Komentarze 2004 (X-XII)
Zmiana przepisów podatkowych dla domowników w aspekcie gejów - Głos Wybrzeża (1 października 2004)
Senat wziął się za ustawę o rejestrowanych związkach partnerskich. Ma ona umożliwić parom gejów i lesbijek uzyskanie pewnych praw, dotąd dostępnych tylko parom heteroseksualnym.
Od kiedy słychać o parach heteroseksualnych w mediach na szeroką skalę? Od czasu rozpoczęcia kampanii równości dla par homoseksualnych. Jestem ponad ćwierć wieku po ślubie, ale na co dzień nie zdawałem sobie sprawy, że tworzę parę heteroseksualną. (Jak pewien Francuz, który całe życie mówił prozą, ale o tym nie wiedział. Bo i po prawdzie - wśród tysięcy spraw społecznych, ekonomicznych i technicznych, nie sposób opanować wszystkiego z pełnym zaangażowaniem). Ani mnie ta nazwa nie interesowała, ani bulwersowała - nic mnie to nie obchodziło. Do obecnych czasów... To inni, dziwni, zakompleksieni, nieszczęśliwi i odchyleni (od normy) ludzie, o jakimś defekcie (genetycznym?), który mnie specjalnie nie interesuje, toczą swe boje o równość w demokratycznym społeczeństwie. Nie zasłużyli na taki los - nie wiem, dlaczego Bóg tak się z nimi okrutnie obszedł. Co ciekawe, gdyby owi geje oraz lesbijki byli ludźmi jednak o normalnych seksualnych manierach, to sprawy homoseksualistów by ich interesowały i odstręczały w identyczny sposób, co obecną większość Polaków.
Jestem zwolennikiem całkowitego zrównania praw homoseksualistów z prawami reszty społeczeństwa - odmawianie im tego jest łamaniem konstytucji i praw człowieka.
Mocno napisane - łamanie praw. A zabranianie ćpania we własnym domu i chlania wódy na plaży nie jest łamaniem podstawowych praw obywatela? A przymus stosowania pasów bezpieczeństwa w autach? A przejmowanie własności narodu przez kilkuset cwanych kombinatorów jest zgodne z ostatnią polską konstytucją? Czy zarażony krwiodawca może mieć pretensje, że społeczeństwo nie chce jego krwi, krwi wolnego i szanującego konstytucję obywatela? A ślepawy pilot nachodzący linie lotnicze, które zabroniły mu latać z pasażerami? Czy polska wspaniała Temida jednakowo potraktuje policjanta, który wziął w łapę 100 zł, stracił pracę i może posiedzieć do 10 lat oraz wysoko postawionych polityków, biznesmenów, urzędników, którzy zagarnęli miliony, wyszli za (kradzioną) kaucją i obstawili się drogimi adwokatami? Oczywiście, powie ktoś, że łamanie praw w wielu dziedzinach, nie powinno uzasadniać bezprawia w innych. Ale tamte dziedziny są znane od lat, a jednak są zbyt trudne do ogarnięcia przez niezawisłe sądy, natomiast podnoszona sprawa jest nazbyt szokująca oraz stosunkowo świeża dla naszego społeczeństwa i większość raczej niechętnie o tym mówi, bo są to delikatne problemy. Przez tysiące lat małżeństwo było związkiem dwóch osób płci obojga - nie należy tworzyć dziwolągów logicznych i językowych w rodzaju "małżeństwo homoseksualne". Kiedyś były podobne dziwactwa, choćby "eksport wewnętrzny"...
Projekt nie przyznaje związkom partnerskim uprawnień małżeńskich.
Małżeństwo to małżeństwo. A cóż to za eufemizm - związek partnerski? Znamy związki chemiczne i znaliśmy Związek Radziecki. Aby prowadzić samochód należy posiadać prawo jazdy. A może ktoś wymyśli coś innego? Może poręczenie prezydenta miasta? Zresztą te dziwne pomysły biorą się zapewne z właśnie dziwnych innych znanych już poręczeń - a to ważna persona udziela poręczenia przestępcy, który bez tego czekałby na rozprawę w areszcie jak każdy inny zwykły obywatel. A to ktoś wyjdzie za kaucją, kiedy zwykły Polak za podrobienie legitymacji szkolnej przesiedzi parę miesięcy. A to prezydenci RP ułaskawiają parę tysięcy przestępców, którzy otrzymali prawomocne wyroki (po wielu odwołaniach) i to zwykle jednak dokładnie przemyślane (choć oczywiście nie wszystkie). Znane są przypadki dostanie się na studia boczną furtką, zwykle po znajomości. No to dlaczego owym nieszczęśnikom z defektem nie dać możliwości życia w szczęśliwym jednoimiennym stadle, tym szczęśliwszym, bo usankcjonowanym prawnie? Owszem - dać, jednak nie całkowicie równe prawa co małżeństwom i konkubinatom. No jednak pewne różnice powinny pozostać zachowane. Wszak lekarzom weterynarii także nie dajemy identycznych uprawnień, co lekarzom od ludzi, a niejednokrotnie mogliby z większym oddaniem pomóc bliźniemu.
Czemu nie mogliby się oni wspólnie opodatkować?
Ten pomysł jest dobry i warty zastosowania również w innych przypadkach. Jeśli wdowa zamieszkuje ze swoją dorosłą córką i jej panieńskim dzieckiem, to należy umożliwić im wspólne podatkowe rozliczanie. Jeśli pełnoletni bracia lub siostry (kawalerowie, panny, wdowcy, wdowy) prowadzą wspólne gospodarstwa domowe, to również stworzyć im te możliwości. Właściwie to należałoby ująć wszystkich domowników - dorośli (pracujący, uczący się, bezrobotni) oraz dzieci (w podobnych kategoriach). Wypełniają jeden wspólny pit, w który wpisują swe dochody i obliczają należności pomniejszone o ulgi z rozmaitych uznanych tytułów; np. dwie wybrane osoby w takiej rodzinie miałyby (podatkowy) status dzisiejszych małżonków, zaś ulgi podatkowe byłyby większe dla większej liczby uczących się dzieci. Zatem - kilka osób (najczęściej jednak dwie) składa deklarację, że zamierzają prowadzić wspólne gospodarstwo domowe i... koniec sprawy - żadnych pytań o preferencje (np. seksualne)!
Niby dlaczego nadal ma nie być gejom wolno uzyskiwać informacji na temat stanu zdrowia ukochanej osoby leżącej w szpitalu? Jaki jest sens zakazu odbierania korespondencji za partnera?
Oczywiście, to należy zmienić, ale nie dlatego, że mowa o homoseksualistach. Tu należy opracować spójny i ograniczający fałszerstwa sposób, który umożliwiałby wizytę w szpitalu, odbiór przesyłki z poczty i realizację dziesiątek innych spraw na podstawie pisemnego upoważnienia. Może trudny do podrobienia blankiet z nazwiskami osób zainteresowanych, który zostałby poświadczony w urzędzie i opatrzony datą ważności z możliwością przedłużenia? Ponieważ ludziska podrabiałyby owe dokumenty - mile widziane skanery sczytujące dane z owych dokumentów oraz cyfrowe zdjęcia osób powołujących się na te upoważnienia. Przy okazji - takie rozwiązania powinny być stosowane w bankach oraz w szkołach i przedszkolach, kiedy pociechy są odbierane przez rozmaitych krewnych albo znajomych.
Nie rozumiem też, dlaczego pary gejowskie mają być lepiej traktowane niż pary hetero, które wolą żyć w konkubinacie.
Z dalszego tekstu wynika, że redaktor właśnie tkwi w takim związku i dlaczego nie miałby upiec dla siebie pieczeni przy okazji obrony praw owych seksualnych nieszczęśników. Być może, że kilkaset tysięcy homoseksualistów ma kilka milionów sprzymierzonych konkubentów, nie z poczucia konstytucyjnej sprawiedliwości, ale z powodu chęci załapania się tych drugich na nowe, korzystniejsze ustawodawstwo wywalczone przez pierwszych...
Należałoby wprowadzić coś na kształt stażu, aby uniknąć... cotygodniowych zmian w dokumentach potwierdzających związek konkubentów. Dzisiaj meldujemy w urzędzie, że rozpoczynamy konsumpcję (a nawet delektację) w ramach konkubinatu, zaś po roku otrzymujemy podatkowe uprawnienia niczym małżonkowie. Oczywiście - związek ten wzmacniamy odpowiednią opłatą rejestracyjną wnoszoną pierwszego dnia oraz po upływie roku. Szczęść Boże takiej Młodej Parze - aby wszystkie konkubenckie pary miały szczęście uiszczać tę drugą opłatę (po roku); a może w międzyczasie (termin już zaakceptowany przez polonistów) nawrócą się na tradycyjną (a mniej nowoczesną) formę pojmowania związku dwojga ludzi?
Z wszelkich rozważanych przepisów należy wyeliminować odniesienia do rozmaitych preferencji seksualnych! Rozpatrywać jedynie w kategorii domowników, czyli osób wespół zamieszkujących (prowadzących wspólne gospodarstwo domowe), zarówno spokrewnionych, jak również formalnie niespokrewnionych.
Mówi się, że około 5% ludzi ma odmienne preferencje, czyli co dwudziesty czytelnik ze swej wadliwej natury może być oburzony wszelką krytyką dotyczącą odmieńców a ponadto wielu lekarzy, prawników i innych nawiedzonych humanistów popierających dążenia owych defektantów, również będzie zniesmaczonych. No cóż - trudno wszystkim dogodzić, ale można w miarę kulturalnie podyskutować...
Im szybciej załatwimy rozmaite ważniejsze i drobniejsze sprawy dla całego społeczeństwa, tym szybciej zniknie przesadnie rozdmuchany a żenujący temat o prawdziwym i rzekomym ciemiężeniu homoseksualistów.Słoneczko jednak zgaśnie wcześniej... - Dziennik Bałtycki (2 października 2004)
W ciągu sekundy ze Słońca wypływa ponad milion ton materii. "Rozdmuchanie" jednak Słońcu nie zagraża - przy niezmienionym tempie wypływu zniknęłoby dopiero za 30 bln lat.
Pewniejsze źródła mówią o 4 milionach ton masy traconej przez naszą gwiazdkę, jednak czas jej zniknięcia oceniany jest na 5-6 miliardów lat. Skąd owe 30 bilionów? Z amerykańskiego billion mylonego z naszym miliard? Jak wytłumaczyć redaktorom, że nie aż tak żywotna gwiazdeczka wygaśnie kilka tysięcy razy wcześniej niż sobie to wyliczyli albo podsłuchali? Słoneczko zrobi im psikusa - ale zrobią miny, kiedy odkryją błąd i będą musieli pozmieniać swoje plany...Surowce Ziemi to nasze wspólne dobro - Rzeczpospolita (6 października 2004)
120 tys. par obuwia sportowego o wartości 22 mln USD pochodzących z Chin ważących prawie 77 ton, zmielono i spalono w Rumunii. Podróbki spalono po skonfiskowaniu przez celników w obecności przedstawicieli firm, których marki podrobiono.
Trzeba walczyć z nieuczciwą konkurencją, ale czy trzeba niszczyć przejęty towar? Nie były to przecież narkotyki. Były to przedmioty wytworzone przez ręce wyzyskiwanych azjatyckich robotników. Wyroby nie były z powietrza, ale z surowców wydobytych z trzewi naszej planety. Zniszczono trud człowieka i surowce, które przepadły bezpowrotnie. Co na to obrońcy środowiska naturalnego? Surowce (jest ich coraz mniej) są własnością wszystkich Ziemian. Co można było zrobić? Oczywiście, nie można było wprowadzić towaru na obszar handlowy, w którym obowiązują cywilizowane prawne standardy. Jednak tego typu produkty powinny być przekazywane na tereny krajów, w których nie ma pojęcia ochrony wzorów użytkowych, jest bieda, a ludzie umierają z głodu. Powie ktoś - "nie są im potrzebne buty, skoro głodują chodząc na bosaka i pewnie nie potrafiliby zasznurować podarowanych trampków". Racja, ale może na takim eksporcie polega krzewienie współczesnej cywilizacji na obszarach nędzy? Drastyczna nierówność ludzi - bogacze niszczący ze złości (w glorii światowych przepisów) dobra doczesne oraz nędzarze nieznający sznurowadeł. Zamiast palić, topić w morzu, miażdżyć walcami drogowymi, przecież można wyprowadzić trefny towar poza zamożny krąg cywilizacyjny, w którym odróżniamy markę X od marki Y. Są społeczeństwa, w których nie są znane finezyjne pojęcia z dziedziny praw autorskich. Koszty przewozu pewnie są podobne kosztom ponoszonym podczas niszczenia. Ponadto można byłoby u przewoźników otrzymać rabat na przewóz przedmiotów darowanych przez nadludzi podludziom. Świat jest obrzydliwy, ale to co wyprawiają bogate narody woła o pomstę do nieba.
Z informacji wynika, że jedna para butów kosztuje... 183 dolary czyli równowartość tygodnia pracy przeciętnego Polaka (i pewnie pół miesiąca pracy Rumuna). Zapewne policzono to według cen proponowanych przez ekskluzywne sklepy sprzedające oryginały. Z pewnością te chińskie nie były tyle warte, bowiem podróbki zwykle są wykonywane z gorszych materiałów. Wartość tych bucików w Chinach to jeden dolar (surowiec) i jeden cent (płaca) albo 5$ na rynku rumuńskim. Gdyby owe buty dostał umierający z głodu Afrykanin, to dając je właścicielowi studni przez cały rok miałby życiodajną wodę - żyłby przez kolejny rok wraz z rodziną nadal na bosaka, zaś lokalny posiadacz miałby superbuciki z naszytą metką słynnej światowej firmy. Oczywiście, przeciwnik tej propozycji powie, że tamtejszy biedak nie dostałby żadnej pary, zaś majętny pompiarz przechwyciłby cały kontener adidasów. I chyba ma rację, zatem nadal... nic nie róbmy.Ryzykanci powinni płacić - Rzeczpospolita (6 października 2004)
Alpiniści już nie będą musieli przed pójściem w góry ubezpieczać się od następstw nieszczęśliwych wypadków. Trybunał Konstytucyjny orzekł wczoraj, że Rada Ministrów nałożyła obowiązek ubezpieczania się niewłaściwie, bo w rozporządzeniu. Tymczasem wolno to robić jedynie w ustawie.
Ja jako laik jestem oburzony - RM posiadająca śmietankę prawników nie wie, jak formalnie załatwić sprawę. Ta sama rada wymaga od milionów Polaków poprawnego wypełniania pitów oraz innych dokumentów... To jakby kierowca nie odróżniał znaków nakazu od zakazu. Jednak jest i druga strona problemu - każdy chyba czuje, że ryzykowne ekstremalne sporty wymagają pewnego zabezpieczenia się społeczeństwa przed nadmiernymi kosztami akcji ratowniczych oraz ewentualnego leczenia poszkodowanych. Oczywiście, każdy wolny człowiek może robić ze swym życiem, co mu się żywnie podoba, byleby innym nie szkodził. Jeśli ma kaprys wspinania się po górach (chyba nie tylko po Alpach...), to jego sprawa, ale... nie tylko jego. Kiedy mu coś się stanie, to ktoś musi iść na ratunek. A to kosztuje. Czyli każdy uczciwy Polak rozumuje - idź, ale jeśli coś ci się stanie, to za składkowe pieniądze pójdą ratownicy cię szukać i transportować w bezpieczne miejsce, także do szpitala. A to wymaga składeczki, czyli twego wkładu. Tym większego, im ryzykowniejsza wyprawa oraz lepsze wyposażenie ekip ratunkowych oraz szpitali. Jeśli nie płacisz a liczysz na darmowy ratunek, to zaczynasz cwaniaczyć. Liczysz na gratis od innych podatników, którzy zrobią ogólną zrzutę na pokrycie kosztów twoich fanaberii. Nie zapominajmy, że im więcej będzie turystów płacić ubezpieczenia, tym składka będzie mniejsza. Orzeczenie TK wskazuje na (formalny!) błąd RM, ale nie wypowiada się co do słuszności wnoszenia ubezpieczeniowej składki, a ta przecież jest właściwym sposobem pokrywania kosztów akcji ratowniczych, leczenia itp. W dobie internetu oraz komórek można wdrożyć ideę przelewania należności bez konieczności składania wizyty na poczcie czy w firmie ubezpieczeniowej - przelewasz składkę za pomocą jednego z wymienionych cudów techniki i masz problem z głowy. Możesz uczynić to nawet u podnóża zaatakowanego szczytu albo po jego zdobyciu, kiedy pogorszyła się pogoda albo kiedy zaczyna schodzić lawina, jednak stawka wynegocjowana podczas jej (lawiny) schodzenia będzie odpowiednio wyższa...Jubilatka a imaż przyjaznej firmy - Rzeczpospolita (6 października 2004)
Po jakim czasie od jubileuszu przedawnia się prawo do ubiegania się o nagrodę? Wyrok SN mówi, że roszczenie o tę nagrodę staje się wymagalne z chwilą spełnienia odpowiednich przesłanek (stażu pracy). Pracownik nie może dochodzić nagrody jubileuszowej po upływie 3 lat od chwili uzyskania odpowiedniego stażu pracy.
