Bulwersjany pikantne

    Gwyneth obnażona - Wieczór Wybrzeża (23 marca 2000)
    Hollywoodzka gwiazda Gwyneth Paltrow najadła się wstydu, gdy w trakcie przyjęcia pękły jej spodnie. Znana z filmu Zakochany Szekspir aktorka nie miała na sobie majtek i wprawiła gości w prawdziwe osłupienie, gdy jej obcisłe spodnie rozeszły się na szwach.
    Osłupienie zapewne byłoby mniejsze, gdyby w szwach rozeszły się  wyłącznie spodnie...

    Zarobił na żonie - Gazeta Policyjna (23 kwietnia 2000)
    Bytomski prokurator zarzucił A.N., że w latach 1995-1999 biciem i szykanami doprowadził swoją żonę do... uprawiania prostytucji, przez co osiągnął dla siebie korzyść majątkową w wysokości 55 tys. zł.
    Przez pięć lat niewiasta zastanawiała się nad złożeniem zażalenia? Korzyści (finansowe) były obopólne - zapewne mieli wspólnotę majątkową...

    W usta niechętnie! - Wieczór Wybrzeża (10 listopada 2000)
    Rodziny królewskie, w myśl tego, co nakazuje im etykieta, raczej unikają publicznych pocałunków, a jeśli już to robią, to wyłącznie z członkami rodzin królewskich i nigdy nie całują w usta, zwłaszcza przed obiektywem aparatów fotograficznych.
    Pocałunki z członkami przed fotografem nigdy nie należały do dobrego tonu, nie tylko w rodzinach królewskich...

    Piersi urosły - Wieczór Wybrzeża (5 lutego 2001)
    Przygotowano stroje, w których występowała Liz i wówczas okazało się, że biust aktorki znacznie się powiększył. Wywołało to falę spekulacji o operacji plastycznej. Wiele osób zauważyło, że od czasu pierwszych zdjęć jej biust powiększył się i to znacznie - mówi członek ekipy.
    Ciekawe, czy ów ostatni także zmienił gabaryty...

     Rekordowa Laska  - Głos Wybrzeża (16 lutego 2001)
    Najwybitniejsze (na początku 2001 roku) było bicie (cokolwiek to nie znaczy) rekordu w obcowaniu podczas festiwalu i targów erotycznych EROTICON 2001. Ustanowiła go niejaka panna Kasia Laska, którą zgłębiło 167 zwisów (może jednak sztywniaków?) męskich (nie mylić z krawatami - wszak nie krochmalem sztywnione...), w tym tylko jeden (ostatni) plastykowy, na chłodny deser, pewnie jako sanitarno-dezynfekujący wycior... Toż sama Mes(s)alina nie była aż taka wy(je)bitna...
    Z wrażenia dziennikarz dał podtytuł nie nasycona zapominając o nowych wytycznych RJP. Na imprezie był także wybitny redaktor Z. Broniarek, który stwierdził -  Podoba mi się. Bo można było spodziewać się, że ludzie będą napaleni, a wszystko odbywa się w ramach przyzwoitości.
    Inną wy(je)bitną indywidualnością był niejaki pan Maciej, który aż 15 razy (informacja dla programu Nie do wiary) zbliżał się do aktorki. Cóż za nowe znaczenia znanych słów - zbliżać się i aktorka... Chłopak (jak zapewniają dziennikarze sprawozdawcy) był wyraźnie zadowolony -  Nie uważam, żeby to było walenie w dechę. Raczej... w ciasto. Gdyby jednak pracowała w burdelu i musiałbym za nią zapłacić, to bym się na nią nie zdecydował.
    Zwróćcie uwagę - nie zapłacić za coś, a zapłacić za kogoś. Ponieważ były to modne ostatnio gratisy, przeto nie można mówić o handlu żywym towarem...(w końcu handluje się także sportowcami, a nie słyszałem, aby ONZ walczył z tym niecnym procederem).

    Sprzedajna panna - Wieczór Wybrzeża (16 czerwca 2001)
    Na łamach gazety, w krótkim wywiadzie Na sprzedaż jest tylko ciało jedna z łatwych (nie idzie o cechę charakteru) i rozdawnych (nie mylić z gratisami) panienek (Roxana, 20 lat, panna; odwieczny problem x/ks...) zwierza się - Jestem studentką psychologii i chcę skończyć te studia, chcę żyć godnie, na przyzwoitym poziomie, którego moja matka nie jest w stanie mi zapewnić. Żadna inna, tak zwana uczciwa praca nie przyniesie mi takiego dochodu, żebym mogła zaspokoić swoje potrzeby, jeszcze pomóc rodzinie i studiować. Dorabiam ciałem w agencji towarzyskiej i nie czuję się w niczym gorsza niż choćby... pielęgniarka.
    Chyba nie zauważyłem, kiedy w Polsce słowa żyć godnie zmieniły sens. Przyzwoity poziom także - jak mniemam - nie dotyczy moralności, lecz konsumpcji (kliencie - konsumując zakazany owoc zapewniasz swej bliźniej wyższy poziom konsumpcji; dyskretnie i bez podatku). Każdy może sobie robić co chce, byle innym nie szkodzić. Niepokoi jedynie fakt, że psychologiem zostanie osoba raczej o wypaczonym charakterze. Może będzie kiedyś opiekunem młodzieży? Może weźmie pod opiekę kolejny narybek panienek chcących żyć godnie i mieć poważanie w społeczeństwie dzięki willom i samochodom... Może napisze doktorat na podstawie swej praktyki w agencji? Niby co w tym złego - w amerykańskim Playboyu (wersja telewizyjna) występują studentki rozmaitych kierunków. Pewnie ich rodzice i rodzeństwo są dumni ze swych córek i sióstr. Oczywiście wzbudzają zazdrość koleżanek. Jakie ładne i takie zaradne... Owe panienki może potem zostają dyrektorami, dziennikarkami, prawniczkami... Nic to, że podwładni, czytelnicy i oskarżeni mogą sobie je oglądać na kasetach w pracy, domu i celi... A że ich kariera zawodowa polega na opieraniu się jedynie w celu uzyskania wygodniejszej pozycji tak na kozetce, jak i w społeczeństwie... Wszak sztuką jest upiec dwie pieczenie na jednym (jeden to nie liczba narządów, a ich zbiór) rożnie (grylu, grillu?) nawet kosztem ogniska (domowego), że o opinii (a co to takiego?) nie wspomnę...

    Naćpana, nachlany - Gazeta Wyborcza (4 stycznia 2002)
    W notce Śmierć producentki - czytamy Sukces uderzył jej do głowy: uzależniła się od kokainy, nawet w noc odbierania Oscarów była naćpana.
    Gdyby ów interesujący tekst był zamieszczony w dziale Na plażę, to i owszem, ale w dziale Kultura??? Może to ma być kultura słowa? Czekamy na relację w rodzaju W sylwestrową noc także nasz (kulturalny) redaktor (a jakże, z działu kulturalnego) był nachlany w trzy dupy...

    Lit czy łot - Głos Wybrzeża (dodatek Telewidz, 5 kwietnia 2002)
    Czytamy program na niedzielę - Anastazja - dram. obyczajowy, USA 1956, reż. A. Lotvak.
    Obok jest opis tego filmu, z którego dowiadujemy się, że zrealizował go A. Litvak. Dość powszechny błąd polegający na myleniu Litwy z Łotwą, także ich walut o podobnych nazwach (1 lit oraz 1 łot mają po 100 centów)...
    Tamże ciekawostka spoza filmu - Ingrid Bergman powróciła do Hollywood po przerwie spowodowanej "skandalem": aktorka, będąc w ciąży z włoskim reżyserem Rossellinim, porzuciła dla niego pierwszego męża.
    Skandalem (dlaczego w cudzysłowie?) byłoby, gdyby będąc w ciąży z mężem, porzuciła go dla reżysera... Jest wszakże dobrym obyczajem, że kobiety porzucają swych mężów dla facetów, z którymi są w ciąży. Skandalem było raczej sprokurowanie tejże ze stosunkowo (sic!) obcym (dla małżonka) gościem...

    Kalumnie za czyn na kolumnie - Wieczór Wybrzeża (9 kwietnia 2002)
    Gazeta donosi (podkreślenia moje) - Prokuratura umorzyła wczoraj postępowanie w sprawie domniemanego gwałtu w radiowozie, bo nie było w tym przypadku znamion przestępstwa.
    Tak to bywa, że jeśli już w radiowozie dochodzi do gwałtu, to okazuje się, że jest on domniemany. Zwykle bywają jakieś znamiona przestępstwa, ale wyjątkowo nie w tym przypadku...
    Prokuratura oceniła, że do stosunku seksualnego dwóch policjantów z kobietą, która zgłosiła gwałt, doszło bez użycia przemocy ze strony funkcjonariuszy.
    Dobrze jest nazywać rzeczy po imieniu - jeszcze można byłoby pomyśleć o stosunku matematycznym (iloraz) albo o służbowym. Szkoda, że dla jasności także gwałtu nie nazwano seksualnym, wszak mógł mieć miejsce gwałt na wolności wiezionej niewiasty rzekomo więzionej i wiedzionej w wozie, a nie gwałt na jej powłoce cielesnej, czy raczej na jej trzewikach (*).
    Napisano czego funkcjonariusze nie użyli (przemocy), ale czytelników raczej zainteresowałoby czego użyli, chyba że sterczy im fantazji i informacja, że u(l)żyli sobie... Prawdopodobnie owa niewiasta zaatakowała zaprawioną (w bojach) załogę radiowozu swymi wdziękami, wszak członkowie naszej policji są dżentelmenami i nie plamią honoru ni munduru bez ważnego powodu... Wyobraźni nie staje - jak dwóch obrońców ładu publicznego (czy radiowóz można uznać za małą instytucyjkę publiczną, czyli za... domek publiczny na... kółkach?) i czci własnej, mogło uskutecznić jeden stosunek (dobrze, że nie było całej drużyny...). Z dalszych wyjaśnień wynika, że kary były jednakowe (przez 2,5 roku nie mają szans na awans i premie), co sugeruje rotacyjne i połówkowe rozwiązanie jednostosunkowego problemu (jeden to dwa razy po pół; może i służbowy gwizdek mieli wspólny, czyli... po/na pół gwizdka). No cóż, awanse były czynione w państwowym wozie i zapewne słusznie oceniono, że ich granica (i dobrych obyczajów) została cokolwiek kroczem przekroczona...
    Do komisariatu została przywieziona, by złożyć wyjaśnienia. Po nich dwaj funkcjonariusze odwieźli ją do domu służbowym samochodem. Do stosunku seksualnego doszło w drodze.
    Cóż za kultura osobista - składasz wyjaśnienia, a w podzięce odwożą cię do domu (prywatnego). Jednak odstawić powinni prywatną bryką, skoro przystawianie i brykanie im w głowach. Ponownie wyraźnie sprecyzowano, że jednak nie chodziło im o matematyczny stosunek, czyli iloraz składający się z dzielnej (pasażerki) i licznika (kilometrów na resztkach społecznego paliwa). Tak czy owak doszło do niego w drodze, możliwe że na kolumnie organu sterującego pojazdem (marki nie ujawniono, wiadomo - reklama jeździdła dźwignią nie rządu naszego jest, ale motoryzacji). Nie wiadomo, czy w drodze negocjacji finansowych, tak modnych pomiędzy naszym krajem a wierzycielami, czy w drodze chwilowego zaboru prywatnej własności, czyli krótkotrwałej nacjonalizacji - maj(ą)tek jednak zwrócono bez odszkodowania... Czy w rachubę wchodziła gotówka, czy raczej przelew?
    Skoro o drodze i przelewie mowa - (wy)czyn miał miejsce w lutym, zatem jeśli funkcjonariusze poczęli sobie na całego, a życiowe funkcje wożonej obywatelki były równie żywotne co członków błękitnej (nie różowej?) formacji, to może samochodowy akt erekcyjny będzie zaczynem wielkiej nowej tajemnicy życia, która objawi się pod koniec roku. Za poczynania i poczęcia na służbie odpowiada Skarb Państwa.
    W tej nieconocnej sprawie spuszczono się (**) na właściwe i bezstronne organa sprawiedliwości, stąd umorzenie sprawy.
    Wniosek na gorącą wiosenną porę - jeśli już musisz dmuchać w furze lub na łące, to raczej przekwitłe mniszki (***), bo może być płacz niczym od młodej dymki (****) podczas jej przecierania.

    (*) - zdrobnienie od trzewia
    (**) - (w bezokoliczniku) powierzyć (komuś)
    (***) - mniszek = dmuchawiec (roślina łąkowa)
    (****) - dymka = cebulka przeznaczona do sadzenia

    W charakterze wkładu - Dziennik Bałtycki (30 kwietnia 2002)
    Pewna Rozwijająca się amerykańska firma internetowa zatrudni ładne dziewczyny i młode kobiety w charakterze fotomodelki - czytamy w anonsie powielanym od kilku tygodni przez dziennik, który odmawia czytelnikom zamieszczania płatnych ogłoszeń niezgodnych z linią programową gazety...
    Czyżby zastępy czytelniczek (potencjalnych modelek) nie spełniały oczekiwań ogłoszeniodawcy? Może jeszcze nie znaleziono właściwych? Amerykańska firma brzmi bardzo obiecująco... Ciekawe, jakie zainteresowanie byłoby gdyby firma nie była z USA, ale z Ameryki Łacińskiej (choć to także... amerykańska) lub z Europy Wschodniej.
    Zastosowano interesujące kryteria - ładna dziewczyna i młoda kobieta, zatem nie zależy im na ładnej kobiecie oraz na młodej dziewczynie.
    Można zatrudnić w charakterze modelki, roznosiciela ulotek, kontrolera biletów. Nie widziałem poszukujemy obywatela polskiego na stanowisko w charakterze prezydenta, rektora, policjanta...
    Z dalszej treści dowiadujemy się, że anonsant (wszak mamy komis/komisant) - wymaga silnej motywacji do pracy oraz obowiązkowości (zapewne nie mylić z punktualnością...). Ponadto gwarantuje wysokie wynagrodzenie adekwatne do wkładu i zaangażowania oraz przyjazną atmosferę w młodym zespole i nienormowane godziny pracy. Nie wiadomo, kto wystąpi w charakterze wkładu (krajowcy czy cudzoziemcy), jednak wybujała wyobraźnia może odstraszyć nieotrzaskane w świecie dziewczyny, choć niewiasty oblatane w branży (wkładowej i o nienormowanym czasie zajęć) zapewne skuszą się na wysokie gaże...
    Może redakcja wyśle na przeszpiegi swą ładną dziennikarkę... Będzie co poczytać w reportażu z kastyngu (wszak mamy w słownikach mityng...), skoro nie z rekrutacji, przeglądu, naboru, czy doboru (naturalnego...); a może z branki - władze carskie ogłosiły kastyng do wojska, władze okupacyjne ogłosiły kastyng na roboty przymusowe.
    Podano jedynie numer komórki z prośbą o kontakt, choć ani o drewutnię, ani o elektrykę nie idzie... Wszelkie organizacje przestrzegają przed firmami bez dokładnych adresów. Co na to "La Strada"?

    Biblijna moralność - Anonse (9 maja 2002)
    W informacji czytamy - Redakcja nie drukuje ogłoszeń niezgodnych z chrześcijańskimi zasadami moralnymi zawartymi w Biblii. Jednak tuż niżej czytamy, że onaż zastrzega sobie prawo do odmowy ich druku bez podawania przyczyny.
    W jednym z ogłoszeń, 34-letnia pani nastawiona majowo-matrymonialnie zastrzega - panowie z wykształceniem wyższym - nie piszcie.
    Ciekawe, czy oba zastrzeżenia są zgodne z deklarowanymi zasadami...

