Jak nazwano bunty chłopskie we Francji w 1789? (odpowiedź - Wielka Trwoga). Trwały ponad dwa tygodnie, czyli krócej niż obecne bunty imigrantów, podczas których podpalono tysiące samochodów (kilka dni temu ogłoszono z satysfakcją - zamieszki słabną, bo ostatniej nocy spalono tylko 400 aut). Miejmy nadzieję, że historycy tego wolnego narodu nie określą chuligańskich rozrób jako Największa Trwoga.
    Inne pytanie - Jaka kurtyna dzieliła Europę na wolny Zachód i sowiecki Wschód? Oczywiście - żelazna, jednak pytanie niezupełnie precyzyjne, bowiem była sobie taka Albania oraz Jugosławia, które to państwa były niezbyt prosowieckie, a to drugie miało nawet wymienialną walutę, zaś obywatele mogli dość swobodnie wyjeżdżać na Zachód (i czynili to podobnie jak wolni dzisiaj Polacy, którzy w większości pracują jako gastarbeiterzy w zachodniej części Unii). Niewiele wniosło pytanie - Ile iglic ma Statua Wolności w Nowym Jorku? Okazuje się, że siedem. Można było skomentować, że owa siódemka reprezentuje kontynenty na naszym globie i wówczas edukacyjna wartość pytania znacznie by wzrosła.
    Pani Ewa Gawryluk pyta - Ile osób dobrze odpowiedziało? Widzimy. Niestety - wytężam wzrok i nie widzę. Zresztą przez dwie sekundy większość telewidzów nie jest w stanie określić poprawnych/niewłaściwych proporcji. Jednak pani Ewa powinna podawać wyniki.
    Na koniec moje dwa pytania - dlaczego widownia klaszcze zawodnikowi, jeśli błędnie odpowiedział (albo wcale), wszak po przestrzeleniu karnego w piłce nożnej, kibicami pechowego strzelca targają różne uczucia, ale na oklaski jakoś im się nie zbiera... Może ktoś dyryguje widownianym towarzystwem niezupełnie z sensem? No i - dlaczego pytania są numerowane 1, 2, 3 itd. (bez kropki po liczbie), ale warianty odpowiedzi są oznakowane A., B., C. (z kropką po literze)? Błąd braku konsekwencji?

    Pomysłowa TVN24 - TVN24 (19 listopada 2005)
    Od 16 listopada TVN24 na pasku z wieściami u dołu ekranu (scroll/skrol?) zaprzestano normalnego pisania tekstów. Normalnego, czyli z zastosowaniem dużych (wielkich) i małych liter. Może zapatrzono się w światowe telestacje, które już od dawna stosują wielkoliterowe teksty na skrolach. A może z chęci poprawienia statystyki popełniania błędów? Teraz łowcom byków będzie trudniej wychwycić błędy ortograficzne spowodowane nieumiejętnym postawieniem dużej (wielkiej) litery w miejsce małej i odwrotnie. Oto szereg fraz zawierających błędy popełnione przez tę telestację w ostatnich latach, ale przepisane przeze mnie w nowej wersji (czyli teraz jako teksty już bezbłędne!) - ŁÓDZKIE, LUBELSKIE, PODLASKIE, WARMIŃSKO-MAZURSKIE, POWIEDZIAŁ PREZYDENT, SZEF JEGO KANCELARII, WYBORY DO PARLAMENTU, PRETENDENT DEMOKRATÓW, W MORZU BAŁTYCKIM, OBWÓD KALININGRADZKI, TYSIĄCE PALESTYŃCZYKÓW, PLAC ŚW. PIOTRA, PLAC ŚWIĘTEGO PIOTRA, PLAC PIŁSUDSKIEGO, NA PLACU CZERWONYM, PLAC DEFILAD, GRANICĘ POLSKI, DWÓCH JAPOŃCZYKÓW, W KRAJACH ZATOKI, Z OKĘCIA, SEKRETARZ STANU, DOWÓDCA NASZYCH ODDZIAŁÓW GEN. M., DO PUSZCZY, ŻOŁNIERZE UKRAIŃSCY, NAJBOGATSZEGO SYCYLIJCZYKA, FILIPIŃSKI ZAKŁADNIK, KORESPONDENT WOJENNY, RATUJMY ZIEMIĘ, OKRĄŻYŁ ZIEMIĘ, 15 TYSIĘCY LAT ŚWIETLNYCH OD ZIEMI (czerwoną czcionką zaznaczono błędy - napisano małą literą, choć powinno być wielką albo odwrotnie). Tych błędów już TVN24 nie popełni (choćby chciała). Szereg wyrazów napisano błędnie od małej litery, jak również wiele słów napisano błędnie od wielkiej litery, ale od połowy listopada będą pisywać (niechcący) poprawnie.
    Zatem ciężkie czasy nastały dla namolnych poszukiwaczy usterek językowych - trudniej będzie zdobyć materiały na witrynę... Co na to poloniści, w szczególności RJP i TMJP? A gdyby tak ktoś zastosował ów sprytny wybieg podczas pisania ogólnopolskiego dyktanda? Albo podczas pisemnego egzaminu maturalnego z języka polskiego? Może niepotrzebnie wymyślono małe litery? Cyfry sobie radzą bez rozróżniania w tej kwestii...
    19 listopada telestacja zamieściła informację - DO KSIĘGI GUINESSA WPISANY BĘDZIE REKORD W PRZEWRACANIU KOSTEK DOMINO. Chyba redakcja także stara się spisać i wpisać swój rekord w owej księdze w kategorii liczby popełnionych błędów - jednak Guinnessa oraz kostek domina (podobnie radia i studia). Większy błąd jednak popełnił holenderski wróbel, który przypłacił życiem wdarcie się w ludzki obszar i częściową dewastację układanki.
    Pani Szczuka w swym ekstrawaganckim teleturnieju "Najsłabsze ogniwo" (16 listopada 2005) pyta - które zwierzę pieje? Uczestniczka odpowiada - kura. Nie, to kogut (na to p. Kazimiera). Odpowiedź warta pytania - zasadniczo kogut jest... kurą. Encyklopedie zwykle wyjaśniają - kogut to samiec kury domowej, zaś kura domowa to ptak użytkowy. Zatem formalnie rzecz ujmując - to kura (lub samiec kury, który jednak jest kurą) jest piejącym zwierzęciem...