I to jest przykład na nieprzyjazne postawienie sprawy. Kilkanaście lat temu wyjaśniano, że po trzech latach następuje przedawnienie roszczeń, co nie oznacza niemożności dochodzenia otrzymania właściwych kwot. Oznacza to jedynie, że firma ma prawo odmówić wypłaty, ale nie oznacza zakazu jej wypłacenia, a to jednak różnica! Wszak gdyby założyć, że firma dba o właściwy wizerunek, to dlaczego miałaby nie wypłacić owej nagrody pracownikowi, który z jakiś powodów jej nie otrzymał? Ponadto - to raczej służby owej firmy odpowiadają za pilnowanie terminów wszelkich należnych wypłat, w tym omawianej jubilatki. Można przyjąć, że pracownik z jakiś powodów zapomni o swych uprawnieniach. Mało tego - pracownik otrzymujący ową jubilatkę po pewnym czasie powinien ją otrzymać w wysokości obliczonej wg najnowszych firmowych przepisów, ale nie mniej niż w momencie uzyskania uprawnień. To jest chyba oczywiste z powodu fundamentalnej uczciwości firmy wobec pracownika - realny wydatek dla zakładu jest niezależny od czasu (zwykle mamy inflację i z jej powodu zwiększa się płaca i uzależniona od niej jubilatka). Trudno sobie wyobrazić porządną firmę zarządzaną przez uczciwych menadżerów, którzy nie wypłacą roztargnionemu robotnikowi mało istotnej (dla firmy) kwoty tylko dlatego, że minęły trzy ustawowe lata! A zawsze można taką firmę sprawdzić pod kątem solidnego prowadzenia spraw pracowniczych (to firma odpowiada za wypłatę jubilatki, a przynajmniej tak nakazuje rozsądek!) i nagłośnić sprawę w przypadku nieprzyjaznego potraktowania pracownika. Zatem - powoływanie się na przedawnienie po trzech latach należy uznać za błędną interpretację, bowiem niewypłacenie jubilatki w takim przypadku jest wyrazem lekceważenia pracownika przez kierownictwo. Miejmy nadzieję, że to jedynie dziennikarz popełnił błąd interpretując przepisy - obowiązuje fakultatywność a nie obligatoryjność.
Po zamieszczeniu powyższego omówienia natrafiłem na notkę (Gazeta Prawna, 30 lipca 2003), która omawiany art. 291 §1 KP interpretuje - pracodawca może odmówić. I to jest ta niby niewielka różnica, ale jakże istotna...Moralność oficjela - Dziennik Bałtycki (8 października 2004)
Na dwóch sąsiednich stronach trzy bulwersujące sprawy - wszystkie stawiają osoby publiczne pod wielkim znakiem zapytania - ich kompetencje i służbę wobec obywateli. Honor, odpowiedzialność, rozsądek - a cóż to takiego?
Sensacja! Były komendant Straży Miejskiej w Gdańsku, przyznał się do spowodowania kolizji na gdyńskiej ulicy - jechał służbową skodą octavią. Oświadczenie byłego [kolizję spowodował jeszcze przed "byłością" - skreślono go z listy funkcjonariuszy] komendanta jest o tyle zaskakujące, że dotąd utrzymywał, iż auto zostało skradzione i uszkodzone przez złodzieja. Za spowodowanie kolizji grozi najwyżej grzywna do 5 tysięcy złotych. I teraz perełka logiki sądowej - Nie poniesie konsekwencji za składanie nieprawdziwych zeznań [czyli za kłamstwo], ponieważ zmienił się jego status procesowy ze świadka na obwinionego. Zgodnie z obowiązującym porządkiem prawnym [przepraszam, jakim porządkiem???], złożone wcześniej zeznania traktowane będą jako niebyłe. Śledczy nie będą mogli więc pociągnąć byłego szefa strażników do odpowiedzialności karnej. Brawa dla Temidy! Jedyna korzyść z tej notatki to spostrzeżenie, że wyraz śledczy jest stosowany tak w liczbie pojedynczej, jak i mnogiej - Jeden śledczy zajął się tą sprawą oraz Trzej śledczy zastosowali ciekawą taktykę wobec złoczyńcy.
Obok - Prezes Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy nie odpowiedział jeszcze reporterom "Dziennika", na jakiej zasadzie [raczej podstawie] wpuścił na teren lotniska prywatne samochody. Po skrytykowaniu przez pewną posłankę owej sytuacji Prezes wydał zarządzenie zabraniające wszystkim posłom korzystania ze strzeżonego parkingu na terenie lotniska. - To kolejny przejaw sobiepaństwa pana prezesa. Traktuję to jako represję - powiedziała posłanka. Czy istnieje jakaś lista VIP-ów [raczej wipów], którzy mogą z możliwości wjazdu na płytę skorzystać? Wczoraj prezes był poza biurem, a my nadal czekamy na odpowiedź.
Na następnej stronie - Pomorski kurator oświaty zamiast szkolenia zorganizował wycieczkę. Z pełnym przekonaniem bronił zasadności wizyt w fabryce wódek oraz kilku wycieczek krajoznawczych. Jednak po przeczytaniu zarzutów kontrolerów kurator postanowił poszukać odpowiedzialnych... wśród swoich podwładnych. Bowiem winni muszą się znaleźć, a szef ma być niepokalany, zatem szuka koziołków ofiarnych...
W jakich kategoriach ocenić kręgosłup moralny opisanych urzędników? Oto nasi oficjele - poruta!Pasja lingwistyczna - Dziennik Bałtycki (8 października 2004)
Urodzona w Austrii Elfriede Jelinek otrzymała Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Noblistka uchodzi za pisarkę feminizującą. Bywa oskarżana o nihilizm i okrucieństwo w literaturze. Nobla otrzymała za "muzyczny przepływ głosów i kontrgłosów w powieściach i dramatach, które z niezwykłą pasją lingwistyczną demaskują absurdalność stereotypów społecznych i ich ujarzmiającą siłę".
Podano, że jej książka "Pianistka" o niskim nakładzie i obniżonej cenie (z 29.40 PLN na 23.50 PLN - jak podaje internetowa księgarnia wysyłkowa zapominając o zł) zalega w magazynach. Prawdopodobnie wszystkie zapasy znikną, a może nawet potrzebny będzie dodruk - to prawda, że reklama jest dźwignią handlu, nawet w nobliwym świecie Noblowych nagród... Kilka miesięcy temu karierę robiło zrozumiałe słowo pasja (tytuł filmu), teraz jednak jakiś niezrozumiały idiom pasja lingwistyczna. Media podają, że chodzi o oryginalne posługiwanie się językiem. Może muzycy i poloniści wyłożą co nowego w języku brzęczy?GoldenEye - TVP1 (8 października 2004)
Kolejna powtórka brawurowego filmu z Bondem i naszą Izabellą Scorupco (dawniej Skorupka; prawda, że ładniej z cudzoziemska?). Akcja dzieje się w postradzieckiej Rosji, a lektor czyta - Dostanę milion dolarów w twardej walucie. Masło maślane, bowiem dolar jest właśnie twardą walutą... Prościej - Dostanę milion dolców. Ale za to pani Iza oznajmiła po angielsku (co poprawnie przetłumaczono) - Idę zrobić kawę. Są tacy, co idą zrobić kawy a wyjaśniają, że mają na myśli filiżankę albo trochę. Bez tych lub podobnych słownych "dodatków" mamy klasyczny biernik liczby pojedynczej. Ewentualnie można powiedzieć - idę zrobić kawy mając na myśli dwie (trzy lub cztery albo... 22) kawy, ale to jedynie wątpliwy wybieg na powyższy zarzut...
Ciekawa maniera łącznego pisania nazw (zwłaszcza programów komputerowych; tu tytuł filmu). Bardziej interesująca (i uznana przez polonistów!) niż oklepana a nieładna maniera pisania nazwisk albo nazw geograficznych tudzież tytułów małymi literami. Także małoliterowe pisanie nazw samochodów oraz innych artykułów handlowych należy uznać za mało sympatyczne i niezbyt estetyczne (polonez, zenit, concorde, ixi, sobieski).
Niby wszyscy ludzie są równi (konstytucja), ale podczas emitowania nazwisk twórców tego filmu, lektor czytał (tłumaczył z angielskiego) jedynie najważniejsze funkcje (zadania) - występują (aktorzy), muzyka, zdjęcia, scenariusz, reżyseria (u nich to sami dyrektorzy - Director of...). Pomniejsze figury (w tym oczywiście producent) zostały pominięte. Równość równością, ale kto w nią jeszcze wierzy? W pewnych dziedzinach nawet się nie udaje, że coś takiego istnieje...Kolejne buble i robota dla Trybunału - Dziennik Bałtycki (8 października 2004)
Posłowie z Sejmowej Komisji Finansów Publicznych opowiedzieli się za tym, aby wdowcy mogli korzystać ze wspólnego rozliczenia z podatku. Uwzględnili tym samym orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że niezgodny z konstytucją jest zakaz korzystania ze wspólnego rozliczania, gdy jeden z małżonków zmarł w trakcie tego roku podatkowego.
W obu izbach mamy kilkuset dobrze opłacanych działaczy. Wśród nich są również absolwenci uczelni technicznych (nauki ścisłe) oraz humanistycznych (w tym prawnicy). O ile się nie mylę, mają do dyspozycji doradców z zewnątrz. Jednak całe to gremium potrafi wydać akt prawny, który urąga zwykłemu poczuciu logiki i przyzwoitości! Przecież tu nie chodzi o trudne problemy zrozumiałe wyłącznie przez Einsteinów - to są dość proste sprawy, które w ramach zajęć z logiki potrafiliby poprawnie rozwiązać maturzyści... Po kilku miesiącach zbierają się specjaliści z TK i uznają, że zakaz jest niezgodny z konstytucją... Takie scenariusze mamy co kilka miesięcy. To może tych nad wyraz sprawnych umysłowo wybrańców z TK do roboty zaprzęgać już na etapie tworzenia prawa? Nie byłoby takich i innych bubli, które ośmieszają nas nie tylko na własnym podwórku? Czasami dziwi powoływanie się na konstytucję - tu także może być zniekształcenie logiczne. Może powinniśmy powoływać się na logikę, choć ustawa zasadnicza powinna być na niej oparta, to czasami może także nie spełniać tego warunku. Czy można sobie wyobrazić, że jakiś przepis konstytucji nie jest logiczny, ale musi być stosowany, bowiem prawo nie kieruje się logiką, ale zapisem prawnym? Niestety, tak zapewne jest prawnie... poprawnie. Gdyby jednak kierować się rozsądkiem, to można byłoby omawiany dylemat uzależnić od miesiąca zostania wdowcem (dlaczego w notce pominięto wdowy, których jest jednak więcej? gdzie feministki?) - inaczej dla stycznia, inaczej dla grudnia...
Jeśli konstruktor wykonuje rysunek konstrukcji nowo budowanego statku, to jest on konsultowany podczas powstawania, sprawdzany tuż po wykonaniu oraz zatwierdzany przez towarzystwo klasyfikacyjne - jest legalizowany przed położeniem stępki. A przepisy dotyczące 40-milionowego narodu są pisane na kolanie i podważane często po wejściu w życie. Choćby akcyza za sprowadzane auta z innych krajów - prawdopodobnie w świetle przepisów unijnych jest pobierana nielegalnie. I co na to setki naszych najlepszych prawników? Zależy kto zamawia kosztowną recenzję?
Ta sama gazeta (4 dni później) informuje - 500 zł za rejestrację samochodu to za dużo. Tak przynajmniej uważa RPO, który złożył wniosek o zbadanie sprawy do Trybunału Konstytucyjnego. Chodzi o opłatę za wydanie karty pojazdu dla samochodów sprowadzanych z zagranicy i rejestrowanych w Polsce po raz pierwszy. Zdaniem rzecznika opłata jest nieadekwatna do realnych kosztów związanych z drukiem i dystrybucją tego dokumentu.
Rzecznik zauważył, że owa danina publiczna kłóci się z konstytucją i... TK ma kolejną robotę, naród jest zirytowany mądrością wodzów, a Europa się śmieje. Stanowisko Brukseli jest znane - wszystkie opłaty (jak by je nie zwano) nie mogą przekraczać 10% wartości sprowadzonego auta. Czy Warszawa to wreszcie pojmie? Przeciętny Polak musi na ową kartę pracować ok. 10 dni, podczas gdy zachodni sąsiad za ten czas może kupić wprawdzie złomiaste, jednak auto, nie ładny papierek...Analny śpiewak - Twoje imperium (11 października 2004)
Podczas gali rozdania nagród muzycznych Q, weteran piosenki Elton John obraził Madonnę, zarzucając jej szwindel.
- Ona miałaby dostać nagrodę za najlepszy pieprzony występ na żywo? To oszustka! Udaje, że śpiewa, a występuje z playbacku! I za to ludzie płacą 100 dolców za bilet! Każdy, kto tak oszukuje widzów powinien być rozstrzelany!
Atak Eltona wzbudził szok. Dotychczas przyjaźnił się z Madonną, która zrobiła wiele dla ruchu gejów.
U nas pewien wiceminister zdrowia stracił posadę, kiedy słusznie zauważył, że homoseksualizm to dewiacja. Natomiast słynny gej, któremu los pożałował naturalnych ciągot, wzywa do rozstrzelania oszustów i... nic się nie dzieje. Widać, że sławni bogacze mogą sobie na wiele pozwalać - reszta ludzkości może im skoczyć na pukiel. A cóż to jest (jałowy) ruch gejów? Czyżby ruch bierny i ruch czynny? Analni nieszczęśnicy...Szanty i szlanty - Dziennik Bałtycki (12 października 2004)
Mimo upływu dwóch lat od oskarżenia przez prokuraturę byłego prezesa Stoczni Gdynia i utrudnianie pracy związku zawodowego "Stoczniowiec" obecne władze do dziś nie wycofały niektórych przepisów będących podstawą decyzji śledczych. Chodzi o słynne "ścieżki zdrowia" po zakładzie, jakie zafundował nam Janusz Szlanta - mówi Leszek Świątczak, przewodniczący "Stoczniowca" - Mamy zakaz wstępu do niektórych rejonów stoczni, m.in. na statki. Były zarząd zdecydował, że w trosce o nasze bezpieczeństwo poruszać się możemy tylko po ściśle określonych trasach. Czekamy cierpliwie na anulowanie tego bzdurnego przepisu.
Inna epoka - kiedyś mieliśmy zupełnie inne "ścieżki zdrowia". Im więcej wolności poza stocznią (paszporty w szufladzie, a nawet dowody zamiast paszportów oraz otwarte granice do sąsiadów), tym mniej swobody w Stoczni Gdynia. Rzecznik prasowy (ten sam, co za poprzednich prezesów) potwierdza, że zna temat. No to do dzieła, rzeczniku, bo znawców tematu aż nadto, tylko wykonawców konkretnej roboty nie ma... Po morzach woda niesie wesołe szanty polskich żeglarzy, zaś pod sądem w Gdyni oszukani stoczniowcy smętnie zawodzą swe gorzkie szlanty.Niech nas Bóg broni przed światowymi dziełami - Onet (15 października 2004)
Po raz pierwszy od 40 lat można oglądać jedyne w Polsce dzieło hiszpańskiego malarza El Greca - "Ekstazę św. Franciszka". Obraz został znaleziony w 1964 r. w Kosowie Lackim (woj. mazowieckie) przez dwie pracownice Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk podczas przeprowadzania inwentaryzacji zabytków na Mazowszu. Dotychczas dzieło nie mogło być pokazywane ze względu na brak środków finansowych na jego zabezpieczenie.