    Niesmaczne okładki - Wprost (14 lipca 2002)
    Okładka czasopisma to więcej niż opakowanie - to sugetywne naganianie klienta w kierunku kiosku. Ale w systemie rynkowym to rynek jest najważniejszy. A na nim klient choćby tylko z monetami...
    Od pewnego czasu zaskakują tytułowe okładki tego poczytnego tygodnika. A to działacz, obrońca rolników ucharakteryzowany na Hitlera, a to minister zdrowia w negliżu. Rozumiem, że w dobie ubożenia społeczeństwa i konkurencyjnej (bezlitosnej?) walki, redakcje obniżają poziom (swej) elegancji i kultury, aby zdobyć klienta. Jednak, szanowna Redakcjo, są pewne granice przyzwoitości, poniżej której (także prawnie) nie można schodzić. Prawdopodobnie obliczyliście, że ewentualne koszty procesów sądowych wytoczone przez ośmieszanych ludzi zwrócą się z powodu zwiększonego nakładu tygodnika. Albo przypuszczacie, że nikt nie poda Was do sądu, gdyż polska praktyka w tej materii dowodzi, że procesy ciągną się latami, odszkodowania są raczej symboliczne, a gawiedź ma ubaw po pachy słuchając reportaży z sądowej sali o sprawach, o których wszyscy dawno zapomnieliby, gdyby nie ciąganie po sądach. W obu przypadkach (rozprawa sądowa albo jej brak) jesteście wygrani. Przegranymi nie są jedynie ludzie ośmieszani. Także część naszego społeczeństwa, która uważa, że naigrywanie się z innych w nieładny sposób, jest nie tylko przejawem złego smaku, ale także w perspektywie jest demoralizujące. Jeśli Rzecznik Praw Obywatelskich nie wypowie się w tej sprawie, to prasa nadal będzie tracić klasę. Kolejne dorastające pokolenie będzie czerpać negatywne wzorce i w przyszłości należy oczekiwać dalszego spadku wartości moralnych. Także nie przepadam za wieloma politykami, ale pewien minimalny fason powinien być utrzymany. Reprezentowany przez Redakcję schodzi poniżej pewnej granicy przyzwoitości.
    Dlaczego czepiam się okładek? Są najbardziej nośne - biją po oczach bez wymogu nabycia. Przypominają upadłe niewiasty stojące pod latarniami - w obu przypadkach towar ocenia się po wyzywającym opakowaniu i nie trzeba płacić, jeśli nie zechcemy przewertować...
    Ale i tego Wam mało - wiaty przystanków autobusowych "zdobione" są powiększonymi okładkami. To już prawdziwe plakaty. Doczekamy się zamieszczenia okładkowych ilustracji na karoseriach samochodów i autobusów oraz na ścianach blokowisk? Czy umieszczenie spreparowanego wizerunku naszego papieża na tle miss mokrego podkoszulka mieściłoby się jeszcze w granicach dobrego smaku? A jeśli nie dzisiaj, to może jutro? Kto o tym decyduje? Cenzury przecież nie ma... Plakatowa wolność jest obosieczna - przeciwnicy mogą wyrazić swe poglądy zniszczeniem kosztownych reprodukcji albo zamalowaniem witrynowych szyb.
    Może zamieścicie fotomontaż wizerunków Jezusa i Lenina siłujących się na ręce na globusie i przekomarzających się, który z nich był większym komunistą, i który chciał wskazać właściwszy kierunek (a to na Ziemi, a to cokolwiek wyżej). Żaden z nich nie był faszystą, obaj także nie przepadali za burżujami, obaj chcieli dobrze, ale w wyniku działań wymykających się spod ich kontroli i wykraczających poza ich wytyczne unicestwiono miliony istnień ludzkich. Przy okazji - komuna, komunał, komunia, komunalny pochodzą z łaciny (wspólny, powszechny, ogólny)...
    Dzisiaj, miesiąc po wydaniu, za połowę ceny nabyłem nr 28 omawianego tygodnika. Tytuły na okładce zachęcające (do zakupu) - 13 tysięcy autobusów śmierci, Wampiry w Internecie, Iksiński Igrekowskim w Zetowskiego (składnia tyleż dowcipna, co uwłaczająca) oraz esencja naszych czasów - Jak kobiety uwodziły, Kobiety górą w łóżku i Seksmisja 2002. No i oczywiście okładkowe sztandarowe zdjęcie dwojga nagusów - pani na oklep dosiada pana, i to bynajmniej nie po amazońsku (ale wprost, zgodnie z nazwą pisma...). Buciki-szpilki (ostrogi?) ekscytująco wydłużają linie okalających (i bez tego długaśnych) damskich nóżek. Włos jeźdźczyni rozwiany, niby w galopie. Twarz pana-rumaka zniewolona czymś na kształt uzdy. Jeśli gra niezbyt wyuzdanych ciał, to może i gra słów - młode ust(ecz)ka, uzd(ecz)ka i puzd(ecz)ka (ta niestety zasłonięta, takoż ogonek wierzchowca z wierzchu niewidoczny, zapewne na podtrzymaniu). Siodła nie uświadczysz, zatem w te upalne dni kontakt wilgotnych trzewi z grzbietem jakby pełniejszy. Poeta, choćby okazjonalny, mógłby rzec, że
                            i namiętnie zroszona wagina
                            dzielnie spinę (*) swemi wargi spina.
    Atrakcyjne dziewczyny (także ubrane) na pięknych rumakach zawsze były wdzięcznymi tematami filmów i fotosów, a cóż dopiero zmysłowa i naga (o pełnych "oczach") władczyni na poskromionym, równie suto przyodzianym, ogierze. W pozycji odwrotnej rozległyby się głośne sprzeciwy feministek. A tu jakoś nie słychać ani protestów maskulinistów, ani pomruków mruków.
    Ponieważ omawiane pismo jest (jak samo zaznacza) - największym tygodnikiem informacyjnym (2 694 688 czytelników), przeto sądzę, że uczniowie spragnieni informacyj mogą z czystym sumieniem przynosić do izb lekcyjnych kolejne wydania Wprost w swych tornistrach i plecakach. Nieprawdaż, szanowne grona i kiście pedagogicznych ciał, także z MEN (Ministerstwo Edukacji Narodowej tudzież jeszcze Sportu) i z WOMEN (po ustaleniu minimalnego poziomu udziału niewiast w rządzie i panów w nierządzie)?
    Na stronie 51 tegoż wydania zamieszczono reprodukcję plakiety - prezydent RP przyznał  pewnemu towarzystwu ubezpieczeniowemu Nagrodę Gospodarczą. Cóż to za nazwa?
    Pod reprodukcją doceniona firma dodatkowo informuje, że otrzymaliśmy Gospodarczą Nagrodę. Ktoś jednak popełnił błąd - albo Nagroda Gospodarcza albo Gospodarcza Nagroda. Nie mogą być oficjalne dwie różne nazwy jednej nagrody. Albo Nagroda za Teatralne Gesty albo Nagroda za Gesty Teatralne.
    Wracając do okładki w aspekcie nowych nazw nagród - za omawiane hipiczne zdjęcie należy się tygodnikowi nominacja do Nagrody Erotycznej. Poważnie! Jednak ów fotos powinien być wewnątrz pisma, a na pewno nie na ulicznych przystankach. Pośladki oraz przydatki - tak, ale nie na okładki!
    Niestety, redakcja także niebezpiecznie balansuje wokół uznanych znaczeń słów. Otóż na stronie 91 wymienia szereg kobiet wyzwolonych. Wyzwolony kojarzy się z przegonieniem okupanta, zaborcy, kolonialisty i rasisty. Kobiety wyzwolone to także więźniarki uwolnione z obozów podczas wojny. Współcześnie to również kobiety, które zrzuciły jarzmo męskiej dominacji, samodzielne i o nowoczesnych poglądach. We wszystkich przypadkach słowo wyzwolone ma znaczenie pozytywne, zgodne z intencjami mówiących i piszących (pomijając twórczość satyryczną).
    Tygodnik (jednak nie żartem!) wylicza owe wyzwolone niewiasty. Zatem Mesalina - żona cesarza Rzymu Klaudiusza, od jej imienia pochodzi nazwa syndromu Mesaliny, szukającej zaspokojenia potrzeby przyjemności w ramionach niezliczonych mężczyzn. Z najsłynniejszą prostytutką założyła się o to, która z nich obsłuży w ciągu jednej nocy więcej kochanków. Autor tekstu nie wyjaśnił, kto wygrał, czy były gratisy i zapisy kolejkowe oraz dlaczego konkurs trwał tylko jedną noc (latem to kilka godzin więcej do bicia także rekordu Guinnessa), a nie przypominam sobie tych ciekawostek ze słynnego serialu "Ja, Klaudiusz"...
    Także Teodora - żona cesarza bizantyjskiego Justyniana I Wielkiego (Rogacza?), nazywana drugą Mesaliną. Była wędrowną kurtyzaną znaną z wyjątkowej urody i inteligencji. Sprzedawała swe wdzięki pierwszemu lepszemu. Jeśli sprzedawała, to jednak musiał być gość nie tyle z klasą, co z kasą, a to oznacza, że jednak nie pierwszemu lepszemu...
    Wyzwoloną kobietą (choć uciskała w niewoli swoich i cudzych poddanych) była Katarzyna II - caryca Rosji. Stała się symbolem seksu i zbrodni. O jej seksualnych wyczynach krążą legendy. Historycy obliczają (ci to mają ciekawą robotę), że miała co najmniej dwa tysiące kochanków.
    Wymienienie niejakiej Jeanne Antoinette de Pompadur, faworyty króla Francji Ludwika XV, która podobno miała co najmniej 500 kochanków jest zwykłym nieporozumieniem - z jedynie półtysięcznym dymaczym zaciągiem nie zasłużyła sobie na tytuł kobiety wyzwolonej...
    Która z Polek przyzna się teraz do bycia kobietą wyzwoloną... Żaden Polak nie pochwali się, że ma żonę wyzwoloną... Najwięcej kobiet wyzwolonych wyzwala swe emocje i mieszki  sponsorów pod czerwonymi lampkami... Niestety, ale niektóre słowniki także dostrzegają synonimy - wyzwolona, czyli wszeteczna, upadła... Im więcej wyzwolonych Polek, tym ojczyzna bardziej upadła... Cóż za językowe nieporozumienie!
    A wracając do okładek - owszem, są artystycznymi dziełkami sztuki, są pikantne lub choć pikantnawe, zwykle budzą uśmiech albo zainteresowanie. Mogą wzbogacać kolekcje fotek, a kiedyś będą wyrazistym świadectwem minionych czasów. Jednak umieszczanie ich na przystankowych afiszach to etyczne nadużycie!

    *   spina - plecy, grzbiet (ros.)

    Zaradna radna i wzięta dama - Dziennik Bałtycki (25 lipca 2002)
    Pewna radna z Gdańska, oprócz kierowniczej (biblioteka) pensji - ponad 2000 zł - postanowiła dbać o czystość księgozbiorów, za co otrzymuje dodatkowo 420 zł. Boje o to stanowisko trwały pół roku. Jako radna otrzymuje 2325 zł. Wychowałam dwoje dzieci i wiem co to niedostatek. Z czego będę żyć, gdy przejdę na emeryturę?
    Drugą połowę porządków będzie utrzymywać sprzątaczka zatrudniona na pół etatu. Prawdopodobnie nie wychowała dzieci i nie przejmuje się swym przyszłym emerytalnym losem. Może ma męża biznesmena i jest zadowolona, że te 420 zł to na kosmetyki jak znalazł... I tak powinna być wdzięczna radnej, że sprzątnęła (nomen omen) jej tylko pół etatu.
    Kolega radnej zauważył - Żadna praca nie hańbi. Najważniejszy chyba jest rachunek ekonomiczny. Jeżeli wynika z niego, że bardziej opłaca się w ten sposób utrzymywać czystość w placówce, to taką decyzję należy po prostu uszanować.
    W tejże gazecie, parę stron dalej, opinii o niehańbiącej pracy nie podziela rzecznik prasowy "Solidarności", który zbaraniał, kiedy dowiedział się, że jedna z pracownic komisji krajowej dorabia w agencji towarzyskiej (i to bynajmniej nie klucze do serduszek, ale raczej do portfeli). Ciekawe, niektóre działaczki "S" organicznie nie lubiły ani agencji PAP ani towarzyszy, pomogły w ich obaleniu, a teraz mają ciągoty ku zlepkowi, czyli do agencji towarzyskich. A gdzie jest powiedziane, że mają udzielać się w agencjach pustelniczych?! Lgną do nowoczesnej Europy, a Unia to ludzie (przecież nie zamykane fabryki), a połowa ludzi to panowie... Wszak przyszłość należy do ludzi otwartych, a połowa z nich to kobiety. A Trójmiasto jest szczególnie otwartym na świat polskim skrawkiem wybrzeża, zwłaszcza złaknione świata są nadbałtyckie Słowianki, a najbardziej podczas wizyt zaprzyjaźnionych flot.
    Podobno ta pani zajmuje się typową pracą kancelaryjną i ma wieloletnie doświadczenie. No tak, z tych papierowych nudów to można mieć ochotę na odmianę, zwłaszcza że wszyscy zachęcają do zgłębiania drugiego fachu... Czytamy także, że razem z córką miała świadczyć usługi seksualne, ale nie wyjaśniono, co oznacza razem...
    Jej szef zaznaczył - nie wiem, co zmusiło tę kobietę do takich czynów, to dość niepopularny sposób na dorabianie. Szefie - ten sposób będzie się popularyzował z uwagi na zwiększające się bezrobocie i z obawy o kiepskie emerytury, co widać także po omawianej towarzyskiej damie - podobno przekroczyła pięćdziesiątkę. Może polski Guinness zainteresuje się sprawą, a nie jakieś tam najdłuższe w świecie deski cięte na Kaszubach...
    Przepraszam, ale w czym nasza bohaterka notki jest gorsza od pewnej absolwentki polskiej renomowanej uczelni, która opuściła komuszą ojczyznę, najęła się jako sprzątaczka u bogatego, żonatego i raczej podeszłego (wiekiem) właściciela słynnej firmy kosmetycznej, po czym rozbiła małżeństwo zajmując godne miejsce u boku krezusa? Przyjmowana w Polsce jako głowa państwa (także przez instytucję stojącą na straży moralności) również jako potencjalny nabywca upadłej (nomen omen) stoczni będącej zaczynem wielkiego ruchu "S" zwanym... Okazuje się, że jest różnica i to zasadnicza (patrz w encyklopedii definicję najstarszego zawodu na świecie).
    Bo najważniejszy jest przecież rachunek ekonomiczny.

    Seks i awangarda - Dziennik Bałtycki (27 września 2002)
    W artykule pod powyższym tytułem, gazeta zachęca do odwiedzin w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, gdzie odbędzie się wystawa Sex, sztuka i kasety wideo.
    Z reguły Polacy piszą "odwrotnie" - seks i video. Ponieważ nasz alfabet nie ma trzech światowych liter (także q), przeto po polsku jedynie - seks i wideo...

    Wideotelefon! - Dziennik Internetowy (12 października 2002)
    Pewien izraelski biznesmen bawiący w kurorcie Ejlat nad Morzem Czerwonym przeżył szok, kiedy zobaczył, że prostytutka, którą zamówił przez telefon, to jego własna córka. Na wieść o tym, jego żona zażądała rozwodu.
    Agencje nie podają w jaki sposób mamusia pomyślała o swej córeczce? Gdyby gość miał wideotelefon można byłoby przynajmniej uniknąć ośmieszenia i rozwodu... Dobrze, że to żona nie przyszła zamiast córki, bo to on zażądałby rozwodu...

    To nie gwałt - Dziennik Bałtycki (30 października 2002)
    Gazeta w krótkiej notce pod tymże tytułem informuje, że policjant, któremu w lipcu prokuratura przedstawiła zarzut zgwałcenia kobiety w trakcie patrolu, uniknie odpowiedzialności karnej. Kobieta zeznawała, że dwaj policjanci zwabili ją do lasu podstępem proponując podwiezienie do domu. Uznaliśmy, że do stosunku doszło dobrowolnie - mówi pani prokurator z Gdyni. Rzekoma poszkodowana nie wyrażała sprzeciwu, ani gestami, ani też słownie. Policjant mógł przypuszczać, że nie ma ona nic przeciwko, aby doszło do stosunku.
    Może dziennikarz dotarłby (choć docieranie nie jest zbyt fortunne w aspekcie omawianej sprawy) do owej damy, która rzuca kalumnie na naszych dzielnych policjantów, i wyjaśnił sprawę? Pani prokurator mówi uznaliśmy. Kto uznał? Ona wraz z dwoma szlachetnymi policjantami? Kto śmie atakować prawych stróżów prawa, którzy będąc na służbie, korzystając ze społecznego pojazdu, proponują podwiezienie do domu, a podczas podróży służbowo-prywatnej mają pomysły okołoprokreacyjne. W końcu to normalne, że jeśli niewiasta wsiada do policyjnej limuzyny, to chłopakom coś się należy za podwiezienie. Mogła wyrazić sprzeciw, choćby gestem. Nie wyraziła, a zatem policjant mógł przypuszczać, że nie ma ona nic przeciwko... Komedia.
    Jeśli nie zastrzegliśmy, że nie zgadzamy się na medyczne wykorzystanie naszych organów w pechowej dla nas sytuacji, to lekarze domniemywają, że się zgadzamy. Szanowne (i te mniej szanowane) panie - jeśli funkcjonariuszowi (policjant, celnik, kolejarz, strażak, konduktor) nie wyrazicie w porę sprzeciwu, to onże może (ma prawo) domniemywać wyrażenie przez was zgody na całkowite zbliżenie stanowisk (ale nie poglądów), także podczas wykonywania swych czynności zawodowych zmierzających w hobbystycznym kierunku. Jeśli jedynymi świadkami i sędziami są ludzie z jednej branży, to prawda jest pojęciem całkowicie abstrakcyjnym...

    Upadek moralności - Dziennik Bałtycki (15 listopada 2002)
    Tylko w tym jednym jedynym numerze czytamy - Gwałt po pijanemu (pijany 18-latek a 9-latka), Wysoki wyrok na pedofila (15 lat za dwuletnie pastwienie się nad pięciorgiem dzieci), Handlowali kobietami (siedmioro Pomorzan, w tym ojciec z córką, sprzedawali Polki do zachodnich upublicznionych domów). Niewiarygodne, że w XXI w. można sprzedawać ludzi w Europie Zachodniej niczym towar. Inna sprawa, że ów "towar" jest skrajnie niekumaty, choć po szkołach i po wielu podobnych aferach ...
    W krótkiej notce Zatrzymany nadmieniono, że pewien gość zza wschodniej granicy dowodził przez kilka lat groźną bandą, która dokonała kilkudziesięciu zbrojnych napadów i kilku zabójstw. Tuż poniżej zamieszczono tekst Sprawa pedofila (druga w jednej gazecie; nie do pomyślenia kilkanaście lat temu). Otóż szef Akcji Katolickiej przy jednej z parafii i kandydat do rady miasta molestował 9-latkę, i nie był to jedyny taki zarzut. Ma rodzinę i studiował... teologię.
    Ostatnio nazbyt często zdarza się, że ci, co powinni być wzorem moralności, brną bagnistą drogą (a powinni raczej ciernistą). Choćby ujawniona ostatnio sprawa ważnego prokuratora, który wespół z żoną (nauczycielką) mają dwa wozy wycenione na ok. 350 tysięcy złotych, domu nie wspomnę. Podobno wszystko dostał od teściowej (a podatek od darowizny?), ale właśnie go pozbawiono immunitetu i posadzono za przechwytywanie niezidentyfikowanych datków od zakładów pracy na rzecz ubogiej Temidy (narodziny nowej tradycji?)...
    O upadku moralności (i to nie jakiejś pani Dulskiej) można poczytać sobie w obszernym artykule Zmiksowana dżdżownica, w którym abp Życimski napomknął Ledwo Jerzy Turowicz zamknął oczy, jeden z jego wychowanków rozpoczął współpracę z magazynem erotycznym Hustler. Miał także pretensje, że media ukazały pewnego arcybiskupiego molestatora w stroju liturgicznym. Być może jest to słuszny postulat, aby niegodne już osoby (księża, sędziowie, policjanci, celnicy) ukazywane były raczej w dresach, niźli w służbowej odzieży, gdyż powoduje to dodatkowe rozgoryczenie społeczeństwa tudzież uszczypliwe uwagi naruszające dobre imię Państwa i Kościoła. Należy natomiast przyłączyć się do oburzenia rozmówcy krytykującego telewizję za dalszą współpracę z osobą, która w programie dla dzieci sugerowała naszym milusińskim internetowe spotkania gejów oraz do krytyki pewnej artystki instalującej zwis męski na symbolu chrześcijaństwa.
    Również tamże, znana gdańska dziennikarka pisze Lekko rozśmieszył mnie kandydat na prezydenta Gdańska, który w swojej wyborczej ulotce zamieścił zdjęcie całej swej rodziny z Janem Pawłem II, licząc na to, że lud nie pamięta, iż do Watykanu udał się był w prywatną podróż służbowym samochodem, czyli za pieniądze tegoż ludu.
    Istotnie, oburzające!
    Jednak kilka stron dalej czytamy obszerny specjalistyczny artykuł o pięknym autku Toyota Avensis, napisany przez równie znanego gdańskiego dziennikarza. Ciekawostka - owa para para się wspólnie nie tylko piórem. Otóż prywatnie są małżeństwem, i kiedy żona krytykuje kogoś, że był za ludowe pieniądze w Watykanie, jej mąż nadaje korespondencję z niedalekiego (rzut biretem) Rzymu, do którego także nie pojechał za prywatne... Albo zapłaciła redakcja (ze sprzedaży gazety ludowi) albo opłaciła fabryka samochodów (ze sprzedaży aut temuż ludowi)... Każdy orze jak może, a moralność mamy w nosie, żeby nie rzec nazbyt frywolnie - w podpleczu...
    Znakomity twórca niezapomnianych komedii, śp. Stanisław Bareja (od nowej tradycji), miałby dzisiaj groteskowe tematy na niemniej filozoficzne filmy, ale na prawdziwe, nie jakieś wymyślone talerze przykręcane w barach do stołów, ze sztućcami na łańcuchach...
    PS Skoro już o dwóch stolicach na włoskim bucie pismo (mowa?)... Czy zauważyliście, że za komuny korespondentem w centrum katolicyzmu był pan Moskwa, zaś obecnie w tymże centrum kojarzonym z rajem (także na Ziemi po wejściu do UE) jest pani Bajka? Czyżby Bajeczne Pomoskwie?