    Trochę dzisiaj o ptactwie. Przypomina się powiedzenie - "kura nie ptica Polsza nie zagranica". Może p. Szczuka zapyta o szczupaka w wersji rosyjskiej?
    20 listopada 2005 kolejna (piąta) edycja "Eureko, ja to wiem". I na samym początku dość typowy błąd - warmińsko-mazurskie piszemy od wielkich liter, natomiast od małych - województwo warmińsko-mazurskie. Pisanie nazw województw w obu wersjach jest istotnie sztuką, jednak Polsat powinien sobie z tym lepiej radzić...
    Nie wiem, ile osób układa pytania do teleturnieju, ale czyżby tak ubogo było z zasobami encyklopedycznymi? Ponownie było o bukmacherach i żelaznej kurtynie.
    Niejasny jest zapis - "Teleturniej dla uzdolnionych gimnazjalistów, w którym nagrodą główną jest stypendium edukacyjne o wartości do 500 tysięcy złotych". Jak rozumieć drobne słówko "do"? Do podziału dla najlepszej trójki? Albo organizatorzy  dopiero zbierają kasę i nie wiedzą, ile przeznaczą?
    Ale jest postęp - pani Ewa podaje wyniki (liczby poprawnych i błędnych odpowiedzi). Skoro o prowadzącej - wiele mówiące płucka były przyobleczone w skrawek czerwonej a zwiewnej tkaniny z obszernym dekoltem; gdybym  był w wieku gimnazjalistów, to miałbym trudności ze spokojnym snem...

    Ofiarze i Gwiaździe - Dziennik Bałtycki (2 grudnia 2005)
    Policja zbada wiatrówkę, z której postrzelony został 15-latek. Specjaliści sprawdzą, czy mają do czynienia z bronią.
    Skoro notce dano tytuł Wiatrówka czy broń, to fachowcy nie mogą zbadać wiatrówki, wszak właśnie to jest przedmiotem badań. Inna sprawa - dlaczego wiatrówkę nie uznaje się za broń, skoro scyzorykiem można...
    Wiatrówka powinna wyrzucać śrut z mocą 15 juli i prędkością do 260 m/sek.
    O, tutaj roi się od błędów - należałoby powtórzyć z (z prędkością) oraz od lat jednostką prędkości jest m/s, ale te błędy to jedynie michałki. Poważne błędy to - (jeśli nie nawiązano do lipca w języku angielskim) jednak 15 dżuli oraz (oczywiście) nie chodzi tu o moc, ale o energię. Oba te błędy określane są przez złośliwców jako... szkolne. Polskie przepisy mówią, że wiatrówka (bez specjalnego pozwolenia na jej posiadanie) może pociskowi nadawać energię kinetyczną do 17 J (dżuli).
    Kurier 3 (9 grudnia 2005) - Siekierą zadał ofiarze ciosy w głowę i zabrał portfel.
    Bodaj wszystkie słowniki podają - koń/końmi (nie koniami!). Ale w stosunku do ludzi (przenośnia) oraz o programach komputerowych, jednak - z koniami. Zatem propozycja pisania o ofiarze (tragicznie poszkodowany człowiek; nie o ofierze) i o gwiaździe (słynna osoba; nie o gwieździe) nawiązuje do przykładu z końmi/koniami. I cóż z tego, skoro poloniści nie zaakceptowali mojej propozycji sprzed kilku lat, a dziennikarze stosują ją wyłącznie przez... pomyłkę.
    Powinniśmy zatem pisać - Znakomitej gwiaździe muzyki młodzieżowej towarzyszyły tłumy fanów. Ofiarze wypadku nie udzielono pierwszej pomocy. Jeśli gwiazdą lub ofiarą jest zwierzę lub inny rzeczownik żywotny o konkretnym imieniu, to również dopuszczalne byłoby użycie proponowanej formy. Powyższa zasada powinna być także stosowana w przypadku, kiedy wspomniany ulubieniec ma na imię Gwiazda lub Ofiara oraz stosowana wobec ludzi o takich nazwiskach.

    Weźmy piły we własne ręce - Interia (11 grudnia 2005).
    Edward Woźniak z Sulęcina wciąż walczy z przydrożnymi drzewami. Tym razem wystosował apel na ten temat do Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Zwraca się w nim z prośbą o interwencję w związku z - jego zdaniem - nieprzestrzeganiem przepisów chroniących życie ludzkie, przed zagrożeniami jakie tworzą drzewa rosnące przy drogach publicznych.
    Tegoż dnia w nocy wyemitowano dokumentalny film o katastrofie pod Gdańskiem 2 maja 1994. Zginęły wówczas  32 osoby. Koszmarny film. Czy był kiedykolwiek i gdziekolwiek tragiczniejszy wypadek pojedynczego autobusu po wjechaniu na przydrożne drzewo? Ci ludzi żyliby do dzisiaj (jak i my; pomijając oczywiście późniejsze losy), gdyby nie owo pechowe drzewo! Kierowca nie mógł uniknąć wypadku (pękło ogumienie). W ostatnim kursie zabierał do wozu wszystkich chętnych i jeśli dobro może być złem wynagrodzone, to mamy właściwy a okropny przykład. Jeśli ktokolwiek często jeździł PKS-em, to wie, że kierowcy mogliby nie brać wielu pasażerów z powodu przeciążenia, ale usłyszeliby wiele złorzeczeń pod własnym adresem, a i dyrekcja długo nie trzymałaby w pracy zbyt gorliwego a regulaminowego pracownika. Zresztą, dobrze utrzymany autobus powinien bezpiecznie jeździć mimo znacznego przeciążenia.
    Ongiś znany polityk zachęcał rodaków, aby brali sprawy we własne ręce. Co uczyniłaby (szeroko pojęta) władza, gdyby zdesperowani użytkownicy dróg chwycili piły tarczowe w dłonie i ruszyli na przydrożne drzewa kładąc je pokotem? Po nagłośnieniu sprawy (i ośmieszeniu Polski w Unii przez nasze media) problem w końcu załatwiono by pozytywnie, a kilku ludzi nie ginęłoby codziennie w zderzeniu z tymi wielkimi roślinami!