Tysiące eksponatów gnuśnieje w piwnicach i na strychach dumnych (z nazwy) polskich muzeów. Jeśli nas nie stać, to niech inni troszczą się o dzieła (w końcu) światowe. Już świat zrozumiał, że ochrona środowiska naturalnego w jednym punkcie naszego globu związana jest ze stanem przyrody w każdym innym miejscu. Teraz obywatele świata powinni zrozumieć, że wszystkie wielkie dzieła należą do całego globu. Jeśli nie potrafimy ich ochronić, to ów świat powinien nam je zabrać nim ulegną zniszczeniu! A na przyszłość - niech Bóg nas broni przed następnymi odkryciami tego typu! Nasz okradany a niereformowalny budżet nie będzie w stanie zadbać o właściwe przechowywanie rarytasów kultury wszech czasów. A jeśli byłby zmuszony, to emeryci, chorzy, studenci przypłacą ten przymus niższą życiową stopą... Ktoś powie - niepatriotyczne stanowisko! Owszem, pewnie tak, ale mamy być jako te psy ogrodnika - sami nie oglądamy, innym nie damy?! UNESCO powinno wystąpić do Polski o przekazanie wartościowych dzieł w depozyt poza granice naszego niewydolnego kraju. Za kilkadziesiąt lat oddadzą nam, kiedy oni i my uznamy, że państwo nasze dorosło do bycia właściwym opiekunem wielkich dzieł sztuki. Wstyd!Spór o jedną literę - Fakt (14 października 2004)
Już 400 osób ukarali elbląscy policjanci za publiczne przeklinanie. Wojnę bluzgającym osobnikom wypowiedzieli w połowie sierpnia. Był to pomysł prezydenta Elbląga Henryka Słoniny.
Szkoda, że takiej wojny nie wypowiedziano znacznie wcześniej - zapewne nie byłoby w ogóle bluzgów na ulicy tudzież w autobusach. Ale idea godna nazwiska pomysłodawcy - któż lepiej zrozumie problem rzucania mięsem pośród tłumu? Jednak co będzie, jeśli ktoś wrzaśnie kurna (Google zliczają ok. 25 tysięcy), a funkcjonariusze zrozumieją nieco inaczej (tamże ponad 150 tysięcy)? Albo jednak zasunie z grubej rury, a stróżom porządku będzie wmawiał, że było to tylko niewinne kurna? I kto udowodni, że jednak było dablju/dabliu? Zamieszczanie mięcha w internecie póki co jest bezkarne...Wiek urzędasów, czyli schyłek cywilizacji - Fakt (15 października 2004)
Unia chce zabić 50 tysięcy naszych krów, zamiast je zbadać! Służby weterynaryjne będą sprawdzać, czy krowy mają dokumenty. Jeśli ich nie ma i przez 48 godzin nie zostaną uzupełnione, to krasule i byczki będą uśpione, a ich mięso (ok. 15 tys. ton) będzie spalone. Po co ten bestialski mord? Unia wymyśliła, że tak obroni się przed groźnymi chorobami, np. BSE.
Cóż za koszmarną uruchomiono urzędniczą machinę? Niepewna krowa uznana będzie za chorą - nie można jej zbadać? Stać nas na takie marnotrawstwo? Kilka milionów Polaków jest głodnych, a my żywność puścimy z dymem? A plany wysłania naszej żywności do umierających afrykańskich dzieci - czy ktoś jeszcze pamięta te g(ł)odne pomysły? Skandal! A w innych nowounijnych krajach mają większy porządek? Kiedyś był wiek węgla i pary. Teraz cywilizację budują urzędnicy...Lewizna na wydziale prawa (ideały sięgają bruku) - Gazeta Wyborcza (15 października 2004)
RPO zażądał od rektora Uniwersytetu Gdańskiego ujawnienia informacji o osobach, które uczelnia przyjęła na studia prawnicze z odwołania. Prof. Zoll pisze: "Za niedopuszczalne uważam zarówno odmawianie informacji o kandydatach przyjętych w procedurze odwoławczej, jak też nierówne traktowanie kandydatów na studia". GW ustaliła, że komisja odrzuciła podania osób, którym zabrakło na egzaminie jednego punktu (w tym astmatyka i dziewczynę z biednej, wielodzietnej rodziny), a przyjęła dzieci z rodzin VIP-owskich [raczej wipowskich], którym brakowało kilku-kilkunastu punktów. Jednemu brakowało ponad 20 pkt! Jego tata jest znaną trójmiejską osobistością. Tymczasem uczelnia zaprotestowała przeciwko "bezpodstawnym oskarżeniom" oraz zapewniła o rzetelności i słuszności swoich decyzji.
Latem prezes gdańskiego sądu wysłał na UG list z poparciem dla sędziowskich dzieci, które nie dostały się na prawo. Akademicy byli oburzeni, a rekrutacją na prawo zaczęła się interesować policja. Ów "godny" prawnik wystosował specjalny "list referencyjny" (nadmienił delikatnie, że rodzice to doświadczeni a zasłużeni sędziowie) do komisji rekrutacyjnej.
W 2002 r. indeks "z odwołania - ważne względy społeczne" dostała córka samego rektora (również przyszła... prawniczka). Prawdopodobnie podczas walki z zepsutym poprzednim systemem, ów przyszły rektor widział (jak większość młodych ludzi) bezeceństwa panujące w państwie, w tym w szkolnictwie wyższym. Pewnie miał szczere chęci zmiany systemu, ale nie znał chłop realiów życia - piął się w hierarchii, założył rodzinę i... zapomniał o swych młodzieńczych ideałach. No cóż - większość zapomina w ferworze robienia kariery o swych pięknych a (jak się okazuje) utopijnych marzeniach. Jednak media są od przypominania i od czuwania, piętnowania oraz zawstydzania.
W międzyczasie wydział do walki z korupcją wszczął śledztwo w sprawie wręczenia łapówki (4 tys. zł) podczas rekrutacji na Wydział Prawa UG. Pieniądze szybko zwrócono, ale machina ruszyła - dobrano się do procedur przyjęcia 55 osób, które dostały się na studia z odwołania. I mamy kompromitację prezesa gdańskiego sądu, rektora także w aspekcie swej córki oraz zwyczajów panujących na prawie (sic!) na tle korupcyjnych manier... Mało? Gdyby powołano komisję na wzór poświęconej niejakiemu Lwowi tudzież Orlenowi, to mielibyśmy kolejną wielką aferę.
Oto końcowy fragment przyrzeczenia spisany z indeksu - Wstępując do wspólnoty akademickiej, ślubuję uroczyście postępować godnie i uczciwie oraz mieć na względzie dobre imię Uczelni. Pewnie wysoce etyczni (w teorii!) pracownicy UG dawno zapomnieli o owych ślubach albo są przekonani, że to tylko takie ględzenie dla młodych i naiwnych żaków. I potem tak wygląda cały ten dziwny a nasz kraj! Zbyt górnolotne bywają teksty młodzieżowej przysięgi - z upływem czasu ich głębokie wartości rozsypują się i sięgają bruku - byłym studentom mamona przesłania takie studenckie przesłania. Upadek tym większy, że do moralnego bagna weszli tak weterani jak i kandydaci do służby Temidzie. Hańba!
Niemal ćwierć wieku temu, Gdańsk kojarzono z początkiem końca podobno sprawiedliwego systemu (jednak nie w praktyce...), zaś teraz miasto to będzie kojarzone z fatalnym pojmowaniem uczciwości podczas kastyngu na kierunek uczelni kojarzony z prawem. Kastyng to dawniej nabór (czyli... nabieranie) studentów, szczególnie kompromitujący na wydziale kojarzonym z prawością...Krowy są po to, aby je doić - Fakt (21 października 2004)
Polska jest przeżarta korupcją - alarmuje Transparency International. Afery i oszustwa zdarzają się u nas częściej niż w Bułgarii, Meksyku i na Kubie, a nawet Ghanie. Jesteśmy najbardziej skorumpowanym krajem UE! W rankingu TI zajęliśmy niechlubne 67. miejsce. Najuczciwsi są Finowie, Nowozelandczycy i Duńczycy.
- Czuję się dumny dumą szambiarza, który czyści państwo z tego... - powiedział Tomasz Nałęcz.
Nie ma tygodnia, abyśmy nie dowiadywali się o poważniejszych aferach. Prawdziwy wysyp kompromitujących nas, Polaków, sensacyjek! Nim ten artykuł przeczytam, opracuję i zamieszczę na witrynie, to nad horyzontem zbierają się kolejne czarne aferalne chmury, a przejrzystego (...transparentnego w aspekcie uczciwości) nieba jak nie widać, tak nie widać... Zwycięskie partie obsadzają swoimi kolesiami intratne stanowiska i zaczynają badać możliwości udoju krowy, czyli obywatela III RP. Zrazu z pewną nieśmiałością kręcą się koło obory, potem podstawiają puste wiadro pod wymię licząc, że coś skapnie samo z siebie, ale krowi cyc to nie ludzki nos, zatem mimowolne kapki nie satysfakcjonują partyjnych bynajmniej nie kpów, lecz wyrachowanych krętaczy. Po konsultacjach z poprzednikami albo z asystentami, czyli prawnikami obeznanymi w prawie, prawie delikatnie łapią za cycki bacząc na ewentualnych stróżów stada. Ponieważ zwykle krowy nie kopią, zaś mleczny a państwowy interes wisi opiekunom dokładnie jak onże u konkubenta krasuli, przeto kombinatorzy już zręczniej a śmielej ściągają biały płyn plamiąc swój honor. Zamiast przyłapać ich przy pierwszym wiadrze i nawrócić na uczciwą drogę, Państwo ujmuje ich po wielu latach zarzucając zawłaszczenie całej cysterny życiodajnej cieczy. I wszyscy tracą - cwaniak (jednak jest ciągany po sądach i czasami dostaje wyrok za co płacą krowy, czyli my - podatnicy) oraz łaciate bydło (ciągle my...), które pracowicie żując paszę dostaje jakby zdecydowanie mniej, niżby to wynikało z ogromu żucia... Zyskują jedynie prawnicy, którzy dostają tym więcej gomółek sera, im więcej złodzieje nabrali mleka, a także rodziny oszustów, które dyskretnie ściągają śmietanę z zakonspirowanych kadzi. Im dalej od momentu posadzenia oddanego aktywisty na odpowiedzialnym a zbyt wygodnym fotelu podatnym na odchylenie od uczciwości, tym większe prawdopodobieństwo zasadnego posądzenia i zasądzonego posadzenia owego oddanego, bardziej sobie niźli nam, działacza w murowanej komórce o ogrylowanym oknie.
Przy okazji - skoro nie Afghanistan, Nazareth, Rhen, Thailandia, Baghdad, to dlaczego Ghana? Raczej Gana. Komentator nie mógł oprzeć się wrodzonemu przekonaniu, że Polska zawsze będzie ponad Ganą, obrażając to państwo słówkiem "nawet" (co na to ambasada Gany - może jakieś przygany?). Ponadto obocznie można wprowadzić krótsze nazwy mieszkańców - Fini, Nowozelandzi i Duni.Prasowe wulgaryzmy - Fakt (22 października 2004)
Sąd nakazał przeprosić zwolnione z pracy pielęgniarki, które mało że zostały wywalone z pracy za strajkowanie, to zostały jeszcze obrażone.
Inną metodą oswajania nas ze "słownictwem" jest powoływanie się na cudze listy. Tegoż dnia GW cytuje internautów (wybrałem z tekstu) - Lotnisko traktuje Gdańsk jak zadupie. Może wreszcie ktoś ważny się wkurzy. Czy oni też mają takie pierdoły?
Zapewne nadchodzą czasy, kiedy dowiemy się z gazet, że Policja rozrabiającym pseudokibicom spuściła porządny [wpieprz, wpiernicz, wpierdol] i nie zrobi to większego wrażenia na PT Czytelnikach - część pochwali organa władzy, część zaniepokoi się o zdrowie bitego kwiatu młodzieży polskiej, zaś forma językowa będzie najmniej rozważanym elementem przekazu, chyba że problemem będzie... łączna pisownia w?p...Norweskie Oslo i Chin z Chin - TVN24 (23 października 2004)
Na paseczku - Kalisz zawiesił umowę pomiędzy Wyższą Szkołą Policyjną w Szczytnie a białoruską Akademią w Mińsku.
Jest to reakcja na milicyjne bicie manifestantów w stolicy Białorusi. I bardzo ładnie (owa reakcja, nie pałowanie), tylko szkoda, że czyni to człowiek (a mamy ich jeszcze całe mnóstwo) reprezentujący ludową władzę, która czyniła dokładnie to samo w ramach PRL.
Jednak po upadku komuny mamy wiele przykładów podobnych działań naszej nowej Policji! Może przejrzymy wszystkie starcia naszych dzielnych funkcjonariuszy z manifestantami i strajkującymi po 1989? I poczekajmy - może ktoś z nami pozawiesza umowy?
Gdybyśmy musieli zrywać współpracę z kimkolwiek, na podstawie telewizyjnych obserwacji zachowania się stróżów porządku publicznego, to powinniśmy zerwać kontakty również z... USA. Kiedyś wybuchły zamieszki (po skandalicznej rozprawie sądowej - proces po ujawnieniu bicia przez policję kolorowego Amerykanina). Ogromne zniszczenia i około 50 ofiar śmiertelnych.
A dokumentalne filmy z działań amerykańskiej policji - co rusz przekraczane są przepisy stosowania środków bezpośredniego przymusu. No tak, oni działają na podstawie indywidualnego zdenerwowania, a na Białorusi otrzymują odgórne rozkazy. Jednak pobitemu to dokładnie wisi, czy dostanie pałą w świetle prawa od milicjanta, czy w mroku duszy od policjanta...
Kurier podał podobnie - w Mińsku na Białorusi. I w obu notkach mamy problem językowy. Czy piszemy - na francuskiej akademii w Paryżu albo w Paryżu we Francji? Czasami mawiamy o czeskiej Pradze, aby nie pomylić z warszawską. Można jeszcze uściślać Wenecja we Włoszech i Ameryka za oceanem, bowiem mógłby ktoś pomyśleć, że mowa o polskich miejscowościach. Jeśli mamy Mińsk Mazowiecki, to - aby uniknąć nieporozumienia - nie dodawajmy białoruski, wszak to wynika z kontekstu. Gdybyśmy mieli Oslo Pomorskie zamiast Gdyni, to nie pisalibyśmy - Tegoroczna Nagroda Nobla została przyznana w norweskim Oslo.
Nazajutrz TVN24 - W amerykańskim nalocie na wybrane cele zginęło 3 irackich policjantów oraz 3 cywili. Ładne mi wybrane cele. Może lepiej byłoby, gdyby mniej wybierali, ale celniej strzelali...
Również - Dwóch kosmonautów rosyjskich i astronauta amerykański powrócili na ziemię. Gdyby wylądowali samolotem, to pewnie na ziemi, ale powrócili jednak na Ziemię, ponieważ byli w kosmosie, czyli poza Ziemią. Natomiast poprawnie napisano tamże - w Japonii podczas trzęsienia ziemi. Gdyby astronom pisał o osi naszego globu, to byłoby - Można zaobserwować trzęsienie Ziemi względem innych planet.
Namnożyło się tych lokalnych nazw. Napisalibyśmy - Powrócił tajkonauta chiński na Ziemię, gdyby wrócił Chin z Chin (nazwy mieszkańców o końcówce -czyk są przydługawe i infantylne). Ciekawe, jakie nazwy ludziska wymyślą dla innych kosmicznych odważnych pilotów? Gdyby tak jeszcze poleciał Niemiec z Niemiec, Włoch z Włoch albo Czech z Czech?Kulczenie najbogatszego - jeszcze opinia czy już obraza image'u? - Twoje imperium (25 października 2004)
Gdyby komukolwiek w redakcji Wiadomości zadać pytanie, kogo najbardziej się boi, bez wahania odpowiedziałby - Doroty Warakomskiej. Ta bezbarwna była korespondentka TVP w Waszyngtonie, a później jedna z twarzy telewizyjnej Panoramy jest obecnie szefową najważniejszego programu informacyjnego oraz wicedyrektorem TVP1. Uchodzi za osobę bezwzględną dla jednych i niezrozumiale łaskawą dla drugich.
- Z panienki o niespełna dwuletnim stażu pracy, która zaczynała jako asystentka na montażu, nagle awansowała na reżysera Wiadomości. To chore!
Być może, że piszący trafnie ocenia ową panią, a może jednak się myli. Pewnie znawcy tematu mają ugruntowane zdanie, ale czytelnicy są skazani na opiniotwórcze media, a one mają za zadanie kreować obraz nie na własny użytek, ale na użytek mas (stąd ich angielska nazwa - mass media).
Czym się kieruje dziennikarz, jeśli pisze o kimś dobrze albo źle? Przelewa własne spostrzeżenia i uwagi rozwodząc się o cudzych image'ach? Bezinteresownie? Realizuje zamówienie szefa (za pensję) albo sponsora (za prezent)? Niezależnie od motywów, liczy na wzrost nakładu, docenienie przez kierownictwo i zamieszanie w środowisku. A jeśli będzie rozprawa, to i lepiej - o to chodzi w medialnym świecie przy zmniejszających się nakładach i malejącej oglądalności?!