    Do pudła na 35 lat za przemyt nasienia - Dziennik Bałtycki (12 grudnia 2002)
    Mafioso odbywający w USA karę więzienia i jego żona są ścigani na drodze sądowej za przemycenie z zakładu karnego spermy mężczyzny, która posłużyła do zapłodnienia jego żony na wolności. Kobieta urodziła córeczkę.
    Okazuje się, że niejaki mafioso (s mamy czytać jak z, co sugeruje, że nie jest to polskie słowo...) o nazwisku Granato, siedzi sobie w pudle od 1988. Nie podano za co. Nigdy nie miał prawa do wizyty małżeńskiej, a tu jego małżonka w 1999 powiła potomkę czyli potomkinię.
    Jeśli Granato zostanie uznany winnym zarzucanego czynu, grozi mu dodatkowych 35 lat. Nie podano, jaki wyrok grozi małżonce, która przekazała do więzienia pojemnik, z którego zawartością poczęła wyczyniać istne cuda, w wyniku których... poczęła. Może nie chciała pobić rekordu niejakiej Penelopy? Gdyby przekazała tradycyjną przesyłkę, czyli ciasto domowej roboty z piłką do metalu, to groziłby im wyrok cokolwiek mniejszy...
    Pytania do znawców prawa.
    1. Na czym polega przestępstwo niejakiego Granata, który ma dostać dodatkowo grubo ponad ćwiarę (choć nie obrzucił nikogo granatem i nie tylko nikogo nie zabił, ale wręcz przeciwnie...)?
    2. Jaki wyrok otrzymałby w Polsce za podobne przestępstwo?
    3. Czy koledzy z pudła nie mogliby wstawić się za owym Granatem i zadeklarować masowe współsprawstwo?

    Propozycja dla Amerykanów (więźniów i podatników)
    Zbudujemy w Polsce dla zamorskich przestępców nowe więzienia za ichnie dolary. Co miesiąc rząd USA będzie przelewać na odpowiednie konto w Polsce kwotę równą połowie kosztów utrzymania więźnia w Stanach. Pokoje gościnne, widea, świetlice, siłownie oraz kursy języka polskiego będą ujęte w ramach naszej oferty, czyli w cenie. Należy jeszcze załatwić jakoś kasy chorych, bo w przyszłym roku to niepewne instytucje - może wespół z waszyngtońskimi dyplomatami? Więcej to taniej, jak mawiają w hurcie...
    Należy zachęcić naszych potencjalnych klientów ulotkami w rodzaju - Twoje wyżywienie będzie smaczniejsze od jadła polskiego żołnierza, górnika i chorego. Mile widziane foldery przedstawiające doskonałe warunki w naszych renomowanych ośrodkach czasowego odosobnienia - różowe pokoje i możliwość zamawiania nie tylko smakowitej pizzy... Pod fotografiami stolików z leżącymi na nich komórkami należy wyraźnie wyjaśnić, że nie są to reklamy znanych marek, a zwykłe wyposażenie naszych cel, co skazanemu zapewni ciągłość bieżącego śledzenia interesów w dalekich Stanach oraz przekazywanie tamże poleceń, jak również najciekawszych pomysłów podpatrzonych u naszych osadzonych rodaków. Związek celi z komórką jest także językowy - w lengwydżu naszych miłych kontrahentów można oba znaczenia opisać słowem cell. Jak powiedziano, celibatów nie mają się co obawiać, także batów nikt nie dostaje w swej celi - słowiańscy klawisze są nadzwyczaj humanitarni. Z niektórymi można bawić się niemal jak z najlepszymi przyjaciółmi człowieka - gra zwie się podaj w łapę. Po otrzymaniu zielonego zwitka, sympatyczny klawisz podczas spaceru zapomina o surowym zakazie suszenia bielizny na solidnym sznurze (dziwnym trafem) przewieszonym nad płotem.
    Ponadto - rzetelna i zachęcająca informacja na temat uzyskiwania przepustek niemal z każdego powodu, w tym na wieczorowe pobieranie nauk w szkole o wymarzonym profilu (najlepiej mechanika lub informatyka, bo zaraz po powrocie na wolności łono, robota na wyższym poziomie fachowym mile widziana wśród odnowionych starych znajomości). I - co bardzo istotne - za dobre zachowanie można wyjść w połowie odsiadki.
    Jeszcze trzy bodaj najważniejsze argumenty, które mogą przekonać amerykańskich więziennych patriotów osłabiając miłość do ojczystych Stanów i spowodować niezwłoczne złożenie podania o chęć odbywania kary w dalekim, pięknym i słowiańskim kraju. Otóż w Polsce nie mamy zwyczaju nie tylko wykonywania kary tyle ostatecznej co nieodwracalnej, ale także brzydzimy się krępowaniem kajdanami biednych nieszczęśników a wiele lat temu (po obaleniu komuny) zerwaliśmy z paskudną tradycją gonienia ich do jakiejkolwiek roboty. Pierwszy obyczaj wynika z moratorium, drugi - z uczucia współczucia, a trzeci - z braku zajęcia dla kilku milionów Polaków spoza krat.
    Niech Amerykanie nie kapryszą, bo wielu tubylców już zaczyna dostrzegać, że życie w więzieniu jest spokojniejsze, bezpieczniejsze, ciekawsze i cieplejsze (zwłaszcza zimą) niż poza drutami. Dostęp do lekarza jest zagwarantowany i na miejscu. Tak zwani (chyba żartobliwie) wolni Polacy tak bacznie pilnują swych miejsc pracy, że nie mają ani ochoty ani czasu na dostanie się do doktora, który specjalistyczne przeglądy wyznacza im z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, zaś na zakup sugerowanych leków należy grać na loterii i to bynajmniej nie fantowej. Posądzonym a posadzonym oba te problemy nie są znane...
    Rodziny imigrantów kupią dla siebie mieszkania lub je wynajmą na ogólnych zasadach. Mimo że planowy system polityczny był uprzejmy upaść, to jednak więźniowie i ich współmałżonkowie mają niezbywalne prawo do planowania rodziny. Przybory (wykresy i termometry w dwóch skalach - F/C) zapewnia zakład karny, pozostałe akcesoria - sami zainteresowani we własnym (niejako podręcznym...) zakresie. Związki inne niż hetero nie będą tolerowane, chyba że Helsinki, Bruksela albo Haga ostro zaprotestują.
    Polski urząd imigracyjny będzie rozpatrywać wnioski wizowe zniewolonych Amerykanów zachęconych naszymi reklamówkami po wniesieniu identycznej opłaty, co wolni i suwerenni Polacy starający się o wizę odlotową do naszego największego aktualnie przyjaciela. Zrobi jednak odstępstwo od starej amerykańskiej zasady - jeśli wyjątkowo nie przyzna komuś wizy, to pieniądze jednak zwróci. Wszak polscy urzędnicy swój honor jeszcze mają...
    PS  W mojej rodzinnej Gdyni toczy się sprawa tycząca kradzieży granatów. Umoczonych w nią jest ok. stu dżentelmenów. Może na dobry początek (Gdynia będzie także bazą NATO) przysłać owego telepylnego amerykańskiego Granata do pierwszej polsko-amerykańskiej celi zbudowanej na rewelacyjnych zasadach szeroko omówionej propozycji? Tylko, żeby jego nazwisko nie wypłoszyło ze wspólnego lokalu naszych specjalistów od dystrybucji broni z zawleczką...

    Czy to możliwe? - Dziennik Bałtycki (12 grudnia 2002)
    Gazeta informuje o nieprawdopodobnej i ohydnej historii.
    Policja niemiecka zatrzymała 41-letniego mężczyznę, podejrzanego o zabójstwo i kanibalizm. Dalej okazuje się jednak, że kolejność była odwrotna, co jest o tyle ważne, że sama ofiara dobrowolnie poddała się odrażającym czynom, co zostało sfilmowane przez ujętego zwyrodnialca.
    Wiosną 2000 r. sprawca i jego ofiara - homoseksualista z Berlina - doszli do porozumienia. Kanibal zeznał, że najpierw obciął przyrodzenie swemu koledze (za jego zgodą!!!), a następnie wespół skonsumowali to dziwaczne ścierwo (nie wyjaśniono, czy aby nie na surowo...). Potem sprawca zadźgał 42-letniego mężczyznę nożem, rozkawałkował zwłoki, zamroził a potem zjadł. Resztki zakopał.
    Czy jeszcze ktoś może nas zadziwić czymś bardziej wyszukanym w kategorii Koszmarne dziwactwa? Wszak ambitni twórcy filmowi nie wymyślą nic ohydniejszego...

    Ukarany za seks - Dziennik Bałtycki (8 stycznia 2003)
    Pod takim tytułem gazeta kontynuuje sprawę opisaną 30 października 2002.
    W lipcu ub.r. policjant, zamiast patrolować ulicę, z kolegą z pracy pojechał oznakowanym radiowozem do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Uprawiał tam seks z przypadkowo spotkaną kobietą.
    W przypadku funkcjonariusza, który tylko przyglądał się, w wyniku postępowania odebrano dodatek służbowy i 13 pensję.
    Skoro nabór do policji nazywamy castingiem, to może przyglądanie się nazwalibyśmy równie egzotycznie peepą shową, choć - trzeba przyznać - pobrzmiewa w tym określeniu swojska nutka słowiańskiego związku niewieściej istoty rzeczy z angielską rurą tudzież fają.
    W naszej stoczni od kilku lat nie widzieliśmy trzynastki - niestety, powody owej słabej widoczności nie były równie emocjonującej natury. Więcej - z naturą nic nie miały wspólnego. W końcu góry stali nie kojarzą się z romantyzmem krajobrazowych parków i nie sprzyjają kojarzeniu parek, nawet przypadkowych...
    Teraz ukarano drugiego z policjantów - otrzymał ostrzeżenie z wpisem do akt o niepełnej przydatności do służby w policji.
    Dlaczego tak surowo potraktowano dzielnego funkcjonariusza? Wszak gościu stanął na wysokości zadania - pomógł przypadkowej kobiecie, zbłąkanej w niepewnym leśnym terenie. Miała pewien problem, który onże zobowiązał się załatwić wprawdzie niezupełnie od ręki, ale jakie znaczenie ma rodzaj kończyny? Chuci, przepraszam, chęci się liczą. Tyle obywatele psioczą, że urzędnicy mozolą się tygodniami nim coś załatwią, niekiedy posmarować trzeba, że o obślinianiu znaczków skarbowych jedynie napomknę. Nie każdy stróż (prawa) wypełniłby tak wzorowo i z satysfakcją swą zawodową misję i, zapewne, także miłośniczkę krajobrazów. O obślinianiu i samym smarowaniu gazeta nic nie wspomina, ale to byłyby marginalne zarzuty, jakże niegodne wobec oddanego publicznego sługi i równie oddanej damy...
    Że karoserię petentka obcasami porysowała? Może nieco niekompetentka, ale zwykle stała spięta u urzędniczego okienka na baczność. Bodaj pierwszy raz zdarzyło się jej horyzontalnie spoczywać u okna radiowozu pod czujnym okiem (i całą resztą) radiooficera i to zupełnie niespiętego, by nie powiedzieć - rozpiętego. Ponieważ sprawa obywatelki została załatwiona pozytywnie i stosunkowo ekspresowo, przeto wszelkie nagany udzielone naszemu funkcjonariuszowi nie są uzasadnione. Komenda Policji powinna zrewidować swój stosunek (może raczej iloraz?) wobec podopiecznego.
    Wracając do stoczni - w naszym ciężkim przemyśle, gdzie - i owszem - również drgają  wały (ale napędowe w siłowni), jednak raz coś drgnęło w omawianym temacie. Od wielu lat opowiadana jest historyjka, że pewna nieco korpulentna pani pracując w statkowych zakamarkach, zakleszczyła się w nich na tyle niefrasobliwie i nieruchawo, że chwilowi stoczniowi amanci nie mogli oprzeć się pokusie i sprokurowali (opierając się o denniki) nowego obywatela ówczesnej Polski Ludowej. Z braku jasności (panowała tam pomroczność ciemna, jako że rozświetlające miejsce prokreacji a występku, precyzyjne robótki spawalnicze odłożono na solidny kwadrans) alimenty płaciła stocznia opierając się na poszlakach. Każdy opowiadający stoczniowiec zaklina się, że to było w jego stoczni, choć żaden jeszcze nie przyznał się do tego ponadnormatywnego dzieła. Dzisiaj można byłoby pokusić się o nowoczesne badania DNA owocu przygody ze statkowego dna (podwójne dna, jak na współczesnym statku)...

    Badacz przyrodzenia - Dziennik Internetowy PAP  (24 stycznia 2003)
    Badacz przyrody, który zastosował środek do usypiania niedźwiedzi grizzly, by wykorzystać swą asystentkę, został skazany w Nowym Meksyku na 33 lata więzienia.
    Amerykanie to mają wyroki... U nas badacz płci przeciwnej dostałby 7 lat i to góra, zaś płci zgodnej ze dwa razy mniej. I nie podali w jaki sposób została wykorzystana - czyżby zerżnął jej pracę doktorską na temat grizzly (ang.) albo grizli  i zgłosił jako swoją?
    PS  Może po polsku - gryzel, gryzla, gryzlowi, gryzla, gryzlem, gryzlu; gryzle, gryzli a. gryzlów, gryzlom, gryzle, gryzlami, gryzlach; ze średniowiecznego angielskiego - grisel.

    Pędzel mistrza - Dziennik Bałtycki  (24 stycznia 2003)
    Krótka notka, ale wpędzająca w kompleksy wielu polskich artystów (w tym aktorów), którzy w tokszołach chwalili się swymi (mizernymi, jak się okazuje) osiągami. Otóż mistrz Picasso - Miał 16 żon i blisko 16 tysięcy przygodnych kochanek. Był największym erotomanem wśród artystów stulecia.
    Nieprawdopodobne? Na jedną żonę przypada tysiąc kochanek. Jeśli codziennie (raczej conocnie...) składał po jednym hołdzie, to zajęło mu to 44 lata (magiczna liczba naszego wieszcza). Jeśli działalność taka podlega rachunkowi prawdopodobieństwa, to ile nieprawołożnych małych Picassków (teraz w kwiecie wieku) zaludniło naszą Ziemię? I jeszcze znajdował czas na słynne bohomazki zwane pikaskami? Zwykle ilość przechodzi w jakość, ale tutaj chyba odwrotnie - erotomaństwo przeszło pewnie w erotumaństwo... Wśród takiej ilości (no bo już chyba nie liczby - niepoliczalność) i w ferworze uniesień to artyście również jakiś kochanek mógłby się przydarzyć.
    Jednak coś musiało być w pędzlu wielkiego mistrza, skoro miał aż takie powodzenie... Największy erotoman wśród artystów? A któż mógł być większym zdobywcą poza artystycznym światem?
    Niech tylko Francuzi się dowiedzą, że zdetronizował ich gościu z sąsiedztwa, którym się zaopiekowali... Hańba! A do tego owe przygodne panie, to niemal w stu procentach nie kto inny, ale... Francuzki. Gościli go, a on im podbierał... Podwójna hańba! To najgorsza wiadomość dla nich po upadku Napoleona!
    Panowie, do dzieła! Zagrzewajmy do podboju malarzy i innych pędzlarzy. Kto tylko może władać pędzlem - w boje! Młode boye i (stare) oldboye. Przygodne damy - na pytanie czy dacie w dzisiejszej dacie, rzeknijcie damy! Mamy nowe stulecie i szansę błyśnięcia w kolejnym wieku!
    PS  Może to na cześć Mistrza ukuto powiedzenie czyżbyście znowu coś zmalowali?

    Zasmakowały? - Dziennik Internetowy PAP  (10 kwietnia 2003)
    Z rozmnażania bezpłciowego na płciowe przestawiły się pewne gatunki wodnych bezkręgowców, skażone radioaktywnie po awarii elektrowni jądrowej w Czarnobylu - informuje "New Scientist". Według badaczy ukraińskich, badane przez nich skąposzczety mogły zmienić swoje zachowania płciowe, aby zwiększyć szansę na przetrwanie.
    Pewnie zasmakowały... U ludzi na opak - niechęć do trwałych związków i ryzyko AIDS tudzież inne choróbska zwiększają zainteresowanie innymi sposobami na powiększanie stad(ł)a...