    Kilka dni temu NIK ogłosiła, że jedynie co setny metr naszych dróg spełnia normy unijne. Kiedy NIK poinformuje, że za śmierć paru ludzi (dziennie!) odpowiada konkretny urząd? Kiedyś "Dziennik Bałtycki" podjął próbę znalezienia winnych za brak autostrad i także wskazywano na wielką liczbę ofiar ginących w wypadkach drogowych na beznadziejnych naszych szosach. Niestety, na próbie się skończyło.
    Parę lat temu, po tragicznej powodzi, ustalono urzędników odpowiedzialnych za brak właściwej reakcji - za zaniedbania w dziedzinie ochrony życia mieszkańców (w świetle obowiązujących przepisów). Czyli można ustalić winnych w urzędniczych sprawach uchodzących do tej pory za całkowicie bezkarne. A jeśli ranni oraz rodziny śmiertelnych ofiar masowo będą wykazywać brak właściwego działania (nie)odpowiedzialnych urzędników za stan dróg? A jeśli przy okazji będą procesować się o wysokie odszkodowania? Wystarczyłoby udowodnić, że roślinny powód tragedii nie spełnia już obowiązujących polskich przepisów (o odległości od szosy). A co stanowią przepisy unijne, których ważność została rozpostarta na nowe kraje UE? Przeciwnicy wycinki przydrożnego drzewostanu także podnoszą wysokie koszty usuwania niebezpiecznych drzew. Zatem, dla dobra proponowanej akcji, niezbędne jest wydanie kilku wyroków przyznających znaczne odszkodowania, co w rachunku ekonomicznym wskaże na właściwe rozwiązanie sprawy, skoro trudno przeliczyć wartość życia. Zresztą - czy towarzystwa ubezpieczeniowe nie mogą ujawnić całkowitej wartości odszkodowań wypłacanych za zabitych, rannych i za uszkodzone mienie? A może obniżenie kwoty odszkodowań nie jest dla nich korzystne? Jeśli zmniejszy się liczba tragicznych wypadków, to również kwota pobieranych składek zmaleje (w warunkach rozwiniętej konkurencji). A jakie straty ponosi gospodarka narodowa z powodu zwolnień lekarskich, zaś resort zdrowia z powodu kosztownego leczenia?
   Oponenci pomysłu p. Woźniaka podnoszą estetyczne i przyrodnicze walory urokliwych drzew oraz eksponują winę poszkodowanych. Niewątpliwie, drzewa są ozdobą, a kiedyś był nawet wymóg zadrzewiania dróg (ukrywanie przez wrogimi lotnikami przemieszczania się wojsk), jednak czasy znakomicie się zmieniły - auta są szybsze, jest ich znacznie więcej, a groźba wojny (odpukać!) - zażegnana. Nawet setki drzew nie są warte ceny krwi płaconej przez użytkowników dróg, a przecież za każde wycięte można posadzić dwa nowe drzewka w innym miejscu. Unia zapewne poprze inicjatywę i to nie tylko oklaskami. Ponadto, co zauważyli już zwolennicy idei p. Edwarda - zamiast wszechobecnych twardych pni, należałoby szosy obsadzać miękkimi krzewami - i bezpieczniejsze, i równie zielone, i także dotleniają nasze otoczenie. Jakoś nikt z miłośników przyrody nie postuluje wpuszczenia dzikich zwierząt na tereny miast i wsi, a przecież kiedyś nasi przodkowie rozprawili się z nimi w bardziej drastyczny sposób. Kierowców należałoby także poprosić o opinię w sprawie rozwijania sieci autostrad - ich budowa zniszczy piękną przyrodę w bezpośrednim sąsiedztwie (mniej drzew, łąk, pól, zwierząt).
    I jeszcze gdyby na drzewach ginęły wyłącznie osoby nieodpowiedzialne, ale wspomniana katastrofa przypomina, że większość ofiar to zupełnie niewinni ludzie. A etyczny aspekt - czy za błąd w sztuce prowadzenia samochodu, właściwą karą jest śmierć?

    Gwałt na służbie - Nowy Dzień (15 grudnia 2005)
    Prezydent Iranu Ahmadineżad oświadczył podczas wiecu - Holokaust to sfabrykowany mit. Zaproponował przeniesienie państwa żydowskiego "do Europy, Stanów Zjednoczonych, Kanady czy nawet na Alaskę". Kilka dni temu stwierdził, że jeśli Niemcy i Austria czują się winne masakry Żydów podczas II wojny światowej, niech wydzielą miejsce dla państwa żydowskiego na swym terytorium.
    No tak, ten prezydent od pewnego czasu miewa oryginalne pomysły (ambasador Brytów* również pisuje ciekawe teksty, ni to dowcipy, ni to noty dyplomatyczne; można się obrażać, ale czy w wątku o zatrudnieniu naszych rodaków na Wyspach Brytyjskich w aspekcie bezrobocia w Polsce, napisał nieprawdę?). Jednak irańska głowa państwa słaba jest z logiki, wszak Alaska należy do USA, a mało rozsądne wypowiedzi byłyby także w rodzaju - pojadę do Królewii* (inaczej Obwód Kaliningradzki*, nie obwód kaliningradzki) albo do Rosji, kupię ziemię w Polsce albo na Wolinie,
    Przy okazji owych niemieckojęzycznych państw - w naszym języku mają się one do siebie jak wół do karety, jednak w oryginale ongiś były bardzo ze sobą związane - Reich/Österreich, a ciekawostką jest, że bodaj to jedyny taki językowo-geograficzny przypadek, że dwa sąsiadujące państwa posługują się jednakowym językiem urzędowym, który nie został narzucony kolonialnymi metodami, i który występuje wyłącznie w tych państwach (nie licząc małego Lichtensztajnu* i Szwajcarii, która ma parę języków urzędowych), przy czym nazwa tego języka wywodzi się od nazwy jednego z tych państw.
    Amerykanka ma wykonać swój pierwszy samodzielny skok ze spadochronem. Nie dość, że pierwszy, to jeszcze topless, bo na rzecz organizacji charytatywnej walczącej z rakiem piersi.
    Boję się pomyśleć, w jakim stroju skoczyłby jej rodak, gdyby zbierał datki na walkę z rakiem prostaty... Pewnie wystąpiłby w odzieniu antytoples (przykusa koszulka, odwrotny toples; toples - właściwsza nazwa sposobu noszenia się - w naszym języku, nie topless).