Bywa, że w programach motoryzacyjnych nasi redaktorzy omawiają samochody produkowane przez sławne koncerny. A to skrytykują karoserię, deskę (zwykle plastykową, zatem jednak bezdrzewną) rozdzielczą, moc silnika. A to pochwalą inne cechy auta. Dużo antenowego czasu poświęcają samochodowym image'om. I jesteśmy pod wrażeniem - cóż za profesjonalizm, my byśmy tego wszystkiego nie zauważyli. I zastanawiamy się, ile samochodów dana firma sprzeda więcej albo mniej, tylko dlatego, że miliony widzów usłyszało o zaletach i wadach omawianego wozu. I czekamy, kiedy któraś z firm poda redaktorów do sądu za nieuzasadnioną krytykę, która wpłynęła na pogorszenie image'u, zatem spadek produkcji i wzrost bezrobocia w zakładach (jeśli jednak dostaną bonusy za pochwały, np. talon na 100 litrów benzyny, to nie podzielą się z widzami radosnymi wieściami...).
Przedstawiciele najbogatszego Polaka już szykują się do sądu - chcą wykazać, że zamęt wokół tegoż pana tworzy kiepski jego image oraz image firmy (czyli dwa image'e), co powoduje spadek wartości konsorcjum i akcji wspomnianego gościa (potocznie oraz dosłownie, bowiem klinicznie gości się w USA i w Wielkiej Brytanii). Wniosek - jeśli ktoś przyłapie znany zespół muzyczny na ćpaniu i opublikuje negatywny artykuł kreując niesympatyczne image'e muzyków, powodując spadek sprzedaży biletów na ich koncerty, to niech się nie dziwi, że menadżerzy/menadżerowie będą takich donosicieli ciągać po sądach. Takie są życia meandry (wiraże, jednak nie virage'e) towarzysko-biznesowej brudnej rzeki, czyli kluczenie (a nawet kulczenie) w mętnej wodzie, czyli babranie się w ciemnych zakolach zmiennego koryta. Nie takich image'y (a. image'ów) spodziewają się nasi bogacze po mediach. Oni sądzą, że po trudach nurzania się w bagnie, teraz, kiedy są sławni i często głaskani, powinni być ukazywani jedynie w pozytywnym świetle, bez nawiązywania do swych ciemniejszych wątków w życiorysach. Trudno im zrozumieć, że wielu im podobnych, spadło już z cokołu i jedynie bezwładności chorej polskiej Temidy, mogą przypisywać swą niewytłumaczalną swobodę... A z czasem to nie będzie stał nawet ich piedestał.
Wizerunek jest nazywany przez nielicznych imażem, przez pseudopolonistów jednak image'em. Tu również przykład opiniowania (a nawet obrażania!) znanych, a pożal się Boże, twórców słowników języka polskiego, przez pojedynczego, zatem mało wiarygodnego mądralę, czyli autora niniejszej witryny. Polskie (sic!) słowniki, w tym Wiem/Onet, mają obcy wyraz image [imaż, imidż, imydż, ymydż] o skomplikowanej deklinacji, ale nie mają łatwego i przyjaznego słowa imaż, skoro już komuś wizerunek nie wystarcza albo trąca zaściankiem... Na których to polonistach ciąży odpowiedzialność za owo uimage'owienie? Kto wpisuje do słowników nowo przyjmowane koszmary językowe i winę przerzuca na społeczeństwo, bowiem w takim tonie odpowiadają językoznawczy specjaliści - oni jedynie wpisują do słowników wyrazy funkcjonujące w naszym społeczeństwie. Zatem pytam - cóż to za snobistyczne odłamy społeczeństwa są za aż tak wyimaginowanym słowem image, że nie przyjęliby prostszej formy imaż? Zbyt prostej? Mało mamy kłopotów z wieloma wyrazami, żeby brać sobie na barki kolejne obce koszmarki? Może słownikowi składacze będą mniej notować a więcej wykazywać inicjatywy i jednak coś rozsądnego kreować? Notowaczy mamy aż nadto, brakuje nam twórców... Przecież te miliony złotych corocznie wydawane na budżetowe instytucje zajmujące się językiem polskim, to chyba nie tylko za sporządzanie listy najpopularniejszych wyrazów krążących po Polsce? Może wreszcie ktoś się przyjrzy bezbarwnemu image'owi naszego językoznawczego ciała? Z takim image'em to ono (ciało) nie sprosta rozwojowi języka polskiego i będzie... blamaż (albo Blamage). Czy to jeszcze opinia, czy już obraza (żartem: obraza = obraz+a = image'a = imaża = wizerunka)? Czy zwolennicy image'u wraz z jego cudaczną i nieprzyjazną deklinacją to kliniczne przykłady piewców języka polskawego?
PS Kulczyk (Serinus serinus) - ptak o długości ok. 12 cm, rozpiętości skrzydeł 20 cm, masie 10 g. Zamieszkuje kępy zieleni. Odżywia się nasionami, a po okresie lęgowym również owadami. Ptak wędrowny. Występuje (jednak nie o... azyl) w Azji (jednak tylko) Mniejszej, w Afryce i w południowej Europie, choć ostatnio rozprzestrzenia się ku... środkowej części starego kontynentu. Wg encyklopedii Wiem/Onet - wyprowadza dwa lęgi rocznie (o tej czynności zapewne jeszcze się wypowie prokuratura), w Polsce jest chroniony (i nie zwykł pomieszkiwać w Stanach Zjednoczonych). Wikipedia dodaje - starannie wije gniazdo i zajada wyłącznie nasiona chwastów, jednak... NIE wymaga specjalnych zabiegów ochronnych, co może być pewną wskazówką dla Sejmowej Komisji Ornitologicznej. Rodzaj - serinus, gatunek - canaria, co sugeruje związek z kanarkiem (i tak lepsze to, niż nieporozumienie z niedosłyszeniem albo z pomieszaniem r/l); zresztą francuskie słowo serin nie tylko jest odpowiednikiem polskiego wyrazu kanarek, ale również... - naiwniak/głuptas, co jednak wyraźnie przeczy obecnemu image'owi największego z egzemplarzy.
Na cześć kanarków, kontrolerzy w masowych środkach transportu to kanarki, kanary albo kanarzy. Może na cześć spowinowaconych z nimi kulczyków, owych biletowych sprawdzaczy określimy jako kulczyki albo kulczycy, zaś miganie się gapowiczów to kulczenie na małą skalę? A robienie w jajo fiskusa to kulczenie na wielką skalę - nie mylić z podrzucaniem jaja (kukułczenie).
Pytanie do ornitopolicji (lotne brygady) - czy znajdziemy klatki i kluczyki na wszystkie przebiegłe (może raczej przelotne) kulczyki?
Gdyby nie afera, niewielu rodaków wiedziałoby, że kulczyki to ptaki. Edukacja to kosztowna dziedzina...Przewodzą nam partyjni pacani i cwaniacy - Dziennik Bałtycki (26 października 2004)
Stawka VAT na materiały budowlane wzrosła od 1 maja z 7 do 22%. Podwyżka była spowodowana akcesją Polski do UE. O tym, że skutkiem takiej operacji będzie zwiększenie kosztów inwestycji - wiedział każdy, kto uczył się matematyki. Niewiadoma była tylko skala podwyżek. Dla uspokojenia rząd obiecywał system rekompensat. W Sejmie leży kilka projektów i porasta kurzem. Tymczasem w pułapkę VAT wpadły samorządy i instytucje. Wszyscy inwestorzy muszą teraz rozwiązać zagadkę - skąd wziąć środki na pokrycie brakujących 15% kosztów?
Jedni posłowie uważają, że winę ponosi rząd. Inni uważają, że pozostaje zwrócić się do sądów po rozstrzygnięcia. Oto, co zgotowali nasi wodzowie z rozmaitych partii - aby tylko wejść do Unii, aby tylko zebrać pochwały i nagrody za akcesję. A teraz wychodzą na jaw niedopracowania całego systemu. Gdyby konstruktorzy dwóch systemów nie dogadali się w sprawie nakrętek niepasujących do śrub, to świat by obśmiał taką współpracę. A tu podobnie - i kto poniesie winę, choćby za kontynuowanie głupich i złośliwych (choć jak widać - uzasadnionych) dowcipów o Polakach? Firmy będą się teraz miotać po nieefektywnych sądach zatykając je swoimi kłopotami jak starą kanalizację sztywnymi gazetami (zamiast analnym delikatnym zrolkowanym papierem).
A (nie)odpowiedzialni figuranci naszej władzy są zainteresowani wchodzeniem w interesy (zwłaszcza paliwowe), jeśli nie osobiście, to poprzez swoje mniej lub bardziej zaradne małżonki - nie dość, że nasz majątek rozszarpują znane nam (z telewizorów) rekinie paszcze, to jeszcze wtórują im wkręcone w "legalne przekręty" pazerne focze pyski. I oni wszyscy mienią się patriotami?! Przecież to są współcześni zdrajcy naszego Narodu, którzy bezczelnie twierdzą, "że przecież z takim mozołem budują nową postpezetpeerowską Polskę" zapominając, że będąc w PZPR "budowali nową Polskę na miarę naszych marzeń". I tacy gburzy a kombinatorzy mają moralne prawo nam przewodzić? Gdyby byli uczciwymi patriotami, to nigdy nie zgodziliby się na sprywatyzowanie polskiego segmentu paliwowego, który jest rozkradany!Patriotyzm a emigracja - Dzień dobry (29 października 2004)
Rusza kolejna edycja Programu Loterii Wizowej. O legalny pobyt w Stanach Zjednoczonych walczy co roku kilka milionów ludzi, w Europie najwięcej chętnych pochodzi z Polski. W ciągu roku z loterii skorzystało prawie 3500 Polaków. To możliwość osiedlenia się i podjęcia legalnej pracy. W ubiegłym roku o zieloną kartę w ramach PLW starało się 9,5 mln osób.
Szkoda, że nie podano - ile osób stara się wyjechać z Polski (i innych krajów) w stosunku do liczby mieszkańców, wszak Polska jest największym nowounijnym państwem, zatem choćby dlatego liczba ta może być największa. Z mieszanymi uczuciami można interpretować fakt, że tylu Polaków chce wyjechać do raju (?) za oceanem. Podobno jest tam lepiej niż w Ojczyźnie - lepiej płacą, lepiej traktują w urzędach, tańsze jest paliwo. Ciekawe, ale wielu Polaków, którzy u nas działają w związkach zawodowych i częstokroć tutaj protestują, po przyjeździe do USA potulnie biorą każdą robotę i nie zajmują się zaszczytną działalnością społeczną, nie tylko z powodów językowych... Kiedyś uciekano z Polski, bo system się nie podobał. Zachód przyjmował naszych rodaków, bo uciekali spod władzy rad. Teraz chyba każdy powód jest dobry, głównie bezrobocie, ale również studia za granicą, przygoda życia i szlifowanie języka. Na ulicach starounijnych państw masa przybyszów z Polski szlifuje i owszem, ale bruk. Przynoszą nam wstyd - aż niezręcznie wyjeżdżać turystycznie.
Amerykanie nie chcą zlikwidować nam wiz, bowiem uważają, że niemal wszyscy jedziemy do nich pracować, niezależnie od tego, jaki powód podamy przed wyjazdem.
Ciekawe, czy istnieją dane - ile Polek wychodziło rocznie za mąż za Niemców, Francuzów, Amerykanów, Arabów (i zamieszkało w ich krajach) w latach 80-tych, a ile teraz? A ile obywatelek tych krajów wychodziło za Polaków (i zamieszkiwało w Polsce). Już tylko porównanie liczby małżeństw zawartych z Niemcami z obu stron Łaby (z uwzględnieniem liczby niemieckich mieszkańców) sugeruje, że nasze panie nie kierowały się jedynie ślepą miłością... A po dramatach Polek w państwach dawnej Jugosławii oraz w Iraku, można sądzić, że wiele z nich nie tak wyobrażało sobie szczęście rodzinne, zwłaszcza w obliczu działań wojennych trudnych do przewidzenia (oba te kraje były w latach 70-tych postrzegane jako zamożniejsze od Polski). W rozpatrywanych dwóch dowolnych krajach, dysproporcje pomiędzy uzyskanymi liczbami są tym większe, im większe są różnice pomiędzy trudem włożonej pracy do zapłaty za nią. W państwach o jednakowym poziomie zarobków oraz o podobnym poczuciu bezpieczeństwa liczba zawieranych mieszanych małżeństw teoretycznie powinna dążyć do równego podziału "pół na pół", czyli "fifty-fifty".
Czy można być polskim patriotą, kiedy wyjeżdża się do innego kraju za (łatwiejszym) chlebem? Nieliczne są przypadki "małżeńskiego" wyjazdu do kraju o beznadziejnym poziomie życia oraz/lub bezpieczeństwa. Zapewne inne zdanie mają nasi rodacy, którzy wyjechali do Stanów, odwiedzają ojczyznę wraz z dziećmi kiepsko mówiącymi już po polsku, a inne - tubylcy z dziećmi mówiącymi wprawdzie płynnie po polsku, ale niemający co im wrzucić na talerz. Im zamożniejsi Polacy i Amerykanie polskiego pochodzenia, tym różnice są mniej widoczne - czują się obywatelami świata, często majątek zawdzięczając nie ciężkiej pracy, ale wielkim przekrętom lub wejściu "do rodziny".
Czy najbogatsi Polacy są patriotami? Na takie pytanie można już pomału odpowiadać, po kilkunastu latach przemian w Polsce. Bogacze odpowiedzą, że są patriotami albo uznają się za globalistów bez ojczyzny. A wielu z nich, po złożeniu takiego oświadczenia, jak tylko Temida zacznie się interesować ich majątkiem, sprzedają w pośpiechu akcje i domy, przelewają znaczne kwoty z ojczystego konta na zagraniczne, pakują rodzinę do samolotu i tyle widzimy naszych patriotów za dychę (bo tyle są warci) oraz patrzymy na Ojczyznę zubożoną o majątek wypracowany przez tysiące naszych rodaków, wprawdzie mniej przedsiębiorczych, ale pracujących tu i dla Polski.
Im Polak biedniejszy, tym bardziej skłonny do uznania się za patriotę i za uczciwego człowieka, choć z pewnością cichszy od opisanego wcześniej zaradnego krzykacza. Oba pojęcia - patriotyzm i uczciwość będzie się z czasem coraz bardziej kojarzyć z zaściankowością i coraz mniej Polaków będzie się do tych cech przyznawało. Nie dlatego, że nie posiadają owych cech, ale nie będzie to "trendy"; będzie to uznawane przez ogół za część polskiego skansenu, jak stroje ludowe w nielicznych wsiach. Trąca teraz to raczej frajerstwem i poczciwością.
Czy Polakom zamieszkującym Zachód, Polskę i Wschód znane jest uczucie zawiści i zazdrości? Niech każdy sobie odpowie na to pytanie, bowiem są to uczucia, których często wstydzimy się przed samym sobą. Jeśli przeciętna Polka wychodzi za mąż za obcokrajowca, to (może nie jedynie) - ale będą mi koleżanki zazdrościć! Jeśli przeciętny Polak wyjeżdża na Zachód do pracy, to ileż mu energii i odwagi dodaje przeświadczenie (może nie najważniejsze), że zostawi tutaj zarozumiałych a małolotnych szefów, namolnych urzędników i zapracowanych a frajerowatych kolegów ze starym autem - niech mi pozazdroszczą! A te Polki oraz ci Polacy, którzy zostają w kraju, udają, że brzydkie uczucia są im całkowicie nieznane... Ale niech no tylko będą mieli okazję wypowiedzieć się o Polakach, których Historia pozostawiła za Bugiem...
Niby nikomu nie zazdrościmy, ale w badaniach wyrażamy opinie o pewnych narodach, np. - kogo chcielibyśmy gościć u siebie albo za kogo wydać córę? Nie będę wymieniać owych narodowości, ale w tej hierarchii umieszczamy przeciętnego Polaka pomiędzy narodami "lepszymi" a narodami "gorszymi" i na nic zdadzą się protesty dobrze wychowanych idealistów - taka jest większość ludzi na tym ziemskim padole...
A co mają myśleć Polacy w Polsce oglądający na ekranie zadowolonych rodaków amerykańskiej Polonii? Co ma myśleć Polonia w Kazachstanie patrząca na uśmiechniętych rodaków w Ojczyźnie? Co wreszcie mają pomyśleć młodzi Polacy (których rodziców wywieziono w stepy) o podobnie młodych Polakach (których rodziców losy rzuciły za wielką wodę) i odwrotnie? Tam to dopiero jest wielka przepaść...