    Aktywny członek - Dziennik Bałtycki (5 maja 2003)
    10 lat pozbawienia wolności grozi podejrzanemu o wykorzystywanie swoich dwóch córek. Prokuratura zakłada, że o wszystkim wiedziała matka dziewczynek.
    Podejrzanego podejrzała małżonka i nie doniosła.
    Z akt wynika, że wcześniej 40-latek był niezwykle aktywnym członkiem rady parafialnej.
    Istotnie - aż nadto aktywnym... Niech posiedzi w pokoju! Z kratą...

    Wysoko postawiony członek - Dziennik Internetowy PAP  (6 maja 2003)
     Ewentualne rozmieszczenie w Polsce eskadry amerykańskich samolotów będzie krokiem wymierzonym przeciwko Rosji i Białorusi - powiedział agencji Interfax-AWN wysoko postawiony członek rosyjskiego sztabu generalnego.
    Czyżby nasi słowiańscy bracia obawiali się rakietowej ejakulacji z zaprzyjaźnionych myśliwców - podniebnych masturbatorów? Zamiast wymierzać krokiem przeciw, może nim kokietować za? Jak wysoko postawiony?

    Loda, ptaka, druta - Uwaga; telewizja TVN (9 maja 2003)
    W programie pokazano molestowanego chłopca, który zwierzał się, że pan zapytał, czy chcę zarobić, wyjął pieniądze oraz ch... i pierwsze lody jakoś zostały przełamane.
    Kilka dni temu w nocnym programie pokazywano ciężką pracę ekipy realizującej ostre filmy. Widzimy jak para użera się w figurze 69, zaś reżyser wyjaśnia - teraz damy ujęcie z lotu ptaka... Do kompletu to tylko druta brakowało.

    Zwis męski na podręczniku - Gazeta Wyborcza  (6 czerwca 2003)
    20 tys. zł zapłaci artysta, który zaprojektował okładkę podręcznika do szóstej klasy z wulgaryzmami zapisanymi alfabetem wikingów. Rozszyfrował je pewien 13-latek z Lublina.
    Typowo polskie - nie podano nazwiska chłopaka i nie dano nagrody za intelektualny wyczyn. Może jeszcze dadzą? Artysta plastyk był pękł (ma podobne nazwisko do tego czasownika) i przyznał, że zrobił to z głupoty. Kiedy głupotę czyni piłkarski kibic, to nazywamy go chuliganem. Niepotrzebnie się przyznał do owej słabości, wszak artyście wszystko wolno - mógłby powołać się na prawo do nieskrępowanej wolności wizualnej wypowiedzi. Jego koleżanka po fachu chciała być bardziej znana (ma podobne nazwisko do tego imiesłowu) i powołała się właśnie na takie prawo umieszczając na krzyżu coś na kształt zwisu męskiego, którego podwórkową nazwę ów artysta zaszyfrował samotnym h, czyli niezgodnie z wykładnią naszych słowników.
    Gdy sprawa wyszła na jaw, oficyna zniszczyła wszystkie podręczniki znajdujące się w jej magazynach - 20 tys. egzemplarzy i wydrukowało już nową książkę, z nową okładką (za 20 tys. zł).
    Czy nie taniej byłoby przekazać chłopakowi 5 tys. zł za milczenie, które bywa złotem? Książka za jedną złotówkę? To zadaje kłam, że podręczniki w Polsce są wyjątkowo drogie... Co z wydanymi już książkami (samochody z wadami są zamieniane albo naprawiane przez producenta)? Dlaczego zniszczono całe książki, skoro trefne były jedynie okładki? Nie można było inteligentnie nakleić jakiś ciekawy obrazek na obwolutę?
    Dobrze, że amerykańska prezydentowa Hilaria (tak pewnie po polsku; skoro Mary/Maria, to Hillary...) nie przemyciła nieuzgodnionych grafik do swej książki wydanej w wielomilionowym nakładzie, choć opisy tamże zawarte również będą trącać fallicznymi tematami. Widać, że są one intrygujące na całej naszej planecie...

    Bez pań? - Dziennik Internetowy PAP  (9 czerwca 2003)
    Około 7 tys. Hiszpanów pozowało nago w Barcelonie do wspólnego zdjęcia. Fotograf, który specjalizuje się w zbiorowych zdjęciach dużej liczby nagusów, osiągnął tym samym nowy rekord jeśli chodzi o liczbę wspólnie pozujących. W październiku 2001 r. w Melbourne wykonał zdjęcie 4,5 tys. nagich Australijczyków. Dobrowolni modele pozują bez wynagrodzenia.
    Mówiąc o 40 milionach Polaków wiemy, że idzie o Polki i Polaków. Jednak w przypadku owych fotografii nie jest to takie pewne - Hiszpanie, Australijczycy, nagusy, dobrowolni modele. Brakuje damskiego wątku...

    Brytowie dali dupy - Dziennik Bałtycki  (9 czerwca 2003)
    Rząd brytyjski jeszcze w tym miesiącu przedstawi projekt ustawy przyznającej parom homoseksualnym takie same prawa, jakie obecnie przysługują tradycyjnym małżeństwom. Lesbijki i gejowie będą mogli legalizować własne związki w urzędach stanu cywilnego. Nie wiadomo, czy pary homoseksualne będą miały też prawo do adopcji dzieci. Rząd przygotowuje nową legislację, aby wypełnić zalecenia UE. Unijne przepisy zakazują dyskryminacji par homoseksualnych.
    Konserwatywni wyspiarze uczepili się innego systemu miar i wag, jeżdżą sobie lewą stroną, w nosie mają europy (nową europejską walutę), a poprzednią reformę monetarną także ciężko przeżywali, z łaski przekopali tunel rezygnując z całkowitej suwerenności (tak płakali), niebawem ściągną z łepetyn sędziowskie peruczki. Nim wpuszczą Polaków na swą ziemię obiecaną, to nieźle ich prześwietlają i wielu cofają na Okęcie bez większych ceregieli.
    Wydawać by się mogło, że tak zasadniczy i kulturalny naród okaże się najbardziej nieugięty w podstawowej sprawie - w stosunkach męsko-damskich. A tu całkowicie dali dupy (a może w bierniku, zatem - dupę? oni dali, a my mamy problemy językowe...). I to najwyraźniej w branży jednopłciowej, czyli niezbyt pociągającej. Skandal! Niech sobie ci biedni i nieszczęśliwi ludzie żyją w pokoju, ale dlaczego aż tyle uwagi mamy (reszta a znakomita większość) im poświęcać? Małżeństwa poligamiczne i homoseksualne to nadużycie w naszym obszarze cywilizacyjnym. I obyczajów i teraz prawa do wolności. Przymykanie oka na łamanie prawa przez kierowców powoduje wzrost przestępczości na drogach. Przymus nauki czytania i pisania powoduje nadwyżkę mądrali i pyskaczy. Wystawianie opinii o niepoczytalności i pomroczności jasnej powoduje wzrost nadużyć w wyższych sferach i ośmieszanie państwa prawa. Jeszcze parę lat a będziemy zawierać małżeństwa z innymi naczelnymi, na dobry początek - heteroseksualnie, a potem to już poleci według obecnego scenariusza... Czy ludzkość jest w stanie wymyślić jeszcze coś równie głupiego? Według słownika - dewiant to osoba przejawiająca nieprawidłowe zachowania, odbiegające od norm obowiązujących w danym społeczeństwie (określenie to nie przynosi chwały).
    Wprawdzie normy ciągle się zmieniają, ale jest to proces długotrwały - większość obywateli zapewne jest w stanie zrozumieć i tolerować wszelkie odchylenia od natury, ale może nie pojmować dlaczego tym pechowcom i nieszczęśnikom mamy prawnie ułatwiać wszelkie bulwersujące dziwactwa. To może i niedowidzący pilot miłujący latanie wygra w sądzie prawo do wykonywania swego zawodu?

    Złoczyńców jutro będzie więcej - Dziennik Internetowy PAP  (10 czerwca 2003)
    Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami protestuje przeciwko wtorkowemu koncertowi Marilyna Mansona w Poznaniu. Członkowie komitetu zapowiadają, że przed koncertem będą rozdawali ulotki ostrzegające przed sektami. Komitet zamierza zebrać podpisy 15 posłów, którzy zechcą przyczynić się do przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się satanizmu w Polsce. Manson jest określany jako "największy skandalista amerykańskiego rocka". Manipuluje symbolami religijnymi, chwytami medialnymi i erotyką. Do największych skandali należy występ Mansona w papieskiej tiarze oraz podpalanie Biblii i rozrzucanie jej resztek po estradzie.
    Tylko 15 polskich posłów jest zainteresowanych sprawą? A reszta czyta gazety na Wiejskiej i marzy o Brukseli?
    Ów MM jako muzyk powinien manipulować raczej przy gryfie i stosować chwyty tamże. Kto i w jakim celu sprowadza kontrowersyjnych twórców na polskie estrady? Coraz więcej zboczeńców przyjeżdża do nas, a i dewiacyjnych tubylców jakby się namnożyło... Kto wydaje wizy takim wykolejeńcom? Ależ tak - jako obywatel wolnych Stanów Zjednoczonych wjeżdża sobie do naszego kraju jak u siebie do knajpy z orurowanym striptisem. Wolność powinna mieć pewne granice, ale w demokracji trudno je ustalić - są one przesuwane wyłącznie w jedną stronę, zatem mamy coraz liczniejsze grono wszelkiej maści upadłych obywateli - kombinatorów, malwersantów, sutenerów, prostytutek... Dawniej było ich mniej i wstydzili się niejako z definicji, że są z marginesu, a rodziny często ich się wyrzekały. Jak pokazują media (choćby program Ewy Drzyzgi z 9 czerwca 2003), dzisiaj tacy ludzie działają bez zahamowań, rodziny są dumne z zaradnej dziatwy i wszyscy oni zdają się mówić - a możecie nam teraz naskoczyć, możemy robić co nam się podoba, jest przecież wolność i demokracja. Ci, co ginęli kiedyś za te hasła, przewracają się pod pomnikami, przy których kwiaty składają bezradni politycy gotujący nam haniebny los. Pamiętajcie - jutro będzie więcej złoczyńców niż dzisiaj. Codziennie całe zastępy przechodzą z uczciwej na ciemną stronę. Jedynie nieliczni przechodzą z powrotem...

    Romantyczny pułkownik - Dziennik Internetowy PAP  (13 czerwca 2003)
    Amerykanie prowadzą śledztwo w sprawie 50-letniego żonatego pułkownika, który podobno obiecywał małżeństwo 49 kobietom z USA za pośrednictwem witryn internetowych, ułatwiających nawiązywanie znajomości osobom samotnym. Pułkownik wysyłał do swych wybranek pocztą elektroniczną płomienne listy miłosne, z kilkoma miał romantyczne spotkania, a do wielu telefonował, często aż z Afganistanu, gdzie po wojnie 2001 roku kierował wojskową komórką odbudowy, pomocy humanitarnej i oceny zniszczeń.
    Każda wybranka wielkiego serca reprezentowała godnie jeden ze stanów. Wśród zgliszczy i płomieni pisał płomienne (zatem nastrojowe) listy. Kierował komórką i pewnie dzwonił z czegoś takiego. Odbudowywał, zatem żywotnie był zainteresowany aktami erekcyjnymi, choć może istotnie przesadził z dosłownością... Władze wojskowe naszych sojuszników powinny zainteresować się nie tyle obyczajami, ale obowiązkami, których zapewne pułkownik miał zbyt mało. U nas pewnie nie byłoby śledztwa - można wysyłać obietnice bez pokrycia...

    Pedał w kościelnych organach - Onet (20 czerwca 2003)
    Nominacja na biskupa pierwszego duchownego, który otwarcie przyznaje iż jest homoseksualistą, spowodowała największy od dziesięciu lat rozdźwięk w kościele anglikańskim w Wielkiej Brytanii. Poprzednio bulwersująca była decyzja o wyświęcaniu kobiet na kapłanów. Przeciwnicy mianowania homoseksualisty (zwierzchnik uważa go za człowieka o wyjątkowych kwalifikacjach) na biskupa zagrozili dziś, że wniosą skargę do samego arcybiskupa Canterbury. Według wytycznych sformułowanych 12 lat temu przez kościół anglikański, zjawisko homoseksualizmu należy tolerować, ale uprawianie stosunków homoseksualnych przez duchownych wciąż traktowane jest jako grzech. Szokująca nominacja kanonika biskupa wywołała więc prawdziwą burzę. On sam przyznaje, że od 27 lat pozostaje w związku z tym samym mężczyzną, ale od pewnego czasu przestrzega celibatu. Tradycjonaliści uważają powierzenie homoseksualiście stanowiska biskupa za sprzeczne z naukami Kościoła. Ostrzegają, że może doprowadzić to do rozłamu wśród wiernych anglikańskich na całym świecie.
    Wprawdzie kościół ten nie podlega naszemu Papieżowi, jednak mam nadzieję, że tego typu informacje są Mu oszczędzane. Przecież to może nawet ateistę do grobu wpędzić. Co się wyprawia na tym świecie... Gdzie elementarna przyzwoitość? Czy jeszcze coś takiego istnieje? Że ma wyjątkowe kwalifikacje? No pewnie, że wyjątkowe! Czy jeszcze tzw. demokratyczny świat jest w stanie coś wymyślić a nas nie zaskoczyć???

    To kto kogo i czym krył? - Gazeta Wyborcza  (20 czerwca 2003)
    Do dziesięciu lat grozi biskupowi w Arizonie, który prowadząc samochód, zabił przechodnia i zbiegł. Papież przyjął jego dymisję. Biskup oskarżany jest o krycie księży podejrzanych o pedofilię.
    Czyżby jałowa inseminacja była karalna...

    Cienko śpiewają - Dziennik Internetowy PAP (27 czerwca 2003)
    Poznański sąd utrzymał areszt wobec podejrzanego o pedofilię dyrygenta chóru "Polskie Słowiki".
    Czy barwa chłopięcego głosu zależy od zainteresowań? A poważnie - jaka jest różnica pomiędzy owym dyrygentem a naszym najlepszym zagranicznym reżyserem tak chętnie goszczonym w Europie, a szczególnie u nas. Jedynie Stany nie są zbyt łaskawe... Jeśli honorować to obu, jeśli zamknąć to także obu. Dlaczego mierzymy ich czyny niejedną miarą? Kto czytał protokół zeznań 13-letniej (onegdaj) Amerykanki, zamieszczony choćby przez Onet? Nie macie wątpliwości? Rozumiem - wolimy wierzyć, że to podła robota zawistnych przyjaciół zza oceanu. Wolimy udawać, że nic się nie stało. Krytykujemy rodziców broniących dyrygenta za ich chowanie głowy w piasek, ale sami to czynimy wobec współtwórcy "Pianisty". Czym różnimy się od tych rodziców? Czy to nie dulszczyzna?

    Kowboje mogą już dmuchać nie tylko na zimne - Dziennik Internetowy PAP (27 czerwca 2003)
    Sąd Najwyższy USA uchylił prawo w stanie Teksas zabraniające stosunków homoseksualnych, nawet za obopólną zgodą. Sąd orzekł, ze narusza ono konstytucyjne prawo obywateli do prywatności. Decyzje Sądu Najwyższego, który bada zgodność amerykańskich praw z konstytucją, mają wagę precedensu ostatecznie rozstrzygającego spory prawne.
    Dobrze, że sąd jeszcze nie przyzwolił na stosunki, kiedy to jedna ze stron nie okazuje zachwytu... I całe szczęście, że podkreślono prawo do prywatności - to oznacza, że geje nie mogą publicznie obnosić się ze swymi nienaturalnymi skłonnościami, i tak trzymać! A co z innymi stanami? Polskie prawo już od dawna akceptuje opisane relacje, na które Amerykanie zaczynają przymykać oczy...
    Konstytucje wielu państw to szczególne ustawy - nie zmieniają się, ale ich interpretacja jest płynna. Państwo mające najlepszą ustawę zasadniczą, jeszcze za Kennedy'ego tolerowało niewpuszczanie kolorowych do autobusów, lokali  i szkół, które były zastrzeżone wyłącznie dla białych. Washington i Lincoln przewracali się w grobach...

    Gdzie są tabletki? - Dziennik Internetowy PAP (1 lipca 2003)
    Załoga holenderskiego statku aborcyjnego "Langenort" zrezygnowała z wyjścia w morze z portu we Władysławowie.
    Od kilkunastu dni cała Polska zaaferowana jest owym statkiem, w szczególności - gdzie są tabletki? Aborcja, zwłaszcza w wykonaniu lekarzy, jest obrzydliwym zajęciem - trudno nazwać takich specjalistów lekarzami. Często służbowo odmawiają wykonania zabiegu, ale prywatnie to i owszem. Nikt nie popiera aborcji. Różnice są "tylko" w poglądach na donoszenie do końca.
    Jeśli obcy statek jest podobny do samolotu i ambasady pod względem prawnym (eksterytorialność), to dlaczego musi opuścić wody terytorialne? Wystarczy, że będzie przestrzegane prawo państwa, pod którego flagą pływa, zwłaszcza że jest to kraj uznany za cywilizowany, choć istotnie można mieć pewne zastrzeżenia w stosunku do kilku tamtejszych ustaw...
    Rozważmy. Na pełnym morzu wszystkie panie pobierają przy świadkach (załoga i współpasażerki) po jednej słynnej pigułce. Każda z pań wychodzi (pojedynczo!) na pokład na 5 minut. Pod rozgwieżdżonym niebem zastanawia się nad życiem, swoim i może jeszcze innym... W tym czasie może tabletkę połknąć. Może wrzucić do Bałtyku. Może zaszyć w odzieży i przemycić na ojczystą ziemię, na której ów specyfik jest wyklęty. Może także zwrócić, także przy świadkach, pigułkę kapitanowi. Po powrocie do portu, w opisanych trzech przypadkach, każda z pań tłumaczy się ze swojego czynu. Większość zapewne oświadczyłaby, że rzeczony przedmiot został wyrzucony za burtę. A co, jeśli w ramach pomarańczowej alternatywy część owych pigułek połknęliby męscy pasażerowie? Czy polskie prawo przewiduje płukanie żołądka, a w ramach owej alternatywy, także męskiego?