    Dziewczynie nie otworzył się spadochron i z prędkością ok. 80 km na godzinę spadła głową prosto o [raczej na] asfaltową drogę. Mimo to przeżyła! Niemożliwe? Całe zdarzenie zarejestrowano na taśmie wideo. Podczas upadku straciła 6 zębów, połamała kości czaszki. W czasie operacji lekarze wyjęli jej oko, ale udało się je wsadzić na miejsce. W trakcie badań lekarze odkryli, że dziewczyna jest w ciąży! - Jak tylko wydobrzeję, wracam do skakania - zapewnia Shayna.
    Czyż takie wypadki nie są cudami? A może część cudów bywa szczęśliwym zbiegiem okoliczności (wypadki, uzdrowienia)? Może chodziło o 80 mil na godzinę, bowiem upadek już z kilkunastu pięter to prędkość większa niż 100 km/h.
    Ta niewiarygodna historia wydarzyła się w Misourii. Owszem, gdyby stan miał nazwę Misouria, jednak piszemy Missouri i nie odmieniamy. Jeśli zmienimy nazwę na Mizuria, to wówczas możemy napisać - Mizurzy i Mizurki (mieszkańcy Mizurii) kultywują swe oryginalne mizurskie obyczaje.
    Prokuratura postawiła zarzuty b. rektorowi Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej. W latach 2000-05 miał on przyjąć niemal 100 tys. zł łapówek. W zamian ułatwiał zamknięcie przewodu doktorskiego, zdawanie egzaminów, a nawet przyjęcia na studia bez matury.
    Człowiek orkiestra, choć to nie szkoła dla muzyków. Zamknął przewód (doktorski) a teraz za nim zamkną solidne wrota. Jeśli potwierdzą się zarzuty, to interesująca będzie moralna ocena owego rektora - jak na tak wysokim szczeblu można brać kasę za tego typu usługi? Jak zdemoralizowana musi być część polskich profesorskich elit (wszak to nie jedyny skandaliczny przykład z ostatnich lat)?
    W Ostrowi wymienią Papieża, bo jest brzydki - tytuł artykułu (pomnik JPII zostanie rozebrany, bo się rozpada; typowo komercyjny tytuł, aby zachęcić czytelnika do przeczytania, nawet kosztem świadomego wprowadzenia w błąd - przecież nie chodzi o papieża, ale o rzeźbę!). Ciekawa deklinacja nazwy miasta - (ta) Ostrów Mazowiecka (do/ku Ostrowi Mazowieckiej), natomiast łatwiejsze są nazwy Ostrów Lubelski oraz Ostrów Wielkopolski (do Ostrowa Lubelskiego oraz do Ostrowa Wielkopolskiego), choć celownik jest trudnawy (ku Ostrowowi Lubelskiemu oraz ku Ostrowowi Wielkopolskiemu).
    Czterech lat więzienia domaga się prokuratura dla byłego dzielnicowego, który jest oskarżony o gwałt na służbie.
Jednak Polska - mimo szalejącego bezrobocia - jest krajem ludzi sukcesu, skoro policjantów stać na służbę. Dla dobra sprawy nie podano - czy policjant spostponował młodą guwernantkę (niektórzy nie zaliczają jej do służby), czy nobliwego majordomusa. I słusznie - co kogo obchodzą preferencje seksualne podejrzanego, który podejrzał służbę nim z nią zgrzeszył.
    Dwa i pół miesiąca temu Brazylijka Raquel Pacheco była dziewczyną na telefon, dziś jest najpopularniejszą pisarką w swoim kraju.
    Na telefon, nie na kalendarze? Być chłopcem na posyłki albo dziewczyną na telefon - oto nierówność wynikająca z podziału na płcie. Wspólnym mianownikiem wynikającym z postępu technicznego będzie dziewczyna i chłopak na emajla*, jednak przy dotychczasowych obowiązkach (pierwsza w domyśle - na telefon, drugi - na posyłki).
    W największym katolickim kraju na świecie jest medialną gwiazdą. Zanim napisała książkę, prowadziła bardzo popularnego bloga.
    Męski biernik zastawia pułapki - owszem, gdyby prowadziła samochód blog marki *Blog* albo psa Bloga, a tutaj jednak prowadziła bardzo popularny blog. Także prowadzić ciekawy blok/cykl (nie ciekawego bloka/cykla), choć prowadzić bloka/cykla marki *Blok/Cykl* oraz kota Bloka/Cykla.
    Na ostatniej stronie o innym, także bardzo katolickim kraju - W miejscowości Brody Poznańskie ksiądz wpadł na pomysł, żeby postawić figurkę Matki Boskiej Brzemiennej. Ale niektórzy zaszumieli: - Zgorszenie. Najświętsza Panienka z bębnem.
    Obok dowcip fotograficzny z brodą - niemal były prezydent podczas całowania (ustami Siwca) pięknej ziemi kaliskiej (na ekranie właściwszy podpis - Ziemia Kaliska, ale niezgodny ze słownikami).
    Nie tylko ładne i zaradne Brazylijki robią interesy w Ameryce w pozaintelektualnej branży - Edyta Górniak wzięła udział w sesji dla "Playboya". Pikantne zdjęcia powstały na Jamajce. O publikacji wypowiedział się redaktor Księżyk. "Nabożne" nazwisko (bez obrazy, panie redaktorze!) nieco tonuje zbyt śmiałe fotograficzne obrazy prezentowane w kolejnych numerach. Słowo zdjęcie (fotka) doskonale obrazuje czynność pań, wykonywaną tuż przed uwiecznieniem interesujących imaży/imażów (obrazów, wizerunków; nie tych image'y/image'ów, a tak podają pseudopolskie słowniki!), którymi kiedyś (na stare lata) będą się wzruszać wespół z dziećmi i wnukami, a póki co wymienią ulotne wdzięki, otrzymane w darze od Natury, na banknoty o równowartości sporych konkretów, zwykle betonowych (~konkret to w paru językach beton) mieszkań.
    Także w dziale sportowym owej gazety znajdujemy wątek brazylijsko-religijny; w tytule: Mam swoje powody, by nie wierzyć, że Brazylijczycy zbawią Pogoń i polską ligę. Może to z Brazylią powinniśmy wchodzić w układy, a nie z UE i nie z USA...