To co? Wysyłamy los na Loterię poprzez internet? Zostawiamy Polskę?Nagła przemiana vortalu w wortal - polski wortal teatralny e-teatr.pl (5 listopada 2004)
Po wejściu na witrynę (budowaną i określoną jako tymczasową) IT czytamy - 1 września 2004 roku Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego [...] przejął swoją przyszłą siedzibę. [...] Oficjalna inauguracja siedziby Instytutu Teatralnego oraz premiera vortalu teatralnego Instytutu: www.e-teatr.pl odbędzie się za miesiąc.
Po wejściu na tę drugą witrynę, widzimy jej tytuł - polski vortal teatralny e-teatr.pl.
Sympatyczna inicjatywa w sferze kultury. Jednak, z uwagi na brak litery v we współczesnym polskim alfabecie, należałoby nowe a kontrowersyjne słowo zapisać jako wortal. Wszak już deweloper, nie developer, Hanower/Hannover, karnawał/carnaval, pawilon/pavillon, serwis/service, wademekum/vademecum, wakat/vacat, Walencja/Valencia, Watykan/Vaticano, wedeta/vedetta, wendeta/vendetta, Wenus/Venus, weto/veto, wideo/video, Wientian/Vientiane, Wiktoria/Victoria, wiola/viola, Wiolet(t)a/Violetta, wirus/virus, wiwat/vivat, wodewil/vaudeville, wolej/volley, wolt/volt, wolumen/volumen, wotum/votum, wudu/voodoo...
Na głównej stronie, poza ową nieszczęśliwie napisaną nazwą, zapytano Co powiesz o naszym wortalu? oraz napomknięto - vortal e-teatr patronem... (brak konsekwencji).
Szkoda, że słowniki nie mają owego słowa. Nawet Portal Wiedzy Wiem (Onet) oraz słowniki tam zamieszczone nie notują tego wyrazu (w żadnej z rozpatrywanych obu form), choć wyszukiwarki wykazują niemal ćwierć miliona wortal i ok. dwukrotnie mniej vortal. Skądinąd wiadomo, że w języku angielskim vortal = vertical portal. Ów portal wiedzy ma (chociaż...) hasło portal - rodzaj wielotematycznego serwisu internetowego.
Czego nie mają uznani profesjonaliści, posiada witryna www.junior.reporter.pl przeznaczona dla dzieci i młodzieży (brawo!) na której znajdujemy - Wortal (vortal), zwany także portalem wertykalnym to serwis poświęcony ściśle określonej tematyce: np. muzyce, komputerom, czy zabawkom. Przykładami znanych polskich wortali są np. PAI - poświęcony wyłącznie piłce nożnej, Zdrowie.med.pl poświęcony zdrowiu, Nuta.pl - wortal muzyczny, WebReporter - dostarczający informacji o Internecie, FotoReporter - o fotografii i wiele innych. A w nawiasie napisano vortal, bowiem 10-letnia dziewczynka zadała pytanie - Czym różnią się vortal i portal?
Powoływanie się na liberum veto (nie weto) jest pewnym nadużyciem, bowiem obce wyrażenia tudzież sentencje podlegają wprawdzie tłumaczeniu (wyłącznie dla objaśnienia znaczenia), jednak nie ma zwyczaju (także w innych językach) stosowania ich w postaciach innych, niż wyłącznie w oryginalnych sformułowaniach.
Obszernie i ciekawie wyjaśnia p. Grzegorz Jagodziński na swej witrynie rozmaite kwestie językowe, zaś w tej sprawie dodaje - Rej oglądając Państwa wortal przewraca się w grobie... I po co biedak podkreślał, że Polacy mają swój własny język i nie muszą pisać w języku gęsim, skoro kilkaset lat po tych jego jakże dodających otuchy słowach niektórzy znów próbują pisać po gęsiemu...
Rzadko się zdarza, aby autor witryny lub czasopisma pisał ich nazwy od małych liter - zwykle są tendencje całkowicie odmienne. Oczywiście - wortal astronomiczny, lekarski w znaczeniu potocznym oraz w wykazach zbiorów, podobnie - czasopismo filatelistyczne, muzyczne. Jeśli jednak nazwę umieszcza się na początku witryny, w pięknej oprawie graficznej, niejako w miejscu będącym odpowiednikiem pola tytułowego mediów papierowych, to jej ranga urasta do tytułu, a ten powinien być pisany wielkimi literami. Szczególnie, kiedy w nazwie stosujemy wyrazy "geograficzne", np. Gdański Miesięcznik Oświatowy. W opisywanym przypadku można jednak tytuł napisać małymi literami, bowiem po nazwie dziedziny (polski wortal teatralny) mamy nazwę owego wortalu, czyli e-teatr.pl. Może ładniej wyglądałoby - Polski Wortal Teatralny e-teatr.pl, ale i tak jest sympatycznie. Natomiast pod tytułem zamieszczono działy m.in. Baza Teleadresowa, Ruch Teatralny (wielkimi literami?).
Podobnie jak nie theatre oraz nie theatre'alny, lecz teatr oraz teatralny, takoż wortal oraz wortalowy, nie vortal i vortalowy.
Późnym wieczorem a przed północą, podczas pisania niniejszego opracowania, nastąpiły trudności z wejściem na omawianą witrynę. Po dłuższej chwili ukazała się witryna w "nowym ujęciu" - zmieniono napiętnowany wyraz vortal na wortal, choć poprzedniego dnia otrzymałem obszerny list (postem zwany) pt. upieram się przy vortal...Ukraini, nie Ukraińcy - Mówi się (6 listopada 2004, powtórka)
Ciekawy program, w którym prof. Jerzy Bralczyk odpowiada na pytania językowo rozdartych rodaków. Dlaczego Czeczeni a nie Czeczeńcy? Bowiem ci pierwsi to raczej w znaczeniu narodu, ci drudzy raczej w znaczeniu plemienia. Szkoda, że Profesor nie posiłkował się podobną nazwą - Słoweni (nie Słoweńcy). A przy okazji nadmienię, że 20 września 1998 wysłałem do Rady Języka Polskiego propozycję, aby zamiast Ukraińcy stosowano Ukraini. Wszak Rumunia, Rumunka, Rumun i Rumuni, nie Rumuńcy, Amerykańcy, Japońcy i Marokańcy... Gdyby wpisano tę proponowaną formę do słowników, to dzisiaj nie byłoby problemów językowych z Czeczeńcami (Ukraińcami, Słoweńcami, Słowińcami), bowiem byliby Czeczeni (Ukraini, Słoweni, Słowini). Także powinno być Dalmata/Dalmaci zamiast Dalmatyńczyk/Dalmatyńczycy tudzież Dalmatyniec/Dalmatyńcy oraz Samojed/Samojedzi (inaczej Nien/Nieni zamiast Nieniec/Nieńcy; słowa Niemiec/Niemcy nie mają krytykowanych zakończeń, zatem są poza owymi rozważaniami). I byłby spokój, i nazwy ładniejsze (jednak zakończenia -niec/-ńcy mogą być uznane za nieprzyjazne, jak Polacy/Polaczki)...
24 marca 2003 podano, że odbyły się dwa referenda, w których Czeczeńcy oraz Słoweńcy wypowiadali się w sprawie swej konstytucji (pierwsi) oraz w sprawie wejścia do UE (drudzy). Znacznie przyjaźniej brzmiałoby Czeczeni i Słoweni (oraz... Ukraini).
Maciej Malinowski, mistrz polskiej ortografii, na swej witrynie zauważa - Okazuje się, że za poprawne językoznawcy uznają zarówno określenia Czeczen, Czeczeni, jak i Czeczeniec, Czeczeńcy. Powołuje się również na prof. J. Miodka - Czeczeniec, choć dłuższy o jedną zgłoskę od Czeczena (a więc mniej ekonomiczny), jest jednak od Czeczena - dzięki przyrostkowi '-ec' - słowotwórczo wyrazistszy, ekspresyjniejszy, a przy tym jednoznacznie wskazuje na etniczny charakter nazwy. Zatem powyższy pogląd niezupełnie odpowiada opinii prof. J. Bralczyka, która jest mi bliższa.
Pan Malinowski podaje tamże ciekawostkę dotyczącą niedalekiego nam regionu. Wyjaśnia różnicę między Fin a Finlandczyk oraz przymiotnikami fiński a finlandzki - Według słowników języka polskiego Fin to 'mężczyzna narodowości fińskiej', a Finlandczyk 'obywatel Finlandii'. Z kolei fiński znaczy 'dotyczący narodowości' (np. język fiński), a finlandzki 'dotyczący przynależności państwowej' (np. obywatel finlandzki).
Owszem, znam ów dualizm i od paru lat mnie on bulwersuje - dlaczego Finlandia miałaby być uprzywilejowana? Czyżby - dzieje dzielnego narodu fińskiego, ale - historia państwa finlandzkiego? Po kiego? A wojna radziecko-fińska powinna nazywać się jednak finlandzka? Rząd finlandzki, nie fiński? I raczej Zatoka Finlandzka, nie Zatoka Fińska? Jaka różnica pomiędzy paniami - Finka/Finlandka? Dawniej pisarka fińska to twórczyni w języku fińskim, ale pod obcym zaborem, zaś współcześnie pisarka finlandzka to obywatelka Finlandii pisząca np. po szwedzku? Oczywiście - można, ale po co wprowadzać takie podziały, które są rozróżniane przez niewielu Polaków? Dlaczego wyróżniać Finów/Finlandczyków?
Wystarczy znaleźć inne państwa, które mają w nazwie cząstkę land i sprawdzić, czy zamieszkiwane są przez narody o podobnych nazwach i... mamy analogiczne sytuacje. Zatem - Irlandia, ktorą zamieszkują ci Irlandczycy albo ci Irlandzi (ci Irlandowie) jako obywatele oraz ten Ir, ci Irzy (ci Irowie), ta Irka jako współplemieńcy; Islandia, Islandczycy albo Islandzi (Islandowie) oraz Is, Isi (Isowie), Iska; Grenlandia, Grenlandczycy albo Grenlandzi (Grenlandowie) oraz Gren, Greni (Grenowie), Grenka; Tajlandia, Tajlandczycy albo Tajlandzi (Tajlandowie) oraz Taj, Taje (Tajowie), Tajka, dawniej Syjam, Syjamczycy albo Syjami (Syjamowie); Holandia, Holandczycy/Holenderczycy albo Holandzi/Holendrzy (Holandowie/Holendrowie) oraz Hol, Hole (Holowie), Holka, ewentualnie Niderlandy, Niderlandczycy, Niderlandzi (Niderlandowie) oraz Nider, Niderzy (Niderowie), Niderka. I podwójne przymiotniki (naród/kraj) - irski/irlandzki, iski/islandzki, greński/grenlandzki, tajski/tajlandzki, holski/(holandzki/holenderski) albo niderski/niderlandzki... No i Finlandia, Finlandczycy albo Finlandzi (Finlandowie) oraz Fin, Fini (Finowie), Finka a ponadto fiński/finlandzki.
A co z nami? Przecież nie rozróżniamy polski/polakowski... Mamy (mieliśmy) rodaków, którzy piszą (pisali) na obczyźnie po polsku, również co pisali w językach obcych, kiedy nie było Polski. Także piszących jak omówiono poprzednio, ale po Jej powstaniu. Teraz znamy polskich obywateli (m.in. sportowcy, biznesmeni), którzy nie piszą po polsku, bowiem przybyli do nas niedawno, ale uzyskali obywatelstwo polskie, zatem Polakami są jedynie z urzędowego nadania. Nie ma potrzeby wymyślania podwójnych określeń - znaczenie wynika z kontekstu.. Może ustalimy podobną zasadę tworzenia przymiotników - naród polski od Polska, zaś państwo polandzkie od Poland albo Polandia (a jeśli nie my, to może cudzoziemscy językowi racjonalizatorzy?), czyli dualnie/dwoiście - polski/polandzki.
Ojczyzna polszczyzna (9 listopada 2004) - prof. J. Miodek odciął się od pomysłów upraszczania naszej ortografii: Wiele ludzi sądzi, że można byłoby uprościć naszą ortografię. A jest ona sto razy łatwiejsza niż w języku angielskim, francuskim i niemieckim. Rozumiem irytację Profesora, jednak jak można obliczyć niepoliczalne? Sto? A może tylko dwa razy? Zapewne to wyolbrzymienie niczym hiperbola (Lenin przelicytował Profesora twierdząc, że demokracja proletariatu jest milion razy większa od burżuazyjnej)... No i oczywiście, jedynie wyraźnemu zdenerwowaniu można przypisać wiele zamiast wielu.Latająca trumna i awans polaków - TVN24 (11 listopada 2004)
Na pasku u dołu ekranu - Trumna z ciałem Jasera Arafata odleciała do Kairu. Mowa potoczna nie powinna gościć w oficjalnych informacjach, zwłaszcza w poważnych (wręcz grobowych!) sytuacjach, ponieważ może wywołać niepożądane zachowanie czytelnika. Słyszeliśmy już o arabskich latających dywanach, ale o trumnach?
W pogrzebie weźmie udział premier Korei. Podobno jest Palestynem, choć trąca Koreanem...
Podczas obchodów Święta Niepodległości pokazano plac Piłsudskiego, jednak podpisano Warszawa, Plac Piłsudskiego. Brawo dla redakcji za odwagę, ale czy wystosowała oficjalne pismo do RJP z oświadczeniem, że nie będzie pisać mikrogeograficznych nazw zgodnie z wytycznymi naszych słowników? I co na to językowi obserwatorzy stojący na straży przestrzegania Ustawy o języku polskim, że o zwykłej ortografii jedynie wspomnę?
A 14 listopada - Policja przechwyciła transport 3. milionów tabletek odurzających - błędne kropkowanie.
Pobito rekord w biesiadowaniu. Ok. 3000 osób siedziało przy stole o długości 379 m. Sponsorem imprezy byli producenci rakiji. Dzieląc podwójną długość stołu przez liczbę ochlapusków mamy jedynie 25 cm na zawodnika.
I ortograficzna wpadka w pułapkę typu żmija/żmii, ponieważ rakija/rakii. Może dziwnie, ale obowiązująco... Zasada jest dość prosta - końcówkę -ja zamieniamy na -i (kaznodzieja, Maja, Maryja, epopeja, nadzieja, boja, żmija, rakija); wyjątkowo na -ji po c, s, z (Grecja, Persja, Azja). Kraina Czuwaszja/Czuwaszji formalnie podlega pod ów wyjątek (jest również kraina o nazwie Inguszetia/Inguszetii; gdyby nazywała się Inguszecja to Inguszecji, ale gdyby Inguszja - na inguskich znaczkach widnieje Ingushia - to Inguszji).
W Iraku jest miasto Diwanija, którego nazwa jest błędnie odmieniana - Diwaniji, zamiast Diwanii. Może w mianowniku powinno być (po spolszczeniu) Diwania albo nawet Dywania? Kłopot w tym, że pary epopeja/epopea, Koreja/Korea, żmija/żmia, rakija/rakia i Diwanija/Diwania mają jednakowe dopełniacze, celowniki i miejscowniki.
Można mieć wątpliwości, czy para słów lodżia/lodżii (balkon wnękowy) nie powinna mieć postaci lodżja/lodżji...
Gdyby kiedyś nie zmieniono pisowni w omawianej materii, to dzisiaj nie byłoby aż tylu dylematów. Ciekawe, kto zaproponował zmianę, chyba jednak nie naród w demokratycznym referendum?
W sportowych wiadomościach (ciągle TVN24; ok. 19.30) napisano na planszy - awans polaków. Okazuje się, że redakcja stosuje małoliterową manierę uznawaną za naganną. Protestuję i zawiadamiam RJP.Uczelniani pseudointeligenci - Fakt (18 listopada 2004)
Przebiegły 22-letni student 2 lata temu sfałszował indeks. Sam sobie zaliczył pierwszy rok studiów na AM w Poznaniu. Zgłosił się z nim na Uniwersytet Medyczny w Łodzi. Przechytrzył władze uczelni i został przyjęty na II rok. Wtedy zaczął podrabiać, co się dało. Wpisywał do indeksu dobre oceny, aby mieć stypendium. Dostawał 250 zł miesięcznie. Wyłudził z uczelni 4300 zł. Dzięki fałszerstwu dostał się na praktyki lekarskie do szpitala. W końcu policjanci znaleźli dyplom ukończenia studiów medycznych.