    Z laską na kierownicy - Dziennik Internetowy PAP (4 lipca 2003)
  Uprawianie seksu podczas jazdy samochodem na autostradzie z prędkością 110 km/godz. samo w sobie nie jest sprzeczne z prawem - orzekł sąd w Kolonii w Niemczech. Jeśli jednak oddający się takiej czynności kierowca spowoduje wypadek, może go to kosztować sporo pieniędzy.
    Sąd w Kolonii rozpatrywał przypadek 23-letniego mężczyzny, podczas jazdy autostradą uprawiającego seks z autostopowiczką, która siedziała na jego kolanach tyłem do kierunku jazdy. Prowadzone w ten sposób auto uderzyło w znak drogowy i uszkodziło go.
    W Polsce sądy nie mają takich dylematów. I to nie dlatego, że na długie lata są zatkane (bez aluzji) mniej ciekawymi procesami. Powód jest prozaiczny - jakość naszych szybkich dróg umożliwia uprawianie płci (cóż za tłumaczenie; a skąd wiadomo - kto uprawiał?) jedynie podczas postoju (bez aluzji). Znając postępowe poglądy naszych zachodnich przyjaciół, rodzaj owej płci nie ma znaczenia dla orzecznictwa... Może gdyby siedziała twarzą do okna, to dostrzegłaby w porę ów nieszczęsny znak. Należy powątpiewać, że siedziała wyłącznie na dwóch cudzych kolanach, bowiem fizyka udowadnia, że najpewniejsze podpory są trójczłonowe. Ponieważ u nas wypowiadano się na temat korzystania z komórek podczas jazdy samochodem, to jeśli zaistnieje zapotrzebowanie społeczne w omawianej kwestii niemieckiej... A może wymyślić stosowny znak drogowy? Przekreślona laska na kierownicy? Dla Polaka laska w aspekcie kierownicy kojarzy się wyłącznie z działaniami antyzłodziejskimi, a nie prokreacyjnymi. Mam nadzieję (bez aluzji), że to nie nasza rodaczka zakochana w Niemczech i w... Niemcach. Widać, że autostopowiczki za Odrą, są równie szybkie, co tamtejsze wozy i szosy. Szkoda, że agencja nie podaje, na którym kilometrze pękła jej silna wola oraz nie opisuje min rodziców owej słynnej pary.

    Mnisze dewiacje - Dziennik Internetowy PAP (5 lipca 2003)
    Duchowy przywódca tajlandzkich buddystów zaapelował o rygorystyczne sprawdzanie kandydatów na mnichów pod względem "dewiacji seksualnych".
    Może także nasz Papież skorzysta z mądrości Wschodu?

    Matka zakablowała syna - Dziennik Bałtycki (10 lipca 2003)
    Policja prowadzi postępowanie przeciwko 15-letniemu mieszkańcowi Sadlinek. Jest on podejrzany o czyn lubieżny ze swoimi siostrami, 6- i 8-letnią. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że 15-latek rozebrał je i dotykał. O sprawie poinformowała matka.
    Jest to pewnie problem kilkunastu tysięcy rodzeństw mieszanych. Jeśli matka tak wychowała, to nie powinna lecieć z tym na policję, ale do psychologa. A wcześniej wyjaśniać dzieciom, co jest właściwe, a co nie... O Dulskiej nie słyszała? Policja nie ma innej roboty jak godnie wychowywać rodzeństwo, kiedy rodzice nie podołali?

    Pasja - Dziennik Bałtycki (21 lipca 2003)
    Na pół roku ograniczenia wolności skazał sąd Dorotę Nieznalską, która w galerii "Wyspa" wystawiła instalację "Pasja" ukazującą krzyż z umieszczonymi męskimi genitaliami. Teraz przez 6 miesięcy będzie pracować społecznie.
    Wyrok uniewinniający mógłby zaowocować dalszymi pomysłami innych artystów (a raczej "artystów"). Wolność to także ufność, że nie wyrządzimy innym krzywdy. Także odpowiedzialność za następstwa wynikłe z naszych wolnościowych działań. Następne pomysły byłyby w rodzaju - krzyż na drzwiach wychodka, krzyż pod podniesioną nogą pieska, krzyż na hałdzie jedynie przez grzeczność nazwaną nawozem naturalnym. A gdyby zamiast krzyża gwiazda Dawida albo symbol innej religii? A ileż możliwości daje hostia? Sąd położył tamę i ustalił granicę przy mizernej karze. A Nieznalska znana kilku tysiącom ludzi jest teraz znalską kilku milionom... W USA pewien grafik (to także sztuka) naszkicował Busha w sytuacji nawiązującej do zastrzelenia wietnamskiego partyzanta na ulicach Sajgonu i ma kłopoty. A też pewnie powołał się na wolność sztuki, wyrazu, słowa... A pisanie to nie dziedzina sztuki? I można pisać, co ślina przyniesie na papier? Zapewne w domu każdy może sobie instalować co chce, nawet kaloryfery pod sufitem (skoro zabrakło oleju pod własnym deklem), ale pod warunkiem, że sąsiad nie wpadnie mu do mieszkania, bo powała nie wytrzyma obciążenia tego szykownego szmelcu. Winni są oczywiście także wszyscy współorganizatorzy wystawy, którzy doskonale wiedzieli, że będzie rozróba. Jest i trzeba wypić to piwo, które się nawarzyło... Inni sławni artyści także szokowali, choćby taki Picasso, ale nie posuwali się aż do takich prostactw. Prawdziwa sztuka to dzieło, którego autor nie powinien się wstydzić przed swoimi rodzicami, dziećmi, znajomymi. Takie, które będzie często (ale i sympatycznie!) wspominane przez następne pokolenia. Takie, które następni artyści będą starali się usilnie naśladować i rozwijać, a jeśli im to nie będzie wychodzić, to będzie świadczyć o naszej wielkiej sztuce... Takie, które wszyscy będą chcieli zamieścić w podręcznikach i encyklopediach. Takie, które niemal każdy z nas chciałby zainstalować (instalacja - cóż to za nowe językowe dziwactwo) u siebie w domu.

    Podatki od panienek - Dziennik Internetowy PAP (14 sierpnia 2003)
    Czesi przygotowali projekt ustawy, która przewiduje wprowadzenie obowiązujących przez rok specjalnych licencji dla prostytutek. Licencje będą przedłużane pod warunkiem regularnego poddawania się badaniom lekarskim i płacenia podatków.
    Jak się szacuje, w Czechach, gdzie oficjalnie działa ponad 850 domów publicznych (salonów erotycznych), prostytucję regularnie uprawia około 6 tysięcy osób, głównie kobiet.
    Według szacunków, roczne obroty w branży świadczenia usług seksualnych w 10-milionowych Czechach wynoszą ok. 6.
     No i znowu nasi południowi przyjaciele wyprzedzają nas o jedno krocze - wprowadzają podatki we wstydliwej branży. A owa tajemnicza cyfra 6 to przeciętna liczba corocznie obracanych płatnych dziewczyn przez statystycznego Czecha? Kilka tysięcy stałych pracownic, ile dorywczych?

    Ale słodki sachar... - Dziennik Bałtycki (16 sierpnia 2003)
    Długi weekend redakcja próbuje nam osłodzić kawałami o szczytowaniu. Zatem dwa szczyty: Szczyt bezrobocia - pajęczyna między nogami prostytutki. Szczyt prostytucji - sprzedawać się na Sacharze za garść piasku. Prawda, że śmieszne? A jakie wyrafinowane? Jak ów sachar... A może ten błąd ortograficzny to najlepszy element kawału? Nie mają programu sprawdzającego ortografię?

    Niedojrzały artyzm - Dziennik Internetowy PAP (28 sierpnia 2003)
    Artystka Joanna Rajkowska, znana m.in. jako autorka palmy na warszawskim rondzie de Gaulle'a, realizuje swój nowy projekt artystyczny w Berlinie. Każdy, kto chce, może jej zlecić dowolną pracę. Codziennie w godzinach 10-12 każdy, kto chce, może przyjść i za darmo wynająć artystkę na kilka godzin. Artystka oferuje swoją pomoc m.in. w zakresie: wyprowadzania psów, wysłuchiwania opowieści rodzinnych, dekorowania mieszkania, aranżowania scenografii, fotografii ślubnych, niszczenia telewizora, odprawiania niechcianego chłopaka, a poza tym gotowa jest do każdej pracy i do wszelkiej pomocy za wyjątkiem uprawiania seksu i przemocy.
    Przynajmniej jedna porządna artystka. Może nie zorientowała się, że szybką karierę można zrobić na uprawianiu dwóch ostatnich z (zastrzeżonych) punktów lub - wzorem innych Polek - na instalowaniu fallicznych wieszaków na bazie krzyża albo na magnetycznych trzymaczach do lodówek wzorowanych na piecach Auschwitz-Birkenau z bramą przyozdobioną sentencją Arbeit macht frei. Uściślenie kto chce jest logicznie zbędne, skoro po nim jest może...

    Padłe falliczne ptaszysko a papierosy - Dziennik Internetowy PAP (30 sierpnia 2003)
    W przyszłym roku palacze przeczytają nowe ostrzeżenia na paczkach papierosów. Dowiedzą się np., że palenie tytoniu może zmniejszyć przepływ krwi i spowodować impotencję lub spowodować powolną i bolesną śmierć. To dwa przykłady z czternastu ostrzeżeń, jakie będą umieszczane na opakowaniach wyrobów tytoniowych.
     A nie lepiej wykadrować ze słynnego a oprotestowanego krzyża zwis męski w totalnym upadku, czyli w uwiądzie, po elektronicznej obróbce w kierunku wysuszonej mumii egipskiej (pytanie prawne - czy honorarium zapłacić pani Coraz-Bardziej-Znalskiej, czy spadkobiercom znad delty Nilu...)? Żadne słowa nie oddadzą męskich obaw bardziej niż wizerunek padłego ptaka. Można rozważyć również pomysł - papierosy wszystkich producentów byłyby pakowane w kartoniki o jednakowych kształtach, kolorach (szare lub ciemne) i napisach (czarne) z nazwami firm. Mile widziane czaszki i piszczele...

    Poważne badania - Dziennik Internetowy PAP (15 października 2003)
    Trzy czwarte mężczyzn wyraża gotowość pójścia do łóżka z obcą kobietą, jeśli dostaliby za to 100 tysięcy euro. Za taką samą sumę 83% kobiet byłaby skłonna zrezygnować na rok z seksu. Ankietę przeprowadzono w Niemczech na zlecenie "Cosmopolitan".
    Jednak co czwarty Niemiec jest w tych sprawach nieprzekupny, przynajmniej przy wymienionej kwocie. Ciekawe przy jakiej sumie mielibyśmy podobne wyniki u nas... Mają ludziska problemy!

    Weź mnie na jazdę i sprawdź - Onet (20 stycznia 2004)
    Kolejna reklama wpleciona w wiadomości: przy wizerunku sympatycznej dziewczyny napisy - Weź mnie na dwutygodniową jazdę próbną!!! Sprawdź mnie. I maleńkimi literkami - Profesjonalne konto...
    Nie idzie o to, że jesteśmy mniej albo więcej zasadniczy. Niemal każdy lubi poświntuszyć. I ten tekst także jest w dowcipnym tonie. Jednak nagminne przedstawianie kobiet w jednoznacznej sytuacji przez media spowoduje obniżenie poziomu co wolno jeszcze pokazać i napisać. W małonakładowym czasopiśmie można byłoby to uznać za jeszcze znośny żart, ale w oficjalnym i legalnym wirtualnym dzienniku, to jednak przesada (a tylko patrzeć - na ulicach będą bilbordy i afisze). Czyżby żadna z pań (albo z co bardziej wrażliwych a publicznych instytucji) nie była zdegustowana takim podejściem do płci pięknej, w stopniu zachęcającym do złożenia protestu?  Jestem pewien, że firmowi prawnicy już mają gotową odpowiedź - tylko ludziom o określonych predyspozycjach przychodzą kosmate myśli. Ponieważ większości przychodzą, ale boją się do tego przyznać, przeto karawana jedzie dalej i spodziewajmy się eskalacji pornopomysłów... Już wiele lat temu zaskoczono nas - jakże odważną grą słów - przeleć mnie. Nim wyjaśniono, że w świetnej a dowcipnej piosence chodzi o 50-lecie Lotu, było niemałe zamieszanie. A może niektórzy są przewrażliwieni (na stare lata)? Dawniej -  kocia łapa, dzisiaj - jazda próbna...

    Miał oglądać panów? - Dziennik Bałtycki (21 stycznia 2004)
    Prokuratura zarzuca ginekologowi, który pełnił dyżur po pijanemu, narażenie życia i zdrowia pacjentów, nad którymi miał sprawować opiekę.
    A kto by wytrzymał wieloletnie wgapianie się w jednolity pejzaż oraz nagłą zmianę w krajobrazie - pacjenci zamiast pacjentek?

    Polskie waginalne tartaki wkładem w rozwój UE - Fakt (30 kwietnia 2004)
    W przededniu wejścia Polski do Unii, gazeta zamieściła szereg ciekawostek pod wspólnym tytułem - Co dajemy Europie. Ponieważ przykład żubrów jest ogólnie znany, przeto skupmy się na przemianach obyczajowych (wszak jeszcze kilkanaście lat temu nie można było pisać o sprawach męsko-damskich wśród wieści o krewnych turów). Otóż niejaka Była dziennikarka, 22-letnia Paulina, a obecnie porno-gwiazdka występująca pod pseudonimem Marianna Rokita, wejdzie do Unii z seksualnym rekordem świata w miłości. Raz za razem oddała się 759 razy. Dzielimy się nią bez żalu, bo i tak każdy może ją mieć. Trudno dociec, dlaczego w słownikach ustalono pisownię porno-gwiazda, choć jednak razem supergwiazda oraz eksgwiazda; być może interesy (językowe) wśród członków (...polonistycznych ciał) były tak delikatne, że  pogubili się oni wśród rumieńców na licach... A jeśli idzie o miłość (albo jej uprawianie) to w aspekcie pieniędzy tudzież owych astronomicznych liczb, związek z owym romantycznym uczuciem jest wyjątkowo iluzoryczny - monotonia, tempo, dyscyplina i charakter obróbki/uprawiania, tudzież smarowanie, przypominały raczej robotę na trzy zmiany w tartaku napędzanym parowo-tłokowymi wałami, niźli wysublimowane pojęcie opiewane przez poetów...

    Nie chodzili do szkoły? - Dziennik Bałtycki (24 maja 2004)
    Niemiecka para udała się po poradę do kliniki specjalizującej się w leczeniu bezpłodności, gdyż przez 8 lat małżeństwa pozostawała bezdzietna. Okazało się, że nie było w tym nic dziwnego, bo... para wcale nie uprawiała seksu. 30-letnia pani oraz jej 36-letni mąż nie mieli pojęcia, co należy zrobić, żeby mieć dzieci. Lekarze przyznali, że nigdy wcześniej [zbędne słowo - nie mogli mieć później] nie mieli do czynienia z podobnym przypadkiem.
    No nareszcie Niemcom powinęła się noga (sic!). Lepsi od nas w technice, ale jednak motoryzacyjnej... Gdyby to byli cudzoziemcy (nie-Niemcy), to pewnie szybko by o tym obwieścili, ale brawo za kłopotliwy donos na siebie! U nas raczej media informują o rekordach w ilości promili u kierowców na trasie...

    Uwaga na kontakty z członkami poniżej zera - Dziennik Bałtycki (7 lipca 2004)
    Niedawno NIK miał szereg zastrzeżeń do instytucji publicznych - zbyt wiele popełniają błędów, a powinny być wzorem dla obywateli. W artykule Partyjne zarzuty redakcja publikuje kopię pisma zaczynającego się od apelu - Składam wniosek o cofnięcie rekomendacji udzielonej z ramienia Unii Pracy na stanowisko Wice wojewody Kol. Krystynie Gozdawa-Nocoń. Jest to niezła gratka dla łowcy byków, bowiem rzadko mamy wgląd w korespondencję, z reguły jest to omówienie "wygładzone" przez dziennikarza. Mimo że w tekście ów redaktor pisze poprawnie, to widać błąd na samym wstępie kopii - Wice wojewoda (czterokrotnie w całym piśmie), ale i tak lepiej to wygląda, niż częste vice-dyrektor, także na drzwiowych mosiężnych tabliczkach.
    Zarzuty - Koleżanka będąc na stanowisku Wice wojewody Pomorskiego nie utożsamia się w ogóle z UP. Jako członek Rady Wojewódzkiej wykazuje rażący brak aktywności w pracach rady... Nie kontaktuje się w ogóle z Radami Powiatowymi Unii Pracy. W nazwie konkretnej rady, to i owszem - od wielkiej litery, ale ogólnie małymi (wprawdzie Pomorska Kasa Chorych, ale wojewódzkie kasy chorych). Ponadto - Nie włącza się w rozwiązywanie trudnych problemów członków UP... Unika kontaktów z członkami UP. Zaraz, zaraz - może uznała zrazu, w dobie różnych zaraz, że takie kontakty mogą nas niebezpiecznie przybliżyć ku afrykańskiej statystyce, a trudne problemy wspomnianych członków niech rozwiązują sami panowie we własnym męskim gronie? Język z poprzedniej epoki. Ale pewnie to naturalne - ludzie po rewolucji obsadzają (a raczej - obsiadają) stanowiska i najważniejszy jest interes partii, zatem mamy język partyjniacki. Partiami nam obrodziło, ale co dla ludu z tego (dobrego) wynika?
    Skoro już o delikatnych częściach ciała połowy ludzkości... Jak donosi Fakt (2 lipca 2004) - Wysoko postawiony członek partii komunistycznej ukrył 7,5 mln zł [w przeliczeniu] w lodówce, które pochodzą najprawdopodobniej z łapówek. Gościa wymieniono z chińskiego imienia i nazwiska, co sprzeczne jest z prawem prasowym (tak tłumaczyli koledzy psychoterapeuty, który okazał się niedobrym dzieciolubem). Jedyna korzyść z tej notki (dla panów), to podpowiedź - wysokość postawienia możesz zwiększyć obniżając temperaturę, co i na gibkość przy okazji pozytywnie wpłynie, całości przydając blasku... Wszak nie ma nic gorszego jak rażący brak aktywności... Panowie, jednak nie przesadźcie - nie pomylcie lodówki z zamrażarką! Żarty wszelako nie na miejscu - Chińczykom (krócej - Chinom; pod. Czechom, Niemcom, Włochom) grozi jedynie słuszna a ostateczna kara za takie przestępstwo, natomiast u nas Temida straszy zaledwie dychą (przy kiepskim adwokacie) i jest to bodaj największe osiągnięcie naszego demokratycznego systemu!