    Na zakończenie - list biskupów do polskich pracodawców, w którym apelują o lepsze traktowanie pracujących rodziców. Poruszono także problem pracy w niedzielę - Pracownik nie jest i nie może być uważany wyłącznie za siłę roboczą. To są matki i ojcowie, żony i mężowie, którym trzeba zagwarantować najbardziej elementarne prawo do życia rodzinnego i małżeńskiego.
    Dawniej władza świecka apelowała do ludu pracującego o wzmożony wysiłek w walce o światowy pokój i socjalizm (jednak nie zdążono wybudować wszystkim rodakom socjalistycznych betonowych pokojów przed upadkiem mało konkretnych idei), a teraz władza kościelna próbuje skokietować kapitalistów miłością do bliźnich, na których owi burżuje dorabiają się, traktując jak inne (mniej żywotne) środki produkcji. Sympatyczny apel, jednak różnice klasowe się powiększają... W niedzielę wyzyskiwacz stanie w kościele obok robotnika i co najwyżej przekażą sobie znak pokoju...
    * - moje językowe propozycje

    Petersburg stolicą Obwodu Leningradzkiego - Dziennik Bałtycki (17 grudnia 2005)
    W ostatnim zdaniu artykułu Powiało atomową grozą, powiało także słowiańskim językowym bałaganem -
    Siłownia, na którą przypada połowa produkcji energii elektrycznej w uprzemysłowionym obwodzie leningradzkim, leży nad Zatoką Fińską, około 80 km od Petersburga.
    Kto dziwniejszy? Rosjanie zmienili wprawdzie nazwę miasta, ale pozostawili rewolucyjną nazwę obwodu, zaś Polacy przyjęli dziwne zasady pisania rozmaitych obiektów geograficznych - dlaczego aż Zatoka Fińska, ale tylko obwód leningradzki? Jeśli Sâo Tomé jest stolicą Wysp Świętego Tomasza i Książęcej, to Petersburg jest stolicą Obwodu Leningradzkiego. Dlaczego nazwa wysp miałaby być pisana dostojniej niż nazwa obwodu, skoro oba geograficzne podmioty mają własne stolice? Dlaczego aż Wybrzeże Kości Słoniowej, Wybrzeże Gdańskie (także Wybrzeże Szczecińskie), a nawet "samo" Wybrzeże tudzież Trójmiasto, lecz jedynie województwo gdańskie oraz województwo pomorskie? Dlaczego jakiekolwiek większe bajoro (to nie o owej zatoce) mamy opisywać podwójnie wielkimi literami, zaś wielki szmat ziemi o konkretnych granicach administracyjnych (i o milionach mieszkańców oraz z administracją) mamy opisywać podwójnie małymi literami? Ale to nie wszystko, co wymyślili nasi poloniści - taki plac Kaszubski nakazują pisywać od małej i od wielkiej litery! A przecież, i logiczniej, i łatwiej byłoby pisać wszystkie nazwy geograficzne (podanego typu) od wielkich liter.
    Jak to wygląda - gubernator obwodu leningradzkiego w Gdyni, wojewoda województwa zachodniopomorskiego w Brukseli, ale kierownik Stacji Inseminacyjnej w Klewkach?!
    Nazwy mogące istnieć bez pierwszego członu (morze Bałtyk, jezioro Mamry, państwo Polska) pozostają (oczywiście!) bez zmian.

    Wadliwa Temida - Dziennik Bałtycki (20 grudnia 2005)
    Rumscy policjanci zatrzymali 24-letniego mężczyznę, który rozpowszechniał za pośrednictwem Internetu pornograficzne zdjęcia dzieci. Sam nie fotografował, jedynie wyszukiwał w sieci zdjęcia z pornografią dziecięcą i umieszczał je na swojej stronie internetowej. Grozi mu do 10 lat więzienia.
    Czyli co - nie krzywdził dzieci, jedynie wybierał z sieci zdjęcia, które powinny być kasowane przez właściwe kontrolne organa? Oczywiście, jest to pewne zboczenie, ale raczej kwalifikujące się do pouczenia, pomocy i leczenia, a nie od razu - do więzienia. Równie dobrze można byłoby ścigać dewiantów, którzy zamieszczają makabryczne zdjęcia z egzekucji lub z konkursów na bicie (sic!) rekordów z udziałem kilkuset nieplastykowych* ludzkich wyciorów i jednej niegumowej ludzkiej lali (a jak władze miasta protestują, to organizatorzy odwołują się do praw człowieka - "Człowiek" coraz rzadziej pobrzmiewa dumnie...). Kto ustala, co jest dewiacją, a co nie? Sejm, Senat? Sławni psychoterapeuci? Policja jedynie ściga czyny uznawane za przestępstwa. Większym zboczeniem jest udział w turnieju niż zbieranie fotek. Nieszczęśliwych dziwaków jest coraz więcej - 21 grudnia Elton John "poślubił" swego nałożnika* dowodząc, że na pewne odstępstwa nie tylko przymyka się oczy, ale już są wręcz propagowane (marsze, protesty, petycje) i stopniowo legalizowane (choćby ów "ślub", czy adopcja), zaś eskalacja żądań spotyka się z coraz większą, nie tylko pobłażliwością tzw. postępowych obywateli ("światowcy"), ale niemal z zachętą z tej strony. Groźniejsi i nieodpowiedzialni dziwacy to politycy zatwierdzający nienaturalne prawa, często myślący jak większość normalnych obywateli, ale bojący się uznania za nienowoczesnych, zaściankowych prowincjonałów.
    A gdyby nie rozpowszechniał a jedynie posiadał w domowych zbiorach fotki wykonane przez innych? Kiedyś w Polsce można było posiadać dolary, choć handlowanie nimi było zabronione. Co to znaczy "rozpowszechniał"? Udostępniał za darmo i nikogo nie zmuszał do oglądania? Podobnie czynią kioski oferujące świerszczyki, ale nie zmuszające do zakupu. I są to legalne pisma, kioskarki mają na nich niezły utarg (ale swoim chłopom wara od tej literetury "pięknej"!). Owszem, "aktorkami" są pełnoletnie panny, choć wobec siania zgorszenia wśród ludu - jeśli jeszcze można go czymś zgorszyć - jakie ma to znaczenie, czy "występuje" wyrośnięta czternastka, zdziecinniała osiemnastka, czy zrutyniała sześćdziesiątka? Mam nadzieję, że w euforii walki ze zboczeniami, właściwe władze dostrzegą różnicę pomiędzy łamaniem prawa a zbieraniem dowodów patologii, nawet jeśli samo kolekcjonowanie może być uznane za dewiację. Przecież te wszystkie "aktorki" są bardziej zboczone niż ów zakompleksiony młodzian, ale granica legalności przebiega nie podług moralnych ocen, lecz prawnych, a prawo mamy "światowe", zaś moralność równie upadłą.