W dziale "przewały" obywatele dzielą się na oszustów i kontrolerów. Pierwsi wymyślają coraz przebieglejsze metody wyłudzania pieniędzy, zaś drudzy powinni coraz wnikliwiej sprawdzać dokumenty tych pierwszych (ale jak odróżnić ich od uczciwych rodaków?). Coraz więcej ujawnia się afer - a to kasjerki fałszują rachunki, budowlańcy oddają nieistniejące trasy do użytku, ale największe przekręty robi się w branży paliwowej. Czyja to wina, że latami można oszukiwać firmę, uczelnię, Państwo? Śmiem twierdzić, że... kontrolerów! Nie radzą sobie, lekceważą obowiązki albo wręcz są zainteresowani szwindlami. Cwaniacy byli i będą, jak chwasty na trawniku, ale to ogrodnik jest winny ich rozplenieniu. Jeśli kontrolerzy będą właściwiej dobierani i jednak surowiej osądzani, to oszuści nie będą mieli zbytniej swobody. Jeśli dowiadujemy się, że politycy albo studenci cwaniaczyli przez całe lata, to kto jest winien? Sądy oceniają jedynie drobnych złodziei i fałszerzy. A jeśli od święta zdarzy im się coś poważniejszego, to jaka część skradzionego majątku (prywatnego albo społecznego) wraca do właściciela?
Skąd na uczelniach mamy takie lela polela? Niby tacy inteligentni, a zostali wyprowadzeni w (nie grawitacyjne, nie elektrostatyczne, ale... przenośnie) pole. Właśnie podano, że wielu studentów wyłudza stypendia socjalne poświadczając nieprawdę o swym stanie majątkowym - przyjeżdżają pod akademię dobrym autem, ale na papierze to niemożebne dziady...
A co się stanie, jeśli żak zapracuje na stypendium za wyniki w nauce, ale zachoruje i nie złoży w terminie podania o ową nagrodę przewidzianą przez uczelnię i budżet Państwa? O, tutaj nasi wielce prawi studenccy bałwani pokazują nareszcie swoją moc - nie uwzględnili takiego losowego przypadku (ani w przepisach, ani po odwołaniu - dwudniowe opóźnienie z powodu choroby; Politechnika Gdańska). I tacy nam rosną, pożal się Boże, młodzieżowi nieprzyjaźni działacze. Myślicie, że będą pracować dla Ojczyzny w fabryce? Chyba nie po to wkręcają się w organizacje wszelakie, aby splamić się konkretną robotą. Spotkamy ich za parę lat na politycznej niwie, kiedy zastąpią podczas wodolejnych debat inne, medialnie skompromitowane a złodziejskie gęby - również będą one pełne ogólnikowych frazesów, ale żadnych konkretów. I taki będziemy mieli pożytek z owej kwiecistej (w gadce) młodzieży.
Po jednej stronie są uczelniani frajerzy naciągani przez kombinatorów na dziesiątki tysięcy złotych, z drugiej zaś strony, częstokroć ci sami palanci udają wielce prawych działaczy, którzy za nic mają młodego polskiego obywatela wchodzącego w życie. Sytuacja chyba nie do pomyślenia w zachodniej Unii Europejskiej...
Jeśli dodać do tego aferę na Wydziale Bezprawia UG, na który po znajomości (ale nie prawa) dostawała się dziatwa "praworządnych" rodziców, a "zwykli" kandydaci na prawników zostali oszukani przez przedstawicieli owego wydziału, to większość dzisiejszych studentów musi sobie wyraźnie powiedzieć - nie o taką Polskę walczyli ich rodzice!PKP usmażyła mi jaja! - Fakt (19 listopada 2004)
Pod takim dramatycznym tytułem (raczej PKP usmażyły, skoro te Koleje) oraz - W naszych pociągach usmażysz sobie jajka (reklama dodatkowych kolejarskich możliwości na żelaznych szlakach?) ukazały się zwierzenia redaktora, z których wynika, że na kolei jednak (na szczęście!) nie doszło do zamachu na najdyskretniejsze precjoza dziennikarza. Rozczarowani czytelnicy (węszący niezłą obyczajową sensację) obyli się smakiem smażonych na rozpalonym wagonowym grzejniku jaj tylko kurzych, choć tytuł był cokolwiek (w)zwodniczy. Ludzie wiercą się, podkładają pod pośladki kurtki. PKP najwyraźniej przesadziły z dogrzewaniem podróżnych. Niestety, wysoka temperatura (do 50 stopni), która ścina białko jajka, szkodzi również męskim jądrom. - To może nawet doprowadzić do bezpłodności - ostrzega urolog. W przedziałach przesadzono i jajeczka zostały (termicznie) usadzone...
To nie koniec kurzo-ludzkich doniesień. Na ostatniej stronie opisano dziwną Nowozelandkę, niejaką Kurę Tumanako, która własną piersią karmi... szczeniaka, ponieważ córka woli butelkę. Weterynarze twierdzą, że pieskowi to nie zaszkodzi. Zapewne ani Japoni ani Nowozelandzi (nasi antypodzi) nie postrzegają imienia Kura w drobiarskich kategoriach... A powiedzenie o pieskim życiu zmienia sens na antypodach.Syndrom autobusu - Gazeta Wyborcza (19 listopada 2004)
Combino to jeden z najpopularniejszych niskopodłogowych tramwajów na świecie. 14 takich wagonów kupił Poznań. W marcu wyszła na jaw ukryta wada konstrukcyjna. Po przejechaniu 120 tys. km pojawiają się pęknięcia (spoiny zastąpiono śrubami) . Na modernizację wadliwej konstrukcji Siemens przeznaczył ok. 400 mln euro, zaś na naprawę czeka 400 wagonów.
Łatwo obliczyć, że jeden wagon kosztuje (naprawa, nie zakup nowego!) ok. 1 mln europów, czyli ok. 4,5 mln zł. Nawet jeśli gazeta pomyliła skład z wagonem (na zdjęciu pokazano piękny zielono-żółty zestaw o pięciu wagonach), to i tak obliczymy bajońską kwotę za naprawę jednego wagonu - ok. 1 mln zł. I to są koszty (jeśli dobrze przetłumaczono) podane przez niemieckiego producenta.
A teraz pytanie - ile przeciętny Polak zarobi podczas swego całego zawodowego życia? Można pomnożyć średnią krajową przez wspomniany okres pracy i mamy... milion złotych. A ile kosztuje nowoczesny autobus miejski? Kilkanaście dni temu trójmiejskie gazety podały cenę takiego cacka. Otóż właśnie... milion złotych. Kiedy dowiedziałem się o tej cenie, wpadłem w kompleks (a nawet w... obsesję) nazywany przeze mnie syndromem autobusu. Ponieważ jeżdżę do pracy takim przestronnym pojazdem, zacząłem nań zupełnie inaczej patrzeć. Wsiadam ci ja sobie z tyłu i podziwiam to nowoczesne przeszklone i wygodne metalowe pudło - oto pojazd, którego równowartość polski pracodawca przekazuje mi za moją pracę? 40 lat pracy za to cudo? Widzę same szyby, siedzenia i słupki tudzież wieszadełka dla chybotliwych pasażerów. Pod sufitem estetyczne oświetlenie. Na prawej burcie automatyczne drzwi. Ile to jest warte? Jeśli stanąć przy kierowcy, to można podziwiać drogą zawartość jego kabiny. Oczywiście, najdroższych elementów nie widać od wewnątrz, bo jest pod (wielce kosztownym) podwoziem - silnik wraz z całym układem napędowym, ponadto układ kierowniczy.
Pomyślmy - gdyby każdy Polak potrafił wykonywać każdą z prac potrzebnych do wyprodukowania takiego pojazdu, to ile czasu zajęłaby mu ta twórczość? Musiałby zaprojektować, wydać kierownicze dyspozycje, ale również wydobyć rudy metali i węgiel tudzież inne kopaliny niezbędne do wykonania wszystkich elementów nie tylko autobusu, ale również maszyn do produkcji jego elementów. I na to ma ok. 75 tys. godzin pracy... Przy oczywistym założeniu, że każdą pracę potrafiłby wykonać poprawnie i niejako z marszu (bez przyuczenia).
Nie wiem, ile lat pojeździ to cudo techniki. Po kilku/kilkunastu latach uda się w kierunku złomowiska i jedno średnie (chyba w miarę) pracowite życie Polaka (zakończone emeryturą) można uznać za skonsumowane przez społeczeństwo...
Co ów Polak z tego życia wartego milion złotych ma? Ano ma (opłacić!) - kupno lub wynajem mieszkania, jego wyposażenie, jedzonko dla siebie i dziatwy, ubranka, obuwie, książki, okolicznościowe przyjątka, wczasy i kolonie oraz parę niewymienionych pozycji.
Jeśli szczęśliwie zejdzie się (z pracującym!) współmałżonkiem, to wespół opłacą wszelkie cywilizacyjne potrzeby po połowie, zatem i raźniej i... taniej - mają bowiem równowartość dwóch takich autobusów do dyspozycji! Są niejako dysponentami dwóch wirtualnych pojazdów, symboli ich całożyciowego równoważnika pracy.
Nie pytam, ile przeciętny Niemiec czy Japon tudzież Kanad zarobi w ciągu swego życia, bowiem mógłby ktoś zapytać równie tendencyjnie - ile zarabia Ukrain czy Czeczen tudzież Hindus...
Nie wiem, kto płacąc za pracę przechwytuje całą nadwyżkę, wszak wiadomo, że część przekazuje przeciętny Polak na mniej czy bardziej efektywne działy - obrona państwa, bezpieczeństwo wewnętrzne, oświata, zdrowie, pomoc publiczna. Jednak sądząc po kilkuset najbogatszych Polakach (tacy to mają po kilkaset wirtualnych autobusów przejętych od pozostałych ziomków; jeśli legalnie, a bez oczywistego wkładu pracy - tym gorzej dla prawa!) to rozważane nadwyżki (czy to nie przypadkiem wartość dodatkowa?) przejmowane są przez wielu nazbyt pazernych rodaków. Ilu z nich otrzymało dyplomy i inne wyróżnienia z rąk najwyższych dostojników państwowych i już siedzi albo pomału rozglądają się za niezbędnikiem aresztanta... A ilu z owych dostojników powinno siedzieć wespół z kumplami biznesmenami?
Autobusy to nie aż tak masowy produkt jak samochód, ale jednak bardziej seryjny niż wstawki budowane przez stocznie. Przypływa do stoczni statek o szerokości niemal 20 m i jest... dzielony w poprzek. Pomiędzy dwie części kadłuba wstawiana jest nowa wstawka o długości ok. 20 m ważąca ok. 600 ton. Jej wartość (głównie stalowe blachy i kształtowniki, praca zużyta na ich poskładanie oraz rurociągi, tory kablowe i malowanie) to ok. 2 mln europów. Tyle co ok. 10 nowoczesnych autobusów. Mało czy dużo? A przecież zarówno omawiane autobusy jak również owe wstawki są kupowane i sprzedawane po cenach światowych. Jednak jak to się ma do naprawy (nie zakupu!) jednego wagonu tramwaju za milion europów?!
W Gdyni można kupić wolnostojący domek jednorodzinny z działką pod nim i wokół niego wolnoleżącą za ok. pół miliona złotych. Zatem naprawa niemieckiego tramwaju kosztuje równowartość dwóch takich polskich siedzib. Skandal!
Przy okazji akcji ratowania ludzi (zwykle dzieci) media podają koszty operacji wykonywanych na Zachodzie. Są one wielokrotnie wyższe niż operacje wykonywane w Polsce, przy niewiele niższym poziomie oferowanym przez nasze kliniki. Jeśli w wielu dziedzinach podobne usługi są aż tak rozmaicie wyceniane, to mamy częściowe wytłumaczenie - dlaczego produkt narodowy na jednego Polaka jest parokrotnie niższy, niż na jednego zachodniego cudzoziemca... Przy starannym a przyzwoitym sposobie obliczeń, owe różnice byłyby znacznie mniejsze.Silnik przemian a dywersyjna Poczta Polska - Dziennik Bałtycki (23 listopada 2004)
Byłego prezydenta Lecha wałęsę odwiedzili wczoraj przedstawiciele Poczty Polskiej, w tym dyrektor generalny, który wyjaśnił - Prezydent Wałęsa jest motorem przemian w Polsce, a pocztę czekają duże zmiany, stąd pomysł tego spotkania.
Owe zmiany dotyczą jakości usług w warunkach zaostrzającej się konkurencji. Małoliterowe nazwisko to robota chochlika, ale szkoda, że prezydent nie zapytał dyrektora o największą pocztową dewiację czasu III RP...
Okazuje się bowiem, że zakompleksieni (w paliwach to można się dopiero wykazać destrukcyjnymi pomysłami, ale co należy wymyślić w branży znaczkowej, aby wziąć szmalec i przejść do historii jako dywersant?) polscy pocztowcy opracowali... wycofanie znaczków pocztowych z lat 1995 -1999. Prawdopodobnie nie załapali się na bezpłatne badania psychiatryczne, a na płatne ich nie stać. Powiadają - lecz się na nogi, bo na głowę już za późno. Ale żeby przeżywać aż taką zapaść? Nasz kraj jest chyba zbyt bogaty i państwowa poczta postanowiła anulować miliony nieużywanych znaczków leżących w pocztowych magazynach i prywatnych szufladach, wymieniając je na nowo wyemitowane, czyli je po prostu... wyrzucić. Pocztowcze, lecz nogi, jeśli jesteś listonoszem, ale głowę, jeśli jesteś dyrektorem!
Kilka miesięcy temu obszerniej opisałem tę sprawę na witrynowej stronie pt. Czy Polska jest normalnym państwem? - www.mirnal.neostrada.pl/normal.html oraz wysłałem tekst do wielu instytucji, w tym do Poczty Polskiej i Biura RPO. Biuro odpisało, że nie przyjmuje listów przesyłanych drogą emajlową, co może być przyczynkiem do dyskusji nt. Cywilizacyjny rozwój komunikacji na linii Państwo - Obywatel po wejściu Polski do UE... [Uprzejmie informujemy, że na skrzynkę pocztową webmaster@brpo.gov.pl przyjmujemy tylko uwagi techniczne i sugestie związane ze stroną Rzecznika Praw Obywatelskich. Jednocześnie informujemy, że Biuro RPO nie przyjmuje jeszcze wniosków i skarg drogą elektroniczną, z powodu braku możliwości finansowo-organizacyjnych obsługi korespondencji w tej formie (tylko pocztą wpływa miesięcznie 5-6 tyś. listów). Z chwilą pojawienia się takiej możliwości poinformujemy o tym Państwa na stronie internetowej RPO http://www.brpo.gov.pl]. Innych odpowiedzi nie było, co oznacza, że albo redakcje mają ciekawsze tematy albo zablokowano odbiór moich emajlów/emajli (emajl - e-mail; pod. koktajl - cocktail, brajl - Braille).
Prezydent Wałęsa jest osobą wiele wnoszącą w sprawach politycznych oraz językowych. Zapewne nie obraziłby się, gdyby (bez złośliwości) zaproponować zmianę powiedzonka - jest silnikiem przemian (nie motorem; nie ma elektrycznych motorów, ale są takowe silniki; także aluzja do prądu elektrycznego, który bywa przemienny/zmienny).
PS Skoro już o elektryczności - 19 listopada 2004 TVN24 pokazała mężczyznę oraz zniszczenia spowodowane wichurą w miejscowości Linia, podpisując mieszkaniec Linii. Okazuje się, że w Polsce jest szereg nazw wymykających się standardowej/standartowej odmianie - Gdyni, Cedyni, Małkini i jednak... Lini.Datowanie poprzez dotowanie - TVN24 (28 listopada 2004)
Umowa z prezydentem Chirac'iem. Wiedziony złym przeczuciem biorę słowniki i widzę - Chirakiem! Skoro ja mogę sprawdzić za darmo, to dlaczego telewizyjna załoga nie może tego zrobić za dobre pieniądze? No i stały "placowy błąd" - Papież na Placu św. Piotra pozdrowił pielgrzymów ukraińskich oraz ukraińscy zwolennicy na Placu Niepodległości w Kijowie. Tego typu błędy są już na tyle skandaliczne, że RJP powinna ostro zareagować albo w końcu zaakceptować omawianą (ale teraz błędną!) formę jako rozsądniejszą!
W kościele prawosławnym święta Bożego Narodzenia - 6 stycznia. Druga tura zaplanowana jest na 12. grudnia. Dlaczego ten sam pisarz stosuje na jednym pasku dwie szkoły kropkowania dat? Może to zagraniczny (roztargniony) sposób dotowania (kropkowania; ang. dot - kropka). Identyczna niekonsekwentna parka trafiła się na pasku 4 grudnia 2004 - następne posiedzenie 14 grudnia oraz będzie zeznawał 8. grudnia.