    Dwoje pedałów? - Gazeta Wyborcza (9 lipca 2004)
    KRRiT złożyła doniesienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez Narodowe Odrodzenie Polski, bo uznała jego spoty wyborcze za gorszące. W reklamówce na ekranie widać dwoje kopulujących ludzi i napis: "Zakaz pedałowania". "Film wraz z komentarzem wyraźnie wskazuje na zdecydowanie negatywny stosunek NOP wobec środowiska homoseksualistów".
    Przyznaję, że pogubiłem się... Nie widziałem owego spotu, ale skoro redakcja napisała widać dwoje ludzi, to bogactwo naszego języka sugeruje, że chodzi o w miarę miarowe a normalne heteroseksualne działania, inaczej napisaliby dwóch (panów) albo dwie (panie). Mam kolegę, który mawia do mnie często my oboje mamy to samo zdanie w niejednej sprawie i przez chwilę patrzę z pewną nieufnością, a to na niego, a to na siebie...
    Zdaniem Marcina Zawiły, kandydata UW na senatora, reklamówka NOP to jedynie chwyt, który ma zwrócić uwagę na to ugrupowanie. - Ale nie można być obojętnym, kiedy przyzwoitość traci na wartości, a dobre obyczaje w polityce przestają istnieć.
    O, i z tym należy się zgodzić i poprzeć senatora Zawiłę, bowiem zapowiedział przesłanie wniosku o zmianę przepisów - byle pismo nie było zbyt zawiłe oraz by nie było zbyt zawile roztrząsane przez KRRiT. A swoją drogą - czy potrzeba na wszystko mieć prawne podkładki? Przecież emisja owego spotu powinna być wstrzymana już na poziomie redaktora naczelnego telestacji (ma poczucie podstawowej przyzwoitości oraz prawników do dyspozycji?), a w razie wstrzymania emisji, sprawę do sądu powinno przekazać NOP.
    Na innej stronie tejże gazety widzimy obszerną reklamę zupy błyskawicznej Kurczak złoty. Obok ładna pani patrzy na nas znad reklamowanej potrawy, zaś pomiędzy oboma obrazkami zamieszczono napis ... za 3 minuty będę gotowa... Oczywiście, bardzo inteligentna gra słów - trudno stwierdzić, z którym obrazem ma kojarzyć się ów tekst; dorośli domyślić się mogą, że dotyczy pani, ale prawnicy firmy będą przysięgać, że wyłącznie owej zupy (podczas wesel śpiewane są frywolne a dwuznaczne piosneczki w podobnym stylu), zaś koneserów nie tyle zupy, co... deserów uznają za nadinterpretatorów.
    Skoro już w tym temacie. 7 lipca 2004 czytamy w Dzienniku Bałtyckim, że Zdecydowaną walkę z pornografią zapowiadają słupscy działacze LPR - pisma o treści pornograficznej nie są należycie pochowane na półkach i mają do nich dostęp nawet małe dzieci. I cóż na to odpowiada pani (z zasady powinna być wrażliwsza na te sprawy, bowiem - mimo równości płci - to jednak niewiasty są bardziej eksponowane i eksploatowane w omawianych wydawnictwach...) rzecznik prasowy słupskiej prokuratury? - Z reguły takie pisma są szczelnie zamknięte w foliowych workach. Zaiste, niby poważna rzecznik, ale odpowiedź całkowicie naiwna - sama przyznaje, że bywają rozszczelnione świerszczyki, a ponadto udaje, czy nie wie, że owe worki są przezroczyste i dzięki folii okładkowe zdjęcia wyglądają jeszcze atrakcyjniej?
    Zatem - wszystko jest dla ludzi, ale jakaś przyzwoitość oraz respektowanie prawa, zwłaszcza przez prawników, pożądane.
    PS  Zabawny rysunkowy cykl Kosmonauci z rakiety (Dziennik Bałtycki, 8 lipca 2004) ukazuje gołą pannę zmagającą się z rurą w klubie określonego autoramentu, zaś nieobeznany z naszymi ziemskimi zabawami kosmita melduje swoim - Fatalna organizacja pracy na ziemi, na przykład jeden usiłuje bezskutecznie odkręcić rurę, a reszta się tylko biernie przygląda. Jednak widok na ponętne (choć tylko komiksowe) półdupki nie powinien uśpić naszej czujności - autor powinien napisaćna Ziemi...

    Przez żonę obciął sobie penisa - Wirtualna Polska (7 sierpnia 2004)
    Pod takim znamiennym tytułem zamieszczono krótką, wymowną a rozpaczliwą notkę o proteście pewnego Afrykanina - 70-letni Marokańczyk obciął sobie penis, protestując przeciwko temu, że żona od dłuższego czasu nie chciała z nim uprawiać seksu. Dzięki szybkiej pomocy medycznej przeżył i opuścił już szpital w Marrakeszu i to w zupełnie dobrym stanie.
    Dla wszystkich Czytelników jest to szokująca informacja, dla brzydszej połowy ludzkości dodatkowo żenująca (jak można tak się obejść z własnym zdrożonym druhem? wszak sporo ze sobą jednak, powiedzmy to sobie z właściwą męską wylewnością, przeszli), ale dla nas, Polaków, ma dodatkowy aspekt - językowy. Nawet sama redakcja ma wątpliwości, czy ów gościu obciął sobie penisa, czy jednak penis...
    I to są te słynne polskie kłopoty z biernikiem rodzaju męskiego - ma trącać raczej mianownikiem (biernik mianownikowy), czy jednak dopełniaczem (biernik dopełniaczowy). Jest to bodaj najgorzej opracowany problem w ambitniejszych i droższych słownikach, bowiem w tych tańszych w ogóle nie jest on zasygnalizowany. Czy ktoś ustalił proste zasady, które można zapamiętać? Pewnie nie, skoro w jednej redakcyjnej notce mamy dwa warianty...
    Przy okazji - W zupełnie dobrym stanie jak na 70-latka? Czyli - albo stanie albo nie stanie? Na dwoje babka wróżyła...
    Oburącz można pogłaskać członka, jeśli onże jest towarzyszem jakiejś partii, hipotetyczną nazwą samochodu (pod. poloneza, benzyniaka, dizla, zatem także członka) albo nazwą nowej waluty obcego państwa (pod. franka, rubla, zatem również członka). Można (dla zasady, u nasady, jednak bez przesady - wystarczy bowiem jednorącz) objąć członek (choćby u lekarza) w sposób (językowo) podobny do innych części ciała z męska pobrzmiewających - objąć nos, policzek, korpus, mostek, grzbiet, tułów, łokieć, nadgarstek, palec, brzuch, tyłek, pośladek, biust, choć wcale nie muszą one (zwłaszcza te ostatnie) należeć do pana.
    Gdyby jednak wyróżnić ową, w końcu nietuzinkową, część ciała i zaliczyć ją do grona zwierzaczków, kumpli, członków (sic!), czyli do - jakby to ująć - najbliższej rodziny, tudzież do walut (choćby do rubla, którego nazwa pochodzi od rąbać, a zatem ciągle obracamy się w owym "zaczarowanym" kręgu), to jednak - objąć, złapać, ciągnąć, zrobić, wyjąć, schować, ochronić, ujrzeć, pokazać - druta, fallusa, filara, fleta, loda, penisa, pilersa, pulsara, siusiaka, trzepaka, zatem członka? Wszystko, byle jednak nie obcinać!!! Takoż wyłącznie w formie dopełniacza, jako przenośnie, a jednoznacznie jako nazwy odwołujące się do zwierząt i osób - ujrzeć chojraka, gogusia, kłapoucha, koguta, konusa, kowboja, leniucha, narcyza, nygusa, obieżyświata, pieszczocha, ptaka, prymusa, robola, satyra, strusia, strzelca, szperacza, szpicla, tracza, wałkonia, wesołka, weterana, węża, wierzgacza, wuja (tudzież rymowanego z tym krewnym najwulgarniejszego słownego związku z wyrazem choina, który zadecydował, że ów wyraz jest, o szanowni a błędni podwórkowi literaci, jednak czteroliterowy!).
    No i co z uprawiać seks? Można uprawiać pole, zboża, kwiaty; działalność, sport i zawód. Kto i kiedy w naszym języku po raz pierwszy zastosował ów idiom? I jak owo uprawianie nazywano wcześniej? Chyba nie uprawiać miłość? Wszak to koszmar i nietoższamość.
    Problem jest trudny do zbagatelizowania, tak pod względem językowym, jak i pod względem chirurgicznym, ponieważ już wcześniej (16 lipca 2004) Wirtualna Polska zamieściła notkę, z której powiało grozą - Penis w rękach chirurga-szaleńca. W ataku szaleństwa rumuński chirurg, "powszechnie szanowany" profesor anatomii, obciął 34-letniemu pacjentowi członek i przekroił go na trzy części. Pacjent miał być zoperowany z powodu deformacji jądra.
    Albo to niejaki Drakuliński, potomek słynnego Transylwanina i mniej znanej Transylwanki albo zwykły śmiertelnik zauroczony koszmarnymi opowieściami rodem z krainy Transylwania (Siedmiogród) i chcący w nowoczesny sposób kontynuować legendę opiewaną przez światowe media, jako kolejną nową świecką tradycję... Pacjentowi nie podobała się jądrowa elipsoida i zamiast mu ją zmodernizować, posiekano najważniejsze przyległości. Ciekawe, kilkanaście polskich mediów podało - obciął członek; nikt nie zaryzykował - obciął członka (druga wersja mniej wzorcowa, ale bardziej... ludzka). Owe media także powtarzają - przekroił go na trzy części, zaś nikt nie napisał - pokroił go na trzy części, co brzmiałoby nie tylko bardziej dramatycznie, ale i bardziej prawidłowo, wszak o parówkach i kiełbasach mawiamy - proszę pokroić je na równe kawałki, a nie - proszę przekroić je na równe kawałki. Ciekawe, jak to napisano po rumuńsku i dlaczego wszyscy redaktorzy przepisali ów tekst bezkrytycznie a jednakowo? Jak na klasówce, kiedy wszyscy zrzynają od jednego...
    Członki to także części ciała, najczęściej ręce i nogi. Pewien słownik zamieszcza przykład zastosowania onego słowa - Wreszcie rozprostował zdrętwiałe członki. I nadal nie wiadomo, czy jeśli rozprostował się (oddrętwił się) tylko jeden z nich (ale nie ten najważniejszy), to - aby nie rozpraszać uwagi owym fallicznym a delikatnym urządzeniem, załóżmy, że niewiasta prostuje swe obolałe członki - rozprostowała swego spracowanego a zdrętwiałego członka czy raczej - rozprostowała swój spracowany a zdrętwiały członek?
    Jeśli jednak czołowi poloniści wypowiedzą się, czy powinniśmy (językowo!) kroić/rozprostowywać członek, czy jednak członka (a ogólniej - co z biernikiem owego niebiernego przecież mechanizmu?), to już będzie sukces dla miłośników naszego języka, w tym cudzoziemców, którzy zadają tego typu pytania, a my, jako rodowici Polacy, nie potrafimy im udzielić odpowiedzi...
    Według specjalisty chirurgii plastycznej, który podjął się odtworzenia zniszczonego organu, jest mało prawdopodobne, by mógł przywrócić pacjentowi zdolność do normalnego życia płciowego. Żona pacjenta zapowiedziała wystąpienie na drogę sądową przeciwko chirurgowi.
    Przynajmniej najbardziej zainteresowana a rzeczowa dama wykazała się właściwym podejściem do sprawy, jednak czarno widzę sprawę sądową - jak przystało na postdemoludowy kraj, lekarz zapłaci 100 europ(ów) grzywny i dostanie rok w zawieszeniu (przy czym ów prawniczy termin, jedynie przypadkiem, ma coś wspólnego z dyndaniem tytułowego biedaka przed gilotynowym spostponowaniem). W przypadkach błędów lekarskich państwo powinno wypłacać solidne odszkodowania z podatków współobywateli (nie ma innych państwowych odszkodowań!), a wówczas oni (czyli my, w swej fiskalnie uciśnionej członkowskiej masie) będą zainteresowani w staranniejszym doborze (światowcy mawiają teraz "w castingu", choć powinni raczej pisać "w kastyngu", skoro znają słowo "mityng") właściwych lekarzy, celników, nauczycieli i ministrów do takichże posad.
    Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy członek (zwis męski, jednak nie mylić z krawatem, gdyż również taka była onegdaj nazwa handlowa owej części garderoby, jednak zdecydowanie bardziej plaskatej) powinien w bierniku występować niczym mianownik lubo dopełniacz, proponuję przeanalizować zasłyszany dowcip i wybrać językowo właściwszą formę...
    Wchodzi na cyrkową arenę treser, a za nim powoli człapie wielki krokodyl. Przy dźwięku werbli treser włożył *** w paszczę zielonej bestii. Widownia oszalała. Mistrz uciszył ludzi gestem ręki i chce wydostać ***, ale gadzina mocno trzyma. Dzielny (wciąż jeszcze...) mąż miota się i... nic. Chwycił pałę podaną mu przez asystenta i zaczął nią okładać zwierza po łbie, aż ten wreszcie puścił ***. Na widowni oklaski i owacje na stojąco.
    - Czy ktoś z państwa chce również spróbować? - pyta się zgromadzonej widowni nasz pogromca opatrując ***. Nikt nie odpowiada. Dopiero po dłuższej chwili podnosi się jakaś staruszka i pyta z obawą.
    - Ja bym spróbowała, tylko niech mnie pan tym kijem tak mocno nie bije.
    Czy zamiast *** wstawić "pokąsany nieco a nielichy członek", czy raczej "pokąsanego nieco a nielichego członka"? Chodzi tu o biernik mianownikowy, czy jednakże o biernik dopełniaczowy (no bo przecież nie chodzi o... biernika)?
    Owych wątpliwości nie rozwieje Rada Języka Polskiego, bowiem słynna *Ustawa o języku polskim zobowiązuje RJP do udzielania opinii organom państwowym i samorządowym oraz towarzystwom naukowym, a także podległym im instytucjom, wymienionym w ustawie, dlatego nie możemy odpowiadać na Pańskie listy*. Taką odpowiedź otrzymałem 16 sierpnia br. Może gdybym powołał nową partię albo choćby towarzystwo... No cóż, zastanowię się nad tą możliwością, jednak im później coś wymyślę w tej materii, tym więcej będzie miała RJP odpowiedzi do opracowania, bowiem stosik rośnie... A może przekonam jakiekolwiek towarzystwo przyjaciół zwierząt cyrkowych, do zadania moich pytań? W końcu Polak potrafi obejść przepisy... Z tekstu odmowy wynika, że to ustawa jest winna, bowiem przed jej wejściem w życie, RJP udzielała wyjaśnień również osobom prywatnym. Czy drogi Czytelniku pomyślałbyś, że po wprowadzeniu patriotycznej ustawy, zostaniesz wypchnięty z pola zainteresowań Rady, bowiem Twoja i tak mizerna ranga jako obywatela III RP cokolwiek relatywnie jednak spadła przy wzroście buńczucznych zadań powierzonych tej szacownej językowej instytucji?
    Może, zdziwiony Czytelniku, zechciałbyś się dowiedzieć, jako podatnik, ileż to z naszej obywatelskiej wspólnej kasy przekazuje fiskus na działanie owej RJP? Myślę, że wielu Polaków zastanawia się nad tym problemem w aspekcie "patriotycznej" działalności Rady...

    Postępujące zachamowienie a nawet przechamowienie - Głos Wybrzeża (10 września 2004)
    W dużym a frywolnym ogłoszeniu czytamy - Mężatka, 30 lat, zaprasza panów na wszystko - bez zachamowań, Gdynia.
    Gdynia (zawsze była młodym i prężnym miastem) nie daje się - już przed wojną wiodła prym w erotycznej branży. Po wojnie również, choć została przytłumiona przez obyczajówkę, która jednak po upadku komuny okazała się niepożądana (w przeciwieństwie do pożądanych panienek) - i należała do milicji, i kłóciła się ze światowymi zasadami swobód nie tyle obywatelskich, co seksualnych. Jest coraz mniej zahamowań - mężowie dorabiają coś po godzinach a ich żony dorabiają (za ich wiedzą!) na boku, grzbiecie i tyłku. Do tego stopnia ogłoszenie zażenowało korektę gazety, że ta uznała, iż zachamowanie pochodzi od chamstwo, a nie od hamowanie. Zapewne także dlatego, że z dnia na dzień, ubywa hamulców, w przeciwieństwie do chamów - może suma jednych i drugich jest mniej więcej stała? Może odkurzymy stare, zapomniane prawo - im cięższe nastają czasy, tym więcej lekkich pań nastaje?

    Ozorki w paszportach oraz laski na kierownicach - Wieczór Wybrzeża (25 sierpnia 2004)
   Niemiecki sąd orzekł, że osoby ubiegające się o paszporty mogą na zdjęciach... pokazywać języki. Zdjęcie pewnego Niemca zostało odrzucone przez urzędników, gdyż pokazywał na nim język. Sąd rozsądził sprawę na korzyść pozywającego, więc teraz może on bez przeszkód umieścić w paszporcie swoje zdjęcie z językiem na wierzchu.
    Podobno chciał w ten sposób złożyć hołd Albertowi Einsteinowi, który wcześniej wpadł na podobny pomysł - ze słynnego portretu kokietuje potomnych wywalonym narządem smaku (czy dobrego?).
    Rozkleili się ci nasi sąsiedzi - dawniej był słynny ich niemiecki porządek. Aż zbyt znany i zbyt zasadniczy. Po ujęciu słynnego noblisty chętnie zrobiliby mu po jednym czarno-białym ujęciu w każdej twarzowej pozycji, ze stemplem zdobnym w gapę, ale zdążył wywieźć swą genialną głowę z faszystowskiej ojczyzny. W tych ponurych czasach większości mieszkańców Rzeszy nie przyszłoby nawet do głowy demonstrować nie tylko ów wiotki narząd, ale cokolwiek głębszą a równie gibką myśl. I teraz owi demokratycznie a przyjaźnie nastawieni Niemcy skapcanieli do szczętu, bowiem można już ujawniać na fotce zawartość jamy ustnej. Jakże inteligentnie musi wyglądać ów sądowy zwycięzca w poważnym (tu tylko z nazwy) paszporcie...
   Ale teraz to dopiero zaczną się kłopoty w pozostałych krajach UE. Skoro rozgarnięci prawnicy z najsolidniejszego ogniwa wspólnoty przyzwolili na ustny striptis, to co zrobią inne unijne sądy, nie tak otwarte na anatomiczne nowinki. Polscy sędziowie mają znacznie więcej spraw niż ich postępowi koledzy, zatem również zajmują się ozorkami, jednak własnymi - wywalają je, ale... od przeciążenia robotą. Miejmy nadzieję, że żaden rodak nie zrobi im psikusa i nie doręczy podobnej sprawy. Wydawać by się mogło, że pozy przyjmowane przed fotografem zostały dawno ustalone, choćby słynny punkt o lewym uchu. No tak, ale o języku tudzież migdałkach nic nie napomknięto i zbieramy pokłosie powiedzenia "co nie jest zabronione - jest dozwolone"... Poczekajmy, jak zareagują funkcjonariusze wpuszczający rozbawionego niemieckiego turystę do krajów, często niedemokratycznych i o niewyrozumiałej władzy...