    Jakże silni (psychologicznie i pod kątem zboczeń) muszą być funkcjonariusze przeglądający internetową sieć! Zbierają tysiące fotek i archiwizują. Oczywiście, nie mogą pokazywać swoim kolegom (spoza wydziału), bo wówczas podlegaliby identycznej karze (jak opisany młodzian) za rozpowszechnianie niemoralnych a nielegalnych zdjęć. Jednak muszą mieć szkolenia, na których przeglądają przykłady uchodzące za dopuszczalne oraz przekraczające granice prawa. Po latach służbowego oglądactwa pewnie nadają się do lecznictwa zamkniętego.
    Tuż poniżej - 15-letni Mateusz przyznał się do użycia noża podczas sobotniego napadu w Starogardzie Gd., w skutek którego zginął 47-letni mężczyzna, a jego 22-letni syn został ranny. Sprawcom za udział w bójce ze skutkiem śmiertelnym grozi do 10 lat pozbawienia wolności.
    Znowu groźba dychy... Właściwie to niemal wszystkie przestępstwa powinny być zagrożone dychą. Dawniej w Sowietach były popularne dychy i ćwiary, czyli 10 i 25 lat (z tych optymistycznych, bo przeżyciowych kar). Najważniejsza różnica - obywatele Kraju Rad zwykle dostawali (rad nie rad, stąd zapewne nazwa tego największego państwowego tworu...) owe wyroki (i cieszyli się, bo mogli dostać najwyższy), zaś w postradzieckiej Polsce, zwykle dostają umorzenia, ułaskawienia, zawieszenia; no (przy gorszych układach) parę lat z możliwością wyjścia w połowie odsiadki. Parę miesięcy temu, policjantom grożono bodaj dychą za wzięcie w łapę po dysze (10 zł)... Parę tygodni temu, bandyci mający na sumieniu porwania, gwałty i pobicia, dostali poniżej piątki. A całkiem niedawno, zwolniono do domu kryminalistę, bo sąd uznał, że nie będzie mataczył... Skoro przyznał się do winy, to co ma do rzeczy mataczenie czy niemataczenie? Powinien siedzieć z zaliczeniem aresztu! Prawników mamy zboczonych przez mamonę - afery w sądach i na wydziałach prawa uczelni to jedynie wierzchołek góry lodowej!
    Zatem - zamiast pisać, ile komu grozi, niech prasowy fachowiec napisze, ile on typuje za owo przestępstwo, a my się zdamy na jego intuicję. Albowiem czytanie, że wszystkim grozi dycha, staje się nudne - nikt tyle nie siedzi, no może co dziesiąty. Równie dobrze redaktor może napisać, że za dwa lata podatki zostaną zmniejszone o 1,5%. Rokrocznie ujętych zostaje kilkadziesiąt tysięcy zaprawionych (ale nie w rajdowych bojach) kierowców (w tym posłowie, księża, policjanci, prawnicy), a dziennikarze piszą - grozi im do 2 lat. I cóż z tego? Siedzą największe i najbiedniejsze łajzy. Reszta "jakoś" to (niesiedzenie) załatwia, czym kompromituje naszą Temidę. Niech napiszą po nazwisku - Iksiński dostał 1,5 roku i przepadek samochodu (lub równowartości, jeśli auto nie jest jego). A przy wyjściu z pudła - Iksiński wyszedł po roku (wcześniej, bo dobrze się sprawował, czyli nie pił w celi i nie prowadził w stanie wskazującym nawet rowerka trójkołowego, bo na tak małej powierzchni niczym innym nie dawało się jeździć). Bez konkretów to zwykłe ględzenie!
    Na innej stronie - Na 3 lata więzienia skazał sąd 38-letniego policjanta oskarżonego o zgwałcenie kobiety, do której przyszedł z interwencją. Ma też jej zapłacić 8 tysięcy złotych zadośćuczynienia.
    Gdyby był bardziej eltonowaty*, to mógłby zgwałcić niekobietę... Ciekawe, czy gwałt równoimienny jest zagrożony wyższym wyrokiem, czy już wprowadzono konstytucyjną równość? Mógłby też dać upust emocjom przy nakładach kilkadziesiąt razy mniejszych, jednak zapewne znudziły mu się tanie brania. Musiałby jednak uważać na błąd ześlizgu, który popełnił nasz europoseł w Brukseli. Określenie "interwencja" zyskuje nowe znaczenie - ja tylko niosę pomoc ("Seksmisja") i jakaż niewdzięczność wspieranej obywatelki...
    Zanim poszkodowana formalnie zawiadomiła o przestępstwie, funkcjonariusz wystąpił o natychmiastowe zwolnienie ze służby, uzyskał na to zgodę przełożonych i przeszedł na policyjną emeryturę.
    O, pomału rysuje się jakieś logiczne działanie obywatela reprezentującego władzę... Dziewczyna zapewne zgłosiła wcześniej sprawę, ale uczyniła to nieformalnie albo w sposób uznany za nieoficjalny. Facet szybko dostarczył prośbę o zwolnienie ze służby, a szef wzorowemu pracownikowi poszedł natychmiast na rękę, wszak 38 lat to dla policjanta wiek akuratny do wbicia się w bambosze.