2 grudnia 2004 jedno okienko podpisano studio Faktów (pod wizerunkiem spikerki), drugie - Pałac Prezydencki (pod wizerunkiem prezydenta RP). Słowniki sugerują pałac. Prezydent nadmienił o standartach, co jest nagminne wśród osób występujących w mediach. Bodaj większość Polaków tak mawia, choć większość napisałaby jednak o standardach.Z Łodzi w trumiennej łodzi - Fakt (2 grudnia 2004)
Po Łodzi to już sobie wszyscy jeżdżą jak po łysej kobyle. Trudno się dziwić - bodaj w każdej (negatywnej!) dziedzinie wymieniana jest nazwa tego wielkiego polskiego miasta. Pod tytułem Trumna w centrum Łodzi czytamy - Skąd się wzięła i do kogo należała, nie wiadomo. Stała [mimo że... leżała] się atrakcją osiedla. Dębowa, z metalowymi okuciami i pusta. Policja poszukuje właściciela znaleziska wartego ok. 1 tys. zł.
Czyżby w wielkim proletariackim mieście o dużym bezrobociu, swój ostatni mebel z solidnego drewna zgubił jakiś roztargniony burżuj tej ziemi obiecanej? Jeśli nie znajdą właściciela, to może ktoś w ramach promocji miasta zamieni dekiel na parę wioseł i spłynie Nerem, Wartą, Odrą do Bałtyku taką koszmarną łodzią i wprost do... księgi Guinnessa.Kto wali byki? - Fakt (2 grudnia 2004)
Redakcja wytknęła znanej aktorce, Krystynie Jandzie, że w swoim internetowym dzienniku napisała wujek przez "ó". Jednak powiększony tekst jest nieco inny - "przez wója aptekarza", zatem mamy małe przekłamanko. Niestety, inne słowa są zniekształcone nie tyle ortografią, co zamianą typowo polskich wyrazów na ogonki, które zwykle irytują czytelników, jednak na ów estetyczno-językowy aspekt nikt nie zwrócił uwagi.
Nie ma się czym przejmować - ocenia tę pomyłkę słynna polonistka, prowadząca program "Najsłabsze ogniwo" - Na komputerze robimy milion literówek. A polska ortografia należy do najtrudniejszych na świecie!
Zapewne p. Kazimiera Szczuka nie oglądała programu Ojczyzna polszczyzna (9 listopada 2004), w którym prof. J. Miodek odciął się od pomysłów upraszczania naszej ortografii formułując ryzykowną teorię (właśnie obalaną przez medialną a kontrowersyjną polonistkę) - Nasza ortografia jest sto razy łatwiejsza niż angielska, francuska i niemiecka, czym zapewne zaskoczył tysiące Polaków. Nie tylko członkowie komisji sejmowych miewają rozmaite opinie na zadany temat - mamy rozłam także wśród polonistów...
Walę byki jak każdy - wyznała aktorka redakcji. Istotnie - wielu (niestety, słowniki dopuszczają wiele) ludzi zajmuje się waleniem, niekoniecznie owych rogatych stworów, najczęściej głupa, choć w przypadku samotnych przenośnych ssaczych udomowionych nieparzystokopytnych, w rachubę wchodzi jedynie wielu ludzi...
Redakcja również informuje, że w Katowicach "Solidarność" wybrała 40 bezrobotnych, z których zamierza zrobić m.in. masażystów i kwiaciarki. Program nazywa się "Czterdziestu wspaniałych". Ponieważ piszemy dwoje dziennikarzy, czworo żołnierzy, piętnaścioro studentów (jeśli w owych zbiorach jest co najmniej jedna pani), to nazwa programu powinna być nieco inna... Ale to tak na (złośliwym) marginesie.
W dodatku telewizyjnym ogłoszono konkurs na najprzystojniejszego polskiego aktora. Wśród 10 przystojniaków znalazł się sympatyczny Steffen Moeller, coraz bardziej znany polski aktor "o kiepskiej prezentacji w łóżku (zapadnięta klata)", jak oceniła w notce redakcja. Skoro można Audi zarejestrować w Polsce nazywając owo cacko polskim samochodem, to dlaczego nie można w podobny sposób przyjąć człowieka zza Odry w poczet aktorów polskich? Królów już przyjmowaliśmy...
Fakt (9 grudnia 2004) - Test identyfikujący ptasią grypę w ciągu 2 godz. wymyślili Chińczycy (str. 28). Istotnie, gienialni (patrz dalej) Chini są ludem znanym z wynalazczości, ale żeby test wymyślić w dwie godziny? Do księgi Guinnessa za szybkość! A jaki jest sens skracania godz. dla jednego znaku?
Skoro już o koniu - Gdyby nie koń Diament być może do tej pory nie odnalezionoby ciała chorego mężczyzny (str. 10). Trzeba by pisywać takowe słowa jednak rozdzielnie...
Małgorzata Lewińska w niczym nie przypomina zwiewnej aktorki. Obfitość kształtów aktorki to efekt rzucenia palenia. Małgosia tkwiła w szponach zgubnego nałogu. Okrągła buzia, obfite biodra i uda niewiele mające wspólnego ze smukłymi niegdyś nogami aktorki (str. 19). Chyba jednak redakcja jest nazbyt poufała - tykanie oraz złośliwości. Czyżby to wszystko z myślą o czytelnikach, którzy sami chcą być szanowani w swej bezimiennej masie, ale chętnie popatrzą, kiedy znanym postaciom ktoś za złotówkę dowali? Większość obserwuje - co taka osoba uczyni wobec redakcji; przełknie zniewagę czy poda sprawę do Temidy? A jeśli poda, to ubaw ciągnie się nadal ku uciesze gawiedzi (patrz sprawa piosenkarki Edyty Górniak). Byle jednak z nas się nikt nie nabijał, bo to już byłby szczyt bezczelności...
Pochwalić można redakcję za protestowanie (w Brukseli!) przeciwko rządowej akcyzie na sprowadzane samochody. Zapewne dobiorą się finansistom do skóry za kolejny pomysł, czyli za podatek w wysokości co najmniej 1 zł za każdy centymetr sześcienny pojemności silnika sprowadzonego auta (str. 17).
Obiecaliśmy Czytelnikom, że ukarany został komendant miejski policji w Olsztynie - zaparkował prywatne auto tuż pod znakiem zakazu (str. 8). Obiecanie dotyczy jednak czasu przyszłego...
Były premier i były marszałek Sejmu trafili do szpitala po kraksie. W centrum Warszawy na rondo Daszyńskiego z dużą prędkością wpada zielony mercedes (str. 4). Jeżeli już Plac Niepodległości w Kijowie (jak pisuje większość mediów), to również Rondo Daszyńskiego. Skoro Mercedes jest imieniem żeńskim, a po polsku to jednak Mercedesa (podobnie - Inesa, Doloresa, Larysa), to - wpada zielona mercedesa (podobnie łada, nexia).
W stałym dziale List od redakcji, redaktor Łukasz (pozostaję w Faktowej ulubionej konwencji tykania) krytykuje ministerialny pomysł matury z WF. Felietony Łukasza trafiają zwykle w sedno, ale tym razem zapędza się, zapominając nie tyle języka w gębie, co o słowniku w pracy - Pewien praktykant z AWF (mała główka, góra mięśni) zamierzał nawet spuścić mi lanie. Przyznaję, ostentacyjnie sabotowałem jego zajęcia. Do dziś wspominam z rozżewnieniem jego bezsilną wściekłość. Tacy ludzie mieliby przygotowywać do matury z WF? I jak potem porównać kogoś, kto napisał świetny esej o Gombrowiczu albo bezbłędnie rozwiązał 50 równań? (str. 2). Wspomniany eseista musi mieć niezły a bezsilny ubaw przy Stwórcy, kiedy z rozRZewnieniem i żenadą czyta Łukaszowe wywody o wyższości mózgu nad mięśniami w aspekcie zaserwowanego błędu...
Nieco wyżej, Grzegorz (redaktor naczelny) pyta (ale bez pytajnika) w tytule - Czy komisja nadrobi błędy. I docina posłom - Od komisji tym bardziej należało oczekiwać większej dociekliwości. Aby dociekać, trzeba jednak być świetnie przygotowanym. Tego przygotowania większości członkom komisji zabrakło. Panowie redaktorzy! Od panów należało oczekiwać większej staranności i świetnego przygotowania w sprawach językowych, zwłaszcza po wytknięciu wója pani Jandzie... Coś słabo dociekaliście i... przeciekło parę błędów. Czy można "nadrobić błędy", a jeśli można, to kiedy redakcja je nadrobi?
Jan Kulczyk był jak dobry aktor: ani razu nie wypadł z roli (tytuł na str. 2). Piotr (określony jako niezależny publicysta; niezależny także od... słownika) więcej pisze o upadającym biznesmenie - Twierdzi, że w tym, iż naprzeciwko siedzi słynny Ałganow, zorientował się dopiero, gdy kagiebowiec wręczył mu wizytówkę. Za środowe przesłuchanie trzeba dr. Kulczykowi wystawić dwie oceny: styl i dopracowanie szczegółów - dobry; wiarygodność - niedostateczny. (str. 4). Rzadkie słowo pochodzące od KGB. Kłopot typu gieniusz/geniusz oraz Gienek/Genek. Kto napisze poprawnie to imię? Google zliczają kilkanaście razy więcej Gienek niż Genek, ale słowniki podają jedynie... Genek. Czy będziemy zmieniać ortografię według uznania większości? Skoro jednak nie ma w poradnikach zastosowanego słowa, to można sprawdzić podobny wyraz, np. pegeerowiec i zaryzykować (na odpowiedzialność autorytetów) formę kagebowiec. Za piątkowy numer można redakcji wystawić dwie oceny: tematy - dobry; ortografia - niedostateczny. Z roli wypadli pismacy (przepraszam, ale oni o policjantach pisują gliniarze, zatem pewnie się nie obrażą) w przeciwieństwie do doktora i rolników, którzy jako nieliczni są "do przodu" w UE... A-łga-now to odpowiednie nazwisko dla szpiega o wyjątkowo szczerych intencjach, który teraz chce robić kolejne interesy z polskimi przedstawicielami rządu i biznesu. To są A-łga-nowe interesy, bowiem stare puściliśmy w niepamięć zamiast cwaniaków w skarpetkach...
PS Wątek o zielonej mercedesie można potraktować jako żart...Nie znośne błędy... - Chwila dla Ciebie (9 grudnia 2004)
Choć zdecydowana większość Polaków spotkała się (choćby na lekcjach) z książkowymi wytycznymi oraz nauczycielskimi prośbami i groźbami dotyczącymi pisowni z nie, to bodaj nie ma rodaka, który nie miałby na sumieniu takiej językowej gafy. Jednak natłok owych usterek w jednym numerze wydanym przez oczytanych ludzi, jest lekką przesadą, zwłaszcza w jednym artykule i wielkimi literami (w tytule!) - Jest tu pewien nie znośny typ oraz w podtytule - Lista grzechów sąsiada była jak nie kończąca się opowieść. W innym podtytule - Dawno nie widziani krewni chcieli nam zrobić niespodziankę. Zdaje się, że mamy niekończącą się listę polskich językowych nieznośnych błędów, którą zasilają niewidziani przez nas redaktorzy wraz z korektorami; może zrobią nam miłą niespodziankę i zajrzą do słowników? Poratowali nieco sytuację, bowiem poprawnie napisali - zawarcie umowy o pracę na czas nieokreślony. Zatem można...
PS Skoro już o wielkości liter. Nie ma wątpliwości, że są małe litery, jednak poloniści toczą boje (może to przesada, raczej utarczki) o nazwę cokolwiek większych znaków - duże czy wielkie? Część uznaje, że antonimem małych liter są duże, natomiast wielkie znaki znajdują się na transparentach i w tytułach.Prasa a PKB - Przekrój (15 grudnia 2004)
Zjednoczonym Królestwem wstrząsnęła seria afer. Bohaterem najgroźniejszej jest minister i jego mściwa kochanka. Wszystkie łączy jedno - jurni dziennikarze. Tak rozpoczyna się artykuł Seks w jaskini konserwatystów o aferze tygodnika The Spectator (biblia stetryczałych konserwatystów), który nieoficjalnie określany jest jako The Sextator. Tamże roi się od atrakcyjnych a kręcących podtytułów - paczka viagry, zapach kobiety, wiza za seks. Między wierszami można się doczytać ciekawostki innego rodzaju - zamieszany w aferę redaktor naczelny zarabia rocznie 300 tysięcy funtów rocznie, co przy 52 numerach rocznie i cotygodniowej sprzedaży 60 tysięcy egzemplarzy oznacza, że nabywca w cenie pisma płaci naczelnemu (tylko/aż) 1/10 funta. Jeden egzemplarz kosztuje ok. 2 funtów, czyli naczelny bierze 5%. Jest to przykład, kiedy mizerne kilka procent ceny przeradza się w zarobek rzędu 5 tysięcy złotych dziennie (zapewne brutto). Ciężka forsa za (ciężką) pracę. Ciekawe, ile polscy naczelni biorą za kierowanie podobnymi redakcjami? Inna sprawa - kto u nas co tydzień dałby za takie pismo 12 zł... Powiedzmy, że nasze są 5 razy tańsze, to naczelny powinien dostawać 1000 zł dziennie. I pewnie tyle dostaje brutto. Ile zostaje do podziału wśród zwykłych pracowników? Po odliczeniu kosztów papieru, druku, reklamy, dystrybucji, czynszów, energii, inwestycji, zwrotów i podatków? Pewnie poniżej 100 zł dziennie, choć dziennikarzom to płacą jednak więcej.
Jeśli wartość czasopism wlicza się do PKB, to Bryci mają z tego tytułu 5 razy więcej (liczone w statystyce) niż Polacy. I pewnie w innych dziedzinach jest podobne przeszacowanie. Według Atlasu świata (Pascal 2002), Bryci mają 22093 dolarów na osobę, ale sąsiedni Irlandzi aż 25918 (co zapewne psychologicznie dołuje częściowych okupantów zza miedzy), my tylko 8450 (podobnie Meksykanie). Rzućmy jeszcze okiem na wyspiarzy na skraju Europy - Islandzi mają 27835 dolców na głowę. Gdynian i Islandów jest po ok. 260-270 tysięcy. Oni produkują energię elektryczną, aluminium i łowią ryby; cóż my (Gdynianie, nie gdynianie) wytwarzamy? Chciałbym, aby rozsądna instytucja dokonała obliczeń PKB jednakowymi metodami w obu przypadkach. Z drugiej strony bądźmy świadomi, że do naszej średniej krajowej "na łebka" uwzględnić należy niemal 40 mln łebków.
Przed wejściem Polski do Unii pisano wiele, że ceny wewnątrzunijnych towarów będą miały tendencję do wyrównywania. Cennik rocznej prenumeraty omawianego tygodnika: Bryci - 103 funty, Irlandzi (tuż obok!) oraz (pozostali?) Europi - 125, ale Amerykanie i Australe tylko 115/118. Ciekawa jest (porażająca) logika wyspiarzy liczących co najmniej 2 funciaki za egzemplarz - wyróżniają kolejno: UK, Europe, Rest Of World, Eire, USA, South Africa/Kenya/Zimbabwe, Australia. Jeżdżenie po lewej stronie oraz niemetryczny system wyraźnie im szkodzi na opony (jednak nie samochodowe)... A nasi urzędasi też niewiele mądrzejsi - zapewniali nas o jednolitych europejskich poziomach cenowych, ale po zagłosowaniu na rzecz wstąpienia Polski do UE, mają wiele pomysłów na wtrącanie się do cen sprowadzanych używanych samochodów. I wszystkie kwalifikują się do oprotestowania w Brukseli... Działalność wodzów naszego państwa oparta jest na "jednostronnej" logice - niższe ceny w Polsce należy podnieść do poziomu zachodnioeuropejskiego (przy wschodnich płacach!), ale zbyt atrakcyjne cenowo auta muszą być wysoko opodatkowane! A cholera by ich wzięła! Nie o taką Unię nam chodziło! Mamy prawo kupić sobie cokolwiek na terenie całej Unii przy symbolicznych podatkach. Czyż nie taka była idea głoszona przed referendum? Znowu nas oszukano?Polka wygrała na wybiegu - Fakt (17 grudnia 2004)
W końcu Polka została miss świata! Na konkursie piękności w Paryżu powabna Pianissima zdobyła czempionat świata. Miss ma dopiero rok i pochodzi ze stadniny koni w Janowie Podlaskim. Aż prosiło się, aby w tym przypadku zastosować słowo wybieg, ponieważ tutaj byłoby ono całkowicie uzasadnione. Natomiast nie ma bodaj pokazu mody, aby nie omawiano modelek (właśnie) na wybiegu. Od kilku lat dziwię się, że kobiety nie protestują przeciw takiemu (obraźliwemu) określeniu, które sprowadza je do roli wystawiających swe walory na owych wybiegach, niczym piękne kopytne ssaki albo (dawniej) niewolnice prezentowane przed licytacją. Być może jest to kwestia sypanych pieniędzy. Najdroższa (w kontraktach) modelka pochodzi z państwa, w którym umiera kilkaset dzieci dziennie. Ile z nich zostałoby wynalazcami? Ile z nich wyrosłoby na piękne panny? Ale nie każde ma tyle szczęścia w tym jednym jedynym danym mu życiu. Może feministki nie są na tyle ładne, aby znaleźć się na wybiegu i oprotestować ten fakt? A może dziewczyny na wybiegu nie są aż tak inteligentne, aby zauważyć niestosowność owego słowa? A może im to odpowiada, zaś dziennikarzy (przeważnie to mężczyźni relacjonują pokazy) rajcuje pisanie o paniach jak o ślicznych zwierzątkach brykających po wybiegu na szpilkowatych kopytkach?