    To nie jest pierwszy dziwny wyrok sądu niemieckiego - latem ubiegłego roku media donosiły o wożeniu laski na kierownicy.
    Uprawianie seksu podczas jazdy samochodem na autostradzie z prędkością 110 km/godz. samo w sobie nie jest sprzeczne z prawem - orzekł sąd w Kolonii w Niemczech. Jeśli jednak oddający się takiej czynności kierowca spowoduje wypadek, może go to kosztować sporo pieniędzy.
    Sąd w Kolonii rozpatrywał przypadek 23-letniego mężczyzny, podczas jazdy autostradą uprawiającego seks z autostopowiczką, która siedziała na jego kolanach tyłem do kierunku jazdy. Prowadzone w ten sposób auto uderzyło w znak drogowy i uszkodziło go.
    Kierowca (jak czytamy) oddawał się czynności, zaś panienka kierowcy - pełna symbioza... Niemcy to pracowity naród, ale oddający się nie tylko zwykłej robocie w godzinach pracy - oddają się również przyjemnościom po godzinach, a są tak przywykli do trudu, że nieruchawy (bez aluzji) czas podróży także próbują zagospodarować...
    Kiedyś były modne pasy cnoty. Teraz są stosowane pasy bezpieczeństwa. Pasażerka  nie była opasana ani tymi pierwszymi (co w oczywisty sposób wynika z tekstu), ale zapewne również nie okutała (bez aluzji) się tymi drugimi (co jednak nie wynika z tekstu, ale to także oczywiste), co jednak podlega karze - czyżby dociekliwy niemiecki sąd nie zauważył tego uchybienia?
    Nasze sądy nie mają takich dylematów. I to nie dlatego, że na długie lata są zatkane (bez aluzji) mniej ciekawymi procesami. Powód jest prozaiczny - jakość naszych szybkich dróg umożliwia uprawianie płci (cóż za dziwne tłumaczenie z angielskiego na polski?) jedynie podczas postoju (bez aluzji). Może gdyby bezpruderyjna towarzyszka podróży siedziała twarzą do okna, to dostrzegłaby w porę ów nieszczęsny znak. Należy powątpiewać, że opierała się wyłącznie na dwóch cudzych kolanach, bowiem fizyka udowadnia, że najpewniejsze podpory są trójczłonowe (bez aluzji), zatem nie opisano najważniejszego członu (bez aluzji!) układu.
    Ponieważ u nas wypowiadano się na temat korzystania z komórek podczas jazdy samochodem, to nasz prawodawca również powinien wypowiedzieć się w omawianej kwestii. Byłby to jeden z niewielu przypadków zadowalającej frekwencji w Sejmie, kiedy posłowie z posłankami przelewaliby się po przepełnionych parlamentarnych (liczymy również na takie słownictwo) ławach, a po obradach szukaliby posłania, jednak tym razem już nie do Narodu (tu jednak z wyraźnymi aluzjami). I ciekawostka - w polskich samochodach nie można używać własnej pojedynczej komórki przy uchu, a w niemieckich można używać całego cudzego orga(ni)zmu (zbioru komórek) przy kierownicy? I to na całego...
    A może wymyślić stosowny znak drogowy? Przekreślona laska na kierownicy? Dla Polaka laska w aspekcie kierownicy kojarzy się wyłącznie z działaniami antyzłodziejskimi, nie zaś z prokreacyjnymi. Tu raczej Czesi są bliżsi opisywanemu zagadnieniu (laska nebeska). Autostopowiczki w Niemczech, mam nadzieję (bez aluzji), że to nie byla nasza rodaczka, są równie szybkie co tamtejsze wozy i szosy. Szkoda, że agencja nie podaje, na którym kilometrze pękła jej silna wola oraz nie opisuje min rodziców owej słynnej już pary podczas procesu.
    No i w razie czego, jakże inny będzie miało wydźwięk powiedzenie -  przyszło na świat kolejne dziecko niemieckiej motoryzacji?
    Z okazji 50-lecia Polskich Linii Lotniczych LOT skomponowano słynny przebój Przeleć mnie (zespół Alibabki). Jeśli przyjmie się opisany zwyczaj wożenia przy kierownicy, to damy wchodzące do wozu mogą sugerować jakże wesołą jazdę - pokieruj mną...

    Mercedesy także mają punkty G - Naj (14 lutego 2005)
    Na pytanie - Gdzie tak naprawdę umieszczony jest punkt G? tygodnik odpowiada - Na przedniej ściance, na głębokości ok. 5-6 cm. To niewielki obszar, odkryty przez Niemca Grafenberga, bardzo wrażliwy na dotyk. Według statystyk punkt G ma jedna na trzy panie. Warto go szukać we dwoje.
    Wśród 33 pytań i odpowiedzi omówiono ponadto mit Freuda oraz mięsień Kegla. Kiedy Hiszpanie, Bryci, Portugalowie, Holendrzy, także Francuzi, Duni i Italowie zajmowali się odkrywaniem wielkich zamorskich (w zasięgu marzeń) obszarów nieznanej wówczas Natury, niemieckojęzyczni naukowcy wpadli w kompleksy i postanowili wziąć na warsztat znacznie mniejsze a ponętniejsze łona natury oraz cokolwiek bliższe (w zasięgu ręki) terytoria - wzięli damską d. pod lupę... i też poodkrywali to i owo. Ameryka i kobieta są podobne do siebie - nie odkryły się same, ale dały się odkryć przez panów. W przypadku tej pierwszej to poniekąd zrozumiałe - trudno było znaleźć odważne panie, które zorganizowałyby i kierowały wyprawami, ponadto żadna nie uzyskałaby duchowo-finansowego poparcia na królewskich dworach. Ale w drugim przypadku mogły się jednak bardziej przyłożyć do rozwoju nauki, nie tylko poprzez rozkładanie dydaktycznych obcesowych atrybutów wśród wysokoobcasowego obuwia. Któż by pomyślał, że tylko 7 milionów Polek jest szczęśliwymi posiadaczkami punktu G? Cóż za jawna niesprawiedliwość! Może by wystosować protest do rzeczniczki praw obywatelek? Może by zorganizować marsz kilkunastu milionów Polek nieposiadających owego ge czy gie (bo różnie to wymawiają)? W końcu, skoro panowie g. (g jak geje) organizują dla swych członków marsze równości biernych i aktywnych g. to dlaczego panie bez G nie mogłyby sobie także pomaszerować? Będą to istotnie marsze pokojowe - mogą zacząć się w kuchni i poprzez przedpokój zakończyć się w sypialni. Dla rządu to byłaby chwila wytchnienia - rzadko się zdarza, aby polscy obywatele (a nawet obywatelki) dopominali się nie o konkrety, ale o jakiś wyimaginowany punkt atlasu anatomii...
    Jak przystało na damę o pięknym imieniu Mercedes, eleganckie niemieckie autobusy noszące to imię na swej karoserii, kursujące po Gdyni, na szybach środkowych drzwi mają nalepione emblematy z wielką literą G. Można powiedzieć, że się z nią obnoszą, a właściwie - obwożą. Jednak to nie na cześć wielkiego odkrywcy Grafenberga, to także nie hołd składany Gdyni; to tylko znak informujący o dumnie stojącej nieopodal... gaśnicy. Niestety, to dla ochłodzenia, nie dla rozgrzania nastrojów... Nie wiedzieć dlaczego, owo imię traktowane jest jak męskie i dobrze, że maniera ta nie przyjęła się przy odmianie innych damskich nazw aut, bowiem jeździlibyśmy nie tylko Mercedesem, ale i Ładem, Skodem oraz Vectrem (niestety, słowniki zalecają pisownię małoliterową, co nie jest zbyt sympatyczne).
    O liczbę zaliczeń (nie chodzi o studia zwłaszcza dzienne) panie jednak muszą zadbać we własnym zakresie. Redakcja ujawnia pewne wstępne dane, aby każda Polka wiedziała, gdzie umiejscowić się w modnych ostatnio rankingach. Podano, że Liczba kochanków carycy Katarzyny II doszła podobno do tysiąca. Jednak opowieści na temat owej - nielubianej przez nas - imperatorowej, są dość znane, również w aspekcie zwierząt kopytnych używanych kiedyś do orki, natomiast co powiedzieć o sympatycznej egipskiej królowej, którą znamy z kinowych superprodukcji? Według redakcji, w życiu erotycznym  Kleopatra, rekordzistka wszech czasów, ugościła aż kilka tysięcy panów. Jeśli to prawda, to sporo straciła w moich oczach - do tej pory nikt nie wieszał na niej ani psów, ani... koni.
    Przy okazji - jak jest to technicznie możliwe, aby przy takim przerobie można było sprawnie rządzić państwem? Pewnie można, skoro także polscy ostatni dwaj prezydenci ułaskawili około 6 tysięcy skazanych rodaków. Jedyna różnica, to w nakładzie sił - afrykańska piękność osobiście trwoniła swój honor, zaś nasi reprezentanci Narodu korzystali z innego rodzaju umiejętności urzędników, przy czym koszty ponosili podatnicy, zaś zyski... No cóż, należałoby przejrzeć te parę tysięcy ciekawych przypadków - kolejna komisja sejmowa? Tak czy owak, oba państwa - tak przecież różne - wpakowały się w poważne tarapaty, kiedy władcy przestali przykładać się do swych właściwych obowiązków...

    PoDUPAdłe organy - Fakt (14 lipca 2005)
    To porażające! Taka wielka romantyczna miłość zdarza się tylko w książkach. Edna (70 l.) i Simon (31 l.) poznali się na koncercie organowym.
    Modne słowo porażające, nie tylko u nas. Albo tłumacz, znając siłę owego naszego wyrazu, lekko "naciągnął" przekład. Zdjęcie zakochanej pary nie pozostawia złudzeń - nie, jednak wiek panny młodej (...) i jej wybrańca, nie został wpisany przez błędnego chochlika...
    Cóż to aż tak zauroczyło młodego wirtuoza, że zakochał się od pierwszego wejrzenia? Choć to zabrzmi dwuznacznie, ale może coś w tym jest - okazuje się, że... Edna zajmuje się konserwacją organów. Być może, że młodzian (wszak po konserwatorium) jest ciągle pod wrażeniem solidnej roboty wykonanej przez konserwatorkę i docenia jej praktyczne umiejętności? Albo jest przewidujący - i jemu w końcu (...) kiedyś przyda się jakiś przegląd czy poważniejsza konserwacja organów... Zanosi się, że będą najdłużej grającą (na organach) parą o sporej metrykalnej różnicy.
    Redakcja swoim zwyczajem, na ostatniej stronie zamieszcza wizerunki pań dość frywolnych a wyjątkowo oszczędnie odzianych (zwykle jedynie obutych). Nastrój obu tych notatek (poprzedniej romantycznej i tej - konkretnej) psuje nieprzemyślany montaż zdjęcia jednej takiej goLaski, Kasi (l. 25), tuż obok artykułu o papieżu Benedykcie XVI. Profanacja czy brak pomyślunku? Przecież można było ów tekst umieścić na każdej (jak mawiają niektórzy) innej stronie - do dyspozycji miano ponad 20 kartek. A może już nic nie powinno nas bulwersować? U Kasieńki wprawdzie wzrokowo żadnych organów nie uświadczysz, ale każdy - nawet najmniej umuzykalniony a domyślny - facet na nich pograć zechciałby. Oczywiście - wielka (na 3/4 wysokości strony gazety) pielęgniarka (ciał, nie dusz) zbytnio rozprasza czytelników zainteresowanych bardziej podniosłą (...) tematyką.
    A długonoga (o dolnych kończynach wysokich niemal na pół strony) Katarzyna twierdzi, że uratuje SLD, bowiem  Lubi reanimować podupadłych (na zdrowiu) członków. Taka ładniutka, że aż nie wypada skonstatować, że wraz z rozwojem postfeudalnego systemu, mamy coraz więcej poDUPAdłych - skorych do pomocy - ślicznotek, cokolwiek by to nie znaczyło. Urynkowienie dociera (...) wszędzie, zaś dwusylabowy ponętny towar sprzedaje się coraz lepiej...

    Pracoseksoholizm nie jest przestępstwem... - Gazeta Wyborcza (28 października 2005)
    Umorzono śledztwo w sprawie seksafery we wrocławskim komisariacie Psie Pole Osiedle. Nie ma dowodów na to, że 20-letnia kobieta była przymuszana do współżycia z policjantami. Prokuratura stwierdziła, że uprawianie seksu w pracy nie jest przestępstwem.
    I ja się dowiaduję o tym po pięćdziesiątce? Dlaczego wcześniej nie było takiej wykładni? Przecież nawet ludowy (za Gierka) sąd podałby chyba taką konkluzję - no bo co w rozumowaniu prawników zmieniło się przez ćwierć wieku? Teraz każda uczelnia, stocznia, kopalnia, huta czy tartak będzie się zastanawiać (męska część załogi) nad sprowadzeniem uroczej nimfomanki i włóczeniem jej po katedrze, pochylni, sztolni, walcowni czy wedle traka oraz wedle uznania, zdrowia (i ewentualnej kasy) panów, którzy zamiast zaciągać się dymem z papierosa, zaciągać będą pannę na zaplecze, choć nie jej plecami będą zaintrygowani...
    Dziesiątki lat rozpisywano się o zakazie picia alkoholu, ale żaden sąd ani związek zawodowy nie zasugerował przyjemniejszej (a niezakazanej!) rozrywki dotyczącej słowa po "zakazie". Może gwałtownie spadłoby spożycie wódy w pracy (i w drodze do niej), komuna upadłaby znaczenie wcześniej (bo budżet opierał się na półlitrówkach), a Włosi i Hiszpanie zaniepokojeni byliby wyśrubowaną słowiańską statystyką, która wprawiłaby w prawdziwe zakłopotanie te gorące narody. Właściwie - co nie jest zabronione jest dozwolone. Może istotnie należałoby skorzystać z owej (wydawałoby się wyświechtanej) zasady...
    W ostatnich latach obserwujemy zmiany w obyczajach - można palić, ale tylko w wyznaczonych miejscach, co gwarantuje zbiorowy układ pracy. Cóż stoi (sic!) na przeszkodzie, aby związki zawodowe podpisały zbiorowy układ towarzyski i wygospodarowały różowe pomieszczenia dla dżentelmenów, którzy pełną dniówkę wykonali w 7 godzin i mają jeszcze niespożyte siły? Przecież uprawianie tytoniu i konsumpcja papierosów niemal niczym nie różni się od uprawiania seksu i konsumpcji nimfy. Sam niezawisły sąd tak ocenił i wskazał szerokie możliwości wykorzystania prawa (i pań) w tym zakresie...
    Ale co z kierownikiem? Ma nienormowany czas pracy i może się okazać, że to on najczęściej dobija się do różowych odrzwi, i kiedy reszta pada na swoją twarz, on pada na mniej inteligentne fragmenty cudzego ciała... Albo nagle okaże się, że senni faceci, co nigdy nie udzielali się w nadgodzinach tudzież w wolnych dniach, nagle z niezrozumiałą nadgorliwością tłumaczą małżonkom, że jednak trzeba dawać firmie z siebie znacznie więcej...
    A co sądzi o panience jej rodzina? Jaka ona zaradna i daleko zajdzie? Że podczas rekreacyjnych zajęć załatwi coś dla siebie i rodziny? A jeśli zajdzie, ale nie w drabince społecznej? Jeśli masowa rekreacja zamieni się w jednorazową prokreację?
    Nazwa dzielnicy nawiązuje do bohaterskich naszych przodków - patrzą ci oni z nieba na prawną wykładnię i oczy przecierają w dwójnasób ze zdumienia (skoro innych organów nie mogą już przetrzeć)? Jaki epitet jest damskim odpowiednikiem czworonoga symbolizującego słynne podwrocławskie pole?
    A co o swych ojcach, mężach i braciach sądzą (bo co sąd, to wiemy) ich rodziny? A podatnicy, którzy płacą (może niezbyt wiele), jednak za innego rodzaju drążenie (śledczych tematów).  A co z nimbem niebieskiego munduru - może był zdejmowany w frywolnych momentach i (na szczęście) nie doszło do profanacji?
    Monika (imię zmienione) odwiedzała wrocławski komisariat w ubiegłym roku przez sześć miesięcy. Uprawiała seks z funkcjonariuszami, biegała nago po komisariacie, bawiła się bronią jednego z nich. Policjanci robili zdjęcia.
    Dlaczego zmieniono imię? Czyżby półroczna bezwstydnica, wstydziła się ujawnić swe imię, choć bez żenady ujawniała wszystko (poza swymi danymi osobowymi!), w szczególności szczegóły powłoki doczesnej, danej jej przez naturę (rozumu jednak zdecydowanie poskąpiono)...
    Nawiązując tematycznie do udostępnionej broni, redakcja mogła ją nazwać po prostu Bronia. I tekst nawiązujący do fotek - Broni u nas dostatek. Wala (też dość ładne imię, ale w innych gramatycznych przypadkach mogłoby wydawać się nazbyt figlarne) się wręcz po stołach. Wręcz bilet NBP, a wielodostęp zapewniony. Osprzęt policjantów ciągle na chodzie i o niezłym kalibrze (jak rzadko w której komendzie). Niemal codzienne ćwiczenia z Bronią - która z komend ma lepsze wyniki?
    Policjant, z którego pistoletem sfotografowana została Monika, stanie przed sądem oskarżony o przekroczenie uprawnień i ujawnienie tajemnicy.
    I sugerowany podpis pod zdjęciem - Policjant nie żałuje broni, a i Broni niczego nikt nie broni. On zdradził jej tajemnicę służbową, ona jemu - osobistą...
    Uprawienie [raczej Uprawianie] seksu w pracy nie jest przestępstwem. Nie ma dowodów na to, aby kobieta była do tego zmuszana w jakikolwiek sposób - powiedział rzecznik prokuratury. Dodał, że prokuratura - z oczywistych względów - nie zajmowała się oceną moralną całego zajścia.
    Jednak to raczej służba, niźli praca, i to w zobowiązującym mundurze z orłem w koronie. Bodaj w każdym pomieszczeniu znajduje się godło państwowe. To gdzie uznano by owe figle za przestępstwo, jeśli nie tam?
    Czy zbadano wątek podkupywania dziewczęcia przez funkcjonariuszy państwowych bez uiszczania podatku? Nie jest to przypadkiem wykroczenie? A może poloniści uznają, że półroczne całokroczne udostępnianie dolnokończynowego zawiasu służącego zwykle do stawiania kroków, to także "wykroczenie"? Jak "tarcie" i "wytarcie"? Ponieważ omawiane (wy)czyny odbywały się zwykle po godzinach normalnej pracy, zapewne następnego dnia szef chwalił swych podwładnych - aleście wczoraj spory kawał  roboty popchnęli. Albo zachęcał swych pracowników - może byście w końcu coś ruszyli wieczorem?!
    Telewizyjny Wydział Śledczy W11 zbytnio obfituje w "mięsiwo" (rzucane a "wypipane" ze względu na uszy telewidzów), natomiast komendzie na Psim Polu udało się połączyć owe cudzysłowy w bardziej ekscytujący, wręcz namacalny (sic!), związek...
    Z oczywistych powodów prawnicy nie zajęli się moralną stroną "całego zajścia" (określenie to sugeruje osamotniony incydent, nie zaś wielomiesięczną praktykę przerwaną wścibstwem gazety, która już skomplikowała życie producentowi filmowemu Lwowi, zaś teraz popędziła mniejszego kota fotogenicznemu kociakowi), zatem spróbowałem ich w tym zastąpić, ubolewając, że nad Odrą mieszkają bardziej wyzwolone panny niż nad Bałtykiem...
    Jeśli takie dziwy (sic!) bywają w komendach policji (gdzie najwyższy priorytet, niejako z definicji, ma przestrzeganie zasad prawa i jego siostry - moralności), to co dzieje się w urzędach, redakcyjnych biurach, na uczelniach i w koszarach?