    I w związku z tym - darmowa porada dla policjantów, którzy osiągnęli wiek młodzieżowo-emerytalny. Do osiągnięcia owej zaczarowanej granicy wiekowej prowadzimy się wyjątkowo pruderyjnie albo przynajmniej w miarę przyzwoicie. Po osiągnięciu dojrzałości wypoczynkowej, piszemy prośbę o zwolnienie ze służby, wykazując wszystkie swoje zasługi i prosząc o natychmiastowe pożegnanie z mundurowymi kolegami. Jednak nie wpisujemy daty, zaś pismo składamy u swego sympatycznego przełożonego (który przecież też z niejednego pieca jadał i doskonale zna meandry trudnego życia funkcjonariusza) albo w sejfie walecznego mundurowego związku zawodowego (wszystko co ludzkie nie jest działaczom obce). Pracujemy, a właściwie służymy społeczeństwu pomocą, radą oraz interwencjami, a pismo z lekka żółknie. Do czasu... Kiedyś (w końcu ileż razy może nam szczęście sprzyjać) jednak noga (tudzież inna - jak w tym przypadku - część ciała) nam się powija i ktoś składa doniesienie na naszą nieetyczną działalność. Koledzy (wszak także mogą być kiedyś w potrzebie) pokrzywdzoną osobę traktują niezbyt przyjaźnie, doszukując się rozmaitych uchybień (brak daty albo brak dowodu osobistego), zatem nie mogą przyjąć zawiadomienia o przestępstwie (zrozumcie - oni społeczeństwu bardzo chcą służyć pomocą, ale zgodnie z procedurami; nie przyjmą formalnego doniesienia, jeśli długopis im się wypisał, kalka wsiąkła albo czcionka wypadła ze starej enerdowskiej maszyny do pisania). Jednocześnie (na znak swego kamrata) odkurzają wniosek o przejście na zasłużoną emeryturę, wpisując właściwą datę, a następnie obowiązuje procedura opisana w notce.
    Emerytura przysługiwała mu po ponad piętnastu latach pracy (a pracował w policji od 18 lat). Uniknął w ten sposób postępowania dyscyplinarnego.
    Gdyby najpierw przyjęto formalne zgłoszenie, to wszelkie socjalne przywileje osiągnięte ciężką służbą, byłyby utracone, każdy szef wie, że to zbyt nieludzkie... I teraz, szanowny Czytelniku, poznajesz kulisy działania nie tylko zwykłego policjanta, nie tylko jego szefa i związku zawodowego, ale i całego państwowego systemu, który powinien stać na straży ładu, porządku i etyki społecznej, a w tej (i w podobnych przypadkach) sytuacji, w doskonały sposób ów system zaprzecza owym ideom, do których przestrzegania został stworzony! "Interweniujący" policjant został skazany na 3 lata więzienia, ale zasłużoną emeryturę (poniżej czterdziestki!) będzie otrzymywać (przynajmniej z niej powinien opłacać darmowy wikt i opierunek). Takie przywileje posiada nowa demokratyczna Policja kilkanaście lat po zmianach. Zmianach? Ale czego się można spodziewać w państwie, w którym drobny cwaniak idzie natychmiast do pudła za podrobienie legitymacji, aby korzystać z ulgi, zaś minister zostaje ułaskawiony, mimo że naraził życie współkolegów walczących z bezprawiem? Biedny i nieznany - żaden adwokat nie wstawił się za nim; zamożny i znany - najważniejszy kolega się upomniał. Choćby ten przykład pokazuje przepaść pomiędzy praktyczną (w życiu) a deklarowaną (w tekście) wartością Konstytucji 1997. Każdy polski student uczy się, zaś robotnik, policjant i minister już wiedzą, że wartość ustawy zasadniczej zależy od znajomości z kolesiami, a nie od obiektywnej Temidy.
    PS  Obok komendy miejskiej Policji ocieplono i otynkowano budynek. Nikt nie pomyślał, aby dolny pas pomalować specjalną farbą albo przynajmniej na inny kolor. Po paru dniach na elewacji nasmarowano wielkimi literami JEBAĆ POLICJĘ oraz parę innych podobnych wezwań czy apeli. Żaden mieszkaniec, ani właściciel budynku, nie próbował zamalować choćby jednego słowa. Codziennie przechodzą tamtędy funkcjonariusze Policji oraz przejeżdżają patrole. Nikomu to nie przeszkadza? Przez parę miesięcy? Pewnie policjanci w tym czasie wolą przeglądać internetowe fotki i wyłapywać wirtualnych dewiantów, zatem nie mają czasu na walkę z gryzmolącymi zboczeńcami na murach pod bokiem i okiem komendy... Co jest bardziej szkodliwe dla uczniów - wulgaryzmy na ekranach czy na ich domach? Czy Policja nie czuje się ośmieszona takimi napisami? Gdzie autorytet? Najciemniej pod latarnią. No i gdzie rodzice (ale to zupełnie inny temat)? Niedawno (o rzut beretem od opisanej komendy), wybudowano kolejny a nowoczesny budynek komendy dzielnicowej. W tym rejonie nawet pies nie powinien podnosić nogi bez komendy, takie panuje tam zagęszczenie stróżów prawa...
    * - moje językowe propozycje

    Jawności ułaskawień! - Nowy Dzień (29 grudnia 2005)
    Pani Isakiewicz na ostatniej stronie ma cotygodniowy komentarz. Z dzisiejszym nie sposób się nie zgodzić, gdyż autorka wyraża powszechne oburzenie (we własnym imieniu, jak i w imieniu obywateli) i cytuje wipa - Ułaskawienia nadal mają być tajne. Tak oświadczył szef Kancelarii Prezydenta.
    Może ogólnopolskie oburzenie przekuć na konkretne pomysły? Wszystkie propozycje ułaskawień powinny być zamieszczane na właściwej witrynie internetowej. Zanim tam trafi nazwisko konkretnej osoby, media albo organizacje tudzież znane osoby, wnosiłyby opis sprawy na publiczne forum. Po zebraniu szeregu wypowiedzi i opinii, kierowano by wniosek do prezydenta RP. Nieprawdą jest jakoby prezydent musiał ustosunkowywać się do każdego zaproponowanego ułaskawienia wniesionego przez każdego skazanego w Polsce. Aż dziwne, że po takich enuncjacjach w mediach nie zabrakło kopert i znaczków w sąsiedztwie więzień... Dziesiątki tysięcy więźniów miałoby słać swe podania o łaskę do najważniejszej osoby w państwie (a nawet w Państwie)? I po otrzymaniu setek (dziennie!) błagań o zwolnienie z odbywania kary, prezydent miałby zlecać ministrowi sprawiedliwości przygotowywanie wszystkich akt do zaopiniowania? Przecież to absurd! To znacznie bardziej ludzkie i uzasadnione byłoby pisanie prośby o przedłużenie życia, słane przez konających (z braku środków w służbie zdrowia) pacjentów do nowego ministra tego resortu! A cała Polska jedynie słyszała o kilku tysiącach ułaskawień (przez ostatnich dwóch prezydentów), jednak nie słyszała o równie masowej pomocy chorym. A wiecie - dlaczego, szanowni Rodacy? Otóż wspaniałomyślne międzynarodowe procedury wypracowywane przez całe dziesięciolecia dotyczą więźniów (także jeńców i uchodźców), a nie wspominają o chorych. Bo o tych biedaków upominają się jedynie rodziny (czasami media), zaś o więźniach głośno jest przy każdej okazji. Dlatego też Polska (my) MUSI łożyć na godne warunki życia przestępców, a jednocześnie tylko MOŻE pomagać chorym.