Ciekawe, czy w innych językach również pisuje się o wybiegu, choć one w istocie nie wybiegają, ale (dość dostojnie) wychodzą. Jednak słowo bliższe prawdy przypominałoby zanadto sławojkę, zatem może niech zostanie ten nieszczęsny wybieg...
Portal wiedzy Onet (tłumacz na język angielski) podaje: wybieg - walk (dla kur) oraz run (dla drobiu). Subtelna (chyba niewyczuwalna) różnica obu kategorii, ale coś jest na rzeczy - pokazy modelek to rodzaj walk o sławę i pieniądze oraz wielki run na młode kurki, wszak oficjalni a niedrobni rekini* wielkiej finansjery wieczorami występują prywatnie jako rozdawni a bojowi koguci* - przecież nie wszystkie ulgi podarowane przez fiskusa służą zmniejszeniu bezrobocia...Superekspres i Teleekspres - Życie (24 grudnia 2004)
Na zamieszczonej reprodukcji gazety z 1934 roku widać wielki tytuł - Ilustrowany Kuryer Codzienny. Można dojrzeć również - Założyciel i Naczelny Redaktor Marjan Dąbrowski oraz numer telefonu do portjera. Redaktor urodził się jako Marjan, ale zapewne zmarł jako Marian. Język polski zmienia się w czasie i powstaje pytanie - czy po zmianie zasad obowiązujących w naszym języku należy zmieniać tytuły mediów? Skoro dawno ustalone tytuły gazet pozmieniały swe tytuły, a nowo powstające przystosowały się do słowników (mamy w tytułach Kurier), to może należałoby zmienić nazwy innych mediów? Super Express, Teleexpress na Superekspres i Teleekspres? Archaiczne nazwy mają swój sentymentalny urok, ale jeśli bylibyśmy wierni tradycji w omawianej dziedzinie, zaś w innych stosowalibyśmy zmodernizowane słownictwo, to po wielu latach mielibyśmy niezły galimatias...Gdyńscy żacy - Super Express (24 grudnia 2004)
Czterej bandyci, którzy dwa tygodnie temu napadli na sklep komputerowy w Gdyni są już w areszcie. Samochodem staranowali drzwi do sklepu i sterroryzowali ochronę i obsługę sklepu karabinkami pneumatycznymi. Szajce grożą nie mniej niż 3 lata więzienia.
Ukradli kilka komputerów o wartości znacznie mniejszej niż koszty zniszczeń (m.in. dwoje przeszkolonych drzwi i spalony skradziony samochód). Pisanie o dolnej granicy kary w porównaniu z informacjami, że policjantowi biorącemu do rączki stówkę (zamiast mandatu) grozi 8 lat, wyraźnie irytuje czytelników. Szefem gangu okazała się 25-letnia panna Zuzanna, absolwentka politologii... Coraz więcej studentów jest zamieszanych w rozmaite przestępstwa. W ekranizacji powieści Prusa, Lalka, ukazano bodaj pierwszych polskich żaków, których zachowanie było naganne, jednak nie przestępcze! A mnie, jako podatnika oraz obserwatora Temidy, nie tyle interesuje - ile lat spędzą owi Gdynianie (w ten sposób powinniśmy pisać nazwy mieszkańców) za kratami (wiem dobrze, że nie odsiedzą całego wyroku w demokratycznym państwie), ale kiedy zapłacą za straty? A jedynie mógłbym nieśmiało zaproponować, aby zapłacili również za pobyt w ustronnym miejscu, skoro płaci się za kolonie dla dzieci, wczasy i sanatoria. Kiedy komornik zapuka do ich domów? Bo coś zbyt wielu mamy pasiastych pensjonariuszy, którzy spędzają całe lata na nasz koszt - wręcz mamy ich na pęcz(a)ki!
Przy okazji - pewien poseł (dość wybredny - nie podobał mu się wystrój łapówkowego merca) otrzymał (z dostawą pod kraty) trzynastkę za zasługi dla Ojczyzny... W praworządnym kraju nic już nie zdziwi, ale można byłoby mu odliczyć choć za pobyt w areszcie, i to z góry!Dobroczynni Saudzi - Dziennik Bałtycki (24 grudnia 2004)
Nieznani sprawcy włamali się do willi byłego szefa Agencji Wywiadu. Złodzieje ukradli m.in. sztućce i zegarki.
Kilka dni wcześniej widziałem wywiad z tym panem. Opowiadał, że zgodnie z sympatycznym zwyczajem, otrzymał w prezencie kilka zegarków od władcy Saudii* (Arabia Saudyjska). Jeden z czasomierzy oddał na zbożny cel, ale każdy telewidz mógł obliczyć w pamięci, że jednak ministrowi coś zostało z owych hojnych darów. Również zauważyłem z pewną dozą nieśmiałości, że taki zegarek niejednego Polaka mógłby poratować w biedzie, ale ktoś energiczniejszy natychmiast zrealizował mój zamysł. A swoją drogą - jak lewicowy wróg klasowy (z definicji) króla, nie tylko przyjął feudalne cacko, ale nie przekazał go do lewicującego państwowego skarbca w potrzebujące ręce? Saudzi* słyną z czynienia przyjemności gościom, a ponieważ religia nie pozwala im na zbytnie frywolności, przeto szczególnie lubianych wizytatorów chętnie obdzielają superzegarkami. Sugerowane podobieństwo z wręczaniem lekarzowi prezentu przed operacją jest typowo polską złośliwością autora niniejszego tekstu, bowiem z pewnością Arabi* niczego taniej (nie na ładne oczy, ale na śliczne wskazówki) u nas nie załatwili. Skoro o lekarzach... Zamożnym Saudom* przyszedł do głowy wspaniały pomysł - spróbują rozdzielić dwie siostry syjamskie z Polski za ponad milion dolarów. Znacznie bliżej darczyńcom do Etiopów*, których setki dziennie umierają z głodu, jednak postanowili pomóc dwóm europejskim istotom. Małe a konkretne liczby (osoby z bliska) zawsze robiły większe wrażenie na telewidzach, niż wielkie liczby (masa osób z daleka). Dalecy i ubodzy Etiopi* z Etiopii mogą jedynie zrobić wrażenie na znawcach języka polskiego...
* - nowe propozycje dla geografów i polonistówSmutek po katakliźmie - TVN24 (28 grudnia 2004)
Takim napisem na planszy redakcja wprowadza nas w stan zadumy. Pewnie smutek to mało powiedziane. Rozpacz to zbyt wiele, skoro ta tragedia nie dopadła nas tu i teraz. Dwa dni wcześniej, na pasku z wieściami u dołu ekranu napisano - Dziś mija rok od trzęsienia ziemii w Iranie. Obie wielkie tragedie, jednak tę ostatnią świat mocniej przeżywa. Powody są oczywiste - zginęły tysiące turystów, czyli obywateli zamożnych i sytych, "z wielkiego świata". Kiedy dawniej w Bengalii* ginęły dziesiątki tysięcy ludzi, to agencje nadmieniały o tym niejako dla porządku. Teraz los obszedł się wyjątkowo łaskawie z tym biednym krajem; podano - "utonęli płynący łodzią ojciec i jego synek", co przy tysiącach ofiar w sąsiednich państwach, wygląda na ironię tegoż losu... W obu notkach chochlik, zapewne ze zrozumiałej zgryzoty, zaserwował błędy ortograficzne.
Podczas omawiania katastrofy, media wspominały o wielu krajach - Indonezja, Malezja, Indie, Tajlandia, Birma, Bangladesz, Sri Lanka. Słowniki podają - Lankijczyk i lankijski (od Sri Lanka), ale dlaczego nie Srilańczyk i nie srilański, skoro Hongkończyk i hongkoński (od Hong Kong)? A tuż obok mamy imię... Srul (wyszłam za Srula, studiowało z nami dwóch Srulów; mieć pietra oraz spietrać się to także od imienia?). Bodaj jedynie z pierwszą nazwą państwa, nasi geografowie i poloniści nie mieli kłopotów. Ostatnie trzy nazwy to (jeszcze teraz) językowe dylematy. Birma od wielu lat powinna być określana (po polsku) jako Mianmar, Bangladesz to Bengalia*, zaś Sri Lanka to raczej Lankia*. Nie sądzę, aby w tych krajach naszą ojczyznę określano miłym nam wyrazem Polska. Jest jeszcze wiele do zrobienia w polskich atlasach, bowiem nazwa każdego państwa i jego stolicy powinna być prawidłowo spolszczona. Być może w innych językach owe nazwy brzmią śpiewniej, ale po polsku Sri Lanka nie trąca elegancją... Więcej - przy innych poprawnie spolszczonych nazwach jest skandalicznym geograficzno-polonistycznym przeoczeniem! Kłania się spór Italia/Włochy. Kiedyś ten piękny kraj mógł kojarzyć się z obuwnictwem (kształt linii brzegowej). Obecna nazwa propaguje fryzjerstwo i mamy kraj w rodzaju Kudły/Kudlia. Jednak biura turystyczne zapraszają raczej do słonecznej Italii, gdyż Włochy są dobre na deszczowy zjazd fachowców od strzyżenia z nadmiaru włosia lub specjalistów od niedoborów tej materii.
PS Zabawy sylwestrowe także nie wpływają pozytywnie na ortografię - Indonezja: nowe silne wstrząsy ziemii. Pewnie ten sam pisarz, co kilka dni temu - identyczny (kilkugodzinny) błąd, czyli żadnych wniosków. Co zrobiłby nauczyciel, gdyby uczeń popełnił ten sam błąd w kolejnych dyktandach? Można mieć wątpliwości cukini/cukinii, Chyloni/Chylonii, ale ziemii? To już trzeba mieć wyobraźnię nie z tej Ziemii! Dobrze, że błądzą pisząc, bo cóż by z nich byli za lekarze albo piloci? Pod informacjami o noworocznych zabawach - Sylwester 2005. Istotnie, powitanie było roku 2005, ale to był sylwester 2004 albo 2004/2005...Jamaże i Marcioże - Telestacja Kurier 3 (28 grudnia 2004)
Ukazano wizerunek pana Marciohy. Jeśli nie popełniono błędu, to panu Marcioże gratulujemy nazwiska, jeśli pomylono h/ch, to panu Marciosze przysługuje tryb sprostowania... Skoro narkotyk marihuana określamy potocznie jako maryha (nie marycha), to piszmy o zawartości maryżki (nie maryszki i nie maryśki) w przesyłce. Podobnie - wataha/wataże, watażka/watażce; Jamaha/Jamaże, Jamażka/Jamażce; Sapieha/Sapieże, także Sapieżanka oraz (zdrobniale) Sapieżka/Sapieżce, również Sapieżaneczka. Jeśli dama nazywa się Zofia Stanisława Sapieha, to zwracamy się do pani Zochy Stachy Sapiehy, ale mówimy o pani Zosze Stasze Sapieże (jeśli jest to poseł Jan Maria Rokita, to do pana Jacha Marychy Rokity, o panu Jachu Marysze Rokicie). Słownikowa dopuszczalność rezygnacji z ż na rzecz sz jest karygodnym przymknięciem oka na brak logiki i na zanik tradycji.Zasugerowani miejscem pracy - Gazeta Wyborcza (31 grudnia 2004)
W kasie więzienia brakowało pół miliona złotych, gdyż przez cztery lata okradał ją kierownik finansowy. Pomagała mu pracownica więzienia i jednocześnie ajentka banku. Sprawę wykryto podczas przypadkowej kontroli. Funkcjonariusze stracili robotę i trafili za kratki.
Potwierdzają się obiegowe powiedzonka - najciemniej pod latarnią oraz Polak potrafi. Jeśli przypadkowa kontrola (co parę lat) ujawnia przekręty, to wina leży nie tylko po stronie zachłannych klawiszów (w komputerze założyli 400 fikcyjnych książeczek oszczędnościowych dla więźniów), którzy przeszli z pokoju dziennej biurowej pracy do całodobowego pomieszczenia zwanego celą - tuż za... ścianą. Każdy orze jak może, ale finansowa orka powinna być pod szczególnym nadzorem. Rodzina i znajomi owej pary będą ich widywać w tych samych murach, ale przez specjalną szybę...Superogłoszenie - Gazeta Wyborcza (31 grudnia 2004)
Na całej wielkiej gazetowej stronie zamieszczono ponad dwa tysiące unieważnionych numerów polis i kwitariuszy. Parę tysięcy złotych wydawca pobrał za usługę, zaś niemal wszyscy czytelnicy jedynie rzucili okiem na tę zbędną makulaturę. W dobie internetu taki chłam powinien być poza drukiem, a w gazecie (gwoli wymogów prawnych) - jedynie zamieszczony adres internetowy z wyjaśnieniem sprawy i powodem unieważnienia (w gazecie zabrakło miejsca na to ostatnie...).Baskonia czy Kraj Basków? - Gazeta Wyborcza (31 grudnia 2004)
Parlament baskijski przyjął projekt zmierzający do ustanowienia niezależnego państwa baskijskiego. Przyjęcie planu burzy ustrój Hiszpanii.
Z jednej strony wielka wspólna Unia Europejska, z drugiej strony terytorialne rozbijanie państw. Wydawać by się mogło, że po wojnie ustalone granice są święte. A jeśli już coś ulegnie zmianie, to raczej Gibraltar wróci do Hiszpanii a Irlandia Północna do Irlandii. A to inne państwa rozpadły się - ZSRR, Czechosłowacja, Jugosławia. Kto 20 lat temu postawiłby choć pół litra na taki scenariusz?
A Baskowie się zaparli i nadal chcą separacji. Nam niby to obojętne, ale gdyby tak u nas dojrzewały podobne pomysły i to poparte (odpukać) czynami? Czytuję anonimowe opinie na dyskusyjnych forach - wielu uznaje wszystkich terrorystów za bojowników, niezależnie czy dotyczy to Baskonii, Czeczenii czy Iraku. A gdyby tak u nas? Zmieniliby swe poglądy?
W artykule 10 razy wymieniono nazwę Kraj Basków. Na kraj Francuzów mawiamy Francja, na kraj Niemców - Niemcy, na kraj Ukrainów* - Ukraina. Czyżby Kraj Basków nie miał charakterystycznej nazwy? Widząc geograficzno-językową próżnię, zaproponowałem Radzie Języka Polskiego (1998) nazwę Baskia*, wierząc, że przysłużę się nieco słowotwórstwu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy znany a szanowany polonista zauważył, że... istnieje już taka nazwa - Baskonia (oryg. Vascongadas albo Euzkadi). Niestety, kiedy chodziłem do szkoły i przez kilkadziesiąt lat obserwowania mediów (także w czasach, kiedy to słowo oznaczało raczej wodę i prąd elektryczny niźli gazetę) nie spotkałem się z tym słowem. Nie wiem, czy obecnie program szkolny uwzględnia tę nazwę. Omawiany artykuł jedynie potwierdza, że dziennikarze albo nie znają ładniejszej nazwy Baskonia albo boją się stosować ją z powodu przyjaźni polsko-hiszpańskiej. Nie wiem, co lepsze - czy brak wiedzy czy jednak cenzura... Jeśli bojaźliwe gazety pisały o naszej ojczyźnie podczas zaborów, to zapewne także o kraju Polaków i o państwie polskim, a nie o Polsce i o Państwie Polskim.
Co na to Google? W języku polskim odnotowano niemal 700 Baskonia, ale "w świecie" aż niemal 17 tysięcy, natomiast Kraj Basków to niemal 3500 zliczeń. A gdyby tak zamiast Polska pisano Kraj Polaków? Czekam, kiedy usłyszę albo przeczytam w polskiej prasie o Baskonii - wówczas zamieszczę odpowiednie wieści na niniejszej witrynie.
Proszę zapytać studentów albo nauczycieli (ale nie geografów) o Baskonię. Większość by poprawiła - chyba pytasz o Gaskonię?
* - nowe propozycje dla geografów i polonistów
mirnal1402
Strona główna