    Podrzucił swoje kukułcze walory - Wiadomości24 (24 listopada 2006)
    10 listopada 2006 agencje podały, że na Wyspach Brytyjskich bezdomny uwiódł dwunastolatkę, jednak jaki z niego bezdomny, skoro zadomowił się, i to na całego - miał wikt, młódkę do dyspozycji i nie tyle dach nad głową, ale samo... łóżko z ową białogłówką nad swą frywolną łepetyną, bowiem facet trzy miesiące mieszkał pod jej meblem i rodzice tej panienki nic o tym nie wiedzieli! Zapewne Guinness zainteresuje się owym rekordowym wydarzeniem w obyczajowej branży.
    W jaki sposób wychowywane jest pokolenie młodych (całe szczęście, że brytyjskich) panienek? Dziewuszka ukradkiem serwowała mu jedzonko oraz inne konsumpcyjne dobra, czyli kanapki dwojga znaczeń... Nie wiadomo, kiedy rodzice owej małolaty nakryliby niedoszłego zięcia na (s)pożyciu wszelakim, ale młodej parze w końcu znudził się tak mało romantyczny układ i postanowili uciec w świat szeroki. Współcześni Romeo i Julia zostali jednak szybko ujęci w wiosce pod Manchesterem.
    Starszy o 10 lat (wmawiał jej, że jest młodszy) adonis przyznał się do winy zaliczając (dodatkowo...) wyrok dwuletniego odosobnienia. Dyrektor więzienia będzie musiał teraz pilnować, czy pani klawisz nie wyleguje się po pracy pod pryczą amanta.
    I prośba do rodziców - staranniej oglądajcie sypialnie swych ukochanych córeczek, bo wprawdzie powieści, filmy i piosenki dowodzą, że pilnowanie z reguły nic nie daje, jednak decyzja ojców o podjęciu warty przed łóżkami niewieściej dziatwy powinna zostać obniżona z kilkunastu lat do... dziesięciu. A widać, że zerknięcie pod ramę jeszcze (rzekomo) niewinnego łoża jest wręcz obowiązkiem rodzica. Do powiedzenia, że "...nie znacie ni dnia, ni godziny", należy dodać: "tato - już w podstawówce córki mają wzięcia, zatem uważaj na niespodziewanego zięcia!". Może lepsze są same materace bezpośrednio leżące na podłodze z paneli szwedzkich - nikt się tam nie wciśnie. Skoro o Skandynawach - niektórzy goście cudze leżanki traktują niczym ławy szwedzkie - napychają się delicjami ile wlezie w ramach jednej wejściówki... Trudno owego ojca nazwać rogaczem, ale gdyby częściej oglądał przyrodnicze filmy, to wiedziałby, że są zwierzątka, które wykorzystują nieuwagę innych stworzeń, zwłaszcza w cudzych legowiskach.

    Spostponowany rencista-rekordzista - iThink.pl (21 lutego 2007)
    W Warszawie toczy się szokujący proces. 61-latek (magister fizyki teoretycznej, rencista stanu wolnego) żąda od pewnej spółki (sic!) 15 tys. zł zadośćuczynienia za pokazanie jego twarzy w filmie z bicia (sic!) "seksualnego rekordu świata". Fizyk był przekonany, że na filmie będzie widać owszem wszystko, jednak nie jego naukowe oblicze, ale spotkała go niemiła niespodzianka... Zapewniano go (tak zrozumiał), że będą maseczki, ochraniacze czy coś takiego. Pewnie myślał o twarzy, jednak to były... naczłonne gumiaczki, czyli osłonki na męskie gwoździe programu (inaczej "clou"), choć nie tak ostre jak prawdziwe.
    W marcu sąd obejrzy film rejestrowany podczas tego kulturalnego - wręcz (ob)scenicznego - wydarzenia. Chyba nikt ze składu sędziowskiego nie będzie kombinował tego dnia z urlopem (choćby zaległym zeszłorocznym, który trzeba w marcu definitywnie rozliczyć) czy z chorobą (choćby zawodową). Każdy pracownik ma prawo do paru ciekawych dni w swej pracy, takich do zapamiętania na całe życie i do opowiadania (no, może nie wnukom) podczas imienin...
    Teoretyk twierdzi, że są w życiu pewne krępujące sytuacje i że istnieje granica dobrego smaku. Okazuje się, że panie jednak nie były niczym krepowane (żadnych więzów i tyleż hamulców) i biły (sic!) rekord tyleż dobrowolnie, co entuzjastycznie. Jeśli komuś nie było w smak, to mógł poprosić o czekoladowe osłonki, aby zmysł ten oszukać.
    Rencista (jak twierdzi) przygotowywał się do odbycia stosunku (co także sfilmowano, o co ma również pretensje), lecz nigdy nie pomyślałby, że będzie musiał przygotowywać się do odbycia szeregu sądowych spotkań, które go jednak wprowadzają (a przecież nie takie on rzeczy wprowadzał) w głęboki stan zażenowania (sic!).
    Przedstawiciel firmy przyznaje, że wprawdzie widać twarz zawodnika (sic!), ale jest trudno rozpoznawalna. Prawdopodobnie mieszanina intelektualnej resztki wstydu (na tle emerytalnej facjaty) oraz fizyki teoretycznej i zmęczenia fizyka fizyką praktyczną podczas erotycznego pastwienia się nad trzema damami (da mi czy nie da mi?), zmieniło imaż przedstawiciela polskiej nauki nie do poznania.
    Pornografia nie jest zdefiniowana w polskim prawie. Za każdym razem to, co nią jest, określa biegły. Ostatnio jest głośno o projekcie wprowadzającym karalność wszelkiej pornografii. Odpowiedni projekt poselskiego autorstwa (Marian Piłka) wpłynął już do Sejmu, zatem piłka jest teraz pośród posłów.
    Gdyby ktoś złośliwe nam w(y)tykał, że nie mamy większego wkładu w światowe dziedzictwo kulturalne, to nasz rodak jest dowodem, że wkład mamy, choć dziedzic(tw)a już z niego nie będzie... Polska Akademia Nauk (PAN) ze wstydu zmieni nazwę na PANI? Polska Akademia Nauk Inicjalnych?
    A przy okazji - 6 lat temu skomentowałem artykuł "Laska w koronie" ("Głos Wybrzeża", 16 lutego 2001). Wówczas stawał w sromki (szranki?) 55-letni (wówczas najstarszy) także nauczyciel fizyki i matematyki (z Krakowa). Nauczyciele tak narzekają na cudze dzieci, ale werwa z ich nauczania przechodzi im (poza salą lekcyjną) w pozorowaną prokreację (ów ostry belfer zwierzył się - "będę do niej chodził, dopóki mi pozwolą"). Do zawodów (sic!) zgłosiło się ponad 300 panów, ale zakwalifikowano tylko 45, co oznacza, że większość rencistów to diabły wcielone, ale dopiero w niedwuznacznych sytuacjach. Jak oni to robią, że podczas "zawodów" mają nazbyt powłóczyste spojrzenia kierowane ku żywiołowym horyzontalnie położonym laskom, zaś człapiąc do zusowskich orzeczników mają ledwie powłóczyste kroki wspomagane wertykalnie ściskanymi metalowymi laskami?
    Oto ten tekst (z niewielkimi zmianami) pt. "Rekordowa Laska" -
    Najwybitniejsze (na początku 2001 roku) było bicie (cokolwiek to nie znaczy) rekordu w obcowaniu podczas festiwalu i targów erotycznych EROTICON 2001. Ustanowiła go niejaka panna Kasia Laska, którą zgłębiło 167 zwisów (może jednak sztywniaków?) męskich (nie mylić z krawatami - wszak nie krochmalem sztywnione...), w tym tylko jeden (ostatni) plastykowy, na chłodny deser, pewnie jako sanitarno-dezynfekujący wycior (przyrząd o budowie podłużnej, elastyczny bądź sztywny o zmiennym przekroju poprzecznym; zwykle zakończony z jednej strony otuliną czyszczącą, stosowany w rusznikarstwie bądź w kominiarstwie). Toż sama Mes(s)alina nie była aż taka wy(je)bitna...
    Z wrażenia dziennikarz dał podtytuł "nie nasycona" zapominając o nowych wytycznych RJP (pisownia już łączna). Na imprezie był także wybitny redaktor Z. Broniarek, który stwierdził -  "Podoba mi się. Bo można było spodziewać się, że ludzie będą napaleni, a wszystko odbywa się w ramach przyzwoitości".
    Inną wy(je)bitną indywidualnością był niejaki pan Maciej, który (jak się przechwala na łamach nieistniejącej już gazety) aż 15 razy (informacja dla programu "Nie do wiary") zbliżał się do aktorki. Cóż za nowe znaczenia znanych słów - "zbliżać się" i "aktorka"... Chłopak (jak zapewniają dziennikarze sprawozdawcy) był wyraźnie zadowolony -  "Nie uważam, żeby to było walenie w dechę. Raczej... w ciasto. Gdyby jednak pracowała w burdelu i musiałbym za nią zapłacić, to bym się na nią nie zdecydował". Zauważmy - "nie zapłacić za coś", a "zapłacić za kogoś". Ponieważ były to modne ostatnio gratisy, przeto nie można mówić o handlu żywym towarem. W końcu handluje się także sportowcami, a nie słyszałem, aby ONZ walczył z tym niecnym procederem...

    Odrzutowa latawica - iThink.pl (25 lutego 2007)
    Australijskie linie lotnicze Quantas poinformowały, że 38-letnia stewardesa Lisa Robertson została zwolniona ze skutkiem natychmiastowym, czyli wyleciała natychmiast z roboty, jednak należy mieć nadzieję, że przecież nie przed zakończeniem lotu... Początkowo stewardesa zaprzeczała, jakoby miała podniebny zaszczyt z brytyjskim aktorem (ciekawostka - jest ambasadorem UNICEF), ale potem ujawniła różne pikantne szczegóły.
    Przez wieki to panowie (jednak nie dżentelmeni) trąbili o swych podbojach, ale w dobie wyzwolonych niewiast, coraz częściej informacje przekazywane są przez panie sprowadzające swą karierę do dziedziny tarła. I - jak widać - nie ma znaczenia, czy to na wysokości prezydenckiego stołu (Monika L.), czy na umywalce szybującej kilka tysięcy metrów ponad poziomem morza (Lisa R.). Stażystka z Białego Domu napisała książkę a teraz stewardesa przymierza się do podobnego wyczynu - już zaangażowała menadżera ds. PR, żeby jak najwięcej zyskać na swoim powietrznym romansie. Zresztą - to ostatnie słowo dawniej kojarzyło się jednak z pewną dozą (dozownik mydła w płynie jawnie sugerował, że nic tej pani się przecież nie wymydli) romantyzmu, a jakież to subtelne uczucia mogą występować podczas parominutowego zmagania się z aktorem, w przyciasnym wucecie pomiędzy wiadrem z mopem a porcelitową muszlą i pod gaśnicą zawieszoną przy lustrze, które było niemym świadkiem ni to wzlotu, ni to upadku? I to wszystko zainscenizowano dla pieniędzy...
    Zapobiegliwe  panie coraz częściej łapią w lot (sic!) o co chodzi. Jeśli nie mają mózgu Skłodowskiej, a nie chcą całe życie stemplować znaczków na poczcie (choćby i lotniczej), to realizują swe (za)lotne plany, co w przypadku stewardesy może być łatwiejsze, bo mogą swe intrygi realizować podczas latającej pracy. A który z biednych misiów nie skorzysta z takiej okazji - miły gratis do biletu linii lotniczych?
    Babeczka nie wyleciała z roboty z powodu odegrania roli lotniczej latawicy, bo codziennie bywają takie przypadki na całym świecie, ale z powodu wypaplania w mediach o tej podniebnej przygodzie. Jeśli hipokryzja to umiejętność przemilczania tematów skandalicznych, to nie zachęcam do walki z nią za wszelką cenę. Dulska miała rację - swoje delikatne sprawy trzeba prać w rodzinie a nie po gazetach.
    Australia to wolny kraj, w którym można (zgodnie z konstytucją) opowiadać niestworzone historie  (nawet spośród przestworzy) w ramach wolności słowa. Straciła pracę i reputację - dlaczego? Czyżby była pierwszą z dam, która pasażerowi powiedziała "dam"? Z pewnością - nie, ale żadna do tej pory tego publicznie nie ogłosiła. Ona nie wyleciała za gimnastykę na umywalce, ale za przydługawy jęzor i za budowanie nazbyt frywolnego imażu (albo image'u, jeśli ktoś woli) lotniczej firmy, co nie spodobało się szefom, choć zapewne nie mieliby pretensji, gdyby prywatnie i bez rozgłosu zaproponowałaby im podobne podniebne przeżycia...
    Dzięki kobiecie-latawicy z antypodów, złapiemy nieco oddechu w naszej aferze z udziałem p. Anety w podobnej dyscyplinie, choć bardziej długodystansowej; wprawdzie z nie takimi przystojniakami, ale za to w poważniejszych sprawach (prokreacja, polityka, praca i awans w ramach handlu damsko-męskiego).
    Australijka okazała się podwójną latawicą - nie tylko w przenośni, ale i dosłownie: latawica rozwijająca prędkość niemal dźwięku... Możliwe, że także w języku angielskim, bowiem latawica to ang. gadabout, zaś ang. gad-fly to giez, a od tego słowa mamy gzić się i... kółko się zamyka (latający owad). Być może personelowi latającemu od wielu lat przylatują różne brewerie do głowy (mało to filmów traktujących o tych sprawach?). I jak niejednemu porządnemu celnikowi marzy się jeden wielki skok przed emeryturą (aby nieco ją wzmocnić), tak niejednej porządnej stewardesie marzy się jeden wielki szczytujący lot przed emeryturą (aby mieć co wnukom opowiadać na stronicach swej książki)?
    Kobiety wprawdzie chcą, aby je szanować, jednak pewna ich część, która nie ma geniuszu naukowca, głosu piosenkarki, talentu aktorki, czy umiejętności sportsmenki, a ma jedyną w życiu okazję zrobienia kariery i zarobienia dolców (choćby tylko australijskich), nie może się jakoś oprzeć odwiecznemu popędowi oraz pędowi, choćby w przestrzeni lotniczej, aby finansowo poszerzyć przestrzeń życiową.
    Przypadki opisanych pań pokazują, że damy spoza dworców mają jednak wyższą klasę - znajdują sobie sponsorów posiadających duże pieniądze, sławę, władzę, a przynajmniej choć jedną z tych zalet cenionych w świecie...
    No cóż, poczekajmy na kasowy film oparty tyleż na scenariuszu sławnej już stewardesy, co i na lotniczej umywalce, nad którą zapewne linie lotnicze przymocują mosiężną tabliczkę upamiętniającą najsławniejsze szczytowanie, wyższe od szczytów Himalajów i godne odnotowania w księdze Guinnessa.
    Przy okazji - słowo stewardesa nie jest angielskim słowem i raczej nie powinno być wymawiane na angielską modłę (stiuardesa), lecz po polsku (-ward-, jak Edward).
    Obniżając loty z 10 kilometrów do poziomu morza można wspomnieć polski romantyczny film "Żona dla Australijczyka" - świetna komedia (1964) osadzona w polskich realiach socrealizmu, z udziałem naszego pasażerskiego transatlantyku (ms. "Batory"). Jakże subtelniejsza od pornohistorii w wykonaniu Australijki w aluminiowej latającej tubie. A tytuł tego współczesnego filmu? Może dwuznaczny - "Żona Australijczyka sobie lata"?

Strona główna