    Po zamieszczeniu na witrynie sprawy kandydata do ułaskawienia, rozpoczęłaby się wielotygodniowa procedura polegająca na rozpatrywaniu win, zasług i ewentualnych błędów sądowych.  Kandydat byłby wszechstronnie opisany (poprzednie przestępstwa i wykroczenia, także uznane za przedawnione - tak, jeśli ktoś chce zostać ułaskawiony, czyli skorzystać z wielkodusznej procedury, to musi zaakceptować podanie do wiadomości publicznej wszystkich swoich przewin), przy czym media i organizacje miałyby prawo wnosić sprostowania zamieszczonych faktów. Zaznaczono by powiązania z partiami i ze znanymi osobami (rodzinne, biznesowe).
    Obywatele dowiedzieliby się również - ile osób pracuje w departamencie zajmującym się ułaskawieniami oraz ile rocznie to nas kosztuje.
    W żadnym przypadku nie można utrzymać obecnej procedury niejawnego ułaskawiania! Nie po to po raz kolejny zaufaliśmy autentycznej (jak się wydaje) woli rządzących polityków do zbudowania sprawiedliwej Rzeczypospolitej (a nawet IV RP), aby zaraz na początku Jej tworzenia, dochodziło do rozziewu pomiędzy oczekiwaniami Narodu a zakulisowymi działaniami władzy! Ta nowa władza musi być pronarodowa. Jeśli nie ma środków finansowych na wypełnienie swoich wyborczych obietnic, to musi przynajmniej wykonać pozafinansowe śmiałe kroki, które zdecydowanie odróżnią ją od poprzednich Rzeczypospolitych (czy nawet rzeczypospolitych).
    Jestem pewien, że gdyby proponowaną jawność zastosowano we wszystkich (w większości nieznanych społeczeństwu) przypadków, to z pewnością nie doszłoby do tysięcy ułaskawień, ale też niemało byłoby słusznie przyspieszonych procedur. Ile w Polsce dzieje się zła tylko dlatego, że ustalenia (w jakiejkolwiek dziedzinie) są niejawne? Przy pełnej jawności nie dochodziłoby do szczególnie patologicznych przypadków - "wszak nie zaproponuję Iksińskiego do ułaskawienia, bo znowu media się do nas przyczepią i ponownie mnie cała Polska wyśmieje" (pomyślałby każdy poważny inicjator kontrowersyjnego ułaskawienia).
    Przez ostatnie 15 lat prezydenci ułaskawiali (średnio) jedną osobę dziennie; kilka tysięcy przestępców wypuścili bocznymi drzwiami na wolność, najczęściej osób niegodnych łaski (gdyby zapytano ludu o opinię; sądu nie trzeba pytać, bowiem oceny były jednoznaczne). Te kilkanaście lat to jedno wielkie ośmieszenie omawianej procedury miłosierdzia, podobnie jak parlamentarzyści w tym czasie zrobili wszystko, aby zbezcześcić instytucję immunitetu. Zatem - jawność procedury ułaskawienia jest gwarancją uczciwości najwyższego autorytetu w Państwie i ocena prezydenta będzie tym wyższa, im mniej będzie kompromitujących (choćby tylko niejasnych) przypadków. Jeśli obecna kadencja wykaże, że w dalszym ciągu mamy skandale w tej dziedzinie, to przy następnych wyborach Naród kategorycznie zażąda odebrania prezydentowi przywileju łaski.

    Laski to nie tylko zadrzewione obszary - Nowy Dzień (29 grudnia 2005)
    W felietonie na ostatniej stronie czytamy - W USA mówi się otwarcie, że Bill Clinton nie został wybrany na drugą kadencję, bo okazał łaskę zaprzyjaźnionej z nim skorumpowanej pani prawnik.
    Są czcionki, które mają niewyraźne ł. Oczywiście, nikt nie pomyli dały z daly (bo nie ma takiego słowa), jednak szybko czytając można przeoczyć problem ł/l, zwłaszcza w tematach niejednoznacznych. A ponadto, jakże nieciekawe byłoby okazanie laski skorumpowanemu panu prawnikowi, choć na fali (ostatnio zaślubiani eltoni są jednak górą, na razie poza Polską). I tak dobrze, że nie odwołano się do zrobienia wielkiej łaski, bo wówczas błędna interpretacja byłaby jeszcze bardziej humorystyczna. Pojęcie *czeski błąd* można poszerzyć o problem łaska/laska.
    W innym miejscu dziennika czytamy - Igraszki byłego prezydenta Billa Clintona ze stażystką Moniką Lewinsky trafiły do amerykańskich podręczników historii. Naukowcy uznali, że seksualny skandal sprzed siedmiu lat zasługuje na opisanie, bo doprowadził do wszczęcia rzadkiej procedury impeachmentu (odsunięcia od władzy) amerykańskiego przywódcy.
    Różne mamy panie rodem z Polski - a to patriotkę (pomagała Napoleonowi we wskrzeszeniu Polski na mapie), a to stażystkę sławiącą nazwę naszej ojczyzny (szkoda, że erotycznym uśmiechem ze słynnym już cygarem w objęciach warg). Z pewnością Amerykankom owo angielskie określenie (zwłaszcza środkowa sylaba) nie kojarzy się z frywolnymi a uroczymi damskimi puzderkami, którymi pełnią władzę nad panami (w ogólności) oraz bezpruderyjnie dzierżą kubańskie liściaste zwitki (w szczególności).
                                                                                                                                                                     mirnal1402
 Strona